Tybet, W drodze do Kumbum - Elżbieta Sęczykowska

-
Proszę czekać

 

Gdy jechaliśmy moc­no już o tej po­rze ro­ku ośnie­żo­nym tra­wer­sem ku ko­lej­nym prze­łę­czom Am­do, ca­ły czas wy­trwa­le to­wa­rzy­szy­ły nam w po­dró­ży wa­ta­hy wil­ków lub sza­re po­je­dyn­cze osob­ni­ki wy­raź­nie cze­ka­ją­ce na upo­lo­wa­nie tre­ści­we­go po­sił­ku. Nie był to mi­ły wi­dok na tym opusz­czo­nym przez Bo­ga i lu­dzi pust­ko­wiu. Zro­bi­ło się tro­chę nie­swo­jo.

Prze­peł­nio­na zły­mi prze­czu­cia­mi, ob­ser­wo­wa­łam ten po­nu­ry, po­zba­wio­ny róż­no­rod­no­ści pej­zaż w na­dziei na ja­kieś przy­tul­ne schro­nie­nie. Sta­lo­we­go ko­lo­ru cięż­kie chmu­ry przy­sło­ni­ły i tak już od daw­na niewi­dzia­ne słoń­ce, po­wo­du­jąc co­raz więk­sze ciem­no­ści, a wzma­ga­ją­cy się wiatr dął nie­mo­żeb­nie, na­pa­wa­jąc gro­zą. Do te­go ob­fi­cie sy­pał śnieg. Mroź­ne po­wie­trze po­łą­czo­ne z ostry­mi po­dmu­cha­mi wia­tru wdzie­ra­ło się do nie­zbyt szczel­ne­go sa­mo­cho­du. Na­sze da­le­kie od luk­su­su au­to da­wa­ło nam je­dy­nie po­zo­ry ochro­ny przed zim­nem i śnie­giem. Po­zba­wio­ne ogrze­wa­nia wnę­trze po­wo­do­wa­ło bły­ska­wicz­ne za­mra­ża­nie szyb, co uniemożliwia­ło bez­piecz­ną jaz­dę. Najważniejszym za­da­niem Szy­mo­na, na­sze­go głów­ne­go ope­ra­to­ra, sie­dzą­ce­go obok kie­row­cy, by­ło cią­głe ze­skro­by­wa­nie szro­nu, przy­naj­mniej w po­lu wi­dze­nia pro­wa­dzą­ce­go au­to. Za­sta­na­wia­li­śmy się, co moż­na wi­dzieć przez ma­ły od­chu­cha­ny skra­wek okna... Każ­dą szcze­li­nę i za­ka­ma­rek ka­bi­ny wy­peł­niał bia­ły puch, two­rząc ma­łe za­spy, z któ­rych usu­wa­niem nie mo­gli­śmy na­dą­żyć. Je­cha­li­śmy z co­raz więk­szym tru­dem. Na­si nie­zmor­do­wa­ni ty­be­tań­scy kie­row­cy wy­ka­zy­wa­li mnó­stwo har­tu du­cha, by do­trzeć w bar­dziej przy­ja­zne re­jo­ny pro­win­cji. Wie­lo­go­dzin­na, do bó­lu mo­no­ton­na, a za­ra­zem nie­bez­piecz­na jaz­da kra­wę­dzią urwi­ska na du­żej wy­so­ko­ści, wy­zwa­la­ła strach, ale po pew­nym cza­sie już tyl­ko ob­ja­wy znu­że­nia i sen­no­ści. I co­raz więk­szej re­zy­gna­cji.

Prak­tycz­nie skoń­czył się nam pro­wiant, a na za­opa­trze­nie w żyw­ność nie mie­li­śmy tu­taj żad­nych szans. To­wa­rzy­szą­ce nam nie­ustan­nie zim­no i głód tyl­ko do­peł­nia­ły po­czu­cie lę­ku, a wy­obraź­nia pod­sy­ca­na wi­do­kiem wciąż czy­ha­ją­cych na nas wil­ków i krą­żą­cych sę­pów pod­su­wa­ła co­raz bar­dziej po­nu­re fan­ta­zje. Jak­że bło­go­sła­wi­li­śmy w ta­kich chwi­lach na­sze pu­cho­we śpi­wo­ry i kurt­ki, któ­ry­mi otu­le­ni po uszy mogli­­śmy cze­kać dal­sze­go roz­wo­ju wy­da­rzeń.

Wnętrze namiotu nomadów

Wnętrze namiotu nomadów

Tym­cza­sem po wie­lu go­dzi­nach jaz­dy wje­cha­li­śmy na ko­lej­ną ośnie­żo­ną prze­łęcz i na­szym oczom uka­zał się za­pie­ra­ją­cy dech wi­dok. Ty­bet w peł­nej kra­sie. Nie­re­al­ne po­czu­cie prze­strze­ni i pust­ki. W da­li ośnie­żo­ne szczy­ty i roz­le­głe płasz­czy­zny pła­sko­wy­żu prze­ry­wa­ne tu i ów­dzie na­gły­mi urwi­ska­mi. Przed na­mi wy­ło­ni­ło się obo­wiąz­ko­we obo, czy­li kop­czyk z ka­mie­ni, ułożo­ny przez ty­be­tań­skich piel­grzy­mów. Do­kła­da­ne wciąż no­we ka­mie­nie w róż­nych in­ten­cjach oraz po­wie­wa­ją­ce na wie­trze fla­gi nio­są świę­te wer­sy mo­dli­twy hen gdzieś w nie­koń­czą­cą się prze­strzeń...

Mi­mo do­tkli­we­go zim­na po­sta­no­wi­li­śmy zro­bić krót­ki od­po­czy­nek. Bar­dzo już zmę­cze­ni, prze­sta­li­śmy ma­rzyć o luk­su­sach ta­kich jak ką­piel czy przy­tul­ny ką­cik z pa­lą­cym się ogniem w ko­min­ku. Kie­ro­wa­ni in­stynk­tem prze­trwa­nia pra­gnę­li­śmy je­dy­nie ja­kiej­kol­wiek cie­płej stra­wy, by­le ja­kie­go cie­płe­go schro­nie­nia, a te­go jed­nak wciąż nie by­ło wi­dać... Dro­ga, któ­rą ob­ra­li­śmy, wio­dła przez cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ne ży­cia prze­strze­nie. Mi­ja­ne wcze­śniej nie­licz­ne osa­dy te­raz za­mie­ni­ły się w po­je­dyn­cze na­mio­ty stra­szą­ce swym wy­glą­dem na tym su­ro­wym i okrut­nym pust­ko­wiu. Z da­le­ka przy­po­mi­na­ły ogrom­ne czar­ne pa­ją­ki po­lu­ją­ce na swą ofia­rę.

Tybetańska piękność

I wresz­cie ja­kimś cu­dem po­ko­na­li­śmy tę zu­peł­nie dzi­ką prze­strzeń i... sta­nę­li­śmy oko w oko z no­ma­da­mi.

Za­trzy­ma­li­śmy się nie­opo­dal jed­ne­go z na­mio­tów, ale na­gle nie wia­do­mo skąd wy­sko­czy­ły na nas wiel­kie psie be­stie go­to­we prze­gryźć nam gar­dła, czyli ty­be­tań­skie owczar­ki. Z ta­ki­mi nie ma żar­tów: kie­dy bronią swo­je­go te­ry­to­rium, po­tra­fią do­tkli­wie po­gryźć. By­li­śmy już go­to­wi użyć ka­mie­ni i sal­wo­wać się uciecz­ką, gdy ku­dła­te po­two­ry w jed­nej chwi­li zo­sta­ły gwiz­dem od­wo­ła­ne i sta­ły się wręcz po­tul­ny­mi ba­ran­ka­mi. Z pod­ku­lo­ny­mi ogo­na­mi skry­ły się w swo­ich bu­dach zro­bio­nych z ja­cze­go łaj­na.

Kie­dy od­wa­ży­li­śmy się po­dejść bli­żej na­mio­tu, zza gru­bej weł­nia­nej ma­te­rii wy­su­nął się tyl­ko je­den no­sek ja­kie­goś mal­ca o moc­no za­czer­wie­nio­nej twa­rzycz­ce. Czar­ne oczka przy­glą­da­ły się nam z wiel­kim za­cie­ka­wie­niem. Po­tem wyj­rza­ła ca­ła głów­ka, bez czap­ki mi­mo pa­nu­ją­ce­go mro­zu, za to z pięk­nym koł­tu­nem czar­nych wło­sków, chy­ba ni­gdy niemy­tych i niecze­sa­nych. Po­dob­nie jak u in­nych dzie­ci, któ­re po­ja­wi­ły się licz­nie w szcze­li­nie na­mio­tu. Roz­dzia­wi­ły ma­łe ustecz­ka, przy­glą­da­jąc się w za­dzi­wie­niu czte­rem po­sta­ciom w zie­lo­nych pu­cho­wych ska­fan­drach. Za­pew­ne po­my­śla­ły, że to isto­ty z in­nej pla­ne­ty, a na pew­no z in­ne­go, nie­zna­ne­go im świa­ta. Tro­chę onie­śmie­lo­ne, ale cie­szą­ce się z rzad­kie­go wi­do­ku go­ści, pod­eks­cy­to­wa­ne po­bie­gły ze śmie­chem za­wo­łać ro­dzi­ców i po­zo­sta­łych człon­ków tej ma­łej no­madz­kiej spo­łecz­no­ści.

Wte­dy po­czu­li­śmy na so­bie pa­trzą­ce na nas z gó­ry prze­ni­kli­we oczy praw­dzi­wej ol­brzym­ki o su­ro­wej, ciem­nej twa­rzy i twar­dym spoj­rze­niu. Jej gło­wa w dziw­nej czap­ce z ko­żu­cha, przy­po­mi­na­ją­cej ko­bie­ty z ple­mie­nia Kham, wy­su­nę­ła się z otwo­ru dym­ne­go tuż nad na­mi. Ko­bie­ta za­pro­si­ła nas do środ­ka, mam­ro­cząc coś pod no­sem. Po­czu­łam się tro­chę nie­swo­jo, jej strasz­ny wy­gląd bo­wiem na­pa­wał gro­zą i nie­bez­pie­czeń­stwem. W pierw­szej chwi­li nic nie wi­dzie­li­śmy z po­wo­du ciem­no­ści pa­nu­ją­cych w na­mio­cie, spo­wo­do­wa­nych gry­zą­cym, ciem­nym dy­mem, któ­ry uno­sił się ku gó­rze i wy­la­ty­wał otwo­rem w szczy­cie na­mio­tu. Jed­no­cze­śnie stam­tąd wprost na na­sze gło­wy pa­dał śnieg. Pró­bo­wa­li­śmy na­wią­zać kon­takt z ol­brzym­ką. Nie by­ło to ła­twe za­da­nie. Nie­uf­ność, z ja­ką nam się przy­glą­da­ła, mó­wi­ła sa­ma za sie­bie. Po­ro­zu­mie­wa­jąc się na mi­gi, da­li­śmy jej do zro­zu­mie­nia, że chce­my tyl­ko przez chwi­lę się ogrzać. Ski­nę­ła gło­wą i za­krząt­nę­ła się wo­kół pa­le­ni­ska, gdzie bul­go­ta­ła her­ba­ta, na któ­rą tak bar­dzo li­czy­li­śmy.

W ta­kich miej­scach ni­gdy nie od­ma­wia się zdro­żo­nym przy­by­szom, a zwłasz­cza piel­grzy­mom zmie­rza­ją­cym do świą­tyń - po­mo­cy, schro­nie­nia czy je­dze­nia. Ho­nor go­spo­da­rza na­ka­zu­je też udzie­lić go­ściom noc­le­gu.

Po nie­dłu­giej chwi­li w na­mio­cie za­czę­li się po­ja­wiać męż­czyź­ni i mło­dzi chłop­cy, a z ni­mi umo­ru­sa­ne dzie­ci. At­mos­fe­ra zde­cy­do­wa­nie się ociep­li­ła, zro­bi­ło się wręcz przy­tul­nie i przy­jaź­nie. Wszy­scy sta­ra­li się nas przy­jąć naj­le­piej, jak po­tra­fi­li, dzie­li­li się tym, co mie­li, choć mie­li tak nie­wie­le...

Tu­taj nie ma miej­sca na chci­wość i wy­ra­cho­wa­nie. Tu to­czy się nie­koń­czą­ca się twar­da wal­ka o prze­trwa­nie, z któ­rej dziel­ni ty­be­tań­scy no­ma­dzi wy­cho­dzą naj­czę­ściej zwy­cię­sko. By­wa jed­nak, że za­mar­z­ną gdzieś w dro­dze wraz z pad­nię­tą zwie­rzy­ną, że tra­wi ich głód i nę­ka­ją cho­ro­by. Dla­te­go tak waż­ną spra­wą jest być ra­zem. Na śmierć i ży­cie. Cią­głe za­gro­że­nie ma tu ogrom­ny wpływ nie tyl­ko na sto­sun­ki mię­dzy­ple­mien­ne, ale tak­że spo­łecz­ne i ro­dzin­ne. Kie­dy umie­ra mąż, owdo­wia­łą żo­ną opie­ku­je się w na­tu­ral­ny spo­sób brat mę­ża. Zda­rza się, że ko­bie­ta mo­że mieć kil­ku part­ne­rów - o tym de­cy­du­je sil­ny in­stynkt prze­trwa­nia. Ży­cie to­czy się jak przed wie­ka­mi, po­zo­sta­jąc w zgo­dzie z na­tu­rą, cza­sem dnia i no­cy, po­ra­mi ro­ku.

W tych trud­nych wa­run­kach i mor­der­czym cza­sem kli­ma­cie ży­ją lu­dzie ci­si i spo­koj­ni. Za­prze­sta­no har­dych za­cze­pek, na­pa­dów na piel­grzy­mów i cią­głych za­tar­gów mię­dzy­ple­mien­nych, od­kąd wkro­czył na tę zie­mię la­ma­izm, który po­zba­wił agre­sji do­tych­cza­so­wych wo­jow­ni­ków. Ich ener­gia skie­ro­wa­ła się ku re­li­gii. Wraz z na­dej­ściem la­ma­izmu, któ­ry roz­prze­strze­nił się po ca­łym Ty­be­cie, usta­ły nie­koń­czą­ce się woj­ny, a Ty­be­tań­czy­cy - jesz­cze do nie­daw­na bit­ni i agre­syw­ni - sta­li się spo­koj­nym, ugo­do­wym i udu­cho­wio­nym na­ro­dem, wie­rzą­cym w pra­wo kar­my i cy­kle ko­lej­nych na­ro­dzin, da­ją­cych szan­sę - po­przez szla­chet­ne ży­cie - na przy­szłość w nir­wa­nie.

Cze­ka­jąc na her­ba­tę, mo­gli­śmy do­kład­niej przyj­rzeć się wnę­trzu. Spra­wia­ło wra­że­nie za­cisz­nej, cie­płej kry­jów­ki w po­rów­na­niu z tym, co dzia­ło się na ze­wnątrz. Wy­da­wa­ło­by się, że pod­szy­te wia­trem ścia­ny na­mio­tu z gru­bo tka­nej weł­ny ja­ków to żad­na ochro­na przed zim­nem i wia­trem, a jed­nak spraw­dza się w tym trud­nym kli­ma­cie. Po­dob­nie jak w in­nych no­madz­kich do­mo­stwach, cen­tral­nym punk­tem jest pa­le­ni­sko zbu­do­wa­ne z kil­ku ce­gieł, wo­kół któ­re­go to­czy się ca­łe ży­cie miesz­kań­ców. Wszy­scy sku­pie­ni są wo­kół cie­pła i świa­tła. Tu wiecz­nie pło­nie ogień, na któ­rym ca­ły czas go­to­wa­na jest her­ba­ta, oczy­wi­ście z do­dat­kiem mle­ka, so­li i moc­no zjeł­cza­łe­go już tu­taj ma­sła. Obok jesz­cze coś przy­go­to­wy­wa­no do je­dze­nia, ale nie mie­li­śmy od­wa­gi za­py­tać ani też po­pro­sić o skosz­to­wa­nie te­go nie­szcze­gól­nie wy­glą­da­ją­ce­go spe­cja­łu.

W jed­nym z na­roż­ni­ków na­mio­tu za­wsze u no­ma­dów usta­wia­ny jest ma­ły oł­ta­rzyk z pa­lą­cą się ma­śla­ną lamp­ką i oczy­wi­ście zdję­cie da­laj­la­my - jest tu­taj czczo­ny jak świę­ci w in­nych czę­ściach świa­ta. W ko­lej­nym na­roż­ni­ku znaj­du­je się le­go­wi­sko wy­ło­żo­ne fu­tra­mi. Po­zo­sta­łe miej­sca w na­mio­cie wy­peł­nia­ją nie­licz­ne sprzę­ty ku­chen­ne oraz uprząż. Ca­ły do­by­tek mu­si zmie­ścić się na grzbie­tach ko­ni i ja­ków, kie­dy na­dej­dzie wio­sna - po­ra, w któ­rej ko­czow­ni­cy uda­ją się w dal­szą dro­gę w po­szu­ki­wa­niu no­wych pa­stwisk dla by­dła.

Po pierw­szej chwi­li nie­uf­no­ści no­ma­do­wie po­ka­za­li nam na­wet ode­zwę da­laj­la­my do na­ro­du ty­be­tań­skie­go, w któ­rej po­sia­da­nie we­szli w bli­żej nie­zna­ny nam spo­sób. Po­tem uro­dzi­wa mło­da Ty­be­tan­ka po­da­ła nam her­ba­tę. Na­to­miast ol­brzym­ka ode­szła gdzieś na bok, da­lej mam­ro­cząc do sie­bie ja­kieś za­klę­cia...

Ogrza­ni her­ba­tą i cie­płem pło­ną­ce­go ognia, po­dzię­ko­wa­li­śmy za go­ścin­ność, po­że­gna­li­śmy się z go­spo­da­rza­mi i ru­szy­li­śmy w dal­szą dro­gę urwi­stym szla­kiem cią­gną­cym się tuż nad prze­pa­ścią.

Tybetanki

Pozostałości klasztoru

Kamienne mury budowane przez pielgrzymów

 

Zacza­ro­wa­ny Ty­bet, cy­wi­li­za­cje barw­ne i peł­ne ży­wot­no­ści, o któ­rych świat do­wie­dział się sto­sun­ko­wo nie­daw­no. To wła­śnie tu pier­wot­na re­li­gia bo­n, za­wie­ra­ją­ca ele­men­ty sza­ma­ni­zmu i ani­mi­zmu, w okre­sie feu­dal­nej do­mi­na­cji Ko­ścio­ła la­ma­istycz­ne­go zla­ła się w ca­łość z bud­dy­zmem, a ten na ty­siąc­le­cia zde­ter­mi­no­wał ży­cie du­cho­we, wzbo­ga­ca­jąc je o no­we tre­ści i ce­le.

Ty­bet, nazywa­ny przez wie­lu da­chem świa­ta, to nie­do­stęp­na, pra­żo­na słoń­cem, sma­ga­na wia­tra­mi i śnie­giem tra­wia­sta kra­ina, która leży w znacz­nej czę­ści na ogrom­nych wy­so­ko­ściach się­ga­ją­cych pra­wie 5000 me­trów nad po­zio­mem mo­rza, gdzie ni­skie tem­pe­ra­tu­ry ka­żą zma­gać się wciąż z su­ro­wym kli­ma­tem. Oto­czo­ny ze wszyst­kich stron gó­ra­mi, two­rzy nie­zwy­kłe kra­jo­bra­zy za­pa­da­ją­ce w pa­mięć na za­wsze, co w po­łą­cze­niu z du­cho­wo­ścią i kul­tu­rą tutejszych lu­dzi wy­róż­nia to miej­sce po­śród wszyst­kich in­nych na świe­cie. Nic więc dziw­ne­go, że ten nie­­dostęp­ny przez wie­ki kraj przy­ku­wał uwa­gę i wciąż bu­dzi nie­usta­ją­ce za­in­te­re­so­wa­nie, fa­scy­nu­je swą ta­jem­ni­czo­ścią...

Po­dróż do Ty­be­tu to wiel­ka i cu­dow­na przy­go­da, ale cza­sem po­łą­czo­na z praw­dzi­wą wal­ką o prze­trwa­nie. Bi­twą to­czo­ną z wła­sny­mi sła­bo­ścia­mi i ogra­ni­cze­nia­mi, gło­dem i chło­dem, któ­re trze­ba po­ko­nać, by da­lej piąć się w gó­rę, na­wet gdy bra­ku­je już sił czy zwy­kłej mo­ty­wa­cji do osią­gnię­cia ce­lu.

Iluż to śmiał­ków pod­czas wy­praw po Ty­be­cie pró­bo­wa­ło swo­ich sił w po­szu­ki­wa­niu praw­dy jak ka­mie­nia fi­lo­zo­ficz­ne­go. Czy ją od­na­leź­li? Nie wia­do­mo... Wie­lu po­wró­ci­ło z po­czu­ciem try­um­fu, in­ni po­zo­sta­li tam na za­wsze i wszel­ki ślad po nich za­gi­nął.

Pasterz jaków

Każ­dą po­dróż de­ter­mi­nu­je nie­po­ha­mo­wa­na cie­ka­wość świa­ta i ni­czym nie­ogra­ni­czo­na wol­ność. Ule­ga­nie uro­ko­wi te­go, co do­pro­wa­dza do dresz­czu eks­cy­ta­cji, wa­bi i in­try­gu­je nie­zwy­kło­ścią nie­zna­ne­go. Prag­nie­nie za­nu­rze­nia się w na­stro­jach, uczu­ciach, tę­sk­no­tach...

Wła­śnie ta cie­ka­wość świa­ta nie po­zwa­la wie­lu lu­dziom usie­dzieć spo­koj­nie na miej­scu - ani w ci­szy, bo w głę­bi wła­sne­go wnę­t­rza świa­do­mość bom­bar­do­wa­na jest gło­sa­mi, pul­sem zie­mi, tej nie­zna­nej, go­­towej uka­zać swą uro­dę w ca­łej oka­za­ło­ści, ale cza­sa­mi tak­że okru­cień­stwie. Bu­du­je i pro­wo­ku­je wy­obraź­nię, któ­ra nie po­zwa­la spać po no­cach, bu­rzy spo­kój, po­zba­wia du­cho­we­go kom­for­tu, aż osta­tecz­nie sta­je się fi­lo­zo­fią ży­cia! Pcha ca­łą mo­cą do za­spo­ko­je­nia cie­ka­wo­ści zja­wisk, lu­dzi, przy­ro­dy i oto­cze­nia. I uczy od­por­no­ści na tru­dy po­dró­ży. Ta ogrom­na si­ła ro­dzi po­trze­bę zgłę­bia­nia wie­dzy na te­mat wszyst­kie­go, co do­strze­ga­my przez wła­sne otwar­cie i cze­go nie wi­dzi­my, bo na­dal po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą.

Kamienne płyty z inskrypcjami

Ni­niej­sza książ­ka to swo­isty au­tor­ski za­pis z kil­ku po­dró­ży do Ty­be­tu, uzu­peł­nio­ny in­for­ma­cja­mi za­czerp­nię­ty­mi z bo­ga­tej li­te­ra­tu­ry, a tak­że wła­snych do­świad­czeń. Ce­lem by­ło po­zna­nie różnorodnej kul­tu­ry Ty­be­tu i za­chły­śnię­cie się choć­by na chwi­lę at­mos­fe­rą mi­stycz­nej Kra­iny Śnie­gu. I tak się sta­ło, kie­dy na­sza eki­pa do­tar­ła do Wiel­kie­go Klasz­to­ru Kumbum w pół­noc­no­-wschod­niej czę­ści pro­win­cji Am­do, że­by przy­go­to­wać cykl re­por­ta­ży uka­zu­ją­cych nie­zwy­kłą du­cho­wość te­go miej­sca, nie­opo­dal któ­re­go uro­dził się XIV Da­laj­la­ma.

In­spi­ra­cją do na­pi­sa­nia książ­ki sta­ły się od­na­le­zio­ne fo­to­gra­fie, na któ­rych praw­do­po­dob­nie po raz pierw­szy na świe­cie uwiecz­nio­no gru­py ty­be­tań­skich no­ma­dów oraz sce­ny przed­sta­wia­ją­ce frag­men­ty mi­ste­riów re­li­gij­nych od­by­wa­ją­cych się w tam­tej­szych klasz­to­rach, za­re­je­stro­wa­ne przez jed­ne­go z naj­wy­bit­niej­szych pol­skich orien­ta­li­stów - Wła­dy­sła­wa Ko­twi­cza, ba­da­cza kul­tu­ry mon­gol­skiej i ty­be­tań­skiej.

Waż­ną mo­ty­wa­cją by­ło tak­że po­szu­ki­wa­nie od­po­wie­dzi na py­ta­nia o ist­nie­nie ta­jem­ni­cze­go kró­le­stwa Szambali, cen­trum du­cho­wej wie­dzy pod­ziem­nych świa­tów, do któ­re­go wio­dą wro­ta Aghar­ty. Po­dob­nie jak licz­ne za­pi­sy na te­mat Ty­be­tu spo­rzą­dzo­ne przez Alexan­drę Da­vid-Né­el, pierw­szą ko­bie­tę - la­mę, He­in­ri­cha Har­re­ra, któ­ry spę­dził sie­dem lat w Ty­be­cie, czy Fer­dy­nan­da An­to­nie­go Ossen­dow­skie­go, po­dróż­ni­ka i nie­zwy­kle płod­ne­go pi­sa­rza, nie­zmor­do­wa­ne­go w swych po­szu­ki­wa­niach przy­go­dy i praw­dy ukry­tej mię­dzy in­ny­mi w ma­nu­skryp­tach od­na­le­zio­nych w jed­nym z la­maickich klasz­to­rów w La­da­k­hu, po­twier­dza­ją­cych po­byt w Hi­ma­la­jach Je­zu­sa Chry­stu­sa. Nie kto in­ny jak Ossen­dow­ski już daw­no te­mu pod­jął jak­że dziś ak­tu­al­ne wy­­zwa­nie, rzu­ca­jąc swo­jej ra­sie w twarz moc­ne i zna­czą­ce sło­wa: "Na­szej mo­ral­nej cy­wi­li­za­cji is­lam, bud­dyzm, szin­to­izm, kon­fu­cja­nizm i na­wet po­gań­stwo nie po­trze­bu­ją!". Tym sa­mym oprócz awan­tur­ni­cze­go po­dróż­ni­ka stał się przy­kła­dem sło­wiań­skiej wol­nej du­szy go­to­wej dla idei i przy­go­dy zbu­rzyć za­sta­ny po­rzą­dek ist­nie­ją­ce­go świa­ta.

I tak oto, po­zo­sta­jąc pod wra­że­niem prze­czy­ta­nych tek­stów i ro­dzą­cych się gwał­tow­nie ma­rzeń o tej wy­jąt­ko­wej po­dró­ży, na­sza eki­pa uda­ła się w da­le­ką dro­gę na po­szu­ki­wa­nie te­go, co za­gu­bio­ne, a jed­nak wciąż jesz­cze tak ży­we w Ty­be­cie. Wów­czas ja­ko jed­na z nie­wie­lu na świe­cie mia­ła szan­sę uczest­ni­cze­nia w ce­re­mo­niach za­strze­żo­nych wcze­śniej tyl­ko dla mni­chów la­maickich zwią­za­nych z mi­ste­rium de­mo­nicz­ne­go tań­ca C'am. Od­kry­ła ta­jem­ni­cę ma­śla­ne­go oł­ta­rza i mo­gła do­ko­nać "oczysz­cze­nia z grze­chów" pod­czas ob­cho­dów Świę­ta Wiel­kiej Mo­dli­twy w klasz­to­rze Kumbum, by wejść w no­wy rok ja­ko czy­ste, nie­ska­la­ne żad­nym złem czło­wie­cze du­sze.

Że­by wypełnić to trud­ne za­da­nie, trze­ba by­ło naj­pierw po­ko­nać wie­le rzek i do­lin, wspiąć się na sze­reg gór­skich szczy­tów i prze­łę­czy, cza­sem do­łą­czyć do gru­py po­dró­żu­ją­cych pąt­ni­ków i wraz z ni­mi po­kło­nić się opie­ku­no­wi i za­ło­ży­cie­lo­wi klasz­to­ru, wiel­kie­mu re­for­ma­to­ro­wi ko­ścio­ła la­ma­istycz­ne­go - Congkhapie.

Swo­ją mi­sję zaś eki­pa wypełni­ła dzię­ki bło­go­sła­wień­stwu Da­laj­la­my, któ­re zo­sta­ło za­war­te w li­ście po­le­ca­ją­cym od prze­ora klasz­to­ru Gan­dan w Ułan Ba­tor.

Inskrypcje na kamieniach

 

Jest po­czą­tek lu­te­go. To już trze­ci ty­dzień na­szej wę­drów­ki po gó­rach Ty­be­tu, któ­rej ce­lem jest Wiel­ki Klasz­tor Kumbum. Le­ży w pół­noc­no­-wschod­niej czę­ści Wyżyny Ty­be­tań­skie­j, w pro­win­cji Am­do, na tra­sie ka­ra­wan do Mon­go­lii. To je­den z pię­ciu naj­waż­niej­szych klasz­to­rów w Ty­be­cie. Na­le­ży do sek­ty Ge­lug­-pa - Żół­tych Cza­pek i jest nie tyl­ko zna­czą­cym miej­scem bud­dyj­skie­go kul­tu, ale rów­nież zna­nym uni­wer­sy­te­tem kształ­cą­cym w prze­szło­ści ty­sią­ce mni­chów. Od da­wien daw­na owia­ny ta­jem­ni­cą, jest jed­nym z głów­nych ce­lów piel­grzy­mek oraz miej­scem spo­tkań wie­lu la­mów, cu­do­twór­ców, asce­tów, a także kup­ców.

Zmie­rza­my szla­kiem pąt­ni­czym do miej­sca, gdzie przed wie­ka­mi wy­da­rzył się cud... Pra­gnie­my wziąć udział w ob­cho­dach ty­be­tań­skie­go No­we­go Ro­ku, by za spra­wą mo­cy Pa­na Śmier­ci Ja­man­ta­ki pod­czas ce­re­mo­nii C'am oczy­ścić na­sze du­sze z grze­chów mi­ja­ją­ce­go ro­ku. We­dług lo­kal­ne­go ka­len­da­rza No­wy Rok przy­pa­da pięt­na­ste­go dnia ostat­nie­go mie­sią­ca. Wła­śnie w Kumbum każ­de­go ro­ku do­ko­nu­je się mi­ste­rium zwy­cię­stwa do­bra nad złem i na­stę­pu­je cu­dow­ne ze­spo­le­nie sił bo­skich z si­ła­mi na­tu­ry. War­to za­tem po­nieść wszel­kie tru­dy po­dró­ży, aby w No­wy Rok wkroczyć wol­nym od nie­czy­stych mo­cy.

Ty­bet to ta­jem­ni­czy kraj na da­chu świa­ta, naj­bar­dziej nie­do­stęp­ny i od­osob­nio­ny na na­szej Zie­mi. Gi­gan­tycz­ne lo­do­we ma­sy­wy wraz z pu­sty­nia­mi two­rzą je­go gra­ni­ce. Jest ser­cem za­śnie­żo­nych gór, źró­dłem po­tęż­nych rzek. Dzi­ki, prze­ra­ża­ją­cy, pu­sty, usta­wicz­nie nę­ka­ny lo­do­wa­tym wia­trem, ale w swej wiel­kiej sa­mot­no­ści... wspa­nia­ły. I bo­ga­ty w war­to­ści du­cho­we swojego spo­łe­czeń­stwa.

Ist­nie­ją tu wciąż barw­ne, peł­ne ży­wot­no­ści cy­wi­li­za­cje, o któ­rych świat do­wie­dział się sto­sun­ko­wo nie­daw­no. Roz­po­wszech­nia­na wie­dza na te­mat Ty­be­tu nie uwzględ­nia­ła czę­sto okre­su po­prze­dza­ją­ce­go roz­kwit no­wej re­li­gii, a bez te­go nie mo­gli­by­śmy po­jąć isto­ty ry­tu­ałów i ob­rzę­dów, odprawia­nych po dziś dzień.

Cy­wi­li­za­cja tkwią­ca głę­bo­ko ko­rze­nia­mi w prze­szło­ści, w utrzy­mu­ją­cym się dłu­go feu­da­li­zmie, opie­ra­ła się przede wszyst­kim na po­li­tycz­nej i go­spo­dar­czej do­mi­na­cji Ko­ścio­ła la­ma­istycz­ne­go. Po­wszech­nie wyznawa­na na te­re­nie ca­łe­go Ty­be­tu re­li­gia bo­n, prze­siąk­nię­ta sza­ma­ni­zmem, a na­wet od­le­głym ani­mi­zmem, po­łą­czy­ła się w koń­cu z no­wą, choć po­krew­ną, ideą bud­dyj­ską, któ­ra przez ko­lej­ne wie­ki tak zna­czą­co za­wa­ży­ła na ca­łym du­cho­wym ży­ciu miesz­kań­ców Ty­be­tu.

Ni­gdzie bar­dziej niż tu­taj lu­dzie nie prze­ciw­sta­wia­ją się lo­so­wi i prze­zna­cze­niu. Wal­czą z si­ła­mi przy­ro­dy, tru­da­mi dnia co­dzien­ne­go i nie­bez­pie­czeń­stwa­mi. Czy­ni­li to cza­sem z po­mo­cą sił nad­przy­ro­dzo­nych, któ­re w ta­jem­nych prak­ty­kach po­wo­ły­wa­li do ży­cia.

Nie bar­dzo już mo­gę so­bie przy­po­mnieć, któ­ry to dzień ty­go­dnia, chy­ba wto­rek al­bo śro­da...

Czas się za­trzy­mał, prze­stał mieć zna­cze­nie.

Mo­ja uwa­ga sku­pio­na jest w tej chwi­li wy­łącz­nie na tym, jak za­bez­pie­czyć się przed chło­dem i gło­dem, jak prze­trwać ko­lej­ny dzień bez szans na umy­cie się lub choć­by moż­li­wość zdję­cia z sie­bie jed­nej war­stwy ubra­nia.

Wciąż utrzy­mu­je się sro­gi mróz, a ja znów mam przed so­bą ob­raz ko­lej­nej no­cy spę­dzo­nej we wszyst­kich rze­czach, ja­kie po­sia­dam, w bu­tach i nie­od­łącz­nej czap­ce na gło­wie.

Po raz pierw­szy za­mar­z­ła mi wo­da w ter­mo­sie!

Prze­mie­rza­my gó­ry i do­li­ny, wspi­na­my się na prze­łę­cze, ba­ga­te­la - pię­cio­ty­sięcz­ne! Ka­mien­ne kop­ce i mo­dli­tew­ne fla­gi z wy­pi­sa­ny­mi man­tra­mi wy­ty­cza­ją szlak piel­grzy­mom i mó­wią o re­li­gij­no­ści je­go miesz­kań­ców. Naj­po­pu­lar­niej­sza w Ty­be­cie man­tra to Om ma­ni pad­me hum, co zna­czy: bło­go­sła­wio­ny klej­no­cie w lo­to­sie. Jest od­ma­wia­na ty­sią­ce ra­zy dzien­nie, wy­ry­ta na gła­zach, mo­dli­tew­nych młyn­kach, no­szo­na w amu­le­tach. Pod­czas jej re­cy­ta­cji moż­na usły­szeć nie­zli­czo­ne gło­sy świa­ta, pie­śni, od­gło­sy na­tu­ry, a na­wet - jak nie­któ­rzy twier­dzą - puls ko­smo­su.

Namioty nomadów

Modlitewne flagi

Po­wta­rza­ją ją też piel­grzy­mi, któ­rzy to­wa­rzy­szą nam w wę­drów­ce. Idą w peł­nym sku­pie­niu mło­dzi i sta­rzy, ro­dzi­ny z dzieć­mi, bied­ni, pro­ści no­ma­dzi ze ste­pów i bo­ga­ci kup­cy. Krę­cą ca­ły czas mo­dli­tew­ny­mi młyn­ka­mi, umoż­li­wia­jąc po­pły­nię­cie w dal mo­dli­twie, hen tam, gdzie ktoś jej wy­słu­cha... Prze­su­wa­ją pa­cior­ki ró­żań­ca, pre­cy­zyj­nie od­li­cza­jąc ko­lej­ne kro­ki po­łą­czo­ne z bi­ciem po­kło­nów do sa­mej zie­mi.

Naj­wy­tr­wal­si i naj­gor­liw­si pąt­ni­cy po­ko­nu­ją set­ki ki­lo­me­trów, nie­mal się czoł­ga­jąc. Od­mie­rza­ją kro­ki dłu­go­ścią swe­go cia­ła, pa­da­jąc na zie­mię, pod­no­sząc się i znów pa­da­jąc. To­wa­rzy­szy im za­wsze kon­kret­na in­ten­cja, któ­ra po­ma­ga do­trzymać pod­ję­tych re­li­gij­nych zo­bo­wią­zań i ślu­bów. Nie trak­tu­ją tej for­my mo­dli­twy by­naj­mniej ja­ko po­ku­ty czy ka­ry. Swo­ją po­win­ność speł­nia­ją z peł­nym od­da­niem, po­świę­ce­niem dla ce­lów wyż­szych. Trak­tu­ją ją ja­ko du­cho­wą dro­gę do swo­iste­go wy­zwo­le­nia od ko­niecz­no­ści po­now­nych na­ro­dzin i speł­nie­nia w nir­wa­nie.

Wi­dy­wa­łam gru­py pąt­ni­ków, praw­dzi­wych asce­tów, któ­rzy brnąc po pas w głę­bo­kim śnie­gu al­bo idąc w ulew­nym desz­czu, czę­sto uwa­la­ni w ku­rzu i bło­cie, cier­pli­wie po­dą­ża­li da­lej, mo­dląc się żar­li­wie po­mi­mo zdar­tej skó­ry na rę­kach i ko­la­nach czy z ra­na­mi na gło­wach od głę­bo­kich po­kło­nów. Nie­któ­rzy piel­grzy­mo­wa­li bez bu­tów, w łach­ma­nach, przy­po­mi­na­li strzęp ludz­kiej god­no­ści. Ale wła­śnie nie o god­ność tu cho­dzi, nie o upodle­nie, ale o cał­ko­wi­te od­da­nie się bo­skim si­łom, głę­bo­ko poj­mo­wa­nej re­li­gii, dzię­ki któ­rej mo­gą z ra­do­ścią po­ko­nać tę jak­że dłu­gą i uciąż­li­wą dro­gę do Kumbum.

Stupa

Na­sza po­dróż trwa­ła wie­le ty­go­dni, ale co­dzien­ność do­star­cza­ła co rusz no­wych wra­żeń. A to na­po­tka­li­śmy pro­wa­dzo­ne przez pa­ste­rzy i kup­ców ka­ra­wa­ny ja­ków nio­są­cych cen­ne to­wa­ry, ta­kie jak sól czy her­ba­ta, to znów zdro­żo­nych piel­grzy­mów w cięż­kich ko­żu­chach z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi za­stę­pu­ją­cy­mi rę­ka­wi­ce - okrą­ża­li za­wsze mi­ja­ne stu­py po­rzu­co­ne gdzieś na pust­ko­wiu. Wie­lo­krot­nie na­ty­ka­li­śmy się na nie­za­tar­te do koń­ca śla­dy daw­nych klasz­to­rów, po nie­któ­rych po­zo­sta­ły je­dy­nie zglisz­cza: ster­ty ka­mie­ni z in­skryp­cja­mi lub wi­ze­run­ka­mi Congkhapy, amu­le­ty, po­dar­te sta­re księ­gi - to naj­czę­ściej wszyst­ko, co oca­la­ło. Od cza­su do cza­su do­cho­dził nas za­rdze­wia­ły, zgrzy­tli­wy dźwięk po­ru­sza­ne­go przez wiatr młyn­ka al­bo ca­łe­go rzę­du daw­niej ko­lo­ro­wo po­ma­lo­wa­nych cy­lin­drów krę­cą­cych się wo­kół wła­snej osi. Daw­no nie­od­na­wia­nych, zmur­sza­łych, z ma­ło już czy­tel­ny­mi li­te­ra­mi, ale prze­cież wciąż za­wie­ra­ją­cych świę­te tek­sty. Każ­dy ob­rót to mo­dli­twa, wy­po­wie­dzia­ne i nie­wy­po­wie­dzia­ne sło­wa wszyst­kim zna­nej man­try: Om ma­ni pad­me hum, po­wta­rza­nej po wie­lo­kroć w cią­gu dnia, nie tyl­ko w świą­ty­niach. Cza­sem zda­rzy się ja­kiś za­błą­ka­ny piel­grzym al­bo ku­piec zdą­ża­ją­cy do naj­bliż­szej osa­dy, któ­ry na chwi­lę przy­sta­nie i ta­kim młyn­kiem ob­ró­ci raz i dru­gi, po­chy­li się nad roz­rzu­co­ny­mi w bez­ła­dzie amu­le­ta­mi, za­my­śli nad lo­sem czło­wie­czym... Ogrom­ne wra­że­nie ro­bią też na­po­tka­ne szcząt­ki pre­cy­zyj­nie uło­żo­nych ka­mien­nych mu­rów i świą­tyń, kie­dyś oka­za­łych, mo­nu­men­tal­nych za­pew­ne bu­dow­li, któ­re tęt­ni­ły ży­ciem i prze­peł­nia­ła je mo­dli­twa. Dziś po­rzu­co­ne, tra­gicz­nie smut­ne, pa­mię­ta­ją­ce wszyst­ko, co się tu wy­da­rzy­ło. Wszech­obec­ne, po­wie­wa­ją­ce wciąż jesz­cze, spło­wia­łe fla­gi za­tknię­te na wy­so­kich tycz­kach do­peł­nia­ją te­go smut­ne­go wi­do­ku...

W drodze do Kumbum

Stupy

Jed­nak nie wszyst­ko jest tu­taj po­nu­re. Od cza­su do cza­su spo­ty­ka­my gru­pę ro­ze­śmia­nych kup­ców na ko­niach. Sa­mo­cho­du, po­za na­szym, przez wie­le dni, mo­że na­wet ty­go­dni nie spo­tka­li­śmy po dro­dze. Raz za­chę­ce­ni przez nich do­sie­dli­śmy tych ma­łych, wy­trzy­ma­łych na tu­tej­sze tru­dy ru­ma­ków. Oka­za­ły się cał­kiem ła­god­ne i po­słusz­ne. I by­ły w na­szym po­dró­żo­wa­niu ma­łą od­mia­ną. Je­den z męż­czyzn za­ło­żył mi na gło­wę swą cie­płą li­sią cza­pę, za­pew­ne w na­dziei, że ją ku­pię. Mo­że i tak by się sta­ło, gdy­by nie ilość in­sek­tów, któ­re od­kry­łam w jej środ­ku... Szyb­ko prze­sta­łam ża­ło­wać oka­zji do na­by­cia cze­goś ory­gi­nal­ne­go od ty­be­tań­skich han­dla­rzy.

In­ne­go dnia, bar­dzo mroź­ne­go, tak mroź­ne­go, że nie chcia­ło mi się na­wet się­gnąć po apa­rat fo­to­gra­ficz­ny, zo­ba­czy­li­śmy na­gle nie­zwy­kłe zja­wi­sko... Tuż po­nad zie­mią po­śród śnie­gu uno­si­ły się gę­ste opa­ry przy­sła­nia­ją­ce to, co za ni­mi się kry­ło. Pod­je­cha­li­śmy bli­żej i za­nie­mó­wi­li­śmy z wra­że­nia. Z bia­łej mgły wy­ło­ni­ły się trzy ludz­kie gło­wy. Na­le­żą­ce do nich cia­ła by­ły nie­wi­docz­ne, za­nu­rzo­ne w cie­płym źró­dle. Ten nie­zwy­kły ob­ra­zek po­śród nie­koń­czą­cych się śnie­gów da­wał nie­sa­mo­wi­te złu­dze­nie nie­re­al­nej wprost ha­lu­cy­na­cji. Jak fa­ta­mor­ga­na na pu­sty­ni, któ­ra się przy­da­rza po­dróż­ni­kom na gra­ni­cy sił i moż­li­wo­ści zdro­we­go po­strze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści. Gdy­by nie śmiech ką­pią­cej się w naj­lep­sze i bez skrę­po­wa­nia grup­ki no­ma­dów, dwóch męż­czyzn i ko­bie­ty, po­my­śla­ła­bym, że to, co wi­dzę, to sen. Tym­cza­sem oni, plu­ska­jąc się we­so­ło, za­czę­li ocho­czo za­chę­cać nas do wspól­nej za­ba­wy na go­la­sa. Od ty­go­dni nie wi­dzie­li­śmy żad­nej ła­zien­ki, o cie­płej wo­dzie na­wet nie ma­rząc, więc po­ku­sa przy­łą­cze­nia się do tej we­so­łej gro­mad­ki by­ła wiel­ka. Na kość zmarz­­nię­ta, od­da­ła­bym wszyst­ko, że­by za­nu­rzyć się w tym cu­dow­nie go­rą­cym źró­dle. Ale... nie za­nu­rzy­łam się, cze­go do dziś ża­łu­ję. Ża­łu­ję rów­nież, że na­wet nie za­re­je­stro­wa­łam na fil­mie cze­goś tak pięk­ne­go i nie­zwy­kłe­go. Wciąż tyl­ko wspo­mi­nam i py­tam sie­bie: "sen to był czy ja­wa?".

Młynki modlitewne

Nie wszy­scy zmie­rza­ją do Kumbum pie­szo, nie­któ­rzy ko­rzy­sta­ją z mu­łów, in­ni z ko­ni al­bo ja­ków - zwie­rząt po­tęż­nych, nad­zwy­czaj wy­trzy­ma­łych i nie­mal zro­śnię­tych z ty­be­tań­skim kra­jo­bra­zem. Ja­ki peł­nią wie­lo­ra­kie funk­cje: od środ­ka trans­por­tu do do­star­czy­cie­la skór i mle­ka, z któ­re­go wy­ra­bia się jak­że cen­ne tu­taj ma­sło. Trak­tu­je się je w sym­bo­li­ce jak naj­więk­sze do­bro­dziej­stwo te­go kra­ju. Ma­sła uży­wa się nie tyl­ko w formie do­dat­ku do her­ba­ty, słu­ży też ja­ko pa­li­wo w świą­tyn­nych i do­mo­wych lamp­kach. Mni­si wy­ko­nu­ją z nie­go rów­nież ry­tu­al­ne rzeź­by, o czym mie­li­śmy się wkrót­ce prze­ko­nać.

Na dro­dze na­szej wę­drów­ki po­ja­wia­ją się cza­sem ma­łe osa­dy ty­be­tań­skie al­bo na­mio­ty no­ma­dów. Za­wsze spra­wia­ło nam to ra­dość, nie tyl­ko ze spo­tka­nia ży­wej isto­ty, by­ła to dla nas oka­zja, by się ogrzać i na­pić go­rą­cej her­ba­ty. Ja­kież to dziw­ne, że wła­śnie tu­taj, po­śród nie­przy­ja­zne­go świa­ta, w su­ro­wym kli­ma­cie ży­ją tak życz­li­wi i ła­god­ni lu­dzie. Czy to za­słu­ga re­li­gii, że ich sto­su­nek do swo­ich, do ob­cych... jest właś­nie ta­ki? Ży­ją oszczęd­nie, czerpiąc z darów na­tu­ry. Na­wet śpią w po­zy­cji umoż­li­wia­ją­cej za­cho­wa­nie cie­pła: z pod­cią­gniętymi pod brodę no­gami. O świ­cie roz­dmu­chu­ją skó­rza­ny­mi mie­cha­mi nie­wy­ga­sły żar i w ko­cioł­ku nie­ba­wem za­czy­na bul­go­tać her­ba­ta, któ­rą pi­je się tu­taj z mle­kiem, so­lą i wła­śnie z ma­słem. Pa­le­ni­sko jest cen­tral­nym punk­tem do­mo­stwa i ni­gdy nie wy­ga­sa.

Na tę odro­bi­nę cie­pła li­czy­li­śmy, zbli­ża­jąc się do jed­ne­go z czar­nych na­mio­tów...

Pielgrzymi