Twórczość 9/2020 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

7.00 zł
5.81 zł (5,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Krzysztof LisowskiMuzyka sfer... na cały regulator

Janusz Drzewucki: Muzyka sfer. Teksty o poetkach i poetach. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, s. 468.

Tom esejów Janusza Drzewuckiego o poezji polskich twórców drugiej połowy XX i pierwszych dekad XXI stulecia pojawił się w najwłaściwszym momencie, to jest wtedy, kiedy ten poeta, krytyk literacki i redaktor otrzymał najważniejsze ogólnopolskie wyróżnienie dla krytyka właśnie - Nagrodę im. Kazimierza Wyki, przyznawaną już od 1980 roku za wybitne osiągnięcia w dziedzinie eseistyki oraz krytyki literackiej i artystycznej. Pierwszym jej laureatem został znakomity literaturoznawca krakowski Jerzy Kwiatkowski. Wśród uhonorowanych nią znaleźli się m.in.: Jan Błoński, Zbigniew Herbert, Maria Janion, Mieczysław Porębski, Michał Głowiński; w ostatnich latach - Andrzej Mencwel, Edward Balcerzan, Ryszard Koziołek, Małgorzata Łukasiewicz, Jacek Leociak i - w styczniu 2020 roku - Janusz Drzewucki.

Drzewucki jako poeta intrygujący (miałem to napisać na końcu, ale "ojcowałem" mu na początku, redagując jego dobrze rokujący debiut Ulica Reformacka; dawno to było i poniekąd w krakowskich czasach od wielu już lat stołecznego redaktora) i ponad trzy dekady rosnący w siłę, doskonalący swoje instrumenty poznawcze krytyk zaczyna swą książkę o Pięknej Plejadzie czy też o gospodarstwie polskiej poezji przywołaniem twórcy zagranicznego - ukochanego przez niego, tak samo jak i Portugalia, Fernando Pessoi.

Dramatyczne credo Portugalczyka brzmi: "Minha Pátria é a língua Portuguesa". I dla autora Rzek Portugalii i - jak podpowiada mi intuicja - książki o Portugalii, której jeszcze nie mieliśmy możliwości poznać, bo tkwi ciągle jeszcze w umyśle tego autora - język polski jest jego ojczyzną, a więc i literatura, i poezja, którą czyta nieodparcie z zachwytem i wiecznym nienasyceniem, jak przygodowe powieści naszej młodości. Bo czyż losy poetów, ścieżki ich liryki nie wystawiają nas na próby podróży, zachwyty i grozę niechybnej, nieprzewidywalnej Przygody? Ta deklaracja Drzewuckiego nie tylko wzrusza, ale pokazuje, że lubi narażać się na ryzyko szczerości w czasach... miałkiej ponowoczesności (czy jak je, u diabła, nazwać). Dla Drzewuckiego Miłosz, Szymborska i Lipska, a także Rymkiewicz z Polkowskim to w dużej mierze także Majątek Narodowy, kapitał, którego wartość nie przemija na giełdach dobrych i marnych sezonów.

Drzewucki pisuje także o prozie, poświęca jej również osobne publikacje, ale od debiutu krytycznego z 1988 roku (Chaos i konwencja) po opisywaną tu właśnie Muzykę sfer (2020) - w ciągu ponad trzech dekad komponowania i wydawania książek krytycznoliterackich pisywał głównie o poezji, jej najwybitniejszym twórcom poświęcił, stanowczo nie dość upowszechnione, dwa dzieła monograficzne: rzecz o Herbercie, Akropol i cebula (2004) oraz Lekcje u Różewicza (2018), książkę będącą nie tylko analizą fenomenu pisarskiego Tadeusza Różewicza, ale zapisem - dziennikowym i fotograficznym - dziejów znajomości i przyjaźni między tymi twórcami różnych przecież pokoleń.

Wydaje się, że Drzewucki powtórzyłby za Cioranem, że... poezja kłamie najmniej, a jeszcze mniej ta, która "nie zaczyna głosić zbawienia" - jest bowiem jedynie i aż ważną/konieczną refleksją dotyczącą natury człowieka i natury świata. Ale przede wszystkim powtarza gest najlepszych krytyków literackich - jest w swych rozpoznaniach solenny i rzetelny, bo jak w - otwierającym tom Muzyka sfer - eseju o Wisławie Szymborskiej niże na oś czasu cząstki swych notat o poszczególnych tomach noblistki, aby pokazać doskonalenie instrumentów, konsekwencję, powrót do dawnych tematów, wariantowość ulubionych przez poetkę wątków. Potrzeba do tego nie tylko entuzjazmu, pasji, ale i dobrej pamięci, i konsekwencji, która procentuje wiedzą nieznaną dzisiejszym recenzentom, zwącym się niekiedy krytykami albo filozofami (niektórzy zaledwie przejściowo studiowali filozofię), kiedy krytyk prawdziwy potrafi wskazać pewne ciągi, dukty, sposoby rozumowania w drugiej, siódmej i dziewiątej książce danego twórcy; dopiero z tego zestawienia, porównania - uważa - może o czymś wnioskować, i jest to u Drzewuckiego finał rozumowania sprawdzalny, wiarygodny. Gdy im wystarcza nieznajomość całości, jego do zrozumienia drogi poety właśnie czytanego pcha potrzeba pełnej wiedzy, ciekawość i dociekliwość!

A w długim studium o Szymborskiej znajdziemy nie tylko informacje i analizy utworów z jej najbardziej znanych zbiorów, lecz także fragmenty o Lekturach nadobowiązkowych, passusy o wierszach żartobliwych tej prawdziwej Mistrzyni Limeryku, a także - paradoksalnie, bo na końcu - uwagi o wydanym pośmiertnie wczesnym tomie autorki Soli - zbiorze juweniliów, ułożonych przez jej ówczesnego męża, Adama Włodka: o Czarnej piosence.

Muzyka sfer dzieli się wyjątkowo przejrzyście - na trzy spore rozdziały, gromadzące "teksty o poetkach i poetach". W pierwszym Drzewucki omawia twórczość Wisławy Szymborskiej, Julii Hartwig, Urszuli Kozioł, Krystyny Miłobędzkiej i Ewy Lipskiej. W drugim - analizuje poezjopisarstwo Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza, Zbigniewa Herberta, Jarosława Marka Rymkiewicza, ale również Kornela Filipowicza, znanego przecież głównie jako nowelista i powieściopisarz, i liryków mniej docenianych, nieżyjących już Kazimierza Hoffmana z Bydgoszczy i autora genialnego Kwartału wierszy Mariana Grześczaka. Rozdział trzeci przeznaczył Drzewucki dla "starszych braci", czyli przedstawicieli generacji szeroko pojętej Nowej Fali (Krzysztofa Karaska, Leszka Aleksandra Moczulskiego, Jerzego Kronholda, Juliana Kornhausera, Leszka Szarugi i Jana Polkowskiego (którego zaliczyłbym jednak do pokolenia nieco młodszego, lepiej - formalnie - pasującego może do ruchu "nowych roczników"; Polkowski jako poeta debiutuje w drugoobiegowym piśmie "Zapis" dopiero w 1978 roku, choć z pewnością jego dykcja i ówczesne światoodczucie zbliżone są do nowofalowych). W rozdziale tym zdziwić może jedynie nieobecność Adama Zagajewskiego, ale osobny szkic temu poecie poświęcił Drzewucki w książce Charakter pisma.

Cudem jest sama poezja - "potrafi ona w słowach ocalić tę wspaniałość życia, którą odkrywa przed nami każdy nowy dzień" - napisze w następnym szkicu o liryce Julii Hartwig Drzewucki, analizując zbiory Czuwanie (1978), Obcowanie (1987), Czułość (1992), Zobaczone (1999), Nie ma odpowiedzi (2001), Wiersze amerykańskie (2002), To wróci (2007), Jasne niejasne (2009), fenomenalne trzy zbiory Błysków (2002, 2004, 2008) oraz kilka innych książek autorki Gorzkich żali, pokazując ogromną rozpiętość form, tematów (także niekiedy wspólnoty tematów między poetami, których debiut nastąpił w kilka lat po wojnie), nawiązań, antynomii pojawiających się w wybitnej twórczości kogoś tak długowiecznego. Krytyk zastanawia się nie tylko nad szczegółami, podziwiając niespożytą energię tej poetyckiej podróży przez świat, pamięć, spotkania z ludźmi, ale i nad... pełnią, całością Dzieła, które trochę po Heraklitejsku określa sama poetka: "wszystko bowiem i góra i dół / ma być jednością".

Urszula Kozioł jest bohaterką następnego szkicu, pokazuje Drzewucki tę twórczość od fazy Wielkiej Pauzy z 1996 roku po ogromny przekrojowy zbiór - Fugę 1955-2010, wydaną we Wrocławiu, nie pomija przy tym ważnych zbiorów opublikowanych na przełomie stuleci w Wydawnictwie Literackim (miałem radość i przyjemność pracować z Poetką przy ich redakcyjnym opracowaniu). I tu znów celne rozpoznania - sprawy egzystencjalne i senilne, muzyczność tych wierszy, niezwykła elegijność, szczególna w tomie Klangor i równie lamentacyjnych Ucieczkach, przywołujących nie tylko najbliższe traumy z nieodległej przeszłości, ale sceny ucieczek z wojennej Zamojszczyzny czy nieszczęścia całkiem współczesne uchodźców syryjskich. Krytyk podsumowuje tę ciągle trwającą pisarską przygodę jako opowieść o losie, przed którym nie ma ucieczki, ale który przyjąć należy odpowiedzialnie, z jasną samowiedzą i odwagą.

Dużo krótsze szkice w tej części zbioru o Krystynie Miłobędzkiej i Ewie Lipskiej dorównują siłą interpretacyjnej perswazji poprzednim. Esej poświęcony tej pierwszej poetce zatytułowany jest trafnie: Być sobą tak, że już nie być; a kończąca tekst konstatacja ogłasza, że "jest to zatem poezja bytu w najczystszej postaci. Dodajmy, bytu, którego nie da się wysłowić". Poezję Lipskiej sytuuje zaś krytyk "między intelektem a wyobraźnią", między przeżyciem pokoleniowym a indywidualnym dramatem człowieka, między posępniejącym pejzażem płynnej ponowoczesności, a historią relacji międzyludzkich, między obrazem i olśniewającą, zagadkową, mocną metaforą.

Część środkową otwiera szkic o Miłoszu, jego cudownie odróżnialnej dykcji i nieustannej pracy nad "formą bardziej pojemną", jego mistyce i ogromnym apetycie na świat/nieobjętą ziemię. I tu niespodzianka, bo choć Drzewucki detalicznie omawia drogę poety między wileńskim przedwojennym debiutem Poematem o czasie zastygłym (1933) a krakowską wielką elegią poświęconą zmarłej drugiej żonie - Orfeuszem i Eurydyką (2002), opisuje poetę jako ważnego świadka XX stulecia, współtwórcę sztuki i literatury przełomu wieków, to jednak koncentruje się na zupełnie innym aspekcie życia literackiego - burzliwych dziejach przyjaźni noblisty najpierw z Jarosławem Iwaszkiewiczem, Mistrzem młodego Czesława, któremu poświęci m.in. wczesny wiersz z tomu Trzy zimy: w jego Przesłaniu możemy przeczytać - "Mój nauczyciel smutny, pogardliwy, / nie wie, że śledzę każdy jego krok..."; następnie ze Zbigniewem Herbertem. Pokazuje więc krytyk, że "poeci toczą swoje rozmowy przez lata i dziesięciolecia. Naszym przywilejem jest przysłuchiwanie się tym rozmowom".

Rozdział następny jest poświęcony Różewiczowi, a raczej czytelniczej przygodzie z debiutanckim tomem poezji, Niepokojem, opublikowanym w Krakowie w 1947 roku. Przypomnę, że zbiór ten to książka-manifest, ogłaszający powojennemu światu zaistnienie nowego języka liryki. Drzewuckiemu chciało się, i to dogłębnie i arcydzielnie, przeanalizować pod każdym względem pierwsze wydanie tego zbioru. Okazało się potem, że książka zawierająca pięćdziesiąt cztery utwory, była udostępniana przez poetę w licznych wyborach i dziełach zebranych w innym układzie, w ilości czterdziestu czterech tekstów. Tytuł Zawsze od początku pokazuje głównie metodę pracy Różewicza: wieczne dokonywanie zmian redakcyjnych, nieustające działania na dawnych tekstach, układanie na nowo powstałych niegdyś całości. Ale tytuł ten pokazuje równie dobrze metodę pracy przyjętą przez Drzewuckiego: niedziałanie na dzisiejszej zasadzie "kopiuj/wklej z Internetu", lecz żmudne i wielokrotne badanie źródeł, pierwodruków, tekstów oryginalnych... z pierwszej ręki. Tego wymaga uczciwość i rzetelność badacza, często za takie eksploracje bogato nagrodzonego czytelniczymi odkryciami.

Tu także, w tym właśnie eseju Drzewucki wspomina swoją niedawną książkę - przyznajmy: jedną z najlepszych, formalnie najciekawszych w jego dorobku, spokrewniającą harmonijnie zamiar krytyka literackiego i "gest" poety, obserwatora, fana (i fotografika przedniej klasy), znajomego i w końcu nie narzucającego się młodszego przyjaciela autora Kartoteki - książkę Lekcje u Różewicza. Teksty krytycznoliterackie i osobiste (2018).

W tekście o Herbercie Drzewucki pochyla się nad opracowanymi przez Ryszarda Krynickiego obszernymi Utworami rozproszonymi autora Napisu. Twierdzi, że - porównując ułożone chronologicznie wiersze pominięte przez poetę w kolejnych książkach - w większości nie są to utwory arcydzielne, czyli że decyzje Herberta były przeważnie słuszne. "Upomina się" jednak o sporo tych wierszy, które bez wstydu dałoby się wkomponować w poszczególne tomy. Mówi też o temperamencie politycznym i polemicznym Herberta. I o tym, że i te utwory należy i warto poznać, jeśli się chce rozumieć "całego" Herberta.

Ogłoszony w Wydawnictwie a5 w 1992 roku (wznowienie w roku 1997) tom wierszy Kornela Filipowicza Powiedz to słowo był dla czytelników tego prozaika, a nawet części przyjaciół sporym zaskoczeniem, rewelacją, sensacyjnym odkryciem. Także dla Janusza Drzewuckiego, który celnie zauważa, że ten nagły, mocny poetycki głos jest reakcją pisarza na mroki i cienie czasu stanu wojennego w Polsce. Krytyk zwraca uwagę na prostotę tych wierszy (mówienie wprost - porównywalne z dykcją Nowej Fali), na moralistyczny aspekt tych wyznań, rozpoznań, wskazówek. Opisuje też udatnie kontekst - uczestnictwo Filipowicza w opozycyjnej kontrkulturze, ważne świadectwo pisarza niezłomnego, prawego racjonalisty.

Liczący sześćdziesiąt pięć stron w książce szkic poświęcony Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi to właściwie osobna monografia, pomysłowo napisana i skomponowana, zwięzła, ogromnie treściwa i bogata. Duża część tego eseju to "hasła słownikowe" - wzorowane na encyklopedycznych książkach Rymkiewicza - najistotniejsze dla świata przedstawionego i pojęciowego naszego neoklasycysty. Od "Animula" (topos "duszyczki" wywiedziony z wiersza cesarza Hadriana, od T.S. Eliota, z polskiej pieśni średniowiecznej) po "Zmarłych". Po drodze hasła takie jak m.in.: Baka, Bóg, Drozd, Filozofowie, Fredro (studium Rymkiewicza Aleksander Fredro jest w złym humorze z 1977 roku to bodaj początek podobnych formalnie studiów historycznoliterackich poety z Milanówka), Iwaszkiewicz, Klasycyzm, Kompozytorzy, Koty, Malarze, Mandelsztam, Mickiewicz, Naborowski, Ogród, Różewicz i inni.

Przytoczmy świetną próbę zestawienia poetów "niepodobnych" - ta "paradoksalna" metoda analizy zaprezentowana przez Drzewuckiego pokazuje skalę jego talentu krytycznego, kiedy w niepodobieństwie chce znaleźć podobieństwa:

 

[...] Różewicz posługuje się idiomem konwersacyjnym, natomiast Rymkiewicz - konwencjonalnym. Wiersz Rymkiewicza jest regularny, rytmiczny i rymowany. Różewicza - wolny, biały, w efekcie czego mowa tego pierwszego okazuje się spokojna i potoczysta, tego drugiego - rwana, poszarpana. O ile liryka Rymkiewicza wydaje się dowodem, iż ut musica poesis, o tyle Różewicza wręcz przeciwnie - ut pictura poesis. Rymkiewicz wierzy w opisanie świata jako takiego, w całości, w pełnej krasie, natomiast Różewicz jest przekonany, że świat jest nam dostępny zaledwie po części, nasza wiedza o nim jest szczątkowa i fragmentaryczna. [...] Nie ma najmniejszego sensu czytanie Różewicza przeciw Rymkiewiczowi i odwrotnie. Każdy z nich jest w poezji klasą dla siebie. O ich znakomitości najlepiej świadczy fakt, że pytania, które zadają w swoich wierszach, i odpowiedzi, jakich udzielają - nie raz i nie dwa uznajemy za swoje.

 

Różewicz nie napisał jednak wiersza Do Jarosława Kaczyńskiego, napisał zaś wiele innych wiekopomnych wierszy świadczących, bez jakiegokolwiek, nawet stylizacyjnego zadęcia, o wybitnej społecznej wrażliwości poety.

Dalej Drzewucki omawia skrupulatnie najnowsze tomy liryki Rymkiewicza, uznając go ostatecznie za "najwybitniejszego żyjącego i tworzącego dzisiaj w Polsce poetę".

Równie interesujące, choć w zupełnie inny sposób (tu zmiana dykcji na bardziej kameralną), wydają się dwa teksty o poetach zmarłych dość niedawno, a nie dość i za życia docenianych i dostrzeżonych. Pierwszy to samotnik z Bydgoszczy, podpisujący się czasem, pod koniec życia, jako "stary człowiek przed Poematem", kojarzący się bardziej dociekliwym czytelnikom poezji trochę z Hölderlinem, a trochę z Celanem. Hoffman wypracował sobie od debiutu w latach pięćdziesiątych XX stulecia odrębną dykcję, której stosowanie prowadzi do: "elektryzujących intelektualnie semantycznych spięć i zwarć". To poeta pejzażu, Natury, ale przecież i Kultury - myśli, sposobów tworzenia, filozofowania, analizowania materii słowa, dociekania Wiary. I równie ważne w tej poezji jest milczenie, jak i słowo, jakoś zawsze wyodrębnione, znaczące jak u Norwida.

Drugim poetą godnym przypomnienia, i w odmienny sposób "pracującym w języku" był Marian Grześczak, przez dwie dekady redakcyjny starszy kolega Drzewuckiego w "Twórczości". Tekst Drzewuckiego to esej wspomnieniowy, szkic pełen czułości, podziwu i przyjaźni dla Grześczaka, który był nie tylko pięknym człowiekiem, ale i tłumaczem niezwykle czułym na poetyckie słowo innych. Drzewucki pisze o podróżach z Grześczakiem (choćby na Węgry) i o kilkakrotnych peregrynacjach autora Wersetów jerozolimskich do Ziemi Świętej, o jego zamyśleniach na temat tej Ziemi jako pejzażu i tekstu pełnego najgłębszych sensów. Przypominam sobie, że i ja poznałem Mariana w podróży - w czasie stypendium praskiego w 1980 roku, właśnie wtedy opublikowano jego tom wierszy po czesku: Člověk zvadá břemena (Człowiek dźwiga ciężary).

Część ostatnią otwierają szkice o poezji Juliana Kornhausera i Leszka Szarugi, o wyborach z pokaźnego dorobku lirycznego obu tych reprezentantów pokolenia Nowej Fali. Drzewucki przypomina czasy rodzenia się tej formacji i kształtowania się jej programu. Analizie języka generacji polskiej kontrkultury poświęca taką oto m.in. konstatację w tekście o Szarudze: "[...] na swój sposób ciągle jest poetą nowofalowym; [...] Fascynuje go język, którym się posługuje, w którym pisze wiersze, zaś niepokoi to, co z tym językiem w sferze publicznej nieustannie się dzieje. Ten sam język jest językiem poezji, ale także językiem polityki, dziennikarstwa, propagandy, reklamy, a na dodatek także językiem naszych prywatnych rozmów i intymnych wyznań".

Tekst o Jerzym Kronholdzie, tym najbardziej dziś aktywnym obok Adama Zagajewskiego poecie dawnej grupy Teraz, zaczyna się od stwierdzenia, że siłą liryki cieszyńskiego poety jest konkret. Tak jest rzeczywiście - setki nazw, miejsc, miejscowości, gór, roślin, dzieł artystycznych. Świat tu przedstawiony jawi się jako bogata przestrzeń (z okien jego domu widać Czantorię), jako czasoprzestrzeń, jako świat pogranicza (polsko-czeskiego) z jego skłonnością do spokrewniania "wysokiego" z "niskim", jako świat społecznej przestrzeni, na którego Zło, małość, podłość, szemrany patriotyzm należy po obywatelsku dobitnie i jednoznacznie reagować. Drzewucki opisuje te różne światy poetyckie Kronholda, koncentrując się na wydanych w ostatnich latach kilku znakomitych tomach, czytanych, świetnie ocenianych i nagradzanych - o Skoku w dal (2016), Stancach (2017), Pali się moja panienko (2019), którego tytułowy utwór poeta poświęca nonkonformistycznej "fryzjerce od protestu", Gabrieli Lazarek. Oczywiście Drzewucki nie pomija innych i dawnych tomów oraz innych tematów eksplorowanych przez autora Samopalenia (1972).

Dwa finałowe szkice traktują o najstarszych metrykalnie poetach przypisanych Nowej Fali - warszawianinie Krzysztofie Karasku, autorze brawurowego traktatu o poezji Baron Romero. Wstęp do przyszłej poezji (2018) i wyboru, setniku wierszy: Przyszedł człowiek żeby chłostać morze (2017). Drzewucki poddaje interesującej analizie to, co Karasek zapisał w następujący sposób w swoim poemacie:

Maciej MeleckiCzłowiek K.Arkadiusz Kremza (1975-2020)

W czwartek 23 kwietnia krótko po godzinie piętnastej zadzwonił do mnie Arek Kremza, zapowiadając swoje przyjście do Instytutu Mikołowskiego. Dzień wcześniej - o czym już wiedziałem - wrócił do Mikołowa wieczorem, wraz ze swą partnerką Magdą Kontek, z Jarosławia, jej rodzinnej miejscowości, gdzie od paru dni przebywał, angażując się w "nowy pomysł na życie" - jak zwykł mówić o swoich kolejnych, egzystencjalnych wyborach. Po parunastu minutach zamaszyście wszedł do naszej siedziby, zastając mnie przy komputerze. Momentalnie, w charakterystycznym dla niego ironicznym duchu, przystąpiliśmy do serii wymiany zdań na temat bieżących rzeczy, przywitawszy się uprzednio, z uśmiechem, łokciami. Aura dwu pandemii - koronowirusowej i pisowskiej - pochłonęła nas bez mała. Arek raz po raz zmieniał tematykę, skupiając się coraz mocniej na swoim przyszłym życiu - etapie, jaki zamierzał rozpocząć właśnie w Jarosławiu, gdzie chciał osiąść i zająć się uprawą warzyw, korzystając z okazji zaoferowanej mu przez los. Dopytywał się o dzieje naszych nagranych wierszy, które miały być wydane na płycie dołączonej do niedawno wydanej przez Ars Cameralis antologii poetyckiej Tropy Na Dziko. Mówiłem mu, że nic jeszcze nie wiem, kiedy zostanie płyta wydana, więc przez chwilę zaczęliśmy dywagować o tym, jak ta płyta może wzmocnić odbiór samej antologii.

Słuchałem snutych planów i kojarzyłem je z tym, co gnało go przez ostatnie trzy lata. Mieszkał i pracował w Tucznie, potem wrócił do Mikołowa i po paru miesiącach zakotwiczył się w Wetlinie, gdzie wraz z Magdą prowadził sklep z pamiątkami i artystycznymi wyrobami. Jesienią poprzedniego roku wrócił znów do Mikołowa. Jego natura i nieokiełznana energia nie pozwalała mu na stateczne funkcjonowanie - musiał być w drodze, nieustanie się przemieszczać, pobywać krótko w jednym miejscu i je opuszczać; wiecznie czymś się rozpraszać i generować sobie nowe cele. Nie była to dla mnie ucieczka. Raczej nieusuwalna potrzeba bycia w stanie permanentnej konfrontacji z czymś nowym, doznawania posmaku czegoś nieznanego i nieoczywistego, co dawało mu paliwo na nieokreśloną przyszłość.

Rozstaliśmy się po ponad godzinie. Poszedł do mieszczącej się naprzeciwko Instytutu Mikołowskiego muzycznej pracowni Tymka Biesa, spotkać się z jego braćmi. Na schodowej klatce powiedzieliśmy sobie zdawkowe: "No to nara". Przepadliśmy dla siebie - tak jak przepadaliśmy wielokrotnie na długie, niekiedy wielomiesięczne okresy, kiedy nie było go w Mikołowie, a potem znowu, gdy tylko się w nim zjawiał, szybko następowało spotkanie. Mieliśmy za to stały telefoniczny kontakt, więc każdy z nas na bieżąco wiedział, co u kogo słychać. Było to - jak miało się okrutnie okazać - nasze ostatnie spotkanie. Wiem, że po spotkaniu się z braćmi Bies odwiedził swoją młodszą córkę i swojego wnuka, z którego był nad wyraz dumny. Następnego dnia zginął w wypadku samochodowym pod Oświęcimiem.

Łączyła nas prawie trzydziestoletnia znajomość, zapoczątkowana spotkaniami w mikołowskim Domu Kultury, gdzie miała swoją siedzibę poetycka grupa "Nowy Sezon" - prowadzona przez Wiesława Ciecieręgę. Był to okres narastającego wzmożenia zaaferowaniem tym wszystkim, co nowe. Nie inaczej było z poezją - nowe tytuły czasopism literackich, nowe tomiki poetów skupionych wokół głośnego już wówczas pisma "brulion", fluktuacje nowych poetyk i dopływy świeżych języków, nierzadko ze strony tłumaczeń poetów angielskich i amerykańskich; konglomerat atrakcyjnych doznań i otwierających się wciąż nowych możliwości. Wszystko to chłonęliśmy niezwykle intensywnie. Arek, jeszcze jako uczeń mikołowskiego LO, zdobywał liczne nagrody na konkursach poetyckich i czekał na swój poetycki debiut. W 1994 roku wreszcie się to stało. Zadebiutował jako dziewiętnastolatek dwoma wierszami w "Na Dziko" - poetyckim dodatku do katowickich "Opcji" - czterostronicowym piśmie, w którym, jako redaktorzy, między innymi, ogłaszaliśmy co kwartał Debiuty Na Dziko. Jeszcze w tym samym roku jego wiersze znalazły się w antologii nowej poezji śląskiej Inny świt - ułożonej i zredagowanej przez Mariana Kisiela. To wszystko stało się zapowiedzią książkowego debiut Arka - tomu poetyckiego Bloki, wydanego w Tychach w 1997 roku. Od tamtej pory Arek opublikował kolejne osiem tomów wierszy - z czego ostatni, Człowiek O., niedawno, bo pod koniec lutego tego roku, ukazał nakładem Instytutu Mikołowskiego, którego był stałym autorem.

Każdy z nas ma swoją historię o kimś, z kim przyszło mu żyć w intensywnych relacjach, choć w różnych fazach - raz bliższych, raz dalszych. Każda opowieść o kimś takim będzie zaprawiona bardzo subiektywnymi wrażeniami i dość jednostronnymi opisami. Dopiero po złożeniu szeregu opowieści, pochodzących z różnych źródeł, w jedną wielką mozaikę będzie możliwe zbliżenie się do prawdy o danym człowieku, której w dłuższej perspektywie i tak się nie posiądzie. Szczególnie kiedy jest mowa o człowieku tak wielostronnym i różnorakim, jakim był Arek Kremza - jako kompan, ojciec i poeta. Jak mało który człowiek Arek jaskrawie żył po swojemu, na własnych zasadach wobec bezwzględnie dyktującego warunki świata, nie mając w sobie cienia wątpliwości, że pójście z nim na kompromis grozi utratą wolności. Nie chciał i nie mógł zarazem czynić ze swego życia - podległego tępym i bezwzględnym mechanizmom, które czynią z jednostki szary kaftan bezpieczeństwa - fałszywego, rozdwojonego stanu, w którym życie i twórczość nie zlewałyby się w jeden twór. Buntował się przez całe swe dorosłe życie przeciwko wtłaczaniu w ciasne, kanciaste ramy nie tylko swego istnienia, ale istnienia każdego - do czego namawiał, co podpowiadał i co, niekiedy gwałtownie, manifestował w rozmaitych odsłonach czy też danych momentach. To właśnie on jest autorem fenomenalnej parafrazy, w której zawarł kwintesencję małostkowości i głupoty ludzkiego postrzegania Innego, pomieszczonej w tytułowym wierszu swojego trzeciego tomu Brania: "Jak cię widzą, tak się mylą". Sądzę, że - w jakiejś mierze - ową gorzką konstatację niezwykle twórczo rozwijał w swej poezji. Przechodziła ona - jak każda znakomita poezja - różne okresy i fazy, promieniując z tomu na tom treściami wypływającymi z bezpośrednich doznań, intelektualnych, ostrych i nierzadko wielce kąśliwych oznajmień odnośnie do turbulencji życiowych, jakie wywołuje w człowieku ślepy los - determinujący go niekiedy bardzo dotkliwie - stających się częstokroć poetyckim zarzewiem oraz tematycznym wektorem intelektualnych eksploracji. W jego wielopasmowej poezji, opartej często na poetyckim koncepcie, w starannie zakomponowanych tomach czy poematach, rozgrywa się nieustanny dramat wywołany konfliktowością natury świata i skazanego nań człowieka. Przybiera on językową formę poetyckich anonsów, nierzadko zaplecionych w postać wizji, skupionych w wielce czepliwych zbitkach słów, które - jak ma to miejsce w doskonałym przedostatnim tomie Stacje - ewokują surrealistyczne, poharatane mocno obrazy zatracenia i skrywanego bólu, ale też i lęku wywoływanego przeczuwaniem zbliżającego się końca czegoś, który to stan okazuje się dla autora tych wierszy wyzwaniem do podjęcia próby kolejnych przekroczeń i nieuniknionych naruszeń. Przebogata wyobraźnia poetycka Kremzy owocowała, ukazywanym z tomu na tom, jego własnym idiomem - rozpoznawalnym językiem, opartym na silnie wyczuwalnym kodzie, złożonym z różnorakich dopustów semantycznych, niekiedy sprzecznych lub pozornie wykluczających się, w którym wielce sugestywnie przemycał swoje doświadczenia życiowe z wielorodnych pól, poddając je wnikliwym, niekiedy cierpkim lub krytycznym ujęciom, dzięki czemu stwarzał szeroki wachlarz wzajem oddziałujących na siebie estetycznych napięć.

Sławomir WernikowskiOjczyzna

Jeśli rodzisz się w rodzinie, w której nie masz żadnego z dziadków, bo obaj zginęli na wielkiej wojnie, walcząc z bronią w ręku z wrogami Ojczyzny, to nie ma dla ciebie ratunku, taka rodzina musi w jakiś sposób ukształtować całe twoje myślenie. Jeśli od dziecka, w przedszkolu i w szkołach, słyszysz co dnia, że twoim świętym obowiązkiem jest bronić Ojczyzny, to ślady takiej papki zostają w tobie na zawsze. Jeśli każdego roku na szkolnych akademiach recytujesz płomienny wiersz, który chce przekonać cały świat, że twoja Ojczyzna tak ucierpiała przez wojny, że nie może chcieć rozpętać następnej, to taka poezja w końcu wyryje głębokie bruzdy w twojej głowie. A jeśli na dodatek co dnia z głośnika radiowęzła, z telewizora w świetlicy i z gazet, dowożonych co drugi dzień, dowiadujesz się, że twoja Ojczyzna nie chce wojny, bo wojna to cierpienie, niesprawiedliwość, głód i śmierć, to w pewnym momencie zaczynasz odczuwać dziwny, drażniący niepokój, bo te opowieści w żaden sposób nie chcą się skleić w całość.

Bo kiedy chcą z ciebie zrobić żołnierza i obrońcę pokoju w jednym, to trzeba naprawdę długo myśleć, żeby znaleźć w tym jakiś rachityczny sens. Żołnierz ma zabijać i niszczyć, obrońca pokoju ma żołnierzowi nie pozwolić ani na jedno, ani na drugie. Słuchasz różnych mądrzejszych od ciebie i im się wszystko zgadza, a tobie nie zgadza się nic. I masz jeszcze matkę, która choć kocha cię jak nikogo na świecie, to chciałaby, żebyś w końcu poszedł w świat i żeby w chałupie była jedna gęba mniej. I masz także ojca, który świat ogląda przez denka wypełnionych bimbrem butelek i który też czeka, kiedy w chałupie będzie jedna gęba mniej. I masz jeszcze dwóch starszych braci, którzy poszli do armii, bo armia to matka i ojciec, odzieje, obuje, wykształci i nakarmi. Jeden syn jeździ czołgami, drugi skacze ze spadochronem, cóż więc pozostaje tobie, najmłodszemu? Nic. Tylko armia. Zaszczytny obowiązek, szacunek narodu i respekt wrogów Ojczyzny. Ojczyzny, która zajmuje jedną szóstą lądów całej kuli ziemskiej i która nawet tę ziemską kulę ma w swoim godle, jakby mówiąc światu, że ma go pod swoją opieką.

Ale ty nie chcesz atakować, nacierać i zdobywać, ty chcesz bronić. Tylko bronić - niewinnych, bezbronnych i słabych. Nie chcesz rozjeżdżać wrogów gąsienicami czołgów, nie chcesz podrzynać im gardeł ani minować ich mostów, chcesz być obrońcą, nie napastnikiem. Obrońcą, który powstrzymuje atak, który udaremnia napad, który ochroni siebie i innych.

To skoro nie pozostaje ci nic oprócz armii, to w armii pozostaje tylko jedno. To jedno, które nawet w nazwie ma obronę. To chyba jedyna rzecz w armii, która nigdy nie atakuje, a zawsze broni. Poprawcie mnie, jeśli się mylę.

 9/2020

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ: Bohdan Zadura (redaktor naczelny, proza),

Elżbieta Baniewicz (teatr),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),

Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Małgorzata Brodacka (sekretariat)

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6, DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2020 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: Piotr eL

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl PRENUMERATA NA ROK 2019: Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): ? 60 lub $ 80. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat. - ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia na prenumeratę przyjmują zespoły prenume-raty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, - e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl