Andrzej GoworskiMariupol
Jam ciemny jest [...] płomień boży...
Mariupol, 2007 rok, marzec. Wstałem przed czwartą rano, przyjaciel spał, a kolega, który nas zaprosił, pod prysznicem śpiewał o kobietach. Wyszedłem na klatkę, zszedłem na dół w miodowym świetle, które nie rozjaśniało, a raczej materializowało się na skórze, ciążyło i pachniało cukrem. Minąłem kobietę. Zalewała lizolem wejście do klatki (jej czarny ubiór wcinał się w głębię nocy) i poszedłem do głównej ulicy. Ludzie wsiadali do trolejbusów rozświetlonych jak gościnne pokoje albo sale w domach kultury. Gdy odjechały, a przystanek opustoszał na chwilę, dostrzegłem staruszkę. Siedziała na wiadrze i na rozłożonej przed sobą ściereczce sprzedawała na szklanki pestki słonecznika. Jak się u was żyje? Częściowo uleciały mi jej słowa. Ciężko, ale żyć trzeba, modlić się i jakoś będzie - to pamiętam. Dziś, w kwietniu 2022 roku, tego miasta już nie ma, w sensie dosłownym - najprawdopodobniej, bo trudno tu cokolwiek powiedzieć na pewno - zostało starte z powierzchni ziemi.
Irina wynajduje i zlicza wady, które powstają podczas produkcji kątowników, szyn, kształtowników i blachy. I piąty rok od skończenia politechniki, nad ranem, schodzi z trzeciego piętra klatką schodową oświetloną miodową żarówką. Próbowała ją umyć. Wzięła taboret i namoczoną ścierkę. Upewniła się, że żarówka jest wyłączona, i starła z niej grubą warstwę czegoś jakby wosku właśnie. "Skąd się tu to...?". Powąchała szmatę i to, co w nią wtarła. Oprócz płynu do mycia naczyń, czuć było kurzem i stopionym cukrem. Podkusiło ją, żeby powąchać samą żarówkę. Przybliżyła nos, ale nie poczuła nic poza zapachem wilgoci. Przez następne dni obserwowała, jak szklaną bańkę znów okrywa błona. Coraz bardziej matowa, ostatecznie przeistoczyła się w taką jak przedtem, podobną odchodzącej skórze z opalonych ramion, warstwę. "Tak jest ze wszystkim", pomyślała.
Przed wyjściem z bloku Iriny zawsze czuć lizolem. Lizawieta, pół człowiek, pół mityczny stwór, zalewa nim szczyny i zbiera kiepy oraz butelki po piwie Stary Mariupol i małe, po wódce Donieckaja. Kobieta była tu już, kiedy Irina się wprowadzała. "Dzień dobry, ciotko Lizawieto", pozdrawia ją mimo. "Dobry, córeczko", skrzeczy stara. Znają ją na całym osiedlu. Jej mąż Jura umarł porażony piorunem. Miał przyjść do domu z kobietami, mówią, że wygonił Lizawietę i na oczach syna... I potem, gdy pijany stał na ulicy pod sklepem i w strugach deszczu krzyczał, że Sojuz rozwalili, uderzył w niego grom. Szeptali, że nie było dla starego innej drogi niż poprzez ogień i że to Bóg wyciągnął rękę.
Natalia TkaczykLiteratura ukraińska wobec wojny
"Na Ukrainie wybuchła wojna". Tak zaczynał się mail od jednego z polskich stowarzyszeń literackich, które w pierwszych dniach po 24 lutego zwróciło się z prośbą o przetłumaczenie oświadczenia jego członków o potępieniu horroru, który dzieje się w kraju nad Dnieprem. Również samo oświadczenie otwierały te słowa: "Na Ukrainie wybuchła wojna". Chciało się zapytać: czyżby domowa? Przecież w tekście oświadczenia ani słowem nie o wspomniano o agresorze. Na szczęście był to wyjątek.
Ukraińcy zawsze będą pamiętać o szczerym wsparciu Polaków i nie przestaną im za to dziękować. Ale... Wyrażenie "na Ukrainie wybuchła wojna" stało się tego poranka kolejną gorzką wisienką na moim prywatnym apokaliptycznym torciku.
Pomijam żonglowanie językowo-politycznymi pretekstami, nie wdaję się w filologiczne roztrząsania: wojna trwa "na Ukrainie" czy "w Ukrainie" (gdzież złote czasy, kiedy kwestia właściwego przyimka wydawała się tak istotna!), chcę wybuchnąć: wojna nie "wybuchła" - to Rosja przyniosła ją swoją brutalną agresją. (Równie bezsensownie, jeśli nie dopowiemy kto i co, brzmi zdanie: "W 1939 roku w Polsce wybuchła wojna").
To nie jest wojna w Ukrainie. To wojna rosyjsko-ukraińska. I nie zaczęła się 24 lutego 2022 roku, ale co najmniej osiem lat wcześniej, kiedy Rosja zaanektowała Krym i zaatakowała terytorium suwerennej Ukrainy. Dlaczego "co najmniej"? Ponieważ trwa nieustanna wojna kultur. Od dekad, jeśli nie od stuleci.
Ukraińcy przeżywają apokalipsę. Kiedy się rozpoczęła, pod koniec lutego, słowa milczały. Nie było słów. Słowa były bez znaczenia. Nastąpił rozpad języka. Tylko oddzielne dźwięki, z których nie dało się wydobyć sensu. Literatura oniemiała. (Czy mogą istnieć wiersze po Buczy?) Na szczęście nie na długo - wkrótce eksplodowała, głosem tragicznym i mocnym. Na razie w poezji. Proza potrzebuje więcej czasu.
W ciągu ośmioletnego trwania wojny rosyjsko-ukraińskiej literatura ostro reaguje na nową rzeczywistość, do której społeczeństwo ukraińskie zaczęło się przyzwyczajać i którą, niestety, postrzegało już jako normę. Dopóki 24 lutego "normy" tej brutalnie nie unieważniono.
W ciągu minionych ośmiu lat w pisarstwie ukraińskim ukształtował się nurt szeroko rozumianej literatury wojennej. Wraz z nią pojawił się nowy dyskurs wojenny, a wraz z nim nowe tematy i bohaterowie - wojownicy, wolontariusze, lekarze, mieszkańcy okupowanych terytoriów, jeńcy itp. Łatwo to zrozumieć, jeśli owo literackie doświadczenie porówna się z bliźniaczym doświadczeniem polskim - z głosem pokolenia Kolumbów, z niegojącą się raną poezji Różewicza.
NATALIA TKACZYK - urodziła się i wychowała w Iwano-Frankiwsku, ukraińska poetka, tłumaczka, redaktorka literacka portalu "Нова Польща". Autorka dwóch tomików poetyckich. Laureatka nagrody literackiej im. Bohdana-Ihora Antonycza, nagrody im. Tarasa Melnyczuka, nagrody "Granosłow". Tłumaczka książek Jana Błońskiego, Tadeusza Olszańskiego, Tomasza Grzywaczewskiego i in. Stypendystka w ramach Programu Stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego "Gaude Polonia" (2017). Mieszka w Warszawie.
Iza ChruślińskaZechciejmy wysłuchać głosu Ukrainy...
"W ciągu ostatnich kilku miesięcy Ukraina i jej nieznany Zachodowi naród znalazły się w centrum uwagi całego świata. Większość, jak sądzę, zgodzi się, że nie wie o niej nic albo prawie nic. Są ku temu poważne powody. Ci, którzy zniewolili Ukrainę, zadbali o to, aby pozostała nieznana, a nawet zaprzeczali samemu jej istnieniu. Trudno wyobrazić sobie większą niesprawiedliwość niż takie poniżenie nacji, która według dawnych praw należy do europejskiej rodziny narodów. Ale teraz niekontrolowane wydarzenia wyprowadziły Ukrainę na arenę międzynarodową".
Słowami wypowiedzianymi - nie dzisiaj, ale siedemdziesiąt sześć lat temu - przez brytyjskiego dziennikarza Lancelota Lawtona Oksana Zabużko rozpoczyna esej Ukraina własnym głosem, jeden z kluczowych tekstów zawartych w zbiorze Planeta Piołun (Wydawnictwo Agora, Warszawa 2022, przełożyły Katarzyna Kotyńska i Anna Łazar). Książka miała polską premierę 23 lutego, w przeddzień rosyjskiej inwazji na cały obszar Ukrainy. Dzisiaj, po ponad trzech miesiącach wojny, niezwykłego barbarzyństwa rosyjskiej armii oraz niezłomnego oporu i ukraińskiego społeczeństwa, i Sił Zbrojnych Ukrainy, tom esejów Oksany Zabużko został w Polsce uznany za proroczy. Sama Zabużko stała się z konieczności "tymczasową" emigrantką.
Chciałabym jednak zwrócić uwagę na inne treści zawarte w Planecie Piołun - być może ważniejsze niż fakt, że w obliczu wojny Rosji przeciw Ukrainie i zagrożeń, jakie niesie także dla świata, eseje mogą zostać odczytane jako prorocze. Po pierwsze, pisarka tłumaczy, do jakiego stopnia ukraińska kultura pozostaje nieznana (a może przede wszystkim: niezrozumiana) w zachodnim świecie, podobnie zresztą jak i sama Ukraina. Ów brak zrozumienia miał wpływ na stosunek świata do Ukrainy w kontekście wojny rozpoczętej przez Rosję w 2014 roku. Po drugie, choć świat zachodni może uważać Ukrainę za nieznaną czy niezrozumiałą, wyrasta ona i jest mocno wpisana w szeroko pojętą europejską kulturę. Oksana Zabużko wybiera w esejach kilka przykładów, by śledzić te związki i sploty. Czy nie najciekawszym jest odczytanie przez nią związków pomiędzy filmami Ołeksandra Dowżenki, mistrza ukraińskiego kina, a twórczością filmową Andrieja Tarkowskiego, poprzez niego zaś z Melancholią Larsa von Triera. Wreszcie, w eseju Pożegnanie z imperium. Szkic do pewnego portretu analizuje, z dużą przenikliwością, zjawiska od dawna obecne w rosyjskiej kulturze i w mentalności znacznej części twórców rosyjskich, dostrzega skalę emocji i odczuć - od pogardy, po nienawiść do Ukrainy i do wszystkiego, czym jest ona dla Rosji. Poprzez ten wątek Zabużko z wyprzedzeniem wpisała się w dyskusje toczące się obecnie w świecie i w Polsce, podczas których usiłuje się rozstrzygnąć, czym jest rosyjska literatura (szerzej: rosyjska kultura) w związku z wyjątkowym barbarzyństwem armii rosyjskiej w Ukrainie, z agresywną, imperialną polityką Rosji; czy odrzucać ją, nie czytać klasyków rosyjskich, nie wystawiać w teatrach, czy wręcz przeciwnie - tylko ona się broni (tzn. Rosja [ew. Putin] - nie, jej kultura - tak).
Te trzy tropy, z wielką przenikliwością analizowane przez Zabużko w Planecie Piołun, stanowią i dla jej twórczości, i dla głębszego zrozumienia Ukrainy kluczowe kwestie/pytania. Spróbuję przyjrzeć się im, z konieczności ułamkowo, z perspektywy subiektywnej, z punktu widzenia osoby "żyjącej" Ukrainą od ponad ćwierć wieku i z ogromnym zainteresowaniem tropiącej wszystkie ślady historyczne, kulturowe, tożsamościowe, które ułatwiają jej zrozumienie. Myślę, że bez zrozumienia jej unikatowej historii i kultury, kraju takiego jak Ukraina nie można poznać.
Dlaczego? Ponieważ Ukraina ma wiele twarzy1 i jeśli ma się stereotypowe lub powierzchowne podejście, można wśród nich odnaleźć potwierdzenie każdego z błędnych przekonań. Lecz jeśli chce się "pogrzebać", "zgłębić" zagadnienie - odkrywa się jej nieznane oblicza lub, jak w tytule najważniejszej z dotychczasowych powieści Oksany Zabużko, porzucone sekrety2. Stereotypowe lub powierzchowne podejście do kultury i historii naszych wschodnich sąsiadów związane jest z tym, że Ukraina była od wielu wieków zmarginalizowana, uznana przez zachodni świat za kraj z końca nieznanego świata, na dodatek "przynależny" do "rosyjskiej/radzieckiej" przestrzeni. Dokonało się to przede wszystkim dzięki wielowiekowej rosyjskiej propagandzie, która próbowała (z sukcesem, dodajmy - co widać w niektórych krajach i środowiskach do dzisiaj) udowodnić, że nie ma czegoś takiego jak kultura ukraińska, że historia Ukrainy (czyli Małorosji, ale w znaczeniu pogardliwym) jest częścią historii Rosji, a naród ukraiński nie istnieje, bo stanowi jedynie podrzędną odnogę narodu rosyjskiego. Dzisiaj świat chyba w końcu pojął, skąd bierze się jego nieznajomość Ukrainy (mimo pomarańczowej rewolucji, Rewolucji Godności i trwającej od roku 2014 wojny z Rosją). Do wszystkich tych haseł odwołuje się w swoich orędziach Władimir Putin, po nim zaś powtarzają je od wielu miesięcy jego doradcy i ideolodzy (ze szczególną precyzją w przeddzień militarnej inwazji na Ukrainę oraz, wielokrotnie, podczas trzech miesięcy toczącej się wojny).
Przemysław DakowiczDorastanie do Apokalipsy.Notatki na marginesie Planety Piołun Oksany Zabużko
Notatka pierwsza: NIEWIDZIALNI
Czy nie zdawało się nam, że Ukraina jest za siódmą górą i siódmą rzeką? Czy nie istniała dla nas co najwyżej połowicznie - jakby oddzielał nas szeroki pas gęstej mgły, w której brodząc, traci się orientację i poczucie rzeczywistości? Od czasu do czasu ta mgła się rozwiewała i wtedy widzieliśmy niebiesko-żółte flagi na placach odległych miast, czuliśmy swąd palonych opon, słyszeliśmy dalekie echa wystrzałów. Czasem jeździli tam nasi politycy, ministrowie i prezydenci. Rozmowy, jakie prowadzili, raz były bardziej udane, kiedy indziej ograniczały się do zdawkowej wymiany nic nieznaczących uprzejmości. Spieraliśmy się o bolesną przeszłość. Wychodziliśmy z rozbieżnych punktów i nie osiągaliśmy wspólnego celu. Były chwile, gdy nasi reprezentanci rozumieli doniosłość chwili - zapewniali o swoim poparciu dla idei wolności, widywano ich w pierwszych szeregach manifestacji maszerujących Chreszczatykiem.
Wysłannicy Ukrainy zjawiali się u nas i mieszkali między nami. Prawie ich nie dostrzegaliśmy - jakby w swojej historycznej i egzystencjalnej odmienności pozostawali dla nas niewidzialni.
O tego rodzaju "niewidzialności" pisze Oksana Zabużko w słowie Do polskiego czytelnika. Wspomina rok 2014 i jedną ze swoich wizyt w Warszawie. Uświadomiła sobie wówczas prawdę, którą u nas bodaj najdoskonalej wyraził Cyprian Kamil Norwid: "Przeszłość jest to dziś, tylko cokolwiek dalej".
W maju 2014 roku podczas spaceru po warszawskim Starym Mieście ukraińska pisarka trafiła na skwer, na którym ustawiono wielkoformatowe reprodukcje fotografii Willema van de Polla przedstawiające Warszawę z roku 1934. Pierwszą z tablic opatrzono napisem: "To był ostatni taki rok". Lektura tej frazy podziałała na Zabużko ogłuszająco: "jakoś nagle, jasno i nieodwołalnie zrozumiałam, że to nie jest o "wtedy", tylko o "teraz" [...]. Że świat zmienia się, przekraczając jakąś fatalną granicę, właśnie tutaj, teraz, natychmiast. I przeszedł mnie dreszcz. I szłam Nowym Światem, i drżałam z powodu tego odkrycia: że wszyscy ci ludzie wokół mnie jeszcze nic nie wiedzą" (Planeta Piołun)1. Tamtą różnicę między sobą a niczego nieświadomymi warszawiakami porównuje eseistka w Planecie Piołun do infekcji "wszczepionej w krew" - jest nią "nowa wojna światowa". Przed ośmiu laty ukraińscy artyści i intelektualiści wiedzieli to, co dziś powoli dociera do świadomości ludzi Zachodu... Wtedy ich wiedzą niemal nikt nie był zainteresowany, nawet w Polsce:
Było piękne, słoneczne popołudnie, koło katedry Świętego Jana uliczni muzykanci grali jakąś przyjemną melodię, wokół śmiali się zakochani, nawoływali turyści, przemykały na rolkach nastolatki z lodami - a ja patrzyłam na ten miły, przytulny, nieskończenie domowy świat stołecznego śródmieścia jak przez ścianę łez: na Donbasie rosyjscy najemnicy już wyłapywali ludzi na ulicach i rozcinali im brzuchy za ukraińską flagę [...] (Planeta Piołun)
Jako jedyny znak, że nie pozostaje dla Polaków całkiem "niewidzialna", potraktowała Oksana Zabużko prośbę staruszki z warszawskiej ulicy o "parę groszy" - ale nie miała polskich pieniędzy. Jej walutą była (już wtedy) gorzka wiedza o "nowym świecie", którego zarysy majaczyły na horyzoncie - świecie wojny, przemocy i śmierci - oraz o przemianie, jaką będzie musiała (któryż to raz) przejść ta część Europy, w której wszyscy żyjemy.
Paweł ChojnackiAmunicja Józefa Mackiewicza
Józef Mackiewicz: Wrzaski i bomby. Dzieła, t. 33. Wybór Michał Bąkowski, opracowanie i przypisy Nina Karsov. Wydawnictwo Kontra, Londyn 2021, s. 544.
Przecież u nas, na emigracji, ledwo ktoś tam wyłamał nogę w pomniku Lenina: "Prowokacja"! Jakaś nieszczęsna bombka przed Bezpieką: "Prowokacja"! Odwrotnie: trzeba bić, strzelać, rzucać bomby, robić wojnę. Józef Mackiewicz do Janusza Kowalewskiego, 4 lutego 1982 roku
Nie tylko o wrzasku "Prowokacja!" i granatach w Bezpiekę jest ten zbiór - nowa bateria rozproszonych artykułów autora Zwycięstwa prowokacji. Nie tylko też on dopominał się o walkę zbrojną z komunizmem. Dwadzieścia lat wcześniej uderzy Michał K. Pawlikowski (Berkeley) do Mieczysława Grydzewskiego (w Londynie): "[...] nie lubię polemik, zwłaszcza transoceanicznych i transkontynentalnych, piszę jednak w celu "klaryfikacji" pewnych punktów dotyczących mnie osobiście". I nawiązując do nieznanego nam listu redaktora "Wiadomości", zostawiając "zupełnie na boku" Mackiewicza - "niech sobie będzie "maniakiem"" - pyta: "Czy nie wolno dziwić się fenomenowi (dla mnie zresztą zrozumiałemu), dlaczego nigdzie nie ma oporu zbrojnego przeciwko uciskowi bolszewickiemu?".
Chyba owym "maniakiem" korespondent dopiekł, gdyż Pawlikowski czuje się w obowiązku precyzować: "Sam maniakiem nie jestem [...], uważam wszystkie polskie "zrywy" - od kościuszkowskiego począwszy - za zgubne dla nas. Nie o zrywy tu chodzi, po prostu dziwię się, że się nie znalazł ktoś jeden (ot, taki Elig[iusz] Niewiadomski a rebours), który by palnął w łeb Gomułce lub innemu draniowi". Dodaje, że "maniak" "nie wzywał Polaków do zrywu, a po prostu "dziwił się"". Odmawia "kontr-komentarza": "Pod tym "zdziwieniem" sam się podpisuję". Wcześniej, 6 lipca 1957 roku, zauważy, że Mackiewicz "staje się coraz bardziej ciekawy, choć "kontrowersyjny"" (wszystkie cytaty według wydania: Michał K. Pawlikowski, Listy do redaktorów "Wiadomości", opracował i przypisami opatrzył Piotr Rambowicz, konsultacja edytorska Beata Dorosz, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2014).
Określenie przyklei się do jednego z najtęższych naszych piór XX wieku. Ale przylgnie i riposta - cóż wart jest twórca niekontrowersyjny? Dodajmy, że prócz nowo wydawanych w Londynie Dzieł, także i poczta z toruńskiej kolekcji Listy do redaktorów "Wiadomości" (Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika) winna zostać wyzyskana w rysowaniu zaktualizowanej biografii intelektualnej pisarza, w opisie recepcji jego poglądów. W chwili, gdy kończę to omówienie, londyńska oficyna Kontra, po wcześniejszych woluminach korespondencji Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej - z redakcją "Kultury" (tom 21 Dzieł), z redaktorami "Wiadomości" (drugie, uzupełnione wydanie w serii "białej", 2018), Pawłem Jankowskim (tom 26), Juliuszem Sakowskim (tom 27), Michałem i Ireną Chmielowcami (tom 28), Januszem Kowalewskim (tom 29) - wystąpiła z kolejnymi edycjami Dzieł: korespondencją z Michałem K. Pawlikowskim (tom 34) oraz Wielką niewiadomą. Listami do i od różnych osób (tom 35); wszystkie zbiory epistolarne przypisami opatrzyła Nina Karsov.
W liście z 22 lutego 1958 roku Mackiewicz tłumaczy Pawłowi Jankowskiemu: "Z komunizmem nie walczy nikt. A już nasi Polaczkowie wcale. Nie ma co się oszukiwać. Nie wiem tylko gdzie złożyć podanie o wystąpienie z narodu polskiego". Sześć lat później "punktuje" Michała Chmielowca: "[...] jest Pan stuprocentowym Polakiem; ocenia Pan rzeczy przede wszystkim od strony "moralnej", a nie rzeczowej" (list z 14 stycznia 1964 roku). Znów do Jankowskiego: "Pan jest wciąż wielkim patriotą-Polakiem. Ja nim już gruntownie być przestaję. Solidarność całego narodu z Gomułką i polskim komunizmem jest zupełnie przerażająca. [...] Czy słyszał Pan kiedykolwiek, żeby emigracja rosyjska starała się o pożyczki dla Lenina w czasie NEP-u? Polacy to urodzeni komuniści. Im tylko "forma narodowa" jest konieczna. A "treść" (wg leninowskiej tezy) może być chociażby komunistyczna". Przykro? Przykro!
Walka militarna, ale i antykomunizm stają się passé. W zawartym w kanonicznym komplecie Droga Pani... (wybrał Tadeusz Kadenacy, bibliografię opracował Michał Bąkowski, Wydawnictwo Kontra, Londyn 2012) artykule pod emblematycznym nagłówkiem Na drodze Wielkiego Ześlizgu przypomni: "Pamiętam, jak gdzieś w r. 1949 powiedział mi Grydzewski: "Nie myślałem, że to tak prędko pójdzie..."". Podaje przykłady "ześlizgu z "antykomunizmu" na płaszczyznę popularyzacji komunizmu, przy jednoczesnym zachowaniu "antysowieckiej" formy" oraz konstatuje: "Niemniej cały świat (a my z nim) zasugerowany jest jakąś fantazją, z której - gdyby opowiedzieć było jeszcze lat temu... - śmielibyśmy się do rozpuku, a jeszcze bardziej z naiwności kogoś, kto by w realną możliwość takiej fantazji uwierzył. Przeczy bowiem zdrowemu rozsądkowi tego wszystkiego, co o metodach i ustroju sowieckim wiemy od r. 1917 do r. 1977". W liście z 15 lutego 1976 roku klaruje Juliuszowi Sakowskiemu: "Sołżenicyn-Sacharow, wszystkie okoliczności etc. etc. zmierzają do wyeliminowania białej emigracji i zastąpienia jej "dysydentami"; zmierzają do zastąpienia walki z komunizmem - "opozycją wobec totalitaryzmu". Jest to plan światowy, obejmuje nie tylko rosyjską emigrację, ale całokształt stosunku do komunizmu i Sowietów. Obejmuje również PRL".
Nawiązanie do "leninowskiej tezy" popycha do zwrócenia uwagi na szczególny tekst we Wrzaskach i bombach, gdy nie można przedstawić wszystkich... Ogłoszony w 1965 roku (na trzy lata przed mym urodzeniem) - w niszowym, na antypodach, "Nurcie" artykuł: gdyby Lenin był dziś - antykomunistą (tak - od małej litery). Gdy Józef Mackiewicz w świadomej konwencji "mówi Leninem", doskonale go rozumiem, zarażam się... Czy to ślad mego skomunizowania, które tropię, sfera, której nie widzę - czyli najprawdziwsza? On bodaj prześmiewczo parafrazował "wodza rewolucji", a mnie - przyznam - "biorą" te fragmenty. Fragmenty, których nie znałem, gdy miałem dwadzieścia lat, a których wtedy bym nie rozumiał. Jednocześnie nie umiem nie dotknąć "drugiej strony medalu": hardy maksymalizm prowadzi do paraliżu - skoro nie możemy brać wszystkiego, nie umiemy wziąć już nic. Ale to przecież argumenty "realistów"! Kto jest "głównym oparciem społecznym tych tendencji", zapleczem zaniechania orężnej walki o wolność? "Lewicowi intelektualiści, biurokracja, "postępowi katolicy", zgangrenowana Cerkiew, uprzywilejowana w "ich ojczyźnie" inteligencja, jako też drobnomieszczańscy zwolennicy "pokoju", chwilowo kroczący w szeregach partii komunistycznej".
W Wielkim Ześlizgu dołączą "ludzie dobrej woli wezwani do porzucenia przestarzałych uprzedzeń i tanich haseł, a włączenia się do wspólnego frontu z dobrym komunizmem". Aby ich zneutralizować, trzeba przelicytować, "jak przelicytowano ich hasłem "Pokój". A jednocześnie odciągnąć ich od bezpłodnych i "tanich" haseł antykomunizmu". Przy lekturze "Lenina - kontry" pojawi się nieoczekiwany sojusznik - Witold Jedlicki. W liście z 11 kwietnia 1966 roku, cytowanym w opracowanych przez Ninę Karsov przypisach, oznajmia: "Pana myśli na temat leninizmu jako taktyki politycznej mającej zastosowanie do walki z komunizmem w chwili obecnej są jakimś istotnym krokiem naprzód w kierunku dopracowania się do jakiegoś sensownego programu działania politycznego, którego brak ja osobiście bardzo odczuwam...". Nie wszyscy odczuwali i takim "istotnym krokiem" myśli te się nie stały. Gorzej - następował coraz silniej "ześlizg".
Wyrastałem w jego cieniu, podobnie jak wszyscy wchodzący w dorosłe życie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. We wszechobecnej atmosferze odsądzania od czci i wiary minimalnego choćby cienia sugestii o możliwości walki z bronią w ręku z komunizmem. Kościół (ale i papież w Rzymie) oraz "demokratyczna" czy "niepodległościowa" opozycja zgodnie głosili to bez wytchnienia. Przyjęcie tej postawy stanowiło dla chcącej wtedy szybko dorastać młodzieży ziszczenie aspiracji dojrzałej powagi. Mackiewicz, w 1965 roku: "To nie pragnienie wolności zbankrutowało w postaci obecnych kierowników "wolnego świata", lecz niedostateczne pragnienie wolności, tzn. oportunizm i "realizm polityczny". Właśnie ta tendencja istniejąca wszędzie, we wszystkich krajach".
Kultywowano "niedostateczne pragnienie wolności". Jak to się stało? "Odrzucając walkę antykomunistyczną wraz z jej nieuniknionym w pewnych momentach przekształceniem się w wojnę domową i głosząc hasła koegzystencji; propagując pod postacią patriotyzmu i obrony interesów ojczyzny szowinizm narodowo-komunistyczny i odrzucając podstawową prawdę, że wolność jest wyższa ponad interesy narodowe; ograniczając się w walce z komunizmem do sentymentalno-mieszczańskiego punktu widzenia, zamiast uznania konieczności wojny wyzwoleńczej wszystkich krajów przeciwko komunistom wszystkich krajów". Potrzebny jest, że zacytujemy inny zupełnie tekst z 1935 roku: "Gwałtowny, straszny atak, szalona ofensywa i - zwycięstwo! - Nie jest to właściwie teoria nowa, raczej stara w historii wojen, jak stare są te wojny i świat cały. - Rosjanie mówili "bystrota i natisk" i przegrali wojnę". Mackiewicz wojnę wyzwoleńczą chciał wygrać.
Zdania urwane w połowie Wojciech Stanisławski
Katarzyna Surmiak-Domańska: Czystka. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021, s. 288.
Zdecydowana większość wołyńskich opowieści ma wspólną strunę, brzmiącą dużo mocniej niż w innych narracjach o wojnie. Niemal z reguły spisywane są z perspektywy dziecka mieszkającego na wsi, doświadczającego w cieniu morwy i czereśni arkadyjskiej urody kosmosu, osadzonego w quasi-reymontowskiej wspólnocie: hierarchicznej, czasem brutalnej, ale oferującej swym członkom mocne oparcie.
Konsekwencją tego jest jednak dodatkowy szok towarzyszący zbrodni i rozpadowi świata. Zło nie przychodzi z zewnątrz, nie wjeżdża na czołgach, nie mówi obcymi językami i nie nosi nieznanych mundurów; pojawia się poprzez przemienienie znanej dotychczas Arkadii. Siekiera wyrasta w rękach sąsiada, pętla zwisa z czereśniowej gałęzi. Taka sytuacja powoduje najgłębsze, najbardziej radykalne z możliwych odebranie poczucia bezpieczeństwa. Przemiana znajomego w obce jest lejtmotywem klasyki horroru (by wspomnieć tylko Coś Johna Carpentera z roku 1982), ale w świecie realnym doświadczają jej dzieci z mieszkań z niebieską kartą, z domów, w których rozkwitła schizofrenia, z chałup Wołynia.
Zdecydował zresztą o tym sam przebieg wypadków: wśród osób ogarniętych rzezią wołyńską (z definicji "wiejską") największy odsetek tych, którzy przeżyli, stanowiły dzieci (bo było ich najwięcej, bo było im najłatwiej się ukryć, bo zdobywano się na największe poświęcenie, żeby je ocalić). One też jako jedyne miały szanse otorbić lub przepracować to doświadczenie: ich dorosły świat rozpoczynał się Wołyniem, lecz na nim się nie kończył, w odróżnieniu od dorosłych "ocaleńców", którzy nie byli już w stanie przekroczyć horyzontu katastrofy. Więc każda opowieść - czy to z antologii Dziewczyny z Wołynia, czy z epatujących makabrą opowiadań Srokowskiego - rozpoczyna się od takich samych obrazów Arkadii przed przemienieniem/przemieleniem: Czereśnie rosły bujnie. Puchły pierogi z wiśniami. Mieliśmy krowę i białą chatę. I had a farm in Africa.
Rozpoczyna się - albo nie rozpoczyna, nikt chyba jeszcze nie wpadł na tak szalony pomysł, by sporządzić statystykę relacji i ech literackich Września, zsyłek, Zagłady, okupacyjnego terroru, powstania i Wołynia (w dodatku - z uwzględnieniem liczebności straumatyzowanej populacji), ale intuicja jest dość powszechnie podzielana: wołyńskich obrazów jest relatywnie najmniej. A w dodatku te, które powstały, najczęściej pozostały tylko relacjami: sporządzone późno, zwykle językiem zakrzepłym w przedwojennej retoryce, "źle urodzone", nie miały szans dotrzeć do czytającej publiczności miejskiej: jako jedyny bodaj trafił tam tytan pracy literackiej, w dodatku nie odwołujący się do własnych doświadczeń, Włodzimierz Odojewski z Zasypie wszystko, zawieje.
Katarzyna Surmiak-Domańska nie napisała powieści, lecz reportaż, nie o samej rzezi wołyńskiej, lecz przede wszystkim o jej zatartej i wypartej pamięci. Odtworzyła w nim historię "po mieczu" - śmierć lub przetrwanie swoich babć i ich dzieci, uparte milczenie ojca - lecz przypomniała też, za sprawą Czystki, starą skądinąd prawdę, że być może pisanie historii na nowo przez każde kolejne pokolenie jest jedynym sposobem, by uczynić tę historię "żywą" i przyswajalną dla kolejnych roczników.
Ceną za to jest ryzyko "aberracji prezentystycznej", to jest narzucania przeszłości współczesnych standardów i rzutowania na nią współczesnej wrażliwości. Ryzyko w przypadku Czystki wyjątkowo duże, autorką książki jest bowiem wieloletnia reporterka "Dużego Formatu" i "Wysokich Obcasów". Przewrotność całej sytuacji polega zaś na tym, że szczególny wektor uwrażliwienia, swoisty dla autorek "WO", w tym przypadku przyniósł świetny efekt na polu uprawianym dotychczas jedynie przez paleopatriotów.
Ten wektor uwrażliwienia niełatwo scharakteryzować w kilku słowach i autor noty o Katarzynie Surmiak-Domańskiej w Wikipedii czyni jej krzywdę, politrucko redukując ulubioną przez nią tematykę do "przeciwstawiania się kulturze patriarchatu i kulturze macho, badania zjawisk odradzającego się nacjonalizmu [...] i ofiar [...] przemocy w rodzinie oraz księży pedofilów w Polsce i w Irlandii". Tak nie jest, a przynajmniej nie zawsze: ksiądz Bierut, jeden z protektorów rodziny Surmiaków w przedwojennych czasach i jej towarzysz w dniach poprzedzających rzeź, choć opisany bez kolanopokłonności, a miejscami cierpko, jest po prostu jedną z osób dramatu. I nawet cieńsze od nitki babiego lata domniemanie, że trafiające na jego talerz pierogi z serem - "maleńkie, pękate, dopieszczone zgrabnymi paluszkami" - były vehiculum pieszczoty zgrabnych paluszków gospodyni, niewinnym, lecz nie wolnym od tęsknoty - nie czyni zeń jeszcze przemocowo-patriachalnego proboszcza-pedofila.
Mniejsza jednak o księdza Bieruta. Fenomenem książki Surmiak-Domańskiej i jej siłą jest to, że zachowała uważność i wrażliwość autorki prac o kulturze patriarchatu, opowiadając inną niż dotychczas historię. Źródeł materialnych i pisanych do dziejów jej rodziny zachowało się tyle, co nic, historiografia nie jest zresztą najsilniejszą stroną reporterki: opracowania, do jakich się odwołuje, są dość przypadkowo dobrane, wiele czasu poświęciła na sprawdzanie spraw oczywistych, a gdy sama usiłuje w kilku zdaniach streścić dzieje relacji polsko-ukraińskich w Dwudziestoleciu, nie wychodzi jej to zbyt dobrze. Sięgnęła po metodę zupełnie inną, pokrewną tej, jaką posługują się archeolodzy i poszukiwacze skarbów, opukujący mury, by wykryć miejsca brzmiące głucho. Surmiak-Domańska "opukuje" rodzinną narrację, ten splot słuchanych jednym uchem anegdot, wspomnień i przekomarzań rodzicielskich, na podstawie których ucho dziecka odtwarza i hierarchizuje obraz rodowej przeszłości. Opukuje go - szukając pustych miejsc, anegdot, których brak w zgodnym ciągu doskwiera jak dziura po wybitym zębie, historyjek, które p o w i n n y być opowiedziane, lecz ich zabrakło. I dopiero z odlewu tego negatywu - qui tacent clamant - udaje jej się odtworzyć historię wypartą, historię Wołynia.
Żeby opukując rodzinną historię, tyle usłyszeć, trzeba posiadać szczególny rodzaj słuchu: archeolog słyszy pustkę pod cegłą, kot - mysz, a Surmiak-Domańska - zdania urwane w połowie. Zgrabne wekslowanie tematu. Milczenie tak uparte, że znudzi każdego interlokutora. Obracanie wszystkiego w żart, wypieranie się, skargę, która wyrywa się po trzydziestu latach, zapewnianie, że nie, przecież wszystko w porządku... Stare jak świat, rozpaczliwe sztuczki językowe, zapewniające przetrwanie "słabszych": dzieci, służących, Żydów, kobiet, Murzynów, ofiar przemocy domowej.
W ten sam sposób, z tym samym nastawieniem słuchała nie(d)opowiedzianej historii rodziny Surmiaków i ona sama, i jej czytelniczki, obdarzone tą samą wrażliwością (kto po tylu latach dojdzie, czy stworzoną, czy tylko wydobytą przez lata pracy w "Wysokich Obcasach"?). Wiele nut tej opowieści brzmi zresztą znajomo: Czystka to także historia kobiet samotnych, odważnych, silniejszych od przemocowych lub nieodpowiedzialnych mężczyzn, zepchniętych za sprawą wzorów kulturowych do podrzędnej roli, niewysłuchanych, skrzywdzonych, wzdychających za antykoncepcją lub pod ciężarem traum osuwających się w demencję. Ten trop jest tak oczywisty, tak układający się w całość - tyle że na jego końcu czeka nie wysokoobcasowy happy end (wyzwolenie się z toksycznego związku i odkrycie własnej podmiotowości, z reklamą nowego kremu nawilżającego w bonusie), lecz jeden z najbardziej przenikliwych obrazów wołyńskiej traumy, jaki istnieje w literaturze polskiej. Obraz Bronka Surmiaka, który w wieku osiemdziesięciu trzech lat, po wyjściu z Wołynia Smarzowskiego, nadal potrafi się wymknąć. I to jak mistrzowsko! Niczym jedenastolatek kluczący, by z płonącej chałupy dobiec do pobliskiego lasu:
- Tato, ale sceny mordów - naciskam. - Czy to rzeczywiście tak było?
- Mordy się akurat zgadzają - przyznaje tata niechętnie. - Denerwuje mnie tylko ta pogarda dla szczegółu, te błędy.
[...]
- A mnie się przypomniało, jak mamusia z tatusiem młócili cepami. Jaki to był piękny widok - odzywa się mama z nostalgią. - Tak na zmianę. Raz tatuś, raz mamusia. Z góry na dół, z góry na dół.
- Taaak! - Ojciec się rozpromienia. - Ja tak samo z mamą młóciłem! Na zmianę. W takim zsynchronizowanym rytmie, jak w zegarku. Pac, pac. Pac, pac.
Czy to kolejna relacja o domowej przemocy i marginalizowanych kobietach doprowadziła autorkę, niejako mimochodem, do opowieści o Wołyniu? Czy może, chcąc opowiedzieć o Wołyniu dzisiejszym czytelnikom i czytelniczkom, trzeba po prostu zanęcić ich tym, co znajome - siostrzeństwo, tęsknota, karygodny brak środków kontroli urodzin na powojennych Ziemiach Odzyskanych - by doprowadzić do tego, co (jednak) najważniejsze - "maleńkiej czerwonej kropli na brzuszku", śladu po kuli? Zresztą, może to nieważne.
6/2022
W POPRZEDNIM NUMERZE
Adriana Szymańska Codzienność; Sikorka celebrytka; Żarty, żarciki; Epilog z gwiazdą; Dar poranka
Wojciech Zembaty Bramy Lasu
Stanisław Dłuski Topole z Dębowca; O Beatrycze, bądź mi kamieniem; Gorąca herbata; Który Jest; Pocałuj w usta Murzynka; Kartka z nowoczesnego Piekła; Powitanie Dębowca
Marta Kułaj Drugi wiatr; Druga strona dyptychu; Szósty grzech główny
Jan Tulik Siódmy palec anioła
Maciej Teodor Kociuba Mur; Z cyklu Homo viator: Efekt Dopplera; Końcowa stacja; Genius loci; Niespełnione; Ślady
Agnieszka Kumor Nad nami noc (1)
Jan Belcik Urodziny; Fatamorgana nad Cergową; Łupina; Do S...; Wielka Sobota
Karol Maliszewski Do Krainy Metaksy. Tokarczuk a Brakoniecki
Samuel Tchorek-Bentall Kronika klęsk elementarnych
Andrzej Niewiadowski Lem opisany
ARCHIWUM
Stanisław Lem Jak osiągnąć syntezę; Tysiąc i jeden głos powieści z rosyjskiego przełożyli Wiktor Jaźniewicz i Maciej Płaza
Stanisław Lem List do Jakuba Lichańskiego
Jakub Z. Lichański Król Grobomił i Maszyna, czyli Tajna wyprawa Klapaucjusza
KSIĄŻKA MIESIĄCA
Adrian Gleń Enigma przemiany
[Tomasz Różycki Ręka pszczelarza]
WŚRÓD KSIĄŻEK
Bartosz Suwiński Nieprzerwane otwarcie. Poezja Krystyny Miłobędzkiej
[Krystyna Miłobędzka jest/jestem (wiersze wybrane 1960/2020)]
Paweł Chojnacki Poeta z Londynu, czyli sezon na obrazoburstwo
[Tadeusz Sułkowski Modlitwa w złej chwili. Liryki wybrane]
Paulina Dąbkowska Dobrze jest myśleć literaturą
[Maciej Miłkowski Trzeci dzień świąt]
Paweł Majcherczyk Zjedzmy siebie
[Sławomir Shuty Nowy wspaniały smak]
Bogusław Czarny Kto potrafi, niech zrobi lepiej
[Agnieszka Gajewska Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Biografia]
Łukasz Kucharczyk Chaos jako podstawa działania
[Wojciech Orliński Lem w PRL-u, czyli nieco prawdy w zwiększonej objętości]
NA WIDNOKRĘGU
Fryderyk Hunia Od cierpienia na historię do transhistorycznej głębi
Rafał Sulikowski Warkocz komety
PRZEGLĄD ZAGRANICZNY
Hanna Karpińska Bułgaria
Lucie Zakopalová Czechy
NOTY
Włodzimierz Paźniewski "Podłącz się, dostrój, odpadnij"
William Whiteford Ponowne wygnanie z raju
Jarosław Sujczyński Coming out: byłem agentem Megapolu
Paweł Majcherczyk Sexy Doll Kokoschki
KSIĄŻKI NADESŁANE
COKOLWIEK DALÉJ
Przemysław Dakowicz C.S. Lewis w Mariupolu
DZIENNIK 2022
Zbigniew Mentzel Moje Martwe dusze. Esej dla wnuków (fragmenty)
6/2022
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2022 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl