Tadeusz ZielichowskiNorwid i Nowy Jork
Autor arcydzielnego wiersza Italiam! Italiam! lutowego poranka w 1853 roku, stojąc na pokładzie brytyjskiego żaglowca, przepływa przez cieśninę dzielącą dwa lądy. Po prawej stronie w porannej mgle majaczy dolny Brooklyn, u brzegu stał wtedy fort Hamilton, z którego do dziś pozostały resztki fundamentów; po lewej stronie wyłonią się brzegi wyspy Staten Island, u dołu stromizny stoi do dziś Fort Wadswort, niemal w całości zachowany. Pierwszym żeglarzem, który cieśninę przepłynął w 1524 roku, był Giovanni da Verrazzano. Ten florentyńczyk z urodzenia, odkrywca i pirat, poddany króla Francji, to bystry umysł, biegły w piśmie, dobry w stylu, czemu dał wyraz w liście do swego pracodawcy, zdając sprawę z tego, co wraz z załogą dojrzał. Wrażenia okazały się pozytywne; przezornie zacumował u brzegu Staten Island, obawiając się, że po wpłynięciu do akwenu mogą zmienić się wiatry i żaglowiec utknie w ciszy w oczekiwaniu na podmuchy, które wyprowadzą go na otwarty Atlantyk. Pojawili się Indianie ciekawi pływającej zjawy pełnej skrzydeł, czyli żagli. Było to pierwsze spotkanie Bladych Twarzy z Czerwonoskórymi. Później tę cieśninę nazwano Verrazzano Narrow, akwen zaś - Zatoką Nowojorską.
Witamy w Battery Park
Upłynął mierzony stuleciami czas, Nowy Amsterdam stał się Nowym Jorkiem, indiańską nazwę wyspy Manahatta zanglizowano na Manhattan; w imię postępu cywilizacyjnego wytrzebiono lasy, pozabijano zwierzęta, zasypano stawy, oczka wodne i strumyki, nabudowano mniej lub bardziej łatwopalnych domów. Wytyczono ulice i aleje, większość ponumerowano, zaprowadzono tzw. grid, czyli siatkę. Manhattan kształtem wpasował się w oś północ-południe. Tego z perspektywy miejsca, na którym stanął na amerykańskiej ziemi Cyprian Norwid, widać nie było. Być może tym miejscem był Battery Park, bo właśnie tam przybijały żaglowce z Europy. W Castle Clinton, ciężkiej, przysadzistej i bezstylowej, istniejącej do dziś budowli o przeznaczeniu militarnym utworzono ośrodek kontroli i dokumentacji przybyszów aspirujących do statusu imigrantów. Tam urzędnicy weryfikowali listy pasażerów wcześniej sporządzane przez kapitanów statków. Moja supozycja nie ma w pełni wiarygodnej ewidencji, gdyż ośrodek ów w sensie formalnym istniał dopiero od roku 1855 (do 1890), niemniej wysepka "imigracyjna" funkcjonowała już wcześniej. Norwid został zarejestrowany na liście przybyłych z Anglii pasażerów.
Z perspektywy nowojorskiej autor Zwolona był imigrantem rodem z Europy. Gdyby cofnąć się i rzucić okiem na jego status, zobaczymy różne konfiguracje kondycji wędrowca, który pozwolenie na wyjazd otrzymał od "Moskali", motywując swą prośbę potrzebą podjęcia studiów artystycznych we Włoszech. Ostatecznie tam dojechał, ale "po drodze" zachowywał się jak turysta fundujący sobie zygzaki po Europie i bywanie z Marią Kalergis. Z funduszami nie liczył się zbytnio, co skutkowało zaprzepaszczeniem planów studiowania rzeźby oraz malarstwa i w przyszłości uprawiania tych rodzajów sztuk pięknych. Na tamten czas można by mu przypisać status ex-patriaty. Gdy lekkomyślność skłoniła Norwida do "dopisania" do swego paszportu pewnego "indywiduum" - popada w tarapaty; powrót do Warszawy staje się ryzykowny. Tym samym staje się on "displaced person". Dzięki wsparciu berlińskich możnych wykaraskał się z kłopotów, ale od tamtego czasu nie jest jasne, do jakiej państwowej przynależności można by go przypisać. Ta sprawa, niejasności co do statusu, jest sygnałem ogólniejszej sytuacji psychicznej, zawodowej i egzystencjalnej pisarza. Jest "osobowością hybrydową". Jego status jest wielowarstwowy i skomplikowany, niemniej dla nowojorskiego urzędnika sprawdzającego listy pasażerów Polak jest takim samym jak miliony już przybyłych, biednym Europejczykiem; jeśli nie zamierza realizować idei "od pucybuta do milionera", niech przynajmniej nie stwarza kłopotów jak upiorne typy, pokazane w filmie Martina Scorsese Gangi Nowego Jorku.
Norwid na początek ma sporo szczęścia; nie wpada w łapska oszustów kłębiących się w Battery Park, oferujących złodziejskie usługi adaptacyjne, natomiast zostaje przygarnięty przez poznaną na żaglowcu irlandzką rodzinę, która oferuje mu dach nad głową. Bezcenna to oferta; będzie miał opiekę w czas choroby, lecz niestety nie doświadczy przy sobie opiekuńczego anioła, pięknej rudowłosej Irlandki pomarłej na okręcie i spoczywającej w głębinach Atlantyku. W połowie XIX wieku Battery Park miał sławę miejsca fashionable, czyli eleganckiego, co widać na rycinach, akwarelach i obrazach tamtego czasu. Przechadzali się tam piękni i smukli panowie z paniami do pary, dzieci dobrze ułożone, psy rasowe; szczegóły rozmaite uwzględnione przez artystów dają temu stanowi rzeczy świadectwo. Nowy Jork ma wspaniałą dokumentację niemal od samego początku istnienia; liczne opracowania ikonograficzne i narracyjne w edycjach książkowych i albumowych, źródła muzyczne pozwalają na "ekstrakcję" stosownych informacji, nierzadko spełniających paradoks podług zasady "jak to jest, gdy kłamiąc prawdę mówią poeci"... i artyści. Później Cyprian będzie do owego niedużego, lecz wspaniale położonego parku przychodził częściej, zwłaszcza w letnią porę wysokich temperatur i duchoty, bo od Zatoki Nowojorskiej wieją tonizujące wiatry, a nadto pełna ona statków; wiele z nich zawinie do Liverpoolu, do Londynu, do Genui, Hawru lecz na żadnym z nich nie będzie miejsca dla tego, co u brzega stoi.
Świeżo przybyły Europejczyk wraz rodziną imigrantów nie pragnących powrotu do spustoszonej głodem Irlandii opuszczają to miejsce udając się w górę indiańskiej wyspy Manahatta do miejsca docelowego, którym będzie East Village/Kleine Deutschland. Współcześnie Battery Park to areał pełen pomników i rzeźb. Niemal wszystkie mają związek z oceanicznymi żywiołami i wojnami na ich akwenach toczonymi. Jest tam piękny pomnik Giovanniego da Verrazzano z towarzyszącym mu aniołem. Przy Castle Clinton stoi paskudne dzieło The Immigrants emanujące nachalną ekspresją - witaj kraino wolności! Na ścianach pobliskiej stacji metra 4 i 5 (Bowling Green) zreprodukowano w skali super-makro dawne grafiki obrazujące przybywających imigrantów - zabiedzone twarze, zmięte ubiory, toboły, skrzynie toporne, wymęczone dzieci przytulone do swoich mam. Pokaż się i tu europejska biedo! W parku są też pomniki ku czci amerykańskich marynarzy, którzy stracili życie od torped U-Bootów na Atlantyku, marynarzy norweskich w konwojach do Murmańska, szwedzkiego konstruktora metalowych kadłubów statków Ericssona... Jest też w mosiężnej tablicy odciśnięty wiersz New Colossus Emmy Lazarus sławiący Statuę Wolności, dar Francji. A Norwid z Irlandczykami już opuszczają park. Jak dalej? - myślę, że pieszo. Kierunek obierają na północ w górę Broadwayem biegnącym poprzez cały Manhattan, Bronx, przechodzi przez kilka miejscowości w Up-State New York i kończy się przy urokliwym i zabytkowym cmentarzu Sleepy Hollow, dołem zaś płynie dostojna Hudson River. Tym szlakiem wędrowali Indianie, zajadle walcząc z Holendrami i ostatecznie przyczyniając się do ich klęski; Nieuw Amsterdam został stracony na rzecz New Yorku. Zwarta, miejska zabudowa Broadwayu w tamten czas poczynała rzednąć w okolicach East 34th Street, niemniej jednak tam, gdzie Norwid (ewentualnie) szedł do celu, teren wyglądał (wielko)miejsko. Ale kudy im tam do wspaniałych budowli cudownych miast włoskich, także i Paryża będącego już wtedy kulturalną stolicą świata, co w setkach akuratnie dobranych cytatów opisał Walter Benjamin w Pasażach. A także - nieco inaczej - nasz Karol Frankowski.
Od traumy do zachwytu, czyli słuch idealnyZ Ryszardem Schubertem rozmawia Krzysztof Szymoniak
(6 maja 2021 roku, Rynek Wildecki, Poznań, godz. 14:30 - 15:30)
Krzysztof Szymoniak: Stworzył pan odmianę gatunkową w prozie polskiej, której nikt przed panem nie stosował w takim wymiarze w tekstach literackich, a i potem mało kto poszedł tak daleko. Na ich temat wypowiadali się krytycy, recenzenci, literaturoznawcy, eseiści, ale i zwyczajni czytelnicy w prywatnych rozmowach. Niemal wszyscy oni stawiali pytanie: jak i z czego zrodziła się pierwsza pana książka?
Ryszard Schubert: To może jednak zacznijmy od tego, że ostatnio zadałem sobie pytanie: jak to się stało, że po czterdziestu latach "snu", czegoś na kształt literackiego uśpienia, znowu zacząłem pisać. A wróciłem do pisania jakieś cztery, może pięć lat temu. Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, zacząłem analizować własną przeszłość pod względem tego, w jakich okolicznościach sięgałem po pióro, co sprawiało, że zaczynałem pisać. Doszedłem do wniosku, że za każdym razem impuls literacki, potrzeba pisania, pojawiały się u mnie po jakichś niezwykle mocnych przeżyciach. Podam przykład: debiut prasowy "spowodowany był" śmiercią mojego ojca. Miałem wtedy siedemnaście lat. Ta śmierć to był szok nieprawdopodobny. Moje pierwsze pisanie ściśle się z nim wiązało. Wysłałem wtedy na jakiś konkurs swoje opowiadanie. Następna sprawa, to już było Trenta Tre. Muszę tutaj podkreślić fakt, że jestem i już w liceum byłem namiętnym czytelnikiem twórczości Zygmunta Krasińskiego. Uważam go za największego pisarza i romantyka spośród polskich poetów romantycznych. Etna plus Wezuwiusz, plus Stromboli - to jeszcze nie Krasiński! Przeczytałem i przestudiowałem całą jego twórczość, w tym wszystkie jego listy, jakie się ukazały, a jest tego kilkanaście tomów. I teraz, o co w tym wszystkim chodzi? Chodzi o to, że opuszczając po maturze I LO w Poznaniu, miałem w głowie najróżniejsze wizje, plany, zamierzenia, idee. Oderwany od Mickiewicza, Norwida i Krasińskiego, przepełniony ideami romantyzmu spadam w szarą rzeczywistość, czyli idę do swojej pierwszej pracy, (po rocznym epizodzie edukacyjnym w Wyższej Szkole Ekonomicznej i w Studium Nauczycielskim) w wielkiej bazie materiałów i surowców chemicznych z własną bocznicą kolejową, gdzie zderzam się z innym językiem, a właściwie z dwoma językami: codziennym, potocznym językiem pracujących tam ludzi, mocno osadzonym w gwarze poznańskiej, oraz z koszmarną nowomową, sztucznym, bełkotliwym językiem sprawozdań, protokołów, "donosów", jakim komunikowali się między sobą przedstawiciele zakładowej administracji, od brygadzisty, przez kierownika po sekretarza Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR i Rady Zakładowej. W pierwszej chwili nie rozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi.
KSz: U pana w domu, w środowisku kolegów, na ulicy nie używało się wtedy elementów gwary poznańskiej?
RSch: Oczywiście, że się używało, ale to był mój normalny język codziennych kontaktów z otoczeniem. Ja dopiero później dowiedziałem się, że mówię jakąś gwarą. Najpierw, jeszcze jako młody chłopak w każdą niedzielę słuchałem w poznańskim radiu pogadanek Stanisława Strugarka. I prawdopodobnie to od niego zaczerpnąłem ten swój język, który wydawał mi się wtedy czymś zwyczajnym i normalnym. Pamiętam jak dziś te niedzielne poranki, kiedy to w radiu gwarą poznańską pięknie zasuwa Strugarek, bodaj przez pół godziny. I nie wyobrażałem sobie niedzieli, żeby tego nie wysłuchać. Więc najpierw była fascynacja. Ale potem, gdy po liceum z romantyzmu, i związanego z nim języka, wpadam do świata robotników, magazynierów i brygadzistów, otacza mnie nowa rzeczywistość językowa, której na początku niemal nie rozumiałem. Z jednej strony rozmawiałem z tymi wszystkimi osobami językiem potocznym, jakiego wszyscy używali, a z drugiej strony, jako referent, człowiek biurowy, musiałem pisać te wszystkie protokoły i sprawozdania, czyli musiałem posługiwać się sztucznym językiem, wymyślonym i stosowanym na potrzeby zakładowej biurokracji i administracji. To był dla mnie pewien koszmar, jaki przeżywałem w miejscu pracy. I najprawdopodobniej pod wpływem tego szoku zacząłem pisać Trenta Tre. Z tym się wiąże pewna historia, bo ja te "sprawozdania, protokoły i donosy" w Trenta Tre pisałem o czwartej lub piątej rano, przed pójściem do pracy, kiedy umysł jest zaspany, zamulony. Pisałem wtedy w pewnym otępieniu, niedobudzony, jak ten mnich buddyjski (wersja polska, widziałem ich kiedyś w Poznaniu, na Starym Rynku, byli chyba w transie), który recytuje, a nawet klepie w kółko te swoje mantry. Tak otrzymywałem płynność językowego bełkotu.
KSz: Pamięta pan pierwszy kontakt z tym językiem?
RSch: Zaczęło się od tego, że kierownik mówi do mnie: "Niech mi pan tu przepisze na maszynie ten mój wniosek...". Patrzę, czytam, a to jakiś żargon i wtedy pomyślałem, że cały ten tekst trzeba by w wielu miejscach poprawić. Ostatecznie w swojej książce wyszydziłem ten żargon, tę nowomowę, wyśmiałem to i sparodiowałem. Dlatego potem byłem już wyczulony na ten język, bo słyszałem i widziałem go wszędzie: w radiu, w telewizji, w gazetach, na zebraniach i manifestacjach typu 1 Maja czy 22 Lipca. Moje życie w tej bazie wyglądało w ten sposób, że oprócz codziennej pracy brało się także dyżury niedzielne. Kto był na dyżurze, ten przyjmował wagony, przyjmował towar z tych wagonów, a potem pisał od razu sprawozdania z dyżuru. A te sprawozdania trzeba było pisać tym właśnie pokracznym językiem administracji zakładowej. I to właśnie przejście od świata romantyków do szarej rzeczywistości, przynajmniej na poziomie języka, było impulsem, który przerodził się u mnie w potrzebę pisania.
KSz: Domyślam się, że jak wielu młodych utalentowanych ludzi miał pan naturalną skłonność do pisania. Ale cała konstrukcja książki, ze śródtytułami i cytowanymi listami Krasińskiego do dzieci oraz tytułową frazą Trenta Tre - to wszystko wymagało jednak jakiejś pogłębionej pracy koncepcyjnej.
RSch: W którymś z listów Krasińskiego jest mowa o tym klasztorze, a sprawa ma związek z Delfiną Potocką, z którą Krasiński stale podróżował. Oni razem odwiedzili ten klasztor, w którym przebywały zakonnice mające dar jasnowidzenia. Próbowali tam dowiedzieć się, co ich czeka. A ja, czytając o tym i pisząc własną książkę, mając wtedy dwadzieścia lat, czułem, że jestem kimś, kto wszystko wie, wszystkich rozumie, wszystkich potrafi rozgryźć, u każdego człowieka, choćby był najgorszym charakterem, potrafi znaleźć i docenić pozytywną cienką strunę, bo każdy tę strunę w sobie nosi. Byłem idealistą, ale też zastanawiałem się, co mnie czeka. Chodziłem więc po świecie z miną znudzonego śmiertelnie, takiego powiedzmy Marlona Brando (chudego jeszcze), a raczej z miną wszystkowiedzącego romantyka, i ubzdurałem sobie, że potrafię tych moich bohaterów - prostych, ubabranych nieraz robotników - zrozumieć. Klasztor o nazwie Trenta Tre to dla mnie synonim daru jasnowidzenia, a ja chciałem nie tylko widzieć, ale i wiedzieć, jak ten mój ówczesny świat działa, świat zaludniony osobami, które spotkałem w bazie chemicznej, gdzie zarabiałem na chleb. I teraz rodzi się pytanie: dlaczego moja książka Trenta Tre spotykała się z tak ostrymi ripostami, a wręcz z niechęcią ze strony uznanych pisarzy i literatów. Na przykład Bohdan Czeszko się wściekł, tygodnik "Polityka" się wściekł. Oni się wściekli, bo język mojej książki wyśmiewał tamtą partyjniacką rzeczywistość i realia ówczesnego PRL-u. Dlatego dzisiaj zastanawiam się, czy wtedy mógł ktoś napisać uczciwą recenzję z mojej książki, recenzję, która nazwałaby po imieniu jej treść i przesłanie. Moja książka może była na trójkę, a może na trzy z plusem, ale jestem przekonany, że "szanujący się" recenzent, który nie chciał stracić pracy, nie mógł wtedy napisać prawdy o mojej książce, a zwłaszcza tego, co sam o niej myśli.
KSz: Nawet, gdyby taką recenzję napisał, to i tak cenzura by mu jej nie puściła.
RSch: O tym mówimy. O to właśnie chodzi. Moi bohaterowie żyją w schizofrenicznej rzeczywistości. Gdy są na zebraniu, posługują się bełkotem partyjnej nowomowy, a potem wychodzą z zebrania i wracają do własnego języka, jakikolwiek on był, ale własnego. Więc ci ludzie funkcjonują na dwóch różnych poziomach samoświadomości.
KSz: Pan tam się pojawia jako Rysiu, jako ten, który słucha, ale i rozmawia ze swoimi bohaterami...
RSch: Ale ponieważ to także ja pisałem te wszystkie "oficjalne" sprawozdania i protokoły, to musiałem znaleźć jakąś formę, dzięki której narrator będzie mógł relacjonować swoją bełkotliwą opowieść. Zwielokrotniłem, przerysowałem więc tamtego siebie w postaci upiornego narratora, a formą były te jego sprawozdania i donosy. Dzisiaj potrafię sobie wyobrazić sytuację, że w filmie Rejs Himilsbach i Maklakiewicz są bibliotekarzami, którzy recenzują i promują moją Trenta Tre. Uważam, że temat i treść mojej książki nigdy nie zostały właściwie wykorzystane, a jest to inny Rejs w czystej postaci. W moim odczuciu Rejs pokazuje, co zrobił z człowiekiem socjalizm, jak wykoślawiła go komuna. Ten film idealnie pokazuje to, kim ci ludzie się stali.
KSz: Kolejna sprawa, to tekst na skrzydełku książki, czyli "z podszeptów dajmoniona"... Zacytujmy końcówkę: "Czy nie rozumiesz, że Trenta Tre to Twoje wielkie kłamstwo wobec siebie samego?, że to nielojalność wobec T w o j e j struny najcieńszej? Przecież potrafiłeś na niej grać, nim jej nie zdradziłeś, nim się jej nie wyparłeś. I tego najbardziej nie mogę Ci wybaczyć".
RSch: Nie chciałbym o tym mówić, bo to jest sprawa bardzo osobista.
KSz: Cóż, wielu czytelników pańskiej pierwszej książki zastanawiało się, kto tu do kogo mówi. I o co w tym chodzi? Niektórzy myśleli, że jest to list do samego siebie, list samooskarżenie, mówiący o zmarnowanym talencie i zdradzie własnych ideałów.
RSch: Sprawa jest prosta. Kiedy książka była już napisana, a ja czekałem cztery lata na jej druk, pokazałem ją pewnemu znajomemu z prośbą o ocenę, bo chciałem poznać wartość tego, co napisałem. I ten tekst na skrzydełku jest właśnie prywatną recenzją mojego znajomego, skierowaną do mnie, czyli do autora książki. Nie ma w tym żadnej innej zagadki.
KSz: Była to dla pana przykra okoliczność?
RSch: Pewnie, że to było przykre, ale postanowiłem tej recenzji nie ukrywać ani przed sobą, ani przed czytelnikami.
KSz: W końcu książka ukazała się w "Czytelniku" w roku 1975. Podobno jest to wyłączną zasługą Henryka Berezy?
RSch: Nieprawda. Czekając na pozytywną decyzję wydawnictwa, przeczytałem problemowy artykuł Michała Sprusińskiego, który w pewnym momencie zadaje pytanie: "Gdzie jest młoda polska literatura? Pokażcie mi ją!". To ja mu wtedy odpisałem: "Powiem panu, gdzie jest młoda polska literatura. Ona jest w waszej głębokiej szufladzie. Tam leży moja książka. A ja czekam na nią już cztery lata". I po dwóch tygodniach przychodzi do mnie z "Czytelnika" list, że proszę bardzo, jest decyzja o publikacji. I to jest zasługa Sprusińskiego, a nie tylko Berezy. Ja tylko postawiłem Sprusińskiego wobec konkretnego faktu, ale to on mnie sprowokował swoim pytaniem. Wiec ja mu odpowiedziałem, gdzie jest polska młoda literatura.
KSz: I jak się pan poczuł, mając już w ręce Trenta Tre?
RSch: Jak się mogłem czuć, skoro krótko potem zaczęło się kopanie autora. Najpierw na łamach wielkiej "Polityki" zajęli się tym bzdetem wydrukowanym w nakładzie trzech tysięcy, napisanym przez jakiegoś wieśniaka z Poznania. Dlaczego ta książka tak ich zabolała?
KSz: Bo książka ośmiesza i parodiuje język partyjnego ciemniactwa, bełkot ówczesnej nowomowy.
RSch: I dlatego niektórzy ludzie w Poznaniu, którzy przyznali się do znajomości ze mną, którzy gratulowali mi wygranego konkursu, mieli wtedy nieprzyjemności. I nawet żałowali, że wyrażali się o mnie pozytywnie. Pewnie się wystraszyli, skoro mieli z tego powodu jakieś tam kłopoty.
KSz: A pan osobiście? Chodzili za panem na przykład esbecy, węszyli?
RSch: Nie, nigdy. Tylko cenzura zaproponowała mi kilka poprawek w tekście, takich nie do odrzucenia. A jeżeli ktoś pierwszą książkę wydaje, to musi się ugiąć... Tu proszę dać potężny wielokropek.
Leszek BugajskiNa chwilę przed
Andrzej Stasiuk: Przewóz. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021, s. 400.
Tym razem Stasiuk nie opisuje swoich samochodowych wędrówek po Bałkanach czy bliskich jego domu okolicach przygranicznych ani nawet nie dzieli się swoją fascynacją włóczęgami po Wschodzie. Wydał świetną powieść, która nie ma wiele wspólnego z jego potrzebą wędrowania. Przewóz to powieść introwertyczna, w tym sensie, że nie jest jej tworzywem obserwacja fizycznego świata, ale przekopywanie pamięci. I co ciekawe, nie jest to jego własna pamięć, ale strzępki pamięci jego ojca. Mówił o tym wprost w wywiadzie, jakiego udzielił "Tygodnikowi Powszechnemu" (23.05.2021): "Przewóz mocno wyrósł z tego, że ojciec stracił pamięć. To próba zrekonstruowania tego, czego już nie posiada. Same okruchy mi przekazał, resztę musiałem sztukować. Przywoływać obrazy, wymyślać je od nowa. [...] on nigdy niczego nie zmyślał, to ja byłem od zmyśleń". Ojciec pisarza zresztą - jak to opowiada - "nigdy nic nie mówił, milczkiem był raczej i pięć lat temu dopiero się rozkręcił w takich długich, chaotycznych narracjach".
Taka jest geneza tej powieści, a w każdym taka jest opowieść autora o tym, skąd się ona wzięła. Musiało bowiem być dla niego silnym przeżyciem to, że małomówny ojciec jakby w przeczuciu zbliżającej się amnezji zaczął wyrzucać z siebie jakieś nieskładnie opowiadane historie, a potem stracił pamięć i zamknął się w sobie na zawsze. I syn-pisarz został z wielką nieopowiedzianą opowieścią i uczuciem lekkomyślnej straty (mówi o niej też w tym wywiadzie), że wtedy, kiedy mógł słuchać ojca, lekceważył rozmowy dorosłych i nie zadał sobie trudu uważnego słuchania. W tym sensie jest ta powieść formą zadośćuczynienia porzuconej pamięci i próbą jej zrekonstruowania. Chyba przede wszystkim dla samego siebie.
To, o czym Stasiuk mówi w wywiadzie, jest w powieści zawarte w jednym z jej wątków - współczesnym. Jej narrator stara się zrozumieć swego ojca, który jako dziecko żył w czasie zawieruchy wojennej we wsi nad Bugiem. Obserwował to, co się działo, choć przecież nie wszystko rozumiał, ale widział dość, by nabawić się traumy, i przeżył tyle chwil strachu, że ta trauma została w nim na całe życie. Teraz, jako powieściowa postać, indagowany przez syna, nie chce opowiadać o tamtym czasie. Zamknął się na przeszłość i nie otwiera się na nią, mimo że syn wozi go po okolicy, w której wszystko się działo. Pewnie zamknął się tak szczelnie, że sam już nic nie pamięta, wymazał tamte obrazy z pamięci razem z uczuciem dawnego strachu.
"Patrzę razem z nim w głąb minionego i mogę przywołać obrazy, których nie pamięta - stwierdza narrator powieści. - Mogę wymyślać od nowa. Żadna już różnica. Nie może zaprzeczyć ani potwierdzić. Siedzi jak jaszczurka. Jak stary embrion zanurzony w czasie niczym w wodach płodowych". Czyli syn, dzisiejszy pisarz, staje się właścicielem wspomnień ojca. Tyle tylko, że jest ich niewiele więcej niż nic, ale mimo to chce te "zachowane" resztki uratować i wmontować w rozległą narrację. Bo skoro ojciec jest jak "stary embrion", to musi się rozwinąć i jego napomknienia muszą się przekształcić w "pełną" opowieść. Pewnie Stasiukowi takie życiowe (!) porównanie lepiej pasowało niż odwołanie się do znanego skądinąd określenia "archeologia pamięci", bo opowieść żyje swoim życiem, rozwija się o własnych siłach, a nie jest sklejana i wyobrażona na podstawie znalezionych okruchów.
Dlaczego ceniony i popularny pisarz to robi? Robi coś, co jest zupełne różne od jego wcześniejszej twórczości? Po co jest mu to potrzebne? Odpowiedź jest prosta: dlatego, że odkrył obecność tego nieopowiedzianego strachu ojca w sobie. Traumy przeżyte przez rodziców dręczą następne pokolenie mimo całego systemu przemilczeń. To dotyczy całego powojennego pokolenia, a w każdym razie jego bardziej wrażliwej części. To niby generacja, która nie doświadczyła żadnej straszności, ominęły ją wojny, wmawiano jej, że jest najszczęśliwszym pokoleniem od dawien dawna, bo nie przeżywali panicznego lęku o życie i całą resztę. Wiem, o czym piszę, bo należę do tego pokolenia, i wiem, że to tylko ładna rodzicielska retoryka. Znam aż za dobrze milczenie rodziców na temat przeżyć wojennych, milczenie zwłaszcza o najgorszych z nich, albo tylko jakieś napomknienia, jakieś wydobywające się na chwilę obrazy z tamtych lat. Szybko i jakby wstydliwie zagadywane, żeby dzieciom nie zapisały się w pamięci.
To oczywiście było niemożliwe, co już od kilkunastu lat ujawnia się w literaturze, najczęściej w izraelskiej - choćby w powieści Dawida Grosmana Patrz pod: Miłość, w której dziecięcy bohater pierwszej części próbuje zrozumieć, czym jest "nazistowska bestia", o której coś podsłuchał w rozmowach dorosłych i chce ją sobie wyobrazić. A żeby nie patrzeć w jedną stronę: o tak zwanej postpamięci, czyli pamięci dziedziczonej, piękny esej napisała kilka lat temu Maria Stiepanowa Pamięci pamięci (polskie wydanie: 2020).
Wychodzi na to, że Stasiuk nie jest osamotniony w swoich dociekaniach tego - według jego słów - "co jest pod pamięcią", że jego powieść wpisuje się w szerszy trend, który jest wyrazem udręki i niepokoju osaczających artystów z tego "najszczęśliwszego" pokolenia Europy, za sprawą tego, co ich rodzice, czy szerzej: przodkowie, wypierają z pamięci. Żeby nie szukać daleko - w polskiej literaturze w ciągu ostatniego roku pojawiły się takie powieści, jak Pokora Szczepana Twardocha, Gorzko, gorzko Joanny Bator czy Ojczyzna jabłek Roberta Nowakowskiego, które nie ujawniają tak mocno jak Przewóz Stasiuka odwołań do relacji rodzinnych narratorów, ale - generalnie rzecz ujmując - są wehikułem prześwietlania historycznej przeszłości miejsc, z których pochodzą. Prześwietlania bez żadnego innego zamówienia poza osobistym zainteresowaniem tym, skąd pochodzę, co z przeszłości tego miejsca utkwiło we mnie w jakiś tajemniczy sposób i określa mnie oraz niepokoi.
Akcja powieści Stasiuka rozgrywa się na Podlasiu w ciągu kilku dni drugiej połowy czerwca 1941 roku, czyli wtedy, gdy na zachodnim brzegu Bugu zbiera się armia niemiecka szykująca się do ataku na Związek Radziecki, a miejscowi prowadzą - a raczej starają się prowadzić - swoje normalne życie. Ale to oczywiście niemożliwe, bo żyją w wiosce na brzegu granicznej rzeki, bo wokół dzieje się historia z całym jej okrucieństwem, choć oni sobie nie zdają sprawy, co z tego dziania może wyniknąć. Coś przeczuwają, czegoś się domyślają, ale bardziej skupieni są na swojej codzienności niż geopolityce.
Stasiuk powołał do powieściowego życia bardzo pomysłowo skomponowaną grupę bohaterów. Zrobił to tak, by w przejrzysty sposób, nie robiąc bałaganu, pokazać rozmaite postawy wobec tego, co się wokół nich szykuje. Najpierw więc jest świetna para - kobieta, wdowa, jakby symbol trwałości życia i jego ładu, gospodyni, która, kiedy Niemcy zajęli jej dom dla swoich oficerów, niewzruszona prowadzi gospodarstwo domowe w stodole. Trochę przy tym zielarka, a może trochę czarownica, która na wszystko ma gotową rozsądną radę. A przy tym emanuje seksapilem, który gotowa jest wykorzystać, kiedy jest to konieczne. To ona jest postacią, która stanowi oś opowieści.
Najbliżej niej jest Lubko. Mieszka z nią, ale ich relacja nie nabrała charakteru - jak to można określić - intymnego, choć on myśli o niej nieustannie. Jest pogorzelcem, któremu ona ofiarowała kąt za pomoc w gospodarstwie. Ta zależność hamuje wszystkie jego marzenia, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że ich urzeczywistnienie zakłóciłoby ład ich relacji. To właśnie Lubko zajmuje się tytułowym przewozem - ma łódkę, którą przewozi z jednego brzegu rzeki na drugi (czyli przez granice stref okupacyjnych) wszystkich, którzy tego potrzebują, mimo że jest to skrajnie niebezpieczne. Człowiek przywiązany do miejsca, w którym żyje, do natury - zna jej tajemnice i na swój sposób jest mądry jakąś pierwotną niewzruszoną mądrością. Wprawdzie ma wielki kłopot z posługiwaniem się widelcem, którego wcześniej nigdy nie używał, ale nie daje się nabrać na agitację dowódcy partyzanckiego oddziału Siwego - daje mu się wygadać, a potem niewzruszony mówi, że on nigdy nikomu nie przysięgał, a teraz to musi wyprowadzić krowę na pastwisko. To dla niego jest ważniejsze niż jakieś wydumane powinności, może patriotyczne w szerszym sensie, ale dla niego nic to nie znaczy, bo on jest patriotą tego skrawka ziemi, na której żyje i o której wie, że jest odwieczna i przetrzyma wszystkie przemarsze wojska, polityczny bałagan i patriotyczne fantasmagorie.
Są oczywiście wspomniani partyzanci, czyli przedwojenny plutonowy z wisem za paskiem i trzech chłopaków, których zwerbował i z których robi żołnierzy. Nie walczą, bo nie mają jak i czym, ale plutonowy Siwy deklaruje chęć walki "ze wszystkimi. Tutaj zawsze trzeba się było bić ze wszystkimi. Z Niemcami, z Ruskimi, z komunistami". Tyle, że z nikim nie walczą - jedyna ich aktywność to liczenie niemieckich pojazdów zjeżdżających nad graniczną rzekę i szykujących się do ataku. Nawet nie wiadomo, komu to liczenie jest potrzebne. Wprawdzie ten minioddział Siwego chyba funkcjonuje w ramach jakichś większych struktur, bo przybywa z wizytacją kapitan, ale to wszystko niepoważne, operetkowe. Kapitan gada jakieś napuszone banały, jakby nie widział, gdzie jest, albo jakby nie chciał widzieć. A oddział Siwego nieudolnie powiesił kogoś, kto był podobno donosicielem, zabił jeszcze bardziej nieudolnie świnię, w trakcie czego jeden z "żołnierzy" odniósł ranę. I na koniec wszyscy trzej członkowie oddziału - gdy tylko dowódca spuszcza ich z oka - wzajemnie się wybijają - i tyle było tego wojowania.
Pojawia się żydowskie rodzeństwo z wielkiego miasta, które omamione opowieścią o Birobidżanie, raju który Stalin miał stworzyć dla Żydów na Dalekim Wschodzie, chce tam dotrzeć. Ale utknęło w wiosce nad rzeką i wplątało się w jej życie. Pomogła im oczywiście kobieta, umieściła w kryjówce, a partyzant tylko chciał zgwałcić dziewczynę, bo był poza wszystkim antysemitą.
Jest w powieści Stasiuka jeszcze kilka pobocznych postaci, które odgrywają mniej istotne role w tym teatrze, jaki pisarz wprawił w ruch. Wszystko to, co się między nimi dzieje, układa się w opowieść o tym, że ludzkie życie biegnie swoim rytmem niezależnie od tego, co wielkiego dzieje się wokół nich; to opowieść o ludziach, którzy nie chcą wiedzieć o wielkich sprawach, nie chcą w nich uczestniczyć, bo żyją - przynajmniej na razie - na takim poziomie, że te sprawy bezpośrednio ich nie dotyczą. Są ofiarami, ale nie załamują się, tylko wytrwale wracają do swoich elementarnych obowiązków, bo życie musi biec ustalonym torem niezależnie od wszystkiego - muszą mieć co jeść, muszą mieć trochę pieniędzy, muszą mieć gdzie spać, muszą się jakoś między sobą układać. Wojna i polityka temu przeszkadza, ale oni dają radę.
"Cienie minionego łagodnie rozstępują się przed nami, gdy wchodzimy do ich królestwa" - Stasiuk napisał powieść apolityczną, nie określił nią żadnych politycznych sympatii ani swoich, ani powieściowych postaci. On pewnie je ma, ale tu nie grają roli, stworzone przez niego postaci nawet nie czują potrzeby ich posiadania. Zresztą po co tu byłaby potrzebna jakakolwiek polityka - liczy się ład codzienności. Czy dla powieściowej osady ma jakieś znaczenie, że Żyd uciekający przed faszystami za rzekę wrócił, bo tam po komunistycznej stronie jest jeszcze gorzej? Nie ma też znaczenia, dokąd i po co ruszyli żołnierze stacjonujący w pobliżu, ważne, co zostawili, co dawali mieszkańcom i co się z nimi dawało załatwić. Na rzeczywistość, w której żyją, oni sami nie mają wpływu, więc się od niej odsuwają. Ważniejsze niż decydująca operacja Barbarossa jest chyba dla nich to, że głuchy woźnica nie słyszał nadjeżdżających niemieckich żołnierzy i zderzył się ich samochodem. To oczywiście scena symboliczna, coś w rodzaju ostrzeżenia czy ujawnienia wiedzy narratora o biegu historii: wcześniej czy później agresja świata dotyka też i taki pozornie sielski zakątek. Żyjemy pod presją i w oczekiwaniu zderzenia, głusi na jego zbliżanie się.
Zbigniew DmitrocaFarciarze i pechowcy
Jasio Szyper
Stary kawaler. Mieszkał z matką przy drodze na kolejkę, w ostatnim domu we wsi, prawie nad łąkami. Elektryczność dotarła do nich dopiero w połowie lat siedemdziesiątych. Przychodził do nas, gdy ojciec był sołtysem. Powolny, małomówny blondyn. Wykupiony z transportu na Majdanek przez niemieckiego zarządcę folwarku. Po śmierci matki został sam. W latach dziewięćdziesiątych przyznano mu status Dziecka Zamojszczyzny, dostał wysokie odszkodowanie z Niemiec. Nie wiedział, co z takimi pieniędzmi zrobić. Za dużo na codzienne wydatki, za mało na nowe życie. Poza tym był w wieku, w którym człowiek obawia się zmian. Pił, stawiał i pożyczał wiejskim pijakom na wieczne nieoddanie. Pewnej jesieni pijany wracał po ciemku do domu, przewrócił się i zasnął na szosie. W nocy przejechał go samochód.
Jasiek Paszkiewicz
Trochę starszy od moich rodziców. Mieszkał pod dębowym lasem. W trzydziestym dziewiątym wziął do niewoli niemieckiego oficera. Potem sam dostał się do niewoli i został wywieziony na roboty. Pracował w gospodarstwie. Pewnego razu do niemieckiego gospodarza przyjechał na urlop syn. Okazało się, że to oficer, którego we wrześniu Jasiek wziął do niewoli. Jaśka obleciał strach. Gdyby Niemiec był mściwy, mógłby go pod byle pretekstem zastrzelić albo wysłać do obozu. Ale oficer okazał się ludzkim Niemcem. Załatwił przepustkę i Paszkiewicz przyjechał do domu do Niewirkowa. Tu zgłosił się do pracy w folwarku i na roboty już nie wrócił. To się nazywa: mieć szczęście.
Paruńka
Tak ją wszyscy nazywali. Szkolna koleżanka mojej mamy. Mieszkała w lichym drewnianym domu za rowem melioracyjnym, pośród pól i łąk. Miała kawałek ziemi, ale ani krowy, ani konia, ani nawet studni. Wodę brała ze źródełka w rowie naprzeciwko domu. Za to miała nieślubnego syna Heńka, w moim dzieciństwie już dorosłego. Heniek miał jedną nogę krótszą i chodził w bucie ortopedycznym, mieszkał w Warszawie. Paruńka żyła na kocią łapę z Marianem Szubą. Pili denaturę, jak się wtedy mówiło. Heniek był temu związkowi przeciwny i gdy się zjawiał na wsi, wyganiał konkubenta z domu. Po wyjeździe Heńka Marian znowu wracał. Mama czasem mówiła: Ach ta nasza Paraszka. Nie wiedziałem, co to znaczy. Po latach odkryłem, że to zdrobnienie od imienia Praskowia. Najprawdopodobniej była Ukrainką, jak wielu mieszkańców Niewirkowa i okolic, którzy przed wojną zostali zmuszeni przez władzę do przejścia na katolicyzm. To słowo ma także brzydsze znaczenie. Myślę jednak, że mama go nie znała. Choć kto wie?
Antek Palikot
Młynarz. Wcześnie owdowiał, zostając z czworgiem dzieci w wieku szkolnym. Z najmłodszą córką, gdy nie zdała, chodziłem do jednej klasy. Jeden z dwu bohaterów moich nienapisanych reportaży, które, gdybym je napisał, mogły zmienić bieg mojego życia.
W czterdziestym czwartym trafił z poboru do 2. armii, podobnie jak mój ojciec. Jednostka stacjonowała w Białce koło Krasnegostawu. W nocy z jedenastego na dwunastego października doszło do masowej dezercji. Wśród dezerterów był szeregowy Palikot. Sprawę znałem z podziemnych wykładów historii, w których uczestniczyłem w stanie wojennym. Co nieco wiedziałem wcześniej z wiejskiej historii szeptanej, bo o takich sprawach dzieciom się w PRL nie mówiło. W dziewięćdziesiątym, gdy zamierzałem napisać reportaż, ludziom rozwiązały się języki. Młynarz bez skrępowania o wszystkim opowiedział. Niestety, nie miałem reporterskiego magnetofonu, żeby to nagrać, a nie chcąc go spłoszyć, notatnika nawet nie wyjąłem z torby.
Po jakimś czasie większość dezerterów wyłapano. Palikot trafił do kompanii karnej. To było jak odroczony wyrok śmierci. Z brudu i zimna dostał niegojących się wrzodów na twarzy. Ciało zaczęło gnić. Wojskowy konował był bezradny. Zresztą kto by się przejmował żołnierzem z kompanii karnej? Wydawało się, że nie ma dla niego ratunku. Wtedy ktoś mu poradził, żeby smarował twarz towotem. Po jakimś czasie rany się wygoiły i Antek wyzdrowiał. Jeśli to nie był cud, to cudem było to, że nie zginął w kompanii karnej. Bo przeżyć wojnę w kompanii karnej to naprawdę cud.
Józio i jego dzieci
Bardziej pamiętam to, co się mówiło o nim, niż jego samego. Mieszkał przy gościńcu na Michałówce, przylegającej od wschodu do Niewirkowa. Kawał drogi od naszego domu, znajdującego się z drugiej strony wioski. Wieść gminna przemierzała tę odległość znacznie szybciej niż krótkie nogi podrostka. Najpewniej spotykałem go w kościele, do którego chodziłem w największą słotę, mróz i zadymkę. Był jedynakiem, synem bogatego gospodarza. Zwalisty i jowialny. Cieszył się opinią nieprawdopodobnego próżniaka. Ożenił się późno. Wyposzczony starokawalerstwem pośpiesznie spłodził sześcioro dzieci. Od czasu do czasu wieś obiegały budzące zgrozę i wesołość wiadomości.
- Józio spalił na pniu hektar zboża, bo nie chciało mu się go wykosić.
- Józio pali w piecu sztachetami z płotu...
Józio to, Józio tamto. Jednych to bawiło, inni z niedowierzaniem kręcili głowami.
- A jego ojciec był takim gospodarzem!
Włodzimierz PaźniewskiAfera Sokala
Tandeta uniwersytecka, w stadium średnio zaawansowanym, ma kilka specyficznych cech. Potrafi być bezgranicznie z siebie zadowolona. Nawet zwyczajny absurd oczekuje celebracji. Zarazem jak długo to możliwe, stara się unikać swobodnej wymiany zdań i opinii. Jej sztuczny autorytet opiera się głównie na nadrabianiu miną.
Obserwując to zjawisko z bliska, fizyk i matematyk amerykański Alan Sokal (rocznik 1955), absolwent uniwersytetów Harvarda i Princeton, zadał sobie szydercze pytanie, czy prestiżowe pismo naukowe zamieści na swoich łamach kompletnie bzdurną rozprawę, w której jeden idiotyzm goni drugi, a razem tworzą równie kretyńską całość. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Postanowił to wypróbować i nie pomylił się. Urodzony w Bostonie (Massachusetts) Sokal jest profesorem matematyki w University College London i wykłada fizykę w New York University.
Z czasem to bulwersujące zdarzenie w świecie nauki przywłaszczyło sobie różne nazwy: sprawa Sokala, afera Sokala, prowokacja Sokala, mistyfikacja Sokala, żart Sokala i nadal powstają zupełnie nowe określenia. Wesołek doszedł do wniosku, że chcąc urzeczywistnić ten karkołomny pomysł, zupełnie wystarczą dwa warunki, które bezwzględnie powinien spełnić autor: tekst musi, jak na naukowy artykuł przystało, dobrze brzmieć i być w miarę zbliżony do poglądów, jakie są szczególnie bliskie samej redakcji. Wtedy bezmyślność w niczym mu nie zaszkodzi. Pozornie artykuł wydrukowany przez profesora Sokala miał bardzo uczony tytuł: Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji. Tekst był również nafaszerowany terminologią, jak się patrzy. I redakcja połknęła haczyk gładko. Za alibi wystarczyło jej, że autor jest pracownikiem naukowym i wykładowcą renomowanych uczelni.
Artykuł pełen głupot opublikował kwartalnik "Social Text", wydawany przez Uniwersytet Duke'a. Co to się wtedy działo! Redaktor naczelny czasopisma wkrótce stracił pracę. Nikt ze specjalistów, którzy czytali ten tekst przed jego publikacją, nie dostrzegł parodii postmodernistycznego języka i przy okazji zwyczajnych drwin z tzw. uczoności. W tym samym 1996 roku kwartalnik "Social Text" otrzymał Nagrodę Ig Nobla, będącą szyderczą podróbką szwedzkiego wyróżnienia. Ktoś publicznie nareszcie odważył się nakłuć nadęty balon uniwersyteckich absurdów. W ten sposób profesor Sokal zyskał sławę międzynarodową.
Lecz wbrew pozorom nie był to wcale koniec afery, jaka się rozpętała. Nie pozostało nic innego, tylko pójść za ciosem, czyli na całego, nie oglądając się na dezaprobatę otoczenia. Wkrótce Alan Sokal i Jean Bricmont napisali i opublikowali sławną książkę Modne bzdury, która ukazała się również po polsku. Za wdzięczny przedmiot swoich kpin wybrali humanistykę, a zwłaszcza postmodernizm, jak wiadomo powstały w kręgu kultury francuskiej, dlatego postmoderniści w polemikach często wypominali Sokalowi wyraźne nastawienie antyfrancuskie i przesadne szyderstwa z nauki zachodnioeuropejskiej. Nie wszyscy byli tym zachwyceni.
Teksty źródłowe ujmują to w sposób następujący: "Od lat 60. coraz większą popularnością cieszył się dość specyficzny nurt filozofii - postmodernizm. Sokal zwrócił uwagę na trzy rzeczy, którymi charakteryzowali się jego zwolennicy. Po pierwsze nawet w naukach ścisłych widzieli jedynie względne konstrukty, powstałe w wyniku uwarunkowań historycznych i językowych (przykładowo: teoria względności Einsteina to wyraz opresyjnego, białego szowinizmu). Czy coś w tym stylu... Po drugie nie mieli o tych naukach zielonego pojęcia. I po trzecie, co w oczy rzucało się najbardziej: swoje bzdurne teorie głosili z niebywałym zapałem".
Postmodernizm dość szybko osiągnął nie status wiedzy, lecz mody i religii. Domagał się kultu i stałego wyznawania wiary, a nie krytycznego myślenia, bez którego nauka przestaje być wiedzą i poszukiwaniem. Bardzo wcześnie zaczął prześladować odszczepieńców doktryny i jej heretyków. Z myślą o nich wznosił i podpalał intelektualne stosy. (Na szczęście tylko w wyobraźni). Niejako przy okazji rościł sobie wyłączność na posiadanie prawdy. Była ona jedyna i niepodważalna, właśnie postmodernistyczna.
Zazwyczaj głupota uczelniana odgrywa swój teatr na wielu planach, można powiedzieć, że wyżywa się w odpowiednim inscenizowaniu własnej ważności. Wówczas nieodzownym językiem, którym się posługuje, bywa przerysowany patos, jakby powaga i nadętość miały być dodatkowym argumentem. Zazwyczaj mają one do spełnienia ważne zadanie: onieśmielać ewentualnych oponentów.
Nie od rzeczy będzie przypomnienie złośliwej opinii, że "uczelnie zdominowane przez postmodernistów zamiast szerzyć wiedzę stawały się paradoksalnie największym siedliskiem ciemnoty". Pod zalewem pojęć nie kryła się bowiem żadna głębsza myśl. Najbardziej w Modnych bzdurach, pamflecie na europejską naukę, autorzy wyśmiewają współczesnych francuskich humanistów, którzy dla dodania sobie sztucznej powagi nadużywają terminów zapożyczonych z nauk ścisłych. Zjawisku towarzyszy coraz częstsze odchodzenie przez uczonych europejskich od metod racjonalnych i szanujących empirię, czyli twardy grunt faktów pod nogami. Oczywiście w końcowej fazie prowadzi to do bardzo żałosnych rezultatów. Nauka tak naprawdę okazuje się stratą czasu i w znacznej mierze udawaniem.
Piotr KępińskiJak diabeł z pudełka
Gabriele D'Annunzio chociaż pod koniec życia pokłócił się z Mussolinim i bynajmniej nie popierał jego polityki, do dzisiaj uważany jest za prekursora faszyzmu. Słusznie. Ten dziwak i niezły pisarz był przecież zdeklarowanym rasistą. To on wymyślił nawiązujący do antycznej tradycji teatralny rytuał gestów, łącznie z "salutem rzymskim", z którego faszyści z upodobaniem korzystali.
"Uważam za barbarzyńcę każdego, kto nie jest romańskiej krwi" - pisał. I optował na rzecz aliansu z Francuzami, uważając ich za sprzymierzeńców w odrodzeniu wielkiej chwały rzymskiej Europy, która - jak należy się domyślać - miała wyeliminować narody pośledniejsze, do których zaliczał D'Annunzio między innymi Chorwatów i Serbów. Odradzał Mussoliniemu wiązanie się z Berlinem. Lubił popisywać się twardym charakterem, ale był - jak wynika z wielu świadectw - dosyć miękkim i rozwichrzonym narcyzem i celebrytą, który wykorzystywał ludzi, w zależności od humoru. Wielbiony przez tłumy, wielbił przed lustrem samego siebie. W Rzymie potrafiło go fetować nawet sześćdziesiąt tysięcy manifestantów, odprowadzając go (a raczej niosąc) po wiecu do hotelu. Nawet w Vittoriale degli Italiani, swojej posiadłości nad jeziorem Garda, która wygląda jak miasteczko zaprojektowane przez wariata, a gdzie przeniósł się z Rzymu w roku 1922 po tym, jak (podobno) Mussolini chciał go wyrzucić przez okno, potrzebował wiernej widowni i licznych kochanek.
D'Annunzio nie został we Włoszech zapomniany, niemniej jednak o politycznych poglądach poety mówi się raczej niechętnie, akcent kładąc na literackie przymioty jego dzieł, które można kupić prawie w każdej księgarni.
Obecnie świetne recenzje zbiera biografia artysty napisana przez Maurizia Serrę, dyplomatę, byłego ambasadora Włoch przy UNESCO, laureata Nagrody Goncourtów. Jego L'Imaginifico. Vita di Gabriele D'Annunzio to nie tylko doskonałe kompendium wiedzy o kontrowersyjnym pisarzu, lecz także pełna życia opowieść o czasach, które niesłusznie uznajemy za minione.
Niesłusznie, bo przeszłość prawie zawsze wyskakuje nam nieoczekiwanie jak diabeł z pudełka. I mówi: trwam.
Tak się stało w przypadku D'Annunzia, który na nowo rozpalił nie tylko włoskie, lecz także i chorwackie głowy.
Poeta, jak powszechnie wiadomo, ma na swoim sumieniu zbrojne zajęcie Fiume (dzisiejszej Rijeki) w roku 1919. Nie miał specjalnych wątpliwości, pisząc manifesty i artykuły, że miasto należy się Italii. Nie żałował również ofiar, jakie ponieśli Chorwaci, broniąc Fiume. Wywołał międzynarodową awanturę, której skutki można, niestety, odczuwać do dzisiaj. A wszystko wyglądało wtedy trochę jak karnawał i maskarada. Ze strony włoskiej, rzecz jasna. Bo drugiej stronie chodziło o życie.
Zwolennicy D'Annunzia chcieli przyłączyć miasto i region do Włoch, chociaż rząd w Rzymie specjalnie się do tego nie palił. I przyłączyli.
Chorwaci pamiętają o tym do dzisiaj. Włosi jakby mniej.
Zatem kiedy w Treście został odsłonięty mały pomnik poety, rozpętała się burza.
Monument stanął na Piazza della Borsa, jednym z najładniejszych placów miasta. Niewielki, kameralny, sympatyczny. D'Annunzio siedzi na ławce i czyta książkę. Doczepić się można tylko do koloru, bo złoty. Ale żadnych wojowniczych póz, żadnego nawiązania do Fiume vel Rijeki. Wycofanie, lektura, zaduma. Jakby twórca pomnika chciał zwrócić uwagę na to, że D'Annunzio dzisiaj to przede wszystkim pisarz i poeta - i takim winniśmy go zapamiętać.
Dlaczego ktoś wpadł na taki pomysł? Pojęcia nie mam. Może ogarnęła go chwilowa amnezja? Nie pomyślał o reperkusjach? Chorwaci zrazu uderzyli w wysokie tony. Ówczesna prezydent kraju Kolinda Grabar-Kitarović nazywała pomnik rzeczą "nie do przyjęcia", "skandaliczną".
Burmistrz Fiume w swoich wypowiedziach ripostował, że skoro w mieście są już pomniki Jamesa Joyce'a, Itala Sveva i Umberta Saby, to dlaczego nie może zaistnieć monument D'Annunzia, który "przecież też był pisarzem". I jest upamiętniony w całym kraju. Zapomniał tylko dodać, że każdy z trzech wymienionych przez niego twórców był silnie z Triestem związany. D'Annunzio - średnio. Nie było to jego ulubione miasto ani się tutaj nie urodził, ani nie studiował, bywał tylko przejazdem.
Koniec końców odezwali się Włosi mieszkający w Chorwacji, mówiąc, że działania burmistrza Triestu trzeba nazwać nieodpowiedzialnymi, albowiem torpedują te porozumienia, które do tej pory zostały zawarte z Chorwatami. Teraz domek z kart znowu się zawalił.
Prawicowi komentatorzy pouczali Chorwatów, że Triest leży po włoskiej stronie i to Włosi decydują, jakie pomniki sobie postawią.
Vojko Obersnel, prezydent Rijeki, też nie przebierał w słowach: "Postawienie pomnika temu poecie nie może być rozumiane inaczej niż jako gloryfikacja brutalnej okupacji miasta. Chociaż niektórzy we Włoszech dzisiaj chcieliby myśleć, że D'Annunzio nie był inspiracją dla faszyzmu, wiadomo, że jego polityka była nacjonalistyczna, szowinistyczna, wywyższająca Włochów ponad inne narody i kultury, które D'Annunzio uważał za gorsze".
Tak, polemizują Włosi, ale ten sam D'Annunzio, o którym Chorwaci do znudzenia klepią, że był faszystą, chciał w Rijece powszechnych wyborów dla kobiet i mężczyzn, miał zamiar ustanowić płacę minimalną, namawiał do wprowadzenia powszechnej opieki zdrowotnej. Tyle Włosi.
Chorwaci odpowiadają krótko: dla nas to była trauma. Musieliśmy uciekać z miasta. I otworzyli z przytupem dużą wystawę zatytułowaną D'Annunzio's Martyr / L'olocausta di D'Annunzio.
Rzym nie protestował.
9/2021
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Małgorzata Brodacka (sekretariat)
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
FORMAT: 160,3×240,4 mm - PL ISSN 0041-4727 Copyright 2021 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl