Twórczość 9/22 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

9.00 zł
7.47 zł (7,65 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przemysław DakowiczWielka Szpera

W czarnym nurcie rzeki kąpią się korony drzew i nieme niebo upstrzone obłokami. Chudy chłopiec siedzący w łódce rozwiązuje worek, chwyta za jego dolne rogi i sypką zawartość wytrząsa wprost do wody. Kręgi białej mączki unoszą się na czarnej tafli, porywa je prąd. Kilkanaście metrów dalej, tam gdzie pałki tataraku wystają spośród soczyście zielonych liści, mączka naciąga wilgocią i znika pod powierzchnią wody. Chłopiec ma nogi skute łańcuchem, płucze dłonie w rzece i śpiewa rzewną piosenkę o małym domku, w którym przeżył "szczęścia tyle i cudownych dni". Autorem jej tekstu jest Władysław Królikowski (pseudonim artystyczny: Wacław Gen), który zginie na początku ostatniego roku wojny w obozie Stutthof.

Dziecko w łódce to Szymon Srebrnik. Kiedy w marcu 1944 roku na ulicach getta w Litzmannstadt (dawniej: Łódź) Niemcy zorganizowali łapankę, znalazł się w grupie kilkudziesięciu osób odtransportowanych następnie do obozu w Kulmhof am Nehr (dawniej: Chełmno nad Nerem) w tak zwanym Kraju Warty. Spośród niespełna dwustu tysięcy ludzi, których przywieziono tutaj z gett rejencji inowrocławskiej i łódzkiej, tylko on i Mordechaj Podchlebnik mieli dożyć starości w Erec Israel.

W Kulmhof Srebrnik zostaje przydzielony do tzw. Hauskommando. Pierwsze zadanie tej grupy polega na odgruzowaniu ruin pałacu, który Niemcy wysadzili w powietrze przed rokiem. Pod pryzmami cegieł leżą rozkładające się ludzkie szczątki, również ciała dzieci. Czy już wtedy Srebrnikowi przypominają się sceny z września 1942 roku? W tamtych dniach historia Litzmannstadt Ghetto przełamała się na pół - odtąd było już tylko "przed" i "po", "teraz" i "dawniej"...

Zaczęło się od gettowych szpitali - przy ulicach Wesołej, Drewnowskiej i Łagiewnickiej. 1 września pod ich bramy podjechały ciężarówki i chorych zaczęto ładować na platformy. We wspomnieniach nielicznych świadków powtarza się scena zrzucania niemowląt z trzeciego piętra wprost na paki samochodów. W ciągu dwóch dni do Kulmhof wywieziono około 1600 osób - dzieci, starców, gruźlików, pacjentów po operacjach, kobiet ciężarnych i w połogu.

4 września na centralnym placu getta przemawia Mordechaj Chaim Rumkowski. Zgodnie z rozkazem, który otrzymał, poza Litzmannstadt mają zostać wysłane dzieci do dziesiątego roku życia, osoby powyżej sześćdziesiątego piątego roku i chorzy. W najbliższych dniach na stację kolejową Radegast należy odtransportować dwadzieścia tysięcy dusz - to warunek trwania getta. Rumkowski: "[...] Żądają od nas, byśmy oddali, co mamy najdroższego: dzieci i ludzi starszych. [...] muszę dziś wyciągnąć do was ramiona i błagać: bracia i siostry, ojcowie i matki - oddajcie mi swoje dzieci".

Kiedy wchodzę na dawny plac Strażacki przez dziurę w ogrodzeniu jednej ze starych kamienic, uszy wypełnia mi dźwięk, który wiele razy usiłowałem sobie wy-obrazić (czy może raczej: wy-słyszeć): dobywającą się z tysięcy ściśniętych gardeł, przede wszystkim kobiecych, niepojętą, artykułowaną instynktownie, mieszaninę krzyku, jęku i szlochu - wzbierającą stopniowo, niczym fala, która wszystko przykrywa, wszystko obejmuje, wszystko zagarnia, pnącą się ku nieruchomemu niebu niby mur, który ma odgrodzić życie od śmierci. O tym do niczego niepodobnym skowycie anihilowanego rodzicielstwa, unieważnianego macierzyństwa i przekreślanego ojcostwa wspominają wszyscy ci nieliczni spośród obecnych 4 września na placu Strażackim, którzy cudem ocaleli z Zagłady.

Przez kolejny tydzień, między 5 a 12 września 1942 roku, gdy na terenie Litzmannstadt Ghetto obowiązuje Allgemeine Gehsperre, całkowity zakaz opuszczania domów - na klatkach schodowych, poddaszach i strychach, w korytarzach, piwnicach i zaułkach, na podwórzach, ulicach i skwerach rozbrzmiewa kakofoniczna symfonia żalów, kwileń, nawoływań, które stopniowo dławią się sobą, same siebie połykają i cichną. I odtąd brzmią, nie brzmiąc - na zawsze, bez od-wołania, zawieszone w powietrzu Śródmieścia, Bałut i Marysina. Ulicami ciągną pojazdy załadowane dziećmi. Za nimi matki, płaczące, rwące włosy z głowy, błagające, by je także zabrać, wykrzykujące imiona: Mojsze, Josi, Sara. Dzieci - trzy-, cztero- i pięciolatki - w najlepszych, wyjściowych ubrankach, wyekwipowane jak na kolonie, wyciągają ręce z platform wozów zwanych rolwagami: mamo, mamo, mamo.

A potem już tylko miarowy stukot kół o szyny, na stacji w Kole przesiadka do kolejki wąskotorowej, która dowozi je niemal pod bramę obozu. Kiedy wysiadają z wagoników, wysoko stoi słońce późnego lata, świerszcze grają na świeżych ścierniskach. Jeszcze czterysta metrów dziecięcego złudzenia. Każą im się rozebrać przed kąpielą. Do pałacu wstępuje się od frontu, dalej jest długi korytarz, z którego wychodzi się po prawej stronie budynku. Dziś wysoki klon jesionolistny rośnie w miejscu, gdzie czeka na nie specjalna ciężarówka firmy Sauer - z rurą wydechową skierowaną do wnętrza. Z raportu, który dokładnie trzy miesiące wcześniej spisano w Berlinie, wiemy, że na każdym metrze kwadratowym szczelnie zamykanej mobilnej komory gazowej mieściło się 9, a nawet 10 osób. "Jak należy zauważyć - stwierdzał autor raportu - w chwili, gdy tylko zostaną zamknięte tylne drzwi, ładunek tłoczy się niemal zawsze przy lampach. Wynika to z faktu, że ładunek pogrążając się w ciemnościach, w sposób naturalny dąży do światła, czyniąc to niejako instynktownie, co utrudnia otwarcie drzwi". I one, dzieci z łódzkiego getta, odebrane rodzicom w dniach Wielkiej Szpery, "w sposób naturalny" musiały "dążyć do światła".

