Ty i inne katastrofy naturalne - Maria Martinez

Kup ebooka

40.00 zł
33.20 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Moja babcia mawiała...

Moja bab­cia mawiała, że czas jest jedy­nym mier­ni­kiem, aby dokład­nie stwier­dzić, czy dana decy­zja była mądra, czy głu­pia. I miała rację. Tylko z upły­wem dni, mie­sięcy, a może nawet lat, możemy uznać, czy doko­na­li­śmy wła­ści­wego wyboru, czy nie.

Jakiś czas temu zre­zy­gno­wa­łam z miej­sca w Bri­tish Colum­bia w Van­co­uver, z bez­po­śred­nim dostę­pem do stu­diów pody­plo­mo­wych w Szkole Biz­nesu w Sau­der i zapi­sa­łam się na Uni­wer­sy­tet w Toronto, aby stu­dio­wać lite­ra­turę porów­naw­czą.

Moim pla­nem było zosta­nie redak­torką, a z cza­sem pro­wa­dze­nie wydaw­nic­twa. Była­bym kimś waż­nym, kimś, kto odci­śnie swoje piętno na świe­cie jako osoba, która odkryła następ­czy­nię J.K. Row­ling, Pauli Haw­kins czy nowego Johna Gre­ena.

Nie mogłam zado­wo­lić się czymś pomniej­szym, jeśli chcia­łam udo­wod­nić, że moja decy­zja nie była spo­wo­do­wana kapry­sem lub chę­cią sprze­ci­wie­nia się ojcu, poprzez zruj­no­wa­nie jego ocze­ki­wań wobec mnie.

Dwa lata póź­niej osią­gnę­łam naj­lep­sze oceny w gru­pie i staż w oddziale Simon & Schu­s­ter w Toronto, dzięki reko­men­da­cji mojego pro­fe­sora od kre­atyw­nego pisa­nia.

Moje obo­wiązki ogra­ni­czały się do poda­wa­nia kawy, dostar­cza­nia poczty i zała­twia­nia drob­nych spraw, ale już w chwili, gdy prze­kro­czy­łam drzwi tego budynku, wie­dzia­łam, że mia­łam rację, podej­mu­jąc ryzyko.

Przez następny rok musia­łam dzie­lić czas mię­dzy zaję­ciami na uni­wer­sy­te­cie i sta­żem w wydaw­nic­twie, ale nie prze­szka­dzało mi to, ponie­waż czu­łam się bez­piecz­nie w czymś, co już uwa­ża­łam za swoją przy­szłość. Zapla­no­wa­łam naj­drob­niej­szy szcze­gół, krok po kroku, bez nie­spo­dzia­nek.

Jesz­cze rok i zdo­by­ła­bym dyplom. Otrzy­ma­ła­bym sta­no­wi­sko asy­stentki redak­tora w dziale Fan­ta­styki mło­dzie­żo­wej i mogła­bym robić dok­to­rat, co zapew­ni­łoby mi uprzy­wi­le­jo­waną pozy­cję w świe­cie wydaw­ni­czym.

Osią­gnię­cie mojego celu było tylko kwe­stią czasu i cięż­kiej pracy. uzy­ska­ła­bym to bez żad­nej pomocy, na wła­sną rękę. Udo­wod­ni­ła­bym ojcu, że mylił się co do mnie, że mogę być dobra we wszyst­kich tych rze­czach, a jego znie­wagi tylko mnie wzmoc­niły.

To, czego moja bab­cia ni­gdy mi nie wyja­śniła, to jak prze­trwać czas potrzebny do pod­ję­cia waż­nej decy­zji. Takiej, która może zmie­nić twoje życie na zawsze. To naprawdę trudna część, walka z pomył­kami, wąt­pli­wo­ściami i nie­pew­no­ścią, które nie pozwa­lają ci oddy­chać. Nie­po­kój, bez­sen­ność i uczu­cie pustki pod sto­pami. Aż w końcu kom­pas zatrzy­muje się i zaczyna wska­zy­wać jeden kie­ru­nek.

Jedyne, co musisz zro­bić póź­niej, to sko­czyć i zaufać, że się nie roz­bi­jesz. Ponie­waż nawet jeśli nie­pew­ność wciąż jest jak cia­sna pętla na szyi, nie możesz zro­bić nic innego, jak tylko pocze­kać i zoba­czyć, czy doko­na­łaś wła­ści­wego wyboru.

Ten czas przed sko­kiem był praw­dziwą tor­turą dla kogoś takiego jak ja: nie­zde­cy­do­wa­nej, nie­pew­nej i peł­nej obaw. Poważ­nie, każdy psy­cho­ana­li­tyk zatarłby ręce, gdyby zna­lazł mnie w swo­jej pocze­kalni.

Wybie­ra­nie, decy­do­wa­nie, przej­mo­wa­nie ini­cja­tywy prze­ro­dziło się w otwarte okno z wido­kiem na prze­ra­ża­jącą prze­paść. Roz­darta mię­dzy wła­snymi pra­gnie­niami a pra­gnie­niami innych. Bojąc się zawieść tych, na któ­rych mi zależy, a jed­no­cze­śnie zdra­dzić samą sie­bie.

Byłam taka już jako dziecko: uwię­ziona w tym uczu­ciu patrze­nia na obcą osobę za każ­dym razem, gdy patrzy­łam w lustro. Ale trudno jest poznać sie­bie, gdy przez cały czas pró­bo­wa­łaś być kimś innym.

Nie­moż­liwe jest roz­wi­ja­nie wła­snej oso­bo­wo­ści, kiedy spę­dzi­łaś życie, pró­bu­jąc dzia­łać jako czyjś per­fek­cyjny ideał, sta­ra­jąc się spro­stać czy­imś ocze­ki­wa­niom, nie zbli­ża­jąc się nawet ku temu. A bez oso­bo­wo­ści, coś tak pro­stego jak wybór cho­ler­nej sukienki może stać się nie­moż­liwy. Coś tak skom­pli­ko­wa­nego jak pod­ję­cie decy­zji o tym, co chcesz robić przez następne czter­dzie­ści lub pięć­dzie­siąt lat swo­jego życia, kiedy myśla­łaś, że już to wiesz, może dopro­wa­dzić cię do cał­ko­wi­tego upadku.

Tak wła­śnie się stało.

W jed­nej chwili moja tar­cza ochronna zamie­niła się w pustkę wokół mnie. Mój ide­alny plan, o któ­rym myśla­łam, że jest tym, czego pra­gnę naj­moc­niej, zamie­nił się z powro­tem w wąt­pli­wo­ści i nie­pew­ność. Ponie­waż nie ma nic strasz­niej­szego niż speł­nie­nie sekret­nego marze­nia.

Wszystko zaczęło się od listu, pre­zentu i chłopca tak samo zagu­bio­nego jak ja.

Rozdział 1

1

List

Książki są jak życie, ponie­waż, podob­nie jak ta, wszyst­kie zawie­rają tajem­nice. Są jak skrzy­nie, które skry­wają skarby i ukryte prawdy, cze­ka­jąc, aż ktoś je otwo­rzy i odkryje ich sekrety. Słowa wyrzeź­bione w fik­cyj­nym świe­cie, wyryte w praw­dzi­wym sercu.

Zawsze wie­rzy­łam, że książki są małymi kon­fe­sjo­na­łami, któ­rym pisarz powie­rza swoje naj­bar­dziej intymne tajem­nice. To spo­sób na opo­wie­dze­nie światu, co oświe­tla lub zaciem­nia jego duszę. Spo­sób na uwol­nie­nie się od wielu obcią­żeń, które czło­wiek gro­ma­dzi z bie­giem czasu. Histo­rie o miło­ści, poczu­ciu winy, pożą­da­niu i wielu innych uczu­ciach zwi­jają się na stro­nach z potrzeby opo­wie­dze­nia tego, czego ina­czej nie mogłyby powie­dzieć. Przy­pisy widoczne tylko dla tych, któ­rzy umieją patrzeć z zamknię­tymi oczami.

Ta wiara spra­wiła, że czy­tam każde opo­wia­da­nie z pewną nad­mierną cie­ka­wo­ścią, pośród zało­żeń i prze­czuć, które pod­szep­tują mi, czy ta scena będzie ukrytą prawdą w opo­wie­ści o posmaku pokuty, real­nej i nie­moż­li­wej zara­zem.

Książki mają dziwną moc, cho­ciaż nie wszy­scy to doce­niają. Przez chwilę żyjemy w nich, a póź­niej one żyją w nas. Ide­alna sym­bioza mię­dzy dzie­łem a czy­tel­ni­kiem, która przy­nosi nam obo­pólne korzy­ści w naszym życio­wym roz­woju.

Książki to por­cje szczę­ścia, nawet te naj­smut­niej­sze lub naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące mogą dostar­czyć wspo­mnień, które wywo­łają uśmiech na two­jej twa­rzy. Książki to zimowe wie­czory przy kominku; wio­senne poranki w parku; let­nie waka­cje na plaży; jesienne spa­cery z chrzę­stem suchych liści pod sto­pami.

Co wię­cej, ład­nie pachną - co tam, to naj­lep­szy zapach na świe­cie! Dla­tego nie rozu­miem, dla­czego duże firmy per­fu­me­ryjne nie pró­bo­wały jesz­cze wyko­rzy­stać ich poten­cjału ryn­ko­wego. Który tra­dy­cyjny miło­śnik ksią­żek nie chciałby płynu do płu­ka­nia tka­nin o zapa­chu nowej książki? Bal­samu z nutami atra­mentu i papieru z recy­klingu. Odświe­ża­cza powie­trza o zapa­chu sta­rego tek­stu. Zapa­chu pierw­szego wyda­nia. Dez­odo­rantu o zapa­chu biblio­teki...

Wspa­niale byłoby móc doce­nić te niu­anse przez cały czas, bez koniecz­no­ści wty­ka­nia nosa w oprawę i nie spra­wia­jąc wra­że­nia, jakby się wąchało jakąś dziwną sub­stan­cję.

Książki zawsze były moim schro­nie­niem, ramio­nami, w któ­rych cho­wa­łam się, gdy wszystko szło nie tak. Się­gnię­cie po jedną z nich z półki, otwar­cie i spoj­rze­nie na pierw­szą stronę jest jak przy­jemny haust świe­żego powie­trza po upły­wie wiecz­no­ści bez moż­no­ści oddy­cha­nia. Są anti­do­tum na smu­tek, zmar­twie­nie, strach, a nawet zła­mane serce. Posu­nę­ła­bym się nawet do stwier­dze­nia, że leczą wszystko, jeśli tylko znaj­dziesz odpo­wiedni tekst.

Jed­nak nawet ta pierw­sza strona nie mogła wtło­czyć powie­trza, któ­rego potrze­bo­wały moje płuca, gdy okła­my­wa­łam samą sie­bie, że pod­ję­cie decy­zji będzie łatwe; a prze­cież była to pierw­sza strona naj­now­szej książki Alice Hof­f­man, jed­nej z moich ulu­bio­nych auto­rek. Nawet ona nie mogła mnie ura­to­wać przed nie­zli­czoną ilo­ścią mylą­cych i nie­po­ko­ją­cych myśli, w któ­rych byłam zanu­rzona od jakie­goś czasu.

Odło­ży­łam powieść na sto­lik, na któ­rym leżały nowo­ści, i prze­su­nę­łam się do fotela w rogu działu dzie­cię­cego. Opa­dłam na niego z wes­tchnie­niem, pod przy­ćmio­nym poma­rań­czo­wym bla­skiem lampy pod­ło­go­wej z oło­wia­nego szkła. To był mój ulu­biony kąt w księ­garni. Sia­da­łam tam, gdy byłam tak mała, że moje stopy nie się­gały pod­łogi. Prawda jest taka, że ta księ­garnia była moim ulu­bionym miej­scem na całym świe­cie. Prak­tycz­nie się w niej wycho­wa­łam.

Moja bab­cia kupiła ją czter­dzie­ści lat temu, po tym jak jej mąż, mój dzia­dek, zosta­wił ją w Mont­re­alu i wyje­chał do Jukonu szu­kać złota. Ni­gdy wię­cej o nim nie sły­szała.

Zain­we­sto­wała pie­nią­dze z nie­wiel­kiego spadku w wil­gotne, roz­pa­da­jące się pomiesz­cze­nie na par­te­rze i prze­kształ­ciła je w naj­bar­dziej magiczne miej­sce w Le Pla­teau. Na początku nie było łatwo, zwłasz­cza z małą dziew­czynką do wycho­wa­nia, moją matką, ale udało jej się prze­trwać i zbu­do­wać przy­szłość dla nich obu w tych ścia­nach wypeł­nio­nych histo­riami, powie­ściami i pod­ręcz­ni­kami.

Nazwała to miej­sce Lśniące Wody. Tak jak słynne jezioro, które poja­wia się w książ­kach L.M. Mont­go­mery o Ani Shir­ley. Ania z Zie­lo­nego Wzgó­rza zawsze była ulu­bioną książką jej, mojej mamy, a także i moją. Moja matka na jej stro­nach nauczyła mnie czy­tać i dała mi naj­wspa­nial­szy pre­zent, jaki kto­kol­wiek kie­dy­kol­wiek mi dał, nad­mierną miłość do czy­ta­nia i sekretne pra­gnie­nie, by pew­nego dnia pisać, jeśli tylko zdo­będę się na odwagę, by spró­bo­wać.

Tęsk­nię za nią.

Tęsk­nię za nimi obiema.

- Nawet jeśli prze­czy­tasz ją tysiąc razy, nie zmieni się to, o czym mówi.

Pod­nio­słam wzrok i zoba­czy­łam Fran­ces wpa­tru­jącą się we mnie zza lady. Była oto­czona fak­tu­rami i reje­strami z księ­go­wo­ści. Poma­chała mi ręką, a moje oczy prze­nio­sły się na list, który nie wie­dząc jak, wysu­nął się z mojej kie­szeni i ponow­nie zna­lazł się mię­dzy moimi pal­cami.

- Wiem, ale na­dal nie rozu­miem, dla­czego to zro­biła. Wie­działa lepiej niż kto­kol­wiek inny, że moje życie jest w Toronto. Powrót tutaj nie wcho­dzi w grę. - Prych­nę­łam, zapa­da­jąc się głę­biej w fotelu. To, o co prosi, jest nie­spra­wie­dliwe. - O nic cię nie prosi, Har­per. Prze­ka­zała ci w spadku naj­cen­niej­szą rzecz, jaką posia­dała, i daje ci wybór, co z tym pre­zen­tem zro­bić.

- I dla­czego mnie? Dla­czego nie zosta­wiła tego tobie? To naj­bar­dziej logiczne.

- Ponie­waż Sophia mnie znała i wie­działa, że jedyną rze­czą, która wią­zała mnie z tym mia­stem, była ona. Roz­ma­wia­ły­śmy o tym wiele razy, Har­per, zwłasz­cza w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy. Gdyby ode­szła pierw­sza, mia­łam wró­cić do Win­ni­peg. Tam mieszka moja sio­stra i sio­strzeńcy. To jedyna rodzina, jaka mi została.

Prze­je­cha­łam pal­cami po szorst­kiej powierzchni papieru.

- Myśla­łam, że ja jestem twoją rodziną - powie­dzia­łam cicho.

Fran­ces wyszła zza lady i pode­szła do mnie. Nie mogłam się zmu­sić, by na nią spoj­rzeć, dopóki nie poczu­łam uspo­ka­ja­ją­cego dotyku jej roze­dr­ga­nej dłoni na mojej. Na jej ustach poja­wił się mały uśmiech, smutny i drżący. Przy­po­mnia­łam sobie, że nie jestem jedyną, która cierpi.

Dzie­liła życie z moją bab­cią przez ostat­nie trzy dekady. Poznały się, gdy były dziećmi i od tego momentu stały się nie­roz­łączne. Dora­stały i na­dal były przy sobie, wspie­ra­jąc się we wszyst­kim. Moja bab­cia wyszła za mąż, a Fran­ces przy tym była. Była także przy naro­dzi­nach mojej mamy. A póź­niej, kiedy dzia­dek opu­ścił bab­cię, na­dal była u jej boku. Aż pew­nego dnia przy­jaźń prze­ro­dziła się w miłość.

A może zawsze się kochały, ale nie miały odwagi się do tego przy­znać. - Oczy­wi­ście, że jesteś moją rodziną. Kocham cię, Har­per, ale to nie jest już moje miej­sce. Zbyt wiele wspo­mnień.

Przy­gry­złam wargę, pró­bu­jąc powstrzy­mać łzy. Od pogrzebu minął tydzień. Trzy dni od odczy­ta­nia testa­mentu, pod­czas któ­rego wrę­czono mi list, który bab­cia dla mnie zosta­wiła, a mnie wciąż trudno było uwie­rzyć, że już ni­gdy jej nie zoba­czę.

Czu­łam się bar­dzo smutna i zła na nią. Przez wiele mie­sięcy ukry­wała przede mną, że chło­niak wkrótce zabie­rze jej życie. Ukry­wała to przed nami wszyst­kimi. I choć rozu­mia­łam jej motywy, zbyt bolało mnie to mil­cze­nie.

Nie dała mi szansy na poże­gna­nie. Ani na powie­dze­nie jej jesz­cze raz, jak bar­dzo ją kocham i jak bar­dzo jestem wdzięczna za wszystko, co dla mnie zro­biła. Była jedyną osobą, która pomo­gła mi zacho­wać pamięć o mojej matce, poznać ją z cza­sem, ponie­waż byłam zbyt mała, kiedy musiała nas opu­ścić. Była jedyną, która nie zapo­mniała o niej, a także nie zapo­mniała o mnie.

Ści­snę­łam dłoń Fran­ces i odwza­jem­ni­łam uśmiech. Jej brą­zowe oczy patrzyły w moje nie­bie­skie i zoba­czy­łam przez nie jej zła­mane serce. Nie mogłam się przy niej zała­mać.

- Kochała cię, Fran­ces.

- Wiem, i ja ją.

- Kiedy pla­nu­jesz wyje­chać?

- Za kilka tygo­dni, może za trzy. Za tyle, ile zaj­mie aktu­ali­za­cja kont, płat­no­ści i reje­strów. Sophia to była kata­strofa w tych spra­wach. - Pokle­pała mnie po kola­nie. - Zosta­wię wszystko dobrze zor­ga­ni­zo­wane, byś mogła roz­wi­jać się bez żad­nych pro­ble­mów.

- Nie wiem, czy zostanę.

Wstała z wes­tchnie­niem i wró­ciła do lady zawa­lo­nej papie­rami.

- Roz­ma­wia­łam też z panem Nor­ri­sem, praw­ni­kiem two­jej babci. Pomoże ci, jeśli zde­cy­du­jesz się na sprze­daż.

Sprze­daż. To słowo spra­wiło, że zaschło mi w ustach i ści­snął się żołą­dek, bo to nie­na­tu­ralne porzu­cać to, co uważa się za swój dom. Ale co innego mogłam zro­bić? "Zostać" - powie­dział głos w mojej gło­wie. Zigno­ro­wa­łam go. Zło­ży­łam i odło­ży­łam list.

Zadzwo­nił mój tele­fon komór­kowy. Praw­do­po­dob­nie to moja sio­stra, by ponow­nie przy­po­mnieć mi, że mamy się spo­tkać tego wie­czoru. Hay­ley była per­fek­cjo­nistką, maniacko dba­jącą o kon­trolę i punk­tu­al­ność. Zupełne prze­ci­wień­stwo mnie. Takie wła­śnie są kre­atywne umy­sły, z natury nie­zor­ga­ni­zo­wane. A przy­naj­mniej tak sobie wma­wia­łam, żeby nie przy­znać, że jestem kom­pletną kata­strofą.

Wycią­gnę­łam tele­fon z tyl­nej kie­szeni spodni i spoj­rza­łam na ekran. Dosta­łam gęsiej skórki, a moje ciało napięło się pod wpły­wem szoku. Tele­fon na­dal dzwo­nił w mojej dłoni, która trzę­sła się, jakby miała otrzy­mać śmier­telny cios od urzą­dze­nia.

- Nie odbie­rzesz? - zapy­tała mnie Fran­ces.

Spoj­rza­łam na nią i zane­go­wa­łam szybko.

- To tata.

Odcze­kała kilka sekund, obser­wu­jąc moją prze­ra­żoną twarz.

- Nie chcesz wie­dzieć, po co do cie­bie dzwoni?

Wsta­łam i wło­ży­łam tele­fon z powro­tem do kie­szeni. Wszy­scy mamy swoje kom­pleksy, ułom­no­ści i dzi­wac­twa. Igno­ro­wa­nie tele­fonów ojca było czę­ścią moich.

- Wiem, po co do mnie dzwoni. Po to samo, co wie­czo­rem i wczo­raj o poranku. I przedwczo­raj. - Pode­szłam do lady i opar­łam łok­cie na drew­nia­nym bla­cie przed kasą. To był antyk, jak wszystko inne, i dla­tego tak mi się podo­bała. - Chce, żebym sprze­dała dom, księ­gar­nię i zosta­wiła moje życie w Toronto. Chce też, żebym rzu­ciła stu­dia, zre­zy­gno­wała ze stażu w wydaw­nic­twie i pod­jęła pracę w jego fir­mie. Tego wła­śnie chce, bar­dzo krót­kiej obroży na mojej szyi. I naprawdę nie rozu­miem dla­czego, skoro nie może mnie znieść. Ni­gdy nie mógł.

Fran­ces wło­żyła plik fak­tur do pudełka, a następ­nie napi­sała notatkę na pokry­wie.

- Czy kie­dy­kol­wiek go zapy­ta­łaś?

- O co?

- Dla­czego cię nie znosi?

- Nie - odpo­wie­dzia­łam skrę­po­wana.

Pró­bo­wa­łam, naprawdę pró­bo­wa­łam, ale w ostat­niej chwili zabra­kło mi słów. Bałam się, że znam odpo­wiedź. Taką, która mogłaby uza­sad­nić, dla­czego zawsze był dla mnie taki twardy i zimny. Tylko dla mnie.

Gdy byłam mała, myśla­łam, że być może zepsu­łam lub zgu­bi­łam coś, co było mu dro­gie, więc spę­dza­łam całe godziny, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, cho­dząc po domu w poszu­ki­wa­niu jakie­goś szcze­gółu, który dałby mi wska­zówkę co do mojego błędu i napra­wie­nia go. Potem doszłam do wnio­sku, że cho­dziło o moje blond, falo­wane włosy, ponie­waż jego były czarne i pro­ste, tak jak mojego rodzeń­stwa. Uzna­łam, że nie lubi róż­nic u innych ludzi, więc obcię­łam je noży­cami ogro­do­wymi i przy­ciem­ni­łam pastą do butów. Tak się wściekł, że chciał mnie wysłać do żeń­skiej szkoły w Otta­wie. Na szczę­ście bab­cia go powstrzy­mała. Póź­niej, gdy doro­słam, zało­ży­łam, że pro­blem leży w moich umie­jęt­no­ściach. Nie byłam wystar­cza­jąco inte­li­gentna, ładna, wykształ­cona, ani wystar­cza­jąco silna... Niczego nie potra­fi­łam robić dobrze.

Fran­ces ode­tchnęła głę­boko, zanim się ode­zwała.

- Kocha­nie, jesteś doro­słą kobietą. Masz dwa­dzie­ścia dwa lata i od czte­rech żyjesz wła­snym życiem. Musisz prze­stać się go bać.

- Nie boję się... - Fran­ces rzu­ciła mi tak prze­ni­kliwe spoj­rze­nie, że porzu­ciłam żało­sną próbę okła­ma­nia jej. Znała mnie zbyt dobrze. - Jest po pro­stu łatwiej, kiedy jestem daleko i nie muszę go widzieć.

- Ale jesteś tutaj i będziesz musiała tak czy siak jutro go zoba­czyć. Nie­odbie­ra­nie jego tele­fo­nów nie jest naj­mą­drzej­szą i naj­bar­dziej doj­rzałą rze­czą z two­jej strony.

Pochy­li­łam się, opie­ra­jąc czoło o ladę. Spoj­rza­łam na nią z boku i obda­rzy­łam moim naj­bar­dziej nie­win­nym uśmie­chem.

- Nie muszę się z nim spo­ty­kać, jeśli będę uda­wać, że jestem chora.

Jak można się było tego spo­dzie­wać, Fran­ces krzyk­nęła.

- Twoja sio­stra jutro wycho­dzi za mąż! Nie możesz Hay­ley zro­bić cze­goś takiego!

- Wiem, wiem, wiem... To głupi pomysł - powie­dzia­łam pospiesz­nie, ale nie zmie­niło to faktu, że myśla­łam o tym poważ­nie.

Spoj­rzała na mnie scep­tycz­nie, choć po chwili jej wyraz twa­rzy zmie­nił się na współ­czu­jący.

- Twój ojciec nie może zmu­sić cię do zro­bie­nia cze­go­kol­wiek, czego nie chcesz, Har­per.

- Nolan Weston ni­gdy nie przyj­muje odmowy i zawsze znaj­duje spo­sób, by posta­wić na swoim. Może mu to zająć tro­chę czasu, ale zawsze dopnie swego.

- Może nie tym razem.

Uśmiech­nę­łam się, bo chcia­łam jej wie­rzyć, ale nara­sta­jący nie­po­kój odci­nał mnie od jakie­go­kol­wiek logicz­nego myśle­nia, a nie­pew­ność przej­mo­wała nade mną wła­dzę na samą myśl o ponow­nym spo­tka­niu z nim następ­nego dnia. Trzy dni w jed­nym tygo­dniu, rekord, który zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­szał liczbę naszych spo­tkań w roku. Pod­su­mo­wu­jąc, żaden.

Weszło kilku klien­tów i Fran­ces pospie­szyła im z pomocą. Wró­ci­łam na fotel, gdzie zosta­wi­łam list od babci. Pod­nio­słam go, zamie­rza­jąc wło­żyć z powro­tem do koperty, ale znów zagu­bi­łam się w sło­wach, które zna­łam na pamięć.

Har­per,

jeśli to czy­tasz, wiesz, jaka jest moja wola. Pew­nie czu­jesz się teraz bar­dzo zdez­o­rien­to­wana i zła, ale musisz zro­zu­mieć, że nie mogłam Ci tego powie­dzieć. Porzu­ci­ła­byś wszystko, by być ze mną, a ja nie mogłam zgo­dzić się na takie poświę­ce­nie. Za bar­dzo Cię kocham, by pozwo­lić Ci patrzeć, jak ta stara kobieta gaśnie. Uwa­żam też, że każdy ma prawo decy­do­wać, jak prze­żyć swoje ostat­nie dni i wła­śnie to robię, prze­ży­wa­jąc je bez wyrzu­tów sumie­nia. Tak wła­śnie chcę odejść, wolna, bez bycia cię­ża­rem. Mogę się wyda­wać ego­istką, ale jest to naj­bar­dziej bez­in­te­re­sowny czyn, na jaki kie­dy­kol­wiek się zde­cy­do­wa­łam. Pew­nego dnia zro­zu­miesz i wiem, że mi wyba­czysz.

Pew­nie zada­jesz sobie wiele pytań: Dla­czego zosta­wi­łam wszystko Tobie? Dla­czego nie Two­jemu rodzeń­stwu? Odpo­wiedź jest pro­sta. Są inni, zawsze mieli bar­dziej prak­tyczne zain­te­re­so­wa­nia, a jeśli coś jest nie­opła­calne...

Mój dom i księ­gar­nia to wszystko, co posia­dam. Nie są nic warte, ale zawie­rają całe życie wspo­mnień i chwil. Marzeń.

Wiem, że ciężko wal­czy­łaś, aby zna­leźć się w miej­scu, w któ­rym jesteś. Wiem też, że myślisz, że masz życie, jakiego zawsze pra­gnę­łaś. Ale kiedy na Cie­bie patrzę, wciąż widzę tę małą dziew­czynkę, która wolała ukła­dać książki na pół­kach, zamiast bawić się z innymi dziećmi. Która lubiła pole­cać lek­tury i marzyła o tym, by pew­nego dnia napi­sać wła­sne histo­rie. Wciąż ją w Tobie roz­po­znaję i widzę ten błysk i pra­gnie­nie w Two­ich oczach. Dla­tego chcę dać Ci szansę na odzy­ska­nie tego marze­nia.

Pozo­staw dla sie­bie księ­gar­nię i speł­nij swoje marze­nie o pisa­niu w niej.

Po co pra­co­wać, publi­ku­jąc książki innych ludzi, skoro można poka­zać światu wła­sne histo­rie? Masz talent, zawsze go mia­łaś. Nie powin­naś bać się marzeń, ponie­waż bez nich tak wiele z tego, kim jeste­śmy, byłoby bez zna­cze­nia.

Jeśli jed­nak się mylę, zro­zu­miem, jeśli wró­cisz do Toronto i tam odzy­skasz swoje życie. Jeśli podej­miesz taką decy­zję, nie będziesz w sta­nie zatrzy­mać księ­garni. Wtedy pro­szę, znajdź kogoś, kto naprawdę ją doceni.

Przy­kro mi, jeśli sta­ruszka skom­pli­ko­wała Ci życie swoim ostat­nim pra­gnie­niem. Mogła­bym uspra­wie­dli­wić się wie­kiem lub tymi wszyst­kimi okrop­nymi środ­kami prze­ciw­bó­lo­wymi, które muszę brać, ale okła­ma­ła­bym Cię. Chcę wie­rzyć, że nie prze­ka­zuję Ci cię­żaru, ale wol­ność.

Har­per, jestem tak dumna z Cie­bie i kobiety, którą się sta­łaś, że spo­kojna idę spo­tkać się z Twoją matką. Zawsze będziemy się o Cie­bie trosz­czyć.

I zawsze bądź sobą. Taka jesteś dosko­nała.

Sophia

Wzdry­gnę­łam się, wykrzy­wia­jąc twarz. Ostry ból w klatce pier­sio­wej zda­wał się nie mieć końca. Poczu­łam na ple­cach dłoń Fran­ces i ota­cza­jący ją zapach kar­melu. Nagle spadł na mnie cię­żar ostat­nich kilku dni i zala­łam się łzami.

- Nie przej­muj się, to w porządku poka­zać, że boli. - Jej głos był tak słodki, tak bar­dzo jej, że nie mogłam się powstrzy­mać od pła­czu. Odchrząk­nę­łam i odwró­ci­łam się, by na nią spoj­rzeć.

- Cho­dzi o to, że mama mnie zosta­wiła. Teraz ode­szła bab­cia, a ty chcesz jechać do Win­ni­peg. Co to za nazwa: Win­ni­peg? - zga­ni­łam ją, cho­ciaż wie­dzia­łam, że jestem wobec niej nie­spra­wie­dliwa.

Otarła mi kilka łez i patrzyła na mnie przez dłuż­szą chwilę. Prze­su­nęła dłońmi po moich wło­sach, prze­cze­su­jąc je pal­cami tak czule, że wyrwał mi się zdła­wiony szloch.

- Wszystko będzie dobrze, Har­per. Jesteś sil­niej­sza, niż myślisz. Gdy­bym nie była tego pewna, nie ode­szła­bym. Poza tym to nie jest poże­gna­nie. - Uśmiech­nęła się do mnie, a ja pró­bo­wa­łam odwza­jem­nić ten gest. Przy­jadę do cie­bie, kiedy tylko będziesz mnie potrze­bo­wać.

Przy­tu­liła mnie, a ja sta­ra­łam się nie uto­nąć w świa­do­mo­ści, jak bar­dzo będę za nią tęsk­niła. Zawsze była przy mnie. Za każ­dym razem, gdy wra­ca­łam do mia­sta i wcho­dzi­łam do księ­garni, uśmiech Fran­ces witał mnie cie­płem i sło­dy­czą gorą­cej cze­ko­lady w zimny dzień.

Pozwo­li­łam się ukoić jej szep­tem, aż nagle drzwi się otwo­rzyły i sklep wypeł­niło deli­katne brzę­cze­nie wiszą­cych nad nimi dzwo­necz­ków.

Rozdział 2

2

Pora­dzić sobie z nie­ocze­ki­wa­nym spo­tka­niem

Przez następne dwie godziny dzwo­neczki te roz­brzmie­wały dźwię­kami przy­cho­dzą­cych i odcho­dzą­cych sta­łych klien­tów oraz tych, któ­rzy przy­cho­dzili pooglą­dać, zachę­ceni ofer­tami. Na małym sto­liku przy drzwiach zawsze leżał stos wizy­tó­wek z nazwą księ­garni napi­saną zło­tym atra­men­tem. Uzu­peł­ni­łam bra­ku­jące i uło­ży­łam je w równy sto­sik, obok zakła­dek roz­da­wa­nych przez wydaw­ców.

Potem odku­rzy­łam solidne orze­chowe regały, które się­gały aż do sufitu. Były tam setki ksią­żek, może tysiące. We wszyst­kich roz­mia­rach i kolo­rach. Luk­su­sowe wyda­nia z pięk­nymi ilu­stra­cjami i ryci­nami na okład­kach, wyda­nia kie­szon­kowe, kla­syki i nowo­ści. Na ostat­niej półce Oscar Wilde ocie­rał się o Paula Austera. Obok niego Dic­kens odpo­czy­wał mię­dzy Jane Austen i Char­lotte Brontë. Dan Brown, James Dash­ner, Danielle Paige... Moja bab­cia zawsze miała spe­cy­ficzne poczu­cie porządku.

Prze­je­cha­łam dło­nią po czole, lekki ból głowy doku­czał mi od jakie­goś czasu, a mój zmę­czony umysł potrze­bo­wał się obu­dzić.

- Napi­jesz się kawy? - zapy­ta­łam Fran­ces.

Ski­nęła głową z uśmie­chem, poma­ga­jąc star­szemu męż­czyź­nie wybrać książkę o łodziach pod­wod­nych dla wnuka.

Chwy­ci­łam torbę i wyszłam na ulicę. Jak zwy­kle mont­re­al­skie lato było pełne hałasu i ruchu. Zapa­chów, które prze­no­siły mnie do wyjąt­ko­wych chwil. Ludzi, któ­rzy wyda­wali się być tam od zawsze. Jak Beth, sły­nąca z mię­to­wego cia­sta i cze­ko­la­do­wych cia­ste­czek, które zni­kały z witryny jej pie­karni, gdy tylko pod­no­siła okien­nice każ­dego poranka. Albo Percy, uliczny muzyk, który grał na trąbce na tym samym rogu, odkąd się­gam pamię­cią. Pozdro­wi­łam ich, gdy prze­cho­dzi­łam i zamie­ni­łam kilka uprzej­mych zdań z Meg, kwia­ciarką.

Nasza księ­gar­nia mie­ściła się przy Mont Royal Ave­nue, w dziel­nicy Le Pla­teau. Dziel­nica ta domi­nuje w cen­trum Mont­re­alu i jest miej­scem stu­den­tów, arty­stów i bohemy.

Kiedy miesz­ka­łam w tym mie­ście, uwiel­bia­łam spa­ce­ro­wać jego wąskimi, wysa­dza­nymi drze­wami ulicz­kami, z pięk­nymi, kolo­ro­wymi wik­to­riań­skimi domami i spi­ral­nymi scho­dami na zewnątrz. Fascy­no­wała mnie wyjąt­kowa, wie­lo­kul­tu­rowa mie­szanka skle­pów i restau­ra­cji.

Szłam spo­koj­nie w kie­runku Saint Denis. Słońce prze­bi­jało się przez cienką war­stwę bia­łych chmur, które zaczy­nały ciem­nieć na hory­zon­cie. Spoj­rza­łam w niebo w nie­mym bła­ga­niu. Ślub miał się odbyć w ogrom­nym ogro­dzie domu mojego ojca w Léry. Deszcz mógł wszystko zepsuć, a Hay­ley nie zasłu­gi­wała na to roz­cza­ro­wa­nie. Ide­alny ślub pla­no­wała od mie­sięcy.

Skrę­ci­łam w prawo i kon­ty­nu­owa­łam spa­cer chod­ni­kiem. Kawiar­nia Myriade, mój cel, znaj­do­wała się na następ­nym rogu. Była pełna ludzi. Na tara­sie nie wci­snąłby nawet szpilki, a w środku klienci stali w kolejce do lady. Już mia­łam zawró­cić i poszu­kać innego miej­sca, ale prze­szłam tu całą drogę, fan­ta­zju­jąc o ich bułecz­kach z serem ched­dar i żura­winą, powstrzy­my­wa­łam się zatem przed odej­ściem bez nich i ich cudow­nej caf? latte.

Moje uza­leż­nie­nie od kofe­iny było jedną z małych rze­czy, które nada­wały mojemu życiu sens.

Sta­nę­łam w kolejce i wyko­rzy­sta­łam ten czas na spraw­dze­nie poczty w tele­fo­nie. Mia­łam kilka wia­do­mo­ści od Ryana Rac­liffe'a, redak­tora, który nad­zo­ro­wał mój staż. Chciał wie­dzieć, czy skoń­czy­łam prze­glą­dać ostatni manu­skrypt, który mi wysłał. Prych­nę­łam i przy­ło­ży­łam dłoń do twa­rzy, czu­jąc się bar­dzo winna. Doda­łam notatkę gło­sową, aby przy­po­mnieć sobie o pobra­niu i wydru­ko­wa­niu go, zabiorę się do tego gdy tylko ślub mojej sio­stry dobie­gnie końca.

Ogar­nął mnie nie­po­kój. Zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy myśle­nie o pracy w ten spo­sób jest wyraź­nym zna­kiem, że naprawdę chcę dalej żyć tak jak dotych­czas. I natych­miast pomy­śla­łam o czymś prze­ciw­nym: czy to, że nawet nie rzu­ci­łam okiem na ręko­pis, ozna­cza, że może nie jestem tak zain­te­re­so­wana pracą, jak mi się wyda­wało. A może przez to, że zmarła moja bab­cia, nie obcho­dziła mnie reszta wszech­świata.

- Prze­pra­szam, pyta­łem, czy zamie­rzasz coś zamó­wić.

Pod­nio­słam wzrok i uśmiech­nę­łam się prze­pra­sza­jąco do kel­nera.

- Popro­szę dwie caf? latte i bułeczkę z ched­da­rem i żura­winą.

Spoj­rza­łam z roz­tar­gnie­niem na ludzi przy sto­li­kach i zauwa­ży­łam małego chłopca jedzą­cego muf­finkę z rękami za ple­cami, uda­ją­cego małego ptaszka dzio­bią­cego talerz. Uśmiech­nę­łam się, widząc despe­ra­cję jego matki.

Takie sceny pobu­dzały moją wyobraź­nię. Zła cza­row­nica, chło­piec zamie­niony w małego ptaka i morał do opo­wie­dze­nia... Kolejny pomysł do doda­nia do dłu­giej listy, którą już mia­łam i któ­rej praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie napi­szę.

- Har­per?

Mogła­bym powie­dzieć, że w tej sekun­dzie trwa­ją­cej wiecz­ność, cały świat zwol­nił, aż zatrzy­mał się cał­ko­wi­cie. Ale jak­kol­wiek ład­nie i meta­fo­rycz­nie by to nie brzmiało, tak się nie stało.

Pod­czas tej chwili gdy moje imię wibro­wało w powie­trzu, cały świat został pochło­nięty przez wszyst­kie kata­strofy natu­ralne, jakie mogłam sobie wyobra­zić.

Bo tym wła­śnie był dla mnie Trey Holt, trzę­sie­niem ziemi, hura­ga­nem, wul­ka­nem wyrzu­ca­ją­cym lawę, popi­sową burzą, któ­rej nie mogła­bym prze­żyć. Pew­nego razu zato­pił mnie jak kru­chą drew­nianą tra­twę na środku wzbu­rzo­nego morza i spra­wił, że dry­fo­wa­łam jak milion drzazg.

- Har­per?

Myśla­łam, że mam to już za sobą. A jed­nak po czte­rech latach, gdy usły­sza­łam go po raz ostatni, roz­po­zna­łam go tylko po jed­nym sło­wie. Tak głę­boko jego głos zapi­sał się we mnie.

Odwró­ci­łam się z ser­cem walą­cym w piersi. Nie wie­dzia­łam, jak udało mi się utrzy­mać rów­no­wagę i pozo­stać w pozy­cji sto­ją­cej, gdy spoj­rza­łam w górę i napo­tka­łam jego piękne wpa­trzone we mnie oczy.

- To ty! Nie byłem pewien, ale... Boże, to ty!

Wpa­try­wa­łam się w niego, usil­nie pró­bu­jąc go umiej­sco­wić i prze­ko­nać samą sie­bie, że naprawdę tam jest, po dłu­gim, dłu­gim cza­sie, na wprost mnie.

Zro­bił krok w tył, by obej­rzeć mnie z góry na dół; i musiało mu się spodo­bać to, co zoba­czył, ponie­waż uśmiech­nął się sze­roko, a małe zmarszczki oto­czyły oczy. Pochy­lił się i przy­tu­lił mnie, co mnie zasko­czyło.

- Dobrze cię widzieć, Cala­baza3.

Żołą­dek mi się ści­snął, gdy usły­sza­łam to czułe prze­zwi­sko, które nadano mi, gdy byłam dziec­kiem. Byłam też na tyle głu­pia, by zamknąć oczy, gdy poczu­łam ten jego zapach, tak oso­bi­sty, wci­ska­jący się do mojego nosa.

Odsu­nę­łam się, gdy tylko mnie puścił.

- Cześć, Trey - odpo­wie­dzia­łam ze spierzch­nię­tymi ustami.

Uśmiech­nął się. Nie mogłam odwza­jem­nić tego gestu. Nie­na­wi­dzi­łam go za zła­ma­nie mi serca i zbu­rze­nie mojej samo­oceny. Nie­na­wi­dzi­łam go. I w tym momen­cie musia­łam przy­po­mnieć sobie o tym, jak mnie zra­nił, aby uciec z sieci jego nie­grzecz­nego i bez­czel­nego uśmie­chu, w któ­rej wła­śnie zosta­łam uwię­ziona jak owad.

Spoj­rzał w dół i jego wyraz twa­rzy zmie­nił się. Popa­trzył na mnie ponow­nie, znacz­nie poważ­niej, i wsu­nął ręce do tyl­nych kie­szeni ciem­nych dżin­sów.

- Har­per, przy­kro mi z powodu śmierci Sophii i żałuję, że nie mogłem uczest­ni­czyć w pogrze­bie. Kiedy Hoyt prze­ka­zał mi tę wia­do­mość, byłem poza kra­jem i nie mia­łem moż­li­wo­ści wró­cić na czas.

Uśmiech­nę­łam się sar­ka­stycz­nie.

- Spo­koj­nie, nawet nie zauwa­ży­łam two­jej nie­obec­no­ści. Poza tym to była bar­dzo skromna uro­czy­stość, tylko dla rodziny.

Policzki mnie paliły, gdy odpo­wia­da­łam mu w ten spo­sób, bo nie jestem taka nie­grzeczna i imper­ty­nencka. Ale z nim... Przy nim bar­dzo nie­przy­jemna część mnie wycho­dziła na wierzch.

Sta­ra­łam się spra­wiać wra­że­nie cał­ko­wi­cie obo­jęt­nej.

Trey zmarsz­czył brwi, a jego twarz napięła się, jakby nie rozu­miał mojego nasta­wie­nia. Zawsze był dobry w uda­wa­niu grzecz­nego chłopca.

- Tak, oczy­wi­ście, dla rodziny. - Stał w mil­cze­niu, wpa­tru­jąc się we mnie.

Powie­trze wokół nas stało się tak gęste, że poczu­łam klau­stro­fo­bię. Potem dodał:

- Ale wy, Westo­no­wie, jeste­ście dla mnie jak rodzina i chciał­bym być z wami w tak trud­nym cza­sie.

Wes­tchnę­łam. Spo­tka­nie z nim bolało jak świeża rana. Jego prze­szłe postę­po­wa­nie nazna­czyło bar­dzo ważną część mnie i mojej przy­szło­ści, a on zacho­wy­wał się z nie­win­no­ścią, która nie paso­wała do tego spo­tka­nia. Był winny zła­ma­nia mi serca. Zanu­rzył dło­nie w mojej piersi i zmiaż­dżył je bez mru­gnię­cia okiem.

- Jestem pewna, że Hoyt i Hay­ley doce­ni­liby twoje wspar­cie.

Przy­glą­dał mi się przez kilka sekund i zwil­żył wargi języ­kiem. - Oni... Tak, oczy­wi­ście.

Wytrzy­ma­łam jego spoj­rze­nie. Jego oczy były takie, jak je zapa­mię­ta­łam. Mie­szanka zie­leni i brązu, uwo­dzi­ciel­skie. Gęste, czarne rzęsy. Zazna­czone brwi. Wyraź­nie zary­so­wana szczęka. Ładne usta, dolna warga nieco peł­niej­sza niż górna. Miał dłuż­sze włosy niż wtedy, gdy widzia­łam go ostatni raz, co nada­wało mu bar­dziej doj­rzały wygląd.

Wciąż był naj­przy­stoj­niej­szym męż­czy­zną, jakiego w życiu pozna­łam. Prze­je­chał dło­nią po karku i uśmiech­nął się, jakby wypie­ra­jąc z głowy smutną myśl. Lek­kim gestem wska­zał na mnie.

- Wyglą­dasz świet­nie! Uro­słaś. Boże, jak dawno się nie widzie­li­śmy?

Nie wystar­cza­jąco.

- Cztery lata. Mia­łam wtedy osiem­na­ście lat. Wła­śnie roz­po­czy­na­łam stu­dia, a ty wyjeż­dża­łeś do Ame­ryki.

- Tak, to prawda. Cho­lera, już cztery lata.

- Tak, cztery.

- Wyglą­dasz bar­dzo ład­nie. Masz... masz znacz­nie dłuż­sze włosy. Pasują do cie­bie.

- Dzię­kuję, ty się nie zmie­ni­łeś.

Wstrzy­mał oddech, ska­nu­jąc moją twarz, jakby przy­glą­dał się jej kon­tu­rom. Uniósł brew, a jego usta znów wygięły się w uśmie­chu.

- Powiedz mi, czy to był przy­pa­dek, czy zazwy­czaj przy­cho­dzisz w to miej­sce?

- Zazwy­czaj przy­cho­dzę tutaj, gdy jestem w mie­ście. Księ­gar­nia mojej babci jest bar­dzo bli­sko.

- Tak, to prawda, obok tego sklepu z uży­wa­nymi komik­sami i winy­lami. Minęło sto lat, odkąd tam byłem i uwiel­biam tę oko­licę!

Obej­rza­łam się przez ramię. Gdzie do dia­bła jest kel­ner z moimi kawami? Musia­łam się stam­tąd wydo­stać. Uczu­cie dusze­nia się nie prze­sta­wało we mnie wzra­stać. Prze­łknę­łam ślinę, zde­ner­wo­wana, bicie mojego serca odbi­jało się echem w mojej gło­wie.

- Hoyt powie­dział mi, że skoń­czy­łaś stu­dia i pra­cu­jesz w wydaw­nic­twie.

- To jesz­cze nie jest praca. Nor­malna praca z pen­sją, ubez­pie­cze­niem zdro­wot­nym i innymi rze­czami, chcia­łam powie­dzieć - wyja­śni­łam nie­cier­pli­wie. - W tej chwili to tylko staż.

- Brzmi świet­nie i jestem pewien, że w końcu cię zatrud­nią. Hoyt mówi, że jesteś bar­dzo dobra w tym, co robisz.

- Hoyt wydaje się mówić za dużo. - W moim gło­sie było sły­chać fru­stra­cję.

- Od czasu do czasu pytam go, jak się mie­wasz - powie­dział nie­pew­nie. - Powie­dział mi też, że myślisz o zro­bie­niu magi­sterki. Zga­duję więc, że wkrótce wró­cisz do Toronto.

- To naj­bar­dziej praw­do­po­dobne.

Odwró­ci­łam wzrok, nie mogąc utrzy­mać jego spoj­rze­nia. Ale moje oczy znów go szu­kały, przy­cią­gane tym ide­al­nym uśmie­chem, który tak czę­sto ryso­wa­łam w myślach. Pytał Hoyta, jak się czuję? Dla­czego miałby robić coś takiego? Ni­gdy go nie obcho­dzi­łam. Pozbył się mnie tak łatwo, jak rzuca się nie­do­pa­łek papie­rosa na zie­mię.

- Myślę, że to godne podziwu, że chcesz to zro­bić.

- Dzię­kuję.

- Ja w zeszłym roku w końcu ukoń­czy­łem MIT.

- Jesteś już archi­tek­tem. Tym, kim zawsze chcia­łeś.

- Tak, teraz nad­cho­dzi naj­trud­niej­sza część: praca. Jestem z powro­tem w Mont­re­alu i pra­cuję nad wła­snymi pomy­słami.

Wybu­chłam.

- Trey, dla­czego myślisz, że inte­re­suje mnie twoje życie? Nie rozu­miem nawet, dla­czego pod­sze­dłeś, by ze mną poroz­ma­wiać.

Spoj­rzał na mnie tak oszo­ło­miony, że przez kilka chwil żało­wa­łam tego, co powie­dzia­łam. Ode­tchnę­łam. Ode­tchnę­łam moc­niej, przy­po­mi­na­jąc sobie tam­ten listo­pa­dowy pora­nek i ostat­nie słowa, które padły z jego ust. Twarde, zimne i kłu­jące. Ból powró­cił i spo­wo­do­wał odrę­twie­nie mojego ciała.

Cztery lata póź­niej nie byłam w sta­nie sta­wić czoła temu, co wyda­rzyło się mię­dzy nami, a raczej temu, co wyda­rzyło się "po" pomię­dzy nami.

To było zbyt upo­ka­rza­jące.

Nie mogłam tam dłu­żej zostać.

- Prze­pra­szam, muszę już iść.

Prze­szłam obok niego i wyszłam na ulicę, nie zatrzy­mu­jąc się. Powie­dział coś jesz­cze, ale zigno­ro­wa­łam go i ode­szłam. Nogi zapro­wa­dziły mnie z powro­tem do księ­garni, pod­czas gdy moja głowa wciąż była w kawiarni, z Treyem. Ponowne spo­tka­nie z nim zde­ner­wo­wało mnie bar­dziej, niż się spo­dzie­wa­łam.

Milion razy wyobra­ża­łam sobie nasze spo­tka­nie, na różne spo­soby i w róż­nym cza­sie. We wszyst­kich wyglą­da­łam na doro­słą, inte­re­su­jącą i wspa­niałą, wio­dącą życie, któ­rego każdy by mi pozaz­dro­ścił. Odwra­ca­łam się, a on patrzył na mnie z żalem w oczach, roz­my­śla­jąc o tym, co mógłby mieć, gdyby nie był takim idiotą. Ale nawet wtedy nie mia­łam szczę­ścia. Trey wyglą­dał lepiej niż kie­dy­kol­wiek, a ja...

Ja...

Zoba­czy­łam swoje odbi­cie w witry­nie skle­po­wej i chcia­łam umrzeć. Zmierz­wione włosy, dys­kretny maki­jaż, który nało­ży­łam tego ranka, roz­myty przez łzy, nad któ­rymi nie mogłam zapa­no­wać za każ­dym razem, gdy myśla­łam o babci.

Trey, cho­lerny Trey.

Przez długi czas był moją pla­to­niczną miło­ścią. Na początku w dzie­cinny, nie­winny spo­sób, ponie­waż byłam zbyt mała, aby zro­zu­mieć, co to naprawdę zna­czy kochać i pra­gnąć dru­giej osoby. Potem, z bie­giem czasu, zda­łam sobie sprawę z praw­dzi­wego zna­cze­nia tych słów, tego, że całe twoje szczę­ście zależy od czy­je­goś uśmie­chu i że twój świat zatrzy­muje się na jed­nym spoj­rze­niu.

Zawsze czu­łam do niego coś bar­dzo inten­syw­nego. Przy­naj­mniej takie mam wra­że­nie.

Kiedy zoba­czy­łam go pierw­szy raz, mia­łam dwa­na­ście lat. On miał szes­na­ście i wła­śnie prze­pro­wa­dził się z ojcem do Mont­re­alu. Pierw­szego dnia szkoły śred­niej, on i Hoyt, gdy tylko się poznali, wdali się w bójkę na lek­cji wuefu. Obaj wylą­do­wali u pie­lę­gniarki i zostali uka­rani wspól­nym napi­sa­niem pracy na temat prze­mocy i jej kon­se­kwen­cji. Tego samego dnia Trey przy­szedł do naszego domu, by wypeł­nić swoją część kary.

Leża­łam na pod­ło­dze w swoim pokoju, odra­bia­jąc lek­cje przy uchy­lo­nych drzwiach, kiedy zoba­czy­łam go prze­cho­dzą­cego kory­ta­rzem. Pomimo pod­bi­tego oka i spuch­nię­tej wargi, uwa­ża­łam go za naj­przy­stoj­niej­szego chło­paka, jakiego kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Wtedy spoj­rzał na mnie, a na jego twa­rzy poja­wił się nikły, prze­lotny uśmiech, który spra­wił, że poczu­łam łasko­ta­nie w żołądku. Byłam ocza­ro­wana.

Potem Hoyt i Trey, razem ze Scot­tem, który był już wtedy chło­pa­kiem mojej sio­stry Hay­ley, zostali naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Cała czwórka stała się nie­roz­łączna. Spę­dzali całe wie­czory w domu, oglą­da­jąc filmy i roz­ma­wia­jąc o swo­ich spra­wach. Obser­wo­wa­łam ich, jakby byli naj­bar­dziej fascy­nu­jącą rze­czą na świe­cie i marzy­łam, by być taka jak oni. By pew­nego dnia nale­żeć do ich wszech­świata.

Przez następne dwa lata Trey był sta­łym źró­dłem cier­pie­nia i szczę­ścia w moim życiu. Cier­pia­łam, gdy widzia­łam, jak uma­wia się z innymi dziew­czy­nami i byłam szczę­śliwa, gdy mnie zauwa­żał, nawet jeśli widział we mnie tylko młod­szą sio­strę swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Latem, gdy skoń­czy­łam czter­na­ście lat, cała czwórka prze­nio­sła się do Van­co­uver, by stu­dio­wać na uni­wer­sy­te­cie.

Myśla­łam, że odle­głość pomoże mi pozbyć się uczu­cia, ale tak się nie stało. I na­dal byłam w nim pota­jem­nie zako­chana przez kolejne cztery lata, sły­sząc plotki, histo­rie o tym, jak prze­no­sił się z jed­nego łóżka do dru­giego i od jed­nej dziew­czyny do dru­giej; widząc go na wła­sne oczy, kiedy przy­jeż­dżał w odwie­dziny lub wra­cał na waka­cje. Uży­wał swo­ich wdzię­ków jako broni, nie dba­jąc o to, czyje serce zła­mie lub czyje życie znisz­czy. Nawet wtedy, gdy byłam świad­kiem tego, jaki był naprawdę, nie byłam w sta­nie go nie­na­wi­dzić. Nie­na­wi­dzić go naprawdę.

W głębi duszy chcia­łam być dziew­czyną, która zni­kała z nim każ­dej nocy, a nie tą, która stała i patrzyła, jak odcho­dzi.

Aż pew­nego dnia zmu­sił mnie do tego. Nie­na­wi­dzić go naprawdę.

- A kawa? - zapy­tała mnie Fran­ces.

- Co?

Byłam tak pogrą­żona w swo­ich myślach, że nie zda­wa­łam sobie sprawy, że dotar­łam do księ­garni.

- Myśla­łam, że chcesz kupić kawę.

- Tak! Cóż, było dużo ludzi i było gorąco. Poza tym zbliża się pora lun­chu. Stra­ci­ły­by­śmy ape­tyt, a ja mam ochotę zjeść jedną z pysz­nych kana­pek ze Schwartz's. Ty nie?

- Jest dopiero jede­na­sta - zauwa­żyła podejrz­li­wie.

Zosta­wi­łam torbę na wie­szaku przy oknie i uśmiech­nę­łam się do niej.

- Możemy przy­spie­szyć porę jedze­nia. Zróbmy coś sza­lo­nego! - wykrzyk­nę­łam z wiel­kim uśmie­chem.

Roze­śmiała się, a ton jej śmie­chu spra­wił, że poczu­łam się lepiej. Drzwi otwo­rzyły się za mną, czemu towa­rzy­szył zwy­cza­jowy dźwięk dzwo­necz­ków. Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam Treya, trzy­ma­ją­cego papie­rową torbę. Dotarł do mnie zapach kawy.

- Zosta­wi­łaś to.

Byłam tak zasko­czona, że poszedł za mną, że nie byłam w sta­nie otwo­rzyć ust. Zapa­dła cisza. Trey patrzył na mnie, a ja na niego. Samą swoją obec­no­ścią zaj­mo­wał cały pokój. Zawsze miał tę cechę, zdol­ność do wyróż­nia­nia się wszę­dzie, nawet gdy był oto­czony tłu­mem.

Fran­ces odchrząk­nęła i wyło­niła się zza lady ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Rzu­ciła mi pyta­jące spoj­rze­nie i z uśmie­chem pode­szła do Treya. "Zdraj­czyni". Ale nie mogłam mieć jej tego za złe, bo ni­gdy nie opo­wie­dzia­łam jej tej histo­rii. Ani jej, ani nikomu innemu.

- Cześć, ja to wezmę. Dzię­kuję.

- Nie ma za co - odpo­wie­dział.

- Znamy się, prawda? Przy­po­mi­nam sobie twoją twarz.

- Tak. Przy­cho­dzi­łem tu z Hoy­tem. Ale to było dawno temu. Byli­śmy dziećmi.

- Tak! Teraz cię pamię­tam. Masz na imię Trey, byłeś naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Hoyta.

- Myślę, że na­dal tak jest - odpo­wie­dział z zakło­po­ta­niem.

Fran­ces ski­nęła głową z uśmie­chem i spoj­rzała na mnie z boku.

- Sophia cię lubiła. Zawsze mi mówiła: "Widzisz tego chłopca? Pew­nego dnia będzie dumny z tego, kim jest i pozbę­dzie się tej zmarszczki z twa­rzy. Jest taki przy­stojny".

- Naprawdę? Dla­czego tak mówiła?

- Chłop­cze, patrzy­łeś kie­dyś w lustro?

Trey przy­gryzł wargę, by powstrzy­mać się od bez­czel­nego uśmie­chu, a ten gest mnie roz­broił. Opu­ści­łam gardę i wzię­łam się w garść.

- Mam na myśli bycie dum­nym. Kto wie? Sophia zda­wała się doce­niać w ludziach rze­czy, któ­rych reszta z nas nie potra­fiła dostrzec. Czy jesteś dumny z tego, kim jesteś?

Fran­ces zawsze była taka bez­po­śred­nia, mówiła wprost, co myśli. Trey zamru­gał i wzru­szył ramio­nami. Jego wyraz twa­rzy zmie­nił się sub­tel­nie, gdy się nad tym zasta­na­wiał.

- Tak.

Uwie­rzy­łam mu.

- A wcze­śniej nie?

- Nie.

Znowu mu uwie­rzy­łam i nie mogłam się powstrzy­mać od patrze­nia na niego w inny spo­sób, ponie­waż przez chwilę mia­łam wra­że­nie, że chłopca, któ­rego zna­łam, tam nie było, a był tam ktoś do niego podobny.

- No i pro­szę. Widziała coś w tobie. Dla­czego? Nie wiem, może to był kolejny dar spo­śród wielu, które posia­dała - szep­nęła pod­eks­cy­to­wana Fran­ces. Ona też we mnie coś widziała i nie pomy­liła się.

Trey musiał zda­wać sobie sprawę, że rela­cja mię­dzy nią a moją bab­cią była bar­dzo wyjąt­kowa, ponie­waż pod­szedł i deli­kat­nie ści­snął jej ramię.

- Bar­dzo mi przy­kro. Zawsze była dla mnie bar­dzo dobra.

Fran­ces otarła samotną łzę z policzka i ski­nęła głową. Potem odwró­ciła się i zosta­wiła nas samych, zabie­ra­jąc ze sobą kawę.

On mil­czał, ja też. Patrzył na mnie bez słowa. Jego twarz była bia­łym płót­nem pozba­wio­nym emo­cji, przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka, ale zmie­niło się to, gdy rzu­cił mi twarde spoj­rze­nie.

- Co to było to wcze­śniej? Jaki masz ze mną pro­blem?

Czy poszedł za mną aż tutaj, żeby mnie o to zapy­tać? Unio­słam wyzy­wa­jąco pod­bró­dek, ale zaczę­łam czuć się dziw­nie i nie­pew­nie, jak­bym zma­lała przed nim. Jego oczy świ­dro­wały mnie, ostroż­nie cze­ka­jąc, aż coś powiem.

- Jaki mam z tobą pro­blem? Znasz odpo­wiedź.

Trey uniósł brew. Jego spoj­rze­nie nie wska­zy­wało na to, by miał dojść do jakie­goś wnio­sku.

- Znam ją? I co przy­pusz­czal­nie wiem?

Zamknę­łam oczy, a także usta. Jego pyta­nia były jesz­cze więk­szą kpiną niż jego obec­ność. Wie­dział tak samo dobrze jak ja, w czym tkwi pro­blem, a to, że stał przede mną, uda­jąc nie­wi­niątko, co wcale do niego nie paso­wało, zra­niło mnie i odkryło uczu­cia, które głę­boko skry­wa­łam.

Prze­łknę­łam fru­stra­cję i pode­szłam do drzwi. Otwo­rzy­łam je i przy­trzy­ma­łam, spo­koj­nie sto­jąc nie­mal na pal­cach, by wyglą­dać na wyż­szą, bar­dziej dostojną, bar­dziej... wszystko. Był to absur­dalny i żało­sny wysi­łek sam w sobie, ponie­waż Trey był dużo wyż­szy i szer­szy ode mnie, i wyglą­dał jak męż­czy­zna, pod­czas gdy ja wciąż przy­po­mi­na­łam dziew­czynkę. Boże, wciąż pro­sili mnie o dowód oso­bi­sty, kiedy wcho­dzi­łam do baru!

Zaci­snął szczękę, widząc moje zapro­sze­nie, by odejść drogą, którą przy­szedł. Spoj­rzał na mnie zwę­żo­nymi oczami, lodo­wa­tymi i wście­kłymi. Przez mili­se­kundę jego usta wykrzy­wiły się w uśmie­chu, w któ­rym odna­la­złam Treya, jakiego zna­łam - dum­nego, sar­ka­stycz­nego i ego­cen­trycz­nego. Takiego, do któ­rego ni­gdy bym się nie zbli­żyła, ale w któ­rym zako­cha­łam się na długo przed tym, zanim dowie­dzia­łam się, jaki jest naprawdę.

Prze­le­ciał obok mnie jak wichura i znik­nął.

Sta­łam tam przez kilka sekund, wpa­tru­jąc się w pod­łogę, czu­jąc, jak coś we mnie znowu pęka. Pchnę­łam drzwi i opar­łam się o nie, zakry­wa­jąc twarz dłońmi. Myśla­łam, że mam to już za sobą. Myśla­łam, że kiedy nadej­dzie czas, będę mogła sta­wić czoło nie­spo­dzie­wa­nemu spo­tka­niu.

Ależ to złudne!

Rozdział 3

3

Ludzie zwy­kli mówić, że czas leczy wszystko

Umó­wi­łam się z Hay­ley we wło­skiej restau­ra­cji bar­dzo bli­sko Muzeum Sztuk Pięk­nych. Wysia­dłam z tak­sówki i zasta­łam sio­strę cze­ka­jącą na mnie przy bra­mie wej­ścio­wej.

Wyglą­dała pięk­nie w ciem­nych dżin­sach, bia­łej koszuli i pła­skich butach. Roz­pu­ściła włosy, które opa­dały jej na ramiona jak ciemny, lśniący, kru­czo­czarny wodo­spad. Moja sio­stra wyglą­dała egzo­tycz­nie, z opa­loną skórą i oczami w kolo­rze obsy­dianu. Jej rysy były o wiele bar­dziej wyra­zi­ste niż moje: ostre kości policz­kowe i nos, a w pod­bródku miała dołe­czek iden­tyczny jak Hoyt. W końcu byli bliź­nia­kami.

Powi­ta­łam ją z daleka i obję­ły­śmy się, gdy tylko do niej dotar­łam. Tęsk­nota za Hay­ley była czymś, do czego nie mogłam się przy­zwy­czaić mimo upływu lat. Czę­sto roz­ma­wia­ły­śmy przez tele­fon o rze­czach bez spe­cjal­nego zna­cze­nia, pra­wie zawsze o głu­po­tach, które poma­gały nam pozbyć się przez chwilę zmar­twień z pracy czy ogól­nie zwią­za­nych z życiem. Cho­ciaż te roz­mowy tele­foniczne słabo rekom­pen­so­wały cały czas spę­dzony setki kilo­me­trów od sie­bie.

- Hay­ley, wyglą­dasz pięk­nie!

- Ty też, sio­strzyczko. - Spoj­rzała na mnie zmar­twiona. - Wyglą­dasz jed­nak na znacz­nie szczu­plej­szą.

- Nie zaczy­naj. Nie umie­ram z głodu.

- Czy na pewno? Prze­cież wiesz, że odpo­wied­nia dieta to szczę­ście dla naszego ciała. - Prze­wró­ci­łam oczami tak mocno, że byłam pewna, że dosta­łam zeza. Moja sio­stra była jak jedna z tych matek z obse­sją na punk­cie jedze­nia i wagi swo­ich dzieci, tyle że nie miała dzieci, a w cen­trum jej zain­te­re­so­wa­nia byłam ja.

- Hay­ley... - ostrze­głam ją.

- Po pro­stu się o cie­bie mar­twię. Nie ma nic złego w tym, że chcę się upew­nić, że dbasz o sie­bie, dobrze się odży­wiasz, wystar­cza­jąco się wysy­piasz... Star­sze sio­stry robią te rze­czy.

Spoj­rza­łam na nią i skrzy­wi­łam się w uda­wa­nej iry­ta­cji.

- Jesteś naj­lep­szą sio­strą na świe­cie, wiesz o tym?

- Od czasu do czasu ktoś mi o tym przy­po­mina. - Uśmiech­nęła się i oparła głowę na moim ramie­niu.

Kel­ner wska­zał, że możemy wejść i popro­wa­dził nas do jed­nego ze sto­li­ków na bru­ko­wa­nym wewnętrz­nym dzie­dzińcu. Usia­dły­śmy naprze­ciwko sie­bie, cały czas się uśmie­cha­jąc. Nie zna­łam tego miej­sca i rozej­rza­łam się zacie­ka­wiona. Dzie­dzi­niec znaj­do­wał się pomię­dzy dwoma budyn­kami i był ude­ko­ro­wany nie­sa­mo­witą wystawą wie­lo­ko­lo­ro­wych hibi­sku­sów i ole­an­drów w wiszą­cych koszach. Pięk­nie. Gdyby Hay­ley mnie nie zapro­siła, nie sądzę, bym kie­dy­kol­wiek tu tra­fiła. To była jedna z tych tajem­nic, które skry­wało mia­sto.

Zamó­wi­ły­śmy nale­śniki z serem i sosem sza­fra­no­wym na przy­stawkę, maka­ron al pomo­doro jako danie główne, czer­wone wino oraz chleb z oliw­kami i cebulą.

Kel­ner nie zwle­kał z poda­niem nam wina i przy­stawki.

- Zde­ner­wo­wana? - zapy­ta­łam. Następ­nego dnia moja sio­stra nie będzie już panną.

- Bar­dzo. W te ostat­nie dni mam pro­blemy ze snem.

- Więc co tu robisz? Powin­naś odpo­cząć przed swoim wiel­kim dniem. - Hay­ley nadą­sała się i się­gnęła przez stół, by wziąć mnie za rękę.

- Nie! Chcę spę­dzić z tobą tro­chę czasu. Nie widzia­łam cię od pogrzebu. Jutro nie będę miała na nic czasu, a w nie­dzielę mam nadzieję zła­pać samo­lot do Poli­ne­zji Fran­cu­skiej z moim nowo poślu­bio­nym mężem. Dzi­siej­szy wie­czór jest nasz, sio­strzyczko. Tylko my dwie.

Zmarsz­czyła brwi i spoj­rzała na swój kie­li­szek, nagle spo­waż­niała.

- Hay­ley, wszystko w porządku?

Wykrzy­wiła twarz, jakby zbie­rało się jej na płacz i popa­trzyła na mnie błysz­czą­cymi oczami.

- Czuję, że nie powin­nam brać ślubu. Powin­nam tro­chę pocze­kać, odło­żyć to na póź­niej. Nie minął nawet tydzień od jej śmierci.

Potrzą­snę­łam głową i pochy­li­łam się nad sto­łem.

- Nie mów tak. Wiesz, że nie chciała, żebyś to odkła­dała.

- Wiem, ale wciąż...

- To było jej ostat­nie życze­nie, a ty chcesz wyjść za mąż. Pla­no­wa­łaś ten dzień od mie­sięcy, Hay­ley. Nie powin­naś czuć się źle, reali­zu­jąc swoje plany.

- Naprawdę tak myślisz?

- Oczy­wi­ście, że tak. Nie pozwól, by cokol­wiek zepsuło jeden z naj­szczę­śliw­szych dni w twoim życiu. Bab­cia by tego nie chciała. Wiesz, jaka ona jest... była. - Przy­tak­nęła i spoj­rza­ły­śmy sobie w oczy.

- A co z tobą? Czy wiesz, co zamie­rzasz zro­bić? - Wes­tchnę­łam i lek­kimi okręż­nymi ruchami zakrę­ci­łam kie­lisz­kiem z winem.

- Nie mam zie­lo­nego poję­cia, co robić. Zde­cy­do­wa­nie o prze­pro­wadzce do Toronto i stu­dio­wa­niu lite­ra­tury zajęło mi tyle czasu, że prze­ko­na­łam samą sie­bie, że to marze­nie mojego życia i nic ani nikt mi go nie odbie­rze. To mia­sto stało się moim domem i mam tam wszystko, czego potrze­buję.

- Ale?

- Nie jestem już pewna, czy to, czego potrze­buję, i to, czego chcę, to to samo. Pró­buję wyobra­zić sobie inne życie, w któ­rym wstaję rano i idę do księ­garni. Mię­dzy odkła­da­niem ksią­żek na półkę i udzie­la­niem porad czy­tel­ni­czych piszę wła­sne histo­rie. - Hay­ley się uśmiech­nęła.

- Brzmi nie­źle. Mogła­byś zostać sławną pisarką, sprze­da­wać miliony ksią­żek, a twoje histo­rie poja­wi­łyby się na Net­fli­xie, prze­kształ­cone w seriale. Lub w filmy, a Char­lie Hun­nam grałby w nich wszyst­kich.

Prze­wró­ci­łam oczami.

- Albo i nie, to bar­dzo trudne. Tylko nie­licz­nym udaje się coś takiego osią­gnąć. Więk­szość z nich ledwo wiąże koniec z koń­cem.

- Skromna wer­sja też mogłaby cię uszczę­śli­wić. Wciąż pamię­tam, jak wali­łaś w tę mamy starą maszynę do pisa­nia, powta­rza­jąc jak papuga, że pew­nego dnia zosta­niesz pisarką. Pra­gnę­łaś tego z całych sił.

- Wiem, ale doro­słam, teraz to widzę ina­czej. - Wzię­łam łyk wina i spró­bo­wa­łam się uśmiech­nąć. - Jeśli porów­nam tę moż­li­wość z tym, co już mam, czuję się, jak­bym się cofała. Ciężko pra­co­wa­łam, by dojść do miej­sca, w któ­rym teraz jestem, Hay­ley. I jeśli na­dal będę podą­żać tą ścieżką, mogę wiele osią­gnąć. Za kilka lat mogła­bym mieć tytuł magi­stra i pra­co­wać dla jed­nego z naj­więk­szych wydaw­nictw na świe­cie. Przy odro­bi­nie szczę­ścia sta­ła­bym się kimś waż­nym.

- Ty ni­gdy nie ceni­łaś wysoko tytułu czy wyso­kiego sta­no­wi­ska. Ceni­łaś mniej przy­ziemne rze­czy.

- I na­dal to robię. Po pro­stu... - Zamknę­łam na chwilę oczy. - Myślę, że mam dużą szansę, która poja­wia się raz na całe życie i muszę ją wyko­rzy­stać. Udo­wod­nić, że mogę być naj­lep­sza.

- A jeśli jesteś tego taka pewna, dla­czego wciąż się wahasz?

Dobre pyta­nie. Byłam prze­ko­nana, że mam jakiś syn­drom, coś wro­dzo­nego, co unie­moż­li­wia mi bycie zde­ter­mi­no­waną, odważną i zde­cy­do­waną osobą.

- Nie wiem.

- Może to przez tatę?

Zaci­snę­łam zęby.

- Od dawna podej­muję wła­sne decy­zje, nie myśląc o tacie.

- Ale obie wiemy, że zależy ci na tym, co myśli.

Odwró­ci­łam od niej wzrok i prze­łknę­łam ślinę.

- Nie­za­leż­nie czy mi zależy, czy nie, ni­gdy nie będę osobą speł­nia­jącą jego ocze­ki­wa­nia. Mogła­bym wyje­chać z Toronto i wró­cić. Mogła­bym sprze­dać księ­gar­nię i pod­jąć pracę w jego fir­mie, ale to nie byłoby wystar­cza­jące dla niego. Mogła­bym zostać pre­mie­rem Kanady i nic by to nie zna­czyło dla tego czło­wieka. Bo pro­blem tkwi we mnie, zawsze tak było. - Zaśmia­łam się z przy­mu­sem. - Co ja mu zro­bi­łam, Hay­ley?

Lekko zakłuło mnie w nosie i zamru­ga­łam, by powstrzy­mać się od pła­czu. Wes­tchnę­łam z ulgą, gdy kel­ner poja­wił się z tale­rzami z maka­ro­nem, co uchro­niło mnie przed pozo­sta­niem w cen­trum uwagi. Sio­stra spoj­rzała na mnie, a jej oczy były pełne zro­zu­mie­nia.

- Nic, kocha­nie, nic mu nie zro­bi­łaś. Tata jest skom­pli­ko­wa­nym czło­wie­kiem i odkąd stra­cił mamę... - Potrzą­snęła głową i wzięła głę­boki oddech. - Posłu­chaj mnie, nie musisz robić niczego, czego nie chcesz. To oczy­wi­ste, że jesteś w roz­sypce i bar­dzo zdez­o­rien­to­wana. Zapo­mnij o wszyst­kim i myśl tylko o sobie i o tym, jak widzisz sie­bie za dzie­sięć lub dwa­dzie­ścia lat.

Tak powie­dziane wyda­wało się to pro­ste, ale takie nie było.

- Po pro­stu nie wiem. W tym tkwi pro­blem, że nie wiem, czego chcę i gdzie widzę sie­bie za tyle lat. Myśla­łam, że wiem, ale teraz... - prych­nę­łam sfru­stro­wana. - Nie wiem!

- Za dużo myślisz i w dużej mie­rze sama sobie to kom­pli­ku­jesz, Har­per. Monety mają tylko dwie strony, podob­nie jak odpo­wie­dzi na nie­mal każde pyta­nie: tak lub nie.

Hay­ley była moim prze­ci­wień­stwem i zazdro­ści­łam jej - zawsze taka pewna sie­bie, prak­tyczna i meto­dyczna. Dla niej świat był poma­lo­wany na pod­sta­wowe kolory. Dla mnie był paletą odcieni, które zale­żały od świa­tła, cieni, per­spek­tywy... Dla niej nie­bie­ski był nie­bie­ski. Dla mnie mógł to być lodowy błę­kit, szaronie­bie­ski, indygo, tur­ku­sowy... i gubi­łam się wśród tylu moż­li­wo­ści.

Zaci­snę­łam usta z fru­stra­cji. Ona wes­tchnęła i odło­żyła wide­lec na talerz.

- W głębi duszy to wiesz. Wiesz, czego chcesz, ale wiesz też, że w końcu roz­cza­ru­jesz kogoś, na kim ci zależy: bab­cię, tatę, nauczy­cieli, wydawcę, dla któ­rego pra­cu­jesz... Bez względu na to, jaką decy­zję podej­miesz, ktoś będzie na cie­bie zły.

Zwi­nęła tro­chę spa­ghetti i wło­żyła do ust. Obser­wo­wa­łam ją. W głębi duszy wie­dzia­łam, że sio­stra ma rację, ale bez względu na to, jak bar­dzo zagłę­bia­łam się w sie­bie, nie mogłam poczuć obja­wie­nia, które wska­za­łoby mi drogę.

- Hay­ley, przy­się­gam, że nie wiem. Nie wiem, co robić.

- Na szczę­ście nie musisz dziś podej­mo­wać decy­zji, po pro­stu upij się ze star­szą sio­strą.

Uśmiech­nę­łam się, czu­jąc ulgę z powodu sub­tel­nej zmiany w naszej roz­mo­wie. Uwiel­bia­łam moją sio­strę, bo znała mnie na tyle dobrze, że wie­działa, kiedy potrze­buję prze­rwy.

- Nie możemy się upić. Wyobra­żasz sobie pannę młodą i jej druhnę wymio­tu­jące przed ołta­rzem? - Posma­ko­wa­łam odro­binę maka­ronu. - I biedny Scott! Czy chcesz, aby to było wspo­mnie­nie two­jego męża z waszego wiel­kiego dnia?

- Dobra, bez alko­holu, ale będziesz chciała litr naj­moc­niej­szego, jaki tu mają, kiedy ci prze­każę infor­ma­cję.

Prze­sta­łam żuć i unio­słam brwi.

- Jaką infor­ma­cję?

- Tata posa­dził cię przy kola­cji obok Dustina.

- Co?! Dla­czego?! Wie, że zerwa­li­śmy. Nie mogę sie­dzieć z moim byłym chło­pa­kiem. Nie powi­nien go nawet zapra­szać!

- Powie­dzia­łam mu to samo. Ale on uważa, że zacho­wu­jesz się jak roz­ka­pry­szona dziew­czynka.

- Roz­ka­pry­szona! - Nie mogłam w to uwie­rzyć.

- Myśli, że Dustin to inte­li­gentny chło­pak z obie­cu­jącą przy­szło­ścią w Weston Cor­po­ra­tion. Męż­czy­zna, który jest dla cie­bie odpo­wiedni i który odpo­wiednio się tobą zaopie­kuje. Tak wła­śnie powie­dział.

Było jasne, że mój ojciec i ja nie mie­li­śmy do czy­nie­nia z tą samą osobą. Pozna­łam Dustina w kawiarni nie­da­leko mojego kam­pusu uni­wer­sy­tec­kiego...

- Teo­ria kry­tyczna, brzmi fascy­nu­jąco.

Spoj­rza­łam na niego znad nota­tek i zmarsz­czy­łam brwi.

- Prawo, jakie to ory­gi­nalne!

- Skąd wiesz, że stu­diuję prawo?

- Zdra­dziły cię twoje spodnie z zaszew­kami. - Roze­śmiał się i usiadł przy moim sto­liku, pod­no­sząc rękę, by zwró­cić na sie­bie uwagę kel­nera. Przyj­rza­łam się mu. Miał blond włosy, duże zie­lone oczy i przy­ja­zny uśmiech.

- Nazy­wam się Dustin. Dustin Hod­ges.

- Har­per Weston. Miło mi - odpo­wie­dzia­łam, ści­ska­jąc jego dłoń.

Pra­wie nie zda­jąc sobie z tego sprawy, zaczę­li­śmy ze sobą cho­dzić. Spo­ty­ka­li­śmy się, aby się uczyć, iść do kina lub na kola­cję. Podo­bało mi się to, jak się czu­łam w jego towa­rzy­stwie. Wszystko było łatwe i natu­ralne. Kom­for­towe. Zawsze był słodki. Jego poca­łunki, piesz­czoty i spo­sób, w jaki się ze mną kochał.

Do tego momentu ogra­ni­cza­łam się do nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych ran­dek. Do jed­no­noc­nych przy­gód, które ni­gdy nie były tym, czego ocze­ki­wa­łam. Jed­nak z nim myśla­łam, że mogę prze­ła­mać tę iner­cję i otwo­rzyć się na coś wię­cej.

Po roku Dustin zaczął mówić o wspól­nej przy­szło­ści. Nie byłam pewna, co ta przy­szłość ze sobą nie­sie i nie czu­łam, że jeste­śmy na nią gotowi.

- Daj spo­kój, pomyśl o tym, śpimy razem pra­wie każ­dej nocy, mam tu wię­cej ubrań niż w moim miesz­ka­niu...

- Mam dopiero dwa­dzie­ścia jeden lat, Dustin. Nie jestem gotowa na wspólne życie.

- Ani na stały zwią­zek - mruk­nął.

- Dla­czego nie jesteś zado­wo­lony z tego, co mamy?

- Ponie­waż czuję, że nie mamy nic. Przy­naj­mniej nic jasnego. Spo­ty­kamy się od roku, a ja nie znam two­jej rodziny. Mam wra­że­nie, że postrze­gasz nas jako coś przej­ścio­wego i to mnie mar­twi, ponie­waż ja widzę cię w mojej przy­szło­ści. - Jak zawsze, gdy zawio­dłam kogoś, kto mi zaim­po­no­wał, ustą­pi­łam.

- Czy poczu­jesz się lepiej, jeśli przed­sta­wię cię mojej rodzi­nie?

Poje­cha­li­śmy do domu na święta i Dustin poznał mojego tatę. Wró­cił do Toronto z ofertą pracy, którą odrzu­ciłby tylko sza­le­niec lub ktoś z zasa­dami. To był począ­tek naszej roz­łąki. Zmie­niły się jego prio­ry­tety, marze­nia i pomy­sły. Nawet spo­sób, w jaki na mnie patrzył.

Naci­skał na mnie tygo­dniami, byśmy sfor­ma­li­zo­wali nasz zwią­zek i prze­pro­wa­dzili się razem do Mont­re­alu. Chciał całego pakietu: pier­ścionka, ślubu, domu, dzieci... Zmę­czona kłót­niami, bro­nie­niem swo­jej prze­strzeni i życia, które wybra­łam, zerwa­łam z nim. Acz­kol­wiek na nie­wiele się to zdało, naprawdę. Dustin nie chciał zaak­cep­to­wać zerwa­nia i wyobra­żał sobie inną rze­czy­wi­stość, w któ­rej po pro­stu poświę­camy tro­chę czasu na to, by ponow­nie być razem. Na szczę­ście na początku kwiet­nia przy­jął pracę i odszedł. Już nie mogłam dłu­żej znieść jego nale­gań i pro­tek­cjo­nal­nej postawy. Tego, że patrzył na mnie z poli­to­wa­niem i głu­pim prze­ko­na­niem, że pew­nego dnia zro­zu­miem swoje błędy i pobie­gnę w jego ramiona.

Mógł sobie cze­kać.

Nala­łam jesz­cze tro­chę wina do kie­lisz­ków i unio­słam brew.

- Męż­czy­zna, który jest dla mnie odpo­wiedni i który się mną odpo­wiednio zaopie­kuje - powtó­rzy­łam.

Moja sio­stra ski­nęła głową i upiła łyk.

- Tak wła­śnie powie­dział.

- Myśli tak, ponie­waż Dustin stał się jego pie­skiem. Macha ogo­nem i siada za każ­dym razem, gdy mu każe. Boże, jestem pewna, że Dustin jest zako­chany w tacie, a nie we mnie. Jestem prze­ko­nana, że mastur­buje się do jego zdję­cia.

Hay­ley wybu­chła śmie­chem i wypluła maka­ron, który miała w ustach. Kilka kawał­ków spa­ghetti wylą­do­wało na mojej twa­rzy.

- Hay­ley!

Roze­śmiała się gło­śniej, pró­bu­jąc wytrzeć mnie ser­wetką.

- Prze... prze­pra­szam. Masz... masz tro­chę we wło­sach - czknęła. - Chyba ni­gdy nie pozbędę się tego obrazu z głowy. To obrzy­dliwe, Dustin myślący o tacie, kiedy... O Boże!

W końcu zara­ziła mnie swoim przej­mu­ją­cym śmie­chem. Swoim wiecz­nym i pobłaż­li­wym uśmie­chem. Ści­snęło mnie w sercu. Była moją boha­terką. Kiedy byłam z nią, wszyst­kie kawałki ukła­dały się na swoim miej­scu i prze­sta­wa­łam być inną osobą, ogra­ni­cza­jąc się do bycia tylko Har­per.

Po kola­cji poszły­śmy potań­czyć do mod­nego klubu. Doda­jąc jedno do dru­giego, skoń­czy­ły­śmy, leżąc w parku, kon­tem­plu­jąc roz­gwież­dżone niebo, słu­cha­jąc muzyki uno­szą­cej się w powie­trzu z pobli­skiego tarasu, żyjąc tylko tą chwilą. Dopóki nie włą­czyły się zra­sza­cze i skoń­czy­ły­śmy prze­mo­czone, bie­gnąc boso przez traw­nik i nie prze­sta­jąc się śmiać.

Hay­ley pośli­zgnęła się, pró­bo­wa­łam ją zła­pać i obie, krę­cąc się, upa­dły­śmy. Leża­ły­śmy tam bez ruchu, ze sple­cio­nymi dłońmi, w tym sztucz­nym desz­czu.

- Tak bar­dzo chcia­ła­bym, żeby jutro była przy mnie, poma­ga­jąc mi się ubrać i mówiąc mi, że wszystko będzie dobrze.

- Masz na myśli bab­cię?

- Nie... Mamę.

Przy­gry­złam wargę, żeby nie zaszlo­chać. Hay­ley miała dzie­sięć lat, gdy zmarła nasza matka, a jej wspo­mnie­nia były wyraź­niej­sze niż moje. Jeśli ja opła­ki­wa­łam jej nie­obec­ność, nie chcia­łam wyobra­żać sobie, co czuła w tam­tej chwili.

- Będzie tutaj - powie­dzia­łam, kła­dąc dłoń na jej piersi. Hay­ley obró­ciła się na bok i spoj­rzała na mnie w pół­mroku.

- Jesteś do niej taka podobna... - Każdy, kto znał moją matkę, mówił to samo, jak bar­dzo były­śmy do sie­bie podobne. W moich myślach jej twarz zawsze była zama­zana. Zli­za­łam kro­ple wody, które spły­nęły mi do ust i wzię­łam głę­boki oddech, pró­bu­jąc ode­pchnąć od sie­bie wspo­mnie­nia tak odle­głe, że pra­wie nie wyda­wały mi się moje wła­sne.

- Nie chcę się smu­cić. - Odwró­ci­łam głowę i spoj­rza­łam na Hay­ley. - Ty też nie powin­naś.

Uśmiech­nęła się i mocno ści­snęła moją dłoń, po czym odwró­ciła się na plecy i w mil­cze­niu wpa­try­wała się w niebo. Zro­bi­łam to samo i sku­pi­łam wzrok na gwiaz­dach, które zda­wały się pul­so­wać w kopule naszego mia­sta.

Było już bar­dzo późno, kiedy się poże­gna­ły­śmy.

Patrzy­łam, jak odjeż­dża tak­sówką, nik­nąc w oddali i zni­ka­jąc w ciem­no­ści. Czu­łam się bar­dziej samotna niż kie­dy­kol­wiek, zda­jąc sobie sprawę, że życie toczy się dalej, ludzie przy­cho­dzą i odcho­dzą, zba­czają z drogi i i odda­lają się od sie­bie, a ja tylko cze­ka­łam. I na co cze­ka­łam? Naj­smut­niej­sze w tym wszyst­kim było to, że nie wie­dzia­łam.

Szłam bez pośpie­chu w kie­runku domu mojej babci w alei Laval, nie­da­leko miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­łam. Prze­pro­wa­dzi­łam się tam po pogrze­bie, ponie­waż myśl o prze­by­wa­niu w tej samej prze­strzeni co mój ojciec, nawet jeśli tylko przez kilka dni, zabie­rała mi powie­trze z płuc.

Fran­ces spała, a ja sta­ra­łam się nie hała­so­wać, gdy myłam zęby i roz­bie­ra­łam się w ciem­no­ści. Poło­ży­łam się do łóżka, zbyt zde­ner­wo­wana, by zasnąć.

Przy­tu­li­łam się do poduszki i mocno zamknę­łam oczy. Nie minęło kilka sekund, gdy się poja­wił. Zawsze tak było. Dni, tygo­dnie, mie­siące... Cza­sem trwało to dłu­żej, cza­sem kró­cej, ale jego wspo­mnie­nie budziło się we mnie w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie.

Trey.

Ludzie zwy­kli mówić, że czas leczy wszystko. Nie jest to prawdą. Czas działa jak przy­pływ. Cza­sami jest mały, łagodny i spo­kojny. Innym razem wzbiera nagle, gwał­tow­nie i zalewa wszystko na swo­jej dro­dze. I tej nocy, wspo­mi­na­jąc nasze spo­tka­nie, tonę­łam. Tam, w ciem­no­ści tego pokoju, wyda­wało mi się to tak nie­re­alne mieć go przed sobą, że życzy­łam sobie, by to był tylko zły sen.

Rozdział 4

4

Tata to... tata

- Jesteś jesz­cze w łóżku? Czy wiesz, która godzina?

Otwo­rzy­łam oczy, a przede mną poja­wiła się syl­wetka czło­wieka. Zamru­ga­łam i odgar­nę­łam z twa­rzy zmierz­wione włosy. Fran­ces stała u stóp mojego łóżka, nio­sąc kar­ton pełen rze­czy. Spoj­rza­łam na nią zdez­o­rien­to­wana, zmu­sza­jąc mózg do pracy.

- Co robisz?

- Mówi­łam ci, że chcę wyko­rzy­stać week­end, aby zabrać część moich rze­czy do Win­ni­peg.

To prawda, mówiła mi o tym kilka razy w ciągu tygo­dnia, ale mój wybiór­czy słuch uparł się, by odfil­tro­wać i odrzu­cić wszyst­kie infor­ma­cje o jej wyjeź­dzie. Usia­dłam na łóżku, wciąż na wpół śpiąc. Kolory świtu już mnie omi­nęły, a przez okno wpa­dało jasne, świe­tli­ste świa­tło.

- Która godzina?

- Godzina dwu­na­sta.

Dwu­na­sta!? - natych­miast otrzeź­wia­łam.

- O Boże. O Boże... Hay­ley mnie zabije. Obie­ca­łam jej, że przy­jadę wcze­śniej. - Wysko­czy­łam z łóżka, wzię­łam prysz­nic i ubra­łam się w pośpie­chu.

Nie tra­ci­łam czasu na nakła­da­nie kremu nawil­ża­ją­cego i susze­nie wło­sów. Wypi­łam zimną kawę bez smaku i uści­ska­łam Fran­ces na poże­gna­nie. Wkrótce potem żon­glo­wa­łam, by wsiąść do tak­sówki bez pognie­ce­nia mojej sukienki druhny, którą trzy­ma­łam w pla­sti­ko­wym pokrowcu.

Tak­sów­karz, drobny męż­czy­zna o zmę­czo­nej twa­rzy, uśmiech­nął się do mnie z lusterka wstecz­nego. Po poda­niu mu adresu, ruszył i w mil­cze­niu prze­je­chał przez mia­sto.

Z opartą o okno głową, wpa­try­wa­łam się w pasy czy­stego, bez­chmur­nego nieba, poja­wia­jące się mię­dzy dachami budyn­ków. Opu­ści­li­śmy zabu­do­wa­nia mia­sta. Cisza, w połą­cze­niu z ruchem samo­chodu i odgło­sami drogi, była jak kojący bal­sam, który spra­wił, że zamknę­łam oczy na kilka minut. Rodzinna rezy­den­cja znaj­do­wała się w Léry, trzy­dzie­ści pięć kilo­me­trów od cen­trum Mont­re­alu, po dru­giej stro­nie rzeki Świę­tego Waw­rzyńca. Prze­je­cha­li­śmy przez most, aby wje­chać do hrab­stwa Rous­sil­lon, omi­ja­jąc Kah­na­wake, rezer­wat Mohaw­ków, poło­żony wzdłuż wybrzeża. Zosta­wi­li­śmy za sobą wyspę Saint-Ber­nard i kilka minut póź­niej ruszy­li­śmy aleją pro­wa­dzącą do posia­dło­ści Westo­nów. Minę­li­śmy ochronę i zbli­ży­li­śmy się do domu pod nie­bie­skim nie­bem upstrzo­nym puszy­stymi chmu­rami. To był ide­alny dzień na ślub w ogro­dzie. Wej­ście było zatło­czone pojaz­dami orga­ni­za­to­rów, firmy cate­rin­go­wej, kwia­ciarni, zespołu muzycz­nego...

- Nie­złe zamie­sza­nie! To jakaś impreza? - zapy­tał tak­sów­karz.

Uśmiech­nę­łam się i ski­nę­łam głową.

- Moja sio­stra dziś po połu­dniu wycho­dzi za mąż.

- Gra­tu­la­cje! Życzę wszyst­kiego naj­lep­szego.

Podzię­ko­wa­łam mu i wysia­dłam z samo­chodu, wdy­cha­jąc i wydy­cha­jąc powie­trze, jak­bym się dusiła. Sta­ra­łam się zacho­wać spo­kój, kon­cen­tru­jąc się tylko na tej powol­nej, mecha­nicz­nej czyn­no­ści.

Sta­łam przed fron­to­wymi drzwiami, prze­dłu­ża­jąc chwilę, by unik­nąć wej­ścia do tego domu, który zda­wał się nade mną domi­no­wać. Była to kon­struk­cja z kamie­nia, ele­gancka, kla­syczna, maje­sta­tyczna, poło­żona na krańcu pół­wy­spu z wido­kiem na jezioro Saint Louis. Budy­nek z początku ubie­głego wieku, który prze­szedł kilka reno­wa­cji, aby stać się nowo­cze­sną i wyra­fi­no­waną rezy­den­cją. Rów­nie piękną, co zimną.

Tylko ja wie­dzia­łam, jak samotna czu­łam się wśród tych ścian. Nie­wi­dzialna.

Weszłam zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Lobby wyglą­dało jak sta­cja metra w godzi­nach szczytu, pełne ludzi, któ­rych ni­gdy w życiu nie widzia­łam, wszy­scy ubrani w ten sam uni­form: czarne spodnie i białe koszule. Cho­dzili w tę i z powro­tem, zarzą­dzani przez kobietę ze słu­chawką w uchu i iPa­dem, który cią­gle dźgała pal­cem. Spoj­rzała na mnie i zauwa­żyła moją sukienkę.

- Prze­pra­szam, jesteś z pralni che­micz­nej? - Byłam bli­ska powie­dze­nia "tak", rzu­ce­nia sukienki i ucieczki. Zmu­si­łam się do uśmie­chu.

- Nie. Jestem Har­per, Har­per Weston. Sio­stra Hay­ley.

- Ach, oczy­wi­ście, prze­pra­szam za nie­po­ro­zu­mie­nie. - Pode­szła do mnie, stu­ka­jąc szpil­kami o drew­nianą pod­łogę i wycią­gnęła rękę. Jej uścisk był tak ener­giczny, że musia­łam wstrzą­snąć pal­cami, aby upew­nić się, że na­dal mogę nimi poru­szać. - Jestem Mine­rva Comp­ton, orga­ni­za­torka imprez. Wesela to moja spe­cjal­ność. Miło mi cię poznać. - Obda­rzyła mnie swoim naj­bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem. - Hay­ley popro­siła, żeby­śmy urzą­dziły cię w jej pokoju. Tam zro­bimy ci fry­zurę i maki­jaż, a Howard, mój asy­stent, wyja­śni, jak będzie prze­bie­gać cere­mo­nia i gdzie będziesz musiała być w każ­dym momen­cie. Wydaje ci się to w porządku?

- Tak, oczy­wi­ście.

- Ponie­waż nie mogłaś uczest­ni­czyć w pró­bach, bar­dzo ważne jest, abyś była skon­cen­tro­wana, by unik­nąć błę­dów. - Wes­tchnęła dra­ma­tycz­nie. - Bez względu na to, jak dosko­nała jest orga­ni­za­cja i wszystko działa płyn­nie... Jeden pro­sty błąd i będzie to jedyna rzecz, którą sko­men­tuje prasa w rubry­kach towa­rzy­skich i plot­kar­skich.

Spoj­rza­łam na nią z boku. Ta kobieta nie potra­fiła zacho­wać spo­koju.

- Zwrócę na to uwagę. Jestem pierw­szą, która chce, aby ślub mojej sio­stry był ide­alny.

- Fan­ta­stycz­nie, moja droga. - Przy­ło­żyła dłoń do słu­chawki i prze­wró­ciła oczami, po czym wark­nęła: - Dla­czego nikt nie wie, co ma zro­bić. - Uśmiech­nęła się do mnie ponow­nie. - Miło mi cię poznać, Har­per.

Ode­szła, a ja sta­łam nie­ru­chomo przy scho­dach pro­wa­dzą­cych na pierw­sze pię­tro, jak prze­stra­szony reflek­to­rami samo­chodu jelo­nek. Zamknę­łam mocno oczy, wzię­łam głę­boki oddech i pospiesz­nie weszłam po scho­dach, nie zatrzy­mu­jąc się ani nie oglą­da­jąc za sie­bie. Ukry­wa­jąc się, jak zawsze to robi­łam w tym domu. Kory­tarz był opu­sto­szały, więc przy­spie­szy­łam kroku, stą­pa­jąc na pal­cach po dywa­nie, by nie naro­bić hałasu. Drzwi do głów­nej sypialni były otwarte i zatrzy­ma­łam się w miej­scu. Wstrzy­ma­łam oddech. Nie wiem, jak długo sta­łam nie­ru­chomo, wpa­tru­jąc się w drzwi, cze­ka­jąc, aż mój ojciec pojawi się w każ­dej chwili. Pró­bo­wa­łam, ale nie mogłam unik­nąć panicz­nej reak­cji. Wyry­wała się ze mnie, pobu­dzana instynk­tow­nym uczu­ciem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki