Adam KomorowskiNiektórzy lubią literaturę polską
Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Stanisław Lem, Solaris
W recepcji literatur peryferyjnych mamy do czynienia z odkształceniem perspektywy. Jest tak, jakby głównym problemem literatury polskiej była Polska i Polacy, żydowskiej Żydzi, a czeskiej Czesi. Człowiek, metafizyka, estetyka czy stosunek do transcendencji pozostają domeną klasyki, dla człowieka Zachodu głównie greckiej, i literatur wiodących. Do niedawna była nią literatura francuska, dziś jest to powstająca w języku angielskim. Można powiedzieć, że odmienność perspektyw stanowi o peryferyjności. Dzisiaj literatura polska jest peryferyjna nie tylko jak np. szwedzka, ale także jak niemiecka czy rosyjska.
Problemy bohatera literatur wiodących są problemami ogólnoludzkimi. To, że Edyp jest starożytnym Grekiem, nie ma znaczenia, podobnie jak nieistotne jest, że Hamletowi zostało przypisane bycie Duńczykiem, a pani Bovary jest Francuzką. Natomiast w przypadku literatur peryferyjnych jest znaczące, że Baryka jest Polakiem, Tewje Żydem, a Szwejk Czechem. Nie dość tego, bracia Karamazow są i muszą pozostać Rosjanami, a Faust Niemcem.
Peryferyjność jest - jako los - udziałem większości literatur narodowych i nie powinna być powodem kompleksu niższości. Udział konkretnych literatur narodowych w kanonie literatury światowej jest różny. Włosi zapewnili sobie nieusuwalną obecność dzięki Boskiej komedii Dantego, Hiszpanie dzięki Don Kichotowi. Obecność w niej literatur rosyjskiej czy niemieckiej jest pełniejsza aniżeli polskiej. Ale Rosjanie, podobnie jak my w przypadku Pana Tadeusza, nie wiele mogą poradzić na fakt, że Eugeniusz Oniegin to nie Preludium Williama Wordswortha. Dziś światowość literatury tworzonej w języku angielskim jest bezdyskusyjna, ponieważ to angielski, a nie niemiecki, rosyjski, polski czy hebrajski jest językiem światowym. Hegemonia angielskiego powoduje przegrupowania w kanonie. Sto lat temu należało znać dawnych poetów francuskich, dziś wypada mieć pojęcie o angielskiej poezji metafizycznej. Udział i obecność literatur narodowych w literaturze światowej ulega stopniowaniu i podlega konkurencji. Funkcjonujące w wielu krajach programy wspierania przekładów na języki obce są tego przykładem. Osobiście uważam, że od drugiej połowy XX wieku pozycja literatury polskiej ulega wzmocnieniu. Teksty zebrane w Światowej historii literatury polskiej to potwierdzają.
Dzieła literatury polskiej, choć wszyscy byśmy sobie tego życzyli, nie należą do kanonu lektur obowiązkowych kulturalnego człowieka Zachodu. Ich nieznajomość, podobnie jak dzieł np. literatury portugalskiej, nikogo nie dyskwalifikuje. Anglik, Amerykanin, Niemiec czy Francuz lub Litwin musi przynajmniej udawać, że ma jakieś pojęcie o Iliadzie, Boskiej komedii, Don Kichocie, Hamlecie, Pani Bovary czy Ziemi jałowej. O Dobrym wojaku Szwejku czy Przedwiośniu może nie mieć pojęcia i zazwyczaj nie ma.
Krzysztof WołodźkoŚląskie korzenie, ziemia niepamięci
Zbigniew Rokita: Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020, s. 320.
Na wielkopolskiej wsi, niechby w inteligenckim, nauczycielskim domu ostatniej dekady Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, dzieciństwo to życie pośród natury. Na wszechogarniający puls przyrody nakłada się rytm drugi - szkoła, czyli nauka i praca. Trzeci to kalendarz liturgiczny Kościoła, bliski i daleki równocześnie, bo czasem trzeba pójść na mszę, na majowe nabożeństwo, na Gorzkie Żale, choć rodzice są niewierzący. W domu najlepsze są książki. Najpiękniejsze jest to, co kilka, kilkadziesiąt kroków za progiem domu - pola i lasy, park i stawy, żywe istoty na niebie, ziemi, pod ziemią i w wodzie; cztery żywioły, które są prawem, nie towarem.
Tym bardziej fascynują rzeczy, które przynoszą inne widoki i odczucia, łączą z miastami, są ich symbolem. Przede wszystkim - dworce kolejowe na linii Czempiń-Śrem-Jarocin. Jeden z nich mam kilkadziesiąt metrów od rodzinnego domu. Jest też bana, otoczona pióropuszem pary, oleistą aurą aromatów, ciągnąca dwa stare wagony pasażerskie. Podobne miejsca odnajduję w kolejowych podróżach z rodzicami, są jak toposy pomagające oswoić coraz rozleglejszy świat. Któregoś dnia dowiaduję się, że moje ukochane dworce z czerwonej cegły, z kaflowymi piecami w obszernych poczekalniach z wielkimi oknami zbudowali Prusacy za francuskie pieniądze. Zwycięstwo w wojnie 1870-1871 roku pozwoliło im nie tylko pobudować kolej w Wielkopolsce, lecz także zainwestować potężne sumy w uprzemysłowienie Śląska.
Przyjmuję do wiadomości, że kiedyś świat był inny, że były zabory, z którymi pogodzić się nie mogli Adam Mickiewicz i Józef Piłsudski. Że była jedna wielka wojna, II Rzeczpospolita, druga wielka wojna, że w dworku w rodzinnej wsi, w którym mieści się przedszkole, katolicka kaplica, świetlica ludowa, stołówka wzorcowego Państwowego Gospodarstwa Rolnego Manieczki, niegdyś mieszkali jaśniepaństwo. Za moim parafialnym kościołem w Brodnicy Śremskiej, przy którym mamy katechezę, z kamiennego krzyża nad pustym grobem Józefa Wybickiego patrzy na śmiertelnych ciężkie Oko Opatrzności. Zgadzam się z dorosłymi, że teraz jest najlepiej, bo i w domu, i w szkole mówi się i czyta po polsku. I nikt nie wyzyskuje robotnika i chłopa. Zgadzam się, choć nie rozumiem, dlaczego czasem mówią przy mnie o Polsce szeptem.
Matka, polonistka, ma dyżury w szkolnej bibliotece; czasem oglądam zakurzone podręczniki do geografii, drobny szczegół przyciąga moją uwagę - miasta pełne kominów, z których buchają kłęby dymu. Widziałem je już w czarno-białym telewizorze. Ale dzięki fotografiom uświadamiam sobie coś więcej: one są czerwone tą samą zabrudzoną barwą, której ceglastą fakturę znają dobrze moje oczy i ręce. To Śląsk, górnicy wydobywają tam węgiel. Zdumienie przeradza się w zachwyt nagłym odkryciem; dziecięca wyobraźnia z radością przybliża do siebie i scala kolejny fragment świata. Uczucie zachwytu, obcej bliskości, zostaje we mnie na stałe. W studenckich podróżach przełomu tysiącleci, pociągi relacji Poznań-Kraków zawsze będą zwalniać na Śląsku. Wiem już dlaczego. Ale z czołem przyklejonym do szyby będę po prostu chłonął fabryczne i pofabryczne pejzaże, pożerał wzrokiem czerwień familoków, bacznie obserwował wsiadających w Gliwicach pasażerów, bezskutecznie zachęcał prostym "dzień dobry" do choć paru słów po śląsku.
Gdy wiele lat wcześniej siedzę w szkolnej bibliotece, mama mówi: twój pradziadek był ze Śląska, z chłopskiej rodziny. Kiwam głową, nic nie rozumiem, chowam to w niepamięci. Tam przecież dymią fabryczne kominy, czerwienią się cegły wielkich miast, tam nie ma chłopów, pod ziemią pracują twardzi, najtwardsi ludzie. Poza tym dziadek, ojciec mojego ojca, leśnik z Kresów, urodził się w 1900 roku w Sankt Petersburgu. Jego żona, moja babka, polonistka z asymilowanej żydowskiej rodziny, pochodząca z małopolskiego Biecza, przedwojenne lata spędziła w Baranowiczach. To jest ciekawe, najciekawsze, ma smak tajemnic i niedomówień, zamyka się w kręgu rodzinnych opowieści. Gdy idę do przedszkola, do szkoły, moi dziadkowie są wyłącznie z Ziem Odzyskanych. Jedynie dyrektor szkoły lekko i życzliwie się uśmiecha. A rodzice matki? Wielkopolska, ku południu najdalej Rawicz, Bojanowo i dolnośląska Góra. Wszystko jest tutaj oswojone i unaocznione, wyznacza ścieżki podróży po wielkopolskich miasteczkach, z czasem nasyca się lokalną historią, samozachwytem rodem z Poznańskiego. Banał dobra.
Gdy sięgnąłem po Kajś Zbigniewa Rokity, roześmiałem się. Jego opowieść o Górnym Śląsku zaczyna się tak: "Chodziłem do ogólniaka, wierciłem się, szukałem odpowiedzi na te same pytania co wszyscy, ale miałem do dyspozycji gotową tożsamość, w którą mogłem wskoczyć i wygodnie się umościć. Inteligencka rodzina z Kresów. To dla poszukującego gówniarza los wygrany na loterii. Miałem jeszcze w zanadrzu korzenie góralskie, kongresówkowe i podkarpackie, poparte nawet kilkoma opowieściami. Był tam jakiś powstaniec styczniowy, żołnierz austrowęgierski, majątek przegrany w karty, ale nic we mnie nie drgało, gdy o tym słuchałem". Kiwam głową nad stronicami - to, co romantyczne i kresowe, wydaje się łatwiejsze; przynosi jakąś dumę nawet tam, gdy III RP i mnie razi swoim warszawocentryzmem, skupieniem na sprawach rodem z Kongresówki, jakby były niedyskutowalnym fundamentem polskiej tożsamości.
Kolejne karty książki malowały się emocjami, lektura na godziny zatrzymywała się przy poszczególnych akapitach, ale śmiech był już rzadkim gościem. Przeważały smutek, współczucie, irytacja, gorycz. Poczuciu obcości towarzyszyło zaintrygowanie; wtajemniczenie autora nakładało się na moje skromne, ale pieczołowicie pielęgnowane wspomnienia i wrażenia dotyczące Śląska, Opolszczyzny, Zagłębia. Ale na tym nie dość: jak czytać, jak później pisać, żeby nie być intruzem? Tym bardziej że Śląsk Rokity jest jak ledwo zabliźniona rana, znak sprzeciwu, potrzeba zrozumienia. Jak pamięć i niepamięć, często prowokacyjne i nieledwie ostentacyjnie niechętne temu, by mierzyć je polską miarą.
Pisać o Śląsku? O czyimś jego poznawaniu i doświadczaniu? Spore ryzyko. Tym bardziej że można zostać osadzonym w miejscu ostrym słowem, przelicytowanym w starej grze na rozdzieranie szat i ukazywanie ran. Choć częściej przydarza się dziś to pierwsze. I jak odpowiedzieć? Ostre słowo na dobre zatrzaśnie drzwi. A malowanie obrazu kruchej, poranionej Polski i polskości to strach i wstyd, że gdy pokaże się słabość, tym bardziej zostanie się wykpionym, że nic nie da mówienie o ponad stuleciu niewoli, hekatombie narodowej XX wieku, o pokracznej polskości PRL, o III Rzeczypospolitej, która bardzo lubi bić sobie brawo, pustoszejąc. Wreszcie obawa, że wyjdzie z tego śmieszna scena między dwoma postaciami, wykrzykującymi coś do siebie z osobnych kozetek, ustawionych gdzieś na bocznych korytarzach historii, wystawionych na zimny, bardzo zimny wiatr.
Śląsk opisany w Kajś jest obolały, jego historia leży pod ziemią. I rzecz nie tylko w górniczych, przemysłowych tradycjach, które na dobrą sprawę budują jeszcze jeden stereotyp tego miejsca. Dzieje Śląska leżą pod ziemią pamięci, przysypane hałdami milczenia, niedomówień, polityki historycznej budowanej na potrzeby tych, którzy akurat mają Śląsk w swoich granicach. Napięcie między polskością a niemieckością w kolejnych epokach rodzi wciąż nowe napięcia, choć wciąż powraca podobny motyw, który boli, gdy wczytuję się w reportaż: niemieckość to na ogół cywilizacyjny awans, pewność dostatniejszego życia. Rokita pisze: "Zachowanie swoich tradycji i języka przez setki lat wymuszało na Ślązakach izolowanie się od państw, w których żyli, a to skutkowało ich marginalizacją. Śląskość sprowadzała się przede wszystkim do plebejskości. Awans oznaczał zaś wyjście poza swoją konserwatywną społeczność i przejście na niemieckość".
W XX wiek Śląsk wchodzi z czytelnym podziałem: "kadry techniczne są na ogół niemieckojęzyczną inteligencją, a duża część robotników to polskojęzyczni chłopi. W rezultacie podział klasowy nakłada się na językowy, konfesyjny i coraz istotniejszy - narodowy". Nowoczesność to także coraz silniejsze instytucje publiczne, zorganizowane wokół interesów poszczególnych państw. Cywilne urzędy, świeckie szkoły, kapitał, który ma nie tylko narodowość, ale i państwowość, przynoszą Śląskowi modernizację. To w znacznej mierze modernizacja "na prawie niemieckim". Niemieckość jest cywilizacyjnie bardziej oczywista, prostsza, łatwiejsza. Polskość staje się trudniejszym wyborem. Gdy po Wielkiej Wojnie Polska nadziemna i podziemna obleka się w państwowość, gdy na mapach środkowo-wschodniej Europy w wojennych bólach rodzą się nowe granice, Ślązak Franciszek Badura tak powiada: "Tam w Polsce bieda, u nas dobrobyt. Zobaczcie, że Was opadną ci panowie z Galicji jak szarańcza. Na koniec wy pozostaniecie głupcami, jakeście zresztą przed tym byli. Modlę się po polsku, spowiadam po polsku i gadam po polsku, ale u Niemca mam się dobrze. Czegóż mi więcej trzeba? Będę się stawiał? Przecież głową muru nie przebiję. Ostatecznie - są Niemcy, jestem Niemcem, będzie Polska, będę wtedy i ja Polakiem". Mrożą te słowa, bo chciałoby się myśleć tylko o śląskich powstaniach. I o śląskiej polskości (polskiej śląskości) jako najsłuszniejszym wyborze. Budzą gorzką zadumę opisy cywilizacyjnego, śląskiego kontekstu, w których wciąż powraca podobny motyw - to, co po zachodniej stronie jest majętniejsze, lepiej urządzone, sprawniej zarządzane.
Czytam o Śląsku i myślę o wielkopolskich dworcach kolejowych. Przypomina mi się fragment ze wspomnień Wielkopolanina Edwarda Raczyńskiego Rogalin i jego mieszkańcy. Prezydent RP na uchodźstwie pisał o kolejowych podróżach z początku XX wieku: "Na stacji Mosina, jednej z niewielu na tej linii, która zachowała dawną nazwę, choć zniekształconą na Moschin, wysiedliśmy, zabierając walizki i troki, a potem czekali, aż jedyny na stacji funkcjonariusz odbierze bilety kilku przyjezdnym i przyjdzie nam na pomoc, by wynieść bagaż do czekającego przed stacją powozu. Zawiadowca stacji Moschin, jak i chyba wszyscy inni w naszej dzielnicy, był Niemcem lub za takiego się podawał. Kolej żelazna była in der Provinz Posen ciałem obcym. Mówienie po polsku na stacjach nie było wręcz zabronione, ale narażało na gburowate uwagi i niechętnie traktowanie. Stacje zaś, jak wspomniałem, były poprzezywane tak, by utwierdzać przejeżdżających podróżnych w przekonaniu, że zagadnienia polskiego tu już nie ma. Pamiętam rozmowę zasłyszaną w przedziale drugiej klasy, kiedy jako mały chłopiec z bratem Rogerem, późniejszym wojewodą poznańskim, jechaliśmy tą naszą linią Wrocław-Poznań. Nasi towarzysze podróży Niemcy byli niezadowoleni. Narzekali na niedbalstwo pruskiej administracji: Żabikowo und Czempiń, mówili, es sind noch echt polnische Namen!". Przetłumaczmy: "Żabikowo i Czempiń [...] to nazwy jeszcze czysto polskie".
Dzięki lekturze Kajś lepiej rozumiem bliskość/odrębność pruskiego dziedzictwa w rodzimej Wielkopolsce i na Śląsku. Kolej żelazna "w prowincji poznańskiej" była ciałem obcym, cywilizacyjnym dobrodziejstwem z cudzego nadania, ale polskość była tam pewna, niewykorzeniona, niepomiernie drażniła zaborcę szelestem polskich nazw. Po 1918 roku łatwiej dało się zaadoptować do wyzwolonej z niewoli polskości dworcowe gmachy z pruskiej cegły, odzyskać je dla ojczyzny po najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy, po w tak oczywisty sposób wygranym powstaniu. I później, w Polsce Ludowej, gdy z pałaców i dworków w Rogalinie, Kórniku, Manieczkach, Szołdrach i Piotrowie wyrzucano jaśniepaństwo, gdy księżom zakazano osiedlać się w pobliżu przedwojennych parafii, popruska infrastruktura bez zgrzytu zaczęła jednak służyć robotnikom, chłoporobotnikom i prowincjonalnej inteligencji. Gdy jako dziecko wysiadałem na popruskiej stacji kolejowej Manieczki, po parunastu minutach byłem już w muzeum Józefa Wybickiego. Polskość wszystko brała w posiadanie. Dopiero III Rzeczpospolita, po cichu, jak to ona, zamknęła i linię kolejową Czempiń-Śrem-Jarocin, i muzeum twórcy polskiego hymnu narodowego w miejscowości, w której spędził ostatnie lata swojego życia. I uczciła swój transformacyjny sukces manieczkowską dyskoteką "Ekwador", głośną swego czasu dzięki muzyce rave, hulankom i narkotykom.
Śląsk opisany na kartach Kajś popsuł mi dziecięce asocjacje, zmusił do refleksji, do nowego przemyślenia, co jest bliskie, a co odległe. Łatwiej było myśleć, że wystarczy z gmachów zdrapać niemieckie nazwy, by objawił się w pełnej krasie Śląsk piastowski, Śląsk powstańców, Śląsk górniczego trudu epoki PRL. Rokita pozbawił mnie kilku pewników, zamienił je w znaki zapytania: jego historia składa się z mnóstwa nieoczywistości. Każdy przełomowy moment w XX wieku przynosi Ślązakom zmiany, przebudowuje ich tożsamość i lojalność na tyle gruntownie, że w kolejnych latach i dekadach muszą wciąż na nowo uczyć się opowiadać swoją historię, ustalać między sobą (i godzić się z tym), o czym wolno mówić publicznie, o czym w domu, a co należy przemilczeć. Więcej - każda z nowych opowieści, każde z nowych przemilczeń, musi uwzględniać niuanse i konteksty poprzednich. Rokita szczerze przyznaje, że również on opowiada jedną z możliwych śląskich historii, gdy pisze o tych, co chcieli Śląska w granicach Rzeczpospolitej, o tych, co zginęli jako żołnierze Wehrmachtu na froncie wschodnim, o tych, którzy po II wojnie światowej uczyli się polskiego, ale w żadnym języku nie mówili o gwałtach na Ślązaczkach i obozie koncentracyjnym "Zgoda" w Świętochłowicach, którym kierował Salomon Morel. I o tych, co próbowali ratować śląskie dzieci przed ołowicą, już za czasów Edwarda Gierka. Reportażysta jasno też przyznaje, że opowiada swoją wersję wydarzeń, gdy pisze o tych, co jeszcze w czasach PRL wyjeżdżali do Republiki Federalnej Niemiec, albo na początku III Rzeczpospolitej mieli nadzieję, że proniemieckie organizacje pozwolą im lepiej żyć, lub w nowym millenium zachwycali się renesansem śląskiej tożsamości.
Staję się uważniejszy, gdy Kajś opowiada o Bytomiu. Byłem w tym mieście tylko raz, w czerwcu 2016 roku, spotkałem się ze znajomą, Ślązaczką, która od dobrych kilku lat pracuje jako pielęgniarka na Wyspach. Zapamiętałem piękne, ale zniszczone kamienice, z balkonami, z rabatkami, z pozamykanymi witrynami sklepu z napisem "Futra". Słońce świeciło mocno, niebo i chmury grały światłem i cieniem, a my jeździliśmy po Bytomiu, który pachniał ni to miastem, ni to szczerym polem, szczególnie tam, gdzie zarastały budynki kopalni, gdzie rdzewiały tory, gdzie kominy były bez pracy. Wielki komin, wielki zegar - elektrociepłownia Szombierki, ulica Rycerska, nieczynny szyb Krystyna, przed 1945 rokiem znany jako Kaiser-Wilhelm, torowisko wiodące ku stacji kolejowej Bytom-Bobrek. "Bytom Bobrek to typowa dzielnica biedy, gdzie wszystkich eksmitują i niestety jest sama bieda z patologią" - mówi Aleksandra, gdy wspominamy tamto spotkanie. I dodaje, że wkrótce przyjeżdża do Polski: "miałam w szpitalu urlop wychowawczy, po prostu wracam do siebie".
Później nie zajrzałem już do Bytomia. Za to gdy jeżdżę na Metalmanię do katowickiego Spodka, zawsze biorę dzień urlopu ekstra i z przyjemnością jadę na Nikiszowiec albo odwiedzam Rosarium w Parku Śląskim w Chorzowie. Po spacerze uliczkami Nikiszowca odwiedzam Oddział Muzeum Historii Katowic - Dział Etnologii Miasta. Zachwycam się obrazami prymitywistów, wgapiam się w malarstwo Teofila Ociepki, przypominam sobie ezoteryczny Śląsk Johannesa Schefflera herbu Scheffler, lepiej znanego jako Angelus Silesius, Anioł Ślązak, którego tłumaczyli na język polski i Adam Mickiewicz, i Jerzy Prokopiuk. Przypominam też sobie Angelusa Lecha Majewskiego. Tych wątków zabrakło mi w Kajś: śląskiej heterodoksji, nieoczywistej duchowości, której odpryski trafiły nawet do spektaklu Skazany na bluesa o Ryśku Riedlu, granego w Teatrze Śląskim. Wybrałem się na niego z Warszawy, wyjaśniając pospiesznie taksówkarzowi, złapanemu przy dworcu w Katowicach, że choć przyjechałem z Warszawy, to jestem z Poznańskiego.
A przecież to spod Bytomia pochodził mój pradziadek Franciszek, ojciec matki mojej matki, urodzony prawdopodobnie w 1874 roku. W rodzinnym dokumencie, poświęconym jego bratu, salezjaninowi Walentemu Kozakowi, czytam: "ksiądz Walenty Kozak, syn Jana i Anny z domu Kierzniak, urodził się dnia 10 lutego 1870 roku w Karbie koło Bytomia. Pochodził z małorolnej o licznym potomstwie śląskiej rodziny, przepojonej głębokim duchem religijnym i tradycjami ojczystymi". Sprawdzam w popularnej wyszukiwarce nazwisko "Kierzniak". Strona siliusradicum.pl podpowiada, że Kierzniak to inaczej Kierzonik, czyli kijek. A dostępna online książka Slavia Occidentalis, pod redakcją Mikołaja Rudnickiego, tom VI, Wydawnictwo Gebethner i Wolff, Poznań 1927, uszczegóławia: "pisniok, toż co kierzniak, tłuczek w maślnicy".
W życiorysie księdza Walentego Kozaka, spisanym po jego śmierci przez zakonnych współbraci, czytam: "po odbyciu szkoły powszechnej zaczął sam, jako najstarszy z rodzeństwa, zarobkować, pracując w kopalni. Następnie odbył służbę wojskową w specjalnym pułku cesarskim w Berlinie i nawet nosił się z myślą poświęcenia się zawodowi żołnierskiemu. Po namyśle jednak zrezygnował z tego zamiaru i wrócił do domu rodzinnego i do dawnej pracy w kopalni". W 1899 roku był już salezjaninem. W czasie I wojny światowej postawił kościół św. Józefa w Przemyślu; położył też fundamenty pod Sanktuarium Najświętszej Wspomożycielki w Oświęcimiu. W czasach okupacji trafił do hitlerowskiego więzienia w Zakopanem. Zmarł w lutym 1954 roku w Pogrzebieniu. Obecnie to wieś w Polsce położona w województwie śląskim, w powiecie raciborskim, w gminie Kornowac. Czy jako zakonnik w Polsce Ludowej mówił czasem po śląsku? Jak się w nim śląskość układała z polskością, szczególnie po 1945 roku? Na tym świecie już się nie dowiem.
Mój pradziadek Franciszek miał mniej szczęścia niż jego starszy brat. Ukończył Studium Nauczycielskie, najprawdopodobniej w Bytomiu, jeszcze w czasach zaborów pracował jako buchalter u dziedzica, w cukrowni w Wińsku, bliżej Wołowa-Wrocławia. W czasie I wojny światowej jako podoficer w cesarskiej armii pracował we wrocławskim lazarecie. Po wojnie uczył w szkole w wielkopolskiej Pakówce, należał do Akcji Katolickiej, w roku 1928 zachorował psychicznie, leczył się w Kościanie. Gdy wybuchła II wojna światowa, był w szpitalu. Wiosną 1940 roku przyszło stamtąd pismo o jego śmierci - rzekomo zachorował na zapalenie płuc i umarł. W Kraju Warty i na Pomorzu w latach 1939-1945 Niemcy skrupulatnie przeprowadzali akcję ukrytego ludobójstwa pacjentów szpitali psychiatrycznych. Tak obumarły moje śląskie korzenie. Traktuję je jako glosę do przejmująco trudnej opowieści Rokity - w jego książce śląskość nierzadko ciąży ku niemieckości albo szuka swojej tożsamości na przekór dwóm wielkim narodowym tradycjom, polskiej i niemieckiej. W rodzinnej historii odnalazłem inną, alternatywną opowieść.
Czy uciekłem od opowieści o Kajś we własną historię? Z pewnością poczułem się zmuszony do odpowiedzi, do próby nawiązania rozmowy, do napomnienia tych, co myślą, że wystarczy polskość jako symbol, tam gdzie trzeba współtworzyć rzeczywistość. Nie zbuduje się niczego ani z przemilczeń, ani z agresji i bezradności wobec niej, ani z prób wekslowania śląskości z pomocą stereotypów wygodniejszych czy to dla Polaków, czy Niemców. To ważne, szczególnie dziś, gdy kolejne roczniki dorastają w świecie, w którym znacznie łatwiej niż przed kilkoma dekadami wybrać własną tożsamość, opowieść, swoje "gdzieś" i "kajś".
Wojciech StanisławskiTropem niedźwiedzia
Czesław Miłosz: Z archiwum. Wybór publicystyki z lat 1945-2004. Opracowanie Mateusz Antoniuk, Stanley Bill, Karina Jarzyńska, Ewa Kołodziejczyk, Marzena Woźniak-Łabieniec. Seria Dzieła zebrane. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020, s. 740.
Czterdziesty siódmy tom Dzieł zebranych - zgoda, z jednym wyjątkiem, jakim są Przekłady poetyckie wszystkie z roku 2015 - nie ma konkurencji, jeśli idzie o ramy czasowe: 1945-2004. W jednych okładkach Miłosz tużpowojenny, Miłosz czasu stalinizmu i epoki Berkeley, Miłosz z okresu Nobla i Miłosz senectus; urzędnik, tłumacz, dyplomata, eseista, poeta, mag, kurator własnej spuścizny. Tylu mniejszych od niego zaszczycono wydaniem ineditów, ich szuflady i teczki budziły gorączkową ciekawość ukrytych myśli, aliansów, sekretów. Jak mogłoby się bez tego obyć w przypadku Miłosza? Jakiej można dowiedzieć się prawdy o nim, której nie odsłoniły dotychczas jego biografie, listy, Raporty dyplomatyczne wydane przed ośmiu laty przez Wydawnictwo Więź?
Wbrew obietnicy tytułu mamy do czynienia z przemyślanym wyborem, nie z otwarciem archiwum na oścież. Żadnych lettres d'amour na fiszce katalogowej, żadnych wariantów Daru na odwrocie manuala piły spalinowej, żadnych szkiców drzewa genealogicznego, ani Urizena czy Tharmasa, ani bodaj Kunatów. Sześcioosobowe kolegium redakcyjne dokonało wyboru tekstów o charakterze publicystycznym (głównie notatek do odczytów, z niewielkim dodatkiem nieopublikowanych artykułów), deklarując, że jako główną zasadę formalną przyjęło integralność, czytelność i kompletność tekstu, jako zasadę kompozycyjną - reprezentatywność czasową i tematyczną. Czyli rewia miłoszianów, przekrój Miłosza, Miłosz miłoszissimus.
Wyboru dokonano z niezwykłym rygoryzmem: kryterium "niepublikowalności" tekstów przestrzegano, posiłkując się pół tuzinem opracowań bibliograficznych, uzupełnionych kwerendami bibliotecznymi i online. Więc Miłosz naprawdę nieznany, zdania i uwagi, które nie były jeszcze przedmiotem niczyjej refleksji krytycznej, żadnego rozbioru? W najlepszym razie wypowiedziane raz jeden, trzy czwarte wieku temu, do grona przypadkowych słuchaczy? Do tego jeszcze wrócimy; tymczasem, pisząc o pracy grona redakcyjnego, podkreślić trzeba jego profesjonalizm: rzadko zdarza się nota edytorska tak drobiazgowa, a zarazem tak przejrzysta, uwzględniająca wszystkie warianty sytuacyjne i nieliczne odstępstwa od przyjętych założeń - głównie kilka przypadków rezygnacji ze ścisłego przestrzegania chronologii. Rzadko zdarza się przyjemność ze sformułowań tak fachowych, jak uwzględnianie różnych wariantów tekstologicznych, kwestie ujednolicania interpunkcji czy poprawy literówek. Ba, nawet komentarze edytorskie do poszczególnych utworów są świadectwem mądrego pietyzmu. Formuły i opisy, z którymi częściej bodaj spotykają się (i używają ich) pracujący z dokumentami źródłowymi historycy niż filolodzy, wzruszają mimo ich ostentacyjnej rzeczowości. "Maszynopis dobrze zachowany, na pierwszej karcie ślad odbitego spinacza biurowego, na innych drobne naderwania po wyjętej zszywce. Cztery pierwsze karty zapisane czcionką prostą z polskimi znakami diakrytycznymi, z zachowaniem justacji i głębszego marginesu z lewej strony. Siedem kolejnych kart zapisano czcionką pochyłą, częściowo z polskimi znakami diakrytycznymi dopisanymi odręcznie czarnym atramentem".
W takich właśnie uwagach mieszka czułość rzeczy. W pewnym sensie nie da się dotrzeć bliżej do tej spuścizny - bliżej niż do esowatego, rudego śladu na pierwszej karcie, jakby początku labiryntu, z kilkoma wyraźniejszymi rdzawymi plamami tam, gdzie wilgoć oddechu autora osiadła na papierze i przez kolejnych trzydzieści, czterdzieści lat żelazo niespiesznie reagowało z wodą i celulozą, aż do chwili, gdy konserwator Beinecke Rare Book and Manuscript Library rozgiął i wyrzucił do kosza spinacz, ten rozsadnik zgubnych tlenków. Atrament Watermana, niezrudziały, mocne kreski ó i ł na karcie numer 5 w pudle nr 114, folderze 1624. "O tak, nie cały zginę, zostanie po mnie / Wzmianka w czternastym tomie encyklopedii / W pobliżu setki Millerów i Mickey Mouse". Ciekawszy będzie dopiero tłusty ślad szminki na fiszce, idealnie okrągła plama po oleju do smarowania piły, który skapnął na rękopis; oczywiście, jeśli tom takich ineditów kiedykolwiek się ukaże.
Na razie jednak stoimy wokół pięćdziesięciu dziewięciu szkiców tematycznie i stylistycznie rozstrzelonych. Wydaje się, że rygor "tekstów najbardziej reprezentatywnych" silniej obowiązywał w pierwszych dwóch trzecich tomu. Począwszy od lat osiemdziesiątych XX wieku znalazło się w omawianym zbiorze więcej miejsca na brulionowe lub alternatywne wersje tekstów ostatecznie opublikowanych w kształcie niewiele odbiegającym od wariantu, który obecnie trafił w nasze ręce; na drobne noty biograficzne. Wreszcie - na krotochwilne drobiazgi, dużej nieraz urody, jak parafraza jednej ze specjalności paryskiej "Kultury", jakimi były kalendaria tematyczne, zwane "Kronikami" (niemiecką, rosyjską, ukraińską etc.). "Kronika litewska", powstała na przełomie lat 1988/1989, dostarcza niemało radości swym opisem "akademii ku czci wielkiego Litwina, księcia Jurgisa Gedraitisa" oraz peregrynacji "przybyłej z Polski wycieczki Związku Norwidologów, liczącej ponad tysiąc osób" i można mieć tylko nadzieję, że podobnie ucieszyła jej adresata w Maisons-Laffitte, w którego korespondencji zostanie może kiedyś odnaleziona kopia tego utworu; jest to jednak utwór kwalifikujący się raczej do zapowiadanego przez wydawcę tomu variów niż do wyboru publicystyki.
Wolno mieć notabene nadzieję, że jeśli w tomie takim znajdzie się więcej podobnych figli noblisty, nastrój ich twórcy udzieli się choć odrobinę autorom przypisów: w obecnej edycji ze śmiertelną powagą poinformowali, że "Związek Norwidologów" to "Nazwa fikcyjna" (przyp. 846), a wcześniejszy o dwa akapity, iskrzący się od humoru pure nonsens skomentowali ostrożnym "niewykluczone, że zdanie ma charakter satyrycznej fikcji" (przyp. 845). Owszem, biorąc pod uwagę charakter całej "Kroniki...", można to stwierdzić z niezachwianą pewnością.
Mniejsza jednak o miscellanea ze spokojnych lat ponoblowskich. Decydujący jest Miłosz przepoczwarzający się, z czasów, kiedy każdy niemal rok oznaczał kolejną wielką dlań przemianę. Pierwsza podróż do Londynu i lata waszyngtońskie, zerwanie z PRL i głodny rok w Brie Comte-Robert. Nie ma powodu wątpić w złożoną przez kolegium redakcyjne deklarację wyboru tekstów "reprezentatywnych" - bo też rzeczywiście są one wiernym odwzorowaniem wszystkich wyborów i fascynacji pisarza, które znamy z wszystkich opublikowanych wcześniej dzieł. Jest to jednak deklaracja obosieczna, a "naczytany" Miłosza odbiorca odkrywa, że jest o krok od zadania heretyckiego pytania: czy w wyborze Z archiwum nie powinny się może znaleźć teksty mniej reprezentatywne, ukazujące nieznane dotychczas poszukiwania, pasje, tropy literackie?
Zbiór bez mała sześćdziesięciu tekstów jest bowiem czymś w rodzaju pływaka ukazującego położenie harpuna tkwiącego w boku wieloryba; tropu w śniegu wskazującego kierunek ucieczki niedźwiedzia czy lisa. To echa: blade, czasem zniekształcone echa prac i obsesji Miłosza, które znamy z kanonu jego tekstów. Z archiwum okazuje się księgą potwierdzeń: tak, znamy to, znamy. Bezcenne narzędzie dla tekstologów, dla tropicieli wariantów; przede wszystkim może dla buchalterów słowa, sumujących wszystkie odwołania do Ziemi jałowej (co najmniej dwukrotnie użyte zostały w tekstach, przygotowanych do wygłoszenia w roku 1946), wszystkie porównania do bazaltowej kostki warszawskich ulic, zjeżonej w sierpniu 1944 roku od trafiających kul karabinowych jak kolce jeża (trzy odwołania), wszystkie wspomnienia zgrzytającego w zębach ceglanego pyłu stolicy (dwa echa). Dla prostolinijnego czytelnika wierszy i esejów będzie to doświadczenie na granicy zawodu: czy ten wieczny powrót fraz, metafor, ustawień głosu i budowania wizerunku jest jeszcze świadectwem obsesji, czy już tylko recyklingu?
Jeśli nie streszczać wątków Z archiwum w sposób już nazbyt powierzchowny i złośliwy, wypunktowujący jedynie najbardziej charakterystyczne, powracające wątki - cierpkie wycieczki pod adresem przedwojennej, "półfeudalnej" Polski; duma ze stryja Oskara V. de L., będącego to litewskim dyplomatą, to francuskim poetą; reakcje na herbertowskiego "Chodasiewicza" (trzy teksty o zbliżonej dynamice: Miłosz jako tłumacz i propagator Herberta, fatalna kolacja u Carpenterów, niedokończone pojednanie) - trzeba omówić w sposób bardziej szczegółowy kilka bodaj tekstów, jakie znalazły się w tomie.
Antologia poezji angielskiej - najpewniej wstęp do antologii przygotowywanej jesienią 1945 roku dla Czytelnika wspólnie z Aleksandrem Messing-Mierzejewskim, która nie ukazała się z powodów politycznych. Zwięzłe zestawienie najważniejszych nurtów, od normańsko-łacińskich początków, po modernistów i Eliota, zapowiadające trochę swym stylem późniejszą o trzydzieści lat The History of Polish Literature. Robi wrażenie "euphuizm", jedna z manier angielskiej poezji późnorenesansowej, która wzmiankowana będzie również w Traktacie poetyckim ("W czym jego sekret? Już w Anglii Szekspira / Kierunek powstał, tak zwany euphuism: / Pisać doradzał tylko metaforą").
Historia londyńska - zdumiewający drobiazg, przypominający w swej pierwszej części, traktującej o kłopotach z nabyciem spodni w zubożałym, "kuponowym" Londynie, zapomniane humoreski Janusza Meissnera, w drugiej będący zapisem refleksji po pierwszym powojennym opuszczeniu kraju. Znajome z wierszy motywy: grób matki na Żuławach, Ziemia widziana z wysoka (cf. Świat. Poema naiwne), ruiny Warszawy jako pendant ruin klasycznych (cf. profesor Gil w Zdobyciu władzy), niechętnie przyjmowany za swój przymus opłakania umarłych (cf. wiersz W Warszawie z tomu Ocalenie). Wydawcy ponownie wykazali się niewzruszoną powagą, opatrując nazwiska z części humorystycznej tekstu, o brzmieniu tak wymownym, jak "Korkożyński" czy "Van Pickerel" przypisem: "Osoby niezidentyfikowane".
Trzy lata temu miało miejsce wydarzenie... - przemówienie okolicznościowe, wygłoszone przez Miłosza w trzecią rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim w hebrajskiej szkole Beth Hillel w Bostonie: przejmujące i patetyczne świadectwo, pierwszy zapis doznań, które zaowocują Campo di Fiori (karuzela...) oraz kilkoma mniej znanymi wierszami "niemieckimi", w tym przede wszystkim Siegfriedzie i Erice ze Światła dziennego, potem Z notatnika oficera Rudolfa Groethe z tomu Kroniki. "Nie ufam staranności i precyzji tego niby cywilizowanego ludu" - wybuchnie Miłosz pod adresem Niemców, przemawiając w Beth Hillel. Notabene w tym tekście (podobnie jak w pozostałych pisanych z pozycji urzędnika ambasady) widać obciążenie trybutami politycznymi i propagandowymi: w 1946 roku Miłosz w tonie urzędowego "trudnego optymizmu" pisze o zniknięciu z Polski antysemityzmu, o "pozostałościach przeszłości" skazanych na zniknięcie, o bezprecedensowej postawie rządu, "oferującego Żydom wysokie stanowiska w administracji". Dziesięć lat później jego ocena polityki Polski Ludowej w tych kwestiach będzie całkowicie odmienna: na łamach paryskiego "Demain" i waszyngtońskich "Problems of Communism" wskaże na wykorzystywanie antysemityzmu w rozgrywkach frakcyjnych i niejasną rolę służb bezpieczeństwa podczas pogromu kieleckiego.
Każdy z tych tekstów niesie w sobie zasób odwołań, skojarzeń, cytatów, które znamy z "kanonu Miłosza", czasem po przebyciu zdumiewającej drogi: anonimowy dwuwiersz "An Englishman Italianated / is a devil incarnated", który Miłosz umieścił w nieopublikowanej ostatecznie polemice prasowej ze Stefanem Kisielewskim z września 1946 roku, pojawi się w jednym z niewielu głęboko lirycznych fragmentów Zdobycia władzy (1952). Cierpkie uwagi z Notatnika: Chicago, głęboka niechęć do bezmyślnej Ameryki pierwszym echem trafią do Nie ma wzroku ze Światła dziennego ("Wiezie miękką windą lukrowana piąstka, girl / Nucąca lukrowaną piosenkę"), drugim, pogłębionym - do Widzeń nad Zatoką San Francisco.
Paradoksalnie, najwięcej "nowego Miłosza" w tekstach sprawozdawczych, użytkowych, bezosobowych niemal, w których opisuje, już to jako pracownik resortu dyplomacji, już to jako zdesperowany, utrzymujący rodzinę freelancer, duże obszary kultury. Literatura amerykańska w roku 1948, tekst określony przez samego autora, jako "czysto służebny, referujący artykuł" to panorama cierpka, nieżyczliwa, wyraźnie pisana z myślą o czynnikach krajowych - ale gdzie indziej spotkamy uwagi Miłosza o Berrymanie (w 1948 roku!), Menckenie, "Partisan Review"? Podobnie nieoczekiwany gatunkowo w dorobku noblisty tekst Współczesna krytyka sztuki w Polsce, napisany w styczniu 1956 roku z myślą o publikacji na łamach "Foreign Review": Miłosz piszący o słynnym Festiwalu Młodzieży '55 i cytujący "Przegląd Kulturalny"? Paradne.
W ogromnej większości jednak są to bruliony - żyzne pola dla tekstologów, humus, na którym wyrosną tysiące przypisów. Ich lektura poszerzy jednak nasze rozumienie pisarza w ograniczonym tylko stopniu. Wydanie tych tekstów było oczywistą powinnością edytorską. Czy jest równie oczywistą powinnością czytelniczą dla wszystkich, którzy stale prowadzą swoje dialogi z Miłoszem, szukają w jego dziele narzędzi rozumienia świata? Jest to pewnie wybór między kontemplowaniem gipsowych odlewów zostawionych w śniegu niedźwiedzich tropów a podziwianiem niedźwiedzia bodaj i nieżywego, bodaj i wypchanego, ale wciąż doskonałego i domkniętego w swej niedźwiedziowatości.
Kosmos zamknięty w słowieBartosz Suwiński
Leszek Szaruga: Istnienie. Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2020, s. 62.
Tom poezji Leszka Szarugi zatytułowany Istnienie to w dużym stopniu książka eksperymentalna, wypełniona poezją konkretną, dziecięcymi rymowankami, wyrywkami z esejów, książek historycznych, eksponująca materialność słów, rozmaite sposoby docierania do znaczeń. Językowe symulacje odbywają się tu w graficznych kwadratach i prostokątach, niejednokrotnie rozpadają się na stronie; przykuwają naszą uwagę nietypową typografią i pogrubioną czcionką. Fragmenty słownika Samuela Bogumiła Lindego sąsiadują z cytatami z lektur czy wersami z narodowego hymnu, których konotacje czytamy od nowa. Uznanie dla Bolesława Leśmiana łączy się tu z troską o pogruchotany alfabet z bajki Juliana Tuwima. Momentami przypominają się wszystkowiersze Krystyny Miłobędzkiej, momentami strumienie świadomości napędzane czytaniem cudzych słów (np. Stanisława Czycza czy Stanisława Drożdża). A innym razem wersyfikacyjne lekcje (z) historii.
Istnienie - to słowo, na punkcie którego zafiksowany jest podmiot tych wierszy. Bada jego przeszłość i etymologię; interesuje go źródłosłów, w macierzy poszukuje treści, które możemy wyczytać z niej dziś. Autora fascynują i litery, i mowa. Wszelkie porządki i nieporządki, komunikujące treść, którą można przysposobić, zanegować, podać w wątpliwość. Za poetą można pytać: "Ale za sprawą jakiego nawyku uznajemy a za "pierwszą literę / alfabetu"? To dość arbitralne, podobnie zresztą jak sam alfabet. Litera / jednak to litera".
Bohater tych wierszy żyje w literaturze i dla literatury. Jego wspomnienia ewokują stan wojenny, w pamięci wertuje momenty, w których słowa integrowały treści. W poprzednim tomie, pod tytułem W tym samym czasie, poeta wyznawał: "Po prostu słowo jest formą kosmosu. Pod jej powierzchnią - a tylko ta jest nam dana - buzuje magma znaczeń, których jednoczesność powoduje, że wciąż się wzajemnie znoszą i ustanawiają od nowa. Docieranie, do tego, które ocala i jego pochwycenie jest trudem poetów". W nowej książce ten trud staje się wyraźniejszy i oczywistszy, a nade wszystko - pożądany. Podmiot chciałby się zakotwiczyć w jakimś kontekście. Wiersze powstają na granicy literatury i sztuk plastycznych, poszukują luk między desygnatem a jego określeniem. Pokazują, jak bardzo nasze myślenie determinuje język i jego słowne reprezentacje. Zdają sprawę, jak nieciągła i krucha jest w gruncie rzeczy nasza percepcja: "puste miejsca / istnieją / i pełne są bólu".
Poeta chciałby uczynić słowo rękojmią integrującą podmiot, tak, by w projektowanej logorei znaczeń ontologiczne zespolenie gwarantowało wyjście z labiryntu mowy w znaczenia i treści. Wersy wpisane są w grafię prostokątów i kwadratów. Tworzywem są tu poszczególne figury i słowa - rozstrzelone, to znowu pogrubione, ze znaczeniami współzależnymi od ich wizualnych teł. Skończone dzieło multiplikuje stan ciągłej semantycznej niegotowości, ale i nieskończoności. Pisanie jest u Szarugi próbą dialogu, ale i samym dialogiem, nawet jeśli ten nosi wszelkie znamiona magmy słownej w niespokojnym solilokwium. Czytamy oto:
ciemna jest mowa wszechświata
z rozbłyskami poezji których
migotania są jak ludzkie życie
momentalne i znikają
w mroku nieistnienia
w tych błyskach pojawia się
coś czego nie umiem
pochwycić w słowach
powtarzam więc za mistrzem
więcej światła
a echo powtarza
więcej świata
Wydaje się, jakby poezja Szarugi nie posiadała wyraźnego początku i końca. Jak gdyby poetycka mowa nie ustawała i nie kończyła się wraz z ostatnim wierszem, przywołującym łacińską sentencję errare humanum est. Mylić się wszak jest rzeczą ludzką, błądzenie jest bowiem typowym przeznaczeniem człowieka. Jeżeli poezja nie ma celu, to może się pojawiać w miejscach niegotowych i może mieć tyle docelowych przesłań, ilu będzie mieć czytelników.
Szaruga to poeta, który nie dba o nasz czytelniczy komfort, z tomu na tom każe nam weryfikować oczekiwania, jakie mamy wobec wiersza, pokazuje poezję jako autonomię słów, wyrwanych z kontekstów, w semantycznych demontażach, w fizycznych obecnościach. Naraz zdajemy sobie sprawę, że poezja robiona jest ze słów. Wracają do nas truizmy. Że każde słowo niesie jakąś treść, ma swoją przeszłość, życie w mowie i słowniku. Poeta zwraca nam uparcie uwagę, że słowa mogą być przedmiotami, że znaki istnieją w języku, bez naszej uwagi. Nie zapominajmy jednak, że to są wciąż teksty do czytania. Kierują ku nam pytania. Jak określić relację, jaką buduje wiersz z odbiorcą, jeśli ten pierwszy stale się rozprasza i dezintegruje? Czy poezja Szarugi bardziej narusza przestrzeń mojego komfortu, czy to ja muszę wykonać większą pracę, by dać w końcu odpór odnawiającej się permanentnie w tych wersach różnicy? Może idzie o wolność słowa, o to, że aby tekst stał się wolny, ostatecznie muszę zrezygnować ze swoich ambicji wyczytywania z niego prymarnych przesłań i treści? Kilka znaków przecież wystarczy, aby była jakaś góra i jakiś dół, zarysowały się granice kartki, ujawniło światło.
Autor Zaczyna się z pewnością zgodziłby się z tym stwierdzeniem Georges'a Pereca poczynionym w Przestrzeniach: "Niewiele jest takich wydarzeń, które nie zostawiają chociaż jednego śladu na piśmie. Niemal wszystko w jakimś momencie przechodzi przez kartkę papieru, stronę notesu, kartkę kalendarza czy też przez jakikolwiek inny przypadkowy skrawek papieru" (przeł. Agnieszka Daniłowicz-Grudzińska). Przeczytajmy zatem następny wiersz:
poszukiwanie na ślepo słowa -
klucza do zrozumienia na jakim
świecie nam przyszło żyć
i umierać to krecia robota
garstki poetów wierzących
w to co Bolesław Leśmian
nazywał magią słów lecz on
potrafił niepostrzeżenie
wpisywać nowe słowa
do słownika który się
potem rozsypał a czynił to
tak:
Poeta odczuwa niewystarczalność języka do opisu świata. A może jest zgoła odwrotnie: języka jest aż tyle, że przykrywa widzenie świata? Nie mam tu pewności. Zostawiam te sprawy nierozstrzygnięte. Podobnie można postawić kwestię, czy autor ucieka od konwencji, czy za jej pomocą rozszczelnia sensy? Może Leszek Szaruga (jak twórcy nadrealistyczni) próbuje uwolnić poezję od literatury? Przeciwstawia się utrwalonym konwencjom języka i uznanym ruchom myśli? Czy da się inaczej spojrzeć na życie - poza ustalonymi porządkami, tradycyjnym rozumem i znaną logiką? Kolejne lektury tego tomu umacniają we mnie te pytania, ale nie przynoszą rozstrzygających odpowiedzi. Pewne jest, że jak mało kto Szaruga dba o typograficzny wymiar swoich tekstów. Pokazuje komunikacyjny chaos, jaki staje się naszym udziałem. Koreluje patologię znaczeń z nieobecnością sensu, by pożenić z niemożnością porozumienia.
Z wieloma fragmentami wierszy Szarugi jest trochę tak jak w passusie Piotra Pazińskiego o poezji Paula Celana (pomieszczonym w książce Rzeczywistość poprzecierana), kiedy badacz pisze, że ostaje się tylko język: "śmiertelny nieśmiertelny, w strzępach, kaleki, przetłumaczony na inne języki i inne litery, i tu i ówdzie widoczny w krajobrazie, rozproszony po niebie i ziemi". Poezja może zapowiadać nowy ład, ale nie może go ukonstytuować. Choć języki trwale przemieszały się ze sobą, nie można mówić o wspólnocie idei i przesłań, a jedynie o rozdzieleniu każdego osobno. W tomiku z roku 2015 zatytułowanym Fluktuacja kwantowa poeta zapisał: "wszystkie teorie / spaja / człowiek każdy / człowiek / inaczej". We mgle znaczeń słowa jednak zachowują tożsamość. W żywym słowie mieszka przeszłość jego odczytań i znaczeń. Zawsze bowiem idzie o zrozumienie świata - mówi poeta - na jakim się żyje i w którym się umiera. Musimy uważać na cudze słowa brane pozornie na wiarę. Nie możemy cudzymi słowami opowiadać swoich doświadczeń i historii. Te wiersze upominają się o głos. Upominają się o głos. O głos.
Bogdan NowickiAlbinos
Parapety miały cegły pomalowane na czerwono. Framugi okien także były w tym kolorze. Okiennice smarowano jakimś przezroczystym, lepkim płynem, aby się nie rozsychały i nie pękały. Dach był pokryty papą, którą smołowano co kilka lat. Pod rynnami wisiały małe, czarne sople. Drzwi przeważnie pokrywał zielony albo brązowy kolor. Gruba warstwa farby pękała na nich od upałów, mrozu i deszczu. Łuszczyła się, złaziła jak opalona skóra. Płaty zwijały się i bezgłośnie opadały na kamienne schodki. Jesienią zmiatano je razem z liśćmi. I palono w ogródkowych ogniskach z kartoflaną nacią, gałęziami i zbutwiałymi szmatami. Buchał gęsty dym, mlecznobiały, pachnący rozkopaną ziemią. Ścielił się pod oknami i szczypał oczy. Wpełzał do sieni, oblepiając ściany. A jeśli drugie, oszklone drzwi również były otwarte, wślizgiwał się do kuchni oraz izb. Opadał powoli, pozostawiając lepkie meble i lepką podłogę oraz woń próchna.
Właśnie ta woń obudziła Waldka. Odkleił jedno, a potem drugie oko. Przy łóżku stało krzesło z dzbankiem wody. Zziajany Kruczek zajrzał do sypialni i czmychnął, podwijając ogon. Na stercie wieńców leżał plamisty kot Ficek, jedno ucho miał postrzępione, był kocim oprychem i pilnował swojego terenu.
- Waldi, wyłaź! Copikowo o cia pytoła - zawołała matka z kuchni, opędzając się fartuchem od dymu.
Waldi skulił się w sobie. Spod pierzyny wystawała mu tylko kruczoczarna czupryna. Peruka rzucona przez kogoś na pościel.
- Wyłaź giździe, niy bydziesz gnioł cały dziyń - tym razem głos matki był bardziej stanowczy. Wzięła szmatę i przesunęła garnki na blasze pieca. - Pierona, jeszcze mi sie przypoli bez tego łobiboka - syknęła, parząc się w palce.
Do sieni ktoś wszedł, a właściwie wbiegł, tupiąc gumiakami. Odwróciła się.
- Kiwickowo, podźcie pryndko, staro Grymplino sie dusi - wysapał mały Klimek, miejscowy pędrak na posyłki: miał bladoróżową skórę, białe uwłosienie i czerwonawe źrenice wskutek braku pigmentu. Ślina ciekła mu z warg. Wiechcie włosów sterczały na boki jak słoma. Wąziutkie oczka, wodniste i zamglone, z kropelkami czerwonego tuszu pośrodku lubiły wpatrywać się w jeden punkt czy to czyjejś twarzy, czy to ceraty na stole, czy to biedronki wiszącej na źdźble. Wiatr za jego plecami chuchnął chłodem. Z pieca wytargał pojedyncze płomienie.
- Jezusiku! Już leca. Koniec świato! - wrzasnęła Kiwickowa i poczuła uderzenie, jakby batem, pod zwisającą, zmarszczoną lewą piersią. Serce dygotało jej jak na sznurku. Przycupnęła za stołem, niby mała dziewczynka bawiąca się w chowanego. "Co łone zrobiom bezy mie?" - pomyślała, wyciskając grubą dłonią z piersi ból. Kruczek zaskomlał i polizał ją po łokciu. Znowu chuchnęło chłodem z sieni.
- Trza bydzie skonsiś załatwić wyngel - powiedziała Kiwickowa do siebie, powoli wstając.
Popatrzyła na Klimka, który nieruchomo tkwił w drzwiach. Z uporem wpatrywał się nie w nią, lecz w jeden z kościstych guzików na jej fartuchu. Zapinał i odpinał go w głowie, zapominając o bożym świecie. Kiwickowa sięgnęła do kredensu. Wzięła z koszyka suchą kromkę, namoczyła ją wodą z kranu, odkapała i posypała cukrem.
- Mosz, cudoku, jydz...
Klimek chwycił miękką pajdę i zaczął pałaszować, aż mu się oczy zaświeciły. Był zadowolony. To już druga kromka tego dnia. Pierwszą dostał od Krzychy, której przyniósł drewno z szopy. Drewno było zapajęczone, wilgotne, niektóre szczapy pozieleniały. Wycierał je dłonią, a potem ta zieleń pozostawała mu na skórze. Miała smak gorzkich orzechów, kiedy ją lizał.
- Klimuś, to ty? - zawołał Waldi z izby.
- Ja.
- Podź no ku mie.
Malec schował resztę niedojedzonej kromki do kieszeni portek. Kłapiąc gumiakami, poszedł do ostatniej izby. Światło mżyło tutaj pasemkami kurzu i dymu. Waldi ćmił grubego skręta i wytrzepywał pierze z włosów. Poduszka była rozpruta z boku, zawsze zapominał o tym i podczas snu miał nos wypchany piórkami.
- Pódziesz zy mnom do Copiczki. Pomożesz mi posztrajchować łod ni chałpa - powiedział, gasząc peta.
Waldi był żylasty i smagły. Zupełnie niepodobny do żadnego z Kiwickich. Maria Kiwickowa na sąsiedzkie przytyki tylko wzruszała ramionami. Jej się Waldi podobał, jak i ten, z którym go poczęła. Długo szorowała koszule kochanka, oczekując jego powrotu. Ale na próżno. Więc znalazła sobie innego chłopa, obrotnego Gerarda, który zakochał się w jej jasnych lokach i wydatnych wargach. Bękart mu nie przeszkadzał. Zresztą nic mu nie przeszkadzało i właściwie to trudno go było czymkolwiek poruszyć. Po szychcie wracał do domu. Jadł obiad, brał flaszkę i szedł do ogrodu. Tam siadał za ławą, nalewał do musztardówki i godzinami obserwował gołębie, jakie hodował. Którejś wiosny zasypało go na grubie. Właściwie to nikt nie zauważył jego braku, Kiwickowa dla porządku pochlipała przez tydzień, a młodemu Waldikowi żal było jedynie piętaków, które dostawał od ojczyma raz w tygodniu.
- Idź, weź dwa kible ze siyni. Jedyn na farba a drugi na pyndzle - powiedział Waldi, zapinając spodnie. - Yno z tego jednego wysypej hasie na dwor...
Klimek przygryzł wargę. Opuścił głowę. Coś go męczyło.
- A zrobisz mi sznojder? - wydukał wreszcie.
- Zrobia, zrobia, z prawdziwymi guminami z poligonu - odparł Waldi i poklepał go po ramieniu.
Nadprzewodniki Piotr Kępiński
Napisać przewodnik osobisty po mieście, które jest pomnikiem, symbolem albo też kluczem do zrozumienia Europy (czy świata), to rzecz karkołomna. Udaje się tylko tym nielicznym, którzy nie tylko posiedli o takim mieście wiedzę paraliżującą i rozległą, lecz także dotknęli jego nerwu i niewidocznych arterii, a także twarzy, która niekoniecznie musi być oczywista. Im udaje się utrwalić to, co umyka.
Taki "nadprzewodnik" zawsze zostanie nieskończony. Autor będzie nadpisywał nad utrwalonymi już zdaniami kolejne. Czytelnik zaś biorąc do ręki dzieło, nieustannie będzie z nim dyskutował i do niego wracał.
Harold Bloom, który sygnował swoim nazwiskiem serię ambitnych, niezwykłych wręcz przewodników (Bloom's Literary Guides) między innymi po Paryżu czy Nowym Jorku, pisząc wstęp do książki o Rzymie, skreślił: "Rzym na zawsze będzie już miastem starożytnych cesarzy i renesansu oraz współczesnych papieży. A jednak włoska wyobraźnia literacka jest demokratyczna i świecka, nawet u pobożnego Manzoniego, wspaniałego pisarza historycznego, który mieszkał w Mediolanie i Paryżu. Jako miasto literackie Rzym należy do Francuzów i Niemców, Anglików i Amerykanów. Jest we Włoszech, ale jednocześnie nie jest".
Na przykładzie tych kilku prostych zdań można łatwo wydedukować, o co w nadprzewodnikach chodzi. O wyzwalanie myśli. O pobudzanie. Bo przecież Bloom nie napisał ostatniego zdania w cytowanym przed momentem passusie, żebyśmy je zapomnieli. Przeciwnie, ono aż się prosi o glosę. O uzupełnienie i dyskusję.
Manuela Gretkowska i Mariusz Szczygieł to twórcy od siebie odlegli. Budować wspólnego mianownika nie ma większego sensu. Łączy ich fakt, że opublikowali, mniej więcej w tym samym czasie, swoje osobiste przewodniki po ważnych dla nich miastach. Gretkowska opisała Wenecję (Wenecja. Miasto, któremu się powodzi, Wielka Litera, Warszawa 2020). Szczygieł, co wydaje się oczywiste - Pragę (Osobisty przewodnik po Pradze, Dowody na Istnienie, Warszawa 2020). I mam wrażenie, że podołali zadaniu, bo potraktowali miasta nie jak zastygłe w bezruchu kamienie, ale jak bliskiego człowieka.
Autorka Transu dostrzega nerwy, mięso, spermę i inne wydzieliny. Pisze o Wenecji "swoim trybem", który momentami wpada w koleiny quasi-powieści albo wielkiego eseju, delikatnie wydobywając tkankę, z której miasto powstało, a która do dzisiaj trzyma je przy życiu (albo czasami sprzyja zanikaniu).
Rzecz Szczygła jest quasi-reporterska, dialogowa, żywa i emocjonalna, czasami może nawet aż nadto, ale przy tym z lekka ironiczna i niewątpliwie błyskotliwa. Nie tylko w samym opisie, ale także w języku.
Zacznę od Gretkowskiej, której wenecka opowieść ukazuje się w czasie dosyć szczególnym. Książkę opublikowano przecież w chwilę po wielkiej powodzi, która spowodowała w mieście największe od dziesięcioleci straty. Osiemdziesiąt procent powierzchni Wenecji znalazło się pod wodą. Tym razem już nikt nie żartował w mediach, jak to bywało wcześniej, z "nadmiaru wody" i z tego, że japońscy turyści będą musieli kupować gumiaki. Bo wody było więcej. Na dodatek nie działał jeszcze, budowany od siedemnastu lat, system zapór wodnych "Mojżesz". Ten cud techniki, na który wydano do tego momentu ponad pięć miliardów euro, finalnie ma chronić miasto przed zalaniem. Jeszcze trzy lata temu specjaliści zapewniali, że lada chwila, a wszystko będzie pod kontrolą. Nie było. Coś pordzewiało, coś się rozleciało. Koniec końców potrzeba jeszcze dużo pieniędzy, żeby "Mojżesz" zaczął funkcjonować jak należy.
No i dlatego Manuela Gretkowska, która wybrała się do Wenecji wraz z córką Polą, zobaczyła, co zobaczyła. Miała to szczęście (nieszczęście?) znaleźć się w Wenecji akurat wtedy, kiedy fala powodziowa osiągnęła stan nienotowany od lat bodaj sześćdziesiątych minionego wieku.
- Mamo, łóz?ko płynie.
- Niemoz?liwe, za cie?z?kie.
Pokój jest historyczny, łoz?e zabytkowe.
- Mamo, zderzamy sie? z drzwiami.
Wyskakuje? w kaloszach, wlewa sie? w nie lodowata struga. Woda sie?ga ponad kolana. Mys?le? o elektrycznos?ci, gniazdka sa? juz? zanurzone. Gas?nie s?wiatło, w całej Wenecji. Latarka telefonu pokazuje nam, gdzie dryfujemy, co sie? da jeszcze uratowac? od zamoknie?cia... Jest trzecia nad ranem, wycie syren, ciemnos?c?. Za drzwiami Amerykanie z całkowicie zalanych pokojów od strony kanału pływaja? na stolikach restauracyjnych i pala? dla relaksu trawe?.
To nie koniec weneckich nieszczęść, bo w roku 2019 w mieście odbywały się regularne protesty mieszkańców wymierzone w turystów, których - jak powszechnie wiadomo - było za dużo. Jakby na potwierdzenie tych wystąpień pewnego dnia olbrzymi wycieczkowiec MSC Opera, dopływając do nabrzeża, walnął we włoski statek, noszący nomen omen imię Michelangelo. I dotkliwie go poobijał. Na kolanach zaś Wenecja znalazła się na początku zeszłego roku za sprawą koronawirusa, bo wtedy już przestali się pojawiać ci, na których w mieście narzekano. Opustoszały place, wyludniły się hotele, lotnisko przestało działać. I nikogo nie pocieszał fakt, że w innych włoskich miastach działo się tak samo. Dzisiaj konta właścicieli hoteli, barów, restauracji świecą pustkami.
Gretkowska pisząc swoją książkę, jeszcze nie wiedziała o tym ostatecznym ciosie, po którym miasto będzie się podnosiło, a napisała, słowa prorocze wręcz:
Szukasz przewodnika? Zajrzyj do internetu, tam znajdziesz praktyczne porady i ceny. Ja jestem przewodniczka? po mies?cie bezcennym, juz? nieistnieja?cym. Poznasz moja? wersje? Wenecji - muszli zostawionej na lagunie przez ludzkie potwory, s?wie?te i utalentowane dziwki, szubrawców i geniuszy, zamieszkuja?cych to miejsce przez ponad tysia?c lat. Ogla?dana - to turystyczny kicz. Przyłoz?ona do ucha - zamiast szumiec? morzem, wytwarza informacyjny szum: tonie, zachwyca. Idealna na podróz? pos?lubna? albo s?mierc? w Wenecji.
Nie dość, że świetnie napisane, przewidujące, to na dodatek ironiczne i wyzywające. Takie słowa w przewodniku może skreślić tylko pisarka z krwi i kości, która na dodatek Wenecję ma wyczutą, wysłuchaną i przechodzoną. Bo opisać miasto bez (metaforycznego) wydeptania jego niekoniecznie głównych szlaków to rzecz niemożliwa. Dlatego w Wenecji Gretkowskiej przeczytamy nie tylko świetne anegdoty i przypisy do znanych opowieści, lecz także szkice i małe eseje o tym, czego nie widać, a co jest. Bo Wenecja, jak sama autorka słusznie zauważyła, jest jednak przede wszystkim miastem nieistniejącym albo istniejącym w zagubionych obrazach, które trzeba podnieść bardzo ostrożnie z ziemi albo zeskrobać z kamienicy, ewentualnie pałacu. To jest robota dosyć żmudna i wymagająca uwagi, bo bardzo łatwo tutaj o błąd, zwłaszcza przy takim natłoku faktów, historii, życiorysów i dat. Ale autorka Transu nie udaje. Wielokrotnie podkreśla: nie znam się, wydaje mi się, mam wrażenie, że... To postawa jak najbardziej uczciwa i powinna być wzorem dla innych piszących o miastach.
Gretkowska nie ukrywa, że nie jest specjalistką od win, ale jej przewaga nad znawcami polega na tym, że potrafi adekwatnie opowiedzieć o swoich wrażeniach, a już na pewno tak, żeby czytelnik danym trunkiem się zainteresował. Czasami da się zwieść lokalnej (jak pisze) knajpce Pane Vino e San Daniele, pisząc o niej, że rodzinna i wspaniała, i pisze prawdę, bo wspaniała. Ale to mała sieć z Friuli, założona w roku 1998, całkiem znana chociażby w Rzymie, gdzie na Piazza Mattei fantastyczne zupy, wina i polenta.
W ogóle jej wenecka opowieść jest niezwykle zmysłowa. Opis kawy przygotowywanej we Florianie, najsłynniejszej kawiarni, robi wrażenie. Bo to już literatura, nawet jeżeli fakty znane:
Nadal można się napić we Florianie prawdziwej tureckiej, przygotowanej według starych receptur. Potępiona za swoje muzułmańskie pochodzenie, była nielegalna. Dopiero poczęstowany w Wenecji "małą czarną" papież Klemens VIII zdjął z niej anatemę i ochrzcił. Inaczej nie mógłby poprosić o naste?pną filiżankę. W Rzymie, wdychaja?c aromat mocno palonej kawy, nie czuł tak bardzo dymu ze stosu przy Campo di Fiori, na którym palono Giordana Bruna. Za jego pontyfikatu w łapy rzymskiej inkwizycji wydał Bruna wenecki patrycjusz po uczcie w swoim pałacu Mocenigo Casa Vecchia.
Dodam tylko, że papież nie czuł dymu ze stosu również dlatego, że panował wtedy w Wiecznym Mieście zwyczaj palenia kopru włoskiego (finnocchio) po wykonanej egzekucji, między innymi z tego właśnie powodu, żeby następnego dnia sprzedający i kupujący towary na placu nie czuli za bardzo śmierci w nozdrzach.
Dzisiaj na placu, jak powszechnie wiadomo, stoi pomnik. Bo Rzym to miasto pomników (między innymi, rzecz jasna), w przeciwieństwie do Wenecji, która sama w sobie jest monumentem, teatrem, sceną, metaforą albo też i zemstą. Gretkowska opowiada o wizycie Sartre'a ze swoją "dwudziestoparoletnia? kochanka? - Simone de Beauvoir". Autor Mdłości postrzegał Wenecję "jako wielką matkę, do której często wracał. Rzym był dla niego ojcem. Homar absurdem egzystencji. Albo zemstą laguny. Niczego nie zwiedzał. Wystarczył mu jeden obraz: Ukrzyz?owanie Tintoretta". To już czysta literatura, z małą zagadką w postaci homara, który gonił pisarza po zaułkach miasta.
Filozof tak opisał swoja? przygode?: "Wenecja jest jedynym miastem, w którym, mam wraz?enie, mógłbym z?yc?. W 1934 byłem tam szalony i nieszcze?s?liwy, przechadzaja?c sie? nocami, przes?ladowany przez znacznej wielkos?ci homara trzaskaja?cego za mna? szczypcami. Nigdy dotychczas nie mys?lałem o samobójstwie, ale tamtej nocy o tym pomys?lałem". Gretkowska sumowała: "Lewicuja?cy Francuz goniony przez burz?uazyjna? potrawe?. Sartre nad laguna? był naprawde? doprowadzony do kresu wytrzymałos?ci i nocy. Twórca egzystencjalizmu przes?ladowany przez kastracyjnego homara - symbol albo parodie? egzystencji. W kilku zdaniach wyznaje, gdzie mógłby z?yc?, ale i sie? zabic?. Taka jest Wenecja, płynna w przechodzeniu od euforii do skrajnej rozpaczy".
Wenecja według Gretkowskiej jest szalona. Z lekka szalony jest także ten "nadprzewodnik", który wyrywa nas z osłupienia, zamyślenia i każe iść w miejsca, które nawet jeżeli pozornie są oczywiste, to po przeczytaniu tej książki okażą się jakby mniej rozpoznane. W tym sensie pisanie Gretkowskiej bliskie jest Bloomowskiemu rozumieniu Miasta jako struktury, która nigdy nie zostanie zamknięta, nawet jeżeli nie ma już w niej miejsca na pomniki (zwłaszcza nowe).
A Praga Mariusza Szczygła pomnikami przepełniona. Ale autor o starych i skądinąd znanych pisze jakby mniej, i słusznie, skupiając się na tych, które w stolicę Czech dopiero wchodzą. Świadczyć to może o tym, że Praga w przeciwieństwie do Wenecji, szuka jeszcze swojej "twarzy ostatecznej". I zapewne z tego właśnie powodu Szczygieł chodzi po mieście trochę inaczej niż Gretkowska, która niczego w zasadzie nie szuka. Autor Gottlandu zaś dryfuje, wypełnia czasami puste jeszcze miejsca, skleja miasto w jedno, podąża też za głosami: "Spacerowałem od pomnika Haška w góre? ulica? Prokopova?, gdy z bramy przedwojennego czynszowego domu dobiegł mnie s?piew kilkudziesie?ciu osób. Uwiedziony głosami wszedłem na podwórze". W taki oto niebanalny sposób Szczygieł opowiada Pragę. A udaje mu się to również dlatego, że ma oczy wielkie jak Franz Kafka (o którym za chwilę), wyobraźnię nie od parady i ucho (wewnętrzne, rzecz jasna) jak ptak. Skomponował książkę, która zapada w pamięć, która mówi, ale i do której można mówić.
Kiedy Szczygieł pisze o pomniku Franza Kafki, autorstwa Jaroslava Róny, musi podejrzewać, że jednych ukoi i upewni w swoim zachwycie, drugich zaś wkurzy: "Wielkim przeciwnikiem tego pomnika był poeta Tadeusz Róz?ewicz. Stworzył nawet o nim wiersz: "Franz Kafka zasłuz?ył sobie na to / z?eby nie stawiac? mu pomników / nie produkowac? koszulek / podkoszulków filiz?anek / chusteczek do nosa majtek / talerzy z podobizna? z jego twarza? / na dnie/ zasłuz?ył sobie na to aby / nie otwierac? kawiarenek 'z Kafka?' / nie otwierac? sklepików / z galanteria?". To tylko urywek bardzo długiego i niestety słabego utworu. Choc? wiersz ujawnia, co wielkiego poete? irytowało pod koniec z?ycia.
Oberwało sie? rzez?biarzowi: "twórca pomnika tak szczelnie / owina?ł gadanina? swoje dzieło / tak wywijał je?zykiem / z?e pomnik / oniemiał". Najwidoczniej poecie chodziło o to, z?e słowa potrafia? tez? zabijac? literature?".
Cóż, w tym jednym miejscu porozmawiałbym z książką Szczygła, albowiem nie uważam wiersza Tego się Kafce nie robi, opublikowanego po raz pierwszym w tomie cóż z tego że we śnie w roku 2006, za utwór szczególnie słaby. Nie "ujawnia" też on, jak autor napisał, co poetę irytowało pod koniec życia (jakkolwiek by to zabrzmiało, po napisaniu tego tekstu Różewicz żył jeszcze osiem lat). On "ujawnia" co najwyżej to, co poetę irytowało całe życie i co dosyć dokładnie po raz setny wyeksplikował w inkryminowanym przez Szczygła utworze, a co dobitniej wybrzmiewa we fragmencie, który nie został przez autora zacytowany:
nie wyciągajcie na światło
moich kobiet moich łez
moich rodziców moich sióstr
spalonych rękopisów
moich ran
nie komentujcie mojego
życia śmierci procesu
nie urządzajcie cyrku
nie wyciągajcie ze mnie
wszystkich tajemnic
nie wciągajcie mnie
do kawiarenki
nie zaglądajcie mi w zęby
nie jestem waszym koniem
(zwierzęciem pociągowym
różnych fundacji)
nie wmawiajcie we mnie
że kochałem kiepskich
aktorów że byłem
płochliwym narzeczonym
nie róbcie ze mnie
wzorowego urzędnika
impotenta sportowca
syjonisty jarosza
i wielbiciela prozy
Maksa Broda
amen
Kiepskie? Wolne żarty. Powiedziałbym, że to Różewicz w swojej najlepszej formie. Wprost mówi, w czym rzecz. Nie zabija literatury ani nawet pomnika. Raczej prosi o nieurządzanie cyrku z człowieka i z jego dzieła. Wnosi o "zakrywanie", krzyczy przeciwko "odkrywaniu" i wystawianiu na widok publiczny. Ironizuje, wyśmiewa, żartuje też. Jest przy tym zazdrosny. Bo Kafka należy do niego, jakby chciał powiedzieć: nie zabierajcie mi mojego pisarza.
Nie oceniam w tym momencie samego pomnika Kafki, widziałem go zaledwie raz w życiu. Ale rozumiem, że jego obecność mogła autora Płaskorzeźby po ludzku zasmucić.
Różewicz po raz pierwszy pojawił się w stolicy Czechosłowacji prawdopodobnie w roku 1948 albo 1949, nie ma tutaj zgodności wśród historyków literatury. Wiadomo, że przyjechał z Kornelem Filipowiczem. Wiadomo też, że chciał napisać książkę Śladami Kafki, z której nic nie wyszło. Ale fascynacja pisarzem i miastem została na całe życie.
A miasto lat czterdziestych i pięćdziesiątych zeszłego stulecia wyglądało nieco inaczej niż dzisiaj. Niewykluczone, że było bardziej Kafkowskie, czyli "puste" i "nieme". Niewykluczone, że tak właśnie Pragę chciał Różewicz zapamiętać, a metaforyczny wprawdzie, ale jednak pomnik Kafki, psuł mu to, co wdrukował w pamięć wiele dekad wcześniej.
Damian Romaniak w ciekawej pracy Praga Kafki i Różewicza pisał: "Ro?z?ewicz odbywał w Pradze liczne we?dro?wki po cmentarzach, kamieniołomach, s?mietnikach, starych ulicach czy domach, a nawet po olbrzymim gmachu "sa?do?w", czyli wsze?dzie tam, gdzie potencjalnie mogły sie? znajdowac? s?lady Kafki i jego utworo?w (albo przynajmniej z?ro?dła ich inspiracji). W Zamknie?ciu obraz stolicy Czech momentami rysuje sie? niczym wzie?ty z Dzienniko?w autora Procesu: "[...] Powtórzyłem mu rozmowe?. Reszte? wieczoru spe?dzilis?my razem. Ulice Pragi były smutne, wygaszone, wilgotne"".
To rzecz jasna nie wszystko, albowiem Praga wybrzmiewa również w innych opowiadaniach Różewicza, chociażby w Strahovskim Kamieniołomie, Wigilii w obcym mieście, czy w Kartce z wczasów. A w Odejściu głodomora i Pułapce słyszymy natomiast samego Kafkę.
Miejsc polemicznych w przewodniku Szczygła jest znacznie więcej, co świadczy tylko o tym, że to książka żywa i do dialogu stworzona. Przewodnik kontemplacyjno-filozofujący, tak bym określił dzieło autora Gottlandu.
Cieszyć tylko może fakt, że od czasu do czasu chce się porozmawiać z autorem o czeskiej ksenofobii, czytelnictwie, jedzeniu czy o nieznanych zaułkach. Bo wtedy Miasto wymyka nam się z rąk. Staje się nieskończone. Nasze i nie nasze. A to niechybnie oznacza, że trzeba doń wrócić.
HiszpaniaAdam Komorowski
"Tej wspaniałej konstelacji medytacyjnych poetów polskich, kosmopolitów i Europejczyków, wśród których należy wyróżnić Czesława Miłosza, Wisławę Szymborską i Zbigniewa Herberta (wszyscy wspominani w książce, którą recenzujemy), Adam Zagajewski jest jedynym żyjącym przedstawicielem" - tak zaczyna obszerne omówienie Lekkiej przesady w CUADERNOS HISPANOAMERICANOS (grudzień 2020) Sebastián Gámez Millán. W cztery miesiące później Adam już nie żyje. Piszę Adam, ponieważ trudno o koledze, z którym znaliśmy się ponad pół wieku, pisać mi inaczej. Tym bardziej że jako o Adamie, pisze o nim, w nekrologu w "ABC", Mercedes Monmany, uważana za "papieżycę krytyki hiszpańskiej". Nie należę do wielbicieli rodzaju krytyki uprawianej przez Monmany, ale nie można przemilczeć, że swoimi tekstami potrafiła zainteresować rodaków literaturami z naszej części Europy, które Hiszpanów zbytnio nie interesowały. Twórczość Adama ją uwiodła.
Jest faktem zadziwiającym, że właśnie twórczość Adama wzbudziła w Hiszpanii tak wielkie zainteresowanie. Ani Witold Gombrowicz, ani Wisława Szymborska, niewątpliwie w Hiszpanii znani, nigdy nie dostąpili podobnego stopnia popularności. W przypadku filozofii udało się to Adamowi Schaffowi, który był guru hiszpańskich eurokomunistów. Schaff był popularny przez kilka lat okresu transformacji. Dziś niewielu o nim pamięta, podobnie jak o eurokomunizmie. Pisarstwo Adama Zagajewskiego od dwóch dekad przetacza się przez Hiszpanię z siłą tsunami i jego autorytet rośnie, czego dowodem są nie tylko od co najmniej 2000 roku na bieżąco wydawane przekłady wszystkich jego książek, lecz także ich wznowienia, ciągła obecność.
Jestem przekonany, że jego twórczość cieszy się większą popularnością i uznaniem w Hiszpanii aniżeli w Polsce. Nie słyszałem, żeby w Polsce (i gdzie indziej na świecie) na spotkanie z nim przyszło tysiąc pięciuset wielbicieli jego poezji, którzy zjechali z całej Hiszpanii do Oviedo w 2017 roku. Został wtedy laureatem (drugim Polakiem, po Zygmuncie Baumanie) nagrody Księżnej Asturii i swoją obecnością zupełnie przesłonił innych laureatów oraz ich dokonania. Zdarzyło się tak, jakby wszyscy w Hiszpanii czekali tylko na Adama. Są to fakty w Polsce mało znane, a on sam nigdy się tym nie chwalił.
Fenomen popularności Adama w Hiszpanii, zjawisko jedyne w swoim rodzaju w dziejach stosunków kulturalnych między naszymi krajami czy w ogóle recepcji literatury polskiej, zawsze mnie intrygował. Tym bardziej że dotyczy Hiszpanii. W Ameryce Łacińskiej jego twórczość nie budzi tak silnych emocji. Tam nadal najbardziej cenionym i znanym współczesnym pisarzem polskim pozostaje Witold Gombrowicz. Ta znajomość ogranicza się do elit intelektualnych, tymczasem twórczość Adama katapultowała się w Hiszpanii do szerokiej publiczności, o wiele bardziej niż w Polsce.
W przypadku Adama można mówić o partnerskiej obecności pisarza polskiego w literaturze hiszpańskiej. Dlaczego tak się stało? Na pewno miał Adam sporo szczęścia, że trafił na oddanych i dobrych tłumaczy: Annę Rubio Rodan, Jerzego Sławomirskiego, Javiera Fernándeza de Castro, Elżbietę Bortkiewicz i Xaviera Farré. Ten ostatni to przypadek wyjątkowy, Farré, świetny poeta kataloński, przekłada bowiem doskonale poezję Adama na dwa języki; hiszpański i kataloński. Wszystko, także prestiżowe wydawnictwo Acantillado, w którym ukazują się typograficznie dopieszczone jego książki, może wskazać punkt wyjścia, nie tłumaczy jednak czytelniczych fascynacji.
Przed tegorocznym Dniem Książki dziennik LA RAZON zwrócił się do kilku osób (m.in. kucharza i pielęgniarki) o wskazanie i polecenie ulubionej lektury. Zapytani zazwyczaj wskazywali na dzieła klasyczne, ale Eduardo Vasco (reżyser teatralny) wskazał na Dwa miasta Adama. Uzasadniał to tym, że w czasach, gdy zapatrzeni w ekrany tracimy związek emocjonalny z miejscem naszego przebywania na ziemi, ulegamy wykorzenieniu, ta książka przypomina, że wszyscy jesteśmy skądś, mamy swoje miejsca, miasta i konkretne ulice. Dwa miasta pozwoliły mu uświadomić sobie, ile zawdzięcza swojemu miastu Alcala de Henares, przebudzić się ze zobojętnienia, przywrócić wrażliwość na przeszłość emanującą wyjątkową aurą ulic, architektury i ludzi. Pozwoliły mu "ocenić własne kulturowe istnienie", "doceniać własną lokalną kulturę". Mówiąc w skrócie: Lwów i Kraków Adama pozwoliły Vasco wrócić do Alcala de Henares.
Ileż razy, uważający się za przyjaciół Adama, utyskiwaliśmy na kokieterię światowca, która miała być skazą jego poezji i pisarstwa. Hiszpańska recepcja świadczy o tym, że myliliśmy się. Myli się Gámez, akcentując domniemany kosmopolityzm poezji Adama. Takie rozpoznanie podważa dalsza część jego tekstu w "Cuadernos Hispanoamericanos". Przenikliwie wskazuje, że cechą wyróżniającą jego poezji jest "pilnowanie się przed nadmiarem ironii". Adam nazywał to "żarliwością". Pogłębiający się z latami sceptycyzm Adama wobec dominacji ironii we współczesnej poezji jest tematem na osobne opracowanie.
Fakt, że o twórczości Adama pisał Antonio Mu?oz Molina w "Babelii", dodatku literackim do "El País", że drukowała go i pisała o nim "Quimera", "Barcarola", "Letras Libres", "Revista de Occidente" czy wzmiankowane "Cuadernos Hispanoamericanos", poświęcone w zasadzie literaturom Ameryki Łacińskiej, jest zrozumiały. Są czasopismami czytanymi przez elity intelektualne. Ale o twórczości Adama, w stopniu niespotykanym w przypadku pisarza zagranicznego, pisały niemal wszystkie lokalne dzienniki i czasopisma hiszpańskie: "Diario de Ibiza", "El Norte de Castilla", "El Punt Avui", "Diario de Mallorca", "Granada Hoy", "Diario Levante", "El Diario Vasco", "Ara", by wymienić tylko niektóre. Prowincja hiszpańska znalazła w Adamie swojego pisarza, kogoś, kto pozwala nam zobaczyć miejsce naszego przebywania na Ziemi, zawłaszczyć je i czerpać z tego siłę źródłowego fundamentu tożsamości. Widzieć świat i przyglądać się mu z określonego miejsca, także wtedy gdy jest to konstelacja miejsc w rodzaju Lwów-Gliwice-Kraków. Nie przypadkiem najbardziej popularną książką Adama w Hiszpanii są Dwa miasta.
W czasach globalizacji i przesłonięcia miejsca naszego pobytu przez ekrany poezja i eseje Adama przywracają jego znaczenie jako konkretu i punktu oparcia. W tym aspekcie Adam pozostał wierny napisanemu z Julianem Kornhauserem Światu nieprzedstawionemu. Lokalność (ojczyzny, miasta, okolicy, ulicy, stacji czy lotniska) przestaje być przeszkodą i staje się przywilejem odkrywczej poznawczo i emocjonalnie zapośredniczonej w konkrecie miejsca perspektywy. Uprzywilejowanie globalnej perspektywy (istotnej dla kosmopolityzmu) zostaje zawieszone. Nie chodzi o ostentacyjny prowincjonalizm, ale o uwagę. Aby zachować suwerenność uwagi na świat, muszę naprzód uważnie rozejrzeć się dookoła, choćby na ulicy Józefa na krakowskim Kazimierzu. Muszę rozeznać się w swoim miejscu.
Adam dokonując mityzacji miejsc swojego pobytu, poruszył w Hiszpanach nieco zapomnianą nutę obecną jeszcze w poezji Antonia Machado. W czasach, kiedy jesteśmy nieustająco poddawani niebezpieczeństwom utraty swoich miejsc i ich anonimizacji, literatura może przywrócić ich ulotną aurę i wyjątkowość perspektywy, którą oferują. Hiszpańscy czytelnicy Adama zakochiwali się w jego Krakowie, ale ten Kraków przywracał im Oviedo, Vigo, Barcelonę, Valladolid czy Bilbao. Przykładem jest tekst Juana Manuela Bonet Spacer po Krakowie z Adamem Zagajewskim w "ABC" (6.04.2021).
Jest jak w krakowskiej legendzie o Reb Ajzyku. Rebe Ajzyk miał sen. Śniło mu się, że w Pradze pod mostem Karola ukryty jest skarb. Udaje się do Pragi, ale most jest strzeżony. Opowiada strażnikowi o swoim śnie. Na co ten: "Ja też miałem sen, że w Krakowie, na Kazimierzu, u jakiegoś Ajzyka w piecu ukryty jest skarb, ale nie jestem taki głupi, jak ty, żeby jechać do Krakowa". Ajzyk wraca do Krakowa i u siebie w piecu odkrywa skarb, którego część przeznaczy na budowę synagogi Izaaka. Większość mieszkańców Krakowa nie ma pojęcia, że jest to najbardziej znana na świecie z krakowskich legend. Adam ją znał. W dużym stopniu jest kluczem do jego twórczości. Słabo widoczny dla polskich czytelników, okazał się kluczem do serc jego czytelników hiszpańskich.
Adam udzielił hiszpańskiej prasie regionalnej mnóstwa wywiadów. Zapewne kiedyś zostaną zebrane, przetłumaczone i wydane w Polsce. Są tam rzeczy rozmaite, w 2001 roku w wywiadzie udzielonym katalońskiej "El Punt Avui" mówi: "Jestem przekonany, że Europa jest na drodze do przekształcenia się w muzeum świata, do którego ludzie będą przychodzić podziwiać malarstwo europejskie, słuchać muzyki europejskiej, miejscem, gdzie będzie się tworzyć coraz mniej". Kulturowego pesymizmu, a także utyskiwania na martyrologiczne uwikłanie kultury polskiej jest w nich sporo.
W 2017 roku (8.06) w wywiadzie dla "ABC" czytamy: "Aktualnie jesteśmy w Europie świadkami odradzania się nacjonalizmów i mamy dwa wyjścia: pierwszą jest skoncentrowanie na narodzie, co jest niebezpieczne, ponieważ naród odwołuje się do ludzkich emocji i namiętności; drugie byłoby skupienie na idei ojczyzny, tego, co jest miejscem, jakąś ziemią, regionem, miastem. Z tą drugą opcją w pełni się utożsamiam i faktycznie Kraków jest moją drugą ojczyzną. To przywiązanie do miasta jest czymś bardzo ładnym i pozytywnym. Nie wydaje mi się, żeby Unia Europejska powinna i chciała odrywać osoby od ich małych ojczyzn".
W jednym z ostatnich wywiadów, dla "El Mundo" (11.11.2019), Adam solidaryzuje się z opinią Tony Judta i Marcina Króla, nie przez wszystkich podzielaną, o "pokoleniu '68" jako generacji historycznie uprzywilejowanej. Mówi: "Nasze pokolenie miało najwięcej szczęścia. Ostatnie siedemdziesiąt lat w Europie było najlepszymi w jej dziejach". Taka opinia w Polsce, gdzie obnoszenie się z martyrologią jest przepustką do chwały, nie zjednywała mu wielu przyjaciół. Hiszpanie byli bardziej gotowi na jej przyjęcie.
Nie jest przypadkiem, że często zapytywany o powody wyjazdu z Polski w czasie stanu wojennego ostentacyjnie, ku zaskoczeniu hiszpańskich dziennikarzy, podkreślał, że jemu samemu zbytnia krzywda w PRL się nie działa i przyczyną wyjazdu z Polski do Paryża nie była polityka czy prześladowania, ale pragnienie połączenia się ukochaną kobietą. To musiało Hiszpanom imponować. Którzy Adama znaliśmy, wiemy, że była to prawda.
Maja, trzymaj się.
Włodzimierz PaźniewskiUcieczka
Z niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, mimo ścisłego nadzoru, uciekło podczas wojny według udokumentowanych obliczeń historyków stu czterdziestu czterech więźniów, lecz najbardziej brawurową ze wszystkich i w dodatku wyjątkowo oryginalną eskapadę podjął Kazimierz Piechowski (1919-2017) wraz z trójką innych kacetowców: porucznikiem AK Stanisławem Jasterem, ukraińskim mechanikiem Eugeniuszem Benderą i księdzem Józefem Lempartem z Wadowic. Zdarzenie było niezwykłe, ponieważ cała czwórka 20 czerwca 1942 roku wyjechała z zamkniętego terenu KL Auschwitz na wolność niejako legalnie samochodem osobowym Steyr 220 przebrana w mundury niemieckie i bez kłopotów minęła posterunki kontrolne oraz bramę wjazdową, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Wcześniej włamano się do magazynu, w którym zaopatrywało się SS, gdzie pracował Piechowski i doskonale wiedział, co znajduje się w jakim pomieszczeniu. Mając na sobie uniform oficera SS, kierował całą akcją, gdyż znał perfekcyjnie język niemiecki. Uciekinierzy na wszelki wypadek zabrali również broń i zapas amunicji.
Samochód, który ukradli lub raczej "wypożyczyli" na czas ucieczki, należał nie do byle kogo, bo do samego komendanta KL Auschwitz Rudolfa Hössa, co było ze strony więźniów szczytem bezczelności.
Zamiar wymagał drobiazgowych przygotowań i wielkiej odwagi. Podobno szef eskapady kiedyś zwierzał się, że najtrudniej przychodziło mu i innym opanowanie charakterystycznego niemieckiego zachowania. Uważnie obserwowano i dokładnie starano się naśladować strażników. Na przykład długo ćwiczono niemiecki sposób maszerowania. Wszystkie ruchy i gesty musiały być energiczne i zdecydowane. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że uciekinierzy należą do załogi obozu. Nie wszystko dało się z góry przewidzieć. Dlatego uczestnicy musieli być gotowi na każdą ewentualność. Bezczelność tego planu nie mieściła się w niemieckiej mentalności. Piechowski był człowiekiem młodym i energicznym. Miał wiele pomysłów, by wydostać się poza druty. Potrafił również zachować spokój w dramatycznych i nerwowych sytuacjach, jakich w obozie nigdy nie brakowało. Dla dopełnienia obrazu dodajmy, że plan ucieczki zaaprobował ówczesny szef ruchu oporu w Auschwitz, rotmistrz Witold Pilecki i potem opisał zdarzenie w szczegółowym meldunku dla swoich przełożonych z Armii Krajowej.
Kim był człowiek, w którego głowie powstał tak zuchwały plan ucieczki z obozowego piekła? Urodził się w 1919 roku w miejscowości Rajkowy. Przed wojną działał w harcerstwie. W listopadzie 1939 roku postanowił uciec na Słowację i przedostać się do Francji, gdzie powstawała w tym czasie armia polska. Jak wielu młodych Polaków żyjących w okupowanym kraju wcale nie myślał biernie oczekiwać dalszego rozwoju wypadków wojennych, dla nas wyjątkowo do tej pory niekorzystnych. Niestety, wyprawa się nie powiodła. Aresztowany przez Niemców, więziony był w Baligrodzie, Sanoku, a na koniec w Krakowie na Montelupich, skąd 20 czerwca 1940 roku wywieziono go drugim transportem do świeżo powstałego obozu w Auschwitz, dlatego otrzymał tak niski numer: 918.
Skrajnie wycieńczony, pracował przy rozbudowie obozu. Była to robota ponad siły. Obawiał się, że tego nie przetrwa, i wtedy bardzo pomógł mu niemiecki więzień kryminalny niejaki Otto Kuessel, który widząc, co się dzieje, tylko znanymi sobie kanałami obozowymi załatwił młodemu Polakowi lżejszą pracę w magazynie, by tam przyszedł do siebie. Niebawem okazało się, że zatrudnienie w tym miejscu stwarza niepowtarzalną szansę zorganizowania nietypowej ucieczki z obozu, która może się udać i kompletnie wyprowadzić Niemców w pole. W Auschwitz Piechowski należał do świadków wydarzenia, które przeszło potem do historii drugiej wojny światowej, a mianowicie był uczestnikiem tego dramatycznego apelu, podczas którego o. Maksymilian Kolbe, obecnie święty, ofiarował swoje życie za ocalenie innego więźnia, Franciszka Gajowniczka, wyznaczonego podczas selekcji na śmierć.
Po udanej ucieczce z Oświęcimia Piechowski do końca wojny walczył w leśnych oddziałach AK. Był dwukrotnie ranny. W Polsce komunistycznej miał status, zgodnie z ówczesną propagandą, "zaplutego karła reakcji". Z tego powodu interesował się nim w okresie stalinowskim UB. Aresztowany przez tzw. władzę ludową, otrzymał wyrok dziesięciu lat więzienia. Miał za sobą bardzo ciężkie śledztwo. Na wolność wyszedł po siedmiu latach. Skończył Politechnikę Gdańską. Przez wiele lat pracował jako inżynier w Stoczni Gdańskiej, zakładzie, który stał się symbolem polskiego oporu wobec systemu komunistycznego w Polsce. Napisał i opublikował wspomnienia Byłem numerem.
Na temat jego przeżyć podczas drugiej wojny światowej Marek Tomasz Pawłowski nakręcił film biograficzny zatytułowany Uciekinier. Drugi film dokumentalny o Piechowskim powstał w BBC i wtedy stał się on postacią dobrze znaną i rozpoznawalną również poza Polską. Brytyjska piosenkarka Katy Carr poświęciła Polakowi jeden ze swoich utworów, który znalazł się w albumie Coquette. Nosi tytuł Kommander's Car. Piechowski wiele razy występował w audycjach radiowych i telewizyjnych poświęconych najnowszej historii Polski.
Organizator i główny wykonawca spektakularnej ucieczki czwórki więźniów z niemieckiego obozu Auschwitz dożył bardzo sędziwego wieku. Zmarł w Gdańsku 15 grudnia 2017 roku w dziewięćdziesiątym ósmym roku życia.
Piotr KępińskiZabytki i rozkład
Zabytki stoją w opozycji do naszych ciał, które podlegają rozkładowi, są też przeciwko naturze, która niestała. Uwielbiamy historię z kamienia, albowiem dzięki niej czujemy się wpisani w anty-rozkład. To do niczego nie prowadzi, ale daje poczucie średniej nieśmiertelności. Sprawia, że czujemy się lepiej i poważniej, może nawet piękniej. I nie ma znaczenia, że nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Bo przecież nie wszystkie zabytki z kamienia są trwałe. Są takie, które mówią: rozkład i niepamięć.
Trzynaście miasteczek położonych wśród Wzgórz Albańskich, na południowy wschód od Rzymu, nosi wspólną nazwę Castelli Romani. Wśród nich najsłynniejsze jest Frascati, gdzie produkuje się znane kiepskie wino (wspominałem już o nim w marcowym felietonie).
Frascatani oczywiście bronią jakości wina, mówią też, że mają najlepsze w okolicy mięso. Niestety, słynne coppiette di maiale, czyli pocięty na wstążki świniak, to rzecz dla odważnych.
We Frascati najciekawsze jest samo Frascati i wielki pałac wznoszący się nad miastem. Budowla dosyć tajemnicza. Ilekroć pytałem, czy można wejść do ogrodów, które dochodzą do samego centrum, nikt nie wiedział, dlaczego żelazna brama jest zamknięta na stałe, chociaż w alejach i alejkach (zwłaszcza wiosną i jesienią) uwijają się ludzie. Prawda okazała się banalna jak minestrina. Villa Aldobrandini znana także jako Belvedere, albowiem z jej szczytów rozlega się najładniejszy chyba widok na dolinę biegnącą w stronę Rzymu, jest własnością znanej arystokratycznej rodziny, której potomkowie ciągle tam mieszkają, i pałac krok po kroku odnawiają. Obok pałacu znajdują się imponujące papieskie ogrody - jedyne, które nie należą do państwa włoskiego, ale do prywatnego właściciela, którym dzisiaj jest książę Camillo.
Sam pałac powstał w roku 1550. Kilkadziesiąt lat później papież Klemens VIII dał swojemu bratankowi Pietro Aldobrandiniemu dodatkowe ziemie w nagrodę za jego starania na rzecz włączenia Ferrary do Państwa Papieskiego (między innymi, bo miał też na koncie inne sukcesy).
Dzięki temu wokół pałacu zaczęły powstawać ogrody, do budowania których arystokraci zatrudnili najsłynniejszych architektów. Pierwszy z nich, Giacomo Della Porta, szybko jednak umarł. Po nim za robotę wzięli się Carlo Maderno i Giovanni Fontana. Ich dziełem jest słynny Teatr Wodny, który został dotkliwie zburzony podczas alianckiego bombardowania.
Po wojnie został odbudowany, jednak po taniości, z betonu. Dzisiaj książę Camillo potraktował sprawę poważniej i odtwarza wszystkie detale z solidnych materiałów.
Włochów cała ta historia niespecjalnie kręci. Kiedy opowiadam, że właściciel pałacu, żeby dostarczyć wodę do Teatru Wodnego, kazał wybudować osiem kilometrów akweduktu prowadzącego ze źródeł Modena na Monte Algido, wzruszają ramionami. - Bo on pierwszy budował akwedukty? - pyta Claudio, który ożywia się tylko na moment, kiedy wspominam mu o tym, że sprytny książę wodę sprowadzał nie tylko do nawadniania ogrodów, ale także dla interesów, bo zaczął ją sprzedawać mieszkańcom. - Bogacz sprzedawał wodę biedakom... brak słów.
Książę Camillo w rozmowie z Monty Donem (znanym w Wielkiej Brytanii prezenterem, specjalistą od ogrodów, autorem ciekawego telewizyjnego cyklu Ogrody we Włoszech), mówił z lekkim uśmieszkiem na ustach: a dlaczego nie?
Kilka wieków temu woda we Frascati była cenna jak sól. A włoscy arystokraci byli urodzonymi handlarzami. Produkowali za pół darmo albo wręcz za darmo tony żywności, które sprzedawali już wtedy za granicę. Pomnażali majątki. Dlatego też ogród we Frascati rósł jak na drożdżach, pałac pęczniał, a chłopi jak wtedy patrzyli na to spode łba, tak i dzisiaj patrzą.
We Frascati czas stanął w miejscu. Biedniejsi ciągle żyją u podnóża arystokratów. Budują nielegalnie domy w pobliżu pałacu. Czasami bloki stawiają tutaj firmy, wcale niemałe, które też robią to nielegalnie, inkasują kasę, znikają, ludzie idą do sądów, aby pieniądze odzyskać, sprawy ciągną się latami, domy stoją wtedy puste, chociaż ludzie wstawili do nich meble, łóżka, nawet telewizory, nie mogą jednak w nich zamieszkać, bo złamaliby prawo.
W takiej sytuacji znalazła się para znajomych, Pino i Vittoria, prowadzą nas do swojej rezydencji, z której rozlega się fantastyczny wręcz widok na okolicę. Cisza, spokój, krystalicznie czyste powietrze. Opowiadają, że każde z nich ciągle mieszka ze swoimi rodzicami, a tylko weekendy spędzają razem w swoim nowym-nie-nowym mieszkaniu. - A i tak mamy kłopoty, bo bywa, że prąd nam wyłączą na pół dnia albo bramę garażową ktoś zablokuje.
Mają po czterdzieści lat, Vittoria pracuje w szpitalu, Pino jest technikiem obsługującym metro.
Pytam, czy kiedykolwiek oni sami albo ktoś z ich znajomych był w pałacu, albo czy przez przypadek spotkał księcia, na przykład na zakupach? - A gdzie - Pino macha ręką. - Kto o nich myśli? To rozkładająca się historia, śmierdząca przeszłość.
We Frascati, w przeciwieństwie do Rzymu, gdzie można poczuć stałość murów, natura jest nieśmiertelnym zabytkiem. Sam pałac robi wrażenie olbrzyma przeniesionego z Angkor Wat. Skórę ma zdartą z fasad, okna zasłonięte i nieme. Życie zawdzięcza zieleni. Drzewa i krzewy otaczające budynek pompują mu do środka tlen.
Kiedy przechodzimy obok bramy ogrodu, wyjeżdża stamtąd głośno charczący ciągnik. Na pace siedzą ogorzali mężczyźni. Pino rzuca tylko: - Oni nie są z Frascati. To Marokańczycy. Pracują za pół darmo...
Kątem oka widzę, jak z naczepy wysypują się białe kamienie.
7-8/2021
W POPRZEDNIM NUMERZE
Piotr Mitzner wiersze
Miłosz Waligórski Tajna historia Mongołów
Elżbieta Zechenter-Spławińska wiersze
Maciej Wnuk Nieprzygotowanie
Andrzej Titkow wiersze
Marek Pacukiewicz Pustynia i piwnica. Caravaggio na Malcie
Jerzy Utkin wiersze
Christian Medard Manteuffel Brunatny werniks na niemieckim ekspresjonizmie
ARCHIWUM
Zdjęcie Tadeusza Różewicza, fot. Jerzy Olek
Zapisać Różewicza. Rozmawiają: Tadeusz Różewicz, Mieczysław Porębski i Andrzej Sapija
KSIĄŻKA MIESIĄCA
Wacław Holewiński Mierząc się z legendą, ryje swój ślad...[Wojciech Chmielewski Jezioro Dargin]
wśród książek
Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska [Bogusław Kierc Atrakcje i nieszczęścia dla chwilowo żywych (epifanie, satyry i satyriazy)]
Damian Piwowarczyk [Elżbieta Zechenter-Spławińska Kot Moniki]
Piotr Kępiński [Arkadiusz Kremza Mokre szwy (Wybór wierszy 1997-2020)]
Adam Komorowski [Grzegorz Sowiński Ludzkie, niezbyt ludzkie. Collage filozoficzny]
Przemysław Pieniążek [Andrzej Muszyński Bez. Ballada o Joannie i Władku z jurajskiej doliny]
Grzegorz Supady [Krzysztof Niewrzęda Confinium. Szczecińska opowieść]
Marek Olszewski [Julian Kornhauser Krytyka zebrana]
Karol Płatek [Grzegorz Jankowicz Życie w kuli. Parmigionino, Ashbery i sztuka przemiany]
NA WIDNOKRĘGU
Marek Łukaszewicz Istnienie
Jerzy Franczak Paradoks szczerości
Waldemar Żyszkiewicz Krzysztofory. Helikon. Jaszczury. Ginsberg
Marek Sołtysik Artysta malarz Grzegorz Stec
Tomasz Bohajedyn Wiosna elektronicznego mordercy
Dariusz Bitner Spisek (37)
PRZEGLĄD ZAGRANICZNYNOTY - KSIĄŻKI NADESŁANEMÓJ TEMAT - RZYMSKIE STRONY
7-8/2021
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Elżbieta Baniewicz (teatr),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),
Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Małgorzata Brodacka (sekretariat)
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
FORMAT: 160,3×240,4 mm - PL ISSN 0041-4727 Copyright 2021 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl
Zbigniew MasternakMistrz świata we wszystkim (z księgi szóstej cyklu Księstwo)
Disco polo i kebaby
Wieczorny pociąg, którym jechaliśmy do Katowic z Puław przez Kielce, nazywał się "Gombrowicz". Dziwnie tak było jechać Gombrowiczem. Pisarz, który wszystkim wmawiał, że jest geniuszem, i w końcu wszyscy w to uwierzyli.
Wolałbym jednak jechać Mrożkiem, którego ceniłem znacznie bardziej. Te wszystkie maski i pozy Gombrowicza, które do niczego nie wiodły. Znacznie trafniej opisał Polskę i Polaków Mrożek.
Całą drogę wygłupialiśmy się z Wiktorkiem, który był małym łobuziakiem. Lubiłem słuchać przemyśleń syna, które były zaskakujące. Podobało mi się na przykład wymyślone przez niego słowo "wieczoraj", które znaczyło "wczoraj wieczorem".
W Kielcach do pociągu wsiadł mój dawny kolega z wydziału prawa - Drabik. Mocno łysiejący, z brzuszkiem, przygaszony. Był pomagierem komornika w Opatowie. To on niedawno ścigał mnie za niezapłacone grzywny. Już miałem się przesiąść, ale ten podszedł do mnie, żeby się przywitać.
- Przepraszam... - podał rękę i spuścił wzrok. Zaczął o sobie opowiadać, chociaż o to nie prosiłem.
- Byłem przez jakiś czas prokuratorem w Warszawie, ale dawali mnie do najcięższych spraw. Po dwóch latach prawie zwariowałem. Bez przerwy oglądałem się za siebie, czy ktoś mnie nie śledzi, nie chce dać w łeb. Rzuciłem to wszystko w cholerę i wróciłem do Opatowa, pracuję jako pomagier komornika. O czym dobrze wiesz... - zrobił aluzję do sytuacji, kiedy to nachodził mnie w domu za niezapłaconą grzywnę.
- Z deszczu pod rynnę - syknąłem, bo nie trawiłem typa, od kiedy mnie uparcie ścigał.
Drabik wszystko wiedział na mój temat - czytał wywiady i książki. O dziwo, uważał, że poradziłem sobie w życiu lepiej od niego. Dotychczas tak nie uważałem, ale rzeczywiście - zdobyłem to, co chciałem: utrzymywałem się z literatury i filmu, miałem piękną młodą żonę i fajnego synka. Dostałem parę nagród literackich. Tłumaczono mnie na języki obce. Właśnie jechałem do Wiednia na spotkanie autorskie z tamtejszą Polonią. Ciągle uprawiałem sport i byłem w dobrej kondycji. Myślałem o swoich kolegach i koleżankach ze szkoły. Jeden kolega, chłopak z bogatego domu, już od kilku lat nie żył. Zaćpał się, zapił. Dostał wszystko na tacy i nie potrafił sobie radzić w normalnym życiu, kiedy trzeba było o coś walczyć. Ja się walki nie bałem, byłem do niej przyzwyczajony od dziecka.
- Bądźmy w kontakcie - poprosił Drabik, wysiadając w Katowicach.
Gdy wsiedliśmy do dalekobieżnego busa, Wiktor od razu poszedł spać.
Jaga Hafner odebrała nas o świcie z Dworca Sudtiroler Platz - wreszcie mogliśmy się poznać osobiście. Była to szykowna, energiczna dama.
- Mam trzeciego męża. Ten jest Austriakiem. Pierwszy był Polakiem, drugi Ukraińcem. Przerobiłam tak prawie całe cesarstwo austro-węgierskie... - opowiadała.
Hafner w czasach wrocławskich była przyjaciółką Rafała Wojaczka, poznała całą plejadę wrocławskich twórców i krytyków. Niektórych zapraszała do Austrii na imprezy kulturalne. Słuchając opowieści o jej barwnym życiu, można było napisać sążnistą powieść przygodową.
- Polaków według oficjalnych szacunków jest w Wiedniu czterdzieści tysięcy. Nieoficjalnie - sto tysięcy. Polski język słychać wszędzie. I ta Polonia jest ze sobą strasznie skłócona.
Skojarzyło mi się to z Polonią... Warszawa - klubem piłkarskim, który w 2013 roku prawie przestał istnieć - pozostały tylko grupy kibicowskie, nie potrafiące ze sobą współpracować.
- W Wiedniu działają dziesiątki organizacji współpracy polsko-austriackiej - nie potrafią się jednak skrzyknąć i stworzyć mniejszości narodowej, co udało się znacznie mniejszym nacjom, jak Słowacy czy Czesi. A jest o co się bić - o grubą kasę na promocję własnej kultury, jaka należy się mniejszościom narodowym. Może problemem jest także fakt, że gdyby za mniejszość uznano Polaków, to należałoby i Turków, których tutaj jest równie dużo. A ze względu na zaszłości historyczne nie są w Austrii kochani...
Nocleg mieliśmy zarezerwowany w wiedeńskim oddziale Polskiej Akademii Nauk. Opłaciłem go z własnego honorarium. Próbowałem załatwić darmowe spanie przez Instytut Polski w Wiedniu (niezbyt kulturalna dyrektorka nawet nie raczyła odpowiedzieć na mojego mejla), przez wszystkie te "Strzechy" i inne organizacje polonijne, których tutaj zatrzęsienie, ale kończyło się na stwierdzeniu, że proszek do prania kosztuje, prąd również.
Po krótkiej drzemce najpierw zajrzałem na Targi Książki BuchMesse, zlokalizowane dwie stacje metra od Prateru i jedną stację od słynnego stadionu im. Ernsta Happela. Co prawda nie byłem gościem targów, ale na stanowisku Instytutu Polskiego znajdowała się niemiecka antologia o punkowcach - książka, której byłem współautorem.
- Strzeliłem gola Niemcom w maju 2012 roku, a we wrześniu już wydali mój tekst w przekładzie! - powiedziałem do naszej przewodniczki po Wiedniu.
Przywitaliśmy się z ekipą Instytutu. Młodzi ludzie wydali mi się sympatyczniejsi od pani dyrektor. Obejrzałem stoisko - ku mojemu zaskoczeniu znajdowała się tutaj także książka Totalny futbol Siarhieja Żadana, mojego ukraińskiego kolegi pisarza, ale też bramkarza, któremu strzeliłem dwa gole podczas Euro Pisarzy. Książki zestawione były bez ładu. Bylejakość - dobre skojarzenie dla polskiej ekspozycji podczas BuchMesse. To stoisko znajdowało się niedaleko stoiska Królestwa Arabii Saudyjskiej. Saudyjczycy urządzili prawdziwe show za petrodolary. Równie dobrze prezentowało się stoisko chińskie. Zastanawiałem się, z kim lepiej trzymać w dzisiejszym świecie - z Arabami czy Chińczykami. Patrzyłem na mojego małego synka, któremu przyjdzie żyć w tej nowej Europie, w tym zmieniającym się szybko świecie. Goniliśmy za nowymi technologiami, ale stare sprawy, jak różnice religijne, za nami się ciągnęły. I nie bardzo było widać sposobu na ich rozwiązanie.
W pobliżu odbywała się promocja chleba dla sportowców. To wydało mi się bardziej interesujące od marazmu polskiej placówki kulturalnej. Chleb był w kształtach różnych piłek - piłka nożna, ręczna, do koszykówki, do rugby. Trafił się nawet chleb - krążek hokejowy. Ten chleb sportowcy uprawiający powyższe dyscypliny powinni jeść przed zawodami. Pieczywo reklamował pochodzący z Austrii piłkarz, grający jako obrońca w Bayernie Monachium - David Alaba. Żeby dostać taki chleb, należało trafić gumową piłką z kilku metrów w niewielki otwór w kształcie koła. Nikomu to się nie udawało, były trzy próby. Uderzyłem mocno i precyzyjnie, jakbym wykonywał rzut karny i... trafiłem za pierwszym razem. Zawsze, kiedy było trzeba, potrafiłem się skoncentrować. To dlatego czterokrotnie byłem królem strzelców Mistrzostw Polski w piłce błotnej, trzy razy - królem strzelców w Pucharze Polski. Całkiem dobry wynik jak na pisarza. Mój piękny strzał widzieli przedstawiciele Instytutu Polskiego. Popatrzyli na mnie podejrzliwie - co to za pisarz, który tak celnie kopie piłkę? Jakoś nie miałem szczęścia do ludzi w polskich placówkach kulturalnych. Tak się rozochociłem piłkarskim wyczynem, że z targów książki pojechaliśmy na stadion Ernsta Happela. Obiecałem sobie, że jeszcze kiedyś tutaj wrócę zagrać mecz - z reprezentacją austriackich pisarzy, jeżeli taka powstanie. A może kiedyś zagra tutaj Wiktorek?
W Austrii grało kiedyś sporo polskich piłkarzy - Jacek Bąk, Adam Ledwoń, Krzysztof Ratajczak, Marek Leśniak, Marek Świerczewski.
- Wolałbym w Barcelonie - odrzekł mały i wiedziałem już, że ambicje będzie miał niezwykłe.
Pojechaliśmy na Prater, do centrum rozrywki. Mimo drugiej połowy listopada było dość ciepło - większość atrakcji działało, korzystało z nich wielu turystów. Renia zrobiła mi fotkę - udawałem, że palę skręta. Ziele na Praterze.
Wsiedliśmy z Wiktorkiem na Diabelski Młyn. Chyba najstarszy w Europie. W wagoniku znajdowały się rodziny Słowaków, Węgrów, nawet Rosjanie się tutaj zabłąkali. Wagony przesuwały się bardzo powoli, można było robić zdjęcia, chociaż Wiedeń był trochę zamglony. Widać stąd było wagonik restauracyjny, w którym jadło się obiad, podziwiając widoki.
Wiktorkowi podobało się w Wiedniu. Czy moglibyśmy żyć w takim mieście? Pewnie tak, bez przerwy się gdzieś przeprowadzaliśmy. Małemu się już nawet nudziło, kiedy za długo mieszkaliśmy w jednym miejscu, i chciał się przeprowadzać w następne.