Drzwi ciężarówek otwiera się dopiero w Lesie Rzuchowskim, oddalonym od obozu o niespełna pięć kilometrów. We wrześniu 1942 roku ciała są już chyba spalane w dwóch nowych piecach z wysokimi kominami. Kłopotem okazują się drobne fragmenty ludzkich kości. 16 lipca 1942 roku dowództwo Sonderkommando Kulmhof usiłuje się dowiedzieć, czy młyn do mielenia kości jest używany w Litzmannstadt Ghetto. Ostatecznie maszyna zostaje sprowadzona z Hanoweru - młyny tego rodzaju produkuje tamtejsze przedsiębiorstwo Schriever & Co.

Popioły z palenisk i krematoriów oraz śnieżnobiałą, drobną mączkę kostną rozsypuje się na leśnych polanach i topi w ciemnych wodach Neru.

 9/2022

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Antoni Winch (proza).

SEKRETARIAT:

Małgorzata Brodacka

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2022 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

Ocielony bykAntoni Winch

Szczepan Twardoch: Byk. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022, s. 88.

Nawet z takiego pajaca jak Robert Mamok, tytułowy bohater Byka Szczepana Twardocha, może być figura dramatyczna. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość, bo autor robi, co może, aby zniechęcić do swojego tekstu. Środkiem najczęściej służącym temu celowi jest kicz, pojawia się też przyciężkawy humor, sztubacka prowokacja, bezsensowna wulgarność. Mimo wcale licznych ciosów poniżej literackiego pasa monodram pilchowiczanina jest utworem, dla którego warto zacisnąć zęby.

Szczękościsku dostaje się już przy zetknięciu z główną postacią sztuki. Twardziel o wrażliwym serduszku, koneser kokainy popijanej whisky, na stoliku przed nim, jak to u very bad boya, leży pistolet. Sztampa, szablon, banał. Do tego bluzgi. Wiadomo - o wadze podejmowanych tematów przesądza odpowiednia liczba kurew, chujów, japierdolów i spierdalajów, jakimi się je opowiada. W spiętrzeniu tym przekleństwa tracą jakiekolwiek wartości semantyczne, przestają wyrażać nawet emocje, bo sprowadza się je do roli przecinków względnie drażniącego co czulsze uszy szumu. To język li tylko mocny w gębie i, by ująć rzecz po quasi-twardochowemu, gówno znaczy.

Mamok z jego pomocą, a raczej pomimo niej, dokonuje rozrachunku swojego życia. Momentami to żenująco konfekcyjna konfesja. "To był dobry i słodki chłopiec" - słyszymy w pewnej chwili - "ten którego starsi koledzy dręczyli w szkole. [...] Musiałem go zabić, tego cielika. [...] Może wraz z nim umarło wszystko, co było we mnie dobre i piękne?". Bohater w tym i innych fragmentach płaczliwie się nad sobą rozczula, czerpiąc z tego jakiś rodzaj perwersyjnej przyjemności. Dzięki Bogu, i Twardochowi trochę też, Mamok nie zawsze zajmuje się Mamokiem. Zdarza mu się bowiem rozejrzeć po otaczającej go, oraz nas, rzeczywistości. Ot, choćby wtedy, gdy zgaduje mu się o zdjęciu jednej z najbardziej znanych polskich reżyserek. Na fotografii uwieczniono artystkę, kiedy bezradna, lecz niezłomna stoi przed policyjnym kordonem. Pozuje na heroiczną opozycjonistkę tuż przed spałowaniem przez siepaczy totalitarnego reżimu. Tymczasem należy do "kurwa" - słusznie zauważa Robert - "jebanej elity". Rzekomo zamordystyczna władza będzie nadal z nieludzką wręcz perfidią sponsorować jej filmy. Dla zasady obsmaruje ją w swojej "telewizji z gówna". Trudno odmówić racji tym konstatacjom. Zarówno w odniesieniu do Agnieszki Holland, o którą tu zapewne idzie, jak i kondycji TVP.

"W tym kraju naprawdę nie można się skompromitować", powiada gdzie indziej bohater Byka, z czym także nie sposób się nie zgodzić. Tym razem pije do swojej sytuacji. Otóż brał udział w jakiejś imprezie. Nie pamięta, co na niej robił. Zapewne nic trzeźwego. Ani, jak się okazuje, obyczajnego. Informacja o jego wyczynach przedostała się do opinii publicznej. Wybuchł skandal. W światowym hubie innowacyjnej metody wstawania z kolan przez leżenie plackiem na brzuchu, gdzie państwo nie boi się silnych i broni słabych, tyle że na odwrót, nie ma jednak takiej afery, z której ktoś, kto posiada odpowiednie znajomości, nie mógłby się wyłgać. Mamok należy do tych szczęśliwców. Wystarczy jeden telefon do przyjaciela. On wszystko załatwi. Zresztą nie takie rzeczy nasze - reformowane gracko już drugą kadencję, a mimo to wciąż wolne - sądy zamiatają Temidzie pod dywan w ramach mężnej obrony prawa i sprawiedliwości. "Ktoś tam staruszkę na pasach przejechał, bez prawka, i nic", napomyka protagonista Twardocha, myśląc bodaj o Piotrze Najsztubie, jakkolwiek mistrzów kierownicy z kręgów celebrycko-politycznych mamy ci u nas na kopy.

Niewątpliwym atutem monodramu są tego rodzaju kąśliwe uwagi na temat aktualnego stanu peerelowskim kitem zlepionej dykty, z jakiej zbito po pijaku w Magdalence, a przy Okrągłym Stole wzmocniono, kolebiącą się ruderę zwaną III RP. To atoli jeno publicystyka. Literaturą jest w Byku co innego. Robert Mamok. Nie jednak jako pretensjonalny macho-mazgaj, ale jako szczególny przypadek egotysty. Egotysty bez ego, egotysty w poszukiwaniu "ja". Ten boleśnie przezeń odczuwany brak tożsamości wpisany jest ponadto w szerszy kontekst. W jego losie przegląda się oto Historia wspólnoty skazanej, przynajmniej w mniemaniu części jej członków, na wieczną samotność, nieprzystawanie, odrębność. Zawieszonej, jak na stryczku, między "tymi" a "tamtymi", za jedyne towarzystwo mającej niepewne samego siebie, rozgoryczone resentymentami, wściekłe na wszystkich dookoła "my".

Mamokowi przekazał dziedzictwo dziadek Paulek Magnor. Robert nie najlepiej odnajduje się w tej trującej mieszance frustracji, kompleksów i złości. "Może właśnie tak zrobiłeś ze mnie Ślązaka" - zwierza się ?pie - "ucząc mnie tej ksenofobii. I zażartości. I surowości. I gniewu płonącego do środka. [...] Może tylko w ten sposób da się być Ślązakiem, wypełniając się tą tchórzliwą nienawiścią do Polok?w". Nieszczęście polega na tym, że nic lepszego Mamok nie ma. Bo co zamiast? Snobizm warszawkowych pind i pindziarzy? "Zanim się napijecie, nażrecie i poruchacie" - wygarnia im - "to musicie brandzlować się intelektualną dyskusją [...], bo inaczej wam, kurwa, nie staje, jak wcześniej porządnie sobie nie strzepiecie pierdoleniem o Lacanie i Bourdieu". Wie, co mówi. Z powodzeniem taplał się w tym ejakulacie śliniących się do niego, egzaltowanych miernot salonowych z kompleksem wielkości. Ich zakłamaniem gardzi, odrzuca je, żąda prawdy. Nie megalomańskich póz wszelkiej maści Hollandówien i cwaniactwa mniej lub bardziej niesławnych Najsztubów, ale prawdy. Tylko tyle. I aż.

Dorastał w ciszy kneblującej w jego domu rozmowę o sprawach najważniejszych. O tym, na przykład, że ciotka Cila urodziła się w wyniku gwałtu, jakiego dokonali na babci Hildzie rosyjscy żołnierze. O tym też, że dziadek Paulek na ochotnika służył w Wehrmachcie, walczył na froncie wschodnim. Pomagał tam Niemcom w przeprowadzeniu Endlösung? Za coś w końcu musiał dostać Krzyż Żelazny. Za niewinność na pewno go nie przyznawano. "I zawsze tylko: "Eeeeeeeeeech". Nic niy ma do godanio", wspomina Mamok próby nakłonienia ?py do wyznań na ten temat. A przecież było. I to sporo. Teraz jest za późno. Dyć ?pik kopyrtnoł.

"Chop" - mówił - "musi mieć Verantwortung", odpowiedzialność. To nią zastąpił miłość jak rygorystycznym drylem czułość, a wydawaniem rozkazów wychowanie. A jednak zajął się Cilą jak własnym dzieckiem, chociaż mógł zostawić babcię Hildę z bękartem i zacząć nowe życie. Tym bardziej że nie darzył ?my spektakularnie romantycznym uczuciem. Ożenił się z nią, bo tak było trzeba, bo raz poszedł z nią do lasu, "no i wiysz, no", po czym spędził w jej towarzystwie zwanym małżeństwem siedemdziesiąt lat, chociaż nawet mu się nie podobała. Może więc ta jego surowość, paraliżująca krewnych strachem, przerabiająca ich w podpałkę do domowego ogniska, stanowiła sposób na ponowne splecenie i utrzymanie koszmarnie poszarpanych przez wojnę, a i bez niej niezbyt silnych, rodzinnych więzów, nawet jeśli ceną za to było pozbawienie życia rodzinnego familiarności. Czort wie. W każdym razie nader marnie prezentują się na tym tle osiągnięcia jego wnuka. Rozwiódł się on wszak z żoną, bo się z nią nie dogadywał. Dla verantwortung Roberta to było snadź zu viel.

Mamok jest pod tym względem dziecięciem wieku. Czasu marnego tryumfu trywialności. Czcza sama w sobie, epoka ta zyskuje na nieistotności, gdy porówna się ją z tym, z czym mierzyć się musiało pokolenie Paulka i Hildy. Twardoch takiego zestawienia dokonuje. Umiejętnie przeplata szmirowatą, infantylną teraźniejszość, produkującą na potęgę swej słabości całe stada rozpieszczonych, próżnych, skretyniałych, histerycznych cieląt, dostających ataków paniki z powodu niewyobrażalnych wręcz pierdół i przeciwstawiających się złu nuceniem Imagine, z okrutną przeszłością, rodzącą byków takich jak Magnor. I Magnorowa. Z zanurzenia w tragicznej gmatwaninie rodzinnych dziejów często wyrywają Roberta telefony. Od, na przykład, niejakiej Agnieszki, aktorki, jego aktualnej partnerki. Dzwoni, gdyż boi się, że ich związek wyjdzie na jaw. Tam zatem, w styczniu 1945 roku, młoda kobieta, co "wyszła do pijanych, ruskich żołnierzy, bo szukali kobiet, wyszła do nich, bo razem z nią na strychu ukrywała się jej siostra Gela i ?ma nie chciała, żeby Ruscy ją znaleźli", a tu, w roku 2022, jej o siedemdziesiąt siedem lat młodsza rówieśnica, robiąca pod siebie na myśl o nagłówkach w prasie kolorowej i plotkarskich portalach. Rozgrywa to autor niemal symultanicznie, zderzając ze sobą czołowo dwa zupełnie różne światy. W efekcie powstaje uniwersum-miazga zakleszczające każdego, kto się w nim znalazł.

Mamok zezłomować tego szrotu nie może. To jego życie. Trwa w nim, lecz przez swoją nieokreśloność jest li tylko widmem, konturem, marą. W ostatniej sekwencji sztuki przychodzi do niego syn. Robert krzyczy do chłopaka przez zamknięte drzwi. Posługuje się przy tym gwarą śląską. "Tato, mów normalnie", słyszy w odpowiedzi. Ale co znaczy normalnie? Po polsku? A może raczej tak, jak powinno się rozmawiać z najbliższymi? Takiej normalności atoli Mamok nie zaznał. W panującym wokół niego milczeniu, przerywanym jedynie półsłówkami i przypadkowymi wyznaniami, babcia wciąż była gwałcona przez ruskich sołdatów, a dziadek zabijał dla Niemców na Ostfroncie. Wstyd przeżyty wtedy, doznane wtenczas cierpienie, rozsadzały potem rodzinę jak bomby z opóźnionym zapłonem. Co z tego, że eksplodowały bez huku? Tak było jeszcze gorzej, ponieważ Robert o niczym nie wiedział. Kiedy zaś poznał prawdę, było za późno, aby mógł na niej cokolwiek zbudować. Z sobą samym na czele.

W zamykającym monodram obrazie scena spowita jest czerwonym światłem, a rozebrany do pasa bohater wykonuje w rytmie pulsującej, transowej muzyki taniec wojenny. Ma na głowie maskę Minotaura. Ten jeden raz jest w pełni sobą. Hybrydą, dziwadłem. Mamokiem z Magnora. Ocielonym bykiem. Nie wiadomo czym. Czyli kimś wreszcie naprawdę - szlachetniejszą od tandety, z jakiej ją zlepiono, postacią wzbudzającą autentyczne wzruszenie.

Piotr Wiktor LorkowskiSkonstruowane w przekładzie

Andrzej Kopacki: Dwadzieścia jeden wierszy w przekładach i szkicach. Officyna, Łódź 2021, s. 240.

Przekład [...] powinien przekonać czytelnika do dobrego znaku, jaki chce mu dać [...] wiersz, do znaku, którym jest porywające słowo poetyckie, muzyczne, malarskie, metafizyczne.    Andrzej Kopacki

1. Z każdym, ale to każdym, przekładem można, a właściwie należy, dyskutować. Brać tłumacza na spytki, ciągnąć go za język, a najlepiej za oba języki stanowiące przedmiot jego szeroko pojętych zainteresowań. Chyba że sam zechce się nam ze swego przekładu dobrowolnie wy-tłumaczyć. Najlepiej tak zajmująco, jak robi to Andrzej Kopacki, zawołany literaturoznawca-germanista, równolegle poeta. Uwadze co bardziej dociekliwych polecałbym trzy tomy wierszy tego autora wydane nakładem szczecińskiej "Formy". Spośród nich najciekawiej o własnym poetyckim warsztacie Kopackiego mówią Sonety, ody, wiersze dla Marianny (2020): językowa inwencja i elastyczność, celność formy. Te same walory różnie przez Kopackiego nazywane należą do kryteriów, według których ocenia własne, a niekiedy cudze, pomysły przekładowe. Lecz o tym, króciutko, później.

2. Wiedza o lirycznych dokonaniach autora omawianej książki, zestawiona z jej tytułem mogłaby zrazu wprawić w konfuzję co do rozmaitych wcieleń tekstowego "ja". Na szczęście Kopacki sam pomaga nam rozstrzygnąć ten dylemat: prezentuje się jako filolog występujący w roli eseisty i tłumacza. Ten autoportret z każdym rozdziałem wzbogaca się o nowe rysy: akademickiego erudyty, miłośnika wiedzy o tekście - co rzutuje na zintelektualizowanie procesu translatorskiego. Zadania właściwe obu rolom wypełnia sumiennie - niezależnie od tego, czy wiąże strofy, czy komentuje je eseistyczną prozą. Wiersze w liczbie dwudziestu jeden i kilkunastostronicowy, treściwy, do każdego z nich komentarz, pięknie się tutaj dopełniają. Z artystycznego punktu widzenia ważniejszy jest przełożony wiersz: samodzielny komunikacyjnie efekt finalny (nastawienie na efektywność - do tego każdy szanujący się wykładowca germanistyki wychowywał kiedyś swoich studentów, a i doktorantom cnotę tę wpajał, co niżej podpisany zna z własnego doświadczenia). Niemniej sporo lekturowej frajdy sprawia śledzenie dróg, jakimi tłumacz dochodzi do satysfakcjonującego go kształtu przełożonego wiersza. Prócz dużej wartości poznawczej mają owe roztrząsania jedną jeszcze zaletę: pomagają raz na zawsze pozbyć się wyobrażeń o pracy tłumacza sprowadzonej do "przygody z tekstem". Kto serio myśli o uprawianiu translatorskiego fachu, musi być gotów do wchodzenia w głębsze i dłuższe, wielopoziomowe relacje z opornym niekiedy oryginałem, częstokroć także z jego historycznoliterackim i kulturowym (względnie międzykulturowym) otoczeniem. Lecz to nie przygoda, nie romans, ale bliski, poważniejszy związek. Trzeba o niego dbać, pokornie poprawiając wynikłe w toku obcowania usterki. We wstępie stwierdza trzeźwo Kopacki:

[...] przekonanie, że jak coś się spaprało, to warto skorygować błędy, jest chyba w tłumackim narodzie nieczęste. Dlaczego? Podejrzewam rzecz przykrą z punktu widzenia zdrowego rozsądku: że cały ten naród jak jeden mąż i jedna żona żywi zgoła odmienne i doprawdy zabawne przekonanie. Że mianowicie nigdy niczego nie spaprał. (s. 10)

Jak w każdym związku tłumaczeniem w pewnym zakresie rządzi pierwiastek subiektywny, obecny na etapie preferencji odnośnie do partnera, nieobojętnego przecież. Więc za wiarygodne uzasadnienie wyboru wierszy, z którymi spotykamy się na tych stronicach, mogłoby służyć zwięzłe stwierdzenie autora: "jak na prywatną historię literatury przystało, znalazły się w niej nazwiska i teksty, z którymi, mówiąc kolokwialnie, mam jakąś sprawę" (s. 9).

Z kim "ma sprawę" Andrzej Kopacki? Wpierw z poetami klasycznymi. Ich twórczość wyznaczała bieg losów poezji napisanej po niemiecku, od Nocnej pieśni wędrowca Goethego poczynając (jej przekład bez najmniejszych zastrzeżeń wytrzymuje konkurencję z tłumaczeniem Leopolda Staffa, wprawdzie nie jedynym, lecz - za sprawą rangi tłumacza - modelowym, referencyjnym). Zaraz też w wygłosie wiersza Hölderlina Połowa życia zimowo zaszczękają blaszane chorągwie wiatrowskazów. Zawtóruje jej "pieśń przebrzmiała, lecz wieczna", rozlegająca się W cichej i smętnej wieczornej godzinie uwiecznionej piórem Heinricha Heinego. Potem ogarnie nas zenit jesieni, co nastała o Wrześniowym poranku Eduarda Mörikego. Z kolei w wierszu Conrada Ferdinanda Meyera (Piękny dzień) staniemy się świadkami śmiertelnego utonięcia chłopca - uczestnika letniej kąpieli. Po czym przysłuchamy się zamorskiej opowieści o fantastycznym ptaku, znanym jako Pan wyspy, mitopoetycko powołanym do życia i do spektakularnego kresu przez Stefana Georgego. Dalej Hugo v. Hoffmansthal podzieli się z czytelnikiem swym rozmyślaniem O przemijalności. W ślad za egzotycznym ptaszyskiem zjawi się niebawem Pantera Rilkego, w tłumaczeniu sprężyście niespokojna, więc rad byłem, że dzieli nas od niej "krata, za którą już nie ma świata./ Tylko te pręty. Prętów chyba sto.". Spojrzenie na serię dziwnych kataklizmów przyniesie wiersz Jakoba van Hoddisa Koniec świata. Biblijnymi echami odezwie się Booz Else Lasker-Schüler. Z nagła pojawi się i nagle zniknie sierota Europy, Kaspar Hauser, we fragmentarycznym, niedopowiedzianym biogramie skreślonym przez Georga Trakla. Dekadenckie uspokojenie niosą tu biologicznie regresywne Pieśni Gottfrieda Benna. Bertolt Brecht zaproponuje nam udział w śledztwie dotyczącym rachitycznego podwórkowego drzewka, po którego listkach poznać, że to Śliwa. Odważniejsi udadzą się z Günterem Eichem, "na stronę", gdzie znajduje się Latryna, by z odległej od niewczesnego heroizmu perspektywy przypatrzyć się upadkowi niemieckiej cywilizacji w "godzinie zero" (1945). O konsekwencjach wynikających z faktu, że Czechy leżą nad morzem, monologuje Ingeborg Bachmann. Co się dzieje ze starannie sondowaną przez funkcjonariuszy podejrzliwego państwa pustką po Ofelii (topielicy? uciekinierce z opresji do wolności?), docieka Peter Huchel. Temat żydowskiej tułaczki podejmuje Rose Ausländer (Kiedy wstąpimy). Jan Wagner prowadzi nas na polanę; tam, okryty leśnym cieniem, do snu wiecznego przyzwyczaja się poległy (śpiący w lesie). Michael Krüger zdradza treść swojej korespondencji z mieszkanką opuszczonej szopy opodal pastwisk na krasowych skałach (Koza Saby). Kwiaty będące symbolem skrajnej wrażliwości zakwitają w narracji Dursa Grünbeina z lustrzano-erotycznym finałem (Mimozy). Listę domyka wizerunek autora cyklu Carceri ostro rytowany przez Hansa Magnusa Enzensbergera (Giovanni Battista Piranesi).

Dwudziestu jeden poetów to spory tłumek, natłok rozmaitych wrażliwości, estetyk, poetyk. Wypada je przemnożyć przez liczbę wyzwań czytelniczych. Tak, czytelniczych, bo przekładową kreację-rekonstrukcję poetycką, budowanie systemu znaczeń (albo różnorako ustrukturowanych figur sensu) poprzedza nie mniej kreatywne od-czytywanie. Dałoby się chyba powiedzieć, że polski odpowiednik przekładanego tekstu bierze się z dogłębnej lektury, metodologicznie zakorzenionej w przydatnej każdemu filologowi hermeneutyce.

Jak traktuje Kopacki-czytelnik tekst oryginału? Nie zdziwi chyba nikogo, że tęgim literaturoznawcą będąc, strzeże się lektury powierzchownej. Skupia się na elementach konstytuujących literackość tekstu. Widzi go jako fenomen złożony, który wpierw trzeba poddać drobiazgowej analizie, ale, koniec końców, odebrać go jako całość generującą unikalny sens. Rozwijając tę hipotezę w mało romantycznym kierunku, rzec by można, że jest czytelnikiem nastawionym badawczo, tropicielem znaczeń zaszyfrowanych w rozmaitych strukturach oryginału. Spory udział w jego badaniach ma wsłuchiwanie się w dźwiękowy obraz oryginału, często przynoszący informację o dystansie dzielącym polszczyznę od niemczyzny. Trudno obecnie o tłumacza bardziej zasłuchanego, przykładowo w aliterację (Stabreim), arcygermański środek stylistyczny starszy niż sam Hochdeutsch, zważywszy, że zastosowano go w Modlitwie wessobruńskiej (IX w.), czyli w pierwszym napisanym po (staro-wysoko-)niemiecku wierszu. Polskie odpowiedniki aliteracji tłumacz wypracowuje tyleż cierpliwie, co pomysłowo, wiedząc, że licząc słowa, musi się liczyć ze zgłoskami. Dalej na warsztat trafia wersyfikacja i to nie tylko, jeśli idzie o wiersze stroficzne; nieregularność wierszy białych też ma swoje wymogi, którym zdaniem tłumacza przekład winien sprostać, czyniąc zadość prawidłom narzucanej przez oryginał metryki. A cóż powiedzieć o idiomatyce i frazeologii, wymagających zawsze bardzo starannej analizy i klasyfikacji według językowych rejestrów? Spokrewniają się z nimi słowotwórstwo oraz właściwy każdemu z tłumaczonych poetów zasób słownictwa, ze słowami kluczowymi na czele (doskonale zagadnienie to obrazują rozważania nad funkcjonowaniem w poetyckim słowniku Trakla słowa "nienarodzony") ungebor[e]n, zarówno w przymiotnikowych, jak i rzeczownikowych postaciach (s. 114). Pod analityczną lupę trafia dalej kompozycja, oparta o mniej bądź bardziej skonwencjonalizowane prawidła lirycznej retoryki. Wreszcie nie na ostatnim miejscu: gramatyka. Bez niej ani rusz. To, czego dotknąłem ledwie paroma zdaniami, zostało w szkicach Kopackiego rozpisane na blisko dwieście stron - rozpisane bardzo ciekawie, z wyczuciem tonacji języka (uwadze czytelnika polecałbym szkic o wierszu Heinego zatytułowany Szczera ironia [przy stole mikserskim]). Wychodząc zaś poza granice pojedynczego utworu, chociaż przy literackości pozostając, przywołajmy jeszcze zagadnienie intertekstualności - od spraw biografii autora, rzuconej niekiedy na tło historyczne (jak w przypadku wspomnianej już Latryny Eicha), po kontekst kulturowy, z mitologicznym włącznie (w tym duchu zostały skreślone akapity poświęcone wierszowi Georgego Pan wyspy). Do tegoż kontekstu należy manifestujący się w książce światopogląd autora, skupiony na zagadnieniach filozoficzno-artystycznych (Giovanni Battista Piranesi Hansa Magnusa Enzensbergera), społecznych czy intymnie międzyludzkich (Dürs Grünbein). Niepodobna również w odczytaniu pominąć odniesienia czysto literackie, powinowactwa z utworami zaliczanymi do kanonu zachodniej cywilizacji lub klasycznymi dziełami poezji XX wieku - od Biblii, poprzez dramaturgię Szekspira (Czechy nad morzem Ingeborg Bachmann; Ofelia Huchla), aż do osobnej wobec głównych prądów stylistycznych poezji Umberto Saby. Napomknijmy wreszcie o elementach językoznawstwa porównawczego wprowadzanych, gdy Kopacki sprawdza, jak z Hölderlinowskim neologizmem heilignüchtern /"świętorzeźwa" poradzili sobie tłumacze na francuski i angielski (s. 29-30).

Dużo tego. Więcej niż dużo. Choć żaden ze szkiców Kopackiego nie liczy więcej niż kilka stron druku (warto je czytać wraz z przypisami!), zwięźle i celnie uzasadniają one translatorskie wybory, weryfikując argumenty "za" i "przeciw" proponowanym rozwiązaniom. Pokazują, że jakkolwiek intuicja, wyobraźnia, wrażliwość często bywają sprzymierzeńcami tłumacza, przy pracy obowiązuje go przede wszystkim zasada "nic na domysł", twórcza zaś swoboda niemało ma wspólnego z całkiem racjonalnym zagospodarowywaniem przestrzeni interpretacyjnych, niekiedy pozwalającym również na kreatywną niedosłowność.

 9/2022

W POPRZEDNIM NUMERZE

Jarosław Marek Rymkiewicz Jedenaście ostatnich oktostychów

ROZMOWY Z RYMKIEWICZEM

Marzena Woźniak-Łabieniec Pantofelek wojewodzianki Morsztynówny

Mikołaj Sokołowski Profesora Jarosława Marka Rymkiewicza spotkania z romantykami

Tomasz Bocheński Dwa odgrody Rymkiewicza

Maciej Urbanowski Jarosław Marek Rymkiewicz - garść wspomnień

Adam Poprawa Od wersu do zdania

Andrzej Waśko Moje spotkania z Rymkiewiczem

Sławomir Buryła Dwa razy o Warszawie

Andrzej Nowak Nie zapominajmy

Przemysław Dakowicz Ostatni poeta

William Butler Yeats Płynąć do Bizancjum; Wieża przełożył Antoni Libera

Wojciech Chmielewski Powinien się powiesić

Wojciech Juzyszyn Sędzimir umiłowany; Mistrzowski brąz

Małgorzata Vražić Archiwum Thánatosa. Apokryf genealogiczny

Piotr Kępiński Konstanty (fragment powieści Śmierciorysy)

Andrzej Niewiadomski Materia kamienia, materia ciała

Leszek Bugajski Małe i duże apokalipsy według Głowackiego

ARCHIWUM

Paweł Chojnacki Krytyka i historia. O Scenie w kaplicy Zygmunta Nowakowskiego

Zygmunt Nowakowski Scena w kaplicy podał do druku Paweł Chojnacki

Edward Stachura "Chce się pisać dla takich ludzi..." Listy do Zofii Bażant opracował i podał do druku Jakub Beczek; wspomnienie Krzysztofa Burka

KSIĄŻKA MIESIĄCA

Jarosław Kuisz Papierosy i szkoła myślenia

[Marcin Król Pakuję walizkę]

WŚRÓD KSIĄŻEK

Karol Alichnowicz "Gdzie to wtedy teraz?"

[Andrzej Titkow Popiół i popiół]

Karol Maliszewski "Wszystkiemu żywemu"

[Mirka Szychowiak Kup mi las]

Leszek Bugajski W rodzinie

[Wojciech Kudyba Pułascy, tom 2 Non alius regit]

Piotr Kępiński Dania i zdania

[Manuela Gretkowska Mistrzyni]

Kamila Dzika-Jurek Płacz Nico, płacz

[Maks Wolski Nicuś]

Ilona Siwak Pusto wszędzie

[Jaga Słowińska Czarnolas]

Rafał Węgrzyniak Reformatorzy teatru postaciami z dramatów

[Tadeusz Słobodzianek Kwartety otwockie]

Andrzej Niewiadowski Pęknięte okno świata

[Agnieszka Kostuch O literaturze. Otwarcie]

Adam Komorowski Koronkowa robota

[Krzysztof Umiński Trzy tłumaczki]

Mieczysław Mejor Ach, ta wykształcona młodzież...

[Arystofanes Chmury, przeł. Olga Śmiechowicz]

NA WIDNOKRĘGU

Mateusz Werner Ty kto?

Bronisław Świderski Nowa sytuacja literatury

Stanisław Dłuski Aktualność Leszka Kołakowskiego

Lech Dymarski Żyliśmy w "określonej epoce"

Włodzimierz Antkowiak Sted. Obrazki

PRZEGLĄD ZAGRANICZNY

Magdalena Miecznicka Wielka Brytania

NOTY

Jerzy Plutowicz Pamięć i źródło

Marian Golka Bezwzględność arcydzieł

Grzegorz Tomicki Jak nie zostać Czesławem Miłoszem

Paweł Kozłowski Fantazyzm - bez walki, bez akceptacji

Czesław Mirosław Szczepaniak Dieta literacka

Zofia Balbierz Ulice

KSIĄŻKI NADESŁANE

COKOLWIEK DALÉJ

Przemysław Dakowicz Nie desperuj!

DZIENNIK 2022

Zbigniew Mentzel Fałszywe węzły

Adam KrzemińskiMosty nad rozpadliną

Polska beletrystyka może polegać na niemieckim rynku wydawniczym, choć też niejedna powieść na tym rynku poległa - z niewielkim nakładem i zdawkowym lub żadnym echem w radiu i prasie. Niemcy, Austria i Szwajcaria to teoretycznie około sto milionów potencjalnych czytelników, jeśli doliczyć kraje historycznie wciąż jeszcze pod wpływem języka niemieckiego, jak - choć w coraz mniejszym stopniu - Skandynawia, Węgry, kraje bałtyckie czy była Galicja. To niewiele w porównaniu z grubo ponad półtora miliarda ludzi mówiących po angielsku, 1,3 miliarda Chińczyków, ćwierć miliarda frankofonów czy takąż liczbą ludzi nadal posługujących się językiem rosyjskim.

Trzeba jednak pamiętać, że wielu polskich pisarzy właśnie poprzez przekłady na język niemiecki zaistniało w Europie, a kilku dotarło na szczyt - czyli do Nagrody Nobla. Najpierw był to Henryk Sienkiewicz, a potem Władysław Reymont. Co prawda pierwszego przekładu Chłopów dokonano na francuski, ale licho sfastrygowany przez nie bardzo znającą język polski arystokratkę Annę de Bovet, nie był zauważony, z kolei znakomite przekłady na ukraiński i rosyjski - przeszły bez echa w Sztokholmie. Dopiero niemiecki przekład Jana Pawła Kaczkowskiego (pod dźwięcznym pseudonimem Jean-Paul d'Ardeschah) otworzył oczy szwedzkiej Akademii. Powieścią zachwyciła się Ellen Key, głośna wówczas pisarka, pedagożka, feministka, przyjaciółka Selmy Lagerlöf oraz wpływowy krytyk literacki i członek Szwedzkiej Akademii Fredrik Böök, germanofil aż do bólu: aż do późniejszej fascynacji Hitlerem. To on wpłynął na to, by nagrodę przyznać związanemu z prawicą Reymontowi, a nie socjaliście Żeromskiemu.

Po roku 1945 wpływ języka niemieckiego w Europie z oczywistych powodów wyraźnie się skurczył. W Skandynawii młode pokolenie przeszło na angielski. W byłych krajach monarchii habsburskiej - na Węgrzech, w Czechosłowacji czy w dawnej Galicji - na rosyjski. Zarazem jednak doświadczenie hitleryzmu w III Rzeszy, a następnie niemieckich podbojów od Pirenejów po Wołgę i od Krety po Nordkap, a zwłaszcza ludobójcza okupacja Europy Środkowo-Wschodniej pozostawiły trwałe piętno wojennej niemczyzny i spowodowały - z jednej strony - rozjątrzone dociekanie źródeł nazizmu w głębokich pokładach kultury niemieckiej, a z drugiej - "przepracowywanie" niemieckiej winy w powojennych Niemczech, amputowanych na wschodzie o tereny przyznane w Poczdamie Polsce i ZSRR oraz podzielonych na cztery sektory okupacyjne, a od 1949 roku na dwa państwa przeciwstawne sobie ustrojowo i geopolitycznie.

Niemal w całej powojennej Europie "zwykli" Niemcy znaleźli się na cenzurowanym - jako zbrodniarze wojenni, ludobójcy w obozach śmierci, skorumpowani okupanci zza biurka czy dziarscy żołnierze najpierw zachłystnięci mocarstwową tężyzną Rzeszy, a potem mieleni przez frontową maszynkę do mięsa lub zamarzający na rosyjskim froncie. Publicyści mocarstw zwycięskich, a także wracający z emigracji niemieccy intelektualiści zwracali uwagę także na niemieckie ofiary hitleryzmu - na los prześladowanych antyfaszystów i Żydów ukrywających się w Rzeszy, niemieckich więźniów kacetów, "wewnętrznych emigrantów", a z czasem także na niemieckie ofiary wojny, frontowych żołnierzy, cywilów z bombardowanych przez aliantów miast czy uciekinierów ze Wschodu zimą 1945 roku.

W powojennej Europie kurczył się respekt dla języka niemieckiego. Ale warkot wojennej niemczyzny był wszechobecny w europejskim kinie i europejskiej literaturze po obu stronach żelaznej kurtyny.

U progu "polskiej fali"

W polskiej literaturze powojennej wątek niemiecki dominował przez całe czterdzieści lat PRL, tym bardziej że wątek rosyjski czy radziecki był w dużej mierze objęty tabu, a w każdym razie poddany daleko idącym ingerencjom cenzorskim nie tylko w sprawie 17 września 1939 roku i Katynia. Niemiec natomiast intrygował jako "diabeł wcielony w mundurze SS", skorumpowany urzędnik okupacyjny, zbydlęcony strażnik z kacetu, ale także jako oportunistyczny doktor Sonnenbruch ze sztuki Leona Kruczkowskiego (nazwanej pierwotnie Niemcy są ludźmi, a potem już tylko chłodno - Niemcy). To peerelowskie szperanie w duszy niemieckiej ma ogromną bibliografię zestawioną m.in. przez Kazimierza Koźniewskiego. Wywiad z Ballmeyerem Kazimiera Brandysa, Trismus Stanisława Grochowiaka, Trzecie królestwo Andrzeja Kuśniewicza to przykłady wybrane na chybił trafił. Po Październiku '56 na ten "niemiecki kompleks" polskiej literatury nałożyło się wzmożone zainteresowanie rozrachunkiem samych Niemców z obu państw niemieckich z ich własną przeszłością: Bertold Brecht, Heinrich Böll, Günter Grass, a także potem eseistyka: Karl Jaspers, Victor Klemperer, Eberhard Jäckel. Wreszcie sprawa Martina Heideggera jako uniwersalna pułapka uwikłania się myśliciela w totalitaryzm... Dość powiedzieć, że Doktor Faustus Tomasza Manna stał się inspiracją dla Marii Dąbrowskiej, która zresztą poznała Manna w 1955 roku w Weimarze. Towarzyszyła jej wówczas z ramienia enerdowskiego Związku Pisarzy młoda germanistka Christa Wolf - w latach siedemdziesiątych XX wieku autorka Wzorców dzieciństwa dedykowanych z kolei Kazimierzowi Brandysowi jako zdaniem Wolf klasykowi (w Listach do Pani Z) wszelkiego rozrachunku z przeszłością.

W latach pięćdziesiątych XX wieku w życiu literackim obu państw niemieckich rusza swoista "polska fala" - zainteresowanie polską kulturą. Najpierw w NRD - po wymuszonym przez Stalina w 1950 roku uznaniu granicy na Odrze i Nysie, kiedy to w imię odgórnie zaordynowanej przyjaźni z "bratnim krajem", budującym socjalizm taśmowo wydawano polską poezję "zniemczoną" przez renomowanych poetów słabo znających język polski albo nie znających go wcale. (Posługiwali się oni jedynie filologicznymi "ściągami" - często z dość paradnym skutkiem). Potem, w czasie "odwilży" jest to już rzeczywiste zainteresowanie - niezbyt przez władze NRD chętnie widzianą - polską literaturą rozrachunkową. Dość powiedzieć, że oświęcimskie opowiadania Tadeusza Borowskiego zostały odrzucone przez enerdowskich "rzeczoznawców" jako niezgodne z komunistycznym kanonem oporu.

W zachodnich Niemczech "polska fala", zainteresowanie wschodnim sąsiadem, ruszyła w związku z polskim Październikiem '56. Klęska powstania na Węgrzech budziła na Zachodzie współczucie; natomiast kompromis zawarty przez Gomułkę z Chruszczowem - respekt dla warszawskiej Realpolitik, która pozwoliła na uniknięcie radzieckiej interwencji, uzyskanie pewnej swobody działania w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Ta jeszcze niedawno lekceważona jako "państwo sezonowe", a potem boleśnie realna Polska, przesunięta w Poczdamie zaledwie siedemdziesiąt kilometrów na wschód od Berlina, zaczęła budzić zainteresowanie w Republice Federalnej.

Granica na Odrze i Nysie od 1945 roku była w zachodnioniemieckiej świadomości niezasklepioną raną. Wraz z traumą utraty stron rodzinnych w Prusach Wschodnich, na Pomorzu czy Śląsku i dość powszechnie dławionym poczuciem wstydu z powodu najazdu i podboju w 1939 roku składała się na "polski kompleks" wielu Niemców. Oto wykonawcą i beneficjentem najboleśniejszej kary za wywołaną i przegraną przez Rzeszę wojnę nie był jej bezapelacyjny zwycięzca na Wschodzie, sowiecka Rosja, lecz akurat Polska rozjechana czołgami we wrześniu 1939 roku. To przecież sprzeczne z "porządkiem dziobania", który zakłada, że zwycięzca bierze, co chce. Polska jako współzwycięzca II wojny - to nie mieściło się w głowach. Oficjalni rzecznicy wpływowego Związku Wypędzonych nie kwestionowali aneksji Królewca przez ZSRR, ale jeszcze w roku 1985 wołali, że Schlesien bleibt unser. I taka też była oficjalna linia polityki kanclerza Adenauera. Pierwszeństwo ma wczepienie Republiki Federalnej w euroatlantycki Zachód - nawet kosztem podziału Niemiec, natomiast odmowa uznania granicy na Odrze i Nysie ma osłodzić integrację wygnańcom z terenów "pod polską administracją" oraz milionom uchodźców ze strefy radzieckiej. Tylko nieliczni - jak Klaus von Bismarck, późniejszy dyrektor rozgłośni i telewizji kolońskiej WDR, zaangażowany w dialog z Polską już w 1954 roku - publicznie wypowiadali się za uznaniem nowej polskiej granicy.

Tymczasem "polski kompleks" większości Niemców nakładał się na "niemiecki kompleks" Polaków - traumę klęski w 1939 roku i późniejszej okupacji wzmacnianej teraz upokorzeniem z powodu lekceważenia Polski przez to ważniejsze z dwóch państw niemieckich, lękiem przed osławionymi przez propagandę "niemieckimi odwetowcami" oraz wynikającą stąd zależnością od Moskwy jako "gwaranta" granicy.

Bez tego tła niepodobna zrozumieć "polskiej fali" w podzielonych Niemczech drugiej połowy lat pięćdziesiątych oraz dekady wykluwania się nowej Ostpolitik. Jej zwieńczeniem było formalne uznanie polskiej granicy przez Republikę Federalną 7 grudnia 1970 roku oraz widok kanclerza Brandta klęczącego akurat w Warszawie. Ostpolitik była dzieckiem zbudowanego w 1961 roku muru berlińskiego i zakończonego w 1962 roku remisem kryzysu kubańskiego między ZSRR a USA. Jej celem było uczynienie muru bardziej przenikalnym dla Niemców, by utrzymać więzi między obydwoma częściami podzielonego kraju. Droga wiodła przez Moskwę, Warszawę, Pragę i wschodni Berlin, ale jej sercem było nie tylko samo uznanie polskiej granicy pro forma, lecz także wewnętrzne pogodzenie się z nią. Na zachodzie Niemiec - w odróżnieniu od NRD - ten proces był jawny i trwał całe lata. Spór toczył się w mediach, w ugrupowaniach politycznych, na zjazdach Kościoła ewangelickiego, a także - po liście polskich biskupów z 1965 roku - wewnątrz Kościoła katolickiego. Tu nie chodziło jedynie o uznanie samej linii granicznej z Polską, lecz także Polski i Polaków jako rzeczywistych sąsiadów, a nie tylko masy dyspozycyjnej między mocarstwami. Istotną rolę odegrała tu świadomość niemieckiej winy, pobudzona na początku lat sześćdziesiątych XX wieku przez jerozolimski proces Adolfa Eichmanna oraz zakończony w 1965 roku we Frankfurcie proces oświęcimski, który zwłaszcza młodemu pokoleniu Niemców odsłonił rozmiar ludobójstwa, w którym uczestniczyło czynnie lub biernie pokolenie rodziców. Ponadto pierwsze reportaże telewizyjne z dawnego niemieckiego Wschodu, a obecnie polskiego Zachodu przybliżały niemieckim telewidzom także wojenne losy polskich osadników mieszkających w "poniemieckich domach".