UliceZofia Balbierz
Arciszewskiego
Wpisałam z pamięci kod wejściowy do drzwi. Na górze melodyjnie zadzwonił domofon. Nikt nie przekręcił zamka, nikt nie uchylił drzwi, wracając pospiesznie do garnków w kuchni. Głucha cisza. Kamienne schody odbijały moje kroki na pustej klatce.
Czai się tu wiele duchów, przychodzą i odchodzą razem ze mną. Słodko-gorzkie powietrze napiera mi na płuca, na serce.
Zawsze miałam problem z tym zamkiem. Znaczyłaś mi nawet klucze perłowym lakierem do paznokci, żebym umiała wejść do środka. Dziś potrafię już otwierać różne drzwi, ale tych po prostu nie chcę. Pchając je do środka, pchnę ostatni kamyczek, który mi pozostał.
Ostatnie złudzenie.
Mieszkanie pachnie tak jak zwykle, poruszone przeze mnie drobinki kurzu wirują w powietrzu. Nie szumią jednak palniki na kuchence, nie brzęczą salaterki z galaretką w środku. Nie słychać chrząknięcia z małego pokoju, nie ma szelestu przewracanych stron gazet.
Ale nie ma też strachu, nie będzie już nigdy tego ucisku w klatce piersiowej. Tylko że ktoś zabrał też nadzieję. I tę pustkę po ucisku wypełnia teraz żal.
Czuję się jak w zatrzymanym filmie. Niedokończona krzyżówka na stole, otworzone pudełko papierosów z zapalniczką w środku. Lekarstwa, notatki. W kalendarzu wpisane umówione wizyty, święta, urodziny. Widzę swoje imię, w końcu to był grudzień. Ze złośliwym uśmiechem zerka na mnie encyklopedia zdrowia położona na blacie.
Napoczęta książka z zakładką, niezłożone łóżko. Popielniczka przykryta srebrnym talerzykiem.
Może ta iluzja życia trzyma mnie w jednym kawałku. Trzeba wyjąć ubrania z pralki. Inne czekają na wieszakach, żeby schować je do szafy. Dopiero kiedy mamy wyrzucić jedzenie z lodówki, czuję gorąco na twarzy.
Nikt już tu nie wróci, nie wciśnie ponownie start, nie przewinie tej dziwnej historii do początku. Powtórzę w głowie parę razy, pewnie zbyt wiele, kilka scen.
Teraz mogę jedynie pakować kolejne pudła i worki, nieść ich ciężar, chociaż w środku jest tylko kilka koszul i swetrów.
Przemysław DakowiczOstatni poeta
I wśród morskich straszydeł (jak w krymskich sonetach)Popłynie okręt widmo - ostatni poeta Okręt z tomu Koniec lata w zdziczałym ogrodzie
Jest w obu tomach oktostychów Jarosława Marka Rymkiewicza wiele utworów dzielnych i co najmniej kilka, może nawet kilkanaście, arcydzielnych - jeden z nich od początku szczególnie intensywnie przyciągał moją uwagę i niepokoił. Nosi tytuł Poranne czereśnie:
Dopiero co zerwane poranne czereśnie
Takie jakie przed laty śniły mi się we śnie
Ktoś przyniósł je na tacy to mnie obudziło
Wstałem - nigdzie ich nie ma i nigdy nie było
Niemal czarne sok słodki ściekał mi po palcach
Potem (w tym śnie młodości) tańczyliśmy walca
Kto to był? - biegła rano przez wszystkie pokoje
Czereśnie czarne słodkie jak te śmierci moje
Ośrodkiem wiersza jest materialny, zmysłowy konkret - owoce "dopiero co zerwane", czarne, słodkie i soczyste. Nieomal da się rozpoznać ich smak i zapach. Fraza "sok słodki ściekał mi po palcach" daje złudzenie fizyczności. J a k b y ś m y dotykali i smakowali - dokładnie tak, jak ten, kto właśnie nam opowiada, że n i e j a k o dotyka i p o n i e k ą d smakuje. Dlaczego "niejako" i "poniekąd"? Bo wszystko dzieje się w środku snu, jest w nim zamknięte, po dwakroć, na dwa spusty ("śniło mi się we śnie") - mówi się tu przecież o marzeniu sennym, które się powtarza, wraca po latach, którego projekcja przebiega wewnątrz innego śnienia. Właśnie dlatego przebudzenie ("Ktoś przyniósł je na tacy to mnie obudziło") nie skutkuje powrotem do jawy, nie przynosi unieważnienia senno-wizyjnej logiki, lecz jest momentem wynurzenia się do kolejnego snu - szkatułką w szkatułce.
Sen, brat śmierci. Hypnos, Thanatos. Poranne czereśnie są wierszem o braku, o zapowiedzianym spełnieniu, które nie nadchodzi (albo przeciwnie: nadchodzi, lecz jako rewers tego, czego się spodziewaliśmy). Zapowiedź ta zostaje przypomniana po latach - teraz może być właściwie zrozumiana. Minęła młodość, nadeszła starość, między nimi - przepaść, pusta przestrzeń. Ten, który został zbudzony, szuka owoców. I konstatuje ich definitywny brak. Prawdziwe przebudzenie jest bowiem przebudzeniem do ostatecznej wiedzy: "Wstałem - nigdzie ich nie ma i nigdy nie było". Opowiedzenie snu, zdanie relacji z tego, co zjawiło się we śnie (by zaraz zniknąć), to zarazem interpretacja czy może raczej: próba interpretacji. Hermeneutyczny ruch kolisty - od szczegółu do ogółu, od niegdyś ("w tym śnie młodości", "przed laty") do teraz, od konkretu do symbolu. W takim ruchu rzeczywistość znaków - pierwotnie chaotyczna i niezrozumiała - zostaje poddana porządkowaniu. Krok ku zrozumieniu staje się krokiem rytmicznym - tańcem życia, tańcem śmierci. Sein zum Tode znajduje oto jedną ze swoich słownych reprezentacji, bycie i nicość spotykają się w akcie świadomości, który zaraz potem przechodzi w akt paradoksalnej afirmacji: życie jest dobre, bo jest śmiertelne, bo na koniec zmienia się we własne przeciwieństwo, bo najpierw jest, a potem go nie ma. Ten właśnie paradoks zdaje się ujmować ostatni wers - razem pointa, repetycja i refreniczny zaśpiew. "Poranne czereśnie" okazują się "czereśniami wieczornymi". Początek i kres łączą się ze sobą, przyszłość zawarta jest w czasie, którą minął.
Na szczególną uwagę zasługują te elementy wiersza, które czynią go mniej jednoznacznym, niż mogłoby to wynikać z prób przełożenia poetyckich obrazów na język dyskursywny. Chodzi o tajemniczą osobę, której obecność opisano zaimkami nieokreślonym i pytajnym ("Ktoś przyniósł je na tacy", "Kto to był?"). Czasownik w pierwszym wersie ostatniego dystychu - "Biegła rano przez wszystkie pokoje" - zdradza jej płeć.
Od chwili, gdy po raz pierwszy przeczytałem Poranne czereśnie, nie mogę się pozbyć skojarzenia z początkiem Mickiewiczowskiej epopei, ze sceną spotkania dwojga młodych bohaterów. U Mickiewicza wydarzenia rozgrywają się co prawda pod wieczór, lecz oba obrazy - Zosi stojącej na parkanie, następnie zaś po desce przedostającej się do dawnej sypialni Tadeusza (Mickiewicz) oraz nieznanej postaci przebiegającej o świcie "wszystkie pokoje" (Rymkiewicz) - widzę jako prześwietlone promieniami słońca. U poety współczesnego światło pozostaje poza sferą werbalizacji, w Panu Tadeuszu zostało nazwane i opisane:
[...] tuż na parkanie
Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie [...]
Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe
Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,
Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku
Świecił się, jak korona na świętych obrazku.
Zresztą, może to nie Pan Tadeusz, powinien być uznany za podstawowy punkt odniesienia dla Porannych czereśni, lecz jeden z liryków lozańskich, którymi autor Dziadów żegnał się z poezją:
Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada,
W oczy zagląda wam i głośno gada,
Dusza w ten czas daleka, ach daleka!
Błąka się i narzeka, ach narzeka!
Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojéj,
I liczne mam serca mego rodzeństwo;
Piękniejszy kraj niż ten, co w oczach stoi,
Rodzina milsza niż całe pokrewieństwo.
Tam, wpośród prac i trosk, i wśród zabawy,
Uciekam ja. Tam siedzę pod jodłami,
Tam leżę wśród bujnej i wonnej trawy,
Tam pędzę za wróblami, motylami.
Tam widzę ją, jak z ganku biała stąpa,
Jak ku nam w las śród łąk zielonych leci,
I wpośród zbóż jak w toni wód się kąpa,
I ku nam z gór jako jutrzenka świeci.
Czy zbieżność obrazów jest tu przypadkowa: "z ganku biała stąpa", "biegła rano przez wszystkie pokoje"? W obu wierszach, w obu wizjach natrafiamy na fundamentalne niedookreślenie - u Mickiewicza zaimek "ją" i cztery czasowniki w formie osobowej: "stąpa", "leci", "kąpa się", "świeci"; u Rymkiewicza konkretów jeszcze mniej, zaledwie jeden czasownik - "biegła". Obraz z ostatniej strofy Mickiewiczowskiego liryku interpretowano rozmaicie: jako odległe echo żegnanej na zawsze (a mimo to niepoddającej się przemijaniu, na zawsze obecnej w pamięci) litewskiej młodości poety, zarazem zaś jako strukturę symboliczną o głębokim, wielokierunkowym potencjale znaczeniowym (i duchowym). Jeden z interpretatorów pisał, że pod ukazaną w wierszu postać w bieli "nie należy podstawiać żadnej konkretnej osoby, żadnej kobiety"1. Inny konstatował obrazu tego zasadniczą "nieuchwytność", której źródłem jest "emocjonalnie uwarunkowana niezdolność mówiącego podmiotu [...] do wskazania owej idealnej rzeczy"2. Z podobną nieuchwytnością mamy do czynienia w cytowanym oktostychu z tomu Metempsychoza, który to tytuł nie jest obojętny dla interpretacji wiersza. Postać biegnącą przez rozświetlone porannym światłem pokoje da się przecież postrzegać, podobnie jak osobę w bieli "stąpającą z ganku", jako figurę duszy, jako sygnał czy znak innego życia - istnienia po t a m t e j stronie3 (choć sam Rymkiewicz stwierdzi całkiem jednoznacznie, że w wierszu ?[Gdy tu mój trup...] mowa o Maryli Wereszczakównie, nie zaś o żadnym "archetypie kobiecości, elemencie żeńskim, animie, odmiennopłciowej psyche czy czymś tam takim"4). Bo Poranne czereśnie są utworem (dalece nie jedynym pośród oktostychów Rymkiewicza) podporządkowanym semantyce (czy symbolice) przejścia - między znanym i rozpoznanym światem biologicznej materii, którą da się smakować i dotykać, jak smakuje się i dotyka dopiero co zerwane owoce, a niemożliwym do zdefiniowania i adekwatnego opisania drugim (niematerialnym, duchowym) "brzegiem" życia. Właśnie dlatego, że nie sposób dotknąć, opisać, zrozumieć, poeta sięga po zaimki, czyli wyrazy zastępcze, niby-wyrazy: "ktoś", "kto".
Jeszcze co najmniej jedna fraza z przywołanego wiersza lozańskiego domaga się komentarza - i to w kontekście całej twórczości autora Zachodu słońca w Milanówku. "Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada" - pisze Mickiewicz, formułując jedną z najbardziej nośnych definicji stanu poetyckiego. Poeta to ktoś, kto wciąż jest "gdzie indziej", albowiem obserwuje życie z perspektywy jego końca, trwając w dystansie wobec tu i teraz. Ów hiatus - rozziew między świadomością "powierzchniową" a świadomością "głęboką" - jest istotą egzystencjalnej uważności charakteryzującej poetę. W prozie Nie rozumiem z tomu To podobnie widział to sędziwy Czesław Miłosz:
Z każdym dniem coraz głębiej, sam cień, wchodzę między cienie. [...] Ilu ich, którzy w tej okolicy żyli, cielesnych, jak ja jestem cielesny i dlatego niezdolny zrozumieć, jak życie może zmienić się w śmierć i podnoszące się w oddechu płuca znieruchomieć. Tak silnie myślę: tutaj, że wystarczyłoby wziąć ten malutki skrawek planety Ziemi i budować na nim niewidoczną wieżę żywotów aż pod niebiosa, teraz kiedy ich kości nikt już nie znajdzie. A to jest, jak kiedy przy stole na naszym przyjęciu studentów i studentek nagle przestawałem tam być i nas wszystkich, rozgadanych, śmiejących się, ogarniałem wzrokiem, jak gdyby już tych, co żyli byli dawno.5
Czy co najmniej od czasu wydania Thema regium, czyli od roku 1978, niemal każdego tomu Jarosława Marka Rymkiewicza (poza tym szeregiem trzeba by chyba umieścić Ulicę Mandelsztama / Mogiłę Ordona oraz późne Wiersze polityczne) nie dałoby się opatrzyć mottem z pierwszej strofy liryku ?(Gdy tu mój trup...)? Czy poezja ta nie jest wciąż ponawianym, paradoksalnym - bo wykonywanym w pośrodku przeżywanego życia - gestem pożegnania, spojrzeniem wstecz na istnienie niejako zakończone? Wysiłkiem interpretacji i zrozumienia życia jakoby minionego, stanięciem w wyobrażonym punkcie ostatecznym - in articulo mortis? Nie ma w polskiej literaturze po baroku poety, który ów gest wykonywałby tak często, z tak żelazną konsekwencją.
William Butler Yeats przełożył Antoni Libera
Płynąć do Bizancjum
I
To nie jest kraj dla starych. Tutaj wciąż rozbrzmiewa
Godowa pieśń młodości - kolejnych pokoleń
Ludzi z dolin i z wyżyn, i ptaków na drzewach,
I łososi żyjących w podwodnym żywiole.
Przez całe długie lato te wszystkie stworzenia
Będą sławić poczęcie, zgon i narodziny,
Nie zwracając uwagi w tych zmysłowych pieniach,
Że umysł tworzy dzieła z lepszej, trwalszej gliny.
II
Człowiek na stare lata robi się żałosny
Jak znoszone ubranie wiszące na haku,
Chyba że jego dusza ma dar wiecznej wiosny
I śpiewa tym donośniej, im więcej jest znaków
Rozkładu ciała, ale - nie dla wyrażenia
Bólu, tylko na chwałę własnej genialności.
Dlatego do Bizancjum, stolicy świętości,
Wyruszam dzisiaj w drogę na skrzydłach natchnienia.
III
O mędrcy, których święty, boski ogień spala,
Jak na tamtej mozaice wyłożonej złotem,
Zstąpcie z muru na ziemię czarodziejskim lotem
I nauczcie mą duszę, jak śpiewem ocalać.
Niech moje grzeszne serce wreszcie się wyzwoli
Z tego, co w nim zwierzęce, czyli z umierania,
I przez to raz na zawsze wkroczyć mi pozwoli
W świat cudownej sztuczności i wiecznego trwania.
IV
A gdy się to już stanie, gdy rzucę naturę,
Już nigdy nie przybiorę żadnej jej postaci.
Z ł o t e g o b i b e l o t u będę mieć fakturę,
Którym cieszą swe oczy władcy i magnaci;
Albo ptaszka ze złota na złotej gałęzi,
Którego rzeźbiarz po to w ten sposób uwięził,
Aby możnym w Bizancjum śpiewał na wezwanie,
Co minęło, co mija albo co nastanie.
Dania i zdaniaPiotr Kępiński
Manuela Gretkowska: Mistrzyni. Znak Literanova, Kraków 2021, s. 256.
Biografia Lucyny Ćwierczakiewiczowej? Co za pomysł? Gdzie Gretkowska, a gdzie autorka popularnych książek kucharskich i literatura?
Otóż literatura jest wszędzie, przekonuje Gretkowska. Nawet w kuchni. A może zwłaszcza w niej. Przecież przepis na sos może być partyturą, a ugotowanie dobrego bulionu - świetną frazą i smacznym zdaniem. Zresztą różnica między daniem i zdaniem jest niewielka. Żeby wymyślić pierwsze, trzeba mieć nie tylko talent, ale i cierpliwość. Podobnie bywa z pisaniem.
Ćwierczakiewiczowa talent miała niewątpliwy. Do wielu rzeczy. Bo nie tylko gotowaniem się zajmowała. Pisała, komentowała, prowokowała, zbierała przepisy, ale także pomagała młodym ludziom z prowincji. Dawała im pracę w swoim mieszkaniu. Raz na tydzień studenci mogli jeść u niej obiady, za darmo. Wszelako perfekcyjna nie była. Kiedy zauważyła brak lojalności, potrafiła z domu wygnać, obiadu nie dać.
Miewała humory. No, ale kto powiedział, że była święta? Na pewno nie Gretkowska, której ostatnia powieść jest jednocześnie szkicem do możliwej biografii tej niezwykłej kobiety.
Nie znajdziemy wszelako w Mistrzyni wypisów historycznych ani też nużących wspomnień. Gretkowska chciała, żeby jej opowieść działa się tu i teraz. Dlatego prawie cała książka opiera się na dialogach.
Wydaje się, że uruchomienie tych właśnie rejestrów było strzałem w dziesiątkę. W ten sposób autorka znakomicie wręcz odtworzyła klimat epoki, weszła do wielu domów, otworzyła ludziom usta. W jej powieści naprawdę słychać dawną Warszawę, a nawet ją czuć. Jak w opowieści o dosyć strasznej zabawie biednych dzieci z ulicy Królewskiej: "Najstarszy chłopiec uderzał kijem w ludzkie gówno, rozbryzgując je na maluchy. Rozbiegały się, on je gonił i wybierał "piegusa" z największą liczbą śmierdzących kropek".
Gretkowska lubi takie charakterystyczne kontrapunkty, które sprawiają, że ludzie i miasta naturalnie ożywają.
Podobnie opisywała w Faworytach Górę Gnojną na warszawskiej skarpie wiślanej i smród, który wdzierał się do królewskich okien. W Mistrzyni zeszła z zamku nad Wisłę. Pokazała, jak świat ówczesnych celebrytów przenikał zapach ubóstwa, prostytucji i kontrabandy.
Ćwierczakiewiczowa, jak na mocną bohaterkę przystało, świetnie się w tym świecie znajdowała. Była szczera. Mówiła prawdę i tylko prawdę, aczkolwiek przez współczesnych bywała też oskarżana o kolaborację z Rosjanami.
Niewątpliwie była osobą, która mogła uwieść. Tyle tylko, że w miłości szczęścia za bardzo nie miała. Latami nie mogła trafić na właściwą osobę. Za bardzo siebie innym ofiarowywała, nie zawsze dostając odpowiednią rekompensatę.
Jej życie w przeciwieństwie do książek, które komponowała jak mazurki, kuplety czy sonaty, pełne było pęknięć i niekonsekwencji. Gretkowska świetnie owe niejasności i wahania wychwyciła.
Wykazała się nie mniejszą maestrią, opisując atmosferę warszawskich imprez i kawiarni. A także ówczesnych słynnych postaci. Jej portrety Bolesława Prusa, Henryka Sienkiewicza czy Heleny Modrzejewskiej nie mają sobie równych w literaturze naszych czasów. Nie są to bynajmniej sztywne przypisy do tego, co doskonale znamy. Prus potrafi być bucowaty i niesprawiedliwy, Sienkiewicz zaś pretensjonalny i nie za bardzo inteligentny.
Niemniej nie jest Mistrzyni wyłącznie powrotem w czasy minione. Nie jest to też sympatyczna literacka zabawa, w której czytelnik rozpozna tropy oczywiste i te mniej oklepane. Ani gotowy scenariusz do filmu o kobiecie, która podbija Warszawę, po czym umiera. Niektóre epizody w Mistrzyni są filmowe. Bez dwóch zdań. Dialogi naturalne i wyraziste. Mało kto potrafi w Polsce tak pisać. Są sceny, które na długo zapadają w pamięć, jak ta, kiedy Ćwierczakiewiczowa w szale miesza przyprawy z krwią, rysuje i szkicuje na kartkach nowe przepisy.
Ale wepchnięcie Gretkowskiej do szuflady z napisem "kino" to zdecydowanie za mało. Autorka Transu chciała nie tylko pokazać czytelnikowi miniony świat i minione życia. Ona chciała, żeby świat miał też smak. Dlatego sugestywne obrazy połączyła ze specyficznym językiem.
No i chciała też na nowo opowiedzieć Polskę. Nie ma w tym zresztą niczego zaskakującego. Prawie w każdej swojej książce Gretkowska próbuje to robić. I prawie zawsze udaje się jej w ten sposób sprowokować dyskusję dzięki poruszaniu kwestii drażliwych i zapomnianych. Można się z nią nie zgadzać. Można jej tezy odrzucać. Niemniej czytać warto.
W Ćwierczakiewiczowej odnalazła Gretkowska, jak się zdaje, kogoś, kto i dzisiaj mógłby walnąć dłonią w stół i wykrzyczeć prawdę o naszej mentalności, historii, małostkowości i braku empatii. Tak się stało w jednym z monologów, kiedy dziewiętnastowieczna influencerka w kilku zaledwie zdaniach wyłożyła swój pogląd na temat roli kobiet żyjących w zaborze rosyjskim:
Polska jest kobietą, nie Polonią opłakującą trupy [...] Kobiety są w stanie dostać się na Księżyc, żeby dzieci wyżywić, wykształcić.
Trupów patriotycznych albo w trupa zalanych dość. Polki mężów mają w grobach albo w dupie. - Szurnęła krzesłem i wyszła.
Czy Ćwierczakiewiczowa mogła tak mówić? Chyba tak. Temperament miała ogromny, a poglądy, jak na tamte czasy, absolutnie nowoczesne. Gretkowska nie popełniła nadużycia, chcąc widzieć swoją bohaterkę jako protoplastkę feminizmu.
Ćwierczakiewiczowa nie tworzy, co oczywiste, żadnego ruchu społecznego. Ale od czasu do czasu daje upust swoim emocjom w txt-wach i artykułach. W ten sposób uruchamia w czytelniczkach emocje. Wprawia je w ruch, intelektualny.
W ogóle Mistrzyni to powieść niezwykle "ruchliwa".
Wibruje w niej, drży i krzyczy każdy szczegół. Gretkowska świetnie nimi operuje, wydobywając smak całości. Jedną frazą, jednym grepsem potrafi odwrócić uwagę czytelnika od spraw oczywistych, żeby uruchomić skojarzenia jak najbardziej niebanalne.
Gretkowska interpretuje Ćwierczakiewiczową jak Jan Kott Szekspira. Nie posypuje jej naftaliną. Nie ustawia w krynolinie, na podeście. Dlatego widzimy kobietę, nie aktorkę odtwarzającą jej rolę.
Mistrzyni to powieść składająca się z zestawu fal narracyjnych, które sprawiają, że bohaterka po prostu płynie przez świat. Czasami owe fale rozmywają się na brzegu, czasami uderzają z hukiem w falochron. Wtedy ta książka krzyczy. Niemniej fala bywa też delikatna.
Albo zadziorna.
Na pogrzebie Ćwierczakiewiczowej
na cmentarnej alejce, w ścisku rozmawiało ze sobą głośno dwóch rumianych jegomości. Jeden z nich pokazał palcem grupkę dziewcząt z czarnymi parasolkami, niosących wieniec owinięty biało-czerwoną szarfą. Napis był czarny: "Polska jest kobietą".
- Polska jest Chrystusem narodów - drugi ofuknął dziewczyny. - Niedouczone idiotki.
- Wiem, że kobiet nie szanujecie. - Do pokrzykujących mężczyzn odwróciła się dziewczyna w okularach. - Ale pogrzebu nie uszanować, takiej kobiety?
- Złość piękności szkodzi - zarechotał.
- Do kuchni, gary lizać - wysyczał drugi.
- Powiem za Ćwierczakiewiczową, to może dotrze: kiedyś otworzymy te parasolki w waszych dupach.
Że wulgarne? Trochę tak, ale przecież Gretkowska od dawna lubi wyprowadzać czytelników ze strefy komfortu, w którym słowa są ułożone jak tresowane psy. Jej zdania bywają dzikie i z lekka rozpuszczone. Taki urok tej prozy. Takie też metafory, które są jej znakiem firmowym. Prawdę powiedziawszy, zdziwiłbym się, gdyby w którejś jej powieści ich nie było. Ba, nawet bym się zmartwił.
Bo przecież uroda języka Gretkowskiej polega także na inteligentnej zaczepności. A tej w polskich powieściach, ciągle niewiele...
Przemysław DakowiczNie desperuj!
Podczas rozpisanej na kilka głosów (Josef Kroutvor, Tomáš Mazal, Miloš Doležal i wyżej podpisany) publicznej dysputy o czeskiej kulturze, o różnicach między naszym a naszych południowych sąsiadów doświadczeniem historycznym, która odbyła się niedawno w miasteczku Polná, mówiłem o tym, że literatura polska stawia czytelnikowi przed oczy przede wszystkim bojowników o wolność i niepodległość, czeska zaś - Josefa Švejka i Jana Dítě, bohaterów powieści Haška i Hrabala.
Oczywiście, podstawą dla tego rodzaju sądów jest myślenie symplifikacyjne, oparte na uogólnieniach i stereotypach - tymczasem kultura tej części kontynentu, którą nazywamy Europą Środkową, jest o wiele bardziej skomplikowana i zniuansowana. Historia zaś jest dotkliwa dla wszystkich - Czechów, Polaków, Ukraińców, Słowaków, Litwinów, Białorusinów, dla środkowoeuropejskich Żydów - choć dla każdej z tych nacji ładunek tragedii i okropności był (w odniesieniu do naszych sąsiadów z Ukrainy należałoby, niestety, użyć czasu teraźniejszego) odmienny. Właśnie ze względu na niezawinione cierpienie, twierdzą niektórzy, historia nie powinna być przedmiotem nawet najbardziej niewinnych żartów. A jednak wszyscy próbujemy nadać naszemu zbiorowemu doświadczeniu jakiś sens - umieścić je pośród innych sfer życia, pośród wielu warstw składających się na ów splot znaczeń, który z braku właściwego określenia nazwijmy "treścią" ludzkiej pojedynczości. Jedną z przyrodzonych reakcji obronnych jest tu śmiech - haszkowska drwina z absurdów "wielkiej historii", z którą (niczym mrówka z walcem) konfrontuje się człowiek.
Myślę o tym wszystkim od kilku dni, wszędzie tu - w Pradze, w Polnéj, w Pasece - mając przy sobie czytane po raz kolejny Rozmowy polskie latem roku 1983 Jarosława Marka Rymkiewicza. Podczas lektury, nieprzerywanej nawet w czeskich gospodach, konstatuję zadziwiającą aktualność tej niezwykłej książki, która miała być przede wszystkim portretem warszawskiej inteligencji w epoce stanu wojennego, stała się jednak czymś znacznie więcej - opowieścią o tym, jak życie zbiorowości splata się z życiem indywiduum i co z tego wynika.
Właśnie teraz - w tym dniu, który nigdy się nie powtórzy, upływającym mi niespełna dwa tysiące kilometrów od linii frontu rosyjskiej wojny w Ukrainie, na odludziu pośrodku Wyżyny Czesko-Morawskiej - czytam zdania zapisane, w bardzo podobnym otoczeniu, przed niemal czterdziestu laty. Pan Mareczek siedzi na ławeczce przed pensjonatem pani Anieli w Gawrychrudzie, jest sierpniowy pogodny wieczór, po jeziorze, za szesnastoma (lub osiemnastoma) topolami posadzonymi przez ojca pani Anieli, suną kajaki, łagodne światło pada na karty atlasu historycznego leżącego na kolanach pana Mareczka, na mapę ukazującą przebieg Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Zielone i czerwone plamy ma mapie skłaniają pana Mareczka do snucia refleksji nad wpływem procesów dziejowych na losy jednostek - zastanawia się nad tym, kim byłby dzisiaj (tzn. w roku 1983), gdyby wszystko potoczyło się inaczej i Sowieci przeszliby po trupie białej Polski dalej, na Zachód: "Przecież nie siedziałbym na tej ławeczce i nie oglądałbym sobie tych map, myśląc przy tym to, co myślę? Pewnie w ogóle bym się nie urodził, bo moi rodzice pojechaliby do łagru i to zanim się jeszcze poznali. Tu więc, o tu właśnie, gdzie te czerwone kółka nad Wieprzem oznaczają początek ofensywy Piłsudskiego na północ, początek tego wspaniałego manewru, który uratował wtedy Polskę, jest miejsce, w którym - gdy o mnie chodzi - historia spotyka się z metafizyką, a gościńce, po których chodzą wielkie armie, przecinają się z dróżką, po której ja sobie w moim życiu idę".
Siedzę na ławeczce przed domem czeskiego poety Miloša D. w Horní Pasece, jest lipcowe słoneczne przedpołudnie, piano, pianissimo grają wysoczyńskie łąki, z pobliskiego lasu odzywa się ptak, wiatr przewraca kartki powieści-eseju o tym, co działo się przed czterdziestu laty na tak zwanym przesmyku suwalskim (który, jak mówią amerykańscy geostratedzy, jest dziś potencjalnie najbardziej niebezpiecznym miejscem na świecie), ja zaś próbuję patrzeć w ekran komputera i pisać. Usiłuję trzymać oczy otwarte - ale świeci słońce, lekko poruszają się gałęzie jabłoni i dębów, świerszcze wystukują swoje łagodne staccato.
Tuż za bramą otwiera się widok na ulicę Śródmiejską. Po drugiej stronie rząd sklepików z szyldami w językach jidysz i polskim. Od Zachodniej, Wólczańskiej i Żeromskiego każdego dnia maszeruje w moją stronę chłopiec dźwigający torbę z książkami. Macham doń, gdy mija kamienicę oznaczoną numerem siódmym, ale jestem dlań niewidzialny - łączy nas przestrzeń, dzieli czas (zamieszkamy przy tej ulicy sześćdziesiąt lat później). Próbuję go dogonić, zbliżamy się do Piotrkowskiej, a wtedy zmieniają się dekoracje, jest dżdżysty wrześniowy dzień, moje czterdzieste urodziny, omyłkowo wybrałem pociąg Warszawa - Podkowa Leśna i odcinek dzielący mnie od Milanówka pokonuję pieszo. Jarosław wychodzi mi na spotkanie. Maszerujemy w rzednącym deszczu niekończącą się Grudowską. Rozmawiamy. Śmiejemy się. A potem z wolna zapada zmierzch, przy przystani asfaltowa droga skręca, łódki kołyszą się na wodzie. Gdy docieram do pensjonatu pani Anieli, jest już szarówka, blady księżyc tańczy na powierzchni jeziora. Zgrzyta furtka, gdy wkraczam na teren posesji. W oknach na rogu, z których jedno wychodzi na drogę, a drugie na ganek, świeci się światło. Ktoś siedzi przy stole i pisze. Nie wiem, jak to się dzieje, lecz w tym samym momencie znajduję się u końca ścieżki wiodącej nad brzeg jeziora. Jarosław stoi na drewnianym pomoście odwrócony do mnie plecami, płynie ku niemu łódź pełna ludzi. "Ahoj, panie Mareczku" - woła Szymon Konarski - "Ahoj, ostatni Jadźwingu". Machają doń marszałkowa Aleksandra Piłsudska i dwie siostry Zielonkówny. Chciałbym go zapytać, co z nami będzie, jaka przyszłość czeka Ukrainę, Białoruś, Polskę, Litwę, całą Europę Środkową, ale nie mogę się ruszyć, jakby mnie sparaliżowało. A wtedy on odwraca się i uspokajającym tonem wypowiada trzy słowa: "Przemku, nie desperuj".
Kiedy się budzę, słońce stoi w zenicie i lekki wiatr porusza gałęziami dębów. Żołędzie niemal bezgłośnie upadają na ziemię, porośniętą mchem i trawą. Białe obłoki płyną po niebie. Zieleń lasu na horyzoncie jest soczysta i głęboka. Nic nie zapowiada jesieni.
Wojciech ChmielewskiPowinien się powiesić
Wygląda zwyczajnie. Dziewczyna, a właściwie kobieta. Pewnie ma pod czterdziestkę, nie więcej. Dzieci już dorosłe, jedna córka studiuje, druga w liceum. Pokazała ich zdjęcia w telefonie - obie smukłe, z długimi, gęstymi włosami opadającymi na ramiona i piersi. Ona sama ma krótkie, podkręcane, farbowane. Kiedy rano witam ją w domu, zawsze na moment zastyga przede mną, lekko odchylając głowę na bok. Chce, żebym dokładnie jej się przyjrzał, a ja zawsze tak właśnie robiłem. Twarz? Miła, oczy niebieskie, usta blade, jakby bez krwi, ale pełne. Potem zamyka się w pomieszczeniu gospodarczym, żeby przebrać się przed pracą.
Po chwili wychodzi w opinających tyłek i uda legginsach, starym podkoszulku i gumowych butach z dziurkami. Ma na imię Irina, choć mówi o sobie Irena. Gdzie był jej mąż? Gdzieś był, to znaczy żył jeszcze, ale ona z nim nie żyła. Mieszkała w Polsce z facetem. Pieniądze przeznaczała na dorastające córki. Pewnego dnia opowiedziała mi o balu maturalnym tej starszej, ile musiała wydać na sukienkę, na buty, pokazywała zdjęcia. Kilka tygodni później dowiedziałem się, że ta piękność zaczęła studiować na prywatnej uczelni. To drogo kosztuje, mówiła Irina.
Zabierała się za sprzątanie, a ja siadałem za biurkiem. Irina. Czasem patrzyłem, jak pracuje. Raz była wyżej, kiedy wchodziła na drabinkę i ścierała kurze z karniszy, a raz niżej, bo ścierała plamę na dywanie. Szybko zapominałem o Irinie, bo pochłaniała mnie myśl o codziennych troskach. Agnieszka z wydawnictwa "Dwa Gzymsy" chciała mieć mój kryminał w skrzynce pod koniec października. Rzecz w tym, że niedawno skończyłem pisanie Fobii na winylu, to była moja dziesiąta książka, za miesiąc premiera w księgarniach. Wtedy też miały się zacząć spotkania promocyjne w różnych miastach. Zostało mi niewiele czasu, by napisać coś dla Agnieszki, a potrzebowałem pieniędzy.
Wszystko zaczęło się od zmiany samochodu. Musiał być nowy SUV, Anka dawno go wypatrzyła, a nasz był stary, miał prawie dziesięć lat. Potem było już z górki: zainwestowałem w pewien fundusz, sporo straciłem, Karolinka w Paryżu potrzebowała forsy, więc okazało się, że i ja jej potrzebuję. I dobrze, że trafiła się Agnieszka, zazdrosna o mój cykl z komisarzem Kozłowskim, mówi, nie mam do ciebie pretensji, że wydajesz u konkurencji, ale na Gwiazdkę chcę mieć twoją książkę u nas.
Od dwóch tygodni siedzę i męczę się. Dobrze, że przyszła Irina, przynajmniej na chwilę można zapomnieć i o terminie, i o wątku tej powieści, który jest tak słaby jak papierowy sznurek do obwarzanków, zapomnieć o postaciach - głupich, nieprawdziwych, niestety trzeba je sprzedać na kilkuset stronach. Krew! Zbrodnia! Tajemnica! Suspens! Tytuł? Wiem, że też musi być głupi, bo takie najlepiej się sprzedają. Mam jeden: Krew na dachu, chyba zostawię, zresztą niech Agnieszka decyduje, niech zmieni, jeśli chce.
Irina sprząta teraz na piętrze. Słyszę jej szuranie, odkręca i zakręca wodę. Stukam w klawisze, jej praca wcale mi nie przeszkadza. Przeciwnie. Bardziej przeszkadza mi moja, ale zaliczkę już wziąłem, muszę tu siedzieć i pisać. Irina pochodzi z małej miejscowości otoczonej ogromem pokołchozowych pól. Kiedyś rozmawialiśmy o psach, nasz terier pieszczoch rozwalił się na posłaniu i patrzył na nas. Dowiedziałem się wtedy, że u nich nikt nie trzyma psa w domu, jest to uważane za niehigieniczne, dlatego w mieszkaniach ani w domach nie ma psów. Tylko w ogródkach przydomowych i na wsiach. Przynajmniej tak jest w miejscowości, w której mieszka Irina.
Któregoś razu przyniosła czekoladę firmy "Roshen", niby dla wszystkich, ale wiedziałem, że to dla mnie, bo to ja najwięcej z nią rozmawiałem ze wszystkich domowników, wypytywałem o to i owo. Co tam w Doniecku, czy się biją, co Władimir Władimirowicz zamierza, a co prezydent Poroszenko, i różne takie. Albo innym razem opowiadała mi o wakacjach w Odessie, które spędziła z córkami i z facetem z Polski. O byłego już nie pytałem, sama kiedyś powiedziała, że "raz jej nie wyszło" i nie zamierza drugi raz wychodzić za mąż.
Wtedy z tą czekoladą to było jeszcze coś takiego, że wyjaśniła mi nazwę "Roshen" - to część nazwiska prezydenta, bo to z jego fabryki. O tym nie wiedziałem. Potem jak zwykle przebrała się w robocze ciuchy i zaczęła czyścić szafki w kuchni. Kiedy była małą dziewczynką, lubiła wspinać się po drzewach, grała też z koleżankami w taką grę: w ziemię wbijały patyk, na nim zaczepiony był drugi, mniejszy. Trzeba było trafić w większy kijek, aby mniejszy spadł jak najdalej. Irina wymieniła nazwę tej gry, ale nie zapamiętałem, trzeba było zapisać. Uśmiechnęła się wtedy, miała ładny uśmiech, odsłoniła drobne zęby.
Jeśli z maszynopisem będzie całkiem źle, skorzystam z usług Eryka. Ten facet wciąga amfę i po tygodniu jest w stanie dostarczyć mi nawet ze sto stron. Ja je potem redaguję, zmieniam, dodaję to i owo, czyli dostosowuję, a książka puchnie. Każdy mój kryminał ma ponad pięćset stron, oczywiście po wydrukowaniu. Maszynopis jakieś trzysta, może trzysta pięćdziesiąt. Takie są wymagania wydawców, klientów łatwiej oszukuje się, wciskając im poważnie wyglądający produkt. Eryka znałem już kilka lat, płaciłem mu kilkakrotnie za ekstra wkłady do moich gniotów, a on wyglądał zawsze tak samo: wychudzony, blady, drżące ręce i szalony wzrok nałogowego palacza marihuany. Miał oczywiście zamówienia od innych autorów z branży, przez kilka lat ciągnął scenariusz serialu. A potem go wywalili, chyba za ćpanie, bo ćpał strasznie, tego byłem pewien.
Koronkowa robotaAdam Komorowski
Były panienkami z dobrych domów, ziemiańskich, patrycjuszowskich i inteligenckich. Niektórym wojna nie pozwoliła ukończyć studiów. Ale miały za sobą dobre gimnazja i z reguły znały obce języki. Wiele z nich zginęło, zabite przez Niemców. Umierały w gułagach. Części z nich udało się wrócić ze Wschodu. O życiu niektórych, np. Zuzanny Ginczanki czy Wandy Beisdorf-Ladniewskiej, ukrywających się na aryjskich papierach, decydował donos na gestapo. Ta pierwsza została rozstrzelana, drugiej udało się przeżyć Auschwitz.
Były młodymi, inteligentnymi i ładnymi kobietami i mimo wszystko miały większe szanse przeżycia aniżeli ich rówieśnicy mężczyźni. W powojennej nowej rzeczywistości utraciły swój uprzywilejowany status, ale dla UB były mniej podejrzane niż mężczyźni z ich pokolenia. Łatwiej znajdowały odpowiadającą ich wykształceniu pracę. To one uczyły powojenne pokolenia języków obcych czy gry na fortepianie. W przaśnej rzeczywistości stalinizmu i realnego socjalizmu samym istnieniem przypominały, że inny świat jest możliwy. Trudno wskazać na lepszy przykład tej ich szczególnej pozycji aniżeli powieść Madame Antoniego Libery.
Wiele z nich zostało tłumaczkami, redaktorkami w wydawnictwach, bibliotekarkami. Świat książek był ich światem, bardziej niż ludzi z awansu społecznego, z coraz mniejszym entuzjazmem budujących świetlaną przyszłość. Miały dobry gust. W "kwestii smaku" były bardziej wymagające od mężczyzn. Ich znaczenie dla tego, że realny socjalizm w Polsce przybrał nieco odmienną, mniej karykaturalną postać, jest niedoceniane.
W wydawnictwach dyrektorami byli panowie, ale dyrektorzy zmieniali się, natomiast panie redaktorki pozostawały na swoich miejscach. Z reguły o pracy redakcyjnej miały większe pojęcie niż nomenklaturowi dyrektorzy. Na ich plus należy zaliczyć to, że często szybko zdawali sobie sprawę, że bez pań i ich kulturowej kompetencji oraz smaku sobie nie poradzą. Polityczne preferencje pań redaktorek i środowisk, z których się wywodziły, mogły się im nie podobać, ale byli bezbronni. Obce języki zaledwie liznęli, polszczyzną nie mogli im zaimponować, znajomością literatury tym bardziej. Byli na nie skazani. Niektórzy potrafili to docenić, tworząc kruchą zaporę i chroniąc przed zbytnią dociekliwością Urzędu Bezpieczeństwa.
W polskich wydawnictwach ukształtowała się po wojnie sytuacja osobliwa; o wydawaniu politycznie uprzywilejowanych i preferowanych politycznie autorów decydowali dyrektorzy, spełniając polecenia decydentów, natomiast cała reszta, czyli większość wydawanych książek, zależała od gustów i preferencji pań redaktorek. Dotyczyło to szczególnie przekładów. Nie tylko z angielskiego, francuskiego, włoskiego, hiszpańskiego czy niemieckiego, ale także z rosyjskiego.
To właśnie panie redaktorki sprawiły, że w najgorszych latach pięćdziesiątych XX wieku polski czytelnik otrzymał tak wiele dobrych przekładów klasyki: Dickensa, Perez Galdosa, Manzoniego, Dumasa, Turgieniewa, Stendhala, Balzaca, Czechowa, Londona, Scotta, Austen, Verne'a czy Mériméego i wielu innych. Panie redaktorki spowodowały, że po Październiku zaczęto wydawać Faulknera, Camusa, Hemingwaya, Sartre'a, Geneta, Celę i nadrabiać kulturowe zapóźnienie.
W sąsiednich krajach, zwłaszcza w ZSSR, wielu ludzi uczyło się polskiego, by móc to czytać. Gdy się wchodziło do księgarń Mieżdunarodnoj Knigi w Moskwie czy Leningradzie w latach sześćdziesiątych minionego stulecia, książki w dziale polskim to był zupełnie inny świat aniżeli na półkach z krajów tzw. obozu.
Wiem, ponieważ chodziłem tam kupować książki kubańskie. Kubańczycy w pierwszych latach po rewolucji prowadzili liberalną politykę wydawniczą. Wydawali w wielkich nakładach, nie licząc się z prawami autorskimi, głównie literaturę hiszpańską i latynoamerykańską. Nasze panie redaktorki były w trudniejszej sytuacji, ponieważ Polska, w odróżnieniu od ZSSR i Kuby, zawsze przestrzegała praw autorskich. Taktowi, kulturze i dyplomacji pań redaktorek zawdzięczamy, że negocjacje w kwestii honorariów dla zagranicznych autorów zazwyczaj kończyły się pomyślnie, choć nasze honoraria były, w porównaniu z zachodnimi, raczej symboliczne.
Zaskakuje, do jakiego stopnia współczesne feministki nie doceniają podmiotowej roli kobiet w kształtowaniu kultury narodowej. Nic dziwnego, że pierwszą książkę o naszych trzech wielkich tłumaczkach i redaktorkach: Joannie Guze, Annie Przedpełskiej-Trzeciakowskiej i Marii Skibniewskiej napisał Krzysztof Umiński. Na skrzydełku Małgorzata Szpakowska anonsuje: "Ich praca kształtowała wyobraźnię i gusty dużej części inteligencji polskiej". Nic dodać, nic ująć.
Jeśli do tej trójki dodać nazwiska innych "panienek z dobrych domów", które po 1945 roku zajęły się przekładami: Eligii Bąkowskiej, Zofii Ernestowej, Wiery Bieńkowskiej, Aleksandry Frybesowej, Beaty Hłasko, Wacławy Komarnickiej, Zofii Kierszys, Wandy Kragen, Marii Kureckiej, Edyty Sicińskiej, Barbary Sieroszewskiej, Zofii Szleyen, Krystyny Tarnowskiej czy Kaliny Wojciechowskiej, to okaże się, że tej potężnej gromadce zawdzięczamy, że żyjąc w PRL, w naszych kontaktach z rówieśnikami z Zachodu mogliśmy nie mieć kompleksów.
W odróżnieniu od sporej liczby ukazujących się obecnie książek o tłumaczeniach Umiński w stosunkowo niewielkim stopniu zajmuje się techniczną stroną przekładów. W skrócie można powiedzieć, że są to opowieści o losach trzech kobiet w rzeczywistości i pozycji zupełnie odmiennej aniżeli ta, do której predestynowało je pochodzenie społeczne. Być może gdyby nie wojna i utrata uprzywilejowanego statusu "panien z dobrych domów", dalekiego od trosk ekonomicznych, nie musiałby zarabiać tłumaczeniami. Im samym nie były potrzebne. Mogły czytać bez trudu w oryginale.
Gdy przypatrzmy się zdjęciu Przedpełskiej-Trzeciakowskiej z konnej przejażdżki, możemy domniemywać, że bycie amazonką stanowiło jej powołanie. Ziemiańskie zaszłości zaowocowały tym, że tak wspaniale przekładała Jane Austen. Gdyby ktoś przed wrześniem 1939 roku powiedział jej i dwom pozostałym pannom, że za kilka lat będą codziennie przez kilka godzin ślęczeć nad przekładami i redakcją przekładów innych, potraktowałyby to jako kiepski żart. A jednak każda z nich przetłumaczyła tyle książek, że ustawione jedna na drugiej tworzą stos wyższy od nich (Umiński sprawdził).
Najbardziej zaskakujące jest, że wśród przetłumaczonych książek brak niemal zupełnie będących polityczną daniną knotów. Przydarzyły się Guze w latach 1950-1952 (Nadzieja pokoju Ilji Erenburga i Dalekie strażnice Siergieja Dikowskiego). Skibniewska (z Wandą Jedlicką, w 1950 roku) przełożyła O zadaniach artysty i pisarza Mao Tse-Tunga.
W Polsce, poza Marksem i klasykami myśli socjalistycznej, literaturę politycznie przez decydentów preferowaną tłumaczyli mniej utalentowani i szukający łatwego, w ich mniemaniu, zarobku. Wczesne przekłady laureata Nagrody Stalinowskiej, dobrego pisarza Jorge Amado, czynione pod presją czasu, zrobiły z niego grafomana. Od lat siedemdziesiątych XX wieku było już lepiej. Przekład Człowieka komunisty Luisa Aragona (1950) to zakalec. Jeśli porównamy tłumaczenia politycznie "błagonadiożnych" pisarzy z ukazującymi się w tych samych latach przekładami Dickensa, Balzaca, Mériméego, Czechowa czy Maupassanta, rodzi się podejrzenie o sabotaż. Na szczęście kompetencje w polszczyźnie kadr UB były liche.
Pozbawienie w latach stalinowskich wybitnych polskich intelektualistów możliwości publikacji własnych prac przy zachowaniu szansy tłumaczeń sprawiło, że Władysławowi Tatarkiewiczowi zawdzięczamy przekład drugiego tomu Czarodziejskiej Góry Tomasza Manna, Izydorze Dąmbskiej - Teofrasta, Sextusa Empiricusa, Kartezjusza i Leibniza, Danieli Gromskiej - Arystotelesa, a Romanowi Ingardenowi - Kanta.
Nie byłoby to możliwe, gdyby w PWN redaktorem Biblioteki Klasyków Filozofii nie była Irena Krońska (sama przekładająca z greki i niemieckiego). Panie nie tylko przekładały, lecz także zdołały wokół swoich redakcji zgromadzić grono doskonałych współpracowników. Krońska, jako żona osadzonego w kręgach władzy Tadeusza Krońskiego, była w lepszej sytuacji aniżeli Przedpełska-Trzeciakowska i Skibniewka. Dotknęły ją jednak czystki w 1968 roku. Obie panie były poddane ciągłej inwigilacji. W 1952 roku agent UB raportował: "Przedpełska na terenie instytucji CZYTELNIK utrzymuje ożywione stosunki z Juraszówną [chodzi o Krystynę Jurasz-Dąmbską, tłumaczkę m.in. Arthura Conan Doyle'a - AK], która również posiada rodzinę zagranicą oraz jest niezadowolona z obecnej rzeczywistości. Wymienione osoby są na kierowniczych stanowiskach które prowadzą politykę działu anglo-amerykańskiego wybierając z tych dwóch literatur książki o bardzo wątpliwej wartości ideologicznej. Zachodzi więc podejrzenie iż wymieniona może obecnie należeć do jakiejś a tym samym prowadzić wrogą robotę w sposób zamaskowany".
Gdyby Przedpełskiej dano ten donos do zredagowania, nie powstrzymałaby się przed poprawieniem polszczyzny i uzupełnieniem o znaki przestankowe. Próbowano ją zwerbować, ale "Kandydat w czasie werbunku okazał się z d e c y d o w a n y m w r o g i e m... usiłuje jedynie zwykłymi frazesami zasugerować nam swoją postawę jako człowieka, który zerwał z ideologią burżuazyjną. Dało się wyczuć m a s k o w a n i e kandydata, co spowodowało, że z werbunku wymienionej zrezygnowałem".
Maria Skibniewska została 1948 roku aresztowana, ale o jej pobycie w więzieniu nie wiemy nic. Była niesłychanie dyskretna. Cytowany w książce Andrzej Biernacki napisał: "Nieszukająca rozgłosu aż do przesady, [...] typowy życiorys zasłużonej polskiej humanistki, o której (poza imponującym wynikiem jej prac) mało kto wie cokolwiek".
Autor miał spore kłopoty w odtworzeniu jej biografii. Być może to sprawiło, że opowieść o Skibniewskiej (wspaniale zatytułowana z wykorzystaniem tytułów przełożonych przez nią powieści Portret damy czyli samotność długodystansowca) jest najbardziej pasjonująca, Wzbogacona o zanotowane wypowiedzi podziwiających ją współpracowników i znajomych narracja przechodzi w opowieść o konsekwencjach kulturowych jednego z jej emblematycznych dokonań translatorskich - przekładzie powieści J.R.R. Tolkiena.
Mało osób wie, że polskie przekłady Skibniewskiej Hobbita (wydany w 1960 roku) i Władcy pierścieni (1961-1963) były jednymi z pierwszych. Czasy popularności autora powieści o Śródziemiu miały dopiero nadejść. Środowiska hipisowskie w Kalifornii i polscy czytelnicy, którzy bynajmniej hipisami nie byli, zachwycili się dziełami Tolkiena w tym samym czasie.
Jak Skibniewskiej udało się przekonać wydawców do wydania tak obszernych powieści w czasie, gdy literatura fantasy była w powijakach, pozostanie jej tajemnicą. To był jeden z tych przekładów, które modelują wrażliwość i budują autonomiczne wspólnoty czytelników. To coś więcej aniżeli przekłady Williama Faulknera, które wpływały na pisarzy. Umińskiemu udało się opowiedzieć o przekładzie, który był zaczynem wyłonienia się wspólnoty miłośników fantasy.
O samej pani Skibniewskiej dowiadujemy się od Umińskiego o wiele mniej niż o pozostałych tłumaczkach, zwłaszcza Joannie Guzie i jej ciekawej biografii. Ale, jak przypuszczam, pani Skibniewska byłaby ukontentowana, że udało się jej ukryć swoje życie za pracami.
Jedynym napisanym i wydrukowanym przez Skibniewską jest wstęp do jej przekładu Portretu damy Henry'ego Jamesa. To perełka kunsztu zwięzłości. Na trzech stronach udało się jej powiedzieć o pisarstwie Jamesa rzeczy najważniejsze. Ale ostentacyjnie nieosobisty tekst kończą zastanawiające, dające do myślenia zdania: "W przedmowie do amerykańskiego wydania w wiele lat po napisaniu Portretu damy nazwał go "portretem młodej kobiety, która sprzeciwiła się swojemu przeznaczeniu", a najprościej i najkrócej można by powiedzieć, że jest to historia młodości pięknej kobiety z dziewiętnastego wieku, która miała wzniosłe ideały i wrażliwe sumienie i którą spotkało w życiu wiele niespodzianek". Czyżby pani Skibniewska, chcąc dyskretnie coś powiedzieć o sobie, skryła się za Isabel Archer?
Krzysztof Umiński napisał ważną książkę, wykraczającą poza plotkarskie wymiary popularnej dzisiaj w Polsce biografistyki. To książka o wielowymiarowości i zapominanych uwikłaniach kształtowania się kultury narodowej i naszej świadomości. Pomijanie w tym procesie roli tłumaczek jest nieporozumieniem.
Przypomniał, że i dziś mamy wspaniałe kontynuatorki ich dzieła, kobiety mające zaufanie do własnego gustu i w nieco spsiałej rzeczywistości, uzależnionej od rynku potrafią inkrustować ofertę wydawniczą dziełami pisarzy, którzy je zachwycili: nieżyjąca już Anna Kołyszko i obdarzające nas nadal swoimi propozycjami Aleksandra Ambros, Barbara Jaroszuk, Małgorzata Buchalik, Joanna Ugniewska, Krystyna Rodowska, Magda Heydel, Maryna Ochab, Elżbieta Muskat-Tabakowska, Bella Szwarcman-Czarnota czy Małgorzata Łukasiewicz.
Życzyć sobie tylko powinniśmy, by dzisiejsi, zapatrzeni w magię rynku wydawcy zaufali ich gustom i propozycjom co najmniej w taki samym stopniu, jak zdarzało się w niełatwych czasach realnego socjalizmu trzem tłumaczkom, o których Umiński napisał książkę - trzy brawurowe opowieści o namiętności do literatury.
Wojciech JuzyszynMistrzowski brąz
Bogusław zapragnął rozkoszować się urlopem, więc wyjechał z kumplami na małą wyspę, gdzie wynajęli domek tuż przy plaży. Mogli sobie pozwolić na drogie wakacje, ponieważ sprzedawali młodym narkotyki, bardzo prestiżową pornografię oraz udostępniali uczniom szkoły podstawowej obiekty pod srogie libacje, które często kończyły się śmiercią wielu dzieci.
Gdy kumple palili haszysz, Boguś poszedł poopalać tors na plaży, bo już najsilniejsze południowe słońce ustało i można było bezpiecznie złapać trochę brązu.
Bogusław roznegliżował tors na piachu i popukał w skórę naokoło sutków, bo kiedyś zasłyszał plotkę, że skóra tamtejsza słabiej wchłania promieniowanie UV i potrzeba dodatkowej stymulacji. Sensorykę wszelaką Bogusław miał obcykaną, bo za młodu specjalne kursy masażu odbywał, i teraz popukać się w cycki nie było dla niego większym jakimś szkopułem.
Ryba raz z wody wyskoczyła, to się przeląkł, ale relaksem równie sprawnie władał, nerwice mu były dalekie i obce, toteż wartko wrócił ciałem do linii na złocistym piachu i nie potrzebował nawet recytować mantry Om ani jakiejkolwiek innej, a już niemal zasypiał niczym bobas spojony promieniami mleka.
Przebudził się jednak z sykiem, ponieważ poczuł, że przesadził ze stymulacją sutków, owe zaczęły piec od nadmiaru słońca, więc zapragnął poczuć na ciele kojącą moc olejku. Wyjął tubkę z torby podróżnej, otworzył swe smarowidło plażowe i mocno ścisnął w prawicy, że aż knykcie pobielały.
Biała plazma wytrysnęła z tuby niemożebnie mocno, takiego wytrysku Bogusław jeszcze nie doświadczył. Plazma wzleciała wysoko w przestworza, po czym opadła nieelegancko na piach. Niepomiernie ciężka, wyżłobiła dziurę głęboką jak nora dla zmutowanej łasicy. Fale uderzeniowe wstrząsnęły wyżłobionym treningami układem mięśniowym Bogusia.
Plazma w dziurze zaczęła się kotłować, pryskała w górę strumieniami, jakby morda w piachu pluła rzygami. Wreszcie z substancji uformował się humanoidalny twór. Biały człowieczek z głową w kształcie żarówki i dwoma czarnymi pestkami oczu jak napompowane radioaktywnie daktyle.
- Więc chciałeś się poopalać? - spytał przybysz na poziomie telepatycznym.
- Nie pogardziłbym nutą brązu.
- A więc chcesz być mistrzem opalenizny?
- Oczywiście. Jestem wirtuozem wielu dziedzin. Na przykład potrafię opylić kokainę noworodkowi.
- Imponujące. Będę więc z tobą szczery. Zasługujesz na prawilny brąz. Pozwól, że cię napromieniuję.
- Proszę, bez krępacji.
Boguś wyprostował nogi i wsparł się na łokciu w oczekiwaniu na kosmiczne solarium. Plazma-przybysz, uformowany ze smarowidła, uniósł ręce nad głowę i złączył je palcami. W przestrzeni trójkąta z dłoni zmaterializowała się płynna przezroczysta substancja, po czym zastygła. Utworzyła się soczewka skupiająca.
Paliczki plazmy-przybysza ułożyły się w odpowiedniej konstelacji i dzięki temu soczewka wewnątrz nabrała takich krzywizn, iż przechodzące przezeń promienie słońca skupiały się niesamowicie mocno.
Przybysz tak ustawił soczewkę, by promienie atakowały tors Bogusia, nim jednak zdążył wprowadzić jakiekolwiek modyfikacje dostosowawcze w strukturze soczewki, Bogusław zajął się ogniem i w parę sekund sfajczył do postaci zwęglonego humanoida.
- Przesadziłem.
Chwilę pomyślał, jakby aferę odkręcić, ale żadne rozwiązanie nie zajaśniało w bąblu głowy.
Kumple Bogusia wyjrzeli z chaty, zaciekawieni, że tak długo potrafił wytrzymać bez używek. Przeszli na plażę i nieufnie zerknęli na kosmitę.
- Gdzie Boguś? To on tu tak leży?
- Ale poczerniał, chyba zgon. Wiedziałem, że długo nie wytrzyma bez używek. Wygrałem.
Kumple przelali mu dla spokoju milion złotych na konto, bo o tyle się założyli.
Zaproponowali kosmicie browca na chacie, bo zaintrygowały ich jego daktylowe pestki oczu.
Balowali długo i obficie, a plazma-przybysz, naszprycowany bombowym kombo narkotyków, głowił się i głowił nad naturą swego istnienia. Jak to możliwe, że narodził się z olejku do opalania, a wydarzenia tak się potoczyły, że całkowicie spalił mężczyznę, którego w zamyśle miał chronić przed słońcem.
Do żadnych wniosków nie doszedł, bo rozpuścił się pod wpływem narkotyków. Kosmiczną aurą pośmiertną rozpuścił wszystkich pozostałych urlopowiczów, jak i całe umeblowanie.
W chacie nadmorskiej z całej szalonej ekipy ostały się tylko dwa zasuszone daktyle.
7-8/2022
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2022 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl
Jarosław KuiszPapierosy i szkoła myślenia
Marcin Król: Pakuję walizkę. Iskry, Warszawa 2021, s. 230.
1. Do sali seminaryjnej wsuwał połysiałą głowę przez otwarte drzwi. Słuchał dyskusji, dorzucał uwagi na temat rozumienia horroru w Jądrze ciemności. Jednocześnie na korytarzu palił mocne papierosy. Tak właśnie uczyliśmy się wspólnego wysiłku intelektualnego. I tak zapewne w ostatnich latach wyglądało pierwsze spotkanie wielu studentów z profesorem Marcinem Królem (1944-2020).
To była zgroza z punktu widzenia BHP, ale i "stara szkoła" wymiany myśli. Ów papieros z filtrem może wydawać się rekwizytem czy słabością wobec nałogu. Jednak właśnie on przypomina o jednym ze sposobów praktykowania namiętności p r a c y m y ś l o w e j razem.
Nie był to bowiem dowód na "arogancję elit", jak to jest dziś określać a la mode, lecz nawyk gorących dyskusji z czasów seminariów domowych w Polsce Ludowej. Nieformalnych, choć regularnych spotkań, które odbywały się choćby w domu profesora Jerzego Jedlickiego. Tam przy ulicy Balonowej w Warszawie - poza tym, że sięgano po papierosy i alkohol - debatowano na serio, czyli bez sztucznych ram czasowych, bez owych akademickich rygorów półtorej godziny, ale aż do zmęczenia tematu i wycieńczenia osób. Mówiono mądrze, mówiono mniej mądrze, ale z takich spotkań rodziły się środowiska i ważne czasopisma. W imię wysiłku intelektualnego n a s e r i o, namiętnego i poza cenzurą, ale także poza murami uniwersytetu, granice instytucjonalne traciły na znaczeniu. Całą ich k o n w e n c j o n a l n o ś ć widziano jak na dłoni.
Wszystko to przypomina się właśnie teraz, gdy do naszych rąk trafia ostatnia książka Marcina Króla Pakuję walizkę. Dla porządku odnotujmy, że na zawartość publikacji składa się tytułowy, dłuższy esej oraz zebrane wpisy z mediów społecznościowych od 5 kwietnia do 25 października 2020 roku, czyli z czasu pandemii COVID-19. Przyjacielski wstęp do książki napisała profesor Marci Shore (Uniwersytet Yale, przeł. Michał Sutowski), sylwetkę profesora Króla naszkicował dr Łukasz Mikołajewski (UW). Czułą opiekę edytorską tomu wypełnionego pamiątkowymi fotografiami zapewniła córka, Zofia Król.
2. W pierwszej kolejności "pożegnalna" książka Marcina Króla skłania do namysłu nad niezwykłą drogą, którą w ostatnich dekadach przebyło polskie życie intelektualne. To kręta trasa od zakulisowych potyczek z urzędnikami z ulicy Mysiej 2 w Warszawie i ucieczek w "drugi obieg" - do globalnego Facebooka, gdzie otwarcie pisze się o wszystkim dla wszystkich. Właśnie w tych ramach zamknął się dorobek jednego z najważniejszych polskich intelektualistów publicznych przełomu XX i XXI wieku: od esejów i txt-wów dla "Tygodnika Powszechnego", wypatroszonych przez nadgorliwych cenzorów Polski Ludowej, aż do niedawnych wpisów na profilu, pod którymi można było przeczytać zarówno pochwalne komentarze, jak i zwykły "hejt". "The medium is the message", głosi znane prawidło Marshalla McLuhana. Pod tym wyświechtanym hasłem znajduje się morał wysnuty z historii środków przekazu. Rozwój mass mediów, jak dowodził teoretyk, niemal niepostrzeżenie wpływa na przekazywaną treść oraz ramy naszego myślenia. W przypadku polskiego podwórka stawkę przemian podbija jeszcze jeden czynnik, a mianowicie zmiany ustrojowe, przejście od PRL do III RP.
I rzeczywiście - jak widać na przykładzie Marcina Króla - otwieramy dowolny tom esejów z czasów Polski Ludowej i przypominamy sobie, jak to wybitni eseiści prowadzili wyrafinowane gry z cenzurą i mrugali okiem do odbiorców. Teksty polityczne ubierano w kostium historii. Licząc na inteligencję czytelników, zadawano zasadnicze pytania o sens istnienia wspólnoty narodowej w warunkach państw "demokracji ludowej". Ezopowe wysiłki przynosiły teksty gęste, nierzadko erudycyjne, czasem wybitne. Cenzura wymuszała wznoszenie się na wyższe poziomy abstrakcji, unikanie aktualności politycznych czy dosłowności, o wulgarności w ogóle nie wspominając. Owe starania niektórym tekstom zapewniły na tle polskiej kultury status, jak się wydaje, ponadczasowy. Obok Bohdana Cywińskiego Rodowodów niepokornych, Andrzeja Kijowskiego tomu Listopadowy wieczór czy Klasycyzmu Ryszarda Przybylskiego na pewno należy podkreślić wyjątkowość przemyśleń i elegancję stylu właśnie "prób" Marcina Króla, poczynając od tomu Sylwetki polityczne XIX wieku, którego współautorem był Wojciech Karpiński, Stylów politycznego myślenia czy arcyciekawych esejów z lat 1974-1980 z Ładu utajonego.
Na końcu drogi intelektualnej Marcina Króla znajdują się zaś wspomniane wpisy z czasów pandemii zebrane w Pakuję walizkę. W roku 2020 można było w mediach społecznościowych otwarcie manifestować własne przekonania polityczne, sympatie i antypatie. Bez erudycyjnych ozdobników wdawać się w publiczne polemiki z osobami, których nie znamy i nie poznamy. Bez skrępowania przekraczać granice tego, co publiczne i prywatne itd. Po latach spędzonych w PRL i chaosie III RP demokratyzacja dialogu przyniosła intelektualiście bezpośredni dostęp do masowego odbiorcy, możliwość przekazywania idei "od ręki" i wciągania w demokratyczną wymianę zdań. W sferze ideału celem dialogu jest doprowadzenie uczestników do wspólnej, sensownej konkluzji dotyczącej spornego tematu. W praktyce wszyscy wiemy, jak rzecz w mediach społecznościowych wygląda. Słoną ceną do zapłacenia jest poddanie się zbieraniu danych przez korporację zza Oceanu, radykalne uproszczenie stylu wywodów czy gotowość na komunikacyjne grubiaństwo w komentarzach. Oczywiście, o ezopowych rejestrach, pisaniu eseju w kostiumie historycznym mowy już być nie mogło. Dziś byłoby to niepotrzebne i zapewne niezrozumiałe. O tym właśnie w pierwszej kolejności przypomina nam tom Pakuję walizkę.
1 Zofia Bażant (1917-2010) - pedagog, w latach 1952-1974 nauczycielka języka polskiego w II Liceum Ogólnokształcącym im. Tadeusza Kościuszki w Sandomierzu, twórczyni Koła Polonistycznego, w ramach którego organizowała spotkania z pisarzami. W zbiorach Muzeum Zamkowego w Sandomierzu zachowały się pisane do niej listy, m.in. Anny Kamieńskiej, Ludmiły Marjańskiej czy Juliana Kawalca.
2 Tę datę dzienną - w rozmowie z edytorem - przywołał jeden z uczestników spotkania, prof. Jerzy Stępień, który dobrze ją zapamiętał, gdyż tego samego dnia doszło do zabójstwa prezydenta USA Johna F. Kennedy'ego.
3 Jan Pieszczachowicz, Moja profesorka, "Zeszyty Sandomierskie" 2010, nr 30, s. 91 (w tym numerze znajdują się inne materiały poświęcone Zofii Bażant). Warto dodać, że sam Pieszczachowicz - już jako krytyk literacki - nieraz zajmował się pisarstwem Stachury, najobszerniej w książce Edward Stachura - łagodny buntownik (2005).
4 Jerzy Stępień, Stawiała wysoko poprzeczkę, tamże.
5 Ewa Bajkowska, Będę pamiętać..., tamże, s. 92.
6 Zyta Oryszyn (1940-2018) - pisarka, działaczka opozycji demokratycznej w PRL, żona Edwarda Stachury w latach 1962-1972 (jako Anna Zyta Stachura).
7 Barbara Poremba-Wolkowa, Nieznana przyjaźń E. Stachury, "Katolik" 1990, nr 6, s. 36. Pozostałe cytaty - tamże.
8 W teczce z materiałami Zyty Oryszyn znajdują się także jej trzy listy do Zofii Bażant, w tym jeden z odręcznym dopiskiem Stachury. W wiadomości wysłanej z Monterrey 23 grudnia 1969 roku żona poety komunikowała: "Jestem drugi dzień w Meksyku i jestem b. szczęśliwa, bo jestem ze Stedem". Z listu wynika, że małżonkowie spotkali się na granicy amerykańsko-meksykańskiej (Laredo/Nuevo). Treść pocztówki wzbogacają Stachurowe życzenia: "Wszystkiego dobrego i pięknego zawsze. / E. Stachura" (nr inw. MLS/1183/1-4).
Ty kto?Mateusz Werner
Młody człowiek wymierzył we mnie karabin i spytał: - Ty kto?Odpowiedziałem, że jestem pisarzem. [...] Chłopak nie zrozumiał odpowiedzi i powtórzył pytanie. Tym razem już wolniej, dzieląc słowo na sylaby powiedziałem: "Pisatiel". Nie znałem rosyjskiego, ale nauczyłem się tego słowa, bo chodziły wieści, że Rosjanie nie robią pisarzom krzywdy. Sandor Marai, Ziemia! Ziemia!... (przeł. Teresa Worowska)
Kim jest wielki pisarz? Są odpowiedzi na to pytanie, które niwelują różnice wynikające z obszaru językowego, momentu historycznego i osobliwości zbiorowego losu czytających, ale nie będziemy się nimi teraz zajmować. Kim jest wielki pisarz dziś w Polsce? Czy umiemy go sobie wyobrazić, kim musiałby być, aby nas zadowolił i zasłużył na to określenie? Przede wszystkim, co to znaczy: "nas"? Marketingowym banałem jest przekonanie, że "my" to zwodnicza fikcja dzieląca się w istocie na wiele "targetów" zróżnicowanych pod względem wieku, zasobności portfela, miejsca zamieszkania, wykształcenia, a co dziś zapewne najważniejsze - przekonań politycznych. A zatem: nie ma jednego kryterium, wedle którego można by oszacować pisarską wielkość, każdy robi to na własną rękę. Ta kupiecka teoryjka indywidualnego rozszycia preferencji, która dziś wydaje się po prostu głosem zdrowego rozsądku, ignoruje jednak nieodpartość wspólnego mianownika łączącego konsumpcyjne monady w szereg wyższego rzędu, którego zbiorowa tożsamość przekracza sumę różnic pomiędzy poszczególnymi istnieniami. Ten właśnie wspólny mianownik stanowi podstawę dla figury wielkiego pisarza. Jest nim bowiem ktoś, kto sprawia, że monady otwierają okna, odkrywając najbardziej własne doświadczenie w opowieści wypowiedzianej w języku, który nie jest wsobnym pomrukiem wnętrzności, ale mową zrozumiałą przez innych i mających doń równe prawo. Przezwyciężenie siły odśrodkowej za pomocą symbolu wskazującego na wspólnotę losu jest w dzisiejszym stanie galopującej entropii i rozproszenia czymś w rodzaju cudu. Przydomek wielkości pojawia się przy nazwisku późno, jak kwiaty na grobie, po latach, gdy więcej widać, gdy wdzięczność staje się powszechna. Wdzięczność za co? Za odsunięcie samotności, "zwierzęce ciepło", jak to ujął niegdyś Miłosz. Tak, wiem, "ta hipoteza nie jest nam już potrzebna". Mówienie o wielkim pisarzu po "śmierci autora", kresie "wielkich narracji", a także, co równie ważne, po oddzieleniu języka od doświadczenia i wspaniałomyślnym ograniczeniu pisarskich obowiązków do "twórczości słownej", jest dziś aktem samobójczej naiwności. A może więcej, może to wyraz niebezpiecznych skłonności? Wszak idea wielkiego pisarza została w XX wieku równie zeszmacona jak idea "wielkiego człowieka". "Mówiłem o europejskim zeszmatławieniu: i zaprawdę czasom naszym udało się zeszmatławić tak wiele [...]. Przyniosły także skundlenie wielkiego człowieka. Musimy pogodzić się z historycznym losem, który każe przeżywać nam geniusza w takiej głębi upodlającego objawienia", pisał na emigracji w 1939 roku Tomasz Mann, a jego tekst nosił tytuł Brat Hitler (przeł. Wojciech Kunicki). Od wielkiego pisarza do Wielkiego Językoznawcy - tylko mały krok. Być może pod wpływem tych lęków pogodziliśmy się dziś z tym, że tron i cokół mają pozostać puste.
Czy jednak na pewno się z tym pogodziliśmy? Gorączkowa produkcja "zjawisk", "wydarzeń" i "laureatów" przez przemysł kulturalny wskazuje na coś innego. Karuzela epitetów i przymiotników kręci się z sezonu na sezon coraz szybciej i mądrale dekonstruujący w wolnym czasie "tradycyjne hierarchie", chwilę później i w ramach obowiązków zasiadający w redakcyjnych czy jurorskich gremiach, bez skrupułów używają tradycyjnego słownika, z którego nikt nie usunął takich określeń jak "genialny", "historyczny", "arcydzielny" czy "polski". W efekcie obraz literatury rozdwaja się, i to w kilku płaszczyznach. Po pierwsze na rzeczywistość pozbawionych złudzeń ekspertów, jałową od wspólnotowych fikcji oraz jej popularne przeciwieństwo rojące się od sezonowych wielkości obsługujących niezliczone fankluby i ich gusta. Po drugie na rzeczywistość, w której wiarę, że artystyczna ranga jest tajemnicą odkrywaną w procesie historycznym, traktuje się jako esencjonalistyczny przesąd, podczas gdy równocześnie uznaje się za oczywistość, że wypadkowa sił i interesów na styku akademii, biznesu i polityki prawomocnie fabrykuje atrybuty prestiżu, znaczenia i powagi w świecie kultury, posługując się nimi jako narzędziami do osiągania celów - finansowych, ideologicznych i politycznych. Innymi słowy, żyjemy w świecie, w którym artystyczna wielkość może funkcjonować, ale wyłącznie jako komercyjny wabik lub ideologiczny fetysz, czerpiąc swą rynkową atrakcyjność z powidoków uprzednio zdekonstruowanej aury.
Powróćmy do pytania z początku: kim jest wielki pisarz dziś w Polsce? Rzecz jasna, zadając je, nie pytamy o mapę ośrodków dystrybucji prestiżu ani zestaw motywacji stojących za promocją określonych trendów. Festiwale literackie, nagrody, redakcje, okładki, programy telewizyjne, autorytety, sieci sprzedaży, konstelacje towarzyskie, struktury właścicielskie, ceny papieru i podatki, instytucje państwowe i programy dotacyjne - wszystko to ma znaczenie wyłącznie w obrębie przemysłowej fabrykacji wielkości jako narzędzia rynkowej lub ideologicznej dominacji. A zatem pytanie dotyczy owego drugiego wymiaru, ośmieszonego, nieaktualnego, wyegzorcyzmowanego. Odpowiedź równie łatwa, jak i bezpieczna brzmiałaby: dziś w Polsce wielki pisarz jest nieobecnością, brakiem, wątpliwą możliwością. Idąc krok dalej, mógłbym powiedzieć, że wyobrażam go sobie, jako kogoś, kto potrafiłby właśnie z tego kulawego niedoistnienia uczynić dramat polskiej kultury zbliżający do siebie myślących Polaków.
Edward Stachura"Chce się pisać dla takich ludzi..."Listy do Zofii Bażant
Dla Ani
Edward Stachura poznał Zofię Bażant1 22 listopada 1963 roku2 podczas spotkania autorskiego w II Liceum Ogólnokształcącym im. Tadeusza Kościuszki w Sandomierzu. Młody poeta zaprzyjaźnił się ze starszą o dwie dekady polonistką tej szkoły, a świadectwem wieloletniej znajomości jest prezentowana korespondencja, obejmująca lata 1963-1974.
Do przyjaciół Stachury należeli na ogół jego rówieśnicy. Bliższe relacje z osobami od siebie starszymi pielęgnował, ale była to grupa o wiele mniej liczna. Co sprawiło, że Bażant znalazła się w tym wąskim gronie? Lata sześćdziesiąte XX wieku to w życiu poety czas względnej stabilizacji. Po niełatwym okresie lubelskich studiów Stachura przeniósł się do Warszawy, gdzie kontynuował naukę na uniwersytecie. W stolicy życie nabrało rozpędu: zaczął drukować w Iwaszkiewiczowskiej "Twórczości", zadebiutował publikacjami książkowymi jako prozaik i poeta, został przyjęty do Związku Literatów Polskich, współtworzył Orientację Poetycką "Hybrydy", otrzymał mieszkanie, zawarł związek małżeński. Wciąż jednak, mimo wrodzonej niezależności i indywidualizmu, potrzebował pomocnej dłoni "kogoś z autorytetem". Z treści prezentowanych listów wynika, że poeta znalazł w osobie Bażant idealnego słuchacza - współodczuwającego i gotowego do pomocy (w tym - dodajmy - finansowej). Docenił dobroć i opiekuńczość adresatki, a także - rzecz w przypadku Stachury niebagatelna - życzliwość wobec własnego pisarstwa. Były też inne cechy Zofii Bażant, które mogły sprzyjać tej znajomości. Dawni uczniowie wspominają ją jako znakomitego pedagoga, osobę niezależną, nigdy nie odstępującą od przyjętych zasad. Co więcej, wykazywała "długoterminowe" zainteresowanie swoimi wychowankami, również w ich dorosłym życiu. Świadczą o tym wspomnienia. Jan Pieszczachowicz: "Znakomita, mądra humanistka kontynuowała i współtworzyła najlepsze tradycje sandomierskiej inteligencji"3. Prof. Jerzy Stępień: "[...] uczyła nas też czegoś bardzo cennego: odwagi wobec siebie samych - mówienia o własnych problemach, szczerości, otwartości we wzajemnych kontaktach"4. Ewa Bajkowska: "Stanowiła dla nas, uczniów, niepowtarzalny autorytet, posiadając do tego cechy predestynujące: mądrość i prawość. Po latach nadal imponowała nam swoją wiedzą, bieżącą znajomością nowości literackich, rozległą korespondencją z wybitnymi przedstawicielami świata kultury, niesłabnącą z wiekiem ciekawością świata"5. I wreszcie Jerzy Krzemiński: "Dla nas, uczniów, była kimś znacznie więcej niż dobrym nauczycielem. Miała coś z mistrza, coś, co znacznie przewyższało przymioty nawet świetnego pedagoga". Jako osoba troskliwa, a zarazem niezależna i wymagająca, obdarzyła młodego Stachurę wyjątkową przyjaźnią (w jej orbicie znalazła się również ówczesna żona poety - Zyta6). Bywała w mieszkaniu małżeństwa Stachurów przy ul. Rębkowskiej, wszyscy troje spotykali się u siostry adresatki w Skierniewicach. Poeta podtrzymywał znajomość, wysyłając widokówki "krajowe", ale też z Meksyku, Stanów Zjednoczonych czy Norwegii. Za każdym razem okazywał adresatce atencję i szacunek. Do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę zdecydowało o ustaniu korespondencji. Ostatnią widokówkę Stachura wysłał z Detroit w grudniu 1974 roku. Po powrocie z amerykańskiej wyprawy wkraczał w kolejny, ostatni już etap życia. Czas ten charakteryzował się wycofaniem poety, izolacją, stopniowym zrywaniem kontaktów. Być może adresatka podzieliła los innych osób, które wyłączył z kręgu znajomych. Nic nie wiadomo o jakimkolwiek konflikcie pomiędzy dwojgiem korespondentów. Inne przyczyny nie są znane (co ciekawe, Bażant nie pojawia się w żadnym z dziennikowych zapisków Stachury). Dziś, rezygnując z niepotrzebnego mnożenia hipotez, warto docenić to, co pozostało, czyli żywe świadectwo przyjaźni i porozumienia w postaci jednego z najobszerniejszych zbiorów Stachurowej korespondencji.
Znajomość Edwarda Stachury z Zofią Bażant po raz pierwszy została przypomniana w 1990 roku przez Barbarę Porembę-Wolkową w tekście Nieznana przyjaźń E. Stachury, opublikowanym na łamach czasopisma "Katolik", a opracowanym na podstawie listów poety oraz rozmowy przeprowadzonej z ich adresatką. Autorka rozpoczęła swój artykuł konstatacją: "Ten, komu dane jest znać p. Zofię, na pewno zrozumie, że ta ciekawa, pełna mądrości, pogody ducha i optymizmu osobowość mogła do siebie przyciągnąć i przywiązać młodziutkiego twórcę"7. Dalej Poremba-Wolkowa relacjonuje wspomnienia swojej rozmówczyni: "Szła [Zofia Bażant] właśnie z wizytą, gdy niespodziewanie spotkała Edwarda i Zytę Stachurów. Młody poeta pozostawił nagle obie panie i zniknął, by za chwilę pojawić się z bukietem róż i wręczyć go p. Zofii. Po pożegnaniu pojawił się mały szkopuł - szła przecież odwiedzić pewnego starszego pana i jeszcze dziś śmieje się w głos na myśl o wrażeniu, jakie zrobiłaby, stanąwszy w jego drzwiach z naręczem czerwonych róż... Ostatecznie, zagubiona w sytuacji, zostawiła kwiaty gdzieś w kącie klatki schodowej, potem ich zresztą nie odnajdując... [...]". I dalej: "Wszystko wskazuje na to, że była Zofia Bażant pierwszą słuchaczką słynnej Piosenki dla Potęgowej. Kto wie, czy nie miała również wpływu na obecny kształt tego utworu... Będąc bowiem w Warszawie, skorzystała z zaproszenia Stachurów. Zaraz po powitaniu poeta powiedział: "Właśnie napisałem nową piosenkę. Chcę, żeby jej pani wysłuchała", po czym wziął gitarę i zaśpiewał. Pani Zofia powiada, że nie wie, czy słuchała zbyt mało uważnie, czy też istotnie utwór był niezbyt jasny... Ostatecznie, co wyznała autorowi, nie zrozumiała, w jakiej to dali odbywa się opisany w balladzie wielki bal. Stachura zastanowił się i powiedział: "Muszę tu coś zmienić..."". Niestety, autorce artykułu nie udało się rozwiązać zagadki dotyczącej ustania korespondencji. Być może - jak podejrzewa, pytając zapewne adresatkę - miało to związek z kryzysem małżeńskim pisarza. Z artykułu możemy się też dowiedzieć, że choroba Stachury nie była dla Bażant wielkim zaskoczeniem: "[...] wiedziała o jego silnych bólach głowy, chorobliwej, wieloletniej bezsenności, chwiejnych nastrojach... Śmierć zaś poety przeżyła bardzo i dziś, co znamienne, mówi o tym niewiele...".
W 2010 roku znajomość Stachury i Zofii Bażant przywołał Krzysztof Burek we wspomnieniu opublikowanym na łamach wzmiankowanego już numeru "Zeszytów Sandomierskich". W tym samym zeszycie Jerzy Krzemiński podał do druku list Stachury z 11 kwietnia 1965 roku oraz znajdujący się w Muzeum Zamkowym w Sandomierzu list Krzysztofa Burka do Zofii Bażant, napisany w 1963 roku, a dotyczący przyjazdu poety na spotkanie autorskie. O znajomości Stachury i Bażant traktuje też jedna z części książki biograficznej Mariana Buchowskiego Buty Ikara (rozdz. Polonistki i Polonia, tam też zamieszczono fragmenty wybranych listów).
Listy Edwarda Stachury do Zofii Bażant publikowane są w całości po raz pierwszy. Autografy, podarowane przez adresatkę w latach 1983-2003, znajdują się w zbiorach Działu Literatury Muzeum Zamkowego w Sandomierzu. Łącznie kolekcja liczy 39 pozycji, w tym 17 listów, 19 widokówek, 1 karta pocztowa oraz 2 przekazy pocztowe i zdjęcie przedstawiające Edwarda Stachurę z Zytą Oryszyn (numery inw.: MLS 1138/1-32, MLS/2383, MLS/1139, MLS/1182/1-4, MLS/1945)8.
Listy Zofii Bażant do poety nie zostały odnalezione. Dla przybliżenia kontekstu postanowiono przywołać wspomniany już list Krzysztofa Burka, który aranżując przyjazd Stachury do Sandomierza, wywołał dalszy ciąg tej historii (autograf znajduje się w Muzeum Zamkowym w Sandomierzu, nr inw. MLS/1140/1). Napisane specjalnie dla tej edycji wspomnienie oświetla minione wydarzenia z perspektywy niemal sześćdziesięciu lat.
Podczas opracowywania korespondencji poprawiono i uwspółcześniono ortografię oraz interpunkcję, zachowując jednak specyfikę zapisu nadawcy. W nawiasach kwadratowych umieszczono wszelkie uwagi i uzupełnienia edytora. Przekreślenia nieczytelnych znaków zaznaczono symbolem [-]. Pozostawiono wyrazy przekreślone, które udało się odczytać.
W trakcie opracowywania korespondencji kilka osób w sposób szczególny wykazało zainteresowanie publikacją.
Przede wszystkim niezmiernie dziękuję panu Krzysztofowi Burkowi, który poświęcił czas, aby podzielić się cennymi wspomnieniami. Obszerna wiedza wzbogaciła listy stosownym komentarzem (m.in. pomogła uzupełnić biogramy rodziny Bażantów), niezachwiana wiara w realizację przedłużającego się projektu pobudzała zaś do pracy na każdym etapie przygotowań, za co jestem wdzięczny osobno.
Dziękuję wszystkim moim rozmówcom za interesujące wspomnienia. Szczególnie ciepło pragnę podziękować paniom Ewie Bajkowskiej i Ewie Hauser, które nie tylko odtworzyły obraz sandomierskiego spotkania, lecz także ożywiły postać Stachury w pamięci kolejnych osób, czego efektem były ciekawe ustalenia.
Serdeczne podziękowania kieruję pod adresem Muzeum Zamkowego w Sandomierzu. Dyrektor placówki, pan dr Mikołaj Getka-Kenig, oraz pani kustosz Kinga Kędziora-Palińska niezmiernie pomogli mi w pracy nad rękopisami. Pani adiunkt dr Annie Kowalskiej-Różyło z Działu Literatury dziękuję za wielkie poświęcenie i wskazanie nowych tropów tej korespondencji. Związki Stachury z Sandomierszczyzną okazały się niezwykle inspirujące i wciąż czekają na odrębne omówienie.
Wyrazy wdzięczności zechcą przyjąć panie Monika Stachura i Marta Kapała, które od początku sprzyjały publikacji, czego przejawem było m.in. udzielenie zgody na druk. Panu Andrzejowi Kaczyńskiemu chcę podziękować za możliwość uwzględnienia odręcznych dopisków Zyty Oryszyn.
Wielopoziomowa praca edytorska zajęła wiele miesięcy. Serdecznie dziękuję wszystkim za cierpliwość i za to, że zawsze służyli niezawodną pomocą.
I rzecz ostatnia. Opracowując komentarze, uwzględniłem krótką refleksję Tomasza Burka poświęconą nadawcy listów. To osobiste wspomnienie zostało przeze mnie zanotowane podczas prowadzonej przed laty rozmowy i znalazło swoje miejsce w jednym z przypisów. Niech pojawienie się tej korespondencji w 85. rocznicę urodzin poety a zarazem 5. rocznicę śmierci krytyka ma charakter symbolicznej koniunkcji.
Jakub Beczek
Zofia Bażant, fot. z archiwum Marty Kapały.
Sted. ObrazkiWłodzimierz Antkowiak
Kilka razy proszono mnie o napisanie jakichś wspominków o Edwardzie Stachurze. Trudno mi było zabrać się za to, ale teraz napisałem parę "obrazków". Sted był jednym z najprzyzwoitszych ludzi, jakich w życiu spotkałem, ale nie jestem pewien, czy "obrazki" w wystarczającym stopniu wyjaśniają, dlaczego tak uważam.
Droga Myślenia
Sted dotarł na Forteczną pod wieczór, wcześniej przysłał kartkę i zapytał, czy odpowiada mi termin. Jego przyjazd był konsekwencją listu, który parę miesięcy wcześniej napisałem do niego i wysłałem na adres "Miesięcznika Literackiego", w którym publikował co miesiąc cykl tekstów pod wspólnym tytułem Wszystko jest poezja. Coś mnie zbulwersowało w jednym z tych tekstów i wyjaśniłem to autorowi. Sted nie odniósł się bezpośrednio do tego, ale zaproponował, że jeśli mi to odpowiada, to chętnie przyjedzie, "aby porozmawiać o sprawach wielu, na których zna się, zdaje się, niewielu".
I teraz był. Szybko wyjaśniliśmy sobie, że obaj mamy określoną wytrzymałość nerwową i jeśli któryś z nas uzna, że zasoby się wyczerpują, że kończy się możliwość znoszenia obecności tego drugiego, to nie będziemy tego ukrywać i rozstaniemy się bez wzajemnych w miarę możliwości pretensji. A potem przegadaliśmy dobre pół nocy. Rano ruszyliśmy na drugą stronę Wisły, bo Sted chciał koniecznie zobaczyć pewien pejzaż parę kilometrów za Nowem, a wcześniej Drogę Myślenia - dwa miejsca spośród tych w bliższych i dalszych okolicach Grudziądza, o których wspomniałem coś w czasie nocnej rozmowy.
Doszliśmy jakoś do mostu na Wiśle, przeszliśmy go (Sted później użył gdzieś porównania "proste jak tysiąc sto metrów grudziądzkiego mostu") i dalej szliśmy wałem przeciwpowodziowym na północ, a potem biegnącą u podnóża wału szosą. Podmokłe tereny na lewo ucywilizowali menonici, którzy osiedlili się tu w XVI wieku. W Małym Lubieniu przy jednej z tych menonickich chat (dziś już nieistniejącej) zrobiliśmy sobie wzajemnie zdjęcia moim aparatem marki "Druh". To, które zrobiłem Stedowi, jakiś czas później opublikowane zostało w "Ilustrowanym Kurierze Polskim" w rubryce Gdzie są chaty z tamtych lat?. Wcześniej, w Białej Karczmie w Dragaczu (nosiła wymienną nazwę Druga Karczma), wzniesionej na przełomie XIX i XX wieku na miejscu wcześniejszej, istniejącej co najmniej od XVI wieku gospody, był sklep z mydłem i powidłem, pamiętam, że Sted kupił tu pół kilo czekoladowych cukierków. Biała Karczma zbudowana została po uruchomieniu przeprawy przez Wisłę, która połączyła Dragacz z Grudziądzem, i przez kilkadziesiąt lat, aż do 1945 roku, była tu słynna w okolicy restauracja z elegancką salą balową, sceną dla orkiestry i muszlą koncertową w przyległym parku.
Doszliśmy do Wielkiego Lubienia, gdzie od szosy biegnącej przy wale do miasteczka Nowe (i dalej na północ) odchodzi w lewo, na zachód, stara, bitumiczna, wysadzana wiekowymi drzewami droga łącząca Lubień z Fletnowem, wsią leżącą przy ówczesnej E16 (później droga krajowa nr 1, dziś 91). Ten kilkukilometrowy prosty odcinek to była właśnie Droga Myślenia. Przy skrzyżowaniu jest niewielki kościół pod wezwaniem św. Jakuba (na co - po przejściu Camino de Santiago w Hiszpanii, od Pirenejów aż do Cabo de Finisterre nad oceanem, w zachodniej Galicji; Santiago to po hiszpańsku Jakub - nie mogę nie zwrócić uwagi), do którego z jakiegoś powodu, raczej nie religijnego, postanowiliśmy zajrzeć. Trafiliśmy na prace restauracyjne przy ołtarzu prowadzone przez dwóch konserwatorów. Ołtarz był jaskrawo oświetlony i Sted postanowił skorzystać z tego dobrego światła i zażyczył sobie, abym mu zrobił w tym miejscu zdjęcie. Zarówno to, jak i parę innych zdjęć dokumentujących wędrówkę, przekazałem wiele lat później nieodpłatnie Muzeum Literatury w Warszawie. Muzeum udostępniało je do publikacji, z uprzejmym pominięciem nazwiska fotografa.
A potem ruszyliśmy Drogą Myślenia. Zrobiła wrażenie na Stedzie, choć pewnie nie aż takie, jakie robiła na mnie, kiedy parę razy przemierzałem ją samotnie. W każdym razie wspominał ją później czasem w rozmowach, pisał też o niej w którymś z kolejnych tekstów z cyklu Wszystko jest poezja. Droga była przedłużeniem starej strategicznej przeprawy przez Wisłę, istniejącej co najmniej od ostatniej ćwiartki XVIII wieku, od czasu budowy twierdzy grudziądzkiej, i we współczesnych planach wojennych liczyła się nadal - po drugiej stronie Wisły, na wschodnim brzegu, dokładnie w osi drogi, od końca lat sześćdziesiątych XX wieku leżały wojskowe pontony, z których w krótkim czasie saperzy mogliby zbudować przeprawę w przypadku wysadzenia drogowo-kolejowego mostu grudziądzkiego, co w warunkach wojennych zdarzało się już dwukrotnie, w 1939 i w 1945 roku. Pontony leżały na wschodnim brzegu, podobnie jak te w Opaleniu pod Kwidzynem (na północ) i w Chełmnie (na południe), co oznaczało, że przeznaczone były dla wojsk idących ze wschodu na zachód. Interesujące jest to, że dziś nadal leżą na wschodnim brzegu.
Ten kilkukilometrowy odcinek, łączący przeprawę na Wiśle z drogą E16, głównym polskim szlakiem z północy na południe (i odwrotnie), który w XXI wieku stracił trochę na znaczeniu po zbudowaniu biegnącej równolegle do niego autostrady A1, w czasie pokoju był prawie nieużywany, praktycznie nie był potrzebny, czekał na swój czas. Inna rzecz, że w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku, bo tego okresu dotyczy opowieść, samochodów w Polsce było nieporównanie mniej niż obecnie. Kiedy parę razy chodziłem tędy samotnie, zazwyczaj nie spotykałem nikogo, to było pustkowie pośród pól. W pewnym miejscu drogę przecina rzeczka Mątawa, płynąca przez Bory Tucholskie, gdzie jest wodą pstrągową, i uchodząca do Wisły koło Nowego. Czasem siadałem pod mostem, aby schować się przed deszczem albo odpocząć po wędrówce z Grudziądza i popatrzeć na wodę. Kiedyś na moście zatrzymał się na chwilę jakiś idący samotnie człowiek. Nie widział mnie, siedzącego pod mostem, ani ja jego, ale domyślałem się, że stanął oparty o barierkę i patrzył na płynącą na północ rzekę. W pewnej chwili westchnął. "Och, Hanka..." - powiedział. Ile było bólu w tych słowach! Na mnie droga działała podobnie i chyba wtedy otrzymała swoją nazwę - Droga Myślenia.
A teraz przeszliśmy nią ze Stedem (zrobiłem mu parę ciemnych zdjęć, dzień był pochmurny, trudne warunki dla aparatu marki "Druh"), dotarliśmy do skrzyżowania z E16 i szybko złapaliśmy jakąś jadącą do Gdańska ciężarówkę. Kierowca był zaskoczony, kiedy parę kilometrów za Nowem poprosiliśmy, aby nas wysadził. Nie było tu nic oprócz zarośli, pagórków i jakichś wkomponowanych w nie ruin.
To było miejsce, które mnie kiedyś zachwyciło, kiedy jechałem autostopem do Gdańska (później napisałem o tym wiersz zatytułowany Wiersze, które tam czekają w powietrzu - ale to już inna opowieść), a teraz cały urok zniknął.
Widziałem wtedy to miejsce latem, w słońcu, a teraz była zima, pochmurno i mokro, zarośla i wysokie dęby w tle stały bezlistne... Sted miał w chlebaku lunetę, którą sobie niedawno kupił, interesował się akurat astronomią, raczej przelotnie, jak tyloma innymi sprawami, świat jest zbyt bogaty, aby interesować się jedną (Wszystko jest poezja); miała zapewne służyć do obserwacji nieba, a teraz posłużyła do przyjrzenia się pejzażowi, który stracił urok. Sted nigdy później nie wspomniał o tym miejscu - nie było o czym. Nie pamiętam, jak wróciliśmy do domu, pewnie autostopem; powrót pieszo zająłby przynajmniej z dziesięć godzin.
Drogę Myślenia przeszedłem ponownie dopiero kilkanaście lat później, gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych minionego wieku. Wyprzedzało mnie kilkanaście samochodów, kilkanaście nadjeżdżało z przeciwka, część starych drzew leżała wycięta na poboczu. Nie było już Drogi Myślenia. Była, minęła.