Moja babcia mawiała...
Moja babcia mawiała, że czas jest jedynym miernikiem, aby dokładnie
stwierdzić, czy dana decyzja była mądra, czy głupia. I miała rację.
Tylko z upływem dni, miesięcy, a może nawet lat, możemy uznać, czy
dokonaliśmy właściwego wyboru, czy nie.
Jakiś czas temu zrezygnowałam z miejsca w British Columbia w Vancouver,
z bezpośrednim dostępem do studiów podyplomowych w Szkole Biznesu w Sauder i zapisałam się na Uniwersytet w Toronto, aby studiować
literaturę porównawczą.
Moim planem było zostanie redaktorką, a z czasem prowadzenie
wydawnictwa. Byłabym kimś ważnym, kimś, kto odciśnie swoje piętno na
świecie jako osoba, która odkryła następczynię J.K. Rowling, Pauli
Hawkins czy nowego Johna Greena.
Nie mogłam zadowolić się czymś pomniejszym, jeśli chciałam udowodnić, że
moja decyzja nie była spowodowana kaprysem lub chęcią sprzeciwienia się
ojcu, poprzez zrujnowanie jego oczekiwań wobec mnie.
Dwa lata później osiągnęłam najlepsze oceny w grupie i staż w oddziale
Simon & Schuster w Toronto, dzięki rekomendacji mojego profesora od
kreatywnego pisania.
Moje obowiązki ograniczały się do podawania kawy, dostarczania poczty i załatwiania drobnych spraw, ale już w chwili, gdy przekroczyłam drzwi
tego budynku, wiedziałam, że miałam rację, podejmując ryzyko.
Przez następny rok musiałam dzielić czas między zajęciami na
uniwersytecie i stażem w wydawnictwie, ale nie przeszkadzało mi to,
ponieważ czułam się bezpiecznie w czymś, co już uważałam za swoją
przyszłość. Zaplanowałam najdrobniejszy szczegół, krok po kroku, bez
niespodzianek.
Jeszcze rok i zdobyłabym dyplom. Otrzymałabym stanowisko asystentki
redaktora w dziale Fantastyki młodzieżowej i mogłabym robić doktorat, co
zapewniłoby mi uprzywilejowaną pozycję w świecie wydawniczym.
Osiągnięcie mojego celu było tylko kwestią czasu i ciężkiej pracy.
uzyskałabym to bez żadnej pomocy, na własną rękę. Udowodniłabym ojcu, że
mylił się co do mnie, że mogę być dobra we wszystkich tych rzeczach, a jego zniewagi tylko mnie wzmocniły.
To, czego moja babcia nigdy mi nie wyjaśniła, to jak przetrwać czas
potrzebny do podjęcia ważnej decyzji. Takiej, która może zmienić twoje
życie na zawsze. To naprawdę trudna część, walka z pomyłkami,
wątpliwościami i niepewnością, które nie pozwalają ci oddychać.
Niepokój, bezsenność i uczucie pustki pod stopami. Aż w końcu kompas
zatrzymuje się i zaczyna wskazywać jeden kierunek.
Jedyne, co musisz zrobić później, to skoczyć i zaufać, że się nie
rozbijesz. Ponieważ nawet jeśli niepewność wciąż jest jak ciasna pętla
na szyi, nie możesz zrobić nic innego, jak tylko poczekać i zobaczyć,
czy dokonałaś właściwego wyboru.
Ten czas przed skokiem był prawdziwą torturą dla kogoś takiego jak ja:
niezdecydowanej, niepewnej i pełnej obaw. Poważnie, każdy psychoanalityk
zatarłby ręce, gdyby znalazł mnie w swojej poczekalni.
Wybieranie, decydowanie, przejmowanie inicjatywy przerodziło się w otwarte okno z widokiem na przerażającą przepaść. Rozdarta między
własnymi pragnieniami a pragnieniami innych. Bojąc się zawieść tych, na
których mi zależy, a jednocześnie zdradzić samą siebie.
Byłam taka już jako dziecko: uwięziona w tym uczuciu patrzenia na obcą
osobę za każdym razem, gdy patrzyłam w lustro. Ale trudno jest poznać
siebie, gdy przez cały czas próbowałaś być kimś innym.
Niemożliwe jest rozwijanie własnej osobowości, kiedy spędziłaś życie,
próbując działać jako czyjś perfekcyjny ideał, starając się sprostać
czyimś oczekiwaniom, nie zbliżając się nawet ku temu. A bez osobowości,
coś tak prostego jak wybór cholernej sukienki może stać się niemożliwy.
Coś tak skomplikowanego jak podjęcie decyzji o tym, co chcesz robić
przez następne czterdzieści lub pięćdziesiąt lat swojego życia, kiedy
myślałaś, że już to wiesz, może doprowadzić cię do całkowitego upadku.
Tak właśnie się stało.
W jednej chwili moja tarcza ochronna zamieniła się w pustkę wokół mnie.
Mój idealny plan, o którym myślałam, że jest tym, czego pragnę
najmocniej, zamienił się z powrotem w wątpliwości i niepewność. Ponieważ
nie ma nic straszniejszego niż spełnienie sekretnego marzenia.
Wszystko zaczęło się od listu, prezentu i chłopca tak samo zagubionego
jak ja.
Rozdział 1
1
List
Książki są jak życie, ponieważ, podobnie jak ta, wszystkie zawierają
tajemnice. Są jak skrzynie, które skrywają skarby i ukryte prawdy,
czekając, aż ktoś je otworzy i odkryje ich sekrety. Słowa wyrzeźbione w fikcyjnym świecie, wyryte w prawdziwym sercu.
Zawsze wierzyłam, że książki są małymi konfesjonałami, którym pisarz
powierza swoje najbardziej intymne tajemnice. To sposób na opowiedzenie
światu, co oświetla lub zaciemnia jego duszę. Sposób na uwolnienie się
od wielu obciążeń, które człowiek gromadzi z biegiem czasu. Historie o miłości, poczuciu winy, pożądaniu i wielu innych uczuciach zwijają się
na stronach z potrzeby opowiedzenia tego, czego inaczej nie mogłyby
powiedzieć. Przypisy widoczne tylko dla tych, którzy umieją patrzeć z zamkniętymi oczami.
Ta wiara sprawiła, że czytam każde opowiadanie z pewną nadmierną
ciekawością, pośród założeń i przeczuć, które podszeptują mi, czy ta
scena będzie ukrytą prawdą w opowieści o posmaku pokuty, realnej i niemożliwej zarazem.
Książki mają dziwną moc, chociaż nie wszyscy to doceniają. Przez chwilę
żyjemy w nich, a później one żyją w nas. Idealna symbioza między dziełem
a czytelnikiem, która przynosi nam obopólne korzyści w naszym życiowym
rozwoju.
Książki to porcje szczęścia, nawet te najsmutniejsze lub najbardziej
przerażające mogą dostarczyć wspomnień, które wywołają uśmiech na twojej
twarzy. Książki to zimowe wieczory przy kominku; wiosenne poranki w parku; letnie wakacje na plaży; jesienne spacery z chrzęstem suchych
liści pod stopami.
Co więcej, ładnie pachną - co tam, to najlepszy zapach na świecie! Dlatego nie rozumiem, dlaczego duże firmy perfumeryjne nie próbowały jeszcze wykorzystać ich potencjału rynkowego. Który tradycyjny miłośnik książek nie chciałby płynu do płukania tkanin o zapachu nowej książki? Balsamu z nutami atramentu i papieru z recyklingu. Odświeżacza powietrza o zapachu starego tekstu. Zapachu pierwszego wydania. Dezodorantu o zapachu biblioteki...
Wspaniale byłoby móc docenić te niuanse przez cały czas, bez
konieczności wtykania nosa w oprawę i nie sprawiając wrażenia, jakby się
wąchało jakąś dziwną substancję.
Książki zawsze były moim schronieniem, ramionami, w których chowałam
się, gdy wszystko szło nie tak. Sięgnięcie po jedną z nich z półki,
otwarcie i spojrzenie na pierwszą stronę jest jak przyjemny haust
świeżego powietrza po upływie wieczności bez możności oddychania. Są
antidotum na smutek, zmartwienie, strach, a nawet złamane serce.
Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że leczą wszystko, jeśli tylko
znajdziesz odpowiedni tekst.
Jednak nawet ta pierwsza strona nie mogła wtłoczyć powietrza, którego
potrzebowały moje płuca, gdy okłamywałam samą siebie, że podjęcie
decyzji będzie łatwe; a przecież była to pierwsza strona najnowszej
książki Alice Hoffman, jednej z moich ulubionych autorek. Nawet ona nie
mogła mnie uratować przed niezliczoną ilością mylących i niepokojących
myśli, w których byłam zanurzona od jakiegoś czasu.
Odłożyłam powieść na stolik, na którym leżały nowości, i przesunęłam się
do fotela w rogu działu dziecięcego. Opadłam na niego z westchnieniem,
pod przyćmionym pomarańczowym blaskiem lampy podłogowej z ołowianego
szkła. To był mój ulubiony kąt w księgarni. Siadałam tam, gdy byłam tak
mała, że moje stopy nie sięgały podłogi. Prawda jest taka, że ta
księgarnia była moim ulubionym miejscem na całym świecie. Praktycznie
się w niej wychowałam.
Moja babcia kupiła ją czterdzieści lat temu, po tym jak jej mąż, mój
dziadek, zostawił ją w Montrealu i wyjechał do Jukonu szukać złota.
Nigdy więcej o nim nie słyszała.
Zainwestowała pieniądze z niewielkiego spadku w wilgotne, rozpadające
się pomieszczenie na parterze i przekształciła je w najbardziej magiczne
miejsce w Le Plateau. Na początku nie było łatwo, zwłaszcza z małą
dziewczynką do wychowania, moją matką, ale udało jej się przetrwać i zbudować przyszłość dla nich obu w tych ścianach wypełnionych
historiami, powieściami i podręcznikami.
Nazwała to miejsce Lśniące Wody. Tak jak słynne jezioro, które pojawia
się w książkach L.M. Montgomery o Ani Shirley. Ania z Zielonego
Wzgórza zawsze była ulubioną książką jej, mojej mamy, a także i moją.
Moja matka na jej stronach nauczyła mnie czytać i dała mi najwspanialszy
prezent, jaki ktokolwiek kiedykolwiek mi dał, nadmierną miłość do
czytania i sekretne pragnienie, by pewnego dnia pisać, jeśli tylko
zdobędę się na odwagę, by spróbować.
Tęsknię za nią.
Tęsknię za nimi obiema.
- Nawet jeśli przeczytasz ją tysiąc razy, nie zmieni się to, o czym
mówi.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam Frances wpatrującą się we mnie zza lady.
Była otoczona fakturami i rejestrami z księgowości. Pomachała mi ręką, a moje oczy przeniosły się na list, który nie wiedząc jak, wysunął się z mojej kieszeni i ponownie znalazł się między moimi palcami.
- Wiem, ale nadal nie rozumiem, dlaczego to zrobiła. Wiedziała lepiej
niż ktokolwiek inny, że moje życie jest w Toronto. Powrót tutaj nie
wchodzi w grę. - Prychnęłam, zapadając się głębiej w fotelu. To, o co
prosi, jest niesprawiedliwe. - O nic cię nie prosi, Harper. Przekazała
ci w spadku najcenniejszą rzecz, jaką posiadała, i daje ci wybór, co z tym prezentem zrobić.
- I dlaczego mnie? Dlaczego nie zostawiła tego tobie? To najbardziej
logiczne.
- Ponieważ Sophia mnie znała i wiedziała, że jedyną rzeczą, która
wiązała mnie z tym miastem, była ona. Rozmawiałyśmy o tym wiele razy,
Harper, zwłaszcza w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Gdyby odeszła
pierwsza, miałam wrócić do Winnipeg. Tam mieszka moja siostra i siostrzeńcy. To jedyna rodzina, jaka mi została.
Przejechałam palcami po szorstkiej powierzchni papieru.
- Myślałam, że ja jestem twoją rodziną - powiedziałam cicho.
Frances wyszła zza lady i podeszła do mnie. Nie mogłam się zmusić, by na
nią spojrzeć, dopóki nie poczułam uspokajającego dotyku jej rozedrganej
dłoni na mojej. Na jej ustach pojawił się mały uśmiech, smutny i drżący.
Przypomniałam sobie, że nie jestem jedyną, która cierpi.
Dzieliła życie z moją babcią przez ostatnie trzy dekady. Poznały się, gdy były dziećmi i od tego momentu stały się nierozłączne. Dorastały i nadal były przy sobie, wspierając się we wszystkim. Moja babcia wyszła za mąż, a Frances przy tym była. Była także przy narodzinach mojej mamy. A później, kiedy dziadek opuścił babcię, nadal była u jej boku. Aż pewnego dnia przyjaźń przerodziła się w miłość.
A może zawsze się kochały, ale nie miały odwagi się do tego przyznać. -
Oczywiście, że jesteś moją rodziną. Kocham cię, Harper, ale to nie jest
już moje miejsce. Zbyt wiele wspomnień.
Przygryzłam wargę, próbując powstrzymać łzy. Od pogrzebu minął tydzień.
Trzy dni od odczytania testamentu, podczas którego wręczono mi list,
który babcia dla mnie zostawiła, a mnie wciąż trudno było uwierzyć, że
już nigdy jej nie zobaczę.
Czułam się bardzo smutna i zła na nią. Przez wiele miesięcy ukrywała
przede mną, że chłoniak wkrótce zabierze jej życie. Ukrywała to przed
nami wszystkimi. I choć rozumiałam jej motywy, zbyt bolało mnie to
milczenie.
Nie dała mi szansy na pożegnanie. Ani na powiedzenie jej jeszcze raz,
jak bardzo ją kocham i jak bardzo jestem wdzięczna za wszystko, co dla
mnie zrobiła. Była jedyną osobą, która pomogła mi zachować pamięć o mojej matce, poznać ją z czasem, ponieważ byłam zbyt mała, kiedy musiała
nas opuścić. Była jedyną, która nie zapomniała o niej, a także nie
zapomniała o mnie.
Ścisnęłam dłoń Frances i odwzajemniłam uśmiech. Jej brązowe oczy
patrzyły w moje niebieskie i zobaczyłam przez nie jej złamane serce. Nie
mogłam się przy niej załamać.
- Kochała cię, Frances.
- Wiem, i ja ją.
- Kiedy planujesz wyjechać?
- Za kilka tygodni, może za trzy. Za tyle, ile zajmie aktualizacja kont,
płatności i rejestrów. Sophia to była katastrofa w tych sprawach. -
Poklepała mnie po kolanie. - Zostawię wszystko dobrze zorganizowane,
byś mogła rozwijać się bez żadnych problemów.
- Nie wiem, czy zostanę.
Wstała z westchnieniem i wróciła do lady zawalonej papierami.
- Rozmawiałam też z panem Norrisem, prawnikiem twojej babci.
Pomoże ci, jeśli zdecydujesz się na sprzedaż.
Sprzedaż. To słowo sprawiło, że zaschło mi w ustach i ścisnął się
żołądek, bo to nienaturalne porzucać to, co uważa się za swój dom. Ale
co innego mogłam zrobić? "Zostać" - powiedział głos w mojej głowie.
Zignorowałam go. Złożyłam i odłożyłam list.
Zadzwonił mój telefon komórkowy. Prawdopodobnie to moja siostra, by
ponownie przypomnieć mi, że mamy się spotkać tego wieczoru. Hayley była
perfekcjonistką, maniacko dbającą o kontrolę i punktualność. Zupełne
przeciwieństwo mnie. Takie właśnie są kreatywne umysły, z natury
niezorganizowane. A przynajmniej tak sobie wmawiałam, żeby nie przyznać,
że jestem kompletną katastrofą.
Wyciągnęłam telefon z tylnej kieszeni spodni i spojrzałam na ekran.
Dostałam gęsiej skórki, a moje ciało napięło się pod wpływem szoku.
Telefon nadal dzwonił w mojej dłoni, która trzęsła się, jakby miała
otrzymać śmiertelny cios od urządzenia.
- Nie odbierzesz? - zapytała mnie Frances.
Spojrzałam na nią i zanegowałam szybko.
- To tata.
Odczekała kilka sekund, obserwując moją przerażoną twarz.
- Nie chcesz wiedzieć, po co do ciebie dzwoni?
Wstałam i włożyłam telefon z powrotem do kieszeni. Wszyscy mamy swoje
kompleksy, ułomności i dziwactwa. Ignorowanie telefonów ojca było
częścią moich.
- Wiem, po co do mnie dzwoni. Po to samo, co wieczorem i wczoraj o poranku. I przedwczoraj. - Podeszłam do lady i oparłam łokcie na
drewnianym blacie przed kasą. To był antyk, jak wszystko inne, i dlatego
tak mi się podobała. - Chce, żebym sprzedała dom, księgarnię i zostawiła
moje życie w Toronto. Chce też, żebym rzuciła studia, zrezygnowała ze
stażu w wydawnictwie i podjęła pracę w jego firmie. Tego właśnie chce,
bardzo krótkiej obroży na mojej szyi. I naprawdę nie rozumiem dlaczego,
skoro nie może mnie znieść. Nigdy nie mógł.
Frances włożyła plik faktur do pudełka, a następnie napisała notatkę na
pokrywie.
- Czy kiedykolwiek go zapytałaś?
- O co?
- Dlaczego cię nie znosi?
- Nie - odpowiedziałam skrępowana.
Próbowałam, naprawdę próbowałam, ale w ostatniej chwili zabrakło mi
słów. Bałam się, że znam odpowiedź. Taką, która mogłaby uzasadnić,
dlaczego zawsze był dla mnie taki twardy i zimny. Tylko dla mnie.
Gdy byłam mała, myślałam, że być może zepsułam lub zgubiłam coś, co było
mu drogie, więc spędzałam całe godziny, próbując sobie przypomnieć,
chodząc po domu w poszukiwaniu jakiegoś szczegółu, który dałby mi
wskazówkę co do mojego błędu i naprawienia go. Potem doszłam do wniosku,
że chodziło o moje blond, falowane włosy, ponieważ jego były czarne i proste, tak jak mojego rodzeństwa. Uznałam, że nie lubi różnic u innych
ludzi, więc obcięłam je nożycami ogrodowymi i przyciemniłam pastą do
butów. Tak się wściekł, że chciał mnie wysłać do żeńskiej szkoły w Ottawie. Na szczęście babcia go powstrzymała. Później, gdy dorosłam,
założyłam, że problem leży w moich umiejętnościach. Nie byłam
wystarczająco inteligentna, ładna, wykształcona, ani wystarczająco
silna... Niczego nie potrafiłam robić dobrze.
Frances odetchnęła głęboko, zanim się odezwała.
- Kochanie, jesteś dorosłą kobietą. Masz dwadzieścia dwa lata i od
czterech żyjesz własnym życiem. Musisz przestać się go bać.
- Nie boję się... - Frances rzuciła mi tak przenikliwe spojrzenie, że
porzuciłam żałosną próbę okłamania jej. Znała mnie zbyt dobrze. - Jest
po prostu łatwiej, kiedy jestem daleko i nie muszę go widzieć.
- Ale jesteś tutaj i będziesz musiała tak czy siak jutro go zobaczyć.
Nieodbieranie jego telefonów nie jest najmądrzejszą i najbardziej
dojrzałą rzeczą z twojej strony.
Pochyliłam się, opierając czoło o ladę. Spojrzałam na nią z boku i obdarzyłam moim najbardziej niewinnym uśmiechem.
- Nie muszę się z nim spotykać, jeśli będę udawać, że jestem chora.
Jak można się było tego spodziewać, Frances krzyknęła.
- Twoja siostra jutro wychodzi za mąż! Nie możesz Hayley zrobić czegoś
takiego!
- Wiem, wiem, wiem... To głupi pomysł - powiedziałam pospiesznie, ale nie
zmieniło to faktu, że myślałam o tym poważnie.
Spojrzała na mnie sceptycznie, choć po chwili jej wyraz twarzy zmienił
się na współczujący.
- Twój ojciec nie może zmusić cię do zrobienia czegokolwiek, czego nie
chcesz, Harper.
- Nolan Weston nigdy nie przyjmuje odmowy i zawsze znajduje sposób, by
postawić na swoim. Może mu to zająć trochę czasu, ale zawsze dopnie
swego.
- Może nie tym razem.
Uśmiechnęłam się, bo chciałam jej wierzyć, ale narastający niepokój
odcinał mnie od jakiegokolwiek logicznego myślenia, a niepewność
przejmowała nade mną władzę na samą myśl o ponownym spotkaniu z nim
następnego dnia. Trzy dni w jednym tygodniu, rekord, który zdecydowanie
przewyższał liczbę naszych spotkań w roku. Podsumowując, żaden.
Weszło kilku klientów i Frances pospieszyła im z pomocą. Wróciłam na
fotel, gdzie zostawiłam list od babci. Podniosłam go, zamierzając włożyć
z powrotem do koperty, ale znów zagubiłam się w słowach, które znałam na
pamięć.
Harper,
jeśli to czytasz, wiesz, jaka jest moja wola. Pewnie czujesz się teraz
bardzo zdezorientowana i zła, ale musisz zrozumieć, że nie mogłam Ci
tego powiedzieć. Porzuciłabyś wszystko, by być ze mną, a ja nie mogłam
zgodzić się na takie poświęcenie. Za bardzo Cię kocham, by pozwolić Ci
patrzeć, jak ta stara kobieta gaśnie. Uważam też, że każdy ma prawo
decydować, jak przeżyć swoje ostatnie dni i właśnie to robię,
przeżywając je bez wyrzutów sumienia. Tak właśnie chcę odejść, wolna,
bez bycia ciężarem. Mogę się wydawać egoistką, ale jest to najbardziej
bezinteresowny czyn, na jaki kiedykolwiek się zdecydowałam. Pewnego dnia
zrozumiesz i wiem, że mi wybaczysz.
Pewnie zadajesz sobie wiele pytań: Dlaczego zostawiłam wszystko Tobie?
Dlaczego nie Twojemu rodzeństwu? Odpowiedź jest prosta. Są inni, zawsze
mieli bardziej praktyczne zainteresowania, a jeśli coś jest
nieopłacalne...
Mój dom i księgarnia to wszystko, co posiadam. Nie są nic warte, ale
zawierają całe życie wspomnień i chwil. Marzeń.
Wiem, że ciężko walczyłaś, aby znaleźć się w miejscu, w którym jesteś.
Wiem też, że myślisz, że masz życie, jakiego zawsze pragnęłaś. Ale kiedy
na Ciebie patrzę, wciąż widzę tę małą dziewczynkę, która wolała układać
książki na półkach, zamiast bawić się z innymi dziećmi. Która lubiła
polecać lektury i marzyła o tym, by pewnego dnia napisać własne
historie. Wciąż ją w Tobie rozpoznaję i widzę ten błysk i pragnienie w Twoich oczach. Dlatego chcę dać Ci szansę na odzyskanie tego marzenia.
Pozostaw dla siebie księgarnię i spełnij swoje marzenie o pisaniu w niej.
Po co pracować, publikując książki innych ludzi, skoro można pokazać
światu własne historie? Masz talent, zawsze go miałaś. Nie powinnaś bać
się marzeń, ponieważ bez nich tak wiele z tego, kim jesteśmy, byłoby bez
znaczenia.
Jeśli jednak się mylę, zrozumiem, jeśli wrócisz do Toronto i tam
odzyskasz swoje życie. Jeśli podejmiesz taką decyzję, nie będziesz w stanie zatrzymać księgarni. Wtedy proszę, znajdź kogoś, kto naprawdę ją
doceni.
Przykro mi, jeśli staruszka skomplikowała Ci życie swoim ostatnim
pragnieniem. Mogłabym usprawiedliwić się wiekiem lub tymi wszystkimi
okropnymi środkami przeciwbólowymi, które muszę brać, ale okłamałabym
Cię. Chcę wierzyć, że nie przekazuję Ci ciężaru, ale wolność.
Harper, jestem tak dumna z Ciebie i kobiety, którą się stałaś, że
spokojna idę spotkać się z Twoją matką. Zawsze będziemy się o Ciebie
troszczyć.
I zawsze bądź sobą. Taka jesteś doskonała.
Sophia
Wzdrygnęłam się, wykrzywiając twarz. Ostry ból w klatce piersiowej
zdawał się nie mieć końca. Poczułam na plecach dłoń Frances i otaczający
ją zapach karmelu. Nagle spadł na mnie ciężar ostatnich kilku dni i zalałam się łzami.
- Nie przejmuj się, to w porządku pokazać, że boli. - Jej głos był tak
słodki, tak bardzo jej, że nie mogłam się powstrzymać od płaczu.
Odchrząknęłam i odwróciłam się, by na nią spojrzeć.
- Chodzi o to, że mama mnie zostawiła. Teraz odeszła babcia, a ty chcesz
jechać do Winnipeg. Co to za nazwa: Winnipeg? - zganiłam ją, chociaż
wiedziałam, że jestem wobec niej niesprawiedliwa.
Otarła mi kilka łez i patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę. Przesunęła
dłońmi po moich włosach, przeczesując je palcami tak czule, że wyrwał mi
się zdławiony szloch.
- Wszystko będzie dobrze, Harper. Jesteś silniejsza, niż myślisz. Gdybym
nie była tego pewna, nie odeszłabym. Poza tym to nie jest pożegnanie. -
Uśmiechnęła się do mnie, a ja próbowałam odwzajemnić ten gest. Przyjadę
do ciebie, kiedy tylko będziesz mnie potrzebować.
Przytuliła mnie, a ja starałam się nie utonąć w świadomości, jak bardzo
będę za nią tęskniła. Zawsze była przy mnie. Za każdym razem, gdy
wracałam do miasta i wchodziłam do księgarni, uśmiech Frances witał mnie
ciepłem i słodyczą gorącej czekolady w zimny dzień.
Pozwoliłam się ukoić jej szeptem, aż nagle drzwi się otworzyły i sklep
wypełniło delikatne brzęczenie wiszących nad nimi dzwoneczków.
Rozdział 2
2
Poradzić sobie
z nieoczekiwanym spotkaniem
Przez następne dwie godziny dzwoneczki te rozbrzmiewały dźwiękami
przychodzących i odchodzących stałych klientów oraz tych, którzy
przychodzili pooglądać, zachęceni ofertami. Na małym stoliku przy
drzwiach zawsze leżał stos wizytówek z nazwą księgarni napisaną złotym
atramentem. Uzupełniłam brakujące i ułożyłam je w równy stosik, obok
zakładek rozdawanych przez wydawców.
Potem odkurzyłam solidne orzechowe regały, które sięgały aż do sufitu.
Były tam setki książek, może tysiące. We wszystkich rozmiarach i kolorach. Luksusowe wydania z pięknymi ilustracjami i rycinami na
okładkach, wydania kieszonkowe, klasyki i nowości. Na ostatniej półce
Oscar Wilde ocierał się o Paula Austera. Obok niego Dickens odpoczywał
między Jane Austen i Charlotte Brontë. Dan Brown, James Dashner,
Danielle Paige... Moja babcia zawsze miała specyficzne poczucie porządku.
Przejechałam dłonią po czole, lekki ból głowy dokuczał mi od jakiegoś
czasu, a mój zmęczony umysł potrzebował się obudzić.
- Napijesz się kawy? - zapytałam Frances.
Skinęła głową z uśmiechem, pomagając starszemu mężczyźnie wybrać książkę
o łodziach podwodnych dla wnuka.
Chwyciłam torbę i wyszłam na ulicę. Jak zwykle montrealskie lato było
pełne hałasu i ruchu. Zapachów, które przenosiły mnie do wyjątkowych
chwil. Ludzi, którzy wydawali się być tam od zawsze. Jak Beth, słynąca z miętowego ciasta i czekoladowych ciasteczek, które znikały z witryny jej
piekarni, gdy tylko podnosiła okiennice każdego poranka. Albo Percy,
uliczny muzyk, który grał na trąbce na tym samym rogu, odkąd sięgam
pamięcią. Pozdrowiłam ich, gdy przechodziłam i zamieniłam kilka
uprzejmych zdań z Meg, kwiaciarką.
Nasza księgarnia mieściła się przy Mont Royal Avenue, w dzielnicy Le
Plateau. Dzielnica ta dominuje w centrum Montrealu i jest miejscem
studentów, artystów i bohemy.
Kiedy mieszkałam w tym mieście, uwielbiałam spacerować jego wąskimi,
wysadzanymi drzewami uliczkami, z pięknymi, kolorowymi wiktoriańskimi
domami i spiralnymi schodami na zewnątrz. Fascynowała mnie wyjątkowa,
wielokulturowa mieszanka sklepów i restauracji.
Szłam spokojnie w kierunku Saint Denis. Słońce przebijało się przez
cienką warstwę białych chmur, które zaczynały ciemnieć na horyzoncie.
Spojrzałam w niebo w niemym błaganiu. Ślub miał się odbyć w ogromnym
ogrodzie domu mojego ojca w Léry. Deszcz mógł wszystko zepsuć, a Hayley
nie zasługiwała na to rozczarowanie. Idealny ślub planowała od miesięcy.
Skręciłam w prawo i kontynuowałam spacer chodnikiem. Kawiarnia Myriade,
mój cel, znajdowała się na następnym rogu. Była pełna ludzi. Na tarasie
nie wcisnąłby nawet szpilki, a w środku klienci stali w kolejce do lady.
Już miałam zawrócić i poszukać innego miejsca, ale przeszłam tu całą
drogę, fantazjując o ich bułeczkach z serem cheddar i żurawiną,
powstrzymywałam się zatem przed odejściem bez nich i ich cudownej caf?
latte.
Moje uzależnienie od kofeiny było jedną z małych rzeczy, które nadawały
mojemu życiu sens.
Stanęłam w kolejce i wykorzystałam ten czas na sprawdzenie poczty w telefonie. Miałam kilka wiadomości od Ryana Racliffe'a, redaktora, który
nadzorował mój staż. Chciał wiedzieć, czy skończyłam przeglądać ostatni
manuskrypt, który mi wysłał. Prychnęłam i przyłożyłam dłoń do twarzy,
czując się bardzo winna. Dodałam notatkę głosową, aby przypomnieć sobie
o pobraniu i wydrukowaniu go, zabiorę się do tego gdy tylko ślub mojej
siostry dobiegnie końca.
Ogarnął mnie niepokój. Zaczęłam się zastanawiać, czy myślenie o pracy w ten sposób jest wyraźnym znakiem, że naprawdę chcę dalej żyć tak jak
dotychczas. I natychmiast pomyślałam o czymś przeciwnym: czy to, że
nawet nie rzuciłam okiem na rękopis, oznacza, że może nie jestem tak
zainteresowana pracą, jak mi się wydawało. A może przez to, że zmarła
moja babcia, nie obchodziła mnie reszta wszechświata.
- Przepraszam, pytałem, czy zamierzasz coś zamówić.
Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się przepraszająco do kelnera.
- Poproszę dwie caf? latte i bułeczkę z cheddarem i żurawiną.
Spojrzałam z roztargnieniem na ludzi przy stolikach i zauważyłam małego
chłopca jedzącego muffinkę z rękami za plecami, udającego małego ptaszka
dziobiącego talerz. Uśmiechnęłam się, widząc desperację jego matki.
Takie sceny pobudzały moją wyobraźnię. Zła czarownica, chłopiec
zamieniony w małego ptaka i morał do opowiedzenia... Kolejny pomysł do
dodania do długiej listy, którą już miałam i której prawdopodobnie nigdy
nie napiszę.
- Harper?
Mogłabym powiedzieć, że w tej sekundzie trwającej wieczność, cały świat
zwolnił, aż zatrzymał się całkowicie. Ale jakkolwiek ładnie i metaforycznie by to nie brzmiało, tak się nie stało.
Podczas tej chwili gdy moje imię wibrowało w powietrzu, cały świat
został pochłonięty przez wszystkie katastrofy naturalne, jakie mogłam
sobie wyobrazić.
Bo tym właśnie był dla mnie Trey Holt, trzęsieniem ziemi, huraganem,
wulkanem wyrzucającym lawę, popisową burzą, której nie mogłabym przeżyć.
Pewnego razu zatopił mnie jak kruchą drewnianą tratwę na środku
wzburzonego morza i sprawił, że dryfowałam jak milion drzazg.
- Harper?
Myślałam, że mam to już za sobą. A jednak po czterech latach, gdy
usłyszałam go po raz ostatni, rozpoznałam go tylko po jednym słowie. Tak
głęboko jego głos zapisał się we mnie.
Odwróciłam się z sercem walącym w piersi. Nie wiedziałam, jak udało mi
się utrzymać równowagę i pozostać w pozycji stojącej, gdy spojrzałam w górę i napotkałam jego piękne wpatrzone we mnie oczy.
- To ty! Nie byłem pewien, ale... Boże, to ty!
Wpatrywałam się w niego, usilnie próbując go umiejscowić i przekonać
samą siebie, że naprawdę tam jest, po długim, długim czasie, na wprost
mnie.
Zrobił krok w tył, by obejrzeć mnie z góry na dół; i musiało mu się
spodobać to, co zobaczył, ponieważ uśmiechnął się szeroko, a małe
zmarszczki otoczyły oczy. Pochylił się i przytulił mnie, co mnie
zaskoczyło.
- Dobrze cię widzieć, Calabaza3.
Żołądek mi się ścisnął, gdy usłyszałam to czułe przezwisko, które nadano
mi, gdy byłam dzieckiem. Byłam też na tyle głupia, by zamknąć oczy, gdy
poczułam ten jego zapach, tak osobisty, wciskający się do mojego nosa.
Odsunęłam się, gdy tylko mnie puścił.
- Cześć, Trey - odpowiedziałam ze spierzchniętymi ustami.
Uśmiechnął się. Nie mogłam odwzajemnić tego gestu. Nienawidziłam go za
złamanie mi serca i zburzenie mojej samooceny. Nienawidziłam go. I w tym
momencie musiałam przypomnieć sobie o tym, jak mnie zranił, aby uciec z sieci jego niegrzecznego i bezczelnego uśmiechu, w której właśnie
zostałam uwięziona jak owad.
Spojrzał w dół i jego wyraz twarzy zmienił się. Popatrzył na mnie
ponownie, znacznie poważniej, i wsunął ręce do tylnych kieszeni ciemnych
dżinsów.
- Harper, przykro mi z powodu śmierci Sophii i żałuję, że nie mogłem
uczestniczyć w pogrzebie. Kiedy Hoyt przekazał mi tę wiadomość, byłem
poza krajem i nie miałem możliwości wrócić na czas.
Uśmiechnęłam się sarkastycznie.
- Spokojnie, nawet nie zauważyłam twojej nieobecności. Poza tym to była
bardzo skromna uroczystość, tylko dla rodziny.
Policzki mnie paliły, gdy odpowiadałam mu w ten sposób, bo nie jestem
taka niegrzeczna i impertynencka. Ale z nim... Przy nim bardzo
nieprzyjemna część mnie wychodziła na wierzch.
Starałam się sprawiać wrażenie całkowicie obojętnej.
Trey zmarszczył brwi, a jego twarz napięła się, jakby nie rozumiał
mojego nastawienia. Zawsze był dobry w udawaniu grzecznego chłopca.
- Tak, oczywiście, dla rodziny. - Stał w milczeniu, wpatrując się we
mnie.
Powietrze wokół nas stało się tak gęste, że poczułam klaustrofobię.
Potem dodał:
- Ale wy, Westonowie, jesteście dla mnie jak rodzina i chciałbym być z wami w tak trudnym czasie.
Westchnęłam. Spotkanie z nim bolało jak świeża rana. Jego przeszłe
postępowanie naznaczyło bardzo ważną część mnie i mojej przyszłości, a on zachowywał się z niewinnością, która nie pasowała do tego
spotkania. Był winny złamania mi serca. Zanurzył dłonie w mojej piersi
i zmiażdżył je bez mrugnięcia okiem.
- Jestem pewna, że Hoyt i Hayley doceniliby twoje wsparcie.
Przyglądał mi się przez kilka sekund i zwilżył wargi językiem. - Oni...
Tak, oczywiście.
Wytrzymałam jego spojrzenie. Jego oczy były takie, jak je zapamiętałam.
Mieszanka zieleni i brązu, uwodzicielskie. Gęste, czarne rzęsy.
Zaznaczone brwi. Wyraźnie zarysowana szczęka. Ładne usta, dolna warga
nieco pełniejsza niż górna. Miał dłuższe włosy niż wtedy, gdy widziałam
go ostatni raz, co nadawało mu bardziej dojrzały wygląd.
Wciąż był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego w życiu poznałam.
Przejechał dłonią po karku i uśmiechnął się, jakby wypierając z głowy
smutną myśl. Lekkim gestem wskazał na mnie.
- Wyglądasz świetnie! Urosłaś. Boże, jak dawno się nie widzieliśmy?
Nie wystarczająco.
- Cztery lata. Miałam wtedy osiemnaście lat. Właśnie rozpoczynałam
studia, a ty wyjeżdżałeś do Ameryki.
- Tak, to prawda. Cholera, już cztery lata.
- Tak, cztery.
- Wyglądasz bardzo ładnie. Masz... masz znacznie dłuższe włosy. Pasują do
ciebie.
- Dziękuję, ty się nie zmieniłeś.
Wstrzymał oddech, skanując moją twarz, jakby przyglądał się jej
konturom. Uniósł brew, a jego usta znów wygięły się w uśmiechu.
- Powiedz mi, czy to był przypadek, czy zazwyczaj przychodzisz w to
miejsce?
- Zazwyczaj przychodzę tutaj, gdy jestem w mieście. Księgarnia mojej
babci jest bardzo blisko.
- Tak, to prawda, obok tego sklepu z używanymi komiksami i winylami.
Minęło sto lat, odkąd tam byłem i uwielbiam tę okolicę!
Obejrzałam się przez ramię. Gdzie do diabła jest kelner z moimi kawami?
Musiałam się stamtąd wydostać. Uczucie duszenia się nie przestawało we
mnie wzrastać. Przełknęłam ślinę, zdenerwowana, bicie mojego serca
odbijało się echem w mojej głowie.
- Hoyt powiedział mi, że skończyłaś studia i pracujesz w wydawnictwie.
- To jeszcze nie jest praca. Normalna praca z pensją, ubezpieczeniem
zdrowotnym i innymi rzeczami, chciałam powiedzieć - wyjaśniłam
niecierpliwie. - W tej chwili to tylko staż.
- Brzmi świetnie i jestem pewien, że w końcu cię zatrudnią. Hoyt mówi,
że jesteś bardzo dobra w tym, co robisz.
- Hoyt wydaje się mówić za dużo. - W moim głosie było słychać
frustrację.
- Od czasu do czasu pytam go, jak się miewasz - powiedział niepewnie. - Powiedział mi też, że myślisz o zrobieniu magisterki. Zgaduję więc, że wkrótce wrócisz do Toronto.
- To najbardziej prawdopodobne.
Odwróciłam wzrok, nie mogąc utrzymać jego spojrzenia. Ale moje oczy znów
go szukały, przyciągane tym idealnym uśmiechem, który tak często
rysowałam w myślach. Pytał Hoyta, jak się czuję? Dlaczego miałby robić
coś takiego? Nigdy go nie obchodziłam. Pozbył się mnie tak łatwo, jak
rzuca się niedopałek papierosa na ziemię.
- Myślę, że to godne podziwu, że chcesz to zrobić.
- Dziękuję.
- Ja w zeszłym roku w końcu ukończyłem MIT.
- Jesteś już architektem. Tym, kim zawsze chciałeś.
- Tak, teraz nadchodzi najtrudniejsza część: praca. Jestem z powrotem w Montrealu i pracuję nad własnymi pomysłami.
Wybuchłam.
- Trey, dlaczego myślisz, że interesuje mnie twoje życie? Nie rozumiem
nawet, dlaczego podszedłeś, by ze mną porozmawiać.
Spojrzał na mnie tak oszołomiony, że przez kilka chwil żałowałam tego,
co powiedziałam. Odetchnęłam. Odetchnęłam mocniej, przypominając sobie
tamten listopadowy poranek i ostatnie słowa, które padły z jego ust.
Twarde, zimne i kłujące. Ból powrócił i spowodował odrętwienie mojego
ciała.
Cztery lata później nie byłam w stanie stawić czoła temu, co wydarzyło
się między nami, a raczej temu, co wydarzyło się "po" pomiędzy nami.
To było zbyt upokarzające.
Nie mogłam tam dłużej zostać.
- Przepraszam, muszę już iść.
Przeszłam obok niego i wyszłam na ulicę, nie zatrzymując się. Powiedział
coś jeszcze, ale zignorowałam go i odeszłam. Nogi zaprowadziły mnie z powrotem do księgarni, podczas gdy moja głowa wciąż była w kawiarni, z Treyem. Ponowne spotkanie z nim zdenerwowało mnie bardziej, niż się
spodziewałam.
Milion razy wyobrażałam sobie nasze spotkanie, na różne sposoby i w różnym czasie. We wszystkich wyglądałam na dorosłą, interesującą i wspaniałą, wiodącą życie, którego każdy by mi pozazdrościł. Odwracałam
się, a on patrzył na mnie z żalem w oczach, rozmyślając o tym, co mógłby
mieć, gdyby nie był takim idiotą. Ale nawet wtedy nie miałam szczęścia.
Trey wyglądał lepiej niż kiedykolwiek, a ja...
Ja...
Zobaczyłam swoje odbicie w witrynie sklepowej i chciałam umrzeć.
Zmierzwione włosy, dyskretny makijaż, który nałożyłam tego ranka,
rozmyty przez łzy, nad którymi nie mogłam zapanować za każdym razem, gdy
myślałam o babci.
Trey, cholerny Trey.
Przez długi czas był moją platoniczną miłością. Na początku w dziecinny,
niewinny sposób, ponieważ byłam zbyt mała, aby zrozumieć, co to naprawdę
znaczy kochać i pragnąć drugiej osoby. Potem, z biegiem czasu, zdałam
sobie sprawę z prawdziwego znaczenia tych słów, tego, że całe twoje
szczęście zależy od czyjegoś uśmiechu i że twój świat zatrzymuje się na
jednym spojrzeniu.
Zawsze czułam do niego coś bardzo intensywnego. Przynajmniej takie mam
wrażenie.
Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, miałam dwanaście lat. On miał
szesnaście i właśnie przeprowadził się z ojcem do Montrealu. Pierwszego
dnia szkoły średniej, on i Hoyt, gdy tylko się poznali, wdali się w bójkę na lekcji wuefu. Obaj wylądowali u pielęgniarki i zostali ukarani
wspólnym napisaniem pracy na temat przemocy i jej konsekwencji. Tego
samego dnia Trey przyszedł do naszego domu, by wypełnić swoją część
kary.
Leżałam na podłodze w swoim pokoju, odrabiając lekcje przy uchylonych
drzwiach, kiedy zobaczyłam go przechodzącego korytarzem. Pomimo podbitego
oka i spuchniętej wargi, uważałam go za najprzystojniejszego chłopaka,
jakiego kiedykolwiek widziałam. Wtedy spojrzał na mnie, a na jego twarzy
pojawił się nikły, przelotny uśmiech, który sprawił, że poczułam łaskotanie
w żołądku. Byłam oczarowana.
Potem Hoyt i Trey, razem ze Scottem, który był już wtedy chłopakiem
mojej siostry Hayley, zostali najlepszymi przyjaciółmi. Cała czwórka
stała się nierozłączna. Spędzali całe wieczory w domu, oglądając filmy i rozmawiając o swoich sprawach. Obserwowałam ich, jakby byli najbardziej
fascynującą rzeczą na świecie i marzyłam, by być taka jak oni. By
pewnego dnia należeć do ich wszechświata.
Przez następne dwa lata Trey był stałym źródłem cierpienia i szczęścia w moim życiu. Cierpiałam, gdy widziałam, jak umawia się z innymi
dziewczynami i byłam szczęśliwa, gdy mnie zauważał, nawet jeśli widział
we mnie tylko młodszą siostrę swojego najlepszego przyjaciela.
Latem, gdy skończyłam czternaście lat, cała czwórka przeniosła się do
Vancouver, by studiować na uniwersytecie.
Myślałam, że odległość pomoże mi pozbyć się uczucia, ale tak się nie
stało. I nadal byłam w nim potajemnie zakochana przez kolejne cztery
lata, słysząc plotki, historie o tym, jak przenosił się z jednego łóżka
do drugiego i od jednej dziewczyny do drugiej; widząc go na własne oczy,
kiedy przyjeżdżał w odwiedziny lub wracał na wakacje. Używał swoich
wdzięków jako broni, nie dbając o to, czyje serce złamie lub czyje życie
zniszczy. Nawet wtedy, gdy byłam świadkiem tego, jaki był naprawdę, nie
byłam w stanie go nienawidzić. Nienawidzić go naprawdę.
W głębi duszy chciałam być dziewczyną, która znikała z nim każdej nocy,
a nie tą, która stała i patrzyła, jak odchodzi.
Aż pewnego dnia zmusił mnie do tego. Nienawidzić go naprawdę.
- A kawa? - zapytała mnie Frances.
- Co?
Byłam tak pogrążona w swoich myślach, że nie zdawałam sobie sprawy, że
dotarłam do księgarni.
- Myślałam, że chcesz kupić kawę.
- Tak! Cóż, było dużo ludzi i było gorąco. Poza tym zbliża się pora
lunchu. Straciłybyśmy apetyt, a ja mam ochotę zjeść jedną z pysznych
kanapek ze Schwartz's. Ty nie?
- Jest dopiero jedenasta - zauważyła podejrzliwie.
Zostawiłam torbę na wieszaku przy oknie i uśmiechnęłam się do niej.
- Możemy przyspieszyć porę jedzenia. Zróbmy coś szalonego! -
wykrzyknęłam z wielkim uśmiechem.
Roześmiała się, a ton jej śmiechu sprawił, że poczułam się lepiej. Drzwi
otworzyły się za mną, czemu towarzyszył zwyczajowy dźwięk dzwoneczków.
Odwróciłam się i zobaczyłam Treya, trzymającego papierową torbę. Dotarł
do mnie zapach kawy.
- Zostawiłaś to.
Byłam tak zaskoczona, że poszedł za mną, że nie byłam w stanie otworzyć
ust. Zapadła cisza. Trey patrzył na mnie, a ja na niego. Samą swoją
obecnością zajmował cały pokój. Zawsze miał tę cechę, zdolność do
wyróżniania się wszędzie, nawet gdy był otoczony tłumem.
Frances odchrząknęła i wyłoniła się zza lady ze zmarszczonymi brwiami.
Rzuciła mi pytające spojrzenie i z uśmiechem podeszła do Treya.
"Zdrajczyni". Ale nie mogłam mieć jej tego za złe, bo nigdy nie
opowiedziałam jej tej historii. Ani jej, ani nikomu innemu.
- Cześć, ja to wezmę. Dziękuję.
- Nie ma za co - odpowiedział.
- Znamy się, prawda? Przypominam sobie twoją twarz.
- Tak. Przychodziłem tu z Hoytem. Ale to było dawno temu. Byliśmy
dziećmi.
- Tak! Teraz cię pamiętam. Masz na imię Trey, byłeś najlepszym
przyjacielem Hoyta.
- Myślę, że nadal tak jest - odpowiedział z zakłopotaniem.
Frances skinęła głową z uśmiechem i spojrzała na mnie z boku.
- Sophia cię lubiła. Zawsze mi mówiła: "Widzisz tego chłopca? Pewnego
dnia będzie dumny z tego, kim jest i pozbędzie się tej zmarszczki z twarzy. Jest taki przystojny".
- Naprawdę? Dlaczego tak mówiła?
- Chłopcze, patrzyłeś kiedyś w lustro?
Trey przygryzł wargę, by powstrzymać się od bezczelnego uśmiechu, a ten
gest mnie rozbroił. Opuściłam gardę i wzięłam się w garść.
- Mam na myśli bycie dumnym. Kto wie? Sophia zdawała się doceniać w ludziach rzeczy, których reszta z nas nie potrafiła dostrzec. Czy jesteś
dumny z tego, kim jesteś?
Frances zawsze była taka bezpośrednia, mówiła wprost, co myśli.
Trey zamrugał i wzruszył ramionami. Jego wyraz twarzy zmienił się
subtelnie, gdy się nad tym zastanawiał.
- Tak.
Uwierzyłam mu.
- A wcześniej nie?
- Nie.
Znowu mu uwierzyłam i nie mogłam się powstrzymać od patrzenia na niego w inny sposób, ponieważ przez chwilę miałam wrażenie, że chłopca, którego
znałam, tam nie było, a był tam ktoś do niego podobny.
- No i proszę. Widziała coś w tobie. Dlaczego? Nie wiem, może to był
kolejny dar spośród wielu, które posiadała - szepnęła podekscytowana
Frances. Ona też we mnie coś widziała i nie pomyliła się.
Trey musiał zdawać sobie sprawę, że relacja między nią a moją babcią
była bardzo wyjątkowa, ponieważ podszedł i delikatnie ścisnął jej ramię.
- Bardzo mi przykro. Zawsze była dla mnie bardzo dobra.
Frances otarła samotną łzę z policzka i skinęła głową. Potem odwróciła
się i zostawiła nas samych, zabierając ze sobą kawę.
On milczał, ja też. Patrzył na mnie bez słowa. Jego twarz była białym
płótnem pozbawionym emocji, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale
zmieniło się to, gdy rzucił mi twarde spojrzenie.
- Co to było to wcześniej? Jaki masz ze mną problem?
Czy poszedł za mną aż tutaj, żeby mnie o to zapytać? Uniosłam wyzywająco
podbródek, ale zaczęłam czuć się dziwnie i niepewnie, jakbym zmalała
przed nim. Jego oczy świdrowały mnie, ostrożnie czekając, aż coś powiem.
- Jaki mam z tobą problem? Znasz odpowiedź.
Trey uniósł brew. Jego spojrzenie nie wskazywało na to, by miał dojść do
jakiegoś wniosku.
- Znam ją? I co przypuszczalnie wiem?
Zamknęłam oczy, a także usta. Jego pytania były jeszcze większą kpiną
niż jego obecność. Wiedział tak samo dobrze jak ja, w czym tkwi problem,
a to, że stał przede mną, udając niewiniątko, co wcale do niego nie
pasowało, zraniło mnie i odkryło uczucia, które głęboko skrywałam.
Przełknęłam frustrację i podeszłam do drzwi. Otworzyłam je i przytrzymałam, spokojnie stojąc niemal na palcach, by wyglądać na
wyższą, bardziej dostojną, bardziej... wszystko. Był to absurdalny i żałosny wysiłek sam w sobie, ponieważ Trey był dużo wyższy i szerszy ode
mnie, i wyglądał jak mężczyzna, podczas gdy ja wciąż przypominałam
dziewczynkę. Boże, wciąż prosili mnie o dowód osobisty, kiedy wchodziłam
do baru!
Zacisnął szczękę, widząc moje zaproszenie, by odejść drogą, którą
przyszedł. Spojrzał na mnie zwężonymi oczami, lodowatymi i wściekłymi.
Przez milisekundę jego usta wykrzywiły się w uśmiechu, w którym
odnalazłam Treya, jakiego znałam - dumnego, sarkastycznego i egocentrycznego. Takiego, do którego nigdy bym się nie zbliżyła, ale w którym zakochałam się na długo przed tym, zanim dowiedziałam się, jaki
jest naprawdę.
Przeleciał obok mnie jak wichura i zniknął.
Stałam tam przez kilka sekund, wpatrując się w podłogę, czując, jak coś
we mnie znowu pęka. Pchnęłam drzwi i oparłam się o nie, zakrywając twarz
dłońmi. Myślałam, że mam to już za sobą. Myślałam, że kiedy nadejdzie
czas, będę mogła stawić czoło niespodziewanemu spotkaniu.
Ależ to złudne!
Rozdział 3
3
Ludzie zwykli mówić,
że czas leczy wszystko
Umówiłam się z Hayley we włoskiej restauracji bardzo blisko Muzeum Sztuk
Pięknych. Wysiadłam z taksówki i zastałam siostrę czekającą na mnie przy
bramie wejściowej.
Wyglądała pięknie w ciemnych dżinsach, białej koszuli i płaskich butach.
Rozpuściła włosy, które opadały jej na ramiona jak ciemny, lśniący,
kruczoczarny wodospad. Moja siostra wyglądała egzotycznie, z opaloną
skórą i oczami w kolorze obsydianu. Jej rysy były o wiele bardziej
wyraziste niż moje: ostre kości policzkowe i nos, a w podbródku miała
dołeczek identyczny jak Hoyt. W końcu byli bliźniakami.
Powitałam ją z daleka i objęłyśmy się, gdy tylko do niej dotarłam.
Tęsknota za Hayley była czymś, do czego nie mogłam się przyzwyczaić mimo
upływu lat. Często rozmawiałyśmy przez telefon o rzeczach bez
specjalnego znaczenia, prawie zawsze o głupotach, które pomagały nam
pozbyć się przez chwilę zmartwień z pracy czy ogólnie związanych z życiem. Chociaż te rozmowy telefoniczne słabo rekompensowały cały czas
spędzony setki kilometrów od siebie.
- Hayley, wyglądasz pięknie!
- Ty też, siostrzyczko. - Spojrzała na mnie zmartwiona. - Wyglądasz
jednak na znacznie szczuplejszą.
- Nie zaczynaj. Nie umieram z głodu.
- Czy na pewno? Przecież wiesz, że odpowiednia dieta to szczęście dla
naszego ciała. - Przewróciłam oczami tak mocno, że byłam pewna, że
dostałam zeza. Moja siostra była jak jedna z tych matek z obsesją na
punkcie jedzenia i wagi swoich dzieci, tyle że nie miała dzieci, a w centrum jej zainteresowania byłam ja.
- Hayley... - ostrzegłam ją.
- Po prostu się o ciebie martwię. Nie ma nic złego w tym, że chcę się
upewnić, że dbasz o siebie, dobrze się odżywiasz, wystarczająco się
wysypiasz... Starsze siostry robią te rzeczy.
Spojrzałam na nią i skrzywiłam się w udawanej irytacji.
- Jesteś najlepszą siostrą na świecie, wiesz o tym?
- Od czasu do czasu ktoś mi o tym przypomina. - Uśmiechnęła się i oparła
głowę na moim ramieniu.
Kelner wskazał, że możemy wejść i poprowadził nas do jednego ze stolików
na brukowanym wewnętrznym dziedzińcu. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie,
cały czas się uśmiechając. Nie znałam tego miejsca i rozejrzałam się
zaciekawiona. Dziedziniec znajdował się pomiędzy dwoma budynkami i był
udekorowany niesamowitą wystawą wielokolorowych hibiskusów i oleandrów w wiszących koszach. Pięknie. Gdyby Hayley mnie nie zaprosiła, nie sądzę,
bym kiedykolwiek tu trafiła. To była jedna z tych tajemnic, które
skrywało miasto.
Zamówiłyśmy naleśniki z serem i sosem szafranowym na przystawkę, makaron
al pomodoro jako danie główne, czerwone wino oraz chleb z oliwkami i cebulą.
Kelner nie zwlekał z podaniem nam wina i przystawki.
- Zdenerwowana? - zapytałam. Następnego dnia moja siostra nie będzie już
panną.
- Bardzo. W te ostatnie dni mam problemy ze snem.
- Więc co tu robisz? Powinnaś odpocząć przed swoim wielkim dniem. -
Hayley nadąsała się i sięgnęła przez stół, by wziąć mnie za rękę.
- Nie! Chcę spędzić z tobą trochę czasu. Nie widziałam cię od pogrzebu.
Jutro nie będę miała na nic czasu, a w niedzielę mam nadzieję złapać
samolot do Polinezji Francuskiej z moim nowo poślubionym mężem.
Dzisiejszy wieczór jest nasz, siostrzyczko. Tylko my dwie.
Zmarszczyła brwi i spojrzała na swój kieliszek, nagle spoważniała.
- Hayley, wszystko w porządku?
Wykrzywiła twarz, jakby zbierało się jej na płacz i popatrzyła na mnie
błyszczącymi oczami.
- Czuję, że nie powinnam brać ślubu. Powinnam trochę poczekać, odłożyć
to na później. Nie minął nawet tydzień od jej śmierci.
Potrząsnęłam głową i pochyliłam się nad stołem.
- Nie mów tak. Wiesz, że nie chciała, żebyś to odkładała.
- Wiem, ale wciąż...
- To było jej ostatnie życzenie, a ty chcesz wyjść za mąż. Planowałaś
ten dzień od miesięcy, Hayley. Nie powinnaś czuć się źle, realizując
swoje plany.
- Naprawdę tak myślisz?
- Oczywiście, że tak. Nie pozwól, by cokolwiek zepsuło jeden z najszczęśliwszych dni w twoim życiu. Babcia by tego nie chciała. Wiesz,
jaka ona jest... była. - Przytaknęła i spojrzałyśmy sobie w oczy.
- A co z tobą? Czy wiesz, co zamierzasz zrobić? - Westchnęłam i lekkimi
okrężnymi ruchami zakręciłam kieliszkiem z winem.
- Nie mam zielonego pojęcia, co robić. Zdecydowanie o przeprowadzce do
Toronto i studiowaniu literatury zajęło mi tyle czasu, że przekonałam
samą siebie, że to marzenie mojego życia i nic ani nikt mi go nie
odbierze. To miasto stało się moim domem i mam tam wszystko, czego
potrzebuję.
- Ale?
- Nie jestem już pewna, czy to, czego potrzebuję, i to, czego chcę, to
to samo. Próbuję wyobrazić sobie inne życie, w którym wstaję rano i idę
do księgarni. Między odkładaniem książek na półkę i udzielaniem porad
czytelniczych piszę własne historie. - Hayley się uśmiechnęła.
- Brzmi nieźle. Mogłabyś zostać sławną pisarką, sprzedawać miliony
książek, a twoje historie pojawiłyby się na Netflixie, przekształcone w seriale. Lub w filmy, a Charlie Hunnam grałby w nich wszystkich.
Przewróciłam oczami.
- Albo i nie, to bardzo trudne. Tylko nielicznym udaje się coś takiego
osiągnąć. Większość z nich ledwo wiąże koniec z końcem.
- Skromna wersja też mogłaby cię uszczęśliwić. Wciąż pamiętam, jak
waliłaś w tę mamy starą maszynę do pisania, powtarzając jak papuga, że
pewnego dnia zostaniesz pisarką. Pragnęłaś tego z całych sił.
- Wiem, ale dorosłam, teraz to widzę inaczej. - Wzięłam łyk wina i spróbowałam się uśmiechnąć. - Jeśli porównam tę możliwość z tym, co już
mam, czuję się, jakbym się cofała. Ciężko pracowałam, by dojść do
miejsca, w którym teraz jestem, Hayley. I jeśli nadal będę podążać tą
ścieżką, mogę wiele osiągnąć. Za kilka lat mogłabym mieć tytuł magistra
i pracować dla jednego z największych wydawnictw na świecie. Przy
odrobinie szczęścia stałabym się kimś ważnym.
- Ty nigdy nie ceniłaś wysoko tytułu czy wysokiego stanowiska. Ceniłaś
mniej przyziemne rzeczy.
- I nadal to robię. Po prostu... - Zamknęłam na chwilę oczy. - Myślę, że
mam dużą szansę, która pojawia się raz na całe życie i muszę ją
wykorzystać. Udowodnić, że mogę być najlepsza.
- A jeśli jesteś tego taka pewna, dlaczego wciąż się wahasz?
Dobre pytanie. Byłam przekonana, że mam jakiś syndrom, coś wrodzonego,
co uniemożliwia mi bycie zdeterminowaną, odważną i zdecydowaną osobą.
- Nie wiem.
- Może to przez tatę?
Zacisnęłam zęby.
- Od dawna podejmuję własne decyzje, nie myśląc o tacie.
- Ale obie wiemy, że zależy ci na tym, co myśli.
Odwróciłam od niej wzrok i przełknęłam ślinę.
- Niezależnie czy mi zależy, czy nie, nigdy nie będę osobą spełniającą
jego oczekiwania. Mogłabym wyjechać z Toronto i wrócić. Mogłabym
sprzedać księgarnię i podjąć pracę w jego firmie, ale to nie byłoby
wystarczające dla niego. Mogłabym zostać premierem Kanady i nic by to
nie znaczyło dla tego człowieka. Bo problem tkwi we mnie, zawsze tak
było. - Zaśmiałam się z przymusem. - Co ja mu zrobiłam, Hayley?
Lekko zakłuło mnie w nosie i zamrugałam, by powstrzymać się od płaczu.
Westchnęłam z ulgą, gdy kelner pojawił się z talerzami z makaronem, co
uchroniło mnie przed pozostaniem w centrum uwagi. Siostra spojrzała na
mnie, a jej oczy były pełne zrozumienia.
- Nic, kochanie, nic mu nie zrobiłaś. Tata jest skomplikowanym
człowiekiem i odkąd stracił mamę... - Potrząsnęła głową i wzięła głęboki
oddech. - Posłuchaj mnie, nie musisz robić niczego, czego nie chcesz. To
oczywiste, że jesteś w rozsypce i bardzo zdezorientowana. Zapomnij o wszystkim i myśl tylko o sobie i o tym, jak widzisz siebie za dziesięć
lub dwadzieścia lat.
Tak powiedziane wydawało się to proste, ale takie nie było.
- Po prostu nie wiem. W tym tkwi problem, że nie wiem, czego chcę i gdzie widzę siebie za tyle lat. Myślałam, że wiem, ale teraz... -
prychnęłam sfrustrowana. - Nie wiem!
- Za dużo myślisz i w dużej mierze sama sobie to komplikujesz, Harper.
Monety mają tylko dwie strony, podobnie jak odpowiedzi na niemal każde
pytanie: tak lub nie.
Hayley była moim przeciwieństwem i zazdrościłam jej - zawsze taka pewna
siebie, praktyczna i metodyczna. Dla niej świat był pomalowany na
podstawowe kolory. Dla mnie był paletą odcieni, które zależały od
światła, cieni, perspektywy... Dla niej niebieski był niebieski. Dla mnie
mógł to być lodowy błękit, szaroniebieski, indygo, turkusowy... i gubiłam
się wśród tylu możliwości.
Zacisnęłam usta z frustracji. Ona westchnęła i odłożyła widelec na
talerz.
- W głębi duszy to wiesz. Wiesz, czego chcesz, ale wiesz też, że w końcu
rozczarujesz kogoś, na kim ci zależy: babcię, tatę, nauczycieli,
wydawcę, dla którego pracujesz... Bez względu na to, jaką decyzję
podejmiesz, ktoś będzie na ciebie zły.
Zwinęła trochę spaghetti i włożyła do ust. Obserwowałam ją. W głębi
duszy wiedziałam, że siostra ma rację, ale bez względu na to, jak bardzo
zagłębiałam się w siebie, nie mogłam poczuć objawienia, które wskazałoby
mi drogę.
- Hayley, przysięgam, że nie wiem. Nie wiem, co robić.
- Na szczęście nie musisz dziś podejmować decyzji, po prostu upij się ze
starszą siostrą.
Uśmiechnęłam się, czując ulgę z powodu subtelnej zmiany w naszej
rozmowie. Uwielbiałam moją siostrę, bo znała mnie na tyle dobrze, że
wiedziała, kiedy potrzebuję przerwy.
- Nie możemy się upić. Wyobrażasz sobie pannę młodą i jej druhnę
wymiotujące przed ołtarzem? - Posmakowałam odrobinę makaronu. - I biedny
Scott! Czy chcesz, aby to było wspomnienie twojego męża z waszego
wielkiego dnia?
- Dobra, bez alkoholu, ale będziesz chciała litr najmocniejszego, jaki
tu mają, kiedy ci przekażę informację.
Przestałam żuć i uniosłam brwi.
- Jaką informację?
- Tata posadził cię przy kolacji obok Dustina.
- Co?! Dlaczego?! Wie, że zerwaliśmy. Nie mogę siedzieć z moim byłym
chłopakiem. Nie powinien go nawet zapraszać!
- Powiedziałam mu to samo. Ale on uważa, że zachowujesz się jak
rozkapryszona dziewczynka.
- Rozkapryszona! - Nie mogłam w to uwierzyć.
- Myśli, że Dustin to inteligentny chłopak z obiecującą przyszłością w Weston Corporation. Mężczyzna, który jest dla ciebie odpowiedni i który
odpowiednio się tobą zaopiekuje. Tak właśnie powiedział.
Było jasne, że mój ojciec i ja nie mieliśmy do czynienia z tą samą
osobą. Poznałam Dustina w kawiarni niedaleko mojego kampusu
uniwersyteckiego...
- Teoria krytyczna, brzmi fascynująco.
Spojrzałam na niego znad notatek i zmarszczyłam brwi.
- Prawo, jakie to oryginalne!
- Skąd wiesz, że studiuję prawo?
- Zdradziły cię twoje spodnie z zaszewkami. - Roześmiał się i usiadł
przy moim stoliku, podnosząc rękę, by zwrócić na siebie uwagę kelnera.
Przyjrzałam się mu. Miał blond włosy, duże zielone oczy i przyjazny
uśmiech.
- Nazywam się Dustin. Dustin Hodges.
- Harper Weston. Miło mi - odpowiedziałam, ściskając jego dłoń.
Prawie nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęliśmy ze sobą chodzić.
Spotykaliśmy się, aby się uczyć, iść do kina lub na kolację. Podobało mi
się to, jak się czułam w jego towarzystwie. Wszystko było łatwe i naturalne. Komfortowe. Zawsze był słodki. Jego pocałunki, pieszczoty i sposób, w jaki się ze mną kochał.
Do tego momentu ograniczałam się do niezobowiązujących randek. Do
jednonocnych przygód, które nigdy nie były tym, czego oczekiwałam.
Jednak z nim myślałam, że mogę przełamać tę inercję i otworzyć się na
coś więcej.
Po roku Dustin zaczął mówić o wspólnej przyszłości. Nie byłam pewna, co
ta przyszłość ze sobą niesie i nie czułam, że jesteśmy na nią gotowi.
- Daj spokój, pomyśl o tym, śpimy razem prawie każdej nocy, mam tu
więcej ubrań niż w moim mieszkaniu...
- Mam dopiero dwadzieścia jeden lat, Dustin. Nie jestem gotowa na
wspólne życie.
- Ani na stały związek - mruknął.
- Dlaczego nie jesteś zadowolony z tego, co mamy?
- Ponieważ czuję, że nie mamy nic. Przynajmniej nic jasnego. Spotykamy
się od roku, a ja nie znam twojej rodziny. Mam wrażenie, że postrzegasz
nas jako coś przejściowego i to mnie martwi, ponieważ ja widzę cię w mojej przyszłości. - Jak zawsze, gdy zawiodłam kogoś, kto mi zaimponował, ustąpiłam.
- Czy poczujesz się lepiej, jeśli przedstawię cię mojej rodzinie?
Pojechaliśmy do domu na święta i Dustin poznał mojego tatę. Wrócił do
Toronto z ofertą pracy, którą odrzuciłby tylko szaleniec lub ktoś z zasadami. To był początek naszej rozłąki. Zmieniły się jego priorytety,
marzenia i pomysły. Nawet sposób, w jaki na mnie patrzył.
Naciskał na mnie tygodniami, byśmy sformalizowali nasz związek i przeprowadzili się razem do Montrealu. Chciał całego pakietu:
pierścionka, ślubu, domu, dzieci... Zmęczona kłótniami, bronieniem swojej
przestrzeni i życia, które wybrałam, zerwałam z nim. Aczkolwiek na
niewiele się to zdało, naprawdę. Dustin nie chciał zaakceptować zerwania
i wyobrażał sobie inną rzeczywistość, w której po prostu poświęcamy
trochę czasu na to, by ponownie być razem. Na szczęście na początku
kwietnia przyjął pracę i odszedł. Już nie mogłam dłużej znieść jego
nalegań i protekcjonalnej postawy.
Tego, że patrzył na mnie z politowaniem i głupim przekonaniem, że
pewnego dnia zrozumiem swoje błędy i pobiegnę w jego ramiona.
Mógł sobie czekać.
Nalałam jeszcze trochę wina do kieliszków i uniosłam brew.
- Mężczyzna, który jest dla mnie odpowiedni i który się mną odpowiednio
zaopiekuje - powtórzyłam.
Moja siostra skinęła głową i upiła łyk.
- Tak właśnie powiedział.
- Myśli tak, ponieważ Dustin stał się jego pieskiem. Macha ogonem i siada za każdym razem, gdy mu każe. Boże, jestem pewna, że Dustin jest
zakochany w tacie, a nie we mnie. Jestem przekonana, że masturbuje się
do jego zdjęcia.
Hayley wybuchła śmiechem i wypluła makaron, który miała w ustach. Kilka
kawałków spaghetti wylądowało na mojej twarzy.
- Hayley!
Roześmiała się głośniej, próbując wytrzeć mnie serwetką.
- Prze... przepraszam. Masz... masz trochę we włosach -
czknęła. - Chyba nigdy nie pozbędę się tego obrazu z głowy. To
obrzydliwe, Dustin myślący o tacie, kiedy... O Boże!
W końcu zaraziła mnie swoim przejmującym śmiechem. Swoim wiecznym i pobłażliwym uśmiechem. Ścisnęło mnie w sercu. Była moją bohaterką. Kiedy
byłam z nią, wszystkie kawałki układały się na swoim miejscu i przestawałam być inną osobą, ograniczając się do bycia tylko Harper.
Po kolacji poszłyśmy potańczyć do modnego klubu. Dodając jedno do
drugiego, skończyłyśmy, leżąc w parku, kontemplując rozgwieżdżone niebo,
słuchając muzyki unoszącej się w powietrzu z pobliskiego tarasu, żyjąc
tylko tą chwilą. Dopóki nie włączyły się zraszacze i skończyłyśmy
przemoczone, biegnąc boso przez trawnik i nie przestając się śmiać.
Hayley poślizgnęła się, próbowałam ją złapać i obie, kręcąc się,
upadłyśmy. Leżałyśmy tam bez ruchu, ze splecionymi dłońmi, w tym
sztucznym deszczu.
- Tak bardzo chciałabym, żeby jutro była przy mnie, pomagając mi się
ubrać i mówiąc mi, że wszystko będzie dobrze.
- Masz na myśli babcię?
- Nie... Mamę.
Przygryzłam wargę, żeby nie zaszlochać. Hayley miała dziesięć lat, gdy
zmarła nasza matka, a jej wspomnienia były wyraźniejsze niż moje. Jeśli
ja opłakiwałam jej nieobecność, nie chciałam wyobrażać sobie, co czuła w tamtej chwili.
- Będzie tutaj - powiedziałam, kładąc dłoń na jej piersi. Hayley
obróciła się na bok i spojrzała na mnie w półmroku.
- Jesteś do niej taka podobna... - Każdy, kto znał moją matkę, mówił to
samo, jak bardzo byłyśmy do siebie podobne. W moich myślach jej twarz
zawsze była zamazana.
Zlizałam krople wody, które spłynęły mi do ust i wzięłam głęboki oddech,
próbując odepchnąć od siebie wspomnienia tak odległe, że prawie nie
wydawały mi się moje własne.
- Nie chcę się smucić. - Odwróciłam głowę i spojrzałam na Hayley. - Ty
też nie powinnaś.
Uśmiechnęła się i mocno ścisnęła moją dłoń, po czym odwróciła się na
plecy i w milczeniu wpatrywała się w niebo. Zrobiłam to samo i skupiłam
wzrok na gwiazdach, które zdawały się pulsować w kopule naszego miasta.
Było już bardzo późno, kiedy się pożegnałyśmy.
Patrzyłam, jak odjeżdża taksówką, niknąc w oddali i znikając w ciemności. Czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek, zdając sobie
sprawę, że życie toczy się dalej, ludzie przychodzą i odchodzą, zbaczają
z drogi i i oddalają się od siebie, a ja tylko czekałam. I na co
czekałam? Najsmutniejsze w tym wszystkim było to, że nie wiedziałam.
Szłam bez pośpiechu w kierunku domu mojej babci w alei Laval, niedaleko
miejsca, w którym się znajdowałam. Przeprowadziłam się tam po pogrzebie,
ponieważ myśl o przebywaniu w tej samej przestrzeni co mój ojciec, nawet
jeśli tylko przez kilka dni, zabierała mi powietrze z płuc.
Frances spała, a ja starałam się nie hałasować, gdy myłam zęby i rozbierałam się w ciemności. Położyłam się do łóżka, zbyt zdenerwowana,
by zasnąć.
Przytuliłam się do poduszki i mocno zamknęłam oczy. Nie minęło kilka
sekund, gdy się pojawił. Zawsze tak było. Dni, tygodnie, miesiące...
Czasem trwało to dłużej, czasem krócej, ale jego wspomnienie budziło się
we mnie w najmniej oczekiwanym momencie.
Trey.
Ludzie zwykli mówić, że czas leczy wszystko. Nie jest to prawdą. Czas
działa jak przypływ. Czasami jest mały, łagodny i spokojny. Innym razem
wzbiera nagle, gwałtownie i zalewa wszystko na swojej drodze. I tej
nocy, wspominając nasze spotkanie, tonęłam. Tam, w ciemności tego
pokoju, wydawało mi się to tak nierealne mieć go przed sobą, że życzyłam
sobie, by to był tylko zły sen.
Rozdział 4
4
Tata to... tata
- Jesteś jeszcze w łóżku? Czy wiesz, która godzina?
Otworzyłam oczy, a przede mną pojawiła się sylwetka człowieka.
Zamrugałam i odgarnęłam z twarzy zmierzwione włosy. Frances stała u stóp
mojego łóżka, niosąc karton pełen rzeczy. Spojrzałam na nią
zdezorientowana, zmuszając mózg do pracy.
- Co robisz?
- Mówiłam ci, że chcę wykorzystać weekend, aby zabrać część moich rzeczy
do Winnipeg.
To prawda, mówiła mi o tym kilka razy w ciągu tygodnia, ale mój
wybiórczy słuch uparł się, by odfiltrować i odrzucić wszystkie
informacje o jej wyjeździe. Usiadłam na łóżku, wciąż na wpół śpiąc.
Kolory świtu już mnie ominęły, a przez okno wpadało jasne, świetliste
światło.
- Która godzina?
- Godzina dwunasta.
Dwunasta!? - natychmiast otrzeźwiałam.
- O Boże. O Boże... Hayley mnie zabije. Obiecałam jej, że przyjadę
wcześniej. - Wyskoczyłam z łóżka, wzięłam prysznic i ubrałam się w pośpiechu.
Nie traciłam czasu na nakładanie kremu nawilżającego i suszenie włosów.
Wypiłam zimną kawę bez smaku i uściskałam Frances na pożegnanie.
Wkrótce potem żonglowałam, by wsiąść do taksówki bez pogniecenia
mojej sukienki druhny, którą trzymałam w plastikowym pokrowcu.
Taksówkarz, drobny mężczyzna o zmęczonej twarzy, uśmiechnął się do mnie
z lusterka wstecznego. Po podaniu mu adresu, ruszył i w milczeniu
przejechał przez miasto.
Z opartą o okno głową, wpatrywałam się w pasy czystego, bezchmurnego
nieba, pojawiające się między dachami budynków. Opuściliśmy zabudowania
miasta. Cisza, w połączeniu z ruchem samochodu i odgłosami drogi, była
jak kojący balsam, który sprawił, że zamknęłam oczy na kilka minut.
Rodzinna rezydencja znajdowała się w Léry, trzydzieści pięć kilometrów
od centrum Montrealu, po drugiej stronie rzeki Świętego Wawrzyńca.
Przejechaliśmy przez most, aby wjechać do hrabstwa Roussillon, omijając
Kahnawake, rezerwat Mohawków, położony wzdłuż wybrzeża. Zostawiliśmy za
sobą wyspę Saint-Bernard i kilka minut później ruszyliśmy aleją
prowadzącą do posiadłości Westonów. Minęliśmy ochronę i zbliżyliśmy się
do domu pod niebieskim niebem upstrzonym puszystymi chmurami. To był
idealny dzień na ślub w ogrodzie. Wejście było zatłoczone pojazdami
organizatorów, firmy cateringowej, kwiaciarni, zespołu muzycznego...
- Niezłe zamieszanie! To jakaś impreza? - zapytał taksówkarz.
Uśmiechnęłam się i skinęłam głową.
- Moja siostra dziś po południu wychodzi za mąż.
- Gratulacje! Życzę wszystkiego najlepszego.
Podziękowałam mu i wysiadłam z samochodu, wdychając i wydychając
powietrze, jakbym się dusiła. Starałam się zachować spokój, koncentrując
się tylko na tej powolnej, mechanicznej czynności.
Stałam przed frontowymi drzwiami, przedłużając chwilę, by uniknąć
wejścia do tego domu, który zdawał się nade mną dominować. Była to
konstrukcja z kamienia, elegancka, klasyczna, majestatyczna, położona na
krańcu półwyspu z widokiem na jezioro Saint Louis. Budynek z początku
ubiegłego wieku, który przeszedł kilka renowacji, aby stać się
nowoczesną i wyrafinowaną rezydencją. Równie piękną, co zimną.
Tylko ja wiedziałam, jak samotna czułam się wśród tych ścian.
Niewidzialna.
Weszłam zdecydowanym krokiem. Lobby wyglądało jak stacja metra w godzinach szczytu, pełne ludzi, których nigdy w życiu nie widziałam,
wszyscy ubrani w ten sam uniform: czarne spodnie i białe koszule.
Chodzili w tę i z powrotem, zarządzani przez kobietę ze słuchawką w uchu
i iPadem, który ciągle dźgała palcem. Spojrzała na mnie i zauważyła moją
sukienkę.
- Przepraszam, jesteś z pralni chemicznej? - Byłam bliska powiedzenia
"tak", rzucenia sukienki i ucieczki. Zmusiłam się do uśmiechu.
- Nie. Jestem Harper, Harper Weston. Siostra Hayley.
- Ach, oczywiście, przepraszam za nieporozumienie. - Podeszła do mnie,
stukając szpilkami o drewnianą podłogę i wyciągnęła rękę. Jej uścisk był
tak energiczny, że musiałam wstrząsnąć palcami, aby upewnić się, że
nadal mogę nimi poruszać. - Jestem Minerva Compton, organizatorka
imprez. Wesela to moja specjalność. Miło mi cię poznać. - Obdarzyła mnie
swoim najbardziej profesjonalnym uśmiechem. - Hayley poprosiła, żebyśmy
urządziły cię w jej pokoju. Tam zrobimy ci fryzurę i makijaż, a Howard,
mój asystent, wyjaśni, jak będzie przebiegać ceremonia i gdzie będziesz
musiała być w każdym momencie. Wydaje ci się to w porządku?
- Tak, oczywiście.
- Ponieważ nie mogłaś uczestniczyć w próbach, bardzo ważne jest, abyś
była skoncentrowana, by uniknąć błędów. - Westchnęła dramatycznie.
- Bez względu na to, jak doskonała jest
organizacja i wszystko działa płynnie... Jeden prosty błąd i będzie to
jedyna rzecz, którą skomentuje prasa w rubrykach towarzyskich i plotkarskich.
Spojrzałam na nią z boku. Ta kobieta nie potrafiła zachować spokoju.
- Zwrócę na to uwagę. Jestem pierwszą, która chce, aby ślub mojej
siostry był idealny.
- Fantastycznie, moja droga. - Przyłożyła dłoń do słuchawki i przewróciła oczami, po czym warknęła: - Dlaczego nikt nie wie, co ma
zrobić. - Uśmiechnęła się do mnie ponownie. - Miło mi cię poznać,
Harper.
Odeszła, a ja stałam nieruchomo przy schodach prowadzących na pierwsze
piętro, jak przestraszony reflektorami samochodu jelonek. Zamknęłam
mocno oczy, wzięłam głęboki oddech i pospiesznie weszłam po schodach,
nie zatrzymując się ani nie oglądając za siebie. Ukrywając się, jak
zawsze to robiłam w tym domu. Korytarz był opustoszały, więc
przyspieszyłam kroku, stąpając na palcach po dywanie, by nie narobić
hałasu. Drzwi do głównej sypialni były otwarte i zatrzymałam się w miejscu. Wstrzymałam oddech. Nie wiem, jak długo stałam nieruchomo,
wpatrując się w drzwi, czekając, aż mój ojciec pojawi się w każdej
chwili. Próbowałam, ale nie mogłam uniknąć panicznej reakcji. Wyrywała
się ze mnie, pobudzana instynktownym uczuciem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki