1 SZERSZY OBRAZ
Bamboo Bay: radość z turystyki
W Makau znajduje się mała, niemal ukryta plaża, nazywana Cheoc Wan lub Bamboo Bay. Pomimo bezpośredniej bliskości jednego z najgęściej zaludnionych i najbardziej turystycznych miejsc na świecie - kasyn położonych zaledwie pięć mil dalej i przyciągających każdego roku dziesiątki milionów gości - Bamboo Bay jest zacisznym zakątkiem. Niektórzy starsi mieszkańcy przyjeżdżają tu codziennie, by popływać w błotnistej, pełnej śmieci wodzie oceanu. W weekendy kilka rodzin, głównie portugalsko-azjatyckich*, spędza tu trochę czasu, a dzieci bawią się w piasku, tak jak robili to ich rodzice w młodości, w starym kraju. Nieliczni turyści, którzy docierają do Bamboo Bay, to zazwyczaj Chińczycy kontynentalni lub inni Azjaci ze Wschodu. Ale nie przyjeżdżają tu pływać czy opalać się. Przyjeżdżają, by robić zdjęcia - pozować przed płytkimi falami, siedzieć na skale lub spacerować po plaży, z długimi włosami fotogenicznie powiewającymi na wietrze. Ci plażowicze nie zostają długo. Mogą zatrzymać się na przekąskę w małej kawiarni, ale potem szybko szukają atrakcji gdzie indziej.
Zaobserwowawszy tę scenę, jeden z moich europejskich przyjaciół zauważył z rozbawieniem, a zarazem krytyczną dezaprobatą, że turyści nie cieszyli się należycie krajobrazem. Byli w jakiś sposób nieświadomi natury. Wydawało mu się, że nawet się dobrze nie bawią, zaledwie inscenizując wizytę, która właśnie dlatego, że składała się głównie z choreografii cyfrowych zdjęć, tak naprawdę nie miała miejsca (jak mógłby powiedzieć Jean Baudrillard). W dzisiejszych czasach tego rodzaju krytyka jest powszechna i obserwator czuł się usprawiedliwiony, wiedząc, że jego punkt widzenia podziela wielu.
Ale czy mój przyjaciel ma rację? Być może nie rozumie, będąc Europejczykiem w średnim wieku, jak turystyka, wraz z całym społeczeństwem, zmieniła się - i jak przechodzi od starszego, "burżuazyjnego" paradygmatu "autentycznego odkrywania" do nowego, "demokratycznego" paradygmatu ćwiczeń w budowaniu profilu.
W świecie, w którym wszystkie miejsca docelowe podróży są obrandowane, sprzedawane i inscenizowane dla odwiedzających, celem turystyki nie może być odkrywanie autentycznych miejsc. Obecna turystyka oznacza udział w publicznym przedstawieniu - jest jak pójście na pokaz, paradę czy protest. Postkolonialna światowa turystyka to już nie głównie podróżowanie bogatych białych do "tubylczych" miejsc. To w coraz większym stopniu aktywność ludzi pochodzących z krajów wcześniej skolonizowanych lub należących dotąd do "drugiego" albo "trzeciego świata", takich jak Rosja czy Chiny, uczestniczących wraz z obywatelami Zachodu w globalnym podróżniczym "spektaklu" (w znaczeniu zaproponowanym przez Guya Deborda). Pokazanie prostego faktu, że można podróżować, że ma się na to czas i pieniądze - oraz wizę - jest już wystarczającym powodem, by to robić.
Podróżuję, aby moje podróże stały się częścią mojego profilu, aby zaktualizować "profilowy" potencjał turystyki. Udowadniam sobie i innym, że ja również jestem podróżnikiem. Podobnie jak inni ja też podróżuję po świecie. Upodobanie do wybierania modnych destynacji i zdolność do prezentowania innym szczególnej atrakcyjności tych miejsc dodatkowo przyczyniają się do podniesienia prestiżu mojego profilu. Pokazując innym moje podróże, buduję swoją tożsamość - niezależnie od tego, czy pochodzę z Azji, Europy czy z innego kraju.
Dzisiejsza turystyka to działanie mające na celu budowanie profilu. Miejsca docelowe podróży - a prawie każde miejsce na świecie stało się już takim - zapewniają zasoby dla tożsamości opartej na profilu lub "profilowości" (profilicity)1. Turyści korzystają z tych zasobów. Generują wartość nadwyżki tożsamości z wartości profilu dostarczanej przez przemysł turystyczny. W turystyce konkretna praca nad tożsamością profilową polega na robieniu i publikowaniu zdjęć. Zwiększa to nie tylko wartość profilu turysty, ale także miejsca docelowego. Wszyscy zaangażowani w to tworzenie wartości mogą doświadczyć tego działania jako przyjemnego. Najwyraźniej mój europejski przyjaciel, człowiek w średnim wieku, nie rozumiał jeszcze radości z turystyki w warunkach profilowości.
Edycja zdjęć w "New Yorkerze"
Tworzenie zdjęć - swojej twarzy lub ciała, własnych aktywności lub posiadanych rzeczy - w celu zaprezentowania ich innym, leży u podstaw pracy nad tożsamością opartą na profilach. Media społecznościowe pozwoliły bezprecedensowej liczbie osób zaangażować się w tę pracę na niespotykaną dotąd skalę. Obecność tych mediów w życiu ludzi gwałtownie wzrosła: miliony spędzają kilka godzin dziennie, "interaktywnie" uczestnicząc w łączeniu ról producenta i odbiorcy. W konsekwencji aplikacje do edycji zdjęć stały się niezwykle popularne. Są ważnym narzędziem do tworzenia profili, a więc i profilowości.
Kiedy to piszę, chińska firma Meitu (co znaczy "Piękny obraz") produkuje jedną z najczęściej używanych aplikacji do edycji zdjęć w Azji Wschodniej. Według artykułu opublikowanego w "New Yorkerze" w grudniu 2017 r. przez Jiayang Fan, "aplikacje Meitu generują około sześciu miliardów zdjęć miesięcznie". Fan szczegółowo opisuje "chińską obsesję na punkcie selfie" - cytując tytuł artykułu. Ludzie nie tylko nieustannie robią i publikują swoje zdjęcia oraz oglądają i komentują zdjęcia innych, ale także spędzają dużo czasu na inscenizowaniu i edytowaniu tych zdjęć. Fan - która sama jest, jak powiedzieliby Brytyjczycy, "chińskiej proweniencji" [of Chinese extraction] - relacjonuje: "Zapytałam kilku chińskich znajomych, ile czasu zajmuje im edycja zdjęcia przed opublikowaniem go w mediach społecznościowych. Odpowiedź większości z nich to około czterdzieści minut na zdjęcie z jedną twarzą; edycja selfie z przyjacielem zajęłaby znacznie ponad godzinę. Praca wymaga kilku aplikacji, z których każda ma swoje mocne strony. Nikt, kogo zapytałam, nie brałby pod uwagę opublikowania lub wysłania zdjęcia, które nie zostało poprawione". W dalszej części artykułu dokładnie powiązano zaabsorbowanie robieniem i upublicznianiem selfie w Azji Wschodniej z kwitnącym przemysłem chirurgii plastycznej oraz powszechną i wzmożoną kulturą celebrytów. Chirurgia plastyczna jawi się jako "aplikacja lecznicza", która przygotowuje ciało do fotografowania - jest to rodzaj biologicznej edycji przed zrobieniem właściwego zdjęcia. A kult celebrytów wyznacza horyzont stylu. Dostarcza każdemu różnorodnych modeli profilowych, które zapewniają orientację w kształtowaniu siebie i autoprezentacji2.
Jak wskazuje termin "obsesja" w tytule, artykuł "New Yorkera" wyraźnie uznaje zaabsorbowanie prezentacją własnego wizerunku za patologiczne. Wygląda na to, że Chińczycy zwariowali. Nie tylko są na granicy obłędu, ale ich zachowanie budzi też wątpliwości moralne. Fan stawia im dwa zarzuty natury etycznej. Po pierwsze, przedstawia intensywne zainteresowanie selfie jako formę narcyzmu, jako próżne pobłażanie swojemu wizerunkowi i niestosowną fascynację własnym pięknem. Po drugie, uważa "chińską obsesję na punkcie selfie" za oznakę braku indywidualności i autentyczności3. Swoją krytykę ilustruje, opowiadając historię o imprezie firmowej Meitu, w której uczestniczyła.
Na imprezie tej setki mniejszych i większych gwiazd rozmawiały i pstrykały zdjęcia telefonami. Fan, patrząc na to krytycznym okiem, zastanawiała się nad sytuacją. Jej dezaprobata dla targowiska próżności, którego była świadkiem, znalazła symboliczny wyraz w następującej scenie. Starsza kobieta, jak się okazało żona dozorcy, została wyproszona przez ochroniarzy, najwyraźniej uznano ją za intruza. Fan opisuje poetycko: "Zauważyłam starszą kobietę, może po siedemdziesiątce, stojącą i obserwującą młodych tancerzy z wyrazem zachwytu, nieprzefiltrowanej radości. Jej twarz była pomarszczona i szorstka, ale usta, otwarte ze zdziwienia, przydawały jej dziecięcego wyrazu. Była tam jedyną osobą bez telefonu komórkowego i zwyczajnie ubraną". Wykluczenie kobiety z imprezy przyniosło olśnienie: "Gdy strażnikom udało się ją wyrzucić, zdałam sobie sprawę, że była najpiękniejszą osobą na imprezie".
Fan zauważa uderzający kontrast między autentycznością starszej kobiety a zachowaniem i wyglądem innych uczestników imprezy. Jest "nieprzefiltrowana", jej emocje i mimikę cechuje "dziecięca" prostota, a ubrania są "zwyczajne". Co więcej, nie jest uwikłana w sieć nowoczesnej technologii, jako jedyna nie posiada telefonu komórkowego - a zatem nie ma pod ręką maszynerii nieautentyczności. Dlatego jest według Fan, w ostrej opozycji do fałszu innych uczestników imprezy, jedynym prawdziwym pięknem.
Kontynuując apel o autentyczność, Fan oskarża oferowane przez Meitu aplikacje do edycji zdjęć i ich chińskich użytkowników o podważanie indywidualności i różnorodności jednostek, wyrokując ostatecznie: "Meitu i trendy, które uosabia, wydają się popychać Chiny w kierunku homogeniczności. Pokolenie Chińczyków, domagając się głośno form indywidualizmu, które byłyby nie do pomyślenia dla ich rodziców i dziadków, wprowadza też upiorną uniformizację. Ich selfie stają się coraz bardziej podobne, i ich twarze także". Czytelnicy "New Yorkera" zostają skonfrontowani z wnioskiem, że dzięki rozprzestrzenianiu się mediów społecznościowych i aplikacji do edycji zdjęć Chińczycy stali się całkowicie oderwani od rzeczywistości. Są nieprzyzwoicie próżni i nieautentyczni. W konsekwencji "nas", Amerykanów lub ludzi Zachodu, ostrzega się, abyśmy nie zarazili się szaleństwem wizerunkowym, które opanowało Chiny. Nie możemy zatracić naszego moralnie ugruntowanego poczucia prawdziwego piękna, które leży w "nieprzefiltrowanej" naturalnej czystości. Nie możemy pozbawiać się indywidualności i stać się, tak jak Chińczycy, homogeniczną masą pozbawioną wyjątkowości i różnorodności.
Artykuł Fan całkiem słusznie wskazuje na główne problemy związane z korzystaniem z mediów społecznościowych, takie jak stres, niepokój i uzależnienie od tych mediów wynikające z nadmiernej troski o autoprezentację (przejawiającej się niebywałym inwestowaniem zarówno czasu, jak i pieniędzy w nowe technologie) oraz kapitalistyczne utowarowienie piękna. Z filozoficznego punktu widzenia jej tekst jest jednak bardzo problematyczny.
Dyskusyjne jest przede wszystkim to, że Fan sugeruje, iż "obsesja selfie" i związane z nią zjawiska chirurgii plastycznej i kultu celebrytów to fenomeny specyficznie (kontynentalnie) "chińskie". Te same zjawiska są równie powszechne na przykład w Korei Południowej, Japonii i Singapurze. Nie powstały jednak w tych miejscach. Na długo przed aplikacjami do edycji zdjęć zarówno chirurgia plastyczna, jak i przemysł celebrytów były już powszechne w Ameryce Północnej. Na przykład wybielanie zębów i lifting twarzy były praktykami, których niemal oczekiwano od starzejących się ludzi w Stanach Zjednoczonych, na długo przed tym, jak wielu w Chinach kiedykolwiek słyszało o takich zabiegach. Także kapitalizm, a z nim utowarowienie piękna, poprzedza zarówno niedawny wzrost gospodarczy Chin, jak i pojawienie się mediów społecznościowych.
Podstawowy problem artykułu Fan - w opinii wielu obecnych krytyków mediów społecznościowych - stanowi jednak to, że autorce nie udaje się zrozumieć "obsesji selfie" w kategoriach profilowości4. Błędnie przedstawia ją jako kwestię przede wszystkim kulturową ("chińską"), a nie społeczne i psychologiczne zjawisko konstruowania tożsamości, które ma wymiar globalny. Bezpośrednią konsekwencją tej kulturowej kategoryzacji jest to, że artykuł wykazuje się równie problematyczną tendencyjnością na korzyść wartości "autentyczności" i zakłada, iż istnieją "prawdziwie autentyczne osoby" i "prawdziwe piękno", aktualnie zanieczyszczone przez media społecznościowe. Wraz z tym założeniem pojawiają się wysoce wątpliwe idealizacje autentyczności i powstają wyraźne dychotomie dobre-złe (na przykład naturalne vs. sztuczne).
Oczywiście, obsesyjne robienie i edytowanie selfie zdarza się. I tak: robienie i edytowanie selfie trudno uznać za "autentyczne". Ale czy ma sens potępianie go ze względu na nieautentyczność, skoro nigdy nie miało być autentyczne? Dlaczego jego probierzem ma być autentyczność? Wydaje się, że rzeczywistą funkcją artykułu Fan jest obrona ideału autentyczności w momencie, gdy jest on najbardziej zagrożony. Jej esej próbuje ukryć zbliżający się rozpad tego fałszywego ideału. Stara się ocalić autentyczność w czasie, gdy traci ona swój przyczółek w społeczeństwie z powodu własnych niespójności i anachronizmów. Gwałtowna obrona autentyczności w obliczu coraz bardziej wszechobecnej profilowości ma na celu zapewnienie nas samych, że nadal możemy być autentyczni w czasach, gdy w rzeczywistości także i my staliśmy się już niesamowicie profilowi.
Idealizujące zobrazowanie przez Jiayang Fan prawdziwego piękna i naturalnej autentyczności starszej kobiety na imprezie Meitu jest dyskusyjne i należy je zakwestionować. Poważniejsza sprawa - pozwalająca zobaczyć szerszy obraz - jest jednak taka: czy Jiayang Fan i jej praca w "New Yorkerze", gdzie opublikowała swój artykuł, naprawdę tak bardzo różnią się od ludzi na przyjęciu Meitu i ich życia?
Tekst potępiający chińską obsesję na punkcie selfie i wynikającą z niej homogeniczność wizerunku własnej osoby w Chinach opatrzony jest nazwą konta Jiayang Fan na Twitterze i zdjęciem: zdjęciem profilowym samej autorki. Nie jest to edytowana fotografia. To cyfrowo zmieniony portret oparty na zdjęciu lub rysunku. Wszystkim esejom w "New Yorkerze" towarzyszą takie zdjęcia autorów w jednakowym formacie. Używając określeń Fan: pokazują "jednorodność" i "upiorne podobieństwo". Wywołują standardowe skojarzenia z "fajnymi", kreatywnymi, oryginalnymi, młodymi, inteligentnymi ludźmi, przedstawianymi w animowanych klipach lub filmach. Zmiany w zdjęciu dopasowują profil Jiayang Fan do profili wszystkich innych autorów magazynu, a tym samym do profilu "New Yorkera" jako firmy medialnej. Działa w tym przypadku - pracując zapewne bez przerwy - ten sam mechanizm profilowania, który tak lekceważąco opisała Fan, relacjonując imprezę Meitu. Zarówno Meitu, jak i "New Yorker" dostosowują profile swoich przedstawicieli do siebie nawzajem, tak aby razem wspierały profil firm. Działa to oczywiście również w drugą stronę. Dzięki dopasowaniu do profilu "New Yorkera" profile Jiayang Fan i jej współpracowników zyskują na randze, podobnie jak praca dla lub z Meitu może być stymulatorem profilowości tych, którzy ją wykonują.
Co więcej, kiedy Jiayang Fan odwiedziła imprezę Meitu i podziwiała starszą panią bez telefonu komórkowego, czy ona sama nie miała telefonu w ręce? Miała. Przynajmniej symbolicznie. Cała jej obecność na imprezie przypominała smartfon; odmalowując i mocno edytując to wydarzenie i jego uczestników (przez ponad godzinę, jak zakładamy) dla własnej publiczności medialnej - czytelników "New Yorkera". W swojej relacji Fan metaforycznie zmienia wygląd starszej pani właśnie po to, aby ta "nieprzefiltrowana" kobieta reprezentowała autentyczne życie, które Fan chce pokazać swoim czytelnikom (i redaktorowi). Wizerunek "nieedytowanej" starszej kobiety przedstawiony w eseju jest w rzeczywistości tak samo zmanipulowany, jak setki, jeśli nie tysiące, zdjęć opublikowanych przez gości imprezy Meitu na ich kontach w mediach społecznościowych.
A co z profilami Jiayang Fan w mediach społecznościowych - do których kieruje odsyłacz do konta na Twitterze pod jej portretem w "New Yorkerze"? Podobnie jak większość czytelników tej książki, i oczywiście jej autorzy, ma ich kilka: poza Twitterem jest również aktywna na Facebooku i LinkedIn. Na tych publicznych platformach wyświetlanych jest wiele zdjęć Fan. Większość z nich jest piękna. Trudno powiedzieć, czy są edytowane lub ile czasu poświęcono na wybór tego, które było "w sam raz", ale żadne z nich nie wydaje się odpowiadać ideałowi nieprzefiltrowanego autentycznego piękna, które ujawniło się dzięki olśnieniu Fan na imprezie Meitu.
Podobnie jak wielu innych krytyków mediów społecznościowych, selfie i związanych z nimi zjawisk Jiayang Fan symuluje autentyczność jako odpowiednik ich rzekomej nieautentyczności. Ta "edytowana" autentyczność służy wspieraniu profilowości krytyków lub firm medialnych, które reprezentują. W ten sposób krytycy reprodukują i rozprzestrzeniają te same warunki profilowości, które krytykują. Działają w warunkach profilowości, ale - paradoksalnie - wciąż prezentują ideał autentyczności, któremu performatywnie zaprzeczają.
W porównaniu do tej krytycznej postawy owładnięci obsesją selfie Chińczycy są raczej bezpośredni w odniesieniu do swoich "fałszywych" zdjęć. Oczywiście prawie każdy wie, że niemal wszyscy używają aplikacji do edycji zdjęć. Podobnie jak nakładanie makijażu nie jest to w żadnym wypadku tajny akt ukrytej manipulacji. Jest to dla wszystkich wyraźnie widoczne. Każdy to robi, każdy o tym wie i od każdego się tego oczekuje. Jak wspomniała Fan: "Nikt, kogo zapytałam, nie rozważyłby opublikowania lub wysłania zdjęcia, które nie zostało poprawione". W Chinach - w dzisiejszym globalnym świecie mediów społecznościowych - wielu użytkowników nie stawia sobie za cel prezentowania przede wszystkim autentyczności. Turysta robiący sobie selfie w Bamboo Bay nie udaje autentyczności. A jeśli autentyczność się pojawia, to często jest wyraźnie zainscenizowana, jak w przypadku kogoś, kto zamieszcza na Facebooku zdjęcie "autentycznej" lokalnej potrawy. W tej sytuacji autentyczność służy profilowości.
Krytyka mediów społecznościowych ma tendencję do ignorowania ich nieautentycznej lub transautentycznej orientacji i nieadekwatnie ustanawia standard "czystej" autentyczności jako jedyną właściwą opcję. Krytyki te, o ironio, nie spełniają (i nie mogą spełniać) własnego ideału autentyczności, skoro są tworzone w warunkach profilowości. Ich autentyczność może zostać zdekonstruowana i ujawniona jako zainscenizowana i nieautentyczna. Same wezwania do zachowania naszej rzekomej autentyczności pokazują tylko, że epoka autentyczności straciła wiarygodność.
Wracając do kwestii kulturowych, interesujące jest, że obawy dotyczące nieautentyczności mediów społecznościowych wydają się problemem cokolwiek "zachodnim". Europejczycy i mieszkańcy Ameryki Północnej, którzy czują się głęboko związani z "erą autentyczności", mają tendencję do jej romantyzowania i ulegania tęsknocie za "społecznością Facebooka"5.
Szczerość, autentyczność, profilowość
W dawnych czasach tożsamość była zwykle wyznaczana przez role społeczne, w które wchodzono przez urodzenie. Wraz z narodzinami przychodziła nie tylko płeć, ale także tożsamość plemienna lub etniczna, klasa społeczna, zawód i religia. Identyfikacja polegała zazwyczaj na zaangażowaniu się w role, w których ludzie się znaleźli, poprzez przyjęcie norm i internalizację wartości związanych z tymi rolami. Nazywamy to, za Lionelem Trillingiem, "szczerością": mentalną i społeczną metodą osiągania tożsamości opartą na szczerym odgrywaniu ról6. Rodzina była często podstawową komórką społeczną, w której rozwijano i potwierdzano szczere kształtowanie tożsamości, a także go doświadczano.
Obraz tradycyjnej chińskiej rodziny na ilustracji 1. pokazuje moc tożsamości opartej na rolach. Pokazuje, jak role dosłownie wyznaczają miejsca i pozycje. Kobiety powinny znajdować się po prawej stronie, mężczyźni po lewej. Ubiór wskazuje na płeć, wiek i status społeczny. Co ważne, wyznaczenie ról wskazuje również na reżim cielesny; określa, kto może siedzieć, a kto stać, jaka ma być długość włosów lub, jak było w Chinach przez wiele stuleci, długość stóp kobiety. Bez intelektualnego i emocjonalnego zaangażowania takie często brutalne reżimy fizjologiczne i behawioralne lub "kulturowe" z trudem mogłyby być utrzymywane w społeczeństwie lub znoszone przez jednostki. Ich praktykowaniu najlepiej służyło to, że ludzie faktycznie uważali je za moralnie, religijnie lub filozoficznie poprawne. A najpotężniejszym społecznym i psychologicznym narzędziem do wywołania takiej afirmacji jest autoidentyfikacja. Jeśli na przykład kobieta w pełni identyfikuje się z rolą społeczną przypisaną jej przez społeczeństwo konfucjańskie, w którym dorasta, będzie w stanie uznać okaleczanie stóp nie tylko za moralnie dobre, ale także za część "samodoskonalenia". Zewnętrzne odgrywanie ról, nawet jeśli obejmuje krępowanie stóp, może zachodzić bez zgrzytów, gdy ludzie odnajdą swoją tożsamość w wewnętrznym zaangażowaniu w nie. Patrząc na osoby przedstawione na zdjęciu, można sobie wyobrazić, że mogą radzić sobie z ogromną presją roli w życiu rodzinnym poprzez narzucenie sobie samym i sobie nawzajem ścisłego reżimu szczerej praktyki ról. W ten sposób mogą nawet nie brać pod uwagę możliwości, że dla nieznajomego ich wygląd może wydawać się "szokującym przebraniem".