Tybet, W drodze do Kumbum - Elżbieta Sęczykowska

Reflow text when sidebars are open.
Gdy jechaliśmy mocno już o tej porze roku ośnieżonym trawersem ku kolejnym przełęczom Amdo, cały czas wytrwale towarzyszyły nam w podróży watahy wilków lub szare pojedyncze osobniki wyraźnie czekające na upolowanie treściwego posiłku. Nie był to miły widok na tym opuszczonym przez Boga i ludzi pustkowiu. Zrobiło się trochę nieswojo.
Przepełniona złymi przeczuciami, obserwowałam ten ponury, pozbawiony różnorodności pejzaż w nadziei na jakieś przytulne schronienie. Stalowego koloru ciężkie chmury przysłoniły i tak już od dawna niewidziane słońce, powodując coraz większe ciemności, a wzmagający się wiatr dął niemożebnie, napawając grozą. Do tego obficie sypał śnieg. Mroźne powietrze połączone z ostrymi podmuchami wiatru wdzierało się do niezbyt szczelnego samochodu. Nasze dalekie od luksusu auto dawało nam jedynie pozory ochrony przed zimnem i śniegiem. Pozbawione ogrzewania wnętrze powodowało błyskawiczne zamrażanie szyb, co uniemożliwiało bezpieczną jazdę. Najważniejszym zadaniem Szymona, naszego głównego operatora, siedzącego obok kierowcy, było ciągłe zeskrobywanie szronu, przynajmniej w polu widzenia prowadzącego auto. Zastanawialiśmy się, co można widzieć przez mały odchuchany skrawek okna... Każdą szczelinę i zakamarek kabiny wypełniał biały puch, tworząc małe zaspy, z których usuwaniem nie mogliśmy nadążyć. Jechaliśmy z coraz większym trudem. Nasi niezmordowani tybetańscy kierowcy wykazywali mnóstwo hartu ducha, by dotrzeć w bardziej przyjazne rejony prowincji. Wielogodzinna, do bólu monotonna, a zarazem niebezpieczna jazda krawędzią urwiska na dużej wysokości, wyzwalała strach, ale po pewnym czasie już tylko objawy znużenia i senności. I coraz większej rezygnacji.
Praktycznie skończył się nam prowiant, a na zaopatrzenie w żywność nie mieliśmy tutaj żadnych szans. Towarzyszące nam nieustannie zimno i głód tylko dopełniały poczucie lęku, a wyobraźnia podsycana widokiem wciąż czyhających na nas wilków i krążących sępów podsuwała coraz bardziej ponure fantazje. Jakże błogosławiliśmy w takich chwilach nasze puchowe śpiwory i kurtki, którymi otuleni po uszy mogliśmy czekać dalszego rozwoju wydarzeń.
Wnętrze namiotu nomadów
Wnętrze namiotu nomadów
Tymczasem po wielu godzinach jazdy wjechaliśmy na kolejną ośnieżoną przełęcz i naszym oczom ukazał się zapierający dech widok. Tybet w pełnej krasie. Nierealne poczucie przestrzeni i pustki. W dali ośnieżone szczyty i rozległe płaszczyzny płaskowyżu przerywane tu i ówdzie nagłymi urwiskami. Przed nami wyłoniło się obowiązkowe obo, czyli kopczyk z kamieni, ułożony przez tybetańskich pielgrzymów. Dokładane wciąż nowe kamienie w różnych intencjach oraz powiewające na wietrze flagi niosą święte wersy modlitwy hen gdzieś w niekończącą się przestrzeń...
Mimo dotkliwego zimna postanowiliśmy zrobić krótki odpoczynek. Bardzo już zmęczeni, przestaliśmy marzyć o luksusach takich jak kąpiel czy przytulny kącik z palącym się ogniem w kominku. Kierowani instynktem przetrwania pragnęliśmy jedynie jakiejkolwiek ciepłej strawy, byle jakiego ciepłego schronienia, a tego jednak wciąż nie było widać... Droga, którą obraliśmy, wiodła przez całkowicie pozbawione życia przestrzenie. Mijane wcześniej nieliczne osady teraz zamieniły się w pojedyncze namioty straszące swym wyglądem na tym surowym i okrutnym pustkowiu. Z daleka przypominały ogromne czarne pająki polujące na swą ofiarę.
Tybetańska piękność
I wreszcie jakimś cudem pokonaliśmy tę zupełnie dziką przestrzeń i... stanęliśmy oko w oko z nomadami.
Zatrzymaliśmy się nieopodal jednego z namiotów, ale nagle nie wiadomo skąd wyskoczyły na nas wielkie psie bestie gotowe przegryźć nam gardła, czyli tybetańskie owczarki. Z takimi nie ma żartów: kiedy bronią swojego terytorium, potrafią dotkliwie pogryźć. Byliśmy już gotowi użyć kamieni i salwować się ucieczką, gdy kudłate potwory w jednej chwili zostały gwizdem odwołane i stały się wręcz potulnymi barankami. Z podkulonymi ogonami skryły się w swoich budach zrobionych z jaczego łajna.
Kiedy odważyliśmy się podejść bliżej namiotu, zza grubej wełnianej materii wysunął się tylko jeden nosek jakiegoś malca o mocno zaczerwienionej twarzyczce. Czarne oczka przyglądały się nam z wielkim zaciekawieniem. Potem wyjrzała cała główka, bez czapki mimo panującego mrozu, za to z pięknym kołtunem czarnych włosków, chyba nigdy niemytych i nieczesanych. Podobnie jak u innych dzieci, które pojawiły się licznie w szczelinie namiotu. Rozdziawiły małe usteczka, przyglądając się w zadziwieniu czterem postaciom w zielonych puchowych skafandrach. Zapewne pomyślały, że to istoty z innej planety, a na pewno z innego, nieznanego im świata. Trochę onieśmielone, ale cieszące się z rzadkiego widoku gości, podekscytowane pobiegły ze śmiechem zawołać rodziców i pozostałych członków tej małej nomadzkiej społeczności.
Wtedy poczuliśmy na sobie patrzące na nas z góry przenikliwe oczy prawdziwej olbrzymki o surowej, ciemnej twarzy i twardym spojrzeniu. Jej głowa w dziwnej czapce z kożucha, przypominającej kobiety z plemienia Kham, wysunęła się z otworu dymnego tuż nad nami. Kobieta zaprosiła nas do środka, mamrocząc coś pod nosem. Poczułam się trochę nieswojo, jej straszny wygląd bowiem napawał grozą i niebezpieczeństwem. W pierwszej chwili nic nie widzieliśmy z powodu ciemności panujących w namiocie, spowodowanych gryzącym, ciemnym dymem, który unosił się ku górze i wylatywał otworem w szczycie namiotu. Jednocześnie stamtąd wprost na nasze głowy padał śnieg. Próbowaliśmy nawiązać kontakt z olbrzymką. Nie było to łatwe zadanie. Nieufność, z jaką nam się przyglądała, mówiła sama za siebie. Porozumiewając się na migi, daliśmy jej do zrozumienia, że chcemy tylko przez chwilę się ogrzać. Skinęła głową i zakrzątnęła się wokół paleniska, gdzie bulgotała herbata, na którą tak bardzo liczyliśmy.
W takich miejscach nigdy nie odmawia się zdrożonym przybyszom, a zwłaszcza pielgrzymom zmierzającym do świątyń - pomocy, schronienia czy jedzenia. Honor gospodarza nakazuje też udzielić gościom noclegu.
Po niedługiej chwili w namiocie zaczęli się pojawiać mężczyźni i młodzi chłopcy, a z nimi umorusane dzieci. Atmosfera zdecydowanie się ociepliła, zrobiło się wręcz przytulnie i przyjaźnie. Wszyscy starali się nas przyjąć najlepiej, jak potrafili, dzielili się tym, co mieli, choć mieli tak niewiele...
Tutaj nie ma miejsca na chciwość i wyrachowanie. Tu toczy się niekończąca się twarda walka o przetrwanie, z której dzielni tybetańscy nomadzi wychodzą najczęściej zwycięsko. Bywa jednak, że zamarzną gdzieś w drodze wraz z padniętą zwierzyną, że trawi ich głód i nękają choroby. Dlatego tak ważną sprawą jest być razem. Na śmierć i życie. Ciągłe zagrożenie ma tu ogromny wpływ nie tylko na stosunki międzyplemienne, ale także społeczne i rodzinne. Kiedy umiera mąż, owdowiałą żoną opiekuje się w naturalny sposób brat męża. Zdarza się, że kobieta może mieć kilku partnerów - o tym decyduje silny instynkt przetrwania. Życie toczy się jak przed wiekami, pozostając w zgodzie z naturą, czasem dnia i nocy, porami roku.
W tych trudnych warunkach i morderczym czasem klimacie żyją ludzie cisi i spokojni. Zaprzestano hardych zaczepek, napadów na pielgrzymów i ciągłych zatargów międzyplemiennych, odkąd wkroczył na tę ziemię lamaizm, który pozbawił agresji dotychczasowych wojowników. Ich energia skierowała się ku religii. Wraz z nadejściem lamaizmu, który rozprzestrzenił się po całym Tybecie, ustały niekończące się wojny, a Tybetańczycy - jeszcze do niedawna bitni i agresywni - stali się spokojnym, ugodowym i uduchowionym narodem, wierzącym w prawo karmy i cykle kolejnych narodzin, dających szansę - poprzez szlachetne życie - na przyszłość w nirwanie.
Czekając na herbatę, mogliśmy dokładniej przyjrzeć się wnętrzu. Sprawiało wrażenie zacisznej, ciepłej kryjówki w porównaniu z tym, co działo się na zewnątrz. Wydawałoby się, że podszyte wiatrem ściany namiotu z grubo tkanej wełny jaków to żadna ochrona przed zimnem i wiatrem, a jednak sprawdza się w tym trudnym klimacie. Podobnie jak w innych nomadzkich domostwach, centralnym punktem jest palenisko zbudowane z kilku cegieł, wokół którego toczy się całe życie mieszkańców. Wszyscy skupieni są wokół ciepła i światła. Tu wiecznie płonie ogień, na którym cały czas gotowana jest herbata, oczywiście z dodatkiem mleka, soli i mocno zjełczałego już tutaj masła. Obok jeszcze coś przygotowywano do jedzenia, ale nie mieliśmy odwagi zapytać ani też poprosić o skosztowanie tego nieszczególnie wyglądającego specjału.
W jednym z narożników namiotu zawsze u nomadów ustawiany jest mały ołtarzyk z palącą się maślaną lampką i oczywiście zdjęcie dalajlamy - jest tutaj czczony jak święci w innych częściach świata. W kolejnym narożniku znajduje się legowisko wyłożone futrami. Pozostałe miejsca w namiocie wypełniają nieliczne sprzęty kuchenne oraz uprząż. Cały dobytek musi zmieścić się na grzbietach koni i jaków, kiedy nadejdzie wiosna - pora, w której koczownicy udają się w dalszą drogę w poszukiwaniu nowych pastwisk dla bydła.
Po pierwszej chwili nieufności nomadowie pokazali nam nawet odezwę dalajlamy do narodu tybetańskiego, w której posiadanie weszli w bliżej nieznany nam sposób. Potem urodziwa młoda Tybetanka podała nam herbatę. Natomiast olbrzymka odeszła gdzieś na bok, dalej mamrocząc do siebie jakieś zaklęcia...
Ogrzani herbatą i ciepłem płonącego ognia, podziękowaliśmy za gościnność, pożegnaliśmy się z gospodarzami i ruszyliśmy w dalszą drogę urwistym szlakiem ciągnącym się tuż nad przepaścią.
Tybetanki
Pozostałości klasztoru
Kamienne mury budowane przez pielgrzymów
Zaczarowany Tybet, cywilizacje barwne i pełne żywotności, o których świat dowiedział się stosunkowo niedawno. To właśnie tu pierwotna religia bon, zawierająca elementy szamanizmu i animizmu, w okresie feudalnej dominacji Kościoła lamaistycznego zlała się w całość z buddyzmem, a ten na tysiąclecia zdeterminował życie duchowe, wzbogacając je o nowe treści i cele.
Tybet, nazywany przez wielu dachem świata, to niedostępna, prażona słońcem, smagana wiatrami i śniegiem trawiasta kraina, która leży w znacznej części na ogromnych wysokościach sięgających prawie 5000 metrów nad poziomem morza, gdzie niskie temperatury każą zmagać się wciąż z surowym klimatem. Otoczony ze wszystkich stron górami, tworzy niezwykłe krajobrazy zapadające w pamięć na zawsze, co w połączeniu z duchowością i kulturą tutejszych ludzi wyróżnia to miejsce pośród wszystkich innych na świecie. Nic więc dziwnego, że ten niedostępny przez wieki kraj przykuwał uwagę i wciąż budzi nieustające zainteresowanie, fascynuje swą tajemniczością...
Podróż do Tybetu to wielka i cudowna przygoda, ale czasem połączona z prawdziwą walką o przetrwanie. Bitwą toczoną z własnymi słabościami i ograniczeniami, głodem i chłodem, które trzeba pokonać, by dalej piąć się w górę, nawet gdy brakuje już sił czy zwykłej motywacji do osiągnięcia celu.
Iluż to śmiałków podczas wypraw po Tybecie próbowało swoich sił w poszukiwaniu prawdy jak kamienia filozoficznego. Czy ją odnaleźli? Nie wiadomo... Wielu powróciło z poczuciem tryumfu, inni pozostali tam na zawsze i wszelki ślad po nich zaginął.
Pasterz jaków
Każdą podróż determinuje niepohamowana ciekawość świata i niczym nieograniczona wolność. Uleganie urokowi tego, co doprowadza do dreszczu ekscytacji, wabi i intryguje niezwykłością nieznanego. Pragnienie zanurzenia się w nastrojach, uczuciach, tęsknotach...
Właśnie ta ciekawość świata nie pozwala wielu ludziom usiedzieć spokojnie na miejscu - ani w ciszy, bo w głębi własnego wnętrza świadomość bombardowana jest głosami, pulsem ziemi, tej nieznanej, gotowej ukazać swą urodę w całej okazałości, ale czasami także okrucieństwie. Buduje i prowokuje wyobraźnię, która nie pozwala spać po nocach, burzy spokój, pozbawia duchowego komfortu, aż ostatecznie staje się filozofią życia! Pcha całą mocą do zaspokojenia ciekawości zjawisk, ludzi, przyrody i otoczenia. I uczy odporności na trudy podróży. Ta ogromna siła rodzi potrzebę zgłębiania wiedzy na temat wszystkiego, co dostrzegamy przez własne otwarcie i czego nie widzimy, bo nadal pozostaje tajemnicą.
Kamienne płyty z inskrypcjami
Niniejsza książka to swoisty autorski zapis z kilku podróży do Tybetu, uzupełniony informacjami zaczerpniętymi z bogatej literatury, a także własnych doświadczeń. Celem było poznanie różnorodnej kultury Tybetu i zachłyśnięcie się choćby na chwilę atmosferą mistycznej Krainy Śniegu. I tak się stało, kiedy nasza ekipa dotarła do Wielkiego Klasztoru Kumbum w północno-wschodniej części prowincji Amdo, żeby przygotować cykl reportaży ukazujących niezwykłą duchowość tego miejsca, nieopodal którego urodził się XIV Dalajlama.
Inspiracją do napisania książki stały się odnalezione fotografie, na których prawdopodobnie po raz pierwszy na świecie uwieczniono grupy tybetańskich nomadów oraz sceny przedstawiające fragmenty misteriów religijnych odbywających się w tamtejszych klasztorach, zarejestrowane przez jednego z najwybitniejszych polskich orientalistów - Władysława Kotwicza, badacza kultury mongolskiej i tybetańskiej.
Ważną motywacją było także poszukiwanie odpowiedzi na pytania o istnienie tajemniczego królestwa Szambali, centrum duchowej wiedzy podziemnych światów, do którego wiodą wrota Agharty. Podobnie jak liczne zapisy na temat Tybetu sporządzone przez Alexandrę David-Néel, pierwszą kobietę - lamę, Heinricha Harrera, który spędził siedem lat w Tybecie, czy Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego, podróżnika i niezwykle płodnego pisarza, niezmordowanego w swych poszukiwaniach przygody i prawdy ukrytej między innymi w manuskryptach odnalezionych w jednym z lamaickich klasztorów w Ladakhu, potwierdzających pobyt w Himalajach Jezusa Chrystusa. Nie kto inny jak Ossendowski już dawno temu podjął jakże dziś aktualne wyzwanie, rzucając swojej rasie w twarz mocne i znaczące słowa: "Naszej moralnej cywilizacji islam, buddyzm, szintoizm, konfucjanizm i nawet pogaństwo nie potrzebują!". Tym samym oprócz awanturniczego podróżnika stał się przykładem słowiańskiej wolnej duszy gotowej dla idei i przygody zburzyć zastany porządek istniejącego świata.
I tak oto, pozostając pod wrażeniem przeczytanych tekstów i rodzących się gwałtownie marzeń o tej wyjątkowej podróży, nasza ekipa udała się w daleką drogę na poszukiwanie tego, co zagubione, a jednak wciąż jeszcze tak żywe w Tybecie. Wówczas jako jedna z niewielu na świecie miała szansę uczestniczenia w ceremoniach zastrzeżonych wcześniej tylko dla mnichów lamaickich związanych z misterium demonicznego tańca C'am. Odkryła tajemnicę maślanego ołtarza i mogła dokonać "oczyszczenia z grzechów" podczas obchodów Święta Wielkiej Modlitwy w klasztorze Kumbum, by wejść w nowy rok jako czyste, nieskalane żadnym złem człowiecze dusze.
Żeby wypełnić to trudne zadanie, trzeba było najpierw pokonać wiele rzek i dolin, wspiąć się na szereg górskich szczytów i przełęczy, czasem dołączyć do grupy podróżujących pątników i wraz z nimi pokłonić się opiekunowi i założycielowi klasztoru, wielkiemu reformatorowi kościoła lamaistycznego - Congkhapie.
Swoją misję zaś ekipa wypełniła dzięki błogosławieństwu Dalajlamy, które zostało zawarte w liście polecającym od przeora klasztoru Gandan w Ułan Bator.
Inskrypcje na kamieniach
Jest początek lutego. To już trzeci tydzień naszej wędrówki po górach Tybetu, której celem jest Wielki Klasztor Kumbum. Leży w północno-wschodniej części Wyżyny Tybetańskiej, w prowincji Amdo, na trasie karawan do Mongolii. To jeden z pięciu najważniejszych klasztorów w Tybecie. Należy do sekty Gelug-pa - Żółtych Czapek i jest nie tylko znaczącym miejscem buddyjskiego kultu, ale również znanym uniwersytetem kształcącym w przeszłości tysiące mnichów. Od dawien dawna owiany tajemnicą, jest jednym z głównych celów pielgrzymek oraz miejscem spotkań wielu lamów, cudotwórców, ascetów, a także kupców.
Zmierzamy szlakiem pątniczym do miejsca, gdzie przed wiekami wydarzył się cud... Pragniemy wziąć udział w obchodach tybetańskiego Nowego Roku, by za sprawą mocy Pana Śmierci Jamantaki podczas ceremonii C'am oczyścić nasze dusze z grzechów mijającego roku. Według lokalnego kalendarza Nowy Rok przypada piętnastego dnia ostatniego miesiąca. Właśnie w Kumbum każdego roku dokonuje się misterium zwycięstwa dobra nad złem i następuje cudowne zespolenie sił boskich z siłami natury. Warto zatem ponieść wszelkie trudy podróży, aby w Nowy Rok wkroczyć wolnym od nieczystych mocy.
Tybet to tajemniczy kraj na dachu świata, najbardziej niedostępny i odosobniony na naszej Ziemi. Gigantyczne lodowe masywy wraz z pustyniami tworzą jego granice. Jest sercem zaśnieżonych gór, źródłem potężnych rzek. Dziki, przerażający, pusty, ustawicznie nękany lodowatym wiatrem, ale w swej wielkiej samotności... wspaniały. I bogaty w wartości duchowe swojego społeczeństwa.
Istnieją tu wciąż barwne, pełne żywotności cywilizacje, o których świat dowiedział się stosunkowo niedawno. Rozpowszechniana wiedza na temat Tybetu nie uwzględniała często okresu poprzedzającego rozkwit nowej religii, a bez tego nie moglibyśmy pojąć istoty rytuałów i obrzędów, odprawianych po dziś dzień.
Cywilizacja tkwiąca głęboko korzeniami w przeszłości, w utrzymującym się długo feudalizmie, opierała się przede wszystkim na politycznej i gospodarczej dominacji Kościoła lamaistycznego. Powszechnie wyznawana na terenie całego Tybetu religia bon, przesiąknięta szamanizmem, a nawet odległym animizmem, połączyła się w końcu z nową, choć pokrewną, ideą buddyjską, która przez kolejne wieki tak znacząco zaważyła na całym duchowym życiu mieszkańców Tybetu.
Nigdzie bardziej niż tutaj ludzie nie przeciwstawiają się losowi i przeznaczeniu. Walczą z siłami przyrody, trudami dnia codziennego i niebezpieczeństwami. Czynili to czasem z pomocą sił nadprzyrodzonych, które w tajemnych praktykach powoływali do życia.
Nie bardzo już mogę sobie przypomnieć, który to dzień tygodnia, chyba wtorek albo środa...
Czas się zatrzymał, przestał mieć znaczenie.
Moja uwaga skupiona jest w tej chwili wyłącznie na tym, jak zabezpieczyć się przed chłodem i głodem, jak przetrwać kolejny dzień bez szans na umycie się lub choćby możliwość zdjęcia z siebie jednej warstwy ubrania.
Wciąż utrzymuje się srogi mróz, a ja znów mam przed sobą obraz kolejnej nocy spędzonej we wszystkich rzeczach, jakie posiadam, w butach i nieodłącznej czapce na głowie.
Po raz pierwszy zamarzła mi woda w termosie!
Przemierzamy góry i doliny, wspinamy się na przełęcze, bagatela - pięciotysięczne! Kamienne kopce i modlitewne flagi z wypisanymi mantrami wytyczają szlak pielgrzymom i mówią o religijności jego mieszkańców. Najpopularniejsza w Tybecie mantra to Om mani padme hum, co znaczy: błogosławiony klejnocie w lotosie. Jest odmawiana tysiące razy dziennie, wyryta na głazach, modlitewnych młynkach, noszona w amuletach. Podczas jej recytacji można usłyszeć niezliczone głosy świata, pieśni, odgłosy natury, a nawet - jak niektórzy twierdzą - puls kosmosu.
Namioty nomadów
Modlitewne flagi
Powtarzają ją też pielgrzymi, którzy towarzyszą nam w wędrówce. Idą w pełnym skupieniu młodzi i starzy, rodziny z dziećmi, biedni, prości nomadzi ze stepów i bogaci kupcy. Kręcą cały czas modlitewnymi młynkami, umożliwiając popłynięcie w dal modlitwie, hen tam, gdzie ktoś jej wysłucha... Przesuwają paciorki różańca, precyzyjnie odliczając kolejne kroki połączone z biciem pokłonów do samej ziemi.
Najwytrwalsi i najgorliwsi pątnicy pokonują setki kilometrów, niemal się czołgając. Odmierzają kroki długością swego ciała, padając na ziemię, podnosząc się i znów padając. Towarzyszy im zawsze konkretna intencja, która pomaga dotrzymać podjętych religijnych zobowiązań i ślubów. Nie traktują tej formy modlitwy bynajmniej jako pokuty czy kary. Swoją powinność spełniają z pełnym oddaniem, poświęceniem dla celów wyższych. Traktują ją jako duchową drogę do swoistego wyzwolenia od konieczności ponownych narodzin i spełnienia w nirwanie.
Widywałam grupy pątników, prawdziwych ascetów, którzy brnąc po pas w głębokim śniegu albo idąc w ulewnym deszczu, często uwalani w kurzu i błocie, cierpliwie podążali dalej, modląc się żarliwie pomimo zdartej skóry na rękach i kolanach czy z ranami na głowach od głębokich pokłonów. Niektórzy pielgrzymowali bez butów, w łachmanach, przypominali strzęp ludzkiej godności. Ale właśnie nie o godność tu chodzi, nie o upodlenie, ale o całkowite oddanie się boskim siłom, głęboko pojmowanej religii, dzięki której mogą z radością pokonać tę jakże długą i uciążliwą drogę do Kumbum.
Stupa
Nasza podróż trwała wiele tygodni, ale codzienność dostarczała co rusz nowych wrażeń. A to napotkaliśmy prowadzone przez pasterzy i kupców karawany jaków niosących cenne towary, takie jak sól czy herbata, to znów zdrożonych pielgrzymów w ciężkich kożuchach z długimi rękawami zastępującymi rękawice - okrążali zawsze mijane stupy porzucone gdzieś na pustkowiu. Wielokrotnie natykaliśmy się na niezatarte do końca ślady dawnych klasztorów, po niektórych pozostały jedynie zgliszcza: sterty kamieni z inskrypcjami lub wizerunkami Congkhapy, amulety, podarte stare księgi - to najczęściej wszystko, co ocalało. Od czasu do czasu dochodził nas zardzewiały, zgrzytliwy dźwięk poruszanego przez wiatr młynka albo całego rzędu dawniej kolorowo pomalowanych cylindrów kręcących się wokół własnej osi. Dawno nieodnawianych, zmurszałych, z mało już czytelnymi literami, ale przecież wciąż zawierających święte teksty. Każdy obrót to modlitwa, wypowiedziane i niewypowiedziane słowa wszystkim znanej mantry: Om mani padme hum, powtarzanej po wielokroć w ciągu dnia, nie tylko w świątyniach. Czasem zdarzy się jakiś zabłąkany pielgrzym albo kupiec zdążający do najbliższej osady, który na chwilę przystanie i takim młynkiem obróci raz i drugi, pochyli się nad rozrzuconymi w bezładzie amuletami, zamyśli nad losem człowieczym... Ogromne wrażenie robią też napotkane szczątki precyzyjnie ułożonych kamiennych murów i świątyń, kiedyś okazałych, monumentalnych zapewne budowli, które tętniły życiem i przepełniała je modlitwa. Dziś porzucone, tragicznie smutne, pamiętające wszystko, co się tu wydarzyło. Wszechobecne, powiewające wciąż jeszcze, spłowiałe flagi zatknięte na wysokich tyczkach dopełniają tego smutnego widoku...
W drodze do Kumbum
Stupy
Jednak nie wszystko jest tutaj ponure. Od czasu do czasu spotykamy grupę roześmianych kupców na koniach. Samochodu, poza naszym, przez wiele dni, może nawet tygodni nie spotkaliśmy po drodze. Raz zachęceni przez nich dosiedliśmy tych małych, wytrzymałych na tutejsze trudy rumaków. Okazały się całkiem łagodne i posłuszne. I były w naszym podróżowaniu małą odmianą. Jeden z mężczyzn założył mi na głowę swą ciepłą lisią czapę, zapewne w nadziei, że ją kupię. Może i tak by się stało, gdyby nie ilość insektów, które odkryłam w jej środku... Szybko przestałam żałować okazji do nabycia czegoś oryginalnego od tybetańskich handlarzy.
Innego dnia, bardzo mroźnego, tak mroźnego, że nie chciało mi się nawet sięgnąć po aparat fotograficzny, zobaczyliśmy nagle niezwykłe zjawisko... Tuż ponad ziemią pośród śniegu unosiły się gęste opary przysłaniające to, co za nimi się kryło. Podjechaliśmy bliżej i zaniemówiliśmy z wrażenia. Z białej mgły wyłoniły się trzy ludzkie głowy. Należące do nich ciała były niewidoczne, zanurzone w ciepłym źródle. Ten niezwykły obrazek pośród niekończących się śniegów dawał niesamowite złudzenie nierealnej wprost halucynacji. Jak fatamorgana na pustyni, która się przydarza podróżnikom na granicy sił i możliwości zdrowego postrzegania rzeczywistości. Gdyby nie śmiech kąpiącej się w najlepsze i bez skrępowania grupki nomadów, dwóch mężczyzn i kobiety, pomyślałabym, że to, co widzę, to sen. Tymczasem oni, pluskając się wesoło, zaczęli ochoczo zachęcać nas do wspólnej zabawy na golasa. Od tygodni nie widzieliśmy żadnej łazienki, o ciepłej wodzie nawet nie marząc, więc pokusa przyłączenia się do tej wesołej gromadki była wielka. Na kość zmarznięta, oddałabym wszystko, żeby zanurzyć się w tym cudownie gorącym źródle. Ale... nie zanurzyłam się, czego do dziś żałuję. Żałuję również, że nawet nie zarejestrowałam na filmie czegoś tak pięknego i niezwykłego. Wciąż tylko wspominam i pytam siebie: "sen to był czy jawa?".
Młynki modlitewne
Nie wszyscy zmierzają do Kumbum pieszo, niektórzy korzystają z mułów, inni z koni albo jaków - zwierząt potężnych, nadzwyczaj wytrzymałych i niemal zrośniętych z tybetańskim krajobrazem. Jaki pełnią wielorakie funkcje: od środka transportu do dostarczyciela skór i mleka, z którego wyrabia się jakże cenne tutaj masło. Traktuje się je w symbolice jak największe dobrodziejstwo tego kraju. Masła używa się nie tylko w formie dodatku do herbaty, służy też jako paliwo w świątynnych i domowych lampkach. Mnisi wykonują z niego również rytualne rzeźby, o czym mieliśmy się wkrótce przekonać.
Na drodze naszej wędrówki pojawiają się czasem małe osady tybetańskie albo namioty nomadów. Zawsze sprawiało nam to radość, nie tylko ze spotkania żywej istoty, była to dla nas okazja, by się ogrzać i napić gorącej herbaty. Jakież to dziwne, że właśnie tutaj, pośród nieprzyjaznego świata, w surowym klimacie żyją tak życzliwi i łagodni ludzie. Czy to zasługa religii, że ich stosunek do swoich, do obcych... jest właśnie taki? Żyją oszczędnie, czerpiąc z darów natury. Nawet śpią w pozycji umożliwiającej zachowanie ciepła: z podciągniętymi pod brodę nogami. O świcie rozdmuchują skórzanymi miechami niewygasły żar i w kociołku niebawem zaczyna bulgotać herbata, którą pije się tutaj z mlekiem, solą i właśnie z masłem. Palenisko jest centralnym punktem domostwa i nigdy nie wygasa.
Na tę odrobinę ciepła liczyliśmy, zbliżając się do jednego z czarnych namiotów...
Pielgrzymi