Twórczość 6/2020 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

7.00 zł
5.81 zł (5,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Adam KomorowskiWitryna historycznego świata

Piotr Szarota: Paryż 1938. Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019, s. 672.

Poczucie asymetryczności zamkniętej i dokonanej przeszłości względem przyszłości jako horyzontu otwierających się możliwości było źródłowym fundamentem nowoczesności. Pojęcie postępu mogło pojawić się przy założeniu asymetryczności przeszłości i przyszłości. Podobnie jest z pojęciem dekadencji. Opowieści o postępie i opowieści o apokalipsie, zmierzchu i dekadencji cywilizacji zakładają oddzielenie przeszłości od przyszłości. Musimy się zgodