Piotr SzarotaKraków 1945
VII
W lipcu 1945 roku do Krakowa trafił wraz z rodzicami dwudziestotrzyletni Stanisław Lem. Przyjechali ze Lwowa, w którego odzyskanie z rąk sowieckich mało kto już wtedy wierzył. Choć główna fala tak zwanych repatriantów miała zasiedlić "Ziemie Odzyskane" (też tak zwane), Lemowie dość nietypowo postanowili udać się do Krakowa. Tam bowiem, przy ulicy Śląskiej 3, czekało na nich niewielkie mieszkanie, które udostępniła im znajoma.
Z jednej strony uznać ich można za szczęściarzy. Szacuje się, że wojnę przeżyło tylko nieco ponad osiemset osób z ponad stutysięcznej żydowskiej populacji Lwowa. Choć Lemowie czuli się Polakami, Niemcy byli innego zdania - wojnę udało im się przeżyć tylko dzięki zdobytym z trudem aryjskim papierom. Po koszmarze okupacji konieczność opuszczenia rodzinnego miasta musiała napawać ich goryczą. Lem nigdy nie przestanie czuć się lwowiakiem wypędzonym ze swojego rodzinnego miasta, które nazywał "Ojczyzną". Do końca życia będzie powtarzał, że w Krakowie czuje się tylko "azylantem".
Lemowie obawiali się też nowych, komunistycznych porządków. Po tym, co widzieli we Lwowie, było to zupełnie zrozumiałe. Na domiar złego dochodziły do nich informacje o zajściach antysemickich mających miejsce w wyzwolonej już części kraju. Los chciał, że niedługo po ich przyjeździe do Krakowa na Kazimierzu miało dojść do pogromu. Na Lemie, który był naocznym świadkiem pogromu lwowskiego z początku lipca 1941 roku, musiało to zrobić wstrząsające wrażenie. Trudno się dziwić, że przez kilkadziesiąt lat pisarz unikać będzie rozmów na temat historii rodziny i swoich wojennych przeżyć. Jeśli robił wyjątek, zręcznie mylił tropy, wprowadzając w błąd rozmówców. Nawet początek jego pobytu w Krakowie przez lata skrywała tajemnica, do niedawna przyjmowało się na przykład, że Lemowie przyjechali tam dopiero w 1946 roku.
We Lwowie zostawili cały swój majątek i musieli teraz praktycznie zaczynać od nowa. Samuel Lem, który we Lwowie był cenionym laryngologiem, skończył w 1945 roku sześćdziesiąt sześć lat. Był dystyngowanym starszym panem ubierającym się ze staroświecką elegancją, który kompletnie nie przystawał do powojennej rzeczywistości. Mimo swojego wieku i choroby serca po przyjeździe do Krakowa zmuszony był podjąć po kilkuletniej przerwie pracę zawodową. Aż do śmierci pracować miał w jednym z krakowskich szpitali. Domowy budżet ratował Stanisław Lem. W Krakowie podjął studia na wydziale lekarskim, kontynuując naukę, którą zaczął we Lwowie. Dzięki zdanym tuż przed wyjazdem z rodzinnego miasta egzaminom, mógł studiować na trzecim roku.
Jak zauważył w swojej biografii pisarza Wojciech Orliński, zdecydowanie lepsze możliwości zarobkowania dałoby mu doskonalenie się w fachu, którego nauczył się podczas okupacji. Pracował wówczas jako pomocnik mechanika samochodowego i nauczył się spawać oraz posługiwać palnikiem acetylenowym. Szczęśliwie dla swoich późniejszych czytelników Lem wybrał jednak mniej opłacalną i bardziej krętą ścieżkę kariery. Jedną z osób, która miała zaważyć na jego późniejszej karierze, był doktor Mieczysław Chojnowski, który zaproponował zdolnemu studentowi współpracę w prowadzonym przez siebie Konwersatorium Naukoznawczym. Zadaniem Lema miała być prezentacja wybranych przez doktora prac naukowych, głównie anglojęzycznych, co wymagało od niego ekspresowego opanowania tego języka. W późniejszym okresie zatrudniony został też w miesięczniku "Życie Nauki", co przyniosło mu pierwszą po wojnie pensję - 500 złotych. Drugim ważnym dla niego człowiekiem, którego spotkał wtedy Lem na swojej drodze, był Jerzy Turowicz. "Zapadłem na pisanie wierszy - bo na to się zapada jak na chorobę - zacząłem z nimi chodzić w różne miejsca. Tak trafiłem do redakcji "Tygodnika Powszechnego"" - wspominał po latach. I tak to się mniej więcej zaczęło.
Ze Lwowa pochodziła także rodzina Zbigniewa Herberta. Herbertowie z dwójką dzieci opuścili miasto wiosną 1944 roku, aby osiąść w podkrakowskich Proszowicach, gdzie ojciec poety, Bolesław, objął posadę dyrektora miejscowego banku. W Krakowie pojawili się wiosną 1945 roku i zamieszkali przy ulicy Śląskiej 9a, kilka kroków od domu, w którym mieszkać będą państwo Lemowie. Po latach autor Raportu z oblężonego Miasta wspominać będzie wyprawy z siostrą Haliną do teatru, oglądali m.in. Męża doskonałego - spektakl, którym zainaugurował swą powojenną działalność Stary Teatr. W maju 1945 roku Bolesław Herbert dostał propozycję objęcia atrakcyjnej posady naczelnika wydziału finansowo-budżetowego Gdańskiej Dyrekcji Odbudowy, rodzice postanowili więc, że Halina i Zbigniew będą studiować w Krakowie, oni zaś wyjadą do Sopotu. Kilka tygodni później przyszły poeta będzie już mógł rozkoszować się samodzielnością, ale życie będą wieść z siostrą bardzo skromne. Jednym z jego wynalazków będzie "naprawianie" dziurawych butów poprzez wypełnianie ich od środka wyściółką z gazet. Dwudziestoletni wówczas Herbert przyglądał się też z niepokojem narzuconym przez komunistów nowym porządkom. Do swojego szkolnego kolegi Zdzisława Ruziewicza 27 lipca napisze: "mamy Polskę (jaką, za długo opowiadać). Można w każdym razie oddychać jednym płucem. Możliwości życia na ogół marne, ale są".
75 lat
"Rzadka to uroczystość w naszym czasopiśmiennictwie. Nawet przed wojną miesięczniki literackie były raczej efemerydami. Po wojnie "Twórczość" jest jednym z nielicznych pism, które liczą sobie dwadzieścia pięć lat" - tak Jarosław Iwaszkiewicz zaczął tekst redakcyjny zamieszczony w jubileuszowym numerze "Twórczości" z sierpnia 1970 roku. Już w tych trzech zdaniach widać, jak był dumny z tej długowieczności jego ówczesny redaktor, choć o tej swojej dumie napisał tak prosto i skromnie, jak to tylko było możliwe.
Podobnie zaczął w 1985 roku Jerzy Lisowski, który po śmierci Iwaszkiewicza kierował "Twórczością": "Czterdzieści lat to szmat czasu. Dla miesięcznika literackiego to długowieczność niebywała. Dla polskiego miesięcznika literackiego - bez precedensu. Niewiele wychodzi dziś w Europie starszych od nas miesięczników literackich". I zaraz dorzucił: "Lecz przecież wiemy, że zasług nie mierzy się latami trwania [...]. Sądzić nas będą spadkobiercy, my nie prosimy jeszcze o laury...".
Czas płynie, "Twórczość" trwa i teraz kończy siedemdziesiąt pięć lat, a my, jej zespół, mamy szczęście w tym uczestniczyć. I cóż możemy napisać z tej okazji? Że jesteśmy skromni, bo choć niektórzy z nas są związani z tym pismem od dziesięcioleci, to jednak nikt nie miał szans być u jej początków? To oczywiste. Że jesteśmy spadkobiercami, że chcemy być duchowymi spadkobiercami "ojców założycieli" "Twórczości"? To także oczywiste, inaczej przecież nie byłoby nas w tej redakcji, a to, ile warta jest nasza robota, ocenią inni. Pochwalić się tym, że na łamach "Twórczości" pojawiły się wszyscy najwybitniejsi polscy pisarze powojenni? Nie wypada.
Nam zależy na tym, by nie zapominać tego, co deklarowali nasi poprzednicy, bo uważamy, że siłą "Twórczości" jest jej głębokie zakorzenienie w przeszłości i że bez wielkich słów powinniśmy stać w świecie rozchwianych wartości na straży prawdziwej literatury. Tak jak to pisał - zapewne (bo wstępniak pierwszego numeru jest anonimowy) - Kazimierz Wyka: "Miesięcznik nasz pragnie być przede wszystkim wiernym odbiciem współczesnej twórczości w prozie i poezji". Jakby kontynuując myśl pierwszego redaktora naczelnego, cztery dekady później Jerzy Lisowski napisał, że ambicją naszego miesięcznika było od jego początku dochowanie wierności "wartościom literackim - stąd [...] obowiązek przedkładania czytelnikom tylko najlepszych rzeczy - czy wydających się nam najlepszymi". Stąd też wspomniany przez Lisowskiego eklektyzm "Twórczości", bo nie byliśmy i nie jesteśmy czasopismem literackim związanym z jakimś programem artystycznym czy grupą. Lisowski w cytowanym fragmencie jasno określił nasze priorytety i ambicje. I tego chcemy się trzymać ze wszystkich sił, zwłaszcza teraz, gdy literatura artystyczna jest coraz mniejszą wysepką na oceanie literatury rozrywkowej. Ta druga jest czytelnikom potrzebna, co świetnie rozumiemy, ale ta pierwsza musi trwać, bo jest czymś w rodzaju laboratorium, w którym trwa praca nad językiem, nad metodami opowiadania i odsłaniania świata wewnętrznych przeżyć człowieka. No i bywa też czasami po prostu popisem mistrzowskim.
Przygotowując ten jubileuszowy numer, staraliśmy się pokazać polską literaturę w całej jej różnorodności, ale też w powiązaniu z historią naszego miesięcznika. Silną reprezentację polskiej poezji, która zawsze była naszym (narodowym) powodem do dumy, stanowią zestawy wierszy dziesięciorga wspaniałych poetów - są to: Jerzy Kronhold, Bogusława Latawiec, Krystyna Miłobędzka (z utworami dedykowanymi wieloletniemu redaktorowi twórczościowego działu poezji Ziemowitowi Fedeckiemu), Krzysztof Mrowcewicz, Wacław Oszajca, Ewa Sonnenberg, Leszek Szaruga, Adam Zagajewski, Elżbieta Zechenter-Spławińska i nasz nieżyjący kolega redakcyjny Marian Grześczak. W dziale prozy przede wszystkim tekst nestora polskiej literatury Józefa Hena i dwa krótkie opowiadania Kazimierza Orłosia, pisarza, który jest symbolem oporu i niezależności polskiej kultury w czasach PRL i cenzury. Eustachy Rylski prezentuje na naszych łamach opowiadanie Inne tony, a młodszy od niego o prawie dwie dekady Waldemar Bawołek fragment powieści, nad którą pracuje. No i wielkie nadzieje współczesnej polskiej literatury, cieszący się już uznaniem reprezentanci młodego pokolenia, Dominika Słowik, która napisała utwór specjalnie do jubileuszowej "Twórczości", oraz Paweł Sołtys.
Mistrz polifonicznego eseju historycznego, o ile taki gatunek istnieje, Piotr Szarota opisał Kraków 1945, czyli to, co działo się tuż po wojnie w mieście skupiającym wtedy życie kulturalne kraju ożywającego po wojnie i pokazuje, w jakiej atmosferze rodził się miesięcznik "Twórczość". O jego pierwszym redaktorze naczelnym, Kazimierzu Wyce, pisze w eseju Pochwała krytyki Janusz Drzewucki, tegoroczny laureat nagrody imienia tego wybitnego krytyka. A potem esej o krytycznej działalności Donata Kirscha i Henryka Berezy, pióra Macieja Libicha, czyli reprezentant dzisiejszego środowiska młodoliterackiego czyta teksty z czasów, gdy nasz redakcyjny kolega proklamował "rewolucję artystyczną w polskiej prozie".
Po literackiej Nagrodzie Nobla dla Olgi Tokarczuk nie wypadało nie spojrzeć na polskich laureatów z ostatnich dekad, zwłaszcza że ich książki i książki o nich są stale obecne w księgarniach, a oni sami gościli w różnych okresach i w różny sposób na łamach "Twórczości" - piszą o nich: Andrzej Mencwel, Aneta Wiatr i Andrzej Zieniewicz. Czesław Miłosz jako autor nieznanego dotychczas listu do Jacques'a Maritaina pojawia się w naszym Archiwum, a jako autor listów do Jana Błońskiego jest także obecny w tym numerze, w dziale recenzji. Omawiamy tam też nową książkę o Edwardzie Stachurze, pisarzu, który stał się literackim guru przede wszystkim za sprawą intensywnej obecności na łamach "Twórczości", a także nową powieść Grzegorza Musiała, również twórczościowego autora. Do grona naszych przyjaciół przez dziesięciolecia należał też Janusz Głowacki, o czym przypomina nam jego przewrotny i zapomniany felieton.
Na koniec jeszcze tylko odrobina żalu, że nie udało nam się w tym numerze - mimo że ma zwiększoną objętość - zmieścić wszystkich tekstów, które chcieliśmy pokazać. Mamy nadzieję, że jeszcze wiele przed nami, no i w listopadzie kolejne święto - dziewięćsetny numer "Twórczości". Ale nie tylko uroczystości nam w głowach, bo - jak to przed laty napisał Jerzy Lisowski - istniejemy po to, by nic z polskiej kultury nie zostało zmarnowane, "po to właśnie była i jest "Twórczość". Innej powinności nie mamy i nie chcemy".
zespół "Twórczości"
Krzysztof ĆwiklińskiStara kobieta w zielonym bugatti
Grzegorz Musiał: Ja, Tamara. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2020, s. 584.
W niespełna rok powieść ta miała dwa wydania. Nie zdziwię się, jeśli niebawem będzie mieć trzecie. Nie zdziwię się wcale, jeśli zaraz po tym posypią się przekłady. Nie zdziwię się, gdy zostanie zekranizowana. Nie zaskoczy mnie też deszcz nagród, bo takiej powieści nie mieliśmy od dawna, o ile - nie chcę tu minąć się z prawdą - mieliśmy kiedykolwiek. Nie zdziwi mnie nawet nieprzychylna krytyka literackich rewolucjonistów czy utyskiwania salonowych malkontentów. Zdziwić mnie może tylko jedno. Obojętność, bo przejść obojętnie obok Tamary Łempickiej i niezwykłej powieści o niej pióra Grzegorza Musiała po prostu nie sposób. Powiedzieć, że to powieść znakomita, to powiedzieć niewiele, co najwyżej ćwierć prawdy, stwierdzić fakt i na tym poprzestać.
Pierwsze wydanie, które w ubiegłym roku ukazało się nakładem bydgoskiej Oficyny "Epigram" w formacie opasłego, bo ponad siedemset stron liczącego pocket-booka, przeszło - jeśli czegoś nie przeoczyłem - prawie bez echa, bez jakiejkolwiek reakcji ze strony mediów. I niech nikt mi nie mówi, że miejsce edycji jest nieważne, że promocja ma znaczenie drugorzędne i że wybitne dzieło obroni się samo. Nie obroni się. Nie na targowisku próżności, nie w jarmarcznej budzie, jaką w dużej mierze po opanowaniu marketów i galerii stał się nasz rynek księgarski, nie podczas niewstrzymanej inwazji dzieł co najmniej podejrzanej proweniencji, kiedy to regułą jest, że zła literatura wypiera dobrą i psuje ją, jak zły pieniądz psuje dobry, nie w sytuacji, gdy czytelnictwo upada, a o dobry gust coraz trudniej, nie w sytuacji, gdy książka jest towarem jak - nie przymierzając - śledzie i trzeba ją sprzedać. Może przesadzam, ale w dobrej wierze, ze szlachetną intencją, mając na uwadze to choćby tylko, że sztuka czytania i rozumienia wciąż pozostaje elitarna, dziś nawet bardziej niż kiedyś. W tej sytuacji powieść o sławnej niegdyś malarce, która rzuciła sobie do stóp Paryż, która wyniesiona na szczyty, oglądała świat z wysoka i wiodła życie niezwykłe, lecz i tragiczne zarazem, pełne bólu, upokorzeń, poniżenia i udręki, zdaje się stawać na pozycji z góry przegranej, bo tradycyjna, klasyczna, wysmakowana i ekskluzywna, choć nie hermetyczna w sferze języka i idei, stawia przed czytelnikiem najwyższe wymagania estetyczne i intelektualne. Do wejścia w jej świat potrzeba specjalnej przepustki, o którą niełatwo, bo w połowie zdobywa się ją latami wysiłku, w połowie - jakby powiedział Brodski - ma się ją od Boga, a przy tym Ja, Tamara nie jest modelową powieścią biograficzną, skrupulatną, rzeczową, dokumentarną, konfrontującą źródła, weryfikującą relacje, słowem: realizującą utrwalony paradygmat gatunkowy, jaki znamy i do jakiego przywykliśmy. Odbiega od niego dalece, a inwencja pisarza w kształtowaniu materii biograficznej jest nadzwyczajna, skutkiem czego zyskujemy ni mniej, ni więcej, tylko... autobiografię Tamary Łempickiej, której ona sama nigdy nie napisała, choć gdyby to zrobiła, to może tak właśnie, nie inaczej.
Tych wszystkich, którzy znają twórczość Grzegorza Musiała, poety, powieściopisarza, diarysty, eseisty, tłumacza, i mniej czy bardziej uważnie śledzą ją od błyskotliwych debiutów Kosmopolites i Stanu płynnego po Dziennik bez dat i Al fine, i którzy od lat bodaj dwunastu wyglądali jego nowej książki, fakt, że sięgnął po biografistykę, musiał zaskoczyć, bo takich predylekcji pisarz dotychczas nie zdradzał. Sam nie potrafiłbym wskazać żadnego artysty, którym Musiał by się interesował na tyle, aby pozwolić mu zawładnąć swoją wyobraźnią, nawet Ginsberg i Salinger, o których chętnie mówił, a pierwszego z nich nawet tłumaczył, wydawali się bardziej obiektami młodzieńczych uniesień niż osobowościami, którym gotów byłby poświęcić dziewięć lat swojego życia i - cóż tu kryć - wznieść pomnik, i to pomnik - pewien jestem - trwalszy od tych, które tak łatwo obalić, a ich spiż przetopić, w dodatku wznieść go artystce na poły zapomnianej, która nie ma nawet nagrobka, bo jej grobem jest wulkan. Zresztą po wielkich retrospektywach ta niepamięć o Łempickiej jest mocno osobliwa, a już zwłaszcza, gdy podobno w Hollywood przygotowuje się film fabularny o niej, jej obraz La Musicienne z 1929 roku kupiony zostaje za ponad dziewięć milionów dolarów, a dwa lata wcześniejszy La tunique rose sprzedaje się na aukcji Impressionist & Modern Art w nowojorskim domu aukcyjnym Sotheby's za ponad trzynaście milionów dolarów, drożej od licytowanych równocześnie obrazów Moneta, Degasa i Picassa, z kolei podczas jednej z tegorocznych aukcji w Londynie Portrait de Marjorie Ferry został sprzedany za ponad szesnaście milionów funtów, nadto jej obrazy obejrzeć można w stworzonym przez Marka Roeflera muzeum sztuki Villa la Fleur w Konstancinie-Jeziornej, a więc nieledwie w Warszawie, zarazem jednak przed kilkoma laty nie było zainteresowania dla organizacji jej wystaw w Sopocie i Toruniu, i to mimo wsparcia, jakiego inicjatywie udzielili Alain Blondel i Victor Contreras. Jest to tak samo dziwne, tak samo jakąś zastanawiającą ironią podszyte, jak niezwykłe było życie malarki i jak zdumiewającą, fascynującą i odpychającą osobą, uwielbianą przez jednych i znienawidzoną przez innych, była ona sama, zarówno w chwilach sławy, jak i w godzinie klęski, zarówno jako przedmiot pożądania i obiekt zazdrości, jak i cel ataków i przebrzmiała wielkość, ekscentryczna artystka i kura domowa, ekscytująca nouvelle i nieponętna démodé, w końcu, zwłaszcza po śmierci drugiego męża i przeprowadzce z Nowego Jorku do Houston, osoba całkowicie prawie anonimowa.
Dlaczego Tamara? Dlaczego właśnie ona? Mam swoją koncepcję, choć nie wiem, jak dalece dorzeczną, a jak dalece błędną. Otóż wydaje mi się, że jakkolwiek zawsze decyduje przypadek, dając jakiś znak, którego sens trudno na początku odczytać, to nie sam splot trudnych do przewidzenia okoliczności rozstrzyga o artystycznych konsekwencjach tego znaku, ale coś, co nazwałbym jasnym zachwyceniem, jakkolwiek jądro takiego afektu może być mroczne. Wyobrażam sobie, że kapryśna i nieznośna, wyniosła, nierzadko zadręczająca otoczenie swoimi fanaberiami Łempicka zachwyciła i uwiodła pisarza nie anegdotą z drugiej ręki, nie legendą heroiny paryskiej bohemy, nie pozycją, którą osiągnęła i utraciła, ale swoją tajemniczą niejednoznacznością. Przyciągnęła go może nie ekscentryczna malarka narzucająca swój unikalny, nowoczesny i staroświecki zarazem styl epoce, ale kobieta wyzwolona, o głębokiej, przepastnej wręcz osobowości, która postanowiła wbrew obyczajom i wymaganiom swojej sfery odrzucić przynajmniej część panujących w niej zasad, wziąć życie przebojem, zerwać zakazany owoc, nadgryźć go i wyrzucić, by sięgnąć po kolejny; stworzyć samą siebie wbrew wszystkiemu i wszystkim, stworzyć siebie niepowtarzalną z marzeń, ambicji oraz sprzeczności i wygrać ze światem. Zaczyna już jako mała dziewczynka, która sama zmienia sobie imię i zmusza otoczenie do zaakceptowania tego pierwszego gestu niezależnej twórczyni. Cena, jaką przyjdzie jej zapłacić za to zwycięstwo, będzie wysoka, może nawet najwyższa z możliwych: tą ceną będzie ona sama.
Tamara Łempicka była żywą historią i legendą, ikoną swojej epoki, która jej i jej podobnym nie oszczędziła niczego. Urodzona w Warszawie i po kres życia z uporem podkreślająca swoją - prawda, że bardziej symboliczną niż rzeczywistą - polskość, niby rzadki klejnot, który jednych fascynuje, drugich irytuje, a dla wszystkich, którzy woleliby widzieć ją Rosjanką, Francuzką, Włoszką czy nawet Żydówką, jest czymś bez mała niestosownym, beztroską młodość spędziła w Petersburgu, w gronie kobiet, gdzie jedynym mężczyzną był bajecznie bogaty wuj, w łabędzim puchu dekadencji upadającego imperium. Naraz coup de foudre i małżeństwo (po przełamaniu początkowych, słusznych, jak się dziś zdaje, oporów rodziny) z ujrzanym po raz pierwszy na balu u Jusupowych zjawiskowo pięknym, ale i kompletnie bezpieniężnym Thadée Łempickim, młodym prawnikiem, krewnym Norwida, macierzyństwo, wojna, klęska caratu, barbaria bolszewizmu, wreszcie ocalenie od śmierci za cenę zdrady i ucieczka przez Szwecję do Francji, która w salonach, kabaretach, tancbudach, tawernach alkoholem, kokainą i orgiami, przy których zbladłby Kaligula (bezcennych ich opisów dostarczają pamiętniki Artura Rubinsteina), leczy swoją traumę po Wielkiej Wojnie i śni radosny, szalony, perwersyjny sen nowoczesności, a gdzie spełnić ma się jej miraż o artystycznym tryumfie. Wchodzi w ten świat młoda, inteligentna, swobodna, bezpruderyjna, utalentowana i staje się dla tego zepsutego już świata, mimo licznej i bezlitosnej konkurencji, objawieniem. Najważniejsi i najbogatsi zaczynają zabiegać o jej względy, ona zaś wyniośle i oszczędnie udziela swych faworów i prędzej dostąpi ich ubogi skrzypek z hotelowej orkiestry niźli monarcha czy milioner.
By opowiedzieć tę niezwykłą historię, Grzegorz Musiał ucieka się do chwytu w biografistyce rzadkiego, wyjątkowego: oddaje głos bohaterce, pozwala jej wygłosić monolog, skłania do wyznań i ma nadzieję, że spowiedź będzie szczera, choć ograniczona włącznie do rachunku sumienia, bo o żalu, poprawie i pokucie u kogoś takiego, jak ona, niejako a rebours deklarującego przywiązanie do tradycji katolicyzmu, nie może być mowy. W posłowiu do pierwszego wydania Ja, Tamara Jerzy Jarzębski, poruszony i zachwycony powieścią, uznał ten zabieg za ryzykowny, ale ryzyko się opłaciło. Przyjaciel Tamary, rzeźbiarz Pablo (postać fikcyjna, za którą ukrywa się rzeczywista), gdy ta, przyzwyczajona do codziennych rozmów z nim, ma wyjechać do Europy, kupuje kasetowy magnetofon i namawia ją, by mówiła do tego bezdusznego urządzenia tak, jak mówiła do niego, on zaś będzie na drugim magnetofonie nagrywał swoje odpowiedzi. Tamara daje się namówić. Jest starą kobietą, ma siedemdziesiąt osiem lat, jest schorowana, pozostały jej niespełna cztery lata życia. Umysł co prawda, duch, odrzuca starość, ale ciało ulega mu. Malarka wciąż dużo pali i nie stroni od dobrych trunków i z rana, i wieczorem, styl życia jest wciąż wysoki i nieuporządkowany, wypominających jej wiek obija torebką, więc choć nieprzekonana do tej dziwnej skrzynki, która ma utrwalić i przechować jej głos, podejmuje wyzwanie, by znów być młodą i przejść to wszystko jeszcze raz. Przechodzi więc całe swoje życie, od dziecięcych wypraw do Włoch z dystyngowaną babką Klementyną, po ucieczkę z Europy, gdy huk podbitych buciorów hitlerowskiego żołdactwa poniósł się przez Václavské náměsti i zadudnił na moście Karola, od kaprysów zepsutej bogactwem dziewczynki, która terroryzuje otoczenie, symulując padaczkę, po naznaczoną ranami duszy Kasandrę, dla której los jej rodzinnego kontynentu jest przesądzony. Tam, gdzie nie mówi Tamara, a mówi Pablo, paradoksalnie także mówi Tamara, której potężna indywidualność przytłacza ten drugi podmiot, podmiot dopowiadający, skromnie ukryty w cieniu wielkiej artystki, jak ona sama, dobiegająca swych dni, świadomie ukrywa się w cieniu wulkanu, który bezskutecznie próbuje namalować. Sławna portrecistka próbuje ująć w ramy mężczyznę swojego życia, potężny i przerażający swą agresywną, niepohamowaną siłą wulkan Popocatepetl, który jeśli wierzyć legendom, nim stał się wypluwającą żar górą, był trawionym żarem miłości azteckim wojownikiem, i nie potrafi tego zrobić. Pierwszy raz temat ją przerasta.
Zatem Tamara opowiada. Czy można jej wierzyć? Gdyby Grzegorz Musiał pisał biografię Tamary Łempickiej, a przecież napisano już o niej sporo, by przywołać tu choćby prace Laury Claridge, Kizette de Łempickiej-Foxhall, Gillesa Nereta, Gioi Mori, Patricka Bade'a i Antje Kroschewski, sięgnąłby po źródła, wiedziony być może pokusą obiektywizmu, dążeniem do przedstawienia literalnej prawdy w sensie logicznym, ale sięgnął po nie w celu przeciwnym. Jego Tamarze, a pewien jestem, że też tej rzeczywistej, której prochy czterdzieści lat temu spoczęły w kraterze wulkanu, w objęciach - by tak rzec - ostatniego, niespełnionego kochanka, wierzyć można, ale podejrzliwie, z zachowaniem szczególnej ostrożności. To jest jej i tylko jej opowieść, nie jej autentycznych i domniemanych kochanków i kochanek, ku którym popychała ją fascynacja fizycznym pięknem. Dlatego pewnie jest prawdziwa i ciekawa, a prawdziwsza tym bardziej, im bardziej, bezwiednie lub celowo, zawodzi ją pamięć, im bardziej jest niekonsekwentna. Można sięgnąć do któregokolwiek z rozdziałów powieści Musiała, by znaleźć miejsce, w którym Tamara - na pozór otwarta i szczera, odważnie gotowa na wiwisekcję - modeluje swoją przeszłość, poprawia ją i wierzy w te poprawki; jej świadomość toleruje te zabiegi i asymiluje ich efekty, a mania wielkości wymyka się spod kontroli. Można się zastanawiać, jak było, ale wszak przyzwyczajona do nieustannego przekraczania granic Tamara przekracza i tę. Przykład jeden z wielu, ale bodaj najsmakowitszy, najbardziej plastyczny. Gabriele d'Annunzio, bohater wojenny i literacki dyktator, dziś odstawiony wraz z całą swą twórczością do lamusa, do którego nie zaglądają nawet Włosi, przy tym irytujący kabotyn, według Tamary bezskutecznie starał się o jej względy, czemu i wówczas, i później zaprzeczała służąca pisarza, której rewelacje erotyczne chętnie powtarzała nie tylko brukowa prasa, bardziej interesująca się prywatnością artystki niż jej malarstwem. Jak było, nie wiemy. Tamara uwielbiała prowokować. Jej zachowania nieraz były niezrozumiałe i odstręczające. Miała zwyczaj nie kryć się z poglądami, ferowała sądy kontrowersyjne i wyroki niesprawiedliwe. Taka też pozostała i mówi o tym do miniaturowego mikrofonu bez skrępowania. Czy zatem jest to powieść skłamana? Nie. Jest prawdziwa nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy Tamara zapętla się w wyznaniach i przeczy sama sobie. Faktograficznie jest to opowieść perfekcyjna, ale to, co w niej najciekawsze, co najbardziej intrygujące, jest w Tamarze; w skrócie: nie co ogląda, ale jak ogląda i jak nam to przedstawia, a przecież przeszła niejedno i widziała wiele, obracała się pośród największych i była jedną z nich, mieszkała w największych metropoliach, była ich najpierwszą obywatelką, a ostatnim jej domem, cichą przystanią dla znienawidzonej starości, stała się prowincjonalna Cuernavaca, gdzie czterdzieści lat wcześniej Malcolm Lowry zaczynał pisać swoją sławną biblię alkoholizmu, a zbliżająca się do kresu wielka niegdyś malarka, która potrafiła na płótnie pogodzić renesans z barokiem, wypowiada swoją własną apologię, ostatecznie niepogodzona ze sobą i światem. Wyobrażam sobie unoszący się nad kraterem wulkanu helikopter, z którego przybrany syn księcia Filipa Jusupowa wysypuje szary proch doczesnych szczątków Tamary, i starą kobietę w zielonym bugatti, w którym będąca u szczytu sławy malarka sportretowała samą siebie i ten właśnie autoportret, zyskawszy rozgłos, stał się jej znakiem firmowym i symbolem art déco, trwałym i niezniszczalnym, podczas gdy wytworna i ekstrawagancka maszyna, ofiarowana jej przez markiza Guida Picenardiego, przetrwała tylko na tym obrazie i powtarzanej w dziesiątkach relacji legendzie. Wyobrażam sobie Tamarę, choć nie mogę powiedzieć, by była mi sympatyczna i bliska, by jej potężny cień sięgnął także mnie.
Ja, Tamara kończy się (urywa?) w chwili, gdy Łempicka, wtedy już baronowa Kuffner, stawia pierwsze kroki w nowojorskim porcie, gdy w urzędzie wypełnia imigracyjną ankietę, gdy na nabrzeżu gra na jej cześć orkiestra i wiwatują entuzjastki, a ogromna Myszka Miki wita ją radosnym Welcome. Zastanawia mnie to zamknięcie. Czy jest ono otwarciem? Przecież przed nią jeszcze ponad czterdzieści lat. Kalifornia, gdzie będzie portretować największe gwiazdy amerykańskiego filmu, Nowy Jork, gdzie umrze mąż i gdzie przyblednie jej sława, gdzie sięgnie po szpachlę, narzędzie impresjonistów, i tematykę sakralną, Houston, gdzie narastać będzie konflikt z córką, a jej nowe obrazy, już nie kubistyczne, ale abstrakcyjne, nie wzbudzą niczyjego zainteresowania i gdzie według własnych jej słów utraci sens dalszego uprawiania sztuki, wreszcie Cuernavaca, gdzie dowie się, że znów jest w centrum uwagi krytyków sztuki, marszandów i dyrektorów muzeów, i przyjmie to ze zdziwieniem. Zatem: czy będzie kontynuacja, drugi tom? Czy Tamara ponownie ożyje? Czytelnik chciałby, by ożyła. Krytyk żywi obawę. Oby się mylił.
Powieść Grzegorza Musiała, znakomita, rewelacyjna, którą trzeba sobie dawkować, by swym bogactwem nie uderzyła do głowy i nie zwaliła z nóg, jest nie tylko powieścią o fenomenie Tamary Łempickiej, o jej pasji życia, ekstazie i udręce. To także portret czasu i sąd nad minionym stuleciem. To także powieść o sztuce w ogóle, mocna, niepokojąca, jedyna w swoim rodzaju. A jednak to tę właśnie powieść, jedną z bezsprzecznie najwybitniejszych powieści polskich ostatnich lat, zlekceważyło pięć kolejnych wydawnictw: trzy ją odrzuciły, dwa zignorowały, nie kwitując nawet słowem. Reszta niech pozostanie milczeniem.
Leszek BugajskiCo może inteligent?
Magdalena Grochowska: W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke. Posłowie Anna Wolff-Pawęska. Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019, s. 688.
Od momentu ukazania się tej książki minęło już kilka miesięcy i ze zdumieniem wsłuchuję się w milczenie, jakie ją otacza, mimo że już na pierwszy rzut oka wygląda ona na książkę ważną, zwłaszcza dla grupy społecznej nazywanej inteligencją, z jakiej - przynajmniej teoretycznie - wywodzą się osoby zawodowo zajmujące się literaturą. W czasopismach wytropiłem tylko dwie recenzje książki Magdaleny Grochowskiej: autorem opublikowanej w "Gazecie Wyborczej" jest Andrzej Brzeziecki, drugą - dla "Nowych Książek" - napisał Adam Komorowski. Czy recenzenci przestraszyli się tego, że książka gruba i nie taka znów łatwa w czytaniu? Może im się nie chciało, bo robota żmudna i słabo płatna... A może problemy i duchowe rozterki inteligencji mało kogo już dzisiaj obchodzą, bo inne grupy społeczne nadają ton temu, co się dzisiaj dzieje w tak zwanej przestrzeni publicznej? A może po prostu to milczenie to zawstydzona, bo negatywna, odpowiedź na pytanie, jakie stawia w posłowiu do książki Anna Wolff-Pawęska: "czy jesteśmy gotowi do przyswojenia sobie lekcji historii XX wieku, wiedząc, że konsekwencje ideologicznego szaleństwa minionego wieku okazały się zaprzeczeniem jego obietnic: zamiast wspólnoty - wykluczenie, zamiast budowy nowego świata - totalne zniszczenie, zamiast bezpieczeństwa - apokalipsa, a zamiast nowego człowieka - antyczłowiek, zdolny do największych zbrodni".
Faktem jest, że z takimi pytaniami - niezależnie od tego, czy dotyczą one całego XX wieku, czy tylko jakiejś jego dekady - zawsze mamy kłopot, bo jako zbiorowość z trudem wyciągamy wnioski z doświadczeń. Jeśli nawet ten czy ów przytomnie coś wymyśli, to z reguły ginie zatopiony w szaleństwie, któremu bezwolnie ulega zbiorowość. Zresztą szaleństwo ludzkiej zbiorowości to stały element naszego trwania na Ziemi - różnica polega głównie na jego zasięgu, który uzależniony jest przede wszystkim od zasięgu i tempa przepływu informacji. Szaleństwa ideowe XX wieku powstawały i narastały na bazie gospodarczych kryzysów i społecznych napięć oraz fobii, ale to prasa i radio dały im rozpęd, dzięki któremu osiągnęły rozmiary apokaliptyczne i tragiczne. Strach więc sobie wyobrazić, co może się dziać w XXI wieku, gdy szaleństwa napędzane są przez o wiele skuteczniejsze media niż tamte, zwłaszcza zaś Internet. I można się pocieszać tym, że samo słowo szaleństwo się zdeprecjonowało, bo są szaleństwa mody, szaleństwa muzyczne i inne, ale szaleństwa ideologiczne są tak samo groźne, jak w minionym wieku i jak były w bardziej odległych momentach historii. To dlatego Adam Pomorski w notce na okładce książki Grochowskiej napisał, że jej zawartość jest "pełna złych przeczuć".
Co się za tym kryje? Nawet ktoś, kto nie interesuje się specjalnie polityką, jeśli nie widzi, to przynajmniej czuje, że w naszym świecie źle się dzieje, że nasila się napięcie pomiędzy różnymi nacjonalizmami, że populiści rosną w siłę, że pod skórą świata kumuluje się niepostrzeżenie jakiś niedookreślony niepokój, a także niepewność, czy aby sprawy świata zmierzają w dobrą stronę. A taka niepewność to dobra gleba dla systemów autorytarnych, a systemy autorytarne to - mimo ewentualnych sukcesów na starcie - na dłuższą metę nic dobrego. O tym przekonał nas wiek XX. Zwłaszcza nas, wciśniętych jako kraj między dwa takie systemy. I chociaż ponad dwa tysiące lat powtarzamy, że historia jest nauczycielką życia, jakoś nic konkretnego z tego nie wynika. A nawet więcej: mamy skłonność lekceważyć maksymę Cycerona, jakby się już ostatecznie skompromitowała, czemu można byłoby dać wiarę, bo skoro coś nie działa przez dwa tysiące lat, to musi zawierać w sobie poważny błąd, ale nie można w tę kompromitację uwierzyć. Wyciąganie wniosków z doświadczenia jest przecież jednym z elementarnych zadań, jakie stają przed rozumnym człowiekiem. Tyle że ci rozumni ludzie są - zdaje się - w mniejszości i coraz bardziej lekceważeni.
I to prawdopodobnie skłoniło Magdalenę Grochowską, dziennikarkę poważnie zajmującą się środkowoeuropejskimi inteligentami czy też intelektualistami, do napisania książki W czasach szaleństwa. Czy to jest Zniewolony umysł Czesława Miłosza a rebours? W jakimś stopniu tak. Lecz w większym stopniu - na co słusznie zwrócił uwagę Adam Komorowski - zainspirowała autorkę Hannah Arendt swoją książką Men in Dark Times z 1968 roku o tym, jak niektórym udało się "przeżyć życie" wśród katastrof politycznych XX wieku, "zachowując integralność osoby, nie poddając się konformizmowi stadnych zachowań, na które intelektualiści nie są bardziej immunizowani niż wszyscy ludzie". A powinni być odporni na uwodzenie przez byle politycznych hucpiarzy i nie ulegać stadnym instynktom. Po to są, by - mówiąc najprościej - dawać przykład. I o takich właśnie modelowych sposobach inteligenckiego zachowania traktuje książka Grochowskiej. W obszernych szkicach prezentuje cztery postaci, których dobór na pierwszy rzut oka wydać się może przypadkowy, ale nie - to są opowieści o czterech formach inteligenckiego oporu wobec totalitaryzmów. Bohaterowie książki to: Paweł Hertz, Dymitr Fiłosofow, Jerzy Stempowski i Helmuth von Moltke.
Zaczyna od Pawła Hertza, bo całe życie spędził w Polsce, ale też pewnie dlatego, że jego opór był najłagodniejszy i pełen zawirowań. Syn bogatej rodziny żydowskiej prowadził przed wojną życie złotego młodzieńca ujawniającego talent literacki, a przez to kompletnie oderwany był od rzeczywistości. Zabawne, że do tego, by dostrzec różnice społeczne, potrzebował wiersza Hofmannstahla, jakby nigdy nie rozejrzał się po ulicach przedwojennej Warszawy czy innego z wielu miast, które zwiedzał. Eleganckie to, ale też po prostu głupie. Grochowska mu nie odpuszcza, gdy opisuje, jak Hertz podróżuje tuż przed wybuchem wojny, stojąc na korytarzu pociągu i jak "to nowe doświadczenie napawa go zdumieniem, bo bilet pierwszej klasy zawsze dotąd otwierał przed nim drzwi do komfortu". Aresztowany w styczniu 1940 roku we Lwowie przez Rosjan - kiedy "raczył się sznyclem z kaparami w restauracji Aronsona" - trafił do obozu pracy na Syberii i choć nie opowiadał o swoich przeżyciach, wrócił jako inny człowiek, obciążony traumą gułagu. Chce żyć w Polsce i nie mieć nic wspólnego z systemem, który w niej się mości, ale jednak zapisuje się do partii, co oczywiście ułatwia mu urządzenie się i budowanie strefy komfortu wokół siebie.
Zaczął się w jego życiu czas lawirowania: z jednej strony chciał lub udawał, że chce uczestniczyć w przemianach i "pchać cienkim palcem ten wielki traktor", z drugiej - gorączkowo szukał niszy, w której mógłby zajmować się literaturą, ale unikać politycznej jednoznaczności zwolenników ustroju i nie mieć nic wspólnego z "prostactwem produkcji literackiej przystosowywanej do potrzeby chwili", jak to opisuje Grochowska. Zostaje redaktorem klasycznej literatury rosyjskiej w Państwowym Instytucie Wydawniczym, co jest świetnym miejscem. A ponieważ jest erudytą, rozkwita tam jako tłumacz i jeśli do jego wierszy czy powieści Sedan można mieć zastrzeżenia, to jako kierujący redakcją, tłumacz i autor antologii miał wielkie i bezsprzeczne zasługi. Dla jednych był zabawnym i denerwującym snobem, dla innych kunktatorem, a on w coraz większym stopniu stawał się konserwatystą, zbliżał się też do Kościoła, przekonany o tym, że zarówno Holocaust, jak i totalitaryzmy są wynikiem braku Boga. Przekonanie, że w kraju podbitym gesty nie mają jakiegokolwiek sensu, to pewnie echo gułagu. Ale jego skutkiem była opinia, że cała PRL-owska opozycja nie ma dużego sensu, zwłaszcza że postrzegał Kuronia i Michnika jako lewaków (choć, jak było trzeba, redagował polskie wydanie dzieł Marksa). Nadzieje wiązał z Kościołem jako jedyną jawną organizacją opozycyjną (przeżył "wzlot" papieski i w późnej dorosłości ochrzcił się, a także uważał, że oświecenie to źródło katastrofy europejskiej).
Hertz to przykład tego, na jakie kłopoty skazany jest inteligent, który chce zachować dystans wobec politycznego szaleństwa, a jednocześnie musi jakoś żyć w sensie najbardziej dosłownym, czyli musi mieć z czego żyć. Łatwe to lawirowanie nie było, zwłaszcza gdy ktoś, jak Hertz, miał ambicję odgrywania jakiejś istotniejszej roli w systemie kultury, chciał wyjeżdżać za granicę, do czego potrzebny był paszport i dewizy z państwowej kasy. Raz się musiał wychylać w jedną, raz w drugą stronę, jak na huśtawce. Stąd ostre oceny bardziej niezłomnych, które były naturalną ceną takiej strategii działania. Maria Dąbrowska środowisko "Kuźnicy", z którym Hertz był związany po wojnie, nazywa w swoich dziennikach "gromadą liżydupów", Jerzy Stempowski kilkanaście lat później mówi w Radiu Wolna Europa, że "Paweł Hertz jest teoretykiem taryfy ulgowej i czegoś w rodzaju neosarmatyzmu literackiego".
Stempowski to reprezentant postawy niezłomnej - nie poszedł na kompromisy, zamknął się w swoim świecie i zachował niezależność podziwianą przez wszystkich, którzy zetknęli się z jego esejami. "Otaczał się zasiekami sceptycyzmu i racjonalizmu bardzo świadomie, by przetrwać. To był jego gorset" - mówi Grochowskiej Magdalena Chabiera, badaczka twórczości Stempowskiego. Między nim i Hertzem jest zasadnicza różnica. Hertz budował prywatną sferę wolności w swoim mieszkaniu, w doborze towarzystwa, konstruował rodzaj własnej bańki i cieszył się swoją pozycją w tutejszym światku literackim, rezygnując na przykład z przeniesienia się na stałe do Paryża, co zdaje się w którymś momencie jego powojennego życia było możliwe. Tam jednak byłby nikim. Stempowski wyrzekł się wszystkiego, by żyć w wolnym świecie. Zdołał wyjechać z Polski w 1939 roku i już nigdy tu nie wrócił mimo propozycji władz; nie widział się z rodziną i prowadził w Szwajcarii ubogie życie, pracując przy produkcji jakichś szczotek. I pisał to, co uznawał za ważne, i jak chciał sam pisać. "Nie czuje powołania do udziału w budowie nowego świata" - napisała o jego tuż powojennym nastroju Grochowska, a wcześniej opisała życiową dewizę Stempowskiego na czas "zbiorowego szaleństwa": "dzbankiem wody nie ugasisz pożaru, trzymaj się z daleka i czekaj, aż wszystko spłonie do reszty. To znaczy: zachowaj zmysł proporcji i bądź świadkiem".
W pierwszej chwili brzmi to jak dewiza konformisty, ale znając kontekst życiowych wyborów Stempowskiego, dostrzegamy, że to jest program heroiczny, bo kryje się za nim kategoryczny nakaz pełnej niezależności i uwolnienia się od związków z szalejącym światem, które mogłyby zamącić czystość spojrzenia i jego oceny. Nie czuje się na siłach, by brać na siebie odpowiedzialność za świat, ale obserwuje go pilnie i ocenia: "świat jest ciemny, głupi i głuchy". Oburza się w 1957 roku na Piusa XII wzywającego katolików do nieprzejednanego stanowiska wobec wrogów religii, bo rozumie to jako oczekiwanie ofiary krwi. Odwraca się od tego wszystkiego - za rację swojego trwania uznaje tworzenie literatury, co jest ważniejsze od "roboty politycznej", jak pisze Grochowska, by zachować dla przyszłości "trochę odziedziczonych wartości, nie licząc na nikogo". No właśnie, taki program skazuje go na samotność, która - jak to pisał Julian Benda - powinna być cechą intelektualisty, bo nie ogranicza jego myślenia i czucia uwikłaniami w odpowiedzialność za innych. Stempowski wybrał życie w wolnym świecie za cenę biedy, ale w pakiecie dostał też samotność. A może na tym to właśnie polega, że nie ma prawdziwej wolności bez samotności?
Rozdziały o Hertzu i Stempowskim przedziela w książce Grochowskiej szkic o Dymitrze Fiłosofowie, uchodźcy z sowieckiej Rosji, który - też samotny - filozofował w Warszawie i wydawał czasopismo, zorganizował klub inteligencki i wszędzie propagował ideę porozumienia między Rosjanami i Polakami ponad historycznymi zaszłościami, czym narażał się na niechęć ze strony białej emigracji. Nie doczekał, jaki kształt to rosyjsko-polskie porozumienie ostatecznie przybrało - zmarł pod Warszawą w pierwszą wojenną zimę.
Książę zamyka opowieść o von Moltkem, którego postać za dobrze nie pasuje do pozostałych trzech sylwetek, bo Moltke nie był człowiekiem pióra, nie filozofował, był sumiennym urzędnikiem nazistowskiej administracji, politykiem, ale dostrzegł szaleństwo systemu, w którym pracował, i postanowił mu się przeciwstawić na miarę swoich możliwości. To on stał za grupą dyskusyjną z Krzyżowej, której członkowie zastanawiali się nad sposobem wyjścia z hitleryzmu i planowali odrodzenie Niemiec po wojnie. Po zamachu Stauffenberga większość osób związanych z Kołem z Krzyżowej trafiła do aresztu i von Moltke w styczniu 1945 roku został powieszony na haku rzeźnickim. Za to, że kierował się sumieniem, że wierzył w możliwości "wolnego ducha", że miał odwagę wziąć na siebie odpowiedzialność za społeczeństwo mimo świadomości, że żadna siła za nim nie stoi, poza siłą moralności.
Pytanie: dlaczego Grochowska takie postaci wybrała i tak ułożyła swoją książkę? Niby łatwo to sobie wyjaśnić: to ciąg radykalizujących się postaw, od lawirowania Hertza, przez dydaktyzm Fiłosofowa i konsekwencję Stempowskiego, do straceńczej ostateczności von Moltkego. Ale ten ostatni nie był osobą zawodowo piszącą, był inteligentem inaczej ukształtowanym, nawet nie był specjalnie zainteresowany Polakami, żeby go dopasować do pozostałych. Co prawda wszystkich bohaterów książki łączy swoboda myślenia w kategoriach europejskich, gotowość na przykład do korekt granic, ustępstw uspokajających napięcia narodowościowe. Ale tylko Moltke zapłacił cenę najwyższą, podjął największe ryzyko. Czy dlatego, że nie wypowiedział się w słowach? Że człowiek piszący niejako rozładowuje napięcie myśli, siadając do pisania, i to uznaje za wystarczające działanie. Ktoś taki jak Moltke musiał przejść do czynów rozumianych dosłownie, żeby swojej pracy myślowej nadać sens. Nie wiem, czy tak to działa. Opowieść o Moltkem, zamykająca poważną i ważną książkę o postawach inteligenckich, brzmi w niej jak przestroga, żeby się nie porywać z motyką na księżyc, a może przeciwnie - jest zachętą do działania, opuszczenia wieży z kości słoniowej... Nie wiem. A może właśnie tak to sobie Grochowska wymyśliła, by zostawić czytelnika z rozterkami i wiedzą, że ani pierwsza opcja, ani druga nie są bezsprzecznie dobre. Ale czy jest jakaś trzecia?
Dominika SłowikCo można robić, kiedy ma się deadline?
- sprawdzić prognozę pogody; gapić się w chmury, czekając na deszcz
- zrozumieć, że deszczu nie będzie
- odpalić kurs online "30 sztuczek, których możesz nauczyć swojego kota"
- zauważyć, że sąsiedzi z naprzeciwka opalają się na balkonie; nie być pewną, czy wystawiają twarz na słońce, czy patrzą na ciebie, gdy ty patrzysz się na nich; na wszelki wypadek pomachać
- obejrzeć serial dokumentalny o Michaelu Jordanie, a potem wszystkie filmiki na Youtubie w kategorii "backboard breaking dunks"
- śnić o tym, że wędruje się jak linoskoczek po linii wysokiego napięcia, boso; obudzić się z żalem
- zamówić kilka nowych książek
- przeorganizować domową biblioteczkę
- wrzucić story na Insta o tym, jak bardzo źle, kiedy deadline
- upiec ciasto
- odkryć zakalec w upieczonym cieście
- wygooglować "duk wspaniały małpka Wietnam" i obejrzeć wszystkie zdjęcia
- ściągnąć i zainstalować Tik Toka
- oglądać Tik Toka
- zrobić za dużo kawy
- wypić za dużo kawy
- przeczytać dyskusję na forum "Płaska Ziemia" na temat tego, dlaczego grawitacja nie istnieje i czemu pod żadnym pozorem nie powinno się w nią wierzyć
- wyjść na targ po kwiaty, bo kwiaty na pewno pomogą
- przypomnieć sobie literackie reperkusje wychodzenia po kwiaty
- odkryć, że kwiaty nie pomogły
- spokojnie wypuszczać z mieszkania zagubione pszczoły, które przyleciały, bo kwiaty
- kilka razy otworzyć i zamknąć pusty dokument w Wordzie
- ponarzekać w duchu
- ponarzekać na głos
- dużo czytać
- oglądać śmieszne wideo z kotami
- oglądać śmieszne wideo z psami
- policzyć sobie siwe włosy na głowie (jedenaście)
- poćwiczyć
- poleżeć, bo jednak po ćwiczeniach zmęczenie
- znów śnić, że chodzi się ponad miastem po liniach wysokiego napięcia, po zbudzeniu zdziwić się, jaki z wysoka piękny był widok
- gapić się w ekran komputera
- gapić się w kartkę
- gapić się w okno
- rozważyć pokrewieństwo między oknem, kartką i ekranem; wpaść w związku z tym w melancholijny nastrój
- przypomnieć sobie, która godzina
- iść spać
- nie móc spać, bo spało się w dzień...
- ... i piło się za dużo kawy
- wymyślić wspaniały temat na tekst, z ulgą zasnąć, niczego nie zapisując; rano nic nie pamiętać
- sprawdzić prognozę pogody; czekać na deszcz
- odpalić kurs online "30 sztuczek, których możesz nauczyć swojego kota"
- zauważyć, że sąsiedzi z naprzeciwka...
Waldemar BawołekWprawki i rupiecie
I nagle - co za pech! - olaboga, Rozalce odpięła się podwiązka. Jeszcze parę kroków i drugie zapięcie także puściło. Pończocha zaczęła powoli zsuwać się po udzie. Uroda Rozalki jak na talerzu.
Czy ja ją śledzę, czy kocham, lubię, a może tylko szanuję? Domaga się, bym myślał o niej w dzień i w nocy, był do pomocy, na każde skinienie małym palcem. Pies wierny, oddany, gdyż ona za mną w ogień, na głęboką wodę. Już sam nie wiem. Są dni, że myślę o niej ciągle, myślę dobrze, z miłością, chcę rozmawiać, patrzeć na nią, tulić i całować. Ale są też chwile, że słów mi brakuje, bo nie chcę kłamać, zwodzić jej słowami nic nieznaczącymi. Milczenie mnie ogarnia, jakaś drętwota, nie potrafię odpowiedzieć na stawiane przez nią pytania. Wszystko mnie w niej drażni i denerwuje. Mówię wówczas do siebie, że dosyć tych podchodów, nie chcę jej więcej widzieć, przecież ja jej nie kocham, nigdy nie kochałem, z mojej strony to jakieś mamienie siebie, oszukiwanie Rozalki. Chociaż nie zawsze tak jest, nie co dzień, lecz są godziny, w których bez trudu przychodzi mi wyznać, iż kocham ją, tęsknię, pragnę, by stała u mego boku w każdej walce. A co? Niech sobie nie myśli, że nie stać mnie na głębsze uczucie, że tylko mrukliwość może być moją przypadłością, o nie, nie, jak się uśmiechać, także nie zapominam, słanie pocałunków nie sprawia mi trudności, głaskanie po włosach, obejmowanie wpół, klepanie po pośladkach i lizanie. Chociaż tych chwil nieprzyjemnych, gdy jestem opryskliwy, złośliwy i naburmuszony, także jest niemało.
Wczoraj nastąpiła zmiana czasu z zimowego na letni. Stąd powietrze dzisiaj dłużej rozproszone jest w słonecznym świetle. Zielenieją trawniki, zbudzona roślinność, skarpy i ogródki otwierają szeroko oczy. Przeleciał ptak, kot zamiauczał, pies zaszczekał. Piesek na smyczy biegnący przed swoją panią. Kosze na śmieci stoją jak pod sznurek, żywotniki na baczność oddają honory. Rozalka weszła do pasażu hali targowej, by zapewne poprawić pończochę, zostawiając opustoszałą ulicę.
Przy drzwiach do kwiaciarni tłoczą się ludzie. Lekarz kończy wypisywać kartę zgonu. Ciało leży wśród wieńców. Nosze stoją obok. Ubranie, włosy ociekają woskiem. Głowa zwrócona na bok. Jakiś mężczyzna obfotografowuje denata ze wszystkich stron. Słychać tylko trzaski migawki aparatu fotograficznego.
- Proszę państwa, proszę nigdzie się nie rozchodzić.
Głos zabrzmiał sucho.
- Nie muszę chyba przypominać, że do czasu zakończenia wstępnego rozpoznania nikomu nie wolno opuszczać tego miejsca, aż do momentu, kiedy wydam na to zezwolenie.
Rozejrzałem się za Rozalką. Nie wiem, jak ona się czuje. Czy nie potrzebuje mojej pomocy?
Dostrzegłem ją, jest blada. Podszedłem do niej, ująłem za rękę, chciałem o coś zapytać, lecz widzę, że usta ma ściągnięte, między brwiami zarysowała się wyraźnie gruba, pionowa zmarszczka. Rysy zaostrzyły się jej, oczy nagle zmalały w owalu twarzy. Rozkład cieni nadał jej ustom jakby zaciętości, ogromnego napięcia. Zapewne jest w szoku, ale trzyma się dzielnie.
- Chodź, Rozalko - powiedziałem do niej spokojnie.
Rozalka posłusznie odwróciła głowę i dała się poprowadzić w stronę drzwi. A już na zewnątrz rzekła, że da sobie radę, żebym ją zostawił w spokoju. - Nie musisz mnie niańczyć.
- To ten Pisarz, rozmawiałaś z nim?...
- A po co ci to wiedzieć, mało to na świecie samobójców.
Poszedłem inną drogą w stronę domu. Nie miałem ochoty na rozmowę z nikim. To, co się wydarzyło, wymagało skupienia. Straszne. Taki piękny dzień. W jednej chwili wszystko się rozpierzchło.
Usiłowałem się skupić, pomyśleć coś sensownego o tamtej scenie. Coś, jakby grom z jasnego nieba uderzył. Zamiast uporządkowanych myśli miałem przed oczami bladą, zaciętą twarz Rozalki, jej zdziwione oczy. Czy to ona zabiła? A jeśli tak, to po co, w imię czego? Chyba mnie już nie kocha.
- "Nigdy, rozumiesz! Nigdy się na to nie zgodzę!" - Gdzie ja to słyszałem? Rozalka biegnie przez park, dzieci śpiewają, idź, Marzanno, do wody, mokre oblepione włosy, kukła, czerwona wstążka, chusta wolno, wolno opada na dno, w załomach przeźroczystej wody błyskają grzbiety ryb.
Ktoś puka do drzwi.
- Pukam i pukam, co się z tobą dzieje? Cisza, myślałem, że cię nie ma, a drzwi otwarte. Wchodzę, patrzę, a ty śpisz.
Ujrzałem nad sobą twarz Szymona, syna garncarza.
Podniosłem stojącą obok łóżka popielniczkę, postawiłem na nakastliku, wstałem, sięgnąłem do rozpakowanej paczki zefirów. Wyjąłem odruchowo papierosa i dopiero po chwili zapytałem Szymona, czy też chce zapalić.
- A, wiesz, zapalę. Podziałem gdzieś swoje.
Po co on do mnie przyszedł, czego ode mnie chce? Zaciągnąłem się dosyć mocno, żeby lepiej się poczuć.
Szymon milczał przez chwilę. Ja też milczałem, patrząc na niego. W końcu powiedział, żebym się zbierał, robota czeka.
- Burmistrz powiedział, że nic ci nie zrobi, jeśli nie będziesz się ociągał, bo to w twoim interesie, żebyś zarabiał pieniądze, jeśli ciągle jeszcze myślisz o Rozalce.
Waldemar od niedawna jest zatrudniony w Robotach Publicznych jako robotnik gospodarczy. Asfaltuje drogę z Bruśnika do Falkowej. Ciężka praca fizyczna, najczęściej łopatą trzeba żwir podsypywać, rozgarniać, koleiny zasypywać. Pot się z człowieka leje, nawet rękawy, nawet gdy rękawy podwinięte, żeby się lżej zrobiło, nic to nie daje, choćby przez chwilę, nic, ciężko, odgnioty na dłoniach, zakwasy w mięśniach ud. Na szczęście wiatr z północy chłodzi, raźniej jest i robota szybciej idzie, chociaż nikt nie goni.
Do jutra mamy wyrównać, wyplantować, później walec przytoczą, asfalt przywiozą rozgrzany, miękki, taki plastyczny, parujący, najwyżej każą podsypywać, ale to nie problem, wszystko da się zrobić, jak się chce, człowiek do wszystkiego się przyzwyczai, teraz tylko szuflować ile się da, ile sił w rękach, w nogach, żwiru w oczach ubywa, a gdy się skończy, przywiozą kopiasto załadowaną wywrotkę, wysypią, i dalej do roboty, i tak do fajrantu.
Spoglądam na Szymona, na jego oślizgły tors; wcześniej rozebrał się do pasa. Pracuje zwinnie, szybko, sprawnie. Nadzorca jest z niego zadowolony, nie to, co ze mnie. Szymon wie, że celem życia i pragnień człowieka winna być przyjemność płynąca z zyskiwania szacunku i serdeczności innych. Mnie zaś należałoby karać, przymuszać do pracy. A przecież czuję przejmującą jedność z całym światem, kamieniami, żwirem, z trawą zarastającą pobocza i powietrzem. Jak dobrze byłoby teraz kochać się z Rozalią, mieć ją przy sobie. Do końca dniówki niewiele czasu zostało. Nie ma co się śpieszyć. Trzeba zaoszczędzić nieco sił dla Rozalki, bo ona dosyć wymagająca w tych sprawach. Ten trup mnie przeraża, nie wiem, dlaczego Pisarza zamordowano, i co wspólnego z tym morderstwem może mieć Rozalka? Wcześniej czy później wszystkiego się dowiem. Ale od kogo? Nie bardzo inni chcą ze mną rozmawiać. Gdy po pracy idę przez rynek, odwracają głowy. Dlaczego tak mnie nienawidzą? W knajpie żaden nie przysiądzie się do mnie. Może to we mnie jest wina, może to ja chłodem jestem i wszystkich zrażam do siebie, kto wie? Niekiedy bywało, że odwracałem się plecami, siadałem gdzieś w kącie i rzeczywiście mówiłem do siebie, żeby tylko nikt się nie dosiadł, żeby nikt nie zechciał naruszać toku mojego myślenia, bo lubię pić piwo i wpatrywać się w światło okna, a do tego rodzaju spoglądania w pustkę nikogo nie potrzebuję, szczególnie tych, co to wszystko wiedzą, tych, co umieją tylko o sobie opowiadać, o swoich zainteresowaniach z zamkniętymi oczami. Po co mi ludzie, którzy nie umieją słuchać, którzy tylko swoje o sobie, a gdy ja chcę się odezwać, głosy się podnoszą, by mój nie mógł się przebić. Bo kogo obchodzi, że muszę ciężko pracować, że macham łopatą jak ten głupi, przewalam hałdy żwiru, a przecież nikt mnie za to nie chce pochwalić, nikt tego docenić. Nikt nie chce słuchać moich narzekań, a gdy zaczynam wspominać o drodze naprawianej, to zaraz słyszę, że to normalne, nic w tym niezwykłego, wszyscy pracują, wszyscy coś naprawiają, ubijają, prostują drogi kręte Powinienem słuchać tego, co inni mają do powiedzenia, bo są mądrzejsi, bardziej doświadczeni. Im należy nadstawiać ucha. A ja mam się wstydzić być tym, kim jestem. Jak długo jeszcze dam radę to znosić. Przecież już dawno powinienem z tego miasteczka wyjechać, urządzić się gdzieś, gdzie będę mógł bez lęku zaznaczyć swoją odrębność wobec innych. Co prawda moja samotność tutaj jakoś mi aż tak bardzo nie doskwiera, nawet wówczas, gdy dosiądzie się taki do stolika, zamknie oczy i dalej o sobie gadać, ile to on dzisiaj musi zrobić, gdy tylko dopije piwo, zaraz wróci do siebie, żeby krzewy aronii posadzić, posprzątać, pozamiatać. A gdy ja chcę coś powiedzieć, bo przecież też mam coś do powiedzenia, chociażby to, że zajmuję się produktami fantazji, myśli, wspomnień, że mogę być kimkolwiek, gdziekolwiek, robić cokolwiek i mieć cokolwiek, to zaraz zostaję przekrzyczany, bo Nikodem, nauczyciel gimnastyki na emeryturze pragnie szybko dopić piwo, żeby zaraz wrócić do ogrodu, do swych grządek, do swych przetworów, dzieci przyjadą z wielkiego miasta, by zabrać przetwory ze sobą, będą mieć w słoikach wszystko to, co najlepsze, przez jakiś czas. Nikodem przygotowuje dla dzieci zapasy żywności na kolejną zimę, codziennie napełnia słoiki przeróżnymi owocami, warzywami.
Samotny jestem, gdy tak siedzę na wprost Nikodema - nie umiem otworzyć się na jego sposób myślenia, dużo zależy od modulacji jego głosu. Samotny jestem w kolejce po cztery plasterki kiełbasy wiejskiej - przede mną i za mną ludzie, którzy pamiętają, kiedy nie było nieba nad głowami, i samotny jestem z twarzą w lustrze, gdy tak wymachuję brzytwą. Samotny jestem w łóżku, na spacerze, w myśli, w mowie i uczynku. I samotny, pijąc kawę ze śmietanką, herbatę z cytryną, nierzadko też kompot. Samotnie rąbię drwa na opał, nakładam węgiel do wiader, samotnie cofam się pół kroku i patrzę gdzieś na zewnątrz, nie zwracając na nikogo uwagi. W samotności umyka mi coś najpiękniejszego na świecie. W samotności ślepnę, tracę węch, biorę prysznic. Takie chwile już się nie powtórzą w towarzystwie. W samotności mówię do siebie, cierpię i się trwożę.
Przy Rozalce także czuję się samotny, bo ona nic ciekawego nie chce mi powiedzieć, nie mówi do mnie, nie odzywa się. Odpowiada tylko na moje pytania, i to bardzo oszczędzając słowa. Kiedy tak siedzi obok mnie, przytulać się chce, moją samotność obłaskawiać. Tuli się, przytula, gdy ja pragnę słyszeć jej głos, mowy jej chcę, przemów, ust, słów, języka. Lecz Rozalka nie potrafi osadzać frazy w innych frazach. Kwestia abstrakcji, dalekiej przyszłości czy przeszłości schodzi na dalszy plan. Mówi krótkimi prostymi zdaniami. Jej historia ogranicza się do tego, co pamięta z wczorajszego dnia. Patrzy na mnie, uśmiecha się, siada mi na kolanach, gładzi po włosach, nic nie mówiąc, słowem się nie odzywając. Czyżby nie miała nic do powiedzenia? A Pisarz martwy pośród kwiatów, wieńców. Co Rozalka ma z tym wydarzeniem wspólnego? Dlaczego nic nie chce powiedzieć, zwierzyć się? Jeśli sama nie powie, nie będę pytał. Na pewno kiedyś wszystko się wyjaśni. Przecież śledztwo jest prowadzone w tej sprawie. Jaki mogła mieć motyw, żeby chcieć zabić tego literata? Sierżant mówił, że cios był silny.
Czy to wyklucza kobietę? Rozalka ma mocne dłonie. Niekiedy oddechu nie mogę złapać, gdy mnie obejmuje w pół i chce oderwać od ziemi. W udach także ma moc, bo gdy znajdę się między nimi, tak potrafi mnie zakleszczyć, że uwolnić się nie jest łatwo.
I już leżymy w łóżku, bez zbędnych słów, jeszcze tylko ostatnich detali bielizny się pozbyć. Zawsze mam kłopot z odpięciem na plecach stanika. Haftka nie chce się wysunąć. Szarpię, pociągam we wszystkie strony, ale to jeszcze bardziej komplikuje rozpięcie. Dopiero gdy Rozalka sięgnęła tam palcami, natychmiast mogłem całować jej piersi, ssąc sutki po kolei, w samotności. Żadnych słów ani ciszy.
Rozalki głośny oddech grzęzł w mych włosach. Chciałem jej piersi umieścić w ustach, chciałem, by znalazły się głęboko w moim otworze gębowym. Jeśli ona potrafi moje genitalia w całości wprowadzić do gardła, to ja powinienem umieć w ten sam sposób z jej piersiami dać sobie radę. Ślinię się, pomagam dłońmi, ale nic z tego, cycek wyślizgnął mi się z ust, język skołczał. Nic z tego. Położyłem się na Rozalce, głowę umieściłem między udami, które ona rozchyliła na tyle, bym mógł swój skołczały język wprowadzić między wargi większe i mniejsze. Lizać tę niegojącą się ranę, tę ciągle rozwierającą się szczelinę.
Rozalce zdawało się, że dźwiga na sobie oblubieńca: jego dłonie wędrują po jej całym ciele - zamiast głowy ma zmechaconą mosznę, a zamiast języka napęczniałego fallusa rozpalonego do czerwoności.
Już nie pragnęła rozmowy - tylko rozkoszy. Słowa są zbyteczne. Więc gdy runął na nią plackiem, lekki jak prześcieradło, jęknęła, ale nie z urazu. Radowała się, że liże ją tam, niczym języki ognia, dosięga w najgłębsze miejsce, a ona sama zmęczona leci jak ta ćma.
- Koniec?...
- Jeszcze nie, kochany, jestem teraz cała w emocjach, chodź do mnie, bądź. Jestem trochę obolała, ale myślę, że nie byłoby źle. Przytuliłabym się do ciebie, kochanie, nawet nie wiesz, jak dużo mi tego trzeba, a chcę go, że aż ciarki mnie przeszywają. Nie chcesz? A może byś tak właśnie...
Muskam ustami jej włosy, uszy, całuję w nosek, policzki, usta delikatnie, zamykam oczy i widzę jej obecność, bliskość, czuję jej spojrzenie, dotyk i muśnięcia, czuję, że ona chce tego.
- Całuj szyję, pożeraj mnie...
Zamykam oczy i znowu dotykam piersi, otwieram oczy i patrzę się na jej nabrzmiałe piersi, językiem dotykam sutków, całuję, delikatnie ssę, całuję pępek, wbijam język w jej łono, pieszczę ją.
- Kochany, jestem tak podniecona, że nie wiem, co się ze mną dzieje, oczy same zamykają się, wnet krzyknę!!! Chcę, abyś nie przestawał mnie lizać, dotykiem całował, wszedł we mnie.
Czuję, jak w niej wszystko pulsuje, jest mokra.
- Spuść się, żebym mogła poczuć się bezwstydna. Ja naprawdę chcę tego wszystkiego, kochaj mnie.
Szyba w oknie rozjaśniła się i dostrzec można było przelatującego ptaka, chyba srokę. To jedna z tych złodziejek, które ciągną do błyskotek. Promienie słońca kołysały unoszące się w powietrzu pyły. Powietrze pachniało mlekiem, słodkością, obok czymś kwaśnym: spermą. Nasilały się różne odgłosy przejeżdżających pojazdów, krzyki, brzdęki. Przemieszczające się gazy i ciecze. Ten dzień zaistniał.
Rozalka poruszyła się na łóżku, wyciągnęła przed siebie rękę.
- Nic, tylko paczka papierosów... - szepnęła.
- To słupy, pola, stopy... - rzekł Waldemar. - Poznajesz?... moje ty życie... mój skarbie... pomyślałem, że dobrze byłoby być słupem telegraficznym, ptakiem.
- Spokojnie, spokojnie... - odezwała się Rozalka. - To tylko dzioby straszą, zapalmy sobie po papierosku.
- Zaraz przyniosę popielniczkę.
7-8/2020
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ: Bohdan Zadura (redaktor naczelny, proza),
Elżbieta Baniewicz (teatr),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),
Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Małgorzata Brodacka (sekretariat)
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6, DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2020 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: Piotr eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl PRENUMERATA NA ROK 2019: Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): ? 60 lub $ 80. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat. - ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia na prenumeratę przyjmują zespoły prenume-raty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, - e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl
)