Twórczość 6/21 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

7.00 zł
5.81 zł (5,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Marek PacukiewiczPiwnica i pustynia. Caravaggio na Malcie

J.

1.

Refleksja turysty: dlaczego Caravaggio, dotarłszy na rozświetloną słońcem Maltę, namalował być może swój najmroczniejszy obraz - Ścięcie św. Jana Chrzciciela?

Ta nieco pretensjonalna mieszanina ironii i śmiertelnej powagi, łącząca istotne pytanie z asekuranckim komentarzem, dobrze odzwierciedla moją nieufność i niedowierzanie wobec własnych odczuć, dlatego nawet po latach rozpoczynam swoją opowieść tą właśnie, bezradną formułą.

Malta wydawała nam się nieokreślonym mirażem unoszącym się nad południowym morzem i kojarzyła raczej z wakacyjnym kurortem, co tym bardziej wzmagało obawy przed rutyną wrażeń. Tymczasem jadąc zupełnie nieoczekiwanie w miejsce, którego nie znaliśmy, musieliśmy podporządkować się programowi wycieczki. Nie łudząc się, że odnajdziemy istotę "maltańskości", próbowałem wyszukać przynajmniej jeden możliwy do objęcia uważnym spojrzeniem punkt, który nadałby spotkaniu z nieznanym sens. Zresztą - tłumaczyłem sobie - czy poszukiwania "istoty" (jeśli w ogóle możliwe w tego rodzaju okolicznościach) nie są zaledwie wycieczką prześlizgującą się po powierzchni tajemnicy?

Oczywiście rację ma pewnie Jarosław Iwaszkiewicz, który pisząc o San Gimignano z wielkim przejęciem, odkrywa dla siebie drogę równoległą do ubitych traktów: "[...] zanim zacząłem rozumieć sztukę tej ziemi, chciałem zrozumieć ziemię samą". Prawdy tego rodzaju są jednak tak ogólne, że nabierają sensu dopiero pod wpływem indywidualnego przeżycia, a i tak kolejne spotkania z obrazem i miejscem wymuszają ostatecznie zgodę na niewiedzę. Z biegiem czasu (a już prawie dziesięć lat upłynęło od naszej wizyty na Malcie) coraz bardziej zacząłem zbaczać z drogi rozumienia, która i tak wyprowadziła mnie na pustynię wypełnioną powidokami i przeczuciami. Cenię je sobie coraz bardziej.

Wbrew obiegowym lamentom niektórych filozofów doświadczenia nigdy nie mamy zbyt mało, a przede wszystkim nigdy nie jest ono ani lepsze, ani gorsze - po prostu jest. Upewniam się o tym, kiedy pisząc te słowa, patrzę na najważniejszą - jak się okazuje po latach - pamiątkę z Malty. Jest to kulka z barwionego szkła, którą kupiłem w wiosce rzemieślników Ta' Qali, niedaleko starej stolicy Wyspy, Mdiny, pośrodku pustynnego krajobrazu. Nie wiem, dlaczego wybrałem akurat szarą - może na przekór wszechobecnemu światłu? Wciąż widzę w niej odblask słońca, jakby ktoś wlał w nią cały ogień z małego pieca hutniczego. A przecież byliśmy tam tylko przejazdem, w trakcie kolejnego show z wydmuchiwaniem szkła specjalnie dla turystów...

Pytanie, od którego zaczynamy, nieświadomie sformułowałem, chyba jeszcze zanim dotarliśmy na Maltę, chociaż dojrzało dopiero na Wyspie. Potem wypierałem je, wstydząc się pretensjonalności. Oczywiście nawet migawkowe, powierzchowne, "turystyczne" wrażenia okazały się silniejsze niż początkowy, wyrozumowany impuls, który miał być unikiem, alibi dla nieuwagi, a tak naprawdę wywiódł nas - dosłownie i w przenośni - na pustynię, choć długo również i tym wrażeniom nie chciałem się poddać, bojąc się sentymentalizmu. Być może zbyt łatwo uwierzyłem, że konwencja przytłumi nasze przeżycia, a może bałem się, że ich labirynt okaże się zbyt zawiły?

Wszystko, co najważniejsze, pojawiło się - jak zawsze - poza wcześniej zakreślonymi ramami, ale nie tylko poza programem "zorganizowanego wypoczynku" (tej podobno pośledniejszej i mało wyrafinowanej formy sztuki podróżowania), również poza rozgwarem komentarzy. Przed wyjazdem dużo więcej czytałem na temat samego Caravaggia niż o Malcie - a ostatecznie niewiele pamiętam dziś szczegółów z biografii malarza. Co zatem zostało?

Dopiero po latach moja pamięć zawierzyła najbardziej podstawowym, często ulotnym wrażeniom i pozwoliła wyłonić się z niezgrabnego pytania obrazowi, który - jak się okazało - nie był ani najmroczniejszy, ani jedyny.

Wacław HolewińskiMierząc się z legendą, ryje swój ślad...

Wojciech Chmielewski: Jezioro Dargin. Czytelnik, Warszawa 2021, s. 224.

"Dargin (niem. Dargeimer See) - jezioro w Polsce na Pojezierzu Mazurskim, w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich, część kompleksu Mamr. Jeden z większych akwenów leżących na północ od Giżycka. Staropruska nazwa ze starobałtyjskim rdzeniem darg, znaczącym "słotny, wilgotny, mokry"". To tam wysyła swego bohatera Wojciech Chmielewski. Dla odpoczynku, przemyślenia życia, oswojenia się ze śmiercią. Śmiercią spodziewaną, ale przecież - w wypadku najbliższych, a przyjaciel zalicza się naturalnie do tego kręgu - zawsze niespodziewaną, kończącą nieodwołalnie jakiś etap naszego życia.

Czytam najnowszą, siódmą książkę autora Najlepszej dentystki w Londynie i, jak wcześniej, nachodzi mnie myśl, że jest on pisarzem nostalgicznym. Jak ulał pasuje tu definicja tego szczególnego stanu: "tęsknota za czymś przeszłym, co utrwaliło się w pamięci lub do czegoś, co wyobrażono sobie w marzeniach". Jest Chmielewski pisarzem odchodzącego świata, nawet wówczas, gdy na stronach swoich opowiadań lub powieści pisze o tym, co tu i teraz. Nic nie dzieje się w tej prozie szybko, gwałtownie, nie ma zwrotów akcji, które każą czytelnikowi wrócić do poprzedniej strony, czytać ją ponownie. "Trafił się naprawdę upalny dzień. Tataraki jakby przyprószone słonecznym pyłem, ciemniejsze wierzchołki sosen nie poruszają się. Na kąpielisku dzieci chlapią na siebie, pływają na materacach. Czarny pies moczy łapę w jeziorze i odskakuje". Ten - wydaje się prosty - opis, przecież mistrzowski, pozwala dotknąć jeziora, poczuć upał, usłyszeć krzyk szczęśliwego dziecka. I być w środku, właśnie tam, gdzie chce nas poprowadzić autor tych słów.

Mazury są dla pisarza kontrapunktem, potrzebą odbicia pełnego świateł miasta, Warszawy. Bo przecież ta powieść tylko czułkami dotyka Wielkich Jezior, tak naprawdę, jak zawsze u Chmielewskiego, to Warszawa, jej ludzie, zaułki, knajpy, wieżowce, jej kurz - dosłowny i w przenośni - są surowcem, z którego tworzy, lepi swych bohaterów.

Kim jest narrator Jeziora Dargin? Dojrzałym mężczyzną, pewnie bliżej mu pięćdziesiątki niż czterdziestki. Specyficznym, bo za takiego trzeba przecież uznać kogoś, kto nigdy nie miał kobiety, żyjącym w świecie muzyki, którą przez lata prezentował w publicznym radio, a resztę czasu spędzającego na lekturach - z racji wykształcenia - głównie niemieckich i w towarzystwie poznanego podczas wakacji, ileś lat wcześniej, przyjaciela i jego kompanii. Człowiekiem na rozdrożu, po utracie pracy i tego, który dawał mu inny, głębszy oddech, pozwalał wejść, wniknąć w świat, który początkowo obcy, stawał się z każdym miesiącem, z każdą wizytą w karczmie, wypitym piwem, bliższy, bardziej swój.

"Leżałem w lesie na Mazurach i analizowałem własne przywidzenia. Jedno po drugim. Na przykład, że jestem niezastąpionym radiowym redaktorem. Co za kłamstwo! Ci, co przejęli w ramówce prowadzenie moich programów, są często po prostu lepsi. Bardzo to boli, ale takie są fakty". Ilu z nas myśli podobnie, ilu ma odwagę przed samym sobą powiedzieć: nic ponad miarę. Ot, przypadek, studenckie radio, dobry "radiowy" timbr głosu, ciotka, która pomogła znaleźć pracę gdzieś na Myśliwieckiej, a może w Alejach Niepodległości (autor zabawił się z dociekliwymi czytelnikami wymieniając nazwiska muzycznych i literackich "gwiazd" dwu programów Polskiego Radia).

Życie. Pewnie ciekawsze, bo pełne do pewnego momentu odwagi, charmu, determinacji, to drugie, zmarłego przyjaciela. Pnącego się po szczeblach kariery pracownika korporacji, towarzyskiej gwiazdy, ojca rodziny. Tyle że i tu ostrym cięciem Chmielewski przeciął liryczną bajkę. A może nigdy jej nie było, może tylko nałóg był lepiej ukryty? Bo to wyjazd służbowy, negocjacje w jakimś hotelu niszczą jego przyszłość, powodują, że staje się persona non grata, tym, z którym nikt już nie będzie chciał zawierać umów, o którym za plecami będą szeptać, że wyłącznie wódka stawia go na nogi. A potem już tylko gorzej, zapudłowanie po jeździe rowerem po pijaku, rozwód, strach o kontakty z dziećmi, ucieczka od matki, jedynej osoby, która była gotowa poświęcić wszystko dla ratowania syna. Zabałaganiona wynajęta kawalerka na Siewierskiej... I oaza wolności. Knajpa, karczma tuż obok Dworca Głównego, miejsce staczania się, ale i ciekawości, przeżycia w innym języku, bo przecież każdy ma swój język, punkt wyjścia do opowieści. Oaza pełna "ludzi prawdziwych" wypełniających krzesła przy stolikach. Tego, przy którym siedzą, tego obok. Przestrzeń. Przemieszani. Każdy z własną historią, traumą, poczuciem wartości. Bolek Snajper, Darek Bomba, Tomek z Legii Cudzoziemskiej, Kazik z Eurotransu, Jurek Wolontariusz. Były ubek, pułkownik, kierowca, jakiś stróż, inteligent. W bluzie z emblematem warszawskiej Legii, z pancernymi zagonami Guderiana, nieznaną komorą w piramidzie Cheopsa. I do połowy opróżniona szklanka z wódką i sokiem żurawinowym. Szklanka, nie kieliszek!

Wróć, cofnijmy się jeszcze dalej. Bo może coś musi z czegoś wynikać? "Czy wyobrażasz sobie sytuację, w której ja zapraszam do domu kolegów i piję z nimi wódkę w dużym pokoju? To nie do wyobrażenia. A mój stary? Pewnego dnia przychodzę ze szkoły, siedzą we trzech, flaszka na stole. Pierwsza, potem jeszcze kilka. [...] Moja matka krzątała się w kuchni i podawała na stół kanapeczki, coś na ciepło, zmieniała talerze, podała wędliny, śledzie. Inne czasy były".

Tak, czasy były inne, inne też zapewne rozmowy, ale przecież gdzieś w nas, w niektórych z nas, tkwi ta potrzeba specyficznej bliskości - na rauszu, gdy myśli przychodzą niespodziewanie, alkohol wyostrza spojrzenie, skojarzenia są nieoczywiste...

Więc może to także opowieść o zmianie obyczajów współczesnej Polski? O przeniesieniu alkoholowego ceremoniału z czterech ścian jakiegoś M do knajpy? Nie żadnych lumpów, raczej tych nieźle wykształconych, oczytanych, szukających kolorytu, spełnienia, oderwania od rzeczywistości oczywistej? Niekoniecznie. "Stara wyrzuciła mnie z domu, zaczął zwierzenia Jurek Wolontariusz, bo za regałem zamontowałem pojemnik z pleksi na wódkę. Za książkami szedł przewód, rurka taka plastikowa, aż do samej szafki nocnej. Żona nie mogła dociec, dlaczego ciągle jestem ten tego".

Siedzą, rozmawiają, czas płynie. Wódka, piwo, powoli snujące się opowieści, o tym, co kiedyś, o tym, gdzie i z kim. Albo o tym, dlaczego było właśnie tak i nie mogło być inaczej. O reformacji, historii starożytnej, Filistynach. "Można było wypić całe piwo, nie odzywając się ani słowem". Czasami w zimie, gdy już w głowie wszystko się miesza, ktoś poleci na rozgrzaną do czerwoności kozę, ktoś nieszczęśnika poratuje, odwiezie do domu, inny wpadnie na szybką lufę, bo musi gdzieś dalej, w trasę. Czasami kończy się to w jakimś kantorku, obok sprzętu...

Są przegrani? Przyjaciel narratora mówi, że uważa ich za śmieci, że fascynuje go brud. Brud życia, bo przecież nie o mydło ani poczerniony mankiet czy kołnierzyk nieuprasowanej koszuli tu chodzi. A oni sami? Nikt ich nie pyta, ale zapewne nawet by im nie przyszła do głowy taka klasyfikacja, weryfikacja. Pewnie odwrotnie, lubią i cenią właśnie to, że nikt, nikt na świecie nie zmusi ich do zmiany trybu życia, że jest ono tylko ich, że decydują, że czują się wolni. Od ludzi, zdarzeń, etatów, prawa. Nawet od pieniędzy, tych zarobionych i tych... No tak, ktoś postawi, innym razem, gdy będę mógł... Nie ma hierarchii, zobowiązań, nie ma obligu czegokolwiek. Inna liga, inne rozgrywki, inna tabela potrzeb.

Nagle, bez zapowiedzi ktoś zniknie. Będą snuć domysły. Legia Cudzoziemska? "Zaciągnęli się, pojechali na Bliski Wschód, żeby strzelać do Arabów". Może tak, może nie. Odwyk? Równie dobrze.

Jest i szpital. Nowotwór. Z repertuaru tych nie do wyleczenia. Wciąż jeszcze rozmowy. Ostatnie chwile. Jakaś ulatująca nadzieja. Liczenie dni, potem już tylko godzin. Ale z tyłu głowy taki obrazek: "Mój przyjaciel śmiał się, śmiały się jego oczy, usta, broda była całkiem wesoła, ale ja posmutniałem. Już straciłem dystans do tego, co mówiłem, do siebie. Słaba głowa do picia, taka sama od moich pierwszych prób z alkoholem".

Więc może to właśnie alkohol gra tu pierwszoplanową rolę, może to on jest moderatorem zachowań, ich przyspieszaczem albo odwrotnie? Może to on tworzy fikcje i prawdy nieoczywiste, trudne do zweryfikowania?

Buzuje wyobraźnia węchu, smaków: "Kiedyś opowiadał, jak zrobił u siebie w kawalerce pręgę wołową w galaretce: to się gotuje i gotuje, a potem zostawia do ostygnięcia i je na zimno". Pewnie powbijały się te zapachy w ściany zaniedbanego mieszkania. Przetrwają gospodarza, jego śmierć, odejście. Następni lokatorzy jeszcze przez jakiś czas będą czuli jego tam obecność.

Wróćmy na chwilę na Mazury. Chmielewski dorzuca jeszcze kogoś. Heiko i Bastian, dwaj Niemcy spędzający tam wakacje. "Bastian studiował sztukę na uniwersytecie w Konstancji, ale z Heiko znali się ze szkoły średniej. Obaj ze Stuttgartu. Trzymali się razem, byli już na rowerowych wyprawach w Hiszpanii i Portugalii. Heiko drobny, miał pociągłą twarz i kręcone włosy, a Bastian wyższy, nosił brodę i wciąż się uśmiechał". Sztynort, Kwatera Hitlera, jakieś okoliczne wsie, cmentarz. Bohater jeździ z nimi, rozmawia, razem jedzą pierogi, zanurzają się w przyjemną toń jeziora, wymieniają banalne myśli, jak to na wakacjach - spotykamy ludzi na chwilę, czymś nas zainteresują, jakimś zdaniem, śmiechem, prawdziwą albo zmyśloną, własną albo cudzą historią. Schiller, Novalis, Eichendorff, Jünger, ikony niemieckiej kultury - bardziej w jego niż w ich głowach. "Tu, na kempingu, nie robiłem sobie nadziei, że ci dwaj niemieccy studenci będą umieli powiedzieć coś ciekawego na interesujące mnie tematy, poza banałami, których dowiedzieli się w szkole, a i to było wątpliwe". Zastanawiałem się czy autor Jeziora Dargin chciał w ten sposób ukorzenić przeszłość, odnaleźć klucz do wielonarodowych Mazur? Bo przecież także Ernst Wiechert, niemiecki piewca Mazur. Ale nie. Nic tych młodych chłopaków nie łączy z krainą - być może - ich dziadów, krewnych. Są ciekawi świata. Innego niż ich własny. Zobaczą to, co polecane w przewodnikach, w Internecie, ułożą we własnych głowach obraz kraju, w którym spędzili miło dwa tygodnie, jakieś migawki, zdjęcia, po latach z trudem wymienią jedno lub dwa miejsca, które zapamiętali. Hiszpania, Portugalia, Polska...To bez żadnego znaczenia. Maleńkie punkty na mapach, zapomniany kemping, piwo Tyskie, rowery, jeszcze Gdańsk. Też bez żadnych skojarzeń. Młodość, beztroska...

Więc ta ucieczka na Mazury to tylko pozór? W swym poniemieckim wątku jest ona drobną cząstką opowieści warszawskiej? Oderwaniem od rzeczywistości, miasta, drobnym antraktem w życiu raz ułożonym, trwającym w swym własnym porządku?

"Skończyłem spisywanie wydarzeń znad jeziora Dargin. Miesiąc temu znalazłem pracę w Bibliotece Narodowej w Zakładzie Zbiorów Dźwiękowych i Audiowizualnych. Jest gorzej płatna, ale to nieważne. Przesłuchuję archiwalne nagrania i porządkuję rekordy. I to wydaje mi się całkiem naturalne..." I to wydaje się całkiem naturalne... Zdania jak słupy milowe w pisarstwie Chmielewskiego. Nie ma w nich buntu, rewolucji, nie ma pędzącego jak ekspres Intercity kalejdoskopu zdarzeń, hałasu myśli, szumu niedopowiedzeń. Jest czas, w którym się odnajdujemy albo - to częste - gubimy. Ale przecież nie znaczy to, że sens tych zdarzeń jest nieprawdziwy, odwrotnie. Nawet w smutku, w szpitalnym przygnębieniu, śmierci, gdzie już nie dziwi była żona, która oddziela to, co przez lata narosło w poczuciu krzywdy, od tego, co ostateczne, kończące, wspólne. Nawet w tej porządnej trumnie z mosiężnymi okuciami. I dyskretnymi zaprosinami na stypę. Autor Jeziora Dargin naznacza swych bohaterów skazą, jakimś naznaczeniem losu, odległym od lirycznych wzorców, które sprzedają kolorowe tygodniki, ale i tych drugich, które szukają sensacji w zdradzie, zbrodni, pomówieniu.

O Chmielewskim mówi się, że jest piewcą Warszawy, jej mieszkańców, miejsc, ich małych spraw. Jest warszawiakiem, dobrze się czuje w mieście, w jego centrum i na obrzeżach, przemaszerował je w każdą stronę, zahaczył o knajpy, posłuchał rozmów - uczonych i bełkotliwych, z sensem i bez znaczenia. Na peronie, przystanku, w kiblu, w tłumie przechodniów, w korporacji, na bazarku i w kościele. Nie chwyta, nie opisuje wielkich postaci. Zapewne nigdy nie porwie się na Starzyńskiego, Baczyńskiego, Moczarskiego albo Kusocińskiego. Jego bohaterami zawsze są ludzie - nie chcę powiedzieć przeciętni, bo każdy jest jakąś indywidualnością, ale tacy, którzy nie wyróżniają się w tłumie, którzy nikną w nim bezszelestnie, pozostają w pamięci najbliższych, a i to nie zawsze. Są, ale przecież świat by się bez nich nie zmienił, nie byłby ani uboższy, ani mniej wyrazisty. Ani lepszy, ani gorszy. Może byłby tylko mniej rozjaśniony?

Ale mówi się też często, że autor Jeziora Dargin to spadkobierca, epigon Marka Nowakowskiego. Ten ostatni był pisarzem wybitnym, Warszawa była jego małą ojczyzną, tu czuł się najlepiej. Mam wrażenie, że poza hołdem, jaki Chmielewski czasami składa swemu mistrzowi, poza trybutem, który płaci, będąc, jak tamten, pisarzem swego miasta, to błędny, głęboko niesprawiedliwy opis. Mam głębokie przeświadczenie, że jest autorem osobnym, innym. Że chodzi własnymi ścieżkami, ryje w nich swój własny ślad.

Nie boPiotr Kępiński

Arkadiusz Kremza: Mokre szwy (Wybór wierszy 1997-2020). Wybór i posłowie Maciej Melecki. WBPiCAK, Poznań 2020, s. 236.

Opisać to za mało. To było za mało. Dlatego Arkadiusz Kremza od pierwszego, debiutanckiego tomiku wchodził w ciało, w ziemię, w przeszłość. Rozchylał, rozgrzebywał. Działał. Rozsadzał słowa i sensy. Wysoki puls czasu drażnił go chyba nazbyt intensywnie, dlatego też wiersze, które w chwili debiutu były jeszcze miarowe i spokojne, z czasem stawały się "rozstrzelone", niejednostajne i nieprzewidywalne.

Poezja Kremzy jest z jednej strony teatrem, dialogiem z Obecnym i Nieobecnym, scenicznym zawołaniem, z drugiej zaś nieśmiałym wyznaniem, które ucieka od efektownych fraz i wystrzałowych metafor. To poezja odchodząca i przychodząca. Tłumacząca świat i niewytłumaczalna. Stojąca w stuporze i wędrująca. Idąca ku górze i spadająca z hukiem w dół. To poezja niezgody i afirmacji. To wreszcie poezja, która jest przedmiotem i podmiotem, formą i jej brakiem. Anty-portretem.

Kremza swój osobny i paradoksalny świat budował na przekór temu, który istniał obok niego. Wymyślał też, co oczywiste, nowe dialekty tłumaczące wykreowane przez niego krajobrazy i labirynty. Na przestrzeni czasu udanie je modyfikował, dochodząc w tym niemalże do maestrii.

Te ewolucje i modulacje można obserwować w świetnym wyborze wierszy poety Mokre szwy, który ułożył Maciej Melecki.

W czasach poetyckiej dosłowności i powtarzalności Kremza pseudonimował niepowtarzalnie i oryginalnie, bardzo pojedynczo, albowiem (mam takie wrażenie) nie miał jedynego mistrza. Wydaje się, że raczej sumował ślady, zręcznie je zacierając i jednocześnie (jakby od niechcenia) wyprowadzał z nich swoją dosyć charakterystyczną elastyczną melodykę, w której słychać wszelako echa jego wielu (oczywistych) poetyckich i nie tylko poetyckich fascynacji, wśród których Jezus Chrystus, Nietzsche i T.S Eliot. Wybieram opcję mniej oczywistą, albowiem rozpoznaję (gdzieniegdzie) w wierszach i poematach Kremzy Annę Kamieńską. Jego anty-mistycyzm rymuje mi się szczególnie z jej zbiorem W oku ptaka. Nie mam zielonego pojęcia, czy autor Brania kiedykolwiek interesował się tą poezją. I nie ma to teraz specjalnego znaczenia.

Mam jednak pewność, że czytając dzisiaj jego wiersze i teksty Kamieńskiej, widzę miejsca wspólne: nawiązania do baroku, ciemną niepewność świata, izolację, rozpad, poszukiwanie niemożliwego - to ich łączy niewątpliwie. Dzieli z pewnością spojrzenie na religię i chrześcijaństwo, ale i w tym przypadku można dopatrzyć się wielu zaskakujących zbliżeń, bo przecież dla Kremzy "mistyczne" są narodziny, wchodzenie w świat i w naturę, a także wychodzenie z tychże. Nie ma u tych poetów sentymentalizmu i narcyzmu, jest za to bezkompromisowe poszukiwanie, rozwijanie się i zwijanie w niewidoczne kłębki.

W roku 1979 o twórczości autorki Bicia serca pisał Stanisław Barańczak w "Tygodniku Powszechnym" (jako Barbara Stawiczak): "Kamien?ska odrzuca wszelkie systemy etyczne i normy poste?powania, kto?re wynikaja? z urojonych przes?wiadczen? o hierarchii wartos?ci w obre?bie ludzkiego s?wiata".

Przecież o Kremzie można powiedzieć to samo! To właśnie dlatego budował on anty-portrety swojego świata równoległego, albowiem nie rozpoznawał pseudo-niepodległości namacalnej rzeczywistości, która była absolutnie zmonadyzowana i podzielona na strefy wpływów, do których żeby wejść, trzeba posiadać specjalne, obce mu paszporty. A tych Kremza nie uznawał. Podobnie jak wymyślonych hierarchii. On sam wystawiał sobie "dowody osobiste" i "karty meldunkowe". Dzięki temu mógł pojawiać się w przeszłości i przyszłości jednocześnie.

Z tej perspektywy czytam znakomity wiersz Kamieńskiej Dawny list w zwarciu z tekstem Kremzy Oprócz pępka.

Kamieńska:

Szklany blask zimy

miłosny list ojca

z?arzy sie? pod wszystkimi s?niegami

Kremza:

Nie tak dawno natrafiłem na pudełko po butach,

w którym matka równo ułoz?yła i przewia?zała niebieska? wsta?z?ka? kartki z moich pierwszych urodzin.

Czytaja?c jedna? po drugiej, zastanawiałem sie?,

jak zapisane i przepowiedziane tam dla mnie z?yczenia

maja? sie? do mnie dzisiaj.

Nie mam odwagi sie? obawiac?,

z?e moz?e byc? tak, a nie inaczej.

Wyczuwam podobieństwo. Mam wrażenie dialogu. List i życzenia urodzinowe, które są listami, "szklany blask zimy" i "niebieska wstążka" są przecież metaforami odległości i bliskości, ale także nierozerwalnej miłości, która jest nam "dana" i z nami powiązana. Te wiersze są jak lina, która ma nam w czymś pomóc, ale do końca sami nie wiemy w czym. Widzimy koniec owej liny, ale nie mamy pojęcia, gdzie jest jej początek. Mam wrażenie, że jest ona granicą, którą trzeba odszukać, zasypać, a następnie przejść.

Według Anny Moszczyńskiej, "wiersz Kamien?skiej nie niesie w sobie nachalnie wyraz?onego pouczenia moralnego. Jego siła tkwi w bezpos?rednios?ci, szerokos?ci i skontrastowaniu obrazo?w: martwoty i miłos?ci, kto?ra delikatnie zache?ca do działania. Szkło, blask i zima - opisuja?ce docelowo to, co zimne, umarłe ba?dz? nieczuja?ce, przeciwstawione sa? z?arza?cemu sie? wyznaniu. Bardzo istotne jest to, z?e tekst nie ustanawia ostrej granicy mie?dzy sprzecznymi przywołaniami, dzie?ki czemu obraz przepas?ci mie?dzy z?yciem i s?miercia? jest ro?wnoczes?nie obrazem s?mierci paradoksalnie słabszej od z?ycia. List-wezwanie "z?arzy sie?" niczym obietnica, pod wszystkimi s?niegami. Pod kaz?da? s?miercia? ukrywa sie? z?ycie, we wszystkim, co umarło, pozostaje nadzieja".

W wierszu Kremzy życzenia spisane na urodzinowych kartkach, owinięte wstążką, są martwe, leżą przecież w pudełkach jak w małych trumnach. Ożywają jednak po latach jak niegdysiejszy "list ojca" Kamieńskiej. Bo chociaż Kremza, podobnie jak autorka Wygnania wznosi barykady między życiem, śmiercią i miłością, to jednocześnie je zasypuje. Kamieńska odgradza się od minionego szklaną zimną zimą, Kremza murem z tektury. Ale przecież oboje wiedzą, że wstążkę można rozwinąć, tekturę zgiąć, a szkło zbić po to tylko, żeby znowu dotknąć niemożliwego, czyli przeszłości, miłości albo śmierci. To znaczy, oni mogą dotknąć, bo mają na to papiery, dowody osobiste, które sami sobie wystawili.

Dzięki nim Kremza rozmawia z matką, wspomina ojca, dźwiga rupiecie, przynosi ze sklepu wino zamiast wody, przemienia zwyczajne życie w niezwyczajne słowa, rozchyla chmury, żeby zobaczyć, że nad nimi nie ma niczego, kontynuuje przeszłość i kreuje swoją teraźniejszość. "Co widzisz na dnie ptasiego oka? Gała?zka to jeszcze czy moz?e juz? wieniec?", "A co, gdybym ci powiedział, z?e człowiek zaczyna sie? w dziobie ptaka".

Odkrywając, zakrywa. Mówi światu i sobie - "nie", ale zawsze stara się swoją niezgodę wytłumaczyć: "Nie kradnij, tylko przyjmij. Zostaw narysowany kreda? znak. Strzałke?. Ten obiad. Tam dom. Nie ten. Nie gimnastykuj sie?. Na ofiarowaniu". Nie chodzi mu jednak o budowanie nowych świeckich przykazań, a raczej o skomponowanie specjalnego poetyckiego zestawu do przeżycia życia. Czy poszukiwał w tym sprzymierzeńców? Pojęcia nie mam. Jego wiersze wydają się samotne. Nie są też gęsto zaludnione. Pełno w nich za to narodzin, niezgód, miłości, niemiłości i ziemi zmieszanej z gliną. To z niej lepił Kremza coś nowego, coś, co może zmienić to, co jest. W tych wierszach bez-nadziei jest przecież paradoksalnie dużo nadziei. Desperackiej nadziei, która nie ma jednak nic wspólnego z naiwnością. Tej w poezji Kremzy jak na lekarstwo, albowiem jego wiara w ludzką uczciwość czy mądrość była (delikatnie mówiąc) niezbyt gorliwa. Chociaż, i to warte jest podkreślenia, nie sposób wypatrzyć w tych tekstach pogardy, zacietrzewienia, cynizmu czy niechęci. Bardziej niż innych skreślał (w wierszach) Kremza siebie. Bardziej niż siebie, wyraźniej widział innych, z których czerpał.

Jak zauważył Maciej Melecki w posłowiu do książki: "To właśnie on jest autorem fenomenalnej parafrazy, w której zawarł kwintesencję małostkowości i głupoty ludzkiego postrzegania Innego, pomieszczonej w tytułowym wierszu trzeciego tomu pt. Brania: "Jak cię widzą, tak się mylą". Sądzę, że niezwykle twórczo rozwijał tę gorzką konstatację w swoich wierszach. Jak każda znakomita poezja, przechodziła ona różne okresy i fazy, promieniując z tomu na tom treściami wypływającymi z bezpośrednich doznań oraz intelektualnych ostrych, nierzadko wielce kąśliwych, oznajmień odnośnie do turbulencji życiowych, jakie wywołuje w człowieku ślepy los - determinujący go niekiedy bardzo dotkliwie".

Ta poetycka postawa przypomina zapomnianego Andrzeja Babińskiego, który w bardzo podobny sposób wadził się ze światem, z którym pożegnał się równie szybko jak autor Brania. Kremza zginął w wypadku drogowym w wieku czterdziestu pięciu lat. Babiński popełnił samobójstwo, skacząc w roku 1984 z mostu Marchlewskiego (obecnie Królowej Jadwigi) w Poznaniu, w czterdziestym szóstym roku życia. Jego poezja, bardzo emocjonalna, krzyczała. Wyła. Ryła w ziemi. Ocierała się o brud. W chwilach uspokojenia wchodziła w labirynt ciemności:

Czy ptak co ćwierka na drzewie ma datę i erę?

Nie. Jest z podziemia. Ciemność, że Ziemi

nie ma

Stromy mur. Zwęża się w krzyku ptasim

uliczka

I pustka trumienna i niżej tej ptak

krzykiem upadł...

Ten ton słychać u Kremzy. Jego też unosi "jakieś światło", "jakaś energia", ale "Sa? momenty, gdy niknie s?wiat. Odbijam sie? raczej w rurach kanalizacji niz? w literkach. Bliz?sze mi gówno niz? pucharki".

Odbija się Kremza od różnych murów i się rozwija, łączy w ten sposób swoje wiersze i poematy w jeden system. Widzimy misternie splecione frazy, które wchodzą w interakcję z miastem i jego pulsem. Obserwujemy asfalt, grudki ziemi, odpady, zwyczajne śmieci, które budują nasz świat. Mamy go w gardle, na gardle, jak nóż. Te peiperowskie układy rozkwitające sprawiają, że warto czytać poezje Kremzy jednym ciągiem, żeby zobaczyć zamysły i rozmysły autora, które są absolutnie fascynujące. Widać to jak na dłoni w układzie wierszy, który wymyślił Maciej Melecki. Przechodzimy wtedy od "grzebania w koszach", "koreańskich podróbek" do fenomenalnego wiersza Państwa Miasta:

Gdy miałem napisac?

zwierze? na J,

napisałem Jutro.

Po to, żeby po chwili dotrzeć do Chrzczę:

Skóra czysta jak czys?ciec? I ciepła jak

nie. Potajemnie. Elastyczne. Tarcie.

Temperatura najpierw podchodzi

a póz?niej uchodzi jak złodziej.

Czy teraz nadajemy kształt?

Ale imie? niech be?dzie gotowe. Gdy sie? urodzi

Po co niebo, czas, po co narodziny, po co śmierć? Tak, Kremza zadaje te wytarte do kości pytania. Nie odpowiadając na nie, buduje piętrowe konstrukcje, które można nazwać nad-pytaniami, przypisami albo też sentencjami, które nie tłumacząc niczego, mnożą kolejne wątpliwości. Czytelnik wgłębiając się w te frazy, doświadcza innej perspektywy, wchodzi w "oko ptaka", w jego dziób czy może raczej w trzewia. Dotyka też chmur, asfaltu, brudu i krwi. Widzi to, co się rozpada i więcej się nie złoży. W powietrzu czuć zapach ptasich piór i psiej sierści. Powietrze jest zamglone. Okno przysłonięte. Żadnego zaskoczenia nie będzie? Nic z tych rzeczy. Kremza potrafił wodzić za nos. Potrafił, jak mało kto, z ogranych pytań i tematów wprowadzić czytelnika w nieznane rejony. I go tam zostawić. Miał wyobraźnię językową. Paradoksem posługiwał po mistrzowsku. Panował też nad formą. Był na prostej drodze... Był.

Milczenie krytykaMarek Olszewski

Julian Kornhauser: Krytyka zebrana. Red. Adrian Gleń i Jakub Kornhauser. Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2018, 2019, tom I s. 574, tom II s. 880.

Ukazanie się dwóch bardzo obszernych tomów Krytyki zebranej to kolejne, po publikacji Wierszy zebranych (2016) oraz Prozy zebranej (2017), wydawnicze przedsięwzięcie poznańskiego WBPiCAK, które staraniem redaktorów - Adriana Glenia oraz Jakuba Kornhausera - konsekwentnie przypomina teksty Juliana Kornhausera, jednego z najciekawszych i najaktywniejszych przedstawicieli generacji Nowej Fali. Ponowna lektura książek krytycznych tego autora, począwszy od Świata nie przedstawionego (opublikowanego wspólnie z Adamem Zagajewskim w 1974 roku), stwarza doskonały pretekst, by przypomnieć sobie, jakie dyskusje napędzały polskie życie literackie w ostatnich dekadach PRL oraz tuż po jego krachu. Chociażby dlatego, że aktywność krytycznoliteracka Kornhausera - zainicjowana artykułami publikowanymi na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku jeszcze na łamach "Studenta" czy "Życia Literackiego" i trwająca do pierwszej dekady XXI wieku - była ponadprzeciętna. Jej nieodłączny element stanowiła polemiczna pasja, której stawkę, zwłaszcza na początku drogi, wyznaczała pokoleniowa odrębność i potrzeba manifestowania jej mocnymi gestami. Jednym z nich była na przykład ostra wymiana zdań ze Stanisławem Balbusem w 1972 roku dotycząca przeceniania przez ówczesną krytykę pastorałkowej poezji dla "śpiących mieszczuchów", napisanej w manierze lirycznej Tadeusza Nowaka, kompletnie zaś niezainteresowanej konstruowaniem nowej wrażliwości kulturalnej i społecznej.

Krytyczne wypowiedzi Juliana Kornhausera swą wysoką temperaturę zawdzięczały zawsze miejscu, z którego mówił. A było nim bardzo wyraźnie zarysowane terytorium grupowej obecności - najpierw w szeregach krakowskiej grupy "Teraz", nieco później zaś wśród twórców powołujących do życia Nową Falę.

Własnym głosem

Ciekawe, że wypowiedzi o literaturze polskiej Juliana Kornhausera bardzo często rodziły się z frustracji i zniecierpliwienia lenistwem krótkowzrocznych i ulegających rozmaitym środowiskowym koteriom krytyków. Wygląda to momentami tak, jakby pisarz w poczuciu doznanej niesprawiedliwości zasiadał do pisania, by upomnieć się o swoje. I trzeba przyznać, że do takich potyczek Kornhauser przystępował świetnie przygotowany, dysponując - co ważne - niezbędną wiedzą historyka literatury. Sam zresztą myślał o sobie w ten sposób, powołując się na zdanie Andrzeja Kijowskiego widzącego w krytyku kogoś w rodzaju szpiega na rzecz historii literatury.

W pewnym sensie czyta się więc dziś książki oraz rozproszone teksty Juliana Kornhausera jako postscripta i dopiski do zbiorowych przemilczeń, zaniedbań czy wypaczeń rodzimej krytyki literackiej minionych kilku dziesięcioleci. A skoro tak, nie dziwi ani zapalczywość, ani wyższościowy, nierzadko mentorski ton, ale także przydarzające się spektakularne kiksy. Bo trzeba powiedzieć, że rozmaite formy uwikłania pisarza - w poczucie przynależności grupowej, pokoleniowej czy też szerzej, w literaturę krajową - przynosiły zarówno dobre, jak i nie najlepsze efekty. Do pierwszej grupy zaliczyłbym "czytanie własnym programem poetyckim" autorów uznanych, proponujące bardzo ciekawe reinterpretacje ich twórczości. Wspomnieć wypada choćby lekturę Białoszewskiego obsadzonego w roli rejestratora tradycyjnej drobnomieszczańskiej wrażliwości, chwytającego "aktualny stan umysłów określonych warstw społecznych", Czesława Miłosza jako naturalisty albo Zbigniewa Herberta interpretowanego w duchu antyklasycystycznym przeciw tradycyjnej wykładni ustanowionej przez autorytet Ryszarda Przybylskiego. Z innej strony silna identyfikacja z życiem literackim w kraju kazała Kornhauserowi zachować daleko posunięty sceptycyzm wobec "odkrywanych na nowo" w okolicznościach transformacji ustrojowej pisarzy emigracyjnych jak Leo Lipski czy Zygmunt Haupt. Zamiast płynąć z prądem i oklaskiwać oklaskiwanych, wolał autor z uporem wartym lepszej sprawy przypominać niesłusznie zapomniane nazwiska pisarzy, którzy w czasach PRL nie tworzyli na obczyźnie, a z pewnością zasługiwaliby na powtórną, odpolitycznioną lekturę (wśród licznych nazwisk pojawiali się, m.in. Jerzy Zawieyski, Piotr Bratkowski, Jerzy Górzański, Jerzy Pluta, Stanisław Rembek).

Obrywało się od Kornhausera-krytyka niemal wszystkim, nie pomijając tych najbardziej zasłużonych. We wczesnych latach siedemdziesiątych, gdy nowe nazwiska poetyckie (Krynicki, Barańczak czy Zagajewski) potrzebowały walczyć o swój kawałek literackiego gruntu, dostawało się przede wszystkim literatom tworzącym na fali gomułkowskiej odwilży, takim jak Stanisław Grochowiak czy Jerzy Harasymowicz. Po równo obdzielani byli także towarzyszący im krytycy (Jerzy Kwiatkowski, Artur Sandauer) za to, że promują twórczość zachowawczą w swym minoderyjnym estetyzmie i pozbawioną społecznego znaczenia. Ten rodzaj żarliwego odrzucenia najmocniej dał o sobie znać oczywiście w kolejnych rozdziałach Świata nie przedstawionego - książki zgłaszającej zapotrzebowanie na nienaiwny realizm ("Przedstawić świat - to pokazać, jak rzeczywistość odbija się w świadomości bohatera i jak z nią bohater walczy. Realizm - to walka") przeciw grotesce czy mętnemu symbolizmowi Pokolenia '56. Nic dziwnego, że tak ofensywnie napisana rzecz spotkała się z niezwykle żywym przyjęciem - w ciągu zaledwie roku od wydania Świat nie przedstawiony doczekał się ponad siedemdziesięciu recenzji, omówień i polemik. Nieprzypadkowo od tej właśnie publikacji i stawianego w niej wymogu realizmu Przemysław Czapliński oraz Piotr Śliwiński proponowali w podręcznikowej syntezie Literatura polska 1976-1998 rozpoczęcie opowieści o nowych zjawiskach w polskim życiu literackim.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, gdy pozycja Nowej Fali była już ustalona, Kornhauser dawał się poznać jako ten, który zbywał machnięciem ręką "zjawiska" uznawane za nowatorskie objawienia przez takich krytyków, jak Jan Błoński czy Marian Stala. Nie bez racji (i niezupełnie bezinteresownie, rzecz jasna) przypominał wówczas, że poezja Jana Polkowskiego czy Bronisława Maja - czytana jako "metafizyczne" uzupełnienie doraźnej poetyki wiersza nowofalowego - była w gruncie rzeczy przedłużeniem jego odnowionego w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku wariantu (wystarczy zerknąć do takich książek, jak Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu Stanisława Barańczaka, List. Oda do wielości Adama Zagajewskiego, Zjadacze kartofli Juliana Kornhausera czy Nasze życie rośnie Ryszarda Krynickiego, by zobaczyć, ile w tym stwierdzeniu słuszności).

Po przełomie 1989 roku z kolei Kornhauser stopniowo przechodził do defensywy. Mimo początkowego umiarkowanego entuzjazmu wobec poetów "Brulionu" (mało kto dziś pamięta, że to właśnie Julian Kornhauser napisał posłowie do Zimnych krajów Marcina Świetlickiego), autor z coraz większym krytycyzmem spoglądał na ich poczynania. Co więcej, zwrot ku obserwacji błahej codzienności oraz zerwanie z filozoficzną tradycją wiersza bagatelizował jako mało oryginalne u młodszych poetów, zwłaszcza że właśnie ten kierunek lirycznej ewolucji obrali na samym początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku "starzy mistrzowie", a więc faktyczni programotwórcy: Tadeusz Różewicz, Zbigniew Herbert, Wisława Szymborska, a przede wszystkim Czesław Miłosz (chodziło o jego tom Dalsze okolice z 1991).

Po staroświecku drażniło też Kornhausera nadużywanie w poezji tzw. barbarzyńców idiomu konwersacyjnego, poluźnienie wymogów polszczyzny literackiej czy wręcz jawne jej przekreślanie. Młodsi poeci nie pozostali mu dłużni, uznając go - o ironio - za jednego z tych autorów, których trzeba już zrzucić ze sceny. Pamiątką z tamtego okresu pozostawioną w prezencie historykom literatury, badającym dynamikę przemian pokoleniowych, jest słynny wiersz trzech Marcinów - Świetlickiego, Barana i Sendeckiego: "Napisalibyśmy wiersze / pełne niezłych idei / lub jakichkolwiek. / Ale, drogi Julianie, / żadna nie stoi za oknem. / Tak, za oknem ni chuja idei".

W tej zaczepce pobrzmiewa kpina z modelu literatury (ale i krytyki) poruszającej się w horyzoncie wartości oraz etyki, która od lat siedemdziesiątych XX wieku była wizytówką działalności intelektualnej Kornhausera.

Melancholia czytelnika

Kończąc lekturę drugiego tomu Krytyki zebranej, w którym poza Uśmiechem Sfinksa, czyli monografią twórczości Zbigniewa Herberta, przedrukowano również ostatnią z opublikowanych książek Juliana Kornhausera (Poezja i codzienność, 2003) oraz dziesiątki rozproszonych esejów, artykułów, recenzji, wypowiedzi ankietowych z pierwszej dekady XXI wieku, trudno nie odnieść wrażenia, że w aktywności komentatorskiej autora chyba najmocniejszym gestem jest jego finalna rezygnacja z mówienia, niestety - wymuszona.

W 2005 roku na łamach "Tygodnika Powszechnego" krytyk napisał: "Ja coraz chętniej czytam książki autorów, których znam osobiście. Co by to znaczyło? Że nie chcę już brać udziału w spektaklu o nazwie współczesna literatura, bo mnie przytłacza swoim ogromem i brakiem porządku. Że wolę skupić się na tym, co oswojone i trwałe, bo szukam życia dawnych wartości. Że nie ulegam presji nowości za wszelką cenę, bo nie ma to już nic wspólnego z awangardą, lecz z hipermarketem kultury". Pewnie, że łatwo zarzucić temu wyznaniu pretensjonalnie staroświeckie pięknoduchostwo, ale dostrzec można w nim - a, jak mi się wydaje, również w całym krytycznoliterackim projekcie Kornhausera - coś nieporównanie istotniejszego. Jest to mianowicie melancholia czytelnika - jednego z najbardziej pilnych i pracowitych, dodajmy - na którego oczach swą niemożliwość obnaża historia literatury jako nieodłączna towarzyszka traktowanej serio krytyki.

Już nic więcej

Można chyba myśleć o Julianie Kornhauserze jak o jednym z ostatnich reprezentantów krytyki w starym stylu, nie zaś recenzenctwa czy po prostu przypadkowego czytania tego, co się aktualnie wydaje bądź promuje. Nawet jeśli nigdy nie pokusił się o napisanie syntezy, to i tak z każdego jego tekstu przebija przywiązanie do kategorii porządkujących, takich jak pokolenia, prądy, grupy artystyczne. Autor widział w krytyce spójną i całościową narrację o ambicjach hierarchizujących, obejmującą swym zasięgiem niezwykle rozległy teren. Do tego święcie przekonaną, że możliwe jest zachowanie obiektywizmu. Pisał o tym w ankiecie "Znaku" przeprowadzonej w 1998 roku: "na [...] obiektywizm, zrodzony przecież i z naukowego, historycznoliterackiego źródła, składają się następujące czynniki: w miarę chłodny, podkreślający dystans, sposób opisu, podkreślenie znaczenia warstwy estetycznej dzieła, odsuwanie na dalszy plan problematyki zależnej od ideologii, oderwanie utworu od postaci autora, który bardzo często znany jest osobiście krytykowi, poszukiwanie miejsc oryginalnych, nieopatrzonych, odmiennych od tego, co stanowi jego tło, akcentowanie tych motywów czy refleksji, które wyróżniają daną twórczość z bieżącej produkcji literackiej". Po ponad dwudziestu latach doświadczeń czytelniczych oraz rozmaitych mód kierunkowego interpretowania literatury zintegrowanej ze studiami kulturowymi, czyta się ten fragment jak list odnaleziony w butelce.

Znamienne, że wycofanie się Juliana Kornhausera z aktywności komentatorskiej zbiegło się w czasie z radykalnym przyspieszeniem rynku wydawniczego, gdy coraz wyraźniej było widać, że książka może być po prostu towarem użytkowym tak samo nietrwałym, jak sieciowy viral czy mem zrobiony na określoną okazję. W okolicznościach tego samounieważnienia, wpisującego się zresztą w kryzys wielkich narracji, trudno nie dostrzec, że historia literatury rozumiana bardzo tradycyjnie jako opowieść o przeszłości, snuta przez silącego się na jako taki obiektywizm badacza, jest formą nie tylko anachroniczną, lecz także zwyczajnie niemożliwą. Wiele wskazuje na to, że historyka literatury zastąpił dziś internetowy katalog, a podejmowanie wyzwania porządkowania literatury zaczęło kojarzyć się z akademicką donkiszoterią. Dość powiedzieć, że we wstępie do niedawno wydanej Historii literatury polskiej Anna Nasiłowska przyznaje, że jako jedyna chętna przystąpiła do ogłoszonego przez Instytutu Badań Literackich PAN konkursu na nową syntezę. Czyżby więc misja niemożliwa?

Wydaje się, że autorska historia literatury odchodzi w przeszłość, zostawiając nas w monstrualnym supermarkecie kultury - jak powiedziałby Kornhauser - z pustym koszykiem. Jednym z tym dobrze, inni doznają czegoś w rodzaju agorafobii. Droga krytycznoliteracka legendy Nowej Fali jest swoistym przypieczętowaniem ostatecznego kryzysu narracji porządkujących. Układa się w melancholijną opowieść o unieważnieniu coraz bardziej wyobcowanego czytelnika, który w poczuciu zagubienia odwraca się ku przeszłości.

Czytając Różewicza (6) Janusz Drzewucki

Gdy sięgam do swojej pamięci - a z racji wieku sięgam tam coraz częściej - stwierdzam oto, że moim zainteresowaniom literackim, a zwłaszcza poetyckim, od zawsze towarzyszyły zainteresowania sportowe, w szczególności zaś piłkarskie. W tych równoległych i niemal równoważnych pasjach musiało być od początku coś, co mnie nie tylko zastanawiało, lecz także poniekąd wprawiało w zakłopotanie, jeśli nie zawstydzało. Bo jakże to tak - myślałem sobie i nadal myślę, chociaż nie tak intensywnie, jak przed laty - z jednej strony miłość do poezji, wyrażająca moją stronę mentalną i duchową, dzięki którym mogę poczuć się sam ze sobą i sam przed sobą lepiej, natomiast z drugiej namiętność do piłki nożnej, ewokująca moją stronę ludyczną i gminną, by nie powiedzieć - plebejską? Czy da się te dwie strony osobowościowe, dwie pasje, dwie namiętności, ale i dwie słabości pogodzić? W tym celu, to znaczy w celu usprawiedliwienia tego mojego sportowego, osobliwie zaś piłkarskiego bzika, czytając przez całe życie, co popadło, raz od przypadku do przypadku, innym razem programowo i systematycznie - z ogromniejącą z roku na rok satysfakcją wyłapywałem w utworach ulubionych przez siebie pisarzy (ulubione pisarki, a nawet pisarki w ogóle milczą na ten temat zawzięcie) wszelkie dowody na to, że i im sport nie jest obcy, rozpala ich wyobraźnię, budzi żarliwe emocje.

Gdy piszę ten tekst, nie jest pewne (ale raczej pewne niż niepewne), czy odbędą się zaplanowane na czerwiec mistrzostwa Europy w piłce nożnej. W ubiegłym roku nie odbyły się z powodu pandemii koronawirusa, w tym roku mają się odbyć pomimo pandemii koronawirusa, ale bez kibiców na stadionach, co znaczenia pozbawione nie jest. Jednej z kluczowych odpowiedzi na pytanie o sens oraz istotę kibicowania udzielił przed laty nikt inny, jak tylko Tadeusz Różewicz. Mam na myśli rzecz jasna jego opowiadanie Kibice, zadedykowane Kazimierzowi Wyce, temu samemu, który w zatytułowanej Składniki świetlnej struny recenzji z debiutanckiego tomu poetyckiego Zbigniewie Herberta, analizując wiersz Wawel, wyznał, że najbardziej ceni sobie widok zamku z trybun boiska Garbarni na Ludwinowie (nie mogę nie dodać: nieistniejącego w tym miejscu już za moich studenckich lat). W tym fundamentalnym opowiadaniu (koniec końców włączonym przez autora do trzeciego wydania Uśmiechów z roku 2000), nawiązującym jak najbardziej do czasów przedwojennych, autor Niepokoju wspomina mecze na śmierć i życie pomiędzy dwoma klubami z jego rodzinnego Radomska: Korona kontra Naprzód. Cóż, o tym, że mecz piłki nożnej to pojedynek na śmierć i życie, kibic dowiaduje się już w dzieciństwie, w szczególności zaś właśnie na derbach w rodzaju Korona-Naprzód, wiele lat zanim obejrzy w telewizji El Clásico: Real Madryt-FC Barcelona, derby Rzymu, Mediolanu, Londynu czy Lizbony, Warszawy, Łodzi czy Krakowa. Ba, miał rację mój redakcyjny kolega Marian Grześczak, który w jednym ze swoich wykutych w marmurze wierszy opiewał grę o wszystko, czyli o przetrwanie, o przeżycie podwarszawskich drużyn Wicher Kobyłka i Huragan Wołomin. W wygłosie swojej wcale nie sentymentalnej narracji Różewicz wspomina coś jeszcze, mianowicie epokowe wydarzenie, jakim był przyjazd do Radomska legendarnej Cracovii Kraków i w osobistym zwrocie do Wyki pyta go, czy na pewno dobrze pamięta kolor i krój koszulek kultowych "Pasów" oraz nazwisko ich reprezentacyjnego gracza.

Jak powszechnie wiadomo, jednym z emblematycznych kibiców Cracovii był Jerzy Pilch, któremu - jak nikomu innemu - udało się precyzyjnie zwerbalizować los tego najstarszego polskiego klubu, określanego od chwili tej błyskotliwej werbalizacji "przekleństwem Pilcha" (chodzi o to mniej więcej, że gdy Cracovia musi strzelić gola, to nie strzeli, gdy nie może stracić bramki, to straci, gdy walczy o awans, to nie awansuje, gdy broni się przed spadkiem, to spadnie). No więc kilka lat temu, podczas meczu Legia-Cracovia na stadionie przy Łazienkowskiej, wspominając nasze krakowskie (za Traktatem poetyckim Czesława Miłosza) "piękne czasy", zaryzykowałem i wyznałem autorowi Pod Mocnym Aniołem, że w sezonie 1977/1978, gdy Wisła zdobywała mistrzostwo Polski, byłem na jej wszystkich meczach na stadionie przy Reymonta w Krakowie i do dzisiaj pamiętam nazwiska graczy z podstawowej jedenastki, a także kilku graczy rezerwowych. Jerzy spojrzał na mnie z politowaniem i wyprowadził druzgoczącą ripostę, wyznając, że on pamięta skład Cracovii z lat sześćdziesiątych, mimo że nie były to mistrzowskie lata tego klubu.

Wróćmy jednak do Różewicza. Stadion czy też boisko w pisarskiej wyobraźni tego twórcy to całkiem naturalny element miejskiego krajobrazu. W autobiograficznym, a nawet programowym wyznaniu Nowa szkoła filozoficzna stadion znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie katedry, kina, rzeźni, wieży ciśnień, a w skądinąd wstrząsającej Wycieczce do muzeum narrator słyszy: "Od strony miasta [...] z boiska sportowego dobiegały okrzyki". W Tarczy z pajęczyny i w Śmierci w starych dekoracjach swoją - istotną! - rolę, między innymi jako signum temporis, odgrywają prasowe, radiowe i telewizyjne wiadomości sportowe. Niektórzy z bohaterów KartotekiKartoteki rozrzuconej, Głosu AnonimaOdejścia Głodomora, ale także Na czworakach wyróżniają się "sportowym" wyglądem, sylwetką, figurą, postawą i takim ubiorem, a nawet o sporcie rozmawiają. Co prawda we wspomnianej Śmierci w starych dekoracjach pisarz sarkastycznie konkludował: "mecze piłki nożnej zastąpiły walki gladiatorów i wyścigi rydwanów", lecz w Kartkach wydartych z dziennika daje dowód, że na przełomie czerwca i lipca 1982 roku przyglądał się Mundialowi w Hiszpanii, a świadectwem jego wytrawnego znawstwa okazują się zapisy na marginesie bezbramkowego spotkania Polska-Włochy, haniebnego meczu RFN-Austria (nawet ślepi widzieli, że mecz był ustawiony na remis, wskutek czego rewelacyjna Algieria została wyeliminowana z turnieju) oraz Włochy-Brazylia (przypomnę 3:2; co znamienne bowiem, Różewicz nie zapisuje wyników, jakby przekonany, że kibic z krwi i kości wyniki tych epokowych rozgrywek będzie po latach śpiewał jak z nut): "Włosi byli gorsi, ale wygrali, więc byli lepsi". Zdanie jak amen w pacierzu! A przecież ile to razy pocieszaliśmy się, że polska reprezentacja owszem przegrała, owszem odpadła, ale przecież grała lepiej i ładniej, tyle tylko, że szczęścia nie miała, bo słupek, bo poprzeczka, bo sędzia był stronniczy, jeśli nie wręcz przekupiony.

We wstępie do mniej znanego, tematycznego wyboru utworów Różewicza Druga strona medalu (2008) syn pisarza Jan ujawnił, że ojciec był wielbicielem słynnego Górnika Zabrze z Włodzimierzem Lubańskim w składzie i jak na prawdziwego kibica przystało - nie uprawiał sportu, a tylko oglądał (oczywiście w telewizji), no i jako taki dzielił się fachowymi uwagami podczas transmisji, np. "no, co robisz ośle, gdzie się pchasz?!", "co ten bałwan wyprawia z piłką, jak ją ustawia?". Ale też nie sposób nie wspomnieć, że w ostatnim okresie twórczości autora Zielonej róży, już w XXI wieku, powstało kilka więcej niż gorzkich na temat piłki nożnej i sportu w ogóle refleksji. Oto w wierszu brama (w zbiorze nożyk profesora) dwaj pijani grabarze "mrugają do nas / grają czaszką Adama / w piłkę nożną / pod krzyżem", a w rozmowie ojca z synem o zabijaniu czasu (w tomie Wyjście) tytułowy ojciec, wspominając dawne czasy, czego symbolem "historyczny gol" Grzegorza Laty, dochodzi do wniosku, że dzisiaj nic nie jest takie, jakie było. A zatem: "piłka nie jest okrągła", wbrew temu, co mówił trener wszech czasów Kazimierz Górski; teraz "mecz jest sprzedany" i "sędzia jest kupiony" naprawdę, kibice zaś "nudzą się" i aby się nie nudzić:

Kibice chodzą pomalowani

jak ludożercy

z pałkami nożami siekierami

łańcuchami kijami flagami

papierem toaletowym

którego za komuny nie było

ani u nas ani w imperium zła

Kibice z tego wiersza niewiele mają już wspólnego z kibicami z cytowanego wcześniej opowiadania Kibice. Współcześni, nowocześni, ultranowocześni i postnowocześni kibice to nie bogobojna i patriotyczna młodzież, kultywująca pamięć o narodowych powstaniach (co mniej więcej dekadę temu próbował opinii publicznej wmówić legendarny działacz i senator "Solidarności"), lecz "kibole", którym to słowem sami się wówczas określili w znanej przyśpiewce do rymu: matole - kibole. To ich dziełem są napisy na murach w centrum Krakowa - co opisał pochodzący z Gliwic, w których Różewicz przemieszkał szmat czasu, Julian Kornhauser w wierszu Spacer z Holubem w maju 1996 roku (w zbiorze Origami z 2007): "Jude raus! Tu rządzi Wisła", "Jude gang. Cracovia pany!", "Polska dla Polaków". Tamten kibic charakteryzował się, jak to zobrazował Jerzy Pilch na łamach "Polityki" w 2006 roku (tekst ten znalazł się w wydanym właśnie, w rok po śmierci pisarza, tomie txt-wów Pretensja o tytuł jest jedyną, jaka mieć tu można): ortalionem, gazetą i parasolem, ten zaś kibic, czyli kibol, ma na podorędziu nóż i topór, a na ustach "zwierzęcy ryk: Żydowskie psy! Żydowskie psy!". Różewicz dodaje nad wyraz elegancko, chociaż jak najbardziej przenikliwie, ale nie bez goryczy i nie bez szyderstwa: "filozofia piłki nożnej / zastąpiła teologię fundamentalną".

W pierwszym zdaniu opowiadania Kibice Różewicz wywołuje z pamięci rok 1932, w którym na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles złoty medal w biegu na dziesięć tysięcy metrów zdobył Janusz Kusociński. Postać tego długodystansowca pojawia się również w Kartkach wyrwanych z "dziennika gliwickiego" pod datą 23 sierpnia 1958 roku. Odnotowując sukcesy naszych lekkoatletów na mistrzostwach starego kontynentu w Sztokholmie (Krzyszkowiak, Chromik, Szmidt!), poeta wraca myślami do Kusocińskiego, nazywając go "wzorem sportowca-człowieka". Powołuję się na ten cytat nie bez satysfakcji, od wielu lat bowiem, przygotowując się do jeszcze jednego maratonu, biegam ścieżką Kusocińskiego, ale i Józefa Noijego (kto wie, kto to taki?) między stadionem Legii a Agrykolą, a także pamiątkowym szlakiem Kusocińskiego po obrzeżach Łazienek Królewskich, gdzie ów lekkoatleta był zatrudniony jako ogrodnik! W rok po największym sportowym wyczynie Kusociński wydał liczącą ponad trzysta stron, bogato ilustrowaną książkę Od palanta do olimpiady. Moje wspomnienia sportowe, dając przy okazji dowód, że umiał nie tylko szybko biegać, ale i stylowo pisać. Czy Różewicz znał tę publikację? Chyba nie. Ale gdy czytam teraz - w oczekiwaniu na przełożoną (z powodu pandemii koronawirusa, rzecz jasna i oczywista) z roku ubiegłego na ten rok letnią olimpiadę w Tokio - tę książkę (gwoli ścisłości udostępnioną w formacie pdf przez Bibliotekę Narodową na stronie www.polona.pl), w której z wielką rewerencją opowiada Kusociński o swoich przeciwnikach na krajowych i zagranicznych bieżniach, mniej więcej wiem, o czym myślał Różewicz, pisząc o nim "wzór sportowca i człowieka". Bo w sporcie (o czym warto sobie raz na jakiś czas przypominać, drogi czytelniku "Twórczości") ważna jest nie narodowa duma z powodu zwycięstw naszych nad nienaszymi, o forsie już nie wspominając, lecz - przy poszanowaniu zasad fair play - rywalizacja: Citius-Altius-Fortius. Dixi!

Włodzimierz PaźniewskiCały smutek Belgii

Pod koniec zeszłego wieku literatura była przede wszystkim zapisem nastrojów. Pierwszy przekonał się o tym pisarz flamandzki Hugo Claus (1929-2008) w Całym smutku Belgii w roku 1983, który to utwór krytyka od samego początku ogłosiła "wielką powieścią powojennej Europy". Na ogół takie przesadne laurki formułuje ona dość łatwo, ponieważ przy okazji sama niczego nie ryzykuje. Nie zmienia to wcale faktu, że Claus okazał się najczęściej tłumaczonym pisarzem flamandzkim i tak pozostało do dziś. Przez pewien czas ukrywał się pod wieloma pseudonimami. Dorothea van Male, Jan Hyoens, Thea Steiner to były jego przelotne tożsamości pisarskie, by w ten sposób uciec od własnego nazwiska. Po Całym smutku Belgii (taki tytuł nosi polskie wydanie powieści z roku 1994) stał się Louisem Seynaeve, flamandzkim uczniem mieszkającym w regionie Kortrijk podczas drugiej wojny światowej, gdy jego ojczysty kraj jest okupowany przez Niemców. Pozornie ten świat skurczył się do szkoły z internatem, prowadzonej przez zakonnice w Haarbeke, fikcyjnym miasteczku belgijskim.

Od tej pory dzieciństwo i młodość Louisa, bohatera powieści, notorycznie mylono z doświadczeniami samego Clausa, aż te dwie postacie, wymyślona i rzeczywista, zlały się w jedną osobę, po pewnym czasie niemożliwą do oddzielenia od siebie. Taki los, prędzej czy później, czeka wszystkich autorów powieści autobiograficznych i na to nie ma żadnej rady.

Urodził się w Brugii we Flandrii Zachodniej. Miał jedenaście lat, kiedy wybuchła wojna i zaczęła się niemiecka okupacja Belgii. Uczył się w szkole z internatem. Rodzice bohatera powieści Louisa, którego losy przypominają młodość Hugo Clausa, Staff Seynaeve i matka Clarence są flamandzkimi nacjonalistami i wyraźnie sympatyzują z niemieckimi nazistami. Ojciec jest z zawodu drukarzem, a matka pracuje dla firmy niemieckiej. Louis uczestniczy w spotkaniach Hitlerjugend w Meklemburgii. Jego najlepszy przyjaciel Gerard dołącza do NSJU, belgijskiego ruchu związanego z tą hitlerowską organizacją młodzieżową. Akcja powieści Clausa, która odniosła światowy sukces, toczy się w Belgii w latach 1938-1946. Bohater, dorastający nastolatek, rozumie coraz bardziej ciasnotę umysłową swej rodziny.

W piątej dekadzie zeszłego wieku Claus należał do dosyć hałaśliwej awangardowej grupy artystycznej Cobra, która zrzeszała prozaików, poetów i malarzy z Danii, Belgii i Holandii. Jakiś czas przebywał w Paryżu, bardzo blisko kręgu surrealistów, ale nie uległ ich atrakcyjnej modzie, dzięki czemu do końca pozostał sobą, czyli Hugo Clausem, a może również w jakimś stopniu Louisem Seynaeve, bohaterem swojej wielkiej powieści, która przez kilka lat bezskutecznie kandydowała do literackiego Nobla. Zdaje się, że podjął w niej zbyt demaskatorski temat, którego nie mógł strawić europejski establishment. Uprawiał wiele gatunków. Był prozaikiem, poetą, dramatopisarzem, eseistą, reżyserem filmowym, a nawet malarzem. Swoimi licznymi talentami i zainteresowaniami zawracał więc głowę wielu Muzom.

Parę razy żonaty, w latach 1973-1977 związał się z bardzo piękną aktorką i modelką holenderską Sylvią Kristel, która w 1975 roku urodziła mu syna. Rok wcześniej zagrała tytułową rolę w filmie francuskim Emmanuelle Justa Jaeckina i wtedy z dnia na dzień stała się gwiazdą filmową światowego formatu. Śmiały obyczajowo obraz cechuje wyrafinowanie obrazowania i subtelność przekazu artystycznego. W kinie na Polach Elizejskich w Paryżu, gdzie oglądałem ten film w czerwcu 1980 roku po raz pierwszy, grano go od kilku lat przy pełnej widowni, o czymś to chyba świadczy.

Kłopotliwa kolaboracja z okupantem hitlerowskim, tak często praktykowana w krajach Europy Zachodniej, najszersze formy przyjęła we Francji; okazuje się nadal "brzydką chorobą" dla tych społeczeństw i dzisiejszych państw UE, na ogół mających o sobie jak najlepsze mniemanie. Ale i w innych krajach zachodnich nie było wcale lepiej. W tym przypadku Claus jest niepoprawnym politycznie i bardzo niewygodnym autorem książki, która obnaża przejawy zdrady i zwykłego zaprzaństwa podczas wojny na przykładzie najbliższej rodziny bohatera powieści i swoich osobistych doświadczeń, gdy był dorastającym nastolatkiem. Jest szczery aż do bólu.

Tu nasuwa się przykład pierwszy z brzegu, który świadczy o czynnym udziale zachodnich Europejczyków w ekscesach niemieckich.

Fakty o Europie Zachodniej porażają. O powołaniu armii europejskiej kompletnie uzależnionej od III Rzeszy myślał na poważnie nie kto inny, tylko Adolf H. Wielonarodową armią miało być w planach nazistów Waffen SS. W "trupich główkach", po niemiecku Totenkopf, służyło dwieście siedemnaście tysięcy nie-Niemców. Dane są kompromitujące: pięćdziesiąt pięć tysięcy Holendrów, trzydzieści jeden i pół tysiąca Łotyszów, dwadzieścia trzy tysiące Flamandów, po dwadzieścia tysięcy Francuzów, Walonów, Estończyków i Ukraińców, szesnaście tysięcy Włochów, po sześć tysięcy Norwegów i Duńczyków, uwaga, uwaga - ośmiuset Szwajcarów, trzystu Słowaków, nawet osiemdziesięciu obywateli Liechtensteinu, a poza tym mniejsze grupy Litwinów, Szwedów, Rumunów, Bułgarów, Serbów, Hindusów i muzułmanów z różnych krajów. Jako ciekawostkę Steiner podaje, że wśród SS-manów zdarzali się nawet obywatele USA! Wniosek: przestańcie nas opluwać w tej Ameryce, gdyż sami macie bardzo dużo za uszami.

Miłosz WaligórskiTajna historia Mongołów

- Proszę popatrzeć, jak płasko. Tak już do Uralu. Les steppes. Od de Custine'a nic się tu nie zmieniło! - odezwał się zbyt głośno wciąż wzburzony scysją Francuz.- Akurat patrzy pan w stronę Hamburga. Ale też płasko. Piotr Siemion, Niskie ŁąkiDuszą narodu mongolskiego jest pielgrzymstwo mongolskie. Anonim, XIII w.

Wnuczko, prawnuczko, ta opowieść nigdy nie była spisana. I nigdy nie będzie. Bo nawet teraz, kiedy niby dała się nabrać i wtrącić w wyrazy, przecieka mi przez palce, spływa między zdania i wsiąka w papier. Papier, bibuła są niepamięcią, czyli negatywem pamięci, który jednak po naświetleniu kliszy czerwienią zmienia się w pozytyw. Ale fotografia wzmaga tylko poczucie utraty. Niewywołane, niezapisane trwa - mawiali nasi przodkowie, wnuczko, prawnuczko, praszczurowie bez imienia, prawdziwi, bo jednorazowi, nietknięci grozą piśmiennictwa. Zamiast wspominać, łapali życie za biodra i ruszali w tan. Nie zbijali bąków, nie oglądali się za siebie. Rzeczy nieuchwytne pozostawiali swojemu biegowi. Bez poezji, co ocala, i bez prozy, co utrwala, bez wieczystych ksiąg życzeń i zażaleń - żyli w ruchu, ekstatycznie, a potem umierali. Skąd to wiem?

(Echo, cisza).

Przeczytałem.

Czymże więc jest ta historia? Na pewno wielkim sukcesem języka mongolskiego, który, podpisawszy protokół rozbieżności z polszczyzną, poszedł z nią na współpracę i dał się wplątać w szelesty, trzaski, chrząszcze, trzciny i Szczebrzeszyny. W przeciwnym razie nie dowiedziałabyś się teraz, wnuczko, prawnuczko, że było lato, byczyłem się pod drzewem, a pszczoły polatywały nade mną w oszołomieniu, jakby dopiero co wróciły zza zakrętu śmierci.

- Jedziesz z nami?

Leżałem na leżaku z otwartą książką, drobnym maczkiem zwróconą do mojego brzucha. Batyskaf drzemki właśnie opadał na dno etapu 1 NREM, skąd łagodnym suwem miał przedostać się do etapu 2, gdzie czekały na mnie wrzeciona snu, zespoły K i inne elektryzujące atrakcje, kiedy za jednym gwałtownym pociągnięciem głośne pytanie wywindowało moją świadomość na powierzchnię. Nie spodziewałem się gości, nie tutaj, w cieniu lipy na odludziu Ziem Odzyskanych, gdzie nikt nie trafia przypadkowo. Dlatego aż podskoczyłem.

- Jedziesz z nami? - powtórzył.

- Wujek?! - krzyknąłem, łapiąc się za pierś. Z trudem wyrównałem oddech i przełknąłem ślinę. - Co wujek tu robi? - Nie kryłem zdziwienia.

- A ty co, wilczą jagodę żeś zobaczył?! Źrenice ci się rozszerzyły - zaśmiał się. - Słuchaj, Miłek, odwożę Łukasza i Maćka do pracy pod Hamburg. Jak chcesz, jedź z nami. Pojutrze wracamy.

Zaczynały się żniwa. Otulony otuliną parku narodowego siedziałem w lasach nad Drawą. Od kilku tygodni nie widziałem nikogo poza tubylcami. Nie byłem gotów do podróży. Pewnie dlatego powiedziałem:

- Jasne.

Do kolorowej reklamówki zapakowałem flanelową koszulę, szczoteczkę do zębów i książkę Tajna historia Mongołów. Wziąłem portfel z dziesięcioma markami, które za zdaną maturę podarowała mi ciocia Terenia. "Kupię sobie w Aldiku zgrzewkę piwa - pomyślałem. - Po powrocie nie będę musiał od razu drałować do sklepu". A sklep daleko, w Osiecznie, rowerem dobrych dziesięć minut.

Następnego dnia rano jeszcze przed świtem wypiliśmy kawę, a potem wujek odpalił "rydwan" (Reitwagen), czyli opla astrę w kolorze kardynalskiej purpury. Silnik pod maską zamruczał podejrzanie, zapyrkotał na niskich obrotach, zakasłał, ale nikt nie zwrócił na to uwagi, w przedpodróżnej gorączce nikomu nie przyszło do głowy, że te dźwięki mogą wieszczyć katastrofę.

No i pojechaliśmy. Wujek Dionizy (1952) w staromodnych mokasynach, ostrzyżony w schody kuzyn Łukasz (1976), jego kolega w jeansach, złachanym sweterku i drucianych okularach, czyli astenik Maciek (1976), i ja (1981). Z piskiem opon drogą krajową nr 22 gruchnęliśmy na Kostrzyn, w pogoń za marzeniami, które, szczególnie jeśli o poranku jedzie się ze wschodu na zachód, kładą się przed człowiekiem długim cieniem.

Spaliśmy wszyscy poza kierowcą. Prowadził Dionizy.

- Jak to możliwe? - sam sobie zadał pytanie, spojrzawszy w lusterko wsteczne, i z zachwytu nad pięknem wczesnego świata mocniej nacisnął pedał gazu. (A zachwyt jego był bezmierny i tak głęboki, że zagarniał rozpacz).

- Nie wiem - odpowiedział po chwili z rozbrajającą szczerością.

Jechaliśmy, a nasze życie, chociaż nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, umniejszało się wraz z upływem kilometrów.

Dyzio uchylił szybę na dwa palce i zaczął naśladować ptasie trele.

- Cie-cie-cie-cie, cio-cio-cio-cio, dzio-dzio-dzio-dzio.

Włączył radio. Przez głośniki popłynął strumień instrumentalnej muzyki rockowej z tekstowym refrenem: "Wie, że da jej serce, / jeśli będzie potrzebny przeszczep". Wujek, bimbając na nasz sen, nucił słowa za wokalistą i pogwizdywał melodię mit Koloratur, czyli tak, że jej wstążki wiązały się w powietrzu i układały w kokardy, łabądki, serduszka i znaczki Opla. Zdawał się już odpływać, kiedy nagle ściszył muzykę, przekręcił gałkę w lewo, jakby coś usłyszał i chciał ustalić co. Opuścił niżej szybę i nadstawił uszu.

- O! Trznadle na liniach wysokiego napięcia. Cik-cik-cik!... zimorodek... zięba. - Cały w skowronkach wysławiał ich nazwy, jakby przypominał sobie imiona starych znajomych. - Dzięcioł! Wróbel! - Już nie mówił, ale krzyczał.

Obudziłem się.

- O, a tam na górnej gałęzi przycupnął pikling.

Nie zareagowałem, mimo że pikling to śledź wędzony razem z bebechami. Teraz to wiem, wtedy nie wiedziałem. Nie znałem się ani na rybach, ani na ptakach. Wolałem milczeć.

- Miłek, słuchaj, czapla. Podobno gdzieś tu mają stanowiska lęgowe.

- Nie interesuję się przyrodą, wujku. Niech będzie nieokiełznana - palnąłem, żeby nie wyjść na skończonego głąba. A jednak wyszedłem.

Na pierwszej stacji benzynowej stanęliśmy, żeby zaobrokować opla.

Maciek i Łukasz spali, Dyzio poszedł zapłacić za paliwo i odcedzić kartofelki, a ja z zadartą głową i przymkniętymi oczami, dumny z siebie, bo przecież właśnie powiedziałem coś bardzo mądrego, najpierw oddaliłem się w stronę automatu, gdzie między coca-colą a red bullami leżały croissanty "7 Days". (Dwadzieścia lat później w ich miejscu widziałem beyond burgery), a później skoczyłem za ostatnim dystrybutorem złożyć ciężary natury tudzież wejść w zalotne konszachty z krzakiem, czyli nie do końca jeszcze martwą naturą.

Pięć minut później ruszyliśmy w dalszą drogę.

Piliśmy dużo wody.

 6/2021

W POPRZEDNIM NUMERZE

Alicja Rosé, Tomasz Jastrun, ks. Jan Sochoń, Piotr Piaszczyński - wiersze

Gustaw Rajmus Judasz

Paweł Drąg Skłonność

Zofia Zarębianka Durtal - czyli w matni duchowych manowców

BYŁO I BYŁO

Andrzej Sulikowski Drogowskazy Zdzisława Najdera

ARCHIWUM

Tadeusz Różewicz, ZofiaJerzy Nowosielscy Nieznana korespondencja (1956-2001), aneks do książki, opracowała Krystyna Czerni

Tadeusz Różewicz, fot. Jerzy Olek

KSIĄŻKA MIESIĄCA

Leszek Bugajski W stronę ciszy

[Eustachy Rylski Jadąc]

WŚRÓD KSIĄŻEK

Janusz Drzewucki [Alfred Marek Wierzbicki Stąd i stamtąd]

Anna Mochalska [Wojciech Kass Metaf. 20 wierszy o położeniu]

Damian Piwowarczyk [Marian Pilot Kreteski, pomówienia i powieści]

Michał Trusewicz [Mikołaj Grynberg Poufne]

Piotr Kępiński [Paweł Huelle Talita]

Magdalena Boczkowska [Kasper Bajon Fuerte]

Tymoteusz Milas [Jakub Michalczenia Korszakowo]

Karol Alichnowicz [Wojciech Kudyba Pamięć i godność. O poezji Jana Polkowskiego]

NA WIDNOKRĘGU

Elżbieta Baniewicz Niemożność

Henryk Waniek Koniec końców

Katarzyna Ł. Częścik Pasmo wrażeń

Fryderyk Hunia O nicości co nieco

Bogusław Jasiński Sztuka jest cierpieniem

Sławomir Jankowski Dziewięciornik

PRZEGLĄD ZAGRANICZNY

NOTY - KSIĄŻKI NADESŁANE

MÓJ TEMAT - RZYMSKIE STRONY

 6/2021

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Elżbieta Baniewicz (teatr),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),

Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Małgorzata Brodacka (sekretariat)

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

FORMAT: 160,3×240,4 mm - PL ISSN 0041-4727 Copyright 2021 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl