francik z godowa
Dawno, dawno temu, w innej epoce, urodził się Franek. I mało kto w jego
rodzinnym Godowie, miejscowości w malowniczym żabim kraju, tuż obok
Olzy, mógł przypuszczać, że za jakiś czas stanie się "tym" Pieczką.
Sławnym aktorem, kochanym i uwielbianym przez trzy pokolenia widzów,
wywołującym same pozytywne uczucia. To naprawdę niezwykłe, że mimo
długiego życia nie dorobił się żadnego porządnego, głośnego czy choćby
nawet minimalnego skandalu. Że nie krążą na jego temat niestworzone
historie ani plotki. Że nie przypięto mu żadnej niewygodnej łatki.
Przecież żył w czasach, w których choćby ze względów politycznych łatwo
było zrobić jeden fałszywy krok. Nie mówiąc już o pokusach czyhających
na młodzieńca z ubogiego domu, który trafił do teatralnego, a potem
filmowego nieba. To, że Franciszek Pieczka ociera się o doskonałość,
potwierdzają znajomi, którzy - po wielu wspólnych latach - nie mieliby
nic do stracenia, by sypnąć pikantną anegdotą czy wspomnieniem
stawiającym bohatera w dwuznacznym świetle. Nie sądzę, że skrywają
jakieś sekrety bądź tajemnice. Kto nie chciałby się pochwalić, że
przeżył z Franciszkiem brawurowe przygody, że wspólnie ratowali się z tarapatów, że we dwóch bądź we dwoje wstąpili do piekieł albo do raju?
Zwłaszcza że z wiekiem takie historie stają się legendą, są opowiadane
ze smakiem i kombatanckim sznytem. Bo przecież "za naszych czasów to
bywało". Nic z tych rzeczy. Czy jest więc możliwe, że artysta tej klasy
to "normalny", prozaiczny człowiek? Że jego gra nie bierze się, jak w przypadku niektórych kolegów po fachu, z autodestrukcji, brawury,
balansowania na krawędzi? Z doznawania skrajnych stanów? Że po prostu
przeżył swoje życie uczciwie, zgodnie z Dekalogiem i zasadami
wyniesionymi z domu. Żeby to zrozumieć, trzeba się cofnąć do początków.
A więc Godów. 18 stycznia 1928 roku. Ma szczęście, że właśnie wtedy
przyszedł na świat. Gdyby urodził się dziewiętnaście dni wcześniej, jak
jego bliski przyjaciel Ernest Wodecki, trafiłby do Wehrmachtu. Jego
rocznik podlegał wcieleniu do wojska, Franka nie. Ale to za jakiś czas.
Na razie Franciszek jest najmłodszym z sześciorga rodzeństwa. Mama
Waleska (Waleria) z domu Popek zajmuje się rodziną. Jest Polką z czeskiej strony, przed wojną granica biegła w Raciborzu, od Godowa to
zaledwie dwadzieścia kilometrów. Jak mówi śląskie przysłowie, chłop
rządzi, ale to baba rozkazuje, i w przypadku rodziny Pieczków okazuje
się to prawdą. Franciszek senior jest górnikiem, każdego dnia idzie do
kopalni dwanaście kilometrów w jedną stronę. Syn zapamięta, że do pracy
bierze pajdy chleba posmarowane smalcem, a nie masłem. Pod ziemią są tak
wysokie stężenie metanu i temperatura, że masło by zjełczało.
Na zdjęciu z 1954 roku państwo Pieczkowie są poważni, dostojni. Mama ma
gładko zaczesane włosy, jest ubrana w czarną, prostą sukienkę z jasnymi
guziczkami. Tata ma na sobie ciemny garnitur i krawat. Widać, że rysy
twarzy i wydatny nos Franek odziedziczy po ojcu. Małżeństwo jest
poważne, łatwo można rozpoznać, że życie ich nie oszczędzało. Ale nie
mogło, skoro młodość przypadła na pierwszą wojnę światową, a potem był
czas międzywojnia i wielkiego kryzysu. Franciszek junior opowiadał w wywiadzie, jak wielka historia przetaczała się przez ich dom:
"Przed pierwszą wojną światową Godów był w Niemczech, za Olzą były
Austro-Węgry. Mój ojciec został wcielony do armii pruskiej. Po tym, jak
na froncie poległo czterech z siedmiu jego braci, dowódcy zlitowali się
nad matką i nie puścili taty do okopów. Po to, żeby któryś z Pieczków
mógł wrócić do domu, prowadzić gospodarstwo. Później ojciec był w powstaniu śląskim. Z kolei jego młodszy brat brał udział w tych
powstaniach po przeciwnej stronie"2.
Józef Musioł, który też pochodzi z tych okolic, sędzia Sądu Najwyższego,
twórca Towarzystwa Przyjaciół Śląska w Warszawie, a także dorocznej
nagrody przyznawanej przez Towarzystwo, mówi, że z Godowa wyszli pierwsi
uczestnicy I powstania śląskiego w sierpniu 1919, z których wielu
zginęło. Powstańcem był ojciec Pieczki, co świadczy o propolskim
nastawieniu rodziny. Kiedy zmarł w 1972 roku, na jego pogrzebie grała
orkiestra złożona z byłych powstańców. Zaproponowali, żeby Franciszek do
nich dołączył. Nie zgodził się.
Na pytanie, kto podjął lepszą decyzję o przynależności narodowej: ojciec
czy jego brat, aktor odpowiedział:
"Na szczęście w powstaniu nie spotkali się po przeciwnych stronach
frontu. Ale już w wolnej Polsce ojciec przez sześć lat był bezrobotny,
utrzymywał rodzinę z pracy na roli, a jego brat wyjechał do Niemiec i tam nieźle mu się żyło. Ironia losu! Przez lata stryj słał z Niemiec
paczki, żeby powstaniec śląski w Polsce, o którą walczył, mógł utrzymać
rodzinę. To się w głowie nie mieści. Dla mnie to do dziś jedna z najlepszych lekcji śląskości"3.
Polityka i wielka historia poróżniły braci, przez lata ze sobą nie
rozmawiali. Dokładnie tak jak bracia Japycze z serialu Ranczo, w którym później zagra Pieczka.
Kiedy podczas wywiadu zapytano go, czy w dzieciństwie opowiadano mu
bajki, żachnął się: W górniczej rodzinie? Do tego nikt nie miał głowy
ani siły. Kiedy ojciec wracał z szychty, mył się, jadł obiad i szedł
obrabiać hektar ziemi, który musiał wyżywić rodzinę. Konia nie mieli,
więc orał pługiem, który ciągnęła krowa. Franek zapamiętał, że tata w kamizelce od starego garnituru, włożonej na gołe ciało, pchał pług,
pomagając krowie. Musiała przecież dawać jeszcze mleko. Pieczkowie żyli
ubogo, z dzisiejszej perspektywy biednie, choć on woli mówić, że jakoś
sobie radzili.
"Od najmłodszych lat pomagałem w domu, pasąc krowy na łąkach nad Olzą.
Najczęściej jedliśmy ugotowane ziemniaki, które mama krasiła skwarkami.
Dla nas dzieci te skwarki były rarytasem. Jedliśmy też wodzionkę
gotowaną przez mamę z drobno pokrojonych kawałeczków starego chleba,
okraszonego wędzonym boczkiem. Chleb mama zawsze piekła sama, a przed
odkrojeniem pierwszego kawałka kreśliła znak krzyża"4.
Choć jemu akurat powodziło się lepiej niż reszcie rodzeństwa. O tym
zadecydował przypadek. Wychował się u sąsiadów, i to nie byle jakich, bo
"restauratorów", czyli właścicieli godowskiej karczmy, co - ze względu
na ciężkie czasy - i dla Franka, i dla rodziców okazało się wybawieniem.
A było tak:
"Rodzice poszli na zabawę, a ja wypadłem z kołyski, poraczkowałem pod
drzwi i zacząłem krzyczeć. Akurat przechodził restaurator Grodoń,
starszy pan z laseczką, i mnie usłyszał. Przed wojną nie było zwyczaju,
żeby zamykać dom, nawet na noc. Chciał wejść, ale nie mógł, bo leżałem
pod drzwiami. Po latach opowiadał, że wetknął laseczkę w szczelinę i mnie przesuwał, przesuwał, aż drzwi się otworzyły. Wziął mnie potem na
ręce i zaniósł do swojej restauracji jak własne dziecko. Tak się
zżyliśmy, że po szkole z zeszytami i książkami szedłem prosto do państwa
Grodoniów. Dobrze się tam czułem. Ich syn miał bmw. Przed wojną na wsi
to była sensacja! Jeździłem razem z nim. Wieczorem siostra po mnie
przychodziła, na drogę dostawałem cukierka, brała mnie za rękę i mi go
podgryzała. Siostry mówiły: "Ty nie poznałeś biedy, bo ty się u Grodoniów wychowałeś""5.
Chyba jest dzieckiem wesołym, ruchliwym i wzbudzającym sympatię. Raz
wymyślił sobie zabawę - zjeżdżanie na pupie z deski. Znalazł ją na
budowie kościoła w Godowie - stary, drewniany, spłonął w 1921 roku.
Przez jakiś czas msze odbywają się w baraku. W końcu rusza budowa nowej
świątyni. Mama się martwi, że Franio podrze spodenki, a przecież dzieci
na Śląsku muszą wyglądać porządnie. No i ubranie to wydatek. Inżynier
nadzorujący pracę mówi: "Niech pani nie zabrania mu się bawić, jak
zniszczy spodnie, ja odkupię".
Rodzina jest wierząca i po śląsku uczciwa. Mama powtarza: "Synu, kiedy
umrzesz, a tam, po drugiej stronie nic nie będzie, a tu zachowywałeś się
dobrze, nic nie stracisz"6. Tą zasadą Franek kieruje się potem
w życiu i patrząc sobie w oczy, może powiedzieć, że nikogo nie
skrzywdził. Kiedyś stwierdził, że zazdrości rodzicom ich prostej wiary,
bez żadnych pytań i wątpliwości. Ona ułatwia codzienne sprawy i porządkuje świat.
W niedziele, jeśli akurat rodzina z pobliskich Gołkowic przychodzi na
mszę świętą do Godowa, spotykają się w większym gronie u Pieczków:
ciotka Milka, wujek Emrych, ciotka Marta, wujek Czarnota, wujek Tekieli.
Siadają w altance, która jest przed domem Pieczków, i opowiadają dorosłe
historie. Dzieci chłoną refleksje, czując, jak zatrzymują czas7.
Rodzina, jak większość na Śląsku, jest utalentowana muzycznie. Zresztą
wspólne śpiewanie i granie na instrumentach jest stałym elementem świąt
oraz codziennego życia. W domu są klawiry, czyli pianino, do którego
rodzina zasiada po obiedzie. Tata przed wojną przez krótki czas był
organistą w kościele św. Józefa w Godowie. Potem funkcję przejął
przyszywany wujek, czyli Grodoń, Franek się z nim zamienia, bo też umie
grać.
"W godowskiej parafii organista siedział tyłem do ołtarza. Miał przed
sobą lustro, w którym obserwował, w jakim momencie jest liturgia. Tyle
że w lustrze strony lewa i prawa się mylą. Dlatego stała koło mnie jedna
z ciotek i mówiła: "Już". Granie dla ludzi to była dla mnie duża
frajda"8.
Jeszcze po latach wspomina, jak pięknie w godowskim kościele śpiewali
wierni, nie tak jak w falenickim, do którego należał. Miał nawet pomysł,
żeby porozmawiać o tym z proboszczem.
Jako dziecko zalicza debiut teatralny. Franciszek senior występuje w zespole amatorskim, jakich na Śląsku wiele. Syn w przedstawieniu według
Chaty wuja Toma dostaje niewielką rólkę, co niezbyt pamięta. Chyba ma
to na niego wpływ, bo ciągnie go do grania. Jako młody chłopak występuje
na godowskiej scenie, która jest w restauracji u Grodonia. Musi podobać
się publiczności, bo jest bardzo przystojny.
Bez trudu przypomina sobie pierwszy pełnometrażowy film, na który
wybiera się do kina. To czarno-biały Znachor według powieści Tadeusza
Dołęgi-Mostowicza z jednym z najwybitniejszych aktorów dwudziestolecia
międzywojennego, gwiazdą Teatru Polskiego w Warszawie, Kazimierzem
Junoszą-Stępowskim, w roli profesora Rafała Wilczura. Dziesięcioletni
Franek idzie pieszo ze starszymi kolegami. Do czeskich Petrovic (dziś to
Piotrowice), gdzie grają film, jest daleko - jedenaście kilometrów w jedną stronę. Wraca koło północy i od razu wskakuje pod pierzynę. Ojciec
jednak na niego czeka, wchodzi do pokoju, ściąga z syna pierzynę i bije
skórzanym paskiem: "Ja ci dom Znachora, ja ci dom Znachora". Potem,
kiedy Franek "legalnie" chodzi do kina w Wodzisławiu Śląskim, tata
pomstuje: "Żeby już tam, pierona, bomba trzasła to bezbożnictwo". Nic
nie pomaga. W czasie drugiej wojny światowej miasto zostaje
zbombardowane, rynek jest zniszczony niemal w całości9, kościół
mocno uszkodzony, nienaruszony ocaleje tylko... budynek kina. "Widzisz,
tata, jaka ironia losu", kwituje to Franciszek.
W godowskiej bibliotece odkrywa książki.
"Bardzo lubiłem czytać. Zafascynowało mnie Czerwone i czarne
Stendhala. [...] Dla mnie ta książka była jakimś innym spojrzeniem na świat. Czytałem
Na Zachodzie bez zmian i Czarny obelisk Ericha Remarque'a. Kiedy zagrałem
Huberta Sierszę w Perle w koronie w reżyserii Kazimierza Kutza, to
lektura Germinalu Emila Zoli w scenie strajku górników okazała się bardzo
przydatna. [...] Potem czytałem literaturę amerykańską: Hemingwaya,
Steinbecka, Faulknera. Tak się złożyło, że nie wychowałem
się na Henryku Sienkiewiczu czy polskim romantyzmie. Dlatego w życiu też
jestem realistą"10.
Z czasów przedwojennych pamięta jeszcze jedno ważne z punktu widzenia
miejsca, gdzie się urodził, i historii zdarzenie. W 1938 roku do Godowa
wkracza, a raczej wjeżdża wielka polityka.
"Moja wioska leży nad samą Olzą. Myśmy się razem z Czechami w tej Olzie
kąpali. Wtedy woda była czyściuteńka. A potem na tej rzece puszczaliśmy
wianki. Były na nich świece, trochę płynęły. To Czesi z drugiej strony
bęc w nie kamieniami. Wszystko dlatego, że my zostaliśmy zmanipulowani
nacjonalistycznie. Pamiętam tamte czasy, nieszczęście dla Europy.
Nieprawdopodobne nacjonalizmy, które doprowadziły do katastrofy. No i później, jak się wianki skończyły, znowu byliśmy razem. Ja zresztą
miałem wujka na Zaolziu. Spędzałem u niego wakacje i w 1938. Miałem
dziesięć lat, kiedy nasi zajmowali Zaolzie. A potem, pamiętam w Pradze,
bodaj w Instytucie Polskim, padło pytanie: Czy grałem w czeskich
filmach? Mówię: "Nie za dużo grałem w czeskich filmach, ale może
dlatego, że to była kara za to, że zajmowałem Zaolzie?". Konsternacja:
"Zajmował pan Zaolzie?". No więc powiedziałem, na czym rzecz polegała. A polegała na tym, że kiedy tankietki jechały przez Godów, my, chłopcy,
biegliśmy za nimi i żołnierze nas na te tankietki posadzili i tak na
jednej z nich wjechałem na Zaolzie. Czyli je zająłem"11.
Tyle wspomnień z przedwojennego życia.
a jednak scena
We wrześniu 1939 roku ma jedenaście lat i jest w piątej klasie
podstawówki. Godów zostaje wcielony do Reichu, a on idzie do niemieckiej
szkoły. Uczy się w niej trzy lata i opanowuje niemiecki, co się przyda,
kiedy po latach będzie pracował w RFN i grał tam... między innymi czarne
charaktery. Na razie niemiecki nie może być ulubionym językiem, bo jest
narzucony przez okupanta. Za rozmowy po polsku na ulicy obrywa się od
żandarma po twarzy.
Przez sześć tygodni od marca do maja 1945 roku przez Godów biegnie linia
frontu. Wycofujący się Niemcy wysadzają wieżę kościoła pod wezwaniem św.
Józefa (godowianie odbudują ją w latach osiemdziesiątych), zniszczone
zostają mosty na Olzie. 1 maja wkracza Armia Czerwona i Godów jest
oswobodzony. Dla Franka wjazd radzieckich czołgów musi być
niezapomnianym spektaklem. Czy może pomyśleć, że sam za dwadzieścia lat
z okładem stanie się najsławniejszym pancernym? Nie tylko w Polsce, ale
także w ZSRR.
Tuż po wojnie razem z kumplami zajmuje się trochę przemytem.
"Kąpaliśmy się w Olzie i wymienialiśmy towar. Z Czechosłowacji szły do
nas buty Baty, a Czesi brali słoninę, alkohol i mięso. Ale rzuciłem to,
mając osiemnaście lat. Po szkole podstawowej pracowałem przez rok w kopalni Barbara-Wyzwolenie w Chorzowie"12.
No bo kim może zostać syn górnika i wnuk górnika? Etos tego zawodu w jego rodzinie i na Górnym Śląsku trzyma się mocno. Choć Franek jako
chłopiec marzy, że zostanie strażakiem. Skąd taki pomysł? Jest
przekonany, że strażak nie musi myć zbyt często rąk, więc wybór jest
prosty. Zastanawiające jest, że nikt w rodzinie nie myśli, że pracując
pod ziemią, można się dorobić pylicy płuc - na nią umrze teść Franciszka
- a nawet stracić życie.
"Ojciec zachwalał: "Patrz, synek, na głowę ci nie kapie, dyszcz nie
leje, pod dachem żeś jest głęboko". Mówiłem mu na to: "Wiesz, tata, ja
to bym nie chciał, żeby było z nami jak w tym powiedzeniu: ojciec muzyk,
a syn trąba". Ale ojciec próbował. Jego kolega załatwił mi pracę w kopalni. Zjeżdżałem na dół, ale nie wydobywałem węgla, tylko przekopy w kamieniu się biło, nawiercając go i wrzucając do wagoników.
Harówa"13.
"Jednego dnia górnik przodkowy nie zabezpieczył chodnika. Kiedy
wrzucałem węgiel do wagonika, ze ściany nagle oderwał się głaz i uderzył
mnie w głowę. Miałem skórzany kask, ale upadłem. Gdyby kolega w ostatniej chwili mnie nie odciągnął, zostałbym zmiażdżony. Wierzę, że to
ocalenie zawdzięczam modlitwie. Mama zawsze mnie uczyła: "Ty godej
Święty Antoniczku, dej mi na chodniczku""14.
Po takim przeżyciu do pracy w kopalni już nie wraca. Inna sprawa, że nie
ma do tego talentu ani predyspozycji. Coś jednak ze swoim życiem zrobić
musi. Ma dziewiętnaście lat, jest bez szkoły, bez matury. Zapisuje się
do dwuletniego Studium Przygotowawczego w Katowicach. O aktorstwie na
początku na poważnie nie myśli, choć przecież w Godowie grał w amatorskim zespole.
"W 1948 roku odbyło się zjednoczenie PPS i PPR, więc kierownictwo szkoły
wytypowało kandydatów do akademii z okazji powstania PZPR. Los chciał,
że padło na mnie, recytowaliśmy wiersze. Nie pamiętam jakie. Pewnie
Majakowskiego. Usłyszał mnie polonista Bolesław Malak i zaczął dziurę w brzuchu wiercić, żebym wstąpił do Zespołu Rapsodycznego przy Domu
Kultury w Katowicach. A ja: "nie". Dał mi bilet na ich występy,
poszedłem, ale zaraz uciekłem. Malak namówił dyrektor Studium, żeby mnie
przycisnęła, i jakoś zacząłem z nimi występować"15.
W ekspresowym tempie w Studium Przygotowawczym nadrabia braki w edukacji, zdaje maturę. Już po dwóch latach ma wstęp na wszystkie
uczelnie poza artystycznymi. Wybiera Wydział Elektroniczny Politechniki
w Katowicach. Studiuje zaledwie miesiąc, bo, jak twierdzi, odbija mu
szajba. Dla zgrywu zostawia kolegom indeks w akademiku i jedzie zdawać
do szkoły aktorskiej w Warszawie. Nie w Krakowie, choć przecież miałby
bliżej do domu. Szkoła warszawska cieszy się większą renomą i uznaniem u polonisty Bolesława Malaka, a z jego zdaniem się liczy. Po latach swoją
nagłą decyzję tłumaczy impulsem: "Połknąłem już teatralnego bakcyla,
zrozumiałem, że na politechnice czegoś mi jednak brakuje".
Ale zmiana studiów to nie taka prosta sprawa, musi na nią wyrazić zgodę
sam minister edukacji. Franciszek podchodzi do tego z brawurą i fantazją
współmierną do życiowego doświadczenia oraz wieku. Jedzie do Warszawy,
kieruje się wprost do ministerstwa i skonsternowanej sekretarce
oznajmia, że natychmiast musi widzieć się z ministrem. Jest
przekonujący, bo trafia do jego gabinetu i uzyskuje zgodę na zmianę
kierunku. Pozostaje jeszcze drobiazg, czyli egzaminy do Państwowej
Wyższej Szkoły Teatralnej na Miodowej.
Kiedy tam trafia, akurat Aleksander Zelwerowicz, jeden z najwybitniejszych reżyserów i aktorów w historii polskiego teatru,
ceniony zwłaszcza za role w komediach Aleksandra Fredry i Józefa
Franciszka Blizińskiego, prowadzi wykład.
"Poprosił, żebym [...] usiadł obok niego. Pamiętam, że koledzy się dziwili, [...]
kim jestem. Może jakiś asystent Zelwera? Miałem na sobie garnitur. No nie, nie od Armaniego, ale porządny, i buty
wyglancowane. Po wykładzie Zelwerowicz powiedział mi, że nie zbierze komisji
i będę zdawał egzamin przed nim, u niego w domu. [...] Zelwerowicz był wtedy dziekanem wydziału, a funkcję
rektora sprawował jego uczeń Jan Kreczmar. Miał [...] niepisane prawo,
na mocy którego mógł przyjąć jednego studenta. Pamiętam, jak zjawiłem
się w jego mieszkaniu, drzwi otworzyła mi żona [...], pani Maryna. Zelwerowicza nie
było. Spóźnił się. I nigdy nie zapomnę, jak długo się przede mną
tłumaczył. Patrzyłem wówczas na niego i myślałem: "On mnie chyba wpuszcza w maliny. Usprawiedliwia się przed takim szczylem!". On jednak był szczery,
bo sam nie znosił niepunktualności.
Podczas egzaminu mówiłem kawałek prozy, potem jakiś wiersz - chyba
Mickiewicza. Nagle poprosił, żebym powiedział wyraz miasto, ale w trzech
znaczeniach - jako miasto fabryczne, miasto zabytkowe jak Kraków i miasto
pełne uciech, jak Las Vegas. Nie miałem pojęcia, co to było Las Vegas.
Zelwerowicz, znakomity psycholog, uśmiechnął się tylko
i wytłumaczył, o co mu chodziło. Potem rzekł: "No dobrze, panie
Franciszku, niech pan zmieni kolejność". Zrobiłem, jak chciał. Po chwili skonstatował
dość stanowczym głosem: "Niewątpliwie, panie Franciszku, ma pan wyczucie i talent i zostanie pan przyjęty". Zapytał mnie o utrzymanie, na co
powiedziałem, że od szkoły średniej mam stypendium"16.
W ten sposób jesienią 1950 roku Franciszek Pieczka zostaje studentem
elitarnej PWST. Jeszcze tylko musi o tym zakomunikować ojcu. Kiedy wraca
do Godowa z walizeczką, ojciec pyta: "To już cię wyciepli z Politechniki?". Gdy syn mówi, że nie, tylko zmienił studia, sypią się na
niego wszystkie śląskie "pierony". Ojciec zrozumiałby, gdyby Franka
wyrzucili, trudno, nie nadawał się na inżyniera. Szkołą aktorską dolewa
oliwy do ognia na tyle, że musi uciekać z domu i czekać, aż Franciszek
senior ochłonie. Bo aktor to dla niego nie jest zawód godny mężczyzny.
Co innego inżynier. Tata ma o aktorach dziewiętnastowieczne mniemanie,
powtarza, że to Hungerkünstler, artyści głodu, którzy przemierzają
świat, żeby zarobić marne grosze. Inna sprawa, że kiedy syn odnosi
sukces i zbiera świetne recenzje, chwali się, że po nim odziedziczył
talent. Co Franek kwituje, że bicie z powodu seansu zakazanego
Znachora przyniosło inny skutek, niż tata zamierzał.
W 1970 roku Franciszek senior mówi dziennikarce, która odwiedza go w Godowie:
"To się rozumie, że chcecie wiedzieć o Franku jak najwięcej, wszyscy
godają o nim, dziennikarze też przyjeżdżają. Ten Francik! [...] Jeszcze
jako mały smarkocz był wesoły. Całymi dniami siedział mi synek w szynku,
przyglądoł się ludziom, podpatrywoł pijanych, potem ich śmiesznie
odgrywoł"17.
Lata spędzone w szkole teatralnej Pieczka wspomina z sentymentem. Trafia
na wyjątkowy rok, studiuje z Wiesławem Gołasem, Jerzym Dobrowolskim,
Zdzisławem Leśniakiem, Mieczysławem Czechowiczem, Krzysztofem Chamcem.
Czasy są trudne, w polityce i sztuce obowiązuje socrealizm, ale Miodowa
rządzi się swoimi prawami i próbuje rozluźnić polityczny gorset. Co roku
z okazji urodzin Zelwera studenci przygotowują program artystyczny dla
"dziadka", jak go nazywają. Jeden z profesorów, Kazimierz Rudzki,
wzdycha: "Gdyby to można było pokazać na prawdziwej scenie". Nie można,
cenzura nie przepuści. Na bazie tych programów powstanie potem kabaret
"Koń", w którym będą występować koledzy z roku.
Reżyser Kazimierz Kutz wspominał, że kiedyś na Miodowej był świadkiem
iście kabaretowej scenki. Pieczka, Gołas, Leśniak, Czechowicz wnoszą w lektyce sparaliżowanego już wtedy Zelwerowicza na wykład. Mieli
wyłączność na ten rytuał, który zmieniał się każdego dnia18.
Zresztą Pieczka jest ulubionym studentem Zelwera.
W 1953 roku umiera Stalin, cały kraj jest pogrążony w obowiązkowej
żałobie. Szkoła na Miodowej też.
"Na korytarzu urządzono coś, co nazywaliśmy "bożym grobem", bo wyglądał
jak ten na Wielkanoc w kościołach. Przy "grobie" Stalina, z popiersiem i kwiatami, musieliśmy stać jak strażnicy. Zmienialiśmy się po dwóch.
Jeden z jednej strony, drugi z drugiej. Stałem z Mietkiem Czechowiczem,
a Zdzisio Leśniak i Wiesiek Gołas patrzyli, czy nie zbliża się jakiś
profesor. Jak nie było nikogo, klękali i "Boh pomiłuj, boh pomiłuj" -
bili się w pierś, żegnali i nas rozśmieszali. Ale gdy zaczynaliśmy się
śmiać, kończyli. Bo jakbyśmy się zagotowali na dobre, koniec z nami,
ktoś by zobaczył i doniósł"19.
Taki los spotkał koleżankę z roku, niejaką Felę. Raz rozmarzona
powiedziała, że kiedy dostanie stypendium, kupi sobie dwustugramową
czekoladę, tak zwaną manilę, i całą zje od razu. Koledzy podchwycili to
i podpuścili dziewczynę: "Jak schrupiesz za jednym podejściem, jak
wiewiórka, to ci ją kupimy". Fela przyjęła zakład i z apetytem wsunęła
czekoladę. Niestety ktoś doniósł do rektora. Zorganizowano zebranie
Związku Młodzieży Polskiej, do którego wszyscy studenci musieli należeć.
""Koleżanko, robotnicy ciężko pracują, żebyście dostali stypendium, a wy
obżeracie się manilą". Na miesiąc czy dwa wstrzymali Feli stypendium.
Składaliśmy się, żeby mogła przeżyć"20.
Inne wydarzenie z podbudową ideową dotyczy Krzysztofa Chamca. W ankiecie
personalnej należy wpisać pochodzenie. Robotnicze, chłopskie czy
inteligenckie. To ostatnie z założenia jest na cenzurowanym.
"Krzysiek napisał: "chłopskie". Ale jeden z kolegów był synem parobka w potężnym majątku Chamców, który mieli przed wojną na Wołyniu. Chłopaki o coś się pokłócili, więc syn parobka na Krzyśka doniósł. Zrobiła się
afera, zwołano zebranie ZMP. Mówiliśmy między sobą, że jak będzie
głosowanie nad relegowaniem Chamca, jesteśmy przeciw. Odbywa się
zebranie, przychodzi moment głosowania. Pada pytanie: "Kto jest przeciw
decyzji, żeby usunąć z uczelni Krzyśka Chamca?". Podnoszę rękę i patrzę:
O kurwa, nie ma nikogo. Myślę: "Niech mi ręka uschnie, ale trzymam". Po
zebraniu wezwali mnie i robią pranie. Ale nie mogli się do mnie dobrać,
bo miałem kryształowe pochodzenie: ojciec górnik i ja pracowałem w kopalni. Więc argumentacja była tej natury: "Kolego, wy się
deklasujecie! Rozumiecie? Zdradzacie swoją klasę społeczną!". Mówię: "A jaka to moja zasługa lub Krzyśka wina, że się urodziłem u górnika, a Krzysiek u faceta, który miał dużo ziemi?". Mnie się upiekło, ale
Krzyśka wyrzucili"21.
W czasach studenckich Pieczka mieszka w willi na Bielanach. Koleżanki na
dole, koledzy na piętrze. Do użytku mają jedną łazienkę i wyznaczone
godziny, kiedy mogą z niej korzystać.
"Raz biegnę do łazienki. Zdzisio Leśniak kąpie się, oczywiście nagi, a na brzegu wanny siedzi koleżanka Jadzia i pierze swoje majtki. Myślę: "O kurczę, coś niedobrze". A było tak. Zdzisio przyszedł do łazienki i mówi: "Jadziu, wyjdź na chwilę, tylko się wyprysznicuję". A Jadzia:
"Nie, teraz jest nasz czas". Zdzisio: "Jak nie, to ja się rozbiorę".
Jadzia doniosła i Zdzisiowi - bo to już był ostatni rok - wstrzymali
dyplom. A dziś tego rodzaju zachowania to są preferencje do wykonywania
zawodu"22.
Nieżyjący już Wiesław Gołas, przyjaciel Pieczki od szkoły teatralnej,
wspominał:
"Podczas studiów mieszkałem razem z nim, Zdzisiem Leśniakiem i Mieciem
Czechowiczem przy placu Narutowicza. Franio zawsze chodził w niedzielę
na mszę do kościoła, a mieliśmy tylko jeden garnitur, który pożyczaliśmy
sobie nawzajem. Takie były czasy. [...] W tym garniturze szedł potem Zdzisio
Leśniak, który nie miał takiej postury jak Franio. Wyglądało to dość
zabawnie. Jako studenci mieliśmy małe stypendia i dostawaliśmy od rodziców z domu
paczki. Franio jest Ślązakiem i jemu przysyłano krupnioki. Chował je
za oknem, a my często podjadaliśmy mu te śląskie smakołyki. Skubaliśmy
nożem i udawaliśmy, że to ptaszki. Takie robiliśmy sobie żarty. Byliśmy
bardzo znaną grupą koleżanek i kolegów"23.
W 1954 roku Franciszek Pieczka broni dyplom. Jego rok wystawia z Aleksandrem Bardinim, wybitnym aktorem, reżyserem i nauczycielem,
Balladynę Juliusza Słowackiego.
"Ceniłem sobie bardzo zajęcia z Bardinim, realistą mocno stąpającym po ziemi.
Był całkowicie wolny od egzaltacji, uczył nas prawdziwego teatru. Grałem Kanclerza w przedstawieniu dyplomowym Balladyny. Wtedy też otrzymałem pierwszą w życiu
recenzję od Jaszcza (Alfreda Szczepańskiego)24. [...] Bardini był perfekcyjny w diagnozowaniu pewnych stanów emocjonalnych i od razu widział warszatowe
niedociągnięcia"25.
Studia w Warszawie są ważne jeszcze z jednego powodu: Franek poznaje
przyszłą żonę Henrykę. Wpadają na siebie w domu studenckim "Dziekanka",
gdzie on przychodzi z powodu koleżanki z roku. Nagle przygasa światło,
więc niedoszły inżynier rzuca się je naprawić.
"Przy korkach majstrowała Henryka. Urodziła się we Francji, ale też była
córką górnika. Jej rodzina emigrowała za chlebem. Połączyła nas miłość
od pierwszego wejrzenia"26.
Henryka studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Już jako
żona przeniosła się na romanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim i była
tam asystentką. Świadkiem na ślubie był Wiesław Gołas.
"O mało się nie spóźniłem na tę ważną uroczystość! - wspominał
Franciszek Pieczka. - Byliśmy pierwszy rok po szkole, graliśmy w Teatrze
Dolnośląskim w Jeleniej Górze, ale oprócz tego mieliśmy teatr objazdowy,
z którym odwiedzaliśmy miasta i wsie w całym regionie. Wracamy z Kamiennej Góry z jednego z takich przedstawień, zimno jak cholera, zaspy
na drogach, a my w jakimś starym oplu z demobilu. Utknęliśmy w śniegu,
pług musiał przyjechać, żeby nas odkopać. Tak w 1954 roku zaczęło się
moje małżeństwo, które przetrwało pięćdziesiąt lat. Miałem wielkie
szczęście, że dostałem taką żonę. To, że coś osiągnąłem, to wielka jej
zasługa. Zawsze mi pomagała"27.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki