Twórczość 9/23 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

9.00 zł
7.47 zł (7,65 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przemysław DakowiczNazywam się Nachum Grzywacz. Nazywam się Dawid Graber

Niemców nie obchodziło, co Żyd robi u siebie w domu. Więc Żyd wziął się właśnie do pisania.    Emanuel Ringelblum

Sierpniowe noce bywają u nas niemal tropikalne. Gdy zapisuję te słowa, jest właśnie jedna z nich - temperatura powyżej dwudziestu pięciu stopni Celsjusza, człowiek przewraca się w łóżku z boku na bok, wstaje, pije wodę, przez otwarte okno wpatruje się w rozgwieżdżone niebo i z trwogą myśli o kolejnym dniu, wreszcie wstaje, zapala lampkę przy biurku, by półprzytomnym wzrokiem zacząć wodzić po równych szeregach liter i próbować rozpalonymi dłońmi wystukać kilka akapitów na klawiaturze komputera.

Jaka była  t a m t a   I C H  noc, spędzona na ciężkiej pracy fizycznej i przenoszeniu na papier ostatnich słów, które wraz z setkami dokumentów złożyli w metalowych pudłach i zakopali pod podłogą - czy równie upalna? W piwnicy dawnej szkoły im. Borochowa panował raczej przyjemny chłód. Płonęły świece? Lampy naftowe? A może zdecydowali się zapalić żarówki - bo nie było tam żadnych okien, okienek, lufcików, przez które ktoś mógłby ich dostrzec z zewnątrz? Pracowali w ciszy czy rozmawiali? O czym? Dzielili się informacjami z minionych godzin? Drugiego sierpnia na ulicy Nowolipki mordowano. Zresztą i po zmroku nie było spokojnie. Abraham Lewin, który mieszkanie miał po przeciwnej stronie ulicy, pod numerem 25, bliżej kościoła św. Augustyna, zanotował następnego dnia: "Trzynasty dzień rzezi. Straszna, widmowa noc. Bezustanna strzelanina [...]. Nie mogłem zmrużyć oka". Więc raczej milczeli i wsłuchując się w kanonadę, w ludzkie krzyki, pracowali łopatami, by zdążyć, by wykonać zadanie, z którego wagi wszyscy zdawali sobie sprawę. Nauczyciel (38 lat) i dwóch byłych uczniów (19 i niespełna 18 lat). Lichtensztajn. Graber. Grzywacz.

Od 22 lipca 1942 roku trwała w Warszawie die Grosse Aktion - pierwszy etap faktycznej likwidacji getta. Każdego dnia co najmniej sześć tysięcy osób prowadzono na tak zwany Umschlagplatz, by następnie w nieludzkich warunkach przewieźć je pociągami do niemieckiego obozu śmierci w Treblince i tam zamordować.

Mieszkańcy getta długo łudzili się, że Warszawa jest miastem relatywnie bezpiecznym. Ba, większa część ludności nie wierzyła w docierające tu pogłoski o obozach w Bełżcu i w Chełmnie nad Nerem. Stanisław Adler, który spisał swoje wspomnienia zaraz po ucieczce z getta w styczniu 1943 roku, stwierdza, że wiadomości tych "nie mogła ogarnąć fantazja normalnego człowieka". Rachela Auerbach, współpracowniczka Emanuela Ringelbluma, mająca dostęp do materiałów gromadzonych przez Oneg Szabat, w tym do relacji naocznych świadków pierwszych etapów Zagłady, robiła wszystko, by nie dopuścić do siebie myśli o najgorszym - jeszcze w pierwszych dniach lipca, po wielkiej egzekucji, w której rozstrzelano sto dziesięć osób, między innym członków żydowskiej Służby Porządkowej, zapisała w swoim dzienniku następujące zdanie-zaklęcie: "bodajby to już było najgorsze z tego, co mamy za sobą i... przed sobą". I nawet w pierwszych dniach Wielkiej Akcji, gdy każdego rana tłumy w asyście policjantów ciągnęły ulicami w stronę Umschlagplatzu, wielu usiłowało to jakoś zracjonalizować - wmawiając sobie, że Niemcy wywiozą jedynie biedotę, niepracujących, starych i chorych. Kiedy 24 lipca rozeszła się wieść o samobójstwie Adama Czerniakowa, prezesa warszawskiego Judenratu, ludzie interpretowali tę śmierć inaczej, niżby należało. "Byliśmy wtedy głupcami - wspominał Henryk Makower - odrzucaliśmy myśl o eksterminacji jako nierealną i niemożliwą".

W nocy z 2 na 3 sierpnia nikt przy zdrowych zmysłach, szczególnie osoby zaangażowane w działalność grupy Oneg Szabat, nie mógł mieć wątpliwości, jaki jest cel niemieckich działań. Właśnie dlatego zdecydowano o ukryciu archiwum. Właśnie dlatego każdy z tamtych trzech w szkolnej piwnicy przy Nowolipki 68 - zanim bezcenny ładunek powierzyli ziemi - sporządził "testament".

Nie znam w literaturze niczego, co byłoby tak mocno związane z teraźniejszym dzianiem się, z tym, co jest. Graber: "Ja żegnam się. [...] Teraz, kiedy to piszę nie można wystawić nosa na ulicę. [...] Musimy się śpieszyć, bo nie jesteśmy pewni godziny. [...] Śpieszymy się. Prawdopodobnie zaraz będziemy zakopywać ostatnią część". Grzywacz: "Jestem w trakcie pisania i jest straszna strzelanina na ulicy. [...] Siedzę i piszę, kiedy dookoła ulice są zablokowane. Słyszymy strzały. Nie wiemy skąd. Ciągle wiozą ludzi na wózkach. Już nie płaczą. [...] Co będzie dalej - nie wiem, bo już za minutę mogę być... 10 minut po wpół do drugiej kończę moje pisanie".

Akt percepcji, akt woli, akt utrwalenia - wszystko równocześnie. Zapisywanie jako gest uobecnienia. Pismo i "rzeczywistość" - przyległe, rówieśne, tożsame. Także: cud kontaktu - bo jeśli rozgrywa się, dzieje,  t r w a,   k i e d y   O N I   p i s z ą,  to  p o w t a r z a   s i ę,   t r w a,   g d y   m y   c z y t a m y.  (Czy w chwili, gdy zwracają się do nas, czytających, stają się mniej samotni? Czy jesteśmy - tam, wtedy - z nimi?)

"Pamiętajcie: nazywam się Nachum Grzywacz".

Przepisuję owo emblematyczne zdanie z najważniejszej polskiej książki (choć lepiej byłoby rzec: księgi) wieków dwudziestego i dwudziestego pierwszego (w kształcie nadanym jej przez Martę Janczewską i Jacka Leociaka ukazała się przed czterema laty, lecz powstawała w latach czterdziestych minionego stulecia, spisywana przez dziesiątki, setki autorów) - z wydanej przez Zakład Narodowy imienia Ossolińskich antologii Archiwum Ringelbluma. Jest gestem fundamentalnej, późnej sprawiedliwości, że wybór z liczącej niemal trzydzieści tomów archiwalnej kolekcji materiałów zgromadzonych przez zespół Oneg Szabat i opublikowanych przez Żydowski Instytut Historyczny, ukazuje się w serii Biblioteka Narodowa, w której wyszły wzorcowo opracowane największe arcydzieła naszej kultury, z Mickiewiczowskim Panem Tadeuszem na czele. Księga ta, podobnie jak Spowiedź Calka Perechodnika i Bunt w Treblince Samuela Willenberga, winna stać się lekturą obowiązkową, jednym z centralnych punktów naszej zbiorowej świadomości.

Samuel Tchorek-BentallOneg Szabat

Siedemnastego kwietnia 1918 roku, w dzień słoneczny i cichy, Majer Bałaban, historyk ze Lwowa, opuścił centrum lubelskiego getta - miejsce, jak później napisał, najbardziej wartkiego życia - i skierował się ku pobliskim pagórkom, na których rozpościerał się stary zaniedbany cmentarz. Idąc niespiesznie ulicą Jateczną, omijał kałuże po wiosennych deszczach i przyglądał się drewnianym domkom, tym rzadszym, mniejszym i bardziej zrujnowanym, im bliżej cmentarza położonym. Od kiedy trafił do Lublina w sierpniu 1915 roku, Bałaban nie przechodził tędy często. W całym mieście brakowało wody, na Starówce i w Mieście Żydowskim nie było kanalizacji, a nieczystości mieszkańców spływały z budynków otwartymi rynsztokami. Nic więc dziwnego, że tu, w najbrudniejszej części miasta, choroby nigdy nie chciały wygasnąć i mimo najlepszych chęci Bałaban, który nigdy nie cieszył się silną konstytucją, zmuszony był ograniczyć swoje badania terenowe do zamożniejszych ulic i placów.

Teraz jednak, kiedy patrzył w górę na zarys miasta wybudzającego się powoli z wojny i widział, jak wieże pobielonych kościołów pięły się ku obłokom, stara synagoga wtulała się w ziemię u podnóża Wzgórza Zamkowego, a Stare Miasto podnosiło do nieba swoje średniowieczne bramy, opuszczone baszty i wieże, szlacheckie kamienice i pałace patrycjuszy, czuł, że jeśli i jemu przyjdzie spocząć u stóp tego pobożnego grodu, który wbrew usiłowaniom kolejnych najeźdźców i reformatorów nie odnowił swojego oblicza od dwóch czy trzech stuleci, to życie jego znajdzie swoje dopełnienie w wieczności lubelskich czarnoziemów.

Nawet rozliczne tablice z napisem Achtung. Fleckfieber, stojące przy bramach i mostach naokoło Wzgórza Zamkowego, nie mogły go odwieść od przekonania, że oto znalazł się w miejscu, które przychylnie patrzyło na jego wymięty garnitur i bladożółtą wychudzoną twarz, tak jak i on, Bałaban, przychylnie spoglądał na jego, Lublina, powykrzywiane domki i bosonogich łotrzyków. Zresztą poza wszystkimi względami duchowymi i - jak zwykli je określać jego austriaccy profesorowie - parapsychologicznymi, pozostawał jeszcze naczelny wzgląd praktyczny, a mianowicie ten, że żadne studium topograficzno-historyczne o treściwym tytule Die Judenstadt von Lublin nie mogło dać zadość swojemu tematowi, nie uwzględniając przy tym okolicznego przybytku zmarłych. A ponieważ w panujących warunkach wojennych nie sposób było dotrzeć do dokumentów i książek niezbędnych do napisania tradycyjnej historii miasta, mniej konwencjonalne źródła, takie jak oczy, ręce, uszy czy nos, nabrały tym większego znaczenia.

Gdy minął drewniany mostek nad Czechówką, nieotynkowany mur cmentarza wyłonił się przed nim spomiędzy rządku gospodarstw oddanych na własność rozlewisku. Na tym odcinku ścieżki Bałaban już nie mógł ochronić swoich butów przed przemoknięciem. Jednak widok czapli szczęśliwie dziobiącej w wodzie przed wejściem do jednego z opustoszałych domków skłonił go do przyjęcia owego przedziwnego uczucia bagnistości, które owładnęło jego stopami, ze spokojem, a może nawet, choć przez chwilkę, z entuzjazmem. Kiedy więc po paru minutach brodzenia w błotnistej wodzie stanął przed domem przedpogrzebowym, od dawna opuszczonym przez żywych i zmarłych, śladu w nim nie pozostało po skrupułach, jakie odczuwał tylko chwilę wcześniej, skręcając w ulicę Jateczną. Nie zatracił się przy tym w widoku drzew i pagórków wznoszących się za cmentarnym murem ani w myślach o ciałach jego rodaków, zwożonych tutaj na przestrzeni trzech stuleci z wszystkich zakątków regionu lubelskiego - kobiet i mężczyzn, młodych i starych, znanych i zapomnianych, grzesznych i bezgrzesznych - a potem starannie mytych, ubieranych i oddawanych opiece wzgórza, aby w spokoju wyczekiwały kresu dni. Mało tego, jak tylko pozostawił za sobą rozlewisko Czechówki, zaczął układać w głowie zdania, którymi zamierzał w swoim studium opisać wrażenia z wycieczki.

Oto otwiera się małą furtkę w murze, wyszeptał pod nosem Bałaban, i wchodzi się na zarośnięty dziedziniec. Teraz ukazuje się widok na zachodnie zbocze wzgórza. Kopy porośnięte mchem wyglądają jak starożytne kurhany. Ścieżka wije się między darniną i pnie coraz stromiej ku górze. Z początku nie widać żadnych nagrobków, ale im wyżej się wchodzi, tym częściej można je spotkać: małe pomniki, zakończone spiczastymi daszkami. Jedne stoją prosto, inne krzywo, a najczęściej leżą po prostu na ziemi, przykryte w połowie krzewami i ziemią. Większość z nich rozsypuje się albo już się rozsypała. Im wyżej, tym gęstszy staje się las, a chaszcze tym trudniejsze do przebycia. Tu i ówdzie jak jelenie rogi sterczą uschnięte korony powalonych dębów. Trześnie kwitną, klony wypuściły już liście, na lipach widoczne są pąki. Wkrótce osiąga się grzbiet wzniesienia ciągnący się wzdłuż całego cmentarza. Stąd przed oczami rozpościera się widok na wszystkie strony. Na północy widać domki przedmieścia Kalinowszczyzna, od południa wznoszą się wieże Starego Miasta i potężne blanki zamku. Po północnej stronie cmentarnego wzgórza znajduje się kotlinka. W kotlince stoją dobrze zachowane ruiny klasztoru franciszkanów. Najznamienitsi mieszkańcy cmentarza spoczywają wzdłuż północno-zachodniej krawędzi nekropolii. Obok rektorów, rabinów i starszych kahalnych leżą tutaj słynni lekarze, słudzy dworu królewskiego, wielcy kupcy i wszyscy ci, którzy odegrali znaczącą rolę w życiu wspólnoty. Teraz ziemia przekrywa ich prochy, a czas i wichury powykrzywiały lub nawet zupełnie powywracały nagrobki. Bluszcz i zielsko oplotły je do tego stopnia, że tylko z największym trudem można się do nich dostać. Stopniowo wietrzeją i zacierają się bogate ornamenty na kamieniach: lwy i leopardy, lichtarze i korony, powalone drzewa i otwarte księgi. W większości przypadków napisy są już nieczytelne. Cmentarz zmierza ku całkowitemu upadkowi.

Choć pokusa była wielka, Bałaban nie zatrzymywał się przy każdym kolejnym nagrobku, żeby odsunąć z niego gałęzie i odsłonić czytelną jeszcze inskrypcję. Nie próbował odczytać napisu na grobie Szaloma Szachny, syna Józefa, męża Boga świętego i strasznego, który przywrócił do dawnego stanu koronę nauki, a tak wielu uczniów wykształcił, że wszystkie pokolenia ziemi z ust jego żyły i wodę jego piły, pokój pomnażał, przewodził ludowi rozproszonemu, a majątek swój szczodrze rozdawał, ani napisu na grobie Bajli, córki Nachuma z Włodzimierza, kobiety poważnej i godnej, skromnej i wiernej Bogu, która poszła do swojego świata, ani napisu na grobie Izraela Horowicza, słynnego, o nieskalanych dłoniach, prawdziwego nauczyciela wszystkich synów wygnania.

Tylko przy jednym nagrobku zatrzymał się na dłużej. Prostokątna stela Jakuba Izaaka Hurwicza, flankowana dwiema przyściennymi kolumnami o gładkich trzonach, nie wyróżniała się zanadto wśród pozostałych, choć na oko była nieco większych rozmiarów i w odróżnieniu od innych miała położoną na sobie znaczną liczbę zmokniętych kartek z nazwiskami. Obszedłszy stelę naokoło, Bałaban najpierw przyjrzał się z bliska wypukłym motywom wyrytym ponad polem inskrypcyjnym - dwóm lwom stojącym na tylnych nogach i ludzkiej dłoni trzymającej dzban - a następnie wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki zeszycik z ołówkiem i zapisał:

Świadkiem jest ta stela, stela

święta, świętości naszego mistrza, naszej mocy,

światła naszych oczu, pragnienia naszych serc.

Niech będzie dusza jego zawiązana w woreczku żywych.

Udręka pamiętania Leszek Bugajski

Powieść Bogdana Wojdowskiego Chleb rzucony umarłym, opus magnum pisarza, ukazała się w 1971 roku. Przez ponad pół wieku jej istnienia w naszej literaturze zyskuje na znaczeniu, mimo że ukazują się wciąż nowe utwory artystyczne i prace dokumentalne na temat Zagłady i życia w gettach. Jednak to zyskiwanie na znaczeniu jest dość dziwne - powieść Wojdowskiego bywa wznawiana, ale przeszła na stronę literackich klasyków. Wie się, że istnieje, że jest ważna, ale rzadko bywa czytana i przypominana w trakcie częstych dyskusji o eksterminacji Żydów w okresie nazistowskiej okupacji. Chleb rzucony umarłym jest w naszej kulturze, ale jakby go nie było. Może dlatego, że stale ukazują się nowe prace badaczy zajmujących się Zagładą, a może dlatego, że po kilku dekadach od wojny na popularności zyskuje dość obrzydliwy nurt literatury - źle to zabrzmi, ale nie ma wyjścia - rozrywkowej, nazywany holo-polo, czyli powieści grozy i w ogóle sensacyjne, których akcja lokowana jest w obozach koncentracyjnych i scenerii wojennych okrucieństw.

Przyszedł taki czas, że okupacyjne losy Żydów są - słusznie - obiektem wnikliwych badań historyków, których wyniki trafiają jednak do dość zamkniętej grupy odbiorców, a jednocześnie czas zabliźnił rany, cierpienia nie są już tabu i zaczynają być wplątywane w świat literackiej zabawy, czego oczywiście rozsądni ludzie nie pochwalają, ale też nie wiedzą, jak się temu zjawisku skutecznie przeciwstawić.

Wojdowski był poważnym pisarzem i człowiekiem ciężko okaleczonym przeżyciami czasu, który spędził jako dwunastolatek w warszawskim getcie. Tym, co tam wtedy widział. I z tym musiał żyć, i z tym, w różny sposób, zmagał się w swojej twórczości. W utworach pisanych jeszcze na początku lat sześćdziesiątych zeszłego wieku (tom opowiadań Wakacje Hioba i powieść Konotop), ale też i tych napisanych po Chlebie rzuconym umarłym widoczne jest zainteresowanie sprawami przegranymi, klęską w różnych jej odmianach. W żadnym utworze Wojdowskiego nie natrafiamy na postać, która by znajdowała szczęście, zdołała choćby tylko uporządkować wiedzę o świecie i swoim położeniu w nim. Miał rację Tomasz Burek, gdy pisząc o pierwszych utworach Wojdowskiego, uznał, że ich prawdziwym tematem jest "bezradność i dezorientacja". I - dodajmy - będąca ich skutkiem depresja, która prawdopodobnie zabiła pisarza (popełnił samobójstwo w 1994 roku).

W opowiadaniu Ścieżka, zapewne napisanym po Chlebie..., Wojdowski pokazuje piętnastoletnią uciekinierkę z getta, która, żeby przetrwać, musi stworzyć własną przeszłość. Ten tekst zaczyna się tak: "Dokąd idzie, wiedziała. Ale skąd idzie - to musi dopiero wymyślić. Musi wymyślić całe swoje życie i tak, by każdy uwierzył. Wysoki mur zasłania tę stronę od tamtej strony. A zasłonić może świat". Myślę, że to zmetaforyzowany opis sytuacji samego Wojdowskiego i powieść Chleb rzucony umarłym była próbą zburzenia tego "muru", który tkwił w jego świadomości i uniemożliwiał mu życie bez wspomnień i traumy. Oddalał się od niego jak bohaterka Ścieżki, wymyślał się na nowo, ale w istocie krążył wokół tego muru po jednej i po drugiej stronie. Może myślał, że wyrzucając z siebie te dramatyczne wspomnienia, wyzwoli się od nich... Nie wydaje mi się, by mu się to udało.

Zabierając się za pisanie Chleba rzuconego umarłym, wiedział, że to, co ma do opowiedzenia, nie potrzebuje żadnych literackich zabiegów, że wystarczy pokazać, co się działo w getcie, i że będzie to miało piorunującą siłę. To, co po latach wydobył z pamięci, chyba jego samego przeraziło, bo wspomniał o ogarniającym go "epickim popłochu". Zwalczyć go chciał prostotą zapisu - niczego nie dodawać, nie komentować, wydobyć tylko zawartość dręczącej go pamięci. Z podobnymi dylematami borykali się przed nim Zofia Nałkowska jako autorka Medalionów i Tadeusz Borowski.

We wstępie do powieści Wojdowski ustawiał się na pozycji tylko i wyłącznie świadka: "Funkcja pisarza jest dzisiaj skromna i prosta. Widzieć ostro, wyraźnie ten świat. Każde spojrzenie może być ostatnim". Nie ukrywał jej autobiografizmu, nawet go podkreślał, nadając bohaterowi swoje prawdziwe imię, zachowując prawdziwy zawód ojca itd. Zbigniew Bieńkowski, recenzując w "Twórczości" Chleb rzucony umarłym, pisał wręcz o "zamachu na epikę" i podjęciu zamiaru niemożliwego do zrealizowania. Oczywiście konsekwentne zatarcie granicy pomiędzy epiką i czystą faktografią nie jest możliwe, ale Wojdowski się do niej zbliżył od strony literatury: to jeszcze jest powieść, ale powieść zbudowana bez fikcji. Jej przynależność gatunkową określa przede wszystkim kompozycja i sposób wybierania materiału, który układał w sceny i miniscenki.

Najogólniej mówiąc, jest to powieść o kresie świata, zagładzie narodu, który nie miał najmniejszej szansy na przeżycie i który był metodycznie i konsekwentnie niszczony. Dla Wojdowskiego prawdopodobnie najważniejsze było w niej odniesienie się do historycznego konkretu, do losu polskich Żydów w czasie okupacji, ale dzisiejsza jej lektura pokazuje, że tkwi w niej zamysł daleko bardziej uniwersalny: pokazanie ludzi w obliczu totalnej zagłady, sportretowanie ich reakcji w sytuacji pod każdym względem ostatecznej. Nie wydaje mi się, by była w literaturze druga taka powieść-donos z wnętrza apokalipsy.

Wszyscy ogrodzeni murem skazani są na zagładę. Początkowo tylko przeczuwają, że będą musieli umrzeć, ale stopniowo złudzenie "Madagaskaru" słabnie, znika nadzieja i wiedzą, co ich spotka. Jednak zanim to nastąpi, czekają ich głód, choroby i upodlenie (pisarz jest bezwzględny w opisywaniu tego wszystkiego). Niczego im nie oszczędzono. Śmierć jest zjawiskiem codziennym, każda chwila może być ostatnią w życiu. Powstaje niesamowity splot sytuacji, konieczności, obowiązków: z jednej strony troska o codzienny byt, zdrowie, jedzenie, z drugiej - świadomość zbędności tych starań, bo już za chwilę może paść zza węgła, z dachu strzał, policjant może mieć po prostu ochotę zabić kogoś czy zamęczyć i wszystko nie będzie miało już znaczenia.

Pod taką presją ludzie różnie się zachowywali. Jedni popadali w apatię i na nią umierali. Inni próbowali żyć w sposób jak najbardziej zbliżony do tego sprzed wojny, by pośród codziennych zajęć zapomnieć o zagrożeniu, w jakim żyją. Jeszcze inni starali się wykorzystać nowe warunki do wzbogacenia się, nie myśląc o tym, co się z ich fortuną stanie. Wojdowski opisał także rodzenie się buntu - młodzi, gdy już wiadomo, że nadzieja umarła, snują w piwnicy marzenia o walce, choć są bezbronni i słyszą dobiegające z ulicy odgłosy wyganiania ich sąsiadów z mieszkań, strzały, krzyki rozpaczy.

Jest też w powieści scena niepojęta z dzisiejszego punktu widzenia. Grupa młodych rzezimieszków, która długo była postrachem okolicy, w sytuacji bez wyjścia zorganizowała spontaniczny wymarsz do transportu, który odjeżdżał do obozu zagłady, wymarsz młodzieńczo radosny, buńczuczny, mimo że wszyscy "szli, wiedząc, dokąd idą". Tu buntem była niezgoda na upokorzenie, bo nie okazali słabości - żaden policjant ich nie dotknął, żaden gestapowiec, szli na swoich warunkach, bo tylko takim marszem mogli zamanifestować swoją dumę. To przejmująca scena, ale wyjątkowa - większość ludzi zobojętniała na cierpienie, na ból innych, na niebezpieczeństwo. Bohater powieści, Dawid, myśli w którymś momencie, że "dorośli są tchórzami z rozsądku". Obok obojętności i straceńczego heroizmu ujawnia się też brutalność, do głosu dochodzi okrucieństwo powodowane życiową koniecznością, choćby głodem zagłuszającym wszystkie moralne skrupuły.

W takiej rzeczywistości, gdzie "śmiałością jest samo pragnienie życia", szybko dojrzewa dwunastoletni chłopak, wcześniej izolowany przez rodziców od prawdy i brutalności. Stopniowo przystosowuje się do otoczenia, ale nie zatraca się w nim. Przeciwnie, kiedy kultura nic nie znaczy, kiedy upadają obyczaje, on je - na tyle, na ile może - ratuje w sobie. Nie bez znaczenia jest to, że musiał przezwyciężyć strach i przekradać się przez mur na aryjską stronę po żywność. Im częściej to robi, tym bardziej jest pewny siebie i tym bardziej czuje się oderwany od rzeczywistości getta. Nie ucieka od niej, lojalnie zawsze wraca, bo wie, że spoczywa na nim odpowiedzialność za rodzinę, którą i tak ostatecznie traci. Zachowuje, mówiąc górnolotnie, swoje człowieczeństwo, choć bierze udział w wyprawie po złoto na cmentarz oraz podpatruje sceny odrażające i tragiczne.

Wojdowski - jak się zdaje - napisał tę powieść także po to, by powiedzieć, że w każdych warunkach, których się nie wybiera, można ratować i ocalić to, co się da, z samego siebie. Podobnie pisał o ludzkiej kondycji lat wojennych Jan Strzelecki w Próbie świadectwa, wydanej w tym samym roku co Chleb rzucony umarłym. Tyle tylko, że wspomnień to nie zmazuje, traumy pozostają. I dręczą.

Nie bez powodu, przygotowując w 1978 roku wybór 7 opowiadań, umieścił Wojdowski na jego końcu, czyli w roli puenty, opowiadanie Worek. W ostatnim akapicie są takie zdania: "Na Ceglanej, Ciepłej, Grzybowskiej i na Walicowie znikają ostatnie rudery, resztki kalekich murków, pamiętne miejsca. Rosną wyniosłe bloki ze szkła i betonu [...]. O, zaułki małego getta, nie ma was. Miasto ruin, oglądam w dręczących snach, gdzie się podziało?". No właśnie, pamięć nie odpuszcza i dręczy.

Tomasz Titkow

Abaddon warszawski(fragment minipowieści)

To miasto jest moje.

Moje.

Przenikam je, nie będąc widzianym. Kiedy tylko chcę.

Znam jego cień. Uroczyska mroku. Kanały pełne rozdętych trupów. Zrujnowane piwnice, gdzie gwałconym kobietom podrzynano gardła. Pamiętam niemowlęta rozbijane kolbą karabinów. O ściany rozbijane. Bo po co marnować nabój. Es sei nicht praktikabel.

I popiół, popiół. Smak popiołu w powietrzu.

Całopalenie. Jego woń. Wciąż, wszędzie.

Znam. Pamiętam.

Objąłem miasto w posiadanie. W stalowych żuchwach przemielone. Perzynę, po której przeszedł płomień.

A w nim, tu i tam, te figurki w kanciastych hełmach. Na pasach wyryte "Gott mit uns".

Gott. Ciekawe jaki.

Ich grupki pośród ruin, ogniem z miotaczy rzygające. Jeszcze i jeszcze. Jeszcze im nie dość.

Widzę ich. Są moi.

Moi.

Ruiny Warszawy. Październik '44. Poznańska.

Mniej więcej dwudziestu. Saperzy z Brandkommando. Nie wystawili czujki, pewni siebie. Tym lepiej. Część rozsiadła się w podwórzu. Miotacze na bok, na bok broń. Leniwy szwargot. Rozpięte bluzy feldgrau, zakurzone. Manierki przy ustach. Chciwie. Ciepło im nie tylko od rozgrzanych miotaczy ognia. Słońce grzeje, choć niewysokie.

Uważać, żeby nie dostrzegli mojego cienia w prześwicie okna.

Paru łazi po zrujnowanych mieszkaniach. Jeden znalazł srebrną paterę. Inny etolę z lisów, otrzepuje ją z pyłu i sadzy. Bawcie się, bawcie. Zaraz wam zagram.

Czekać.

Czekać.

*

Sakwojaż ląduje wśród szwabów. Podnosi tuman pyłu. Szwargot, zdziwiony tym razem. Feldfebel poirytowany nawet. Patrzy w górę i coś tam szwargocze, że Fritz, może już starczy tego szabru? Ale o co chodzi, herr feldfebel, mówi Fritz. Ten od patery. Unosi hełm, drzemał, tu obok, patrzy zdziwiony. Sakwojaż. Podchodzą. W ostatniej chwili feldfebel coś przeczuwa. Gest, żeby nie. Za późno. Któryś otwiera. Detonacja. Optymalny moment, bo zgromadzili się wokół, gównoryje.

Opada kurz. Jatka, wedle planu. Urwane nogi, ręce, flaki, jucha.

Dobrze dobrany ładunek.

Jeden, bez nogi, ale jeszcze się czołga. Biorę na cel, dokładam poprawkę. Głowa, czerwony rozbryzg.

Jednego mniej.

Za trupem na murze resztki plakatu, jeszcze z powstania. "Każdy pocisk - jeden Niemiec".

Otóż to.

Odchodzę od okna.

Jeszcze tylko wizytówka i chodu.

*

Skrzyp. Skrzyp. Chrzęst. Powolne kroki na zasypanej gruzem klatce. Ostrożne. Idą, boją się. Pięciu. Szmajsery gotowe do strzału. Do mieszkania, osłaniając się. Pokój z oknem na podwórze. To tam. Dowódca daje znak. Żołnierz przełyka ślinę. Do środka, szmajser warczy krótką serią. Wchodzą. Nikogo. W pozbawionym szyb pomieszczeniu, martwo powiewa strzęp firanki. I tylko napis, napis na ścianie. Patrzą.

Potem po sobie.

Scheisse. Znowu on.

*

23 października '44, niemiecka komenda Festung Warschau.

Że jak, poruczniku? - Sternberg odwraca się od rozłożonej na biurku mapy. Wypuszcza dym wąską strużką, poirytowany. Major Wehrmachtu o prezencji pruskiego junkra. Co najwyraźniej robi wrażenie na stojącym obok niego poruczniku Kohlerze.

Kohler plącze się w związku z tym.

No, że szukał, sprawdził i wychodzi na to, że pseudonim bandyty jest, no, z Biblii. I że chyba znaczący.

Sternberg zżyma się, do rzeczy poruczniku.

"Abaddon" to anioł czeluści, tłumaczy Kohler. Czeluści, względnie otchłani. Lub przepaści, zależnie od tłumaczenia. I jeszcze - "niszczyciel światów", tak przynajmniej mówi Apokalipsa.

Kohler mimo wszystko oczekuje pochwały za wnikliwe zbadanie tematu.

Jednak Sternberg krzywi się.

Pompatyczne bzdury, cedzi. I znów, chmura sinego dymu. Kohler ośmiela się poczynić uwagę, że ta bzdura zabija. Sternberg - dwie pionowe zmarszczki u nasady nosa. Ilu, pyta.

W sumie czterdziestu sześciu naszych, ponad stu ranił.

Sternberg, ponownie grymas. Gasi papierosa w ciężkiej srebrnej popielnicy. "Dar od wujostwa Czapskich". Zdobyta na Polakach, jak wszystko w tym mieście.

Schemat zawsze ten sam? Pułapka, podpucha?

Kohler kiwa głową. Wszystko precyzyjnie zaplanowane, niestety. Bandyta wie, jak uderzyć, by spowodować największe straty.

Saper. To nie pytanie, ale Kohler odpowiada.

I to bardzo zdolny. No i nigdy nie powtarza schematu pułapki.

Sternberg trze czoło. Zamyślony patrzy na mapę. Musi być cały czas blisko. Obserwuje nas. Co uważacie, Kohler? - Sternberg podnosi wzrok.

Niemniej jednak sam pozostaje niewidzialny, ośmiela się dokończyć Kohler. Jest jak duch.

Sternberg patrzy na Kohlera z irytacją. Proszę bez mistyki, panie poruczniku.

Kohler unosi się honorem w stosownych proporcjach. Powtarzam tylko, co zaczynają szemrać żołnierze, mówi.

A żołnierze się boją.

Tym razem na twarzy Sternberga już nie grymas, a pogarda.

Kohler nie doczekuje riposty, która ma go zmiażdżyć, bo otwierają się drzwi i wchodzi pułkownik.

Przesadnie zamaszyście, ocenia Sternberg.

Teatralnie.

Pułkownik jest niski, baryłkowaty i zmęczony. Rozlane rysy jakoś zebrane skórą twarzy. Kolejny cywil nieudolnie wciśnięty w mundur, myśli Sternberg. Ale wraz z Kohlerem wypręża się w przepisowej postawie.

Witam panowie, mówi pułkownik, a głos ma bardziej znużony niż jego zaczeska. Gestem daje znak na spocznij.

Kohler, skwapliwy, dokonuje prezentacji. Herr Oberst, to major Sternberg, właśnie przyjechał z Berlina.

Podają sobie dłonie. Pułkownik patrzy na Sternberga. Życzliwy, choć oczka rozbiegane. Że się cieszy, oznajmia. Dowództwo jest zdania, że pomoże nam pan w kłopocie, że tak powiem, dodaje.

Sternberg wypręża się. Nie z szacunku dla tego bawarskiego, sądząc z akcentu, kmiota, lecz dla stopnia, natürlich.

Moje siły i doświadczenie są do pańskiej dyspozycji, pułkowniku, deklaruje sztywno.

Pułkownik - ironiczna mgiełka w tych cywilnych oczkach. Pieprzony Prusak, galanteria, junkierska go mać, myśli sobie. Ale ustosunkowuje się przyjaźnie.

Wiele o panu słyszałem.

Sternberg - nieokreślony gest. Nie wypada mu się chwalić.

Stalingrad, kontynuuje pułkownik, było ciężko?

Sternberg przez chwilę jakby nie słyszy pytania. Potem wygląda przez okno. Patrzy na wypalone ruiny, kikuty kamienic, rumowisko. Przenosi wzrok na pułkownika.

Mniej więcej tak jak tu, Herr Oberst.

Pułkownik - uśmiech, bo wyniosły Sternberg jakby mówi na zgodę.

Racja, zgadza się pułkownik.

Z tym, że tam, w ruinach i piwnicach, kryły się setki ruskich żądnych naszej krwi, dorzuca Sternberg. A tu, zdaje się, mamy do czynienia z pojedynczym bandytą?

Kurtuazyjny ton tylko podbija rangę obelgi. No i ten "pojedynczy bandyta". Prawie słychać, jak pułkownik zgrzyta zębami.

Kohler zaintrygowany. Ci dwaj wezmą się za łby? No, nieźle. Jednak pułkownik wybiera ojcowski wariant "o czymś nie wiesz, synu". Jego twarz na chwilę traci granice, rozlewając się w wyrozumiałym uśmiechu.

Jestem pod wrażeniem pańskiego bojowego ducha, panie majorze. Ale, ponieważ jest pan tu nowy, pozwolę sobie zauważyć, że ten bandyta jest dość szczególny.

Bandyta to bandyta, metalicznie i bezosobowo chrzęści Sternberg w odpowiedzi.

Pułkownik reaguje zmęczonym westchnięciem.

Chyba go pan jednak nie docenia, majorze.

Gdyby Sternberg był źle wychowany, wzruszyłby tylko ramionami. Ale przecież nie jest.

Nigdy nie lekceważę swoich przeciwników, mówi uprzejmie. Dlatego zawsze wygrywam.

Do diabła, myśli Kohler. Co za gość.

*

1 listopada '44, Śródmieście.

Stoją okaleczone, podpierając się wzajemnie. Tej wszystko zapadło się do środka, może dostała bezpośrednie trafienie z karla. Z tej obok sterczy tylko osmalone lico. Czarne ślady pożogi wokół rzędów okien. Naprzeciw podobnie. I dalej. Czarny szpaler pustych oczodołów. Jak plaster w gnieździe monstrualnych pszczół.

Gzymsiki, frezy, ryzality, te wszystkie cuda, cały szyk, leżą na dole w rumowisku. Ciałem się stały przepastnych hałd zalegających światło ulic. Rozbite, strzaskane, pomieszane.

Starte.

Ceglasto-rdzawy proch. Zmieszany z sadzą i popiołem.

Trzeba na niego uważać, zwłaszcza, gdy pada. Przylepia się do podeszw i zostawia się ślady.

Ja nie zostawiam.

*

Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec. Niesie się wśród ruin. Dziarski marsz i dziarski śpiew. Tych jasnych synków, sprzed lat, zanim wyszli z czarną bronią w noc. Morze nasze morze. Martwota ruin rezonuje echem.

Mamy rozkaz cię utrzymać albo na dnie, na dnie twoim lec.

Już biegną. Roztrącając nieruchome, podszyte mrozem powietrze listopadowego ranka.

Pluton SS, jak sądzę. Dowódca wściekły, ponagla ludzi.

Tam! - pokazuje.

Wpadają w bramę. Nad nią resztki szyldu, zarys kapelusza. Naprzeciwko Jabłkowskich.

W podwórku są już inne szkopy. Wehrmacht, w sile drużyny.

Z bronią gotową do strzału i w lekkim osłupieniu.

Na parapecie okna na trzecim piętrze stoi gramofon.

Gra-mofon.

Z jego powyginanej, przestrzelonej tuby spływają w dół melodia i słowa.

Albo na dnie, z honoooooorem lec. Z honorem lec.

Obok, na dźwigarze nieistniejącego balkonu, wisi kukła Adolfa. Na szyi tabliczka po niemiecku: "Kurwi syn, bandyta i Żyd".

A co.

Szwaby patrzą po sobie. I na dowódcę. Cykoria, oczywiście, no, ale przecież nie wypada, żeby tak wisiał, no, nie wypada. Ich grdyki góra-dół, w ustach sucho chyba, wciąż oblizują, nie chcą tu być, nie chcą. Na dowódcę, prawie błagalnie, znów. Ale ten wbił lornetkę w oczodoły.

Czujny. To gorzej.

Na podwórko wpadają ci z SS. Panterki mieszają się z feldgrau. Dowódca tamtych podchodzi wściekły. Pienisty szwargot.

Dlaczego pan tego nie zdejmuje, do cholery?!

Wehrmachtowiec patrzy na esesmana z niechęcią. Nie salutuje, może są równi stopniem albo już ma to gdzieś.

To może być kolejna zasadzka tego bandyty, mówi. Jesteśmy po prostu ostrożni.

Jesteście tchórzami! - szczeka tamten.

Ten z Wehrmachtu, głowa lód. - Rozumiem, że SS chce wykazać się odwagą?

Słyszę go dobrze i za ten wist ma u mnie punkt. Ale szkoda mi go nie będzie.

Esesman, co jest do przewidzenia, piekli się jeszcze bardziej. Odsunąć się! Macha do swoich. Werner, Klose, Beyer - na górę! Reszta - ubezpieczać!

Trzech szkopów zaczyna piąć się w górę zrujnowaną klatką.

Albo na dnie...

albo na dnie...

albo na dnie...

Płyta zacina się. Upiorny pogłos w studni podwórka. Dowódca z Wehrmachtu przygryza wargi. Esesman spogląda na niego z pogardliwym uśmieszkiem. Reszta żołnierzy patrzy, patrzy w górę. Jednak ciekawość, mimo wszystko.

Tamtych trzech powinno być już w połowie schodów. Ci na dole zastygli.

Dobry moment.

Gałka detonatora, ciepła od mojej dłoni. Przekręcam.

Z wnętrza kamienicy dochodzi głuche - puff... Nie tyle eksplozja, co tąpnięcie. Olbrzyma pierdnięcie. Frontowa ściana zaczyna się osuwać. Najpierw ze szmerem, potem z łoskotem, narastającym, wali się na szkopów. Wszystkich szlag. Cetnary gruzu precyzyjnie formują nagrobek. Walhalla kanciastym łbom.

Byczo.

S.A. Gołębianka

Haman1)

Ruth, Uri i Staszek żyją w serdecznej przyjaźni. Wprawdzie przyjaźń ta datuje się od niedawna, bo dopiero przed trzema tygodniami Ruth i Uri przyjechali z Palestyny.

Rodziców ich wysłano na robotę w Golusie2) na czas dłuższy, więc postanowili zabrać dzieciaki ze sobą. Mali Palestyńczycy źle się czują. Wąskie podwórko dużego domu przy ulicy Bonifraterskiej nie wystarcza przyzwyczajonym do przestrzeni i swobody dzieciom. Tym większy żal, że tuż za bramą place niezabudowane, potem duży ogród, wreszcie tor kolejowy i słychać turkot przejeżdżających bardzo często pociągów. Ale bramy przekroczyć nie wolno. Zakazali rodzice. Wprawdzie Uri mocno oponował, wiedząc, że przecież w Jaffie wszędzie sam chodził, ale matka orzekła, że tutaj to co innego.

Dlaczego?

No chociażby dlatego, że nie znają języka.

Rodzice większą część dnia spędzają poza domem. Ruth i Uri zostają z Chaną. Rano Chana wysyła dzieci na podwórko, bo musi sprzątać i obiad gotować. Od czasu do czasu wychyla głowę z okna i sprawdza "Uri, Ruth!". "Jesz" odpowiadają dziecięce glosy. Ale jest coraz nudniej. Wszystkie zakamarki podwórka zbadane, nic już nie ciekawi Ruth. Uri coraz bardziej tęskni do swego ganu3). Nie ma tu dzieci, teraz wakacje: część na koloniach i półkoloniach, a reszta - któż by siedział w ciasnym podwórku, kiedy tuż za bramą ma się takie cudeńka.

I oto, jak opatrzność, zjawia się ośmioletni obywatel z Placu Broni, syn dozorcy domu.

Pozostanie nadal niezbadaną tajemnicą, jak się porozumiewały dzieci ze sobą.

Dość, że pierwsza bez wiedzy rodziców wycieczka poza bramę odbyła się pod wysokim protektoratem Staszka.

Dzieciaki wróciły zachwycone. Zwiedziły i spenetrowały cały park Traugutta, przyglądały się przejeżdżającym pociągom, zapoznały kolegów Staszka. Wreszcie Stach został przedstawiony rodzicom, zyskał zupełne ich zaufanie i tytuł nadwornego tłumacza, bo dzieci załatwiały z nim dla Chany mniejsze sprawunki w sklepiku, a mały jasnowłosy aryjczyk zawsze wiedział, o co im chodzi. Palestyńczycy wzbudzili niebywałą sensację wśród towarzyszy Stacha.

Co ja za jedne? Że to nie polskie to się wi, bo ani rusz dogadać się z nimi nie można, że nie żydowskie no, to murowane, bo kiedy duży Bronek chciał z zabawy wyłączyć Ruth, jako dziewczynkę, to Uri tak go palną pięścią w nos, że Bronkowi świeczki w oczach zatańczyły.

Gdzieżby żydziak był taki czupurny?

Orzekli wreszcie, wraz ze Staszkiem, że to chyba jakieś tureckie albo indiańskie dzieci i przyjęli je do swego grona. A po tygodniu Uri stał się faktycznym wodzem małej gromadki andrusów z parku Traugutta i Placu Broni. Rozkazy wydawane przez niego były zawsze poparte żywą gestykulacją, w rezerwie był zawsze Staszek, a wreszcie jakoś się porozumiewano. Ruth dzielnie sekundowała chłopakom we wszystkich zabawach, a po nauczce otrzymanej przez dużego Bronka nikt nie śmiał oponować przeciwko jej udziałowi. Zresztą cieszyła się specjalnymi względami Staszka, który miał wielki mir wśród bosej gromady.

Pewnej niedzieli przyniósł Wicek wielką wiadomość. Tuż za torem kolejowym Dworca Gdańskiego, znajdował się duży ogród. Corocznie mieściły się w nim półkolonie dzieci żydowskich. Obecnie część ogrodu została oddana pod budowę, nazwozili cegieł, desek, kamieni, piasku, ale jeszcze nie zaczęli pracować. Nikt placu nie pilnuje. Pyszna byłaby na nim zabawa. Ale przewiedziały się już o tym te żydziaki. Cała ich tam gromada. Ustawiają namioty i budy z desek, budują twierdze z cegieł piasku. Trzeba ich przepędzić. Odbyła się wojenna narada. Dowództwo powierzono Uriemu.

Ruth ofiarowała wojowniczemu oddziałowi swą chorągiewkę z ganu, na której była wyhaftowana menora.

Nazajutrz miano rozpocząć walkę. Na czele oddziału kroczył Uri, za nim Staszek i Ruth trzymająca dumnie sztandar.

Zaczęło się od pertraktacji. Prowadził Staszek.

- Żydziaki wynośta się stąd.

- Dlaczego? - oponował przywódca żydowskich chłopców Szmulek - my pierwsze tu byli.

- Jak nie pójdzieta po dobroci, to wam sprawimy takie lanie, że popamiętacie.

I nie czekając na odpowiedź, zameldował wodzowi, że po dobroci oddać nie chcą. Uri dał znak do walki, chłopcy żydowscy nie przygotowani na to zaczęli uciekać. "Tchórze", krzyczał z pogardą Uri.

Zatknięto chorągiew z menorą na zdobytych na żydziakach szańcach. I rozpoczęła się naprawdę pyszna zabawa.

Stosownie do rozkazu wodza żadnego z wrogów nie dopuszczano na teren zawojowanego placu.

Żydziaki smutno patrzyły z daleka na zabawy rówieśników.

"A to największy z nich Haman" - wskazywali palcem na Uriego.

A tymczasem nadciągała jesień. Minęły szybko trzy miesiące, przeznaczone na pobyt w Golusie. Trzeba było wracać do kraju. Ruth i Uri cieszyli się z powrotu, a jednocześnie żal im było bardzo Staszka, kolegów i zdobytego za torem placu. Toteż Ruth stojąc na peronie przed pociągiem odjeżdżającym do Gdańska, obejmowała z płaczem pochlipującego Staszka.

"Staszek jakiri, Staszek drogi".

A żydziaki z placu cieszyli się ogromnie z wyjazdu "Hamana".

Pierwodruk: "Ewa", R. 4, nr 38 (27 września 1931)

 9/2023

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Przemysław Dakowicz (zastepca redaktora naczelnego, poezja, ksiazki poetyckie),

Wojciech Kudyba (eseje),

Wojciech Łysek (redakcja, korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Antoni Winch (proza).

SEKRETARIAT:

Małgorzata Brodacka

ADRES REDAKCJI:00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16,tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52,e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl

WYDAWCA:Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2023 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Ceny na rok 2023:numer pojedynczy - 13 zł;numer łączony 7/8 - 20 zł;prenumerata półroczna - 75 zł;prenumerata roczna - 150 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 SWIFT CODE: GOSKPLPW Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską. za pośrednictwem RUCH S.A.: Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.plWYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI" są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi) oraz nexto.pl (pdf) i e-kiosk.pl.

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

Adam Komorowski"Ostało się tylko to drzewo".O dramatach Wiesława Myśliwskiego

Wiesław Myśliwski: Złodziej. Klucznik. Drzewo. Requiem dla gospodyni. Wydawnictwo Znak, Kraków 2023, s. 496.

Kilka lat temu przyszła do nas, do domu w Krakowie, Andrea Pensado. Poznaliśmy się, gdy w latach osiemdziesiątych minionego wieku studiowała kompozycję na krakowskiej Akademii Muzycznej. Nie widzieliśmy jej kilkanaście lat, że nie wróciła do ojczystej Argentyny i mieszka w Bostonie - wiedzieliśmy. Przyleciała do Krakowa na tydzień, ponieważ wykonywano jej utwór, i przyszła nas zaprosić. W czasie kolejnego spotkania, tuż przed odlotem, poprosiła mnie, abym jej polecił jakąś współczesną polską powieść. Pełen obaw, czy poradzi sobie z polszczyzną, z którą od lat nie miała kontaktu, wręczyłem jej właśnie wydany Traktat o łuskaniu fasoli. Byłem zaskoczony, gdy w niespełna miesiąc później otrzymałem obszernego mejla (oczywiście po hiszpańsku, z pisaniem po polsku zawsze miała kłopoty) nie tylko pełnego zachwytów nad powieścią Wiesława Myśliwskiego, lecz także dopełnionego opowieścią o jej dziadku, włoskim anarchiście, który wyemigrował do Argentyny. Ta powieść miała pomóc jej zrozumieć dziadka, który popełnił w wieku osiemdziesięciu lat samobójstwo, i uświadomić sobie, jak ważną osobą był w życiu jej i całej rodziny. Pisała, że Myśliwski jest tłumaczony na angielski i nie tylko przeczytała Stone upon Stone (czyli Kamień na kamieniu), lecz także zachęciła do lektury amerykańskiego męża.

Spotkanie Andrei z pisarstwem Myśliwskiego uświadomiło mi, że należy on do pisarzy doskonale obchodzących się bez komentarzy, interpretacji czy analiz. Lawinowo narastająca literatura (?) o jego twórczości, całe nasze krytyczne wymądrzanie się (w tym moje) wydało mi się uleganiem pokusie odwiecznej hybris, arbitralnego przypisywania sobie władzy sądzenia, które w przypadku bohaterów tragedii greckiej i Złodzieja prowadzi do nieszczęścia.

Czytelnikom Myśliwskiego ani wymądrzanie się na temat jego pisarstwa, ani wprowadzenia nie są potrzebne. Nie potrzebują znajomości kultury i literatury polskiej, by doświadczyć pełni zrozumienia i przeżycia estetycznego. Myśliwski należy do nielicznych pisarzy, którym należy pozwolić na całkowicie suwerenny kontakt z czytelnikiem. W takiej sytuacji krytyk, w zasadzie zbędny, ma dwa wyjścia. Pierwsze, to nasłuchiwać głosów czytelników, śledzić recepcję. Drugie, to próbować wyjaśnić, nie innym, ale samemu sobie, dlaczego lektury dzieł tego pisarza są ważne i poruszające bez uzurpowania sobie kompetencji uprzywilejowanego wglądu. Ponieważ obcowanie z tą twórczością wyzwala u czytelnika potrzebę podzielenia się doświadczeniem lektury (w tym przypadku dramatów), której ulegam, pozostaje mi drugie wyjście.

Nie twierdzę, że każdy czytający książki Myśliwskiego ulega ich urokowi i piękno narzuca mu się z "bezwzględną i bezinteresowną koniecznością" (Immanuel Kant). Reakcje niechęci i skrywanej odrazy są częste i potwierdzają, że jest to pisarstwo budzące emocje, przed którymi chcemy się bronić, najczęściej wskazując na anachroniczność bohaterów (np. Przemysław Czapliński). Szukającym potwierdzenia obietnicy/iluzji nowoczesności, że dola człowieka i jego dobrostan zostaje uwolniony od historii, losu, przeznaczenia i przypadku, a zależy od sprawnego zarządzania i odpowiednich procedur, to pisarstwo zawsze będzie sprawiać kłopot. W naiwnym optymizmie zapominają, że zarządzanie i procedury mogą przybierać bardziej demoniczną postać aniżeli fatum, los, przeznaczenie i przypadek, o czym pamiętał Franz Kafka.

Kultura i literatura podlegają turbulencjom mód i skłonni jesteśmy traktować nieuleganie im jako anachroniczność. Myśliwski anachroniczny nie jest, ale modom nie ulega. Zebrane i wydane, po raz pierwszy w jednym tomie, jego cztery dramaty: Złodziej (1971), Klucznik (1978), Drzewo (1988) i Requiem dla gospodyni (2000) pokazują to wyraźnie. W przypadku dwóch pierwszych można mówić o ostentacji przywiązania do tradycyjnego teatru, dla którego najważniejszy był bohater, konkretny człowiek, charakter i jego głos.

A przecież czas, w którym powstawały, był okresem, gdy tekst traktowany był jako pretekst do zabiegów inscenizacyjnych. W Polsce to czas teatru Tadeusza Kantora, Jerzego Grotowskiego i Józefa Szajny, by wymienić najbardziej znanych twórców. Konstanty Puzyna twierdził: "Nie tekst jest ważny w spektaklu, tylko treść". Ludwik Flaszen był jeszcze bardziej radykalny, utrzymując, że w płynnej rzeczywistości, gdzie "wszystko pozostaje w nieustannym ruchu i przemieszaniu", dialog staje się niemożliwy. Teatr miał wrócić do czegoś pośredniego pomiędzy oczyszczającym rytuałem a liturgią.

Samuel Beckett i Tadeusz Różewicz potrafili ukazać klęskę tekstu i słowa w świecie współczesnym jako dramat, ale ten trop szybko uległ kodyfikacji w formule teatru absurdu, który stał się odpowiednikiem dawnych komedii salonowych. Pierwszym, który zdał sobie z tego sprawę, był Różewicz, kończąc, niemal w tym samym czasie, kiedy Myśliwski napisał Złodzieja, zadziwiająco tradycyjny arcydramat Do piachu. Teatr, usilnie dążący do uwolnienia się od tyrani tekstu i słowa, nie był na to gotowy.

W swoich sztukach Myśliwski pozostawiał reżyserom i scenografom minimalne możliwości ingerencji, praktycznie sprowadzające się do wyakcentowania wypowiedzi którejś postaci. Może to było powodem, że często woleli korzystać ze scenicznych adaptacji i inscenizacji jego powieści aniżeli dramatów. Sztuki Myśliwskiego wymagają doskonałego aktorstwa, przede wszystkim dziś niedocenianej sztuki emisji głosu, takiej artykulacji słowa/tekstu, która podporządkuje sobie pozajęzykowe środki aktorskiej ekspresji. Na coś takiego teatr nie za bardzo jest przygotowany. Jerzy Trela był fenomenem wyjątkowym.

Postaci jego dramatów konstytuują się na poziomie artykulacji tego, co mówią i jak mówią. Są to sztuki akustyczne. Reżyser jego dramatów nie musi mieć wielkiej wyobraźni, ale słuch doskonały jak dyrygent. Tym bardziej że Drzewo przypomina Symfonię pieśni żałobnych Henryka Mikołaja Góreckiego. O niej też mówiono, że jest anachroniczna.

W przypadku powieści obecność narratora pozwala na mediację, która łagodzi najbardziej przeraźliwe oblicze prawdy o świecie. Zawsze możemy sobie powiedzieć: tak to widzi narrator (często, w domniemaniu, autor). Dramat jest sztuką samoistną i bez narratora się obchodzi. Przypuszczam, że za decyzją Myśliwskiego pisania dramatów stała chęć pozbawienia czytelnika/widza wentylu bezpieczeństwa, którym w każdej powieści jest narrator. Nic dziwnego, że skłonni jesteśmy widzieć w nim przede wszystkim powieściopisarza, marginalizując jego twórczość dramatyczną. Jako powieściopisarz traktuje nas łagodniej niż jako dramaturg.

Zawleczka LiberyWojciech Stanisławski

Antoni Libera: Najlepiej się nie urodzić i inne teksty prozą. PIW, Warszawa 2023 s. 328.

Gorycz. Przenikliwe widzenie motywacji, jakimi kierują się bliźni, mizantropia mędrca. Przekonanie o wtórności czasu, w jakim przyszło żyć, wyostrzone przez żywą pamięć niedawnej świetności czy bodaj normalności rodzinnego kraju, jego dzielnic, instytucji i miast. Niechęć i oburzenie wobec sprawców tego upadku; wywód ich uzurpatorskiej drogi do władzy i wzgarda wymierzana w zdaniach tak rytmicznych, jakby zarazem aplikowane były i taktowane trzciną. Błysk aliteracji, formalny żart, który można dopuścić do głosu - na chwilę, niczym dopuszczonego przed oblicze księcia błazna. Miłość - opisana jako pastelowa potencjalność, obietnica, która mogła być tylko dana: jej spełnienie byłoby jedynie "zimną przygodą ciała".

Chłopięcość i dorosłość jako dwie podstawowe kondycje, między którymi przyszło oscylować, ta pierwsza oglądana z perspektywy tej drugiej, lub inaczej jeszcze: dorosłość będąca zwierciadłem, wiernym zarazem i pomniejszającym, ukazującym z perspektywy dziesięcioleci ułomność, zawodność, ograniczoność dawnych mistrzów. "Co było wielkie, małym się wydało", Augustyn wspomina puera, który usiłował łyżeczką czerpać morze. Jeśli kolory, to błękit (barwa oddalenia) i biel.

Figury rodziców, kluczowe, lecz niedookreślone, z zatartymi rysami, niczym dwie sylwetki stojące w półmroku, trzymające autora opowieści w narożniku wytyczonym przez ich kochające, odległe spojrzenia. Osobność, nie tak dotkliwa, jak patetyczna "samotność", lecz oczywista, chłodna i nieusuwalna jak pustka między atomami, o której przekonują fizycy, chociaż wydaje się jej zaprzeczać doświadczenie dotykającej jabłka dłoni. Świat zatem przejrzysty, o ostrych konturach i z dojmującym wrażeniem pustki, podobnej do tej z placów i ulic de Chirico.

Zatem po prostu - pustka? Do tego zaś szczególna formuła mowy zależnej, umieszczanej w tekście bez pretensji do oddania szczegółów ludzkiego szczebiotu, wygładzonej jak kamienie w potoku, oddającej jednak myśl, emocje i intencje bohaterów? Rzadkie tupnięcie, podkreślenie pointy czy konkluzji rozstrzelonym tekstem? Tak, może tak; do tego zaś precyzja, czasem olśniewająca jak miedzioryt, który wydaje nam się nie ręką stworzony, czasem przeczuwana. Pociągi (znak utraty). Morze (błękit i biel), fortepian i szachy (biel i czerń). Zachwyt - lecz dopuszczany do głosu na moment tylko; i znów dystans, trzcina, takt. Trzy Parki, które tkają tę prozę, to melancholia, mizantropia i męstwo.

Tak, oczywiście: ta prozodia i ten sposób widzenia świata tak znajome, tak bliskie, że skłaniają do mimowolnego naśladownictwa, które nie jest parafrazą, lecz czymś pośrednim między hołdem a rezonansem, obecne są w tuzinie opowiadań i fragmentów Antoniego Libery, które ukazują się właśnie nakładem PIW. I nie one są największym zaskoczeniem, lecz ich układ i rytm: zaskakujący i dopowiadający, niczym światło rzucone przez reżysera na pogrążoną dotychczas w ciemności scenę.

Wydawca - a może autor? - poskąpił nam zwyczajowej w zbiorze krótkich próz noty o pierwodrukach: to prawdopodobnie pierwsze zadanie postawione przed czytelnikiem.

Nie wiem, czy wywiązałem się z niego wystarczająco, ale już pierwszy rzut oka na spis treści pozwala rozpoznać trzy opowiadania opublikowane przed dziesięciu laty jako zbiorek w Bibliotece "Więzi". Zapis o Miazdze Andrzejewskiego, relacja z ostatniego spotkania z Beckettem oraz Najwcześniejsze wspomnienie (które obecnie opublikowane zostało pod innym, znacząco zmienionym tytułem) ukazały się z kolei w tomie Błogosławieństwo Becketta i inne wyznania literackie, opublikowanym w 2004 roku przez Sic!, Ulica Polska 1 - czy nie była już kiedyś wydrukowana pod tytułem Gdynia - Dworzec Morski? Na pewno tak, skoro przywoływana jest przez krytyków i prasę sprzed kilku lat. Prześwietny Kompot z wisień miał aż kilka debiutów - w gdyńskiej "Blizie", na łamach "Kwartalnika Artystycznego Kujawy i Pomorze" i, we fragmencie, na łamach portalu Teologii Politycznej. Doświadczenia Gustawa nad Lemanem pozwoliły mi się kulać ze śmiechu chyba jeszcze za sprawą emigracyjnego "Pulsu", od tego zaś czasu Liryki lozańskie. Wariacje na temat Jerzego Pilcha przedrukowywane były zresztą bodaj najczęściej ze wszystkich krótkich utworów pisarza.

Jak się wydaje, w najnowszym zbiorze nowe są (a przynajmniej - być może przeoczyłem jakieś niszowe miejsce publikacji - nieobecne na szerszą skalę w lekturowym obiegu) trzy pierwsze teksty, o tytułach niełatwych w cytowaniu: Najlepiej się nie urodzić (uwertura tragiczna), Opowieść idioty. Witold Gombrowicz in memoriam oraz Rok 1967. Ende vom Lied.

Są to zarazem teksty najbardziej wstrząsające.

Spośród nich zaś najbardziej wstrząsający jest pierwszy, tytułowy zarazem dla całego tomu.

Najlepiej się nie urodzić nie sposób formalnie określić mianem wspomnienia, skoro opisuje wydarzenia sprzed siedmiu, a następnie sprzed czterech i wreszcie trzech lat przed narodzeniem autora. Jest to jednak tekst napisany w formie relacji, najbardziej osobistej, jaką można sobie wyobrazić: opisuje okoliczności ocalenia matki Antoniego Libery, poznania przez nią jego ojca, a następnie - ocalenia przez nią, być może, jego życia (a przynajmniej wyciągnięcia go, w fatalnym stanie zdrowia, z ubeckiego aresztu śledczego wiosną 1946 roku).

Historia ocalenia matki rozpoczyna się "pewnego upalnego, czerwcowego dnia w Warszawie, na krótko przed wielką akcją likwidacyjną getta, która zaczęła się w lipcu 1942 roku". Sięgam w tym miejscu po cudzysłów, jak najchętniej sięgałbym poń w każdym momencie, w którym przyszłoby mi odwoływać się do treści tej relacji: nie tylko nie wyobrażam sobie bowiem, żebym zdołał własnymi słowami choć trochę przybliżyć atmosferę  p a r a l i ż u j ą c e j   g r o z y,  dominującej we wspomnieniu, lecz także jestem przekonany, że skaziłbym je tonem - w najlepszym razie - rzeczowej banalności.

Ostatecznie bowiem w literaturze (również polskiej) prób oddania niemożliwego do oswojenia myślą wydarzenia, jakim jest Zagłada, jest tyle, że - nawet jeśli nie rozczytujemy się, z bolesną pasją, w książkach tego rodzaju, nawet jeśli nie traktujemy ich jako pewnego rodzaju źródła - większość faktów i sytuacji, które pojawiają się w tym wspomnieniu, jest nam najpewniej znana. Logistyka wychodzenia z getta warszawskiego, od pierwszych prób nawiązania kontaktu z kimś "po stronie aryjskiej", poprzez mobilizowanie (wydobywanie spod ziemi) pieniędzy, labirynty podwórzy z kilkoma bramami, obrzydliwość szmalcowników, lęk i odwagę osób okazujących pomoc, ba, nawet wątek bezpiecznego (w miarę) majątku ziemiańskiego gdzieś pod Grójcem - wszystkie te sytuacje pojawiają się przecież, w różnych stylistykach, z różnym rozłożeniem akcentów, w setkach i tysiącach zapisów dotyczących Zagłady na ziemiach polskich. Można wręcz powiedzieć - z zakłopotaniem, jakie czujemy, doświadczając własnego zobojętnienia - że zostały zbanalizowane: są to klocki fabularne, po jakie sięgnie każdy amator-scenarzysta czy literat, usiłując coś napisać o tamtych wydarzeniach, znając je nie z doświadczenia czy z tekstów źródłowych, lecz z innych "tekstów kultury". Prawdziwi tajniacy stylizują się na filmowych łapsów w długich płaszczach, Zagłada opisywana bywa po raz kolejny na podstawie wcześniejszych tekstów czy sztuk traktujących o Zagładzie.

Co prawda również na poziomie samej konstrukcji tekstu osiąga Libera efekt wstrząsający - w znacznej mierze za sprawą materialności relacji, jej konkretu. Wydawałoby się, że rzeczowość jest znakiem rozpoznawczym literatury traktującej o Zagładzie już od czasów Borowskiego - ale autorowi Najlepiej się nie urodzić udało się i na tej płaszczyźnie stworzyć nową jakość. Przykładem tego jest choćby przebieg negocjacji z życzliwą polską rodziną po drugiej stronie muru w kwestii sprzedaży maszyny dentystycznej po zmarłej ciotce (to właśnie pieniądze z tej sprzedaży mają sfinansować ucieczkę) - negocjacji prowadzonych za pomocą tzw. aparatu monterskiego (słuchawka z tarczą), którym można podpiąć się, oczywiście nielegalnie, w dowolnym miejscu sieci telefonicznej, nadal biegnącej przez tereny getta; negocjacji, w których "rozmównicą był wierzchołek drabiny przystawionej do ściany pod puszką telefoniczną, a cała długa rozmowa odbywała się w mroku". Nie inaczej w przypadku racjonalizacji, po które sięgają szmalcownicy, wykonując swoją plugawą robotę ("Co za mnie? Jakie za mnie?", obruszył się na to sąsiad. "Za kogo wy mnie bierzecie?" "Za gnidę, za pomagiera", wyjaśnił spokojnie drugi. "A pomagierzy też płacą. Czyż nie łamią przepisów?"). Nie inaczej w próbie opisu nierealnego niemal osamotnienia bohaterki, jej wyłuskania z kondycji ludzkiej na ludnych przecież placach i ulicach Warszawy ("Co robić więc? Gdzie iść? Na jaką postawić kartę? Ruszyła w końcu przed siebie, nie mając żadnego celu").

A jednak nie ta materialność relacji jest w Najlepiej się nie urodzić cechą najważniejszą, nie ona przesądza o wyjątkowości tego zapisu.

Jest nią, w moim przekonaniu, skondensowany w krótkim opowiadaniu opis ogromnej liczby modalności postaw, zachowań i odczuć Polaków wobec Żydów oraz Polaków pochodzenia żydowskiego (i odwrotnie) obecnych w wojennym i powojennym czasie. Opis zarazem bezwzględny (to jest odrzucający wszystkie fałszywe filtry czułostkowości, unikania obrazów drastycznych czy solidarności z którąś z opisywanych wspólnot) i wnikliwy psychologicznie zgodnie z najlepszymi tradycjami europejskiej prozy. Opis, dodajmy (chociaż tu znów waham się przed socjograficzną topornością kategorii, po które sięgam), dokonany z perspektywy szczególnej: rodziców autora, Polki i Polaka pochodzących z rodziny żydowskiej od kilku pokoleń zasymilowanej, nie tylko uczestniczących w polskiej kulturze i życiu publicznym, lecz i kulturę tę i życie publiczne współtworzących. Zarazem jednak - po pierwsze, nienależących, już z to z racji świadomego wyboru, już to braku predyspozycji, do żadnej z wielkich wspólnot religijnych istniejących w Polsce przed wybuchem wojny - ani do Kościoła katolickiego, ani do innych denominacji chrześcijańskich, ani do wspólnoty wyznawców judaizmu. Po wtóre zaś - identyfikujących się jako Polacy, lecz z żywą i bolesną (choć różna jest intensywność tego bólu w czasie) świadomością, że niemal powszechnie postrzegani są jako Polacy pochodzenia żydowskiego, i nawet, jeśli postrzeganie ich w ten sposób nie wiąże się (jak podczas okupacji niemieckiej) z bezpośrednim zagrożeniem życia, to z reguły jest źródłem dystansu, oddalenia, obcości. Dalej zaś - dalej toczy się gra luster, czyli gra w "on/ona wie, że ja wiem, że on/ona wie, że ja jestem  p o c h o d z e n i a;  i co ja, i co on/ona, co my zrobimy z tą wiedzą?", czyli polsko-żydowskie softpiekło.

Doprawdy, w palecie (niepotrzebnie kolorowe słowo) postaw zaprezentowanych w pierwszej części opowiadania nie brakuje mi niemal żadnej z tych, jakie znam z relacji o Zagładzie. Bezinteresowność (choć wyrosła na poczuciu wdzięczności) Szmula-telefonisty, lęk, gotowość pomocy, odruchy szlachetności i rezerwy krótkie jak grymas twarzy czy powstrzymany gest (dostrzeżone jednak przez Liberę) u polskiego sąsiada (tego od maszyny dentystycznej). Plugawość szmalcowników i lisia układność znajomego dozorcy. Szczodra, sprawna i szlachetna zarazem (taka, jaka marzyłaby się nam u wszystkich) pomoc pani Uklejskiej, przedwojennej dyrektorki szkoły, mokotowskiej inteligentki - chociaż i jej w delikatnej sytuacji wymknie się słowo, które ona sama uzna za niewłaściwe; oferta pomocy złożona przez siostrę Franciszkę z Lasek, trochę w duchu i stylu Simone Weil; pełna poloru gościna w ziemiańskim domu; anonimowi, lecz przecież przerażająco tutejsi sprawcy pogromu kieleckiego. Wszystko to odmalowane przy pomocy pojedynczych fraz, gestów lub ich nieobecności, do wyjątków należy zapisana wprost refleksja rozważającej ucieczkę z getta matki, że "ludzi, których się ceni, szanuje i podziwia, nie można stawiać w obliczu tak piekielnego wyboru, jakim jest wybór pomiędzy śmiertelnym zagrożeniem a wstydliwą odmową. Można najwyżej z dystansu [...] dawać do zrozumienia, że ma się jakieś kłopoty i bardzo by się przydała taka lub inna pomoc".

W tym miejscu jednak dochodzi do głosu autor, który nieraz - ukazawszy nam już swoją wirtuozerię pisarską - lubi z krotochwilnym niemal zadowoleniem spotęgować wyzwanie, tak jakby dodawał do świetnego rysunku, ot tak, jeszcze jeden wymiar lub wznosił kolejne piętro ekwilibrystycznej konstrukcji.

Losy jego matki i ojca, którzy przetrwali wojnę i Zagładę, w powojennym czasie splatają się bowiem z drugim najstraszniejszym doświadczeniem mieszkańców Polski w XX wieku, czyli zaprowadzeniem komunistycznych rządów. Wspomnę tylko o jednym, niezbędnym mi do dalszego wywodu, elemencie treści: ojciec autora, który podczas wojny był członkiem AK (z PPS-owskim rodowodem) i walczył w powstaniu warszawskim, został wiosną 1946 roku aresztowany przez UB. Matka, mimo że w tym czasie w żaden sposób z nim nie związana, podejmuje próbę uratowania go, co wymaga odwołania się do pomocy krewnego robiącego w tymże UB karierę.

Znów los, który brzmi znajomo, by nie rzec - typowo. Materialny opis jest podobnie "przylegający" i gęsty co w pierwszej części, autor zaś, przez chwilę wykorzystujący do swoich celów małpią złośliwość dziejów, stawia nam przed oczami ironiczną figurę sobowtóra. Po wojnie bowiem nie tylko odzyskała swoje znaczenie, choć z odwrotnym znakiem, kategoria  w y g l ą d u:  również obdarzone nim osoby po raz kolejny obserwują twarze innych, chcąc odkryć, czy tamci dostrzegają ich  w y g l ą d  i czy ma on dla nich znaczenie. Tak, to polsko-żydowskie softpiekło, które nabiera jednak dziwnie konkretnej kanciastości przez kolejną dekadę lub dwie, kiedy to wysoki rangą ubek kieruje się, podczas zabiegów o uwolnienie aresztanta, jednym kryterium: czy ów jest z "naszych"; kto inny operacjonalizuje zapis swojego nazwiska, to usuwając zeń przedwojenny, "niepolsko brzmiący" człon, to przywracając go, w zależności od adresata pisma. Od hańby postrzegania ludzi przez pryzmat "krwi" zdaje się nie być ucieczki - tak przynajmniej sądzi, w końcowej części relacji, jej bohaterka:

Było to dla niej straszne. Udowadniało bowiem, że wbrew wszelkim pozorom - wbrew kolosalnym wysiłkom - nie wyzwoliła się wcale z atawistycznych odruchów. Że podział na "swoich" i "obcych", którym tak się brzydziła, nadal w niej pokutuje. [...] I jakikolwiek był powód takiego postępowania - poczucie dumy, godności, obawa przed odrzuceniem albo nawet odwetem - świadczyło to o jednym: że dzieli bezwiednie ludzi według dziedzictwa krwi. A to ją stawiało na równi z każdym, kto robił to samo, po którejkolwiek był stronie, cokolwiek miał na względzie - wrogość czy solidarność, awersję czy lojalność.

Te same motywy - ciężar złożonej tożsamości polsko-żydowskiej, różne odmiany niebezpieczeństw, pokus i upokorzeń, jakie niesie ona za sobą, doznanie nieusuwalnej odrębności, wyróżnienia i naznaczenia - pojawiają się w Roku 1967. W trzeciej z nowych próz, Opowieści idioty, przewijają się najbardziej dyskretnie; tam z kolei najsilniej dochodzi do głosu namysł nad absurdalnością istnienia, pominięty przeze mnie przy omawianiu Najlepiej się nie urodzić, ale też tam obecny: tragizm życia w getcie z przeczuciem zbliżającej się zagłady podkreślony jest przez fakt, że matka i ojciec autora po raz pierwszy spotykają się w getcie wiosną 1941 roku na prywatnym seminarium humanistycznym, tamtego dnia poświęconym rozważaniu sentencji Teognisa. Tak, tej tytułowej: "Najlepiej się nie urodzić".

Dlaczego zatem te trzy relacje nie zostały wydane osobno, jak stało się w 2013 roku z minizbiorem Niech się panu darzy? Dlaczego zostały połączone z dziewięcioma innymi tekstami opublikowanymi wcześniej, niektórymi, jak wspomniałem, wielokrotnie? Tekstami przy tym o różnym charakterze: są wśród nich klasyczne opowiadania, oderwane fragmenty, rzeczowe relacje autobiograficzne. Różni je nawet nastrój: z tekstami w większości utrzymanymi w minorowym tonie kontrastuje groteska buffo, jaką są Liryki lozańskie.

Wszystkie wcześniejsze teksty, niezależnie od ich popularności czy daty i miejsca wydania, łączy jedno: stanowią zapis, dokonywany pod różnym kątem i różnymi metodami, samopoczucia i oglądu świata myślącego Polaka żyjącego w drugiej połowie XX wieku.

Dołączenie do nich trzech nowych relacji - więcej: postawienie ich na wstępie książki, opatrzonej tytułem pierwszego z nich! - nie oznacza przecież czysto mechanicznego zabiegu wydania "rozszerzonego zbioru opowiadań" (takie rozumienie byłoby może zasadne w przypadku innych autorów, ale nie Libery). Odczytuję je jako wyraz przekonania, że zrozumienie sytuacji współczesnego Polaka - a na pewno Polaka-inteligenta - nie jest możliwe bez głębokiego zrozumienia i przeżycia doświadczeń "polskiego inteligenta żydowskiego pochodzenia". I dramatycznego supła swojskości-obcości, zaciąganego, aż do skrzypienia powroza, przez nazizm i komunizm.

To niecodzienna sytuacja: teksty od lat obecne w obiegu czytelniczym, mające swoją wymowę, układające się w pewną opowieść czy zapis, nagle zyskują nowy sens z chwilą dołączenia do nich trzech innych, pokrewnych im formą. Czy to nie jeden z ulubionych zabiegów Antoniego Libery - dodanie pewnej całości, spójnej i samoistnej, dodatkowego wymiaru? Przypomina mi to trochę doświadczenie znane z wizyty u okulisty: w owalu wypełnionym drobnymi, różnokolorowymi, na pozór chaotycznie rozmieszczonymi plamkami dostrzegamy nagle kontur cyfry lub litery (i okazuje się dzięki temu, że nie jesteśmy daltonistami). Albo, bardziej jeszcze, starą sztukę japońskich stolarzy i cieśli, tsugite, udoskonaloną w naszych czasach przez Shinobu Kobayashiego: podziwiamy stworzone przez nich bez użycia gwoździ biurka czy stojaki na książki (dodajmy, typowo inteligenckie meble), aż nagle odkrywamy, że cała konstrukcja, kilkupoziomowa i misterna, trzyma się na niewielkiej zawleczce, wciśniętej gdzieś u podstawy, która utrzymuje całą strukturę w równowadze - jeśli ją wyciągnąć, całość na naszych oczach złoży się z suchym trzaskiem w stos deszczułek.

Liliana SonikCezarego Łazarewicza błąd metody

"Takich jak wy, zrzuca się ze schodów!" - mówił minister-kierownik Urzędu do Spraw Wyznań Kazimierz Kąkol do Bogusława Sonika i Jerzego Budynia ze Studenckiego Komitetu Solidarności podczas spotkania z pracownikami i studentami Uniwersytetu Jagiellońskiego w roku 1978.

Reportaż historyczny cieszy się w Polsce estymą i popularnością. W ostatnich latach do korowodu uznanych autorów posługujących się tą formą dołączył Cezary Łazarewicz. Książka Żeby nie było śladów: sprawa Grzegorza Przemyka została świetnie przyjęta przez czytelników, a później zainteresowała recenzentów oraz jury nagrody literackiej "Nike".

Łazarewicz sytuował się blisko bohaterów i opisywał następstwa znalezienia się w orbicie "sprawy Przemyka". W totalitarnym państwie indywidualny los poddany był miażdżącemu działaniu aparatu władzy. Ukazanie mechaniki niszczenia ludzi czyni z opowieści o śmiertelnie pobitym maturzyście traktat o władzy, polityce i historii PRL lat osiemdziesiątych XX wieku. Gdyby ktoś wątpił, czy reportaż historyczny jest pełnoprawną literaturą, tego opowieść Łazarewicza nakłoni do zmiany zdania. Siła książki tkwi w umiejętności przedstawienia "mrówek i mrowiska": historii konkretnych osób i historii pokolenia.

Wydawać by się mogło, że pisząc Na Szewskiej. Sprawa Stanisława Pyjasa, Łazarewicz skorzysta z własnych, dobrych doświadczeń. Wszak nawet tytuły obydwu pozycji są identycznie skonstruowane. Tytuły tak, ale nie książki. Ponieważ w Na Szewskiej autor uwagę skupił na Stanisławie Pyjasie i Lesławie Maleszce, w zasadzie abstrahując od systemu, którego koronkowej roboty produkowania faktów nie dostrzegł.

A przecież dwudziestoczteroletni student Stanisław Pyjas nie byłby zginął w bramie krakowskiej kamienicy, gdyby nie system, którego Służba Bezpieczeństwa była wytworem i gwarancją bytu. Także Maleszka nie stałby się pilnym płatnym donosicielem - Ketmanem - gdyby w piekielny krąg nie wciągnęła go machina inwigilacji stworzona przez SB. Jeśli od tego tła abstrahujemy, niczego nie zrozumiemy.

*

Nie było chyba tytułu prasowego ani portalu internetowego, który by Na Szewskiej przemilczał. Autor udzielił wielu wywiadów, brał udział w spotkaniach autorskich i dyskusjach. Jednakże nie wszyscy recenzenci książkę przeczytali, bo odnieść można było wrażenie, że jedyną interesującą ich sprawą była teza (a raczej supozycja), iż student Pyjas zginął przypadkowo. Po prostu banalnie spadł z piętra przez niską barierkę. Było oczywiste, że to przyciągnie uwagę. Ostatecznie "sprawa Pyjasa" intryguje i zastanawia od czterdziestu pięciu lat. Powstały na ten temat książki, artykuły i filmy. Spośród fabularnych wymienić trzeba Gry uliczne Krzysztofa Krauzego, który reżyserował też dokument o Pyjasie Spadł, umarł, utonął. Ważną rolę odegrał również nagradzany na międzynarodowych festiwalach dokumentalny obraz Ewy Stankiewicz i Anny Ferens Trzech kumpli z roku 2008. Zaprzeczająca dotychczasowym narracjom książka znanego reportażysty musiała wywołać mocne echo i sporo zamieszania. Supozycja, że Pyjas zginął, spadając ze schodów, a Stanisław Pietraszko, który widział Pyjasa ze śledzącym go mężczyzną, równie banalnie się utopił, nie jest zawieszona w próżni. Autor Na Szewskiej w języku reportażu historycznego rozpisuje ustalenia z ostatniego, zakończonego w roku 2019, śledztwa. Śledztwa umorzonego z powodu niewykrycia sprawców.

Informujący o tej decyzji prokurator z Instytutu Pamięci Narodowej Łukasz Gramza mówił: "Według nas to zdarzenie miało charakter czynu przestępczego i polegało na tym, że Stanisław Pyjas został pozbawiony życia w sposób umyślny", z czym (pozornie) kłóci się ciąg dalszy wypowiedzi: "Bezspornie udało się stwierdzić, że obrażenia na ciele Stanisława Pyjasa powstały na skutek upadku z dużej wysokości i upadek nastąpił w miejscu znalezienia zwłok". Ostatnie zdanie podważa nie tylko ustalenia śledztw poprzednich, lecz także opinię biegłych z roku 1977. Bo dwa tygodnie po śmierci Pyjasa przeprowadzono wizję lokalną, w wyniku której biegli stwierdzili, że "wykluczyć trzeba aby upadek denata nastąpił z któregokolwiek piętra (przez poręcz klatki schodowej) na posadzkę kamienną..."1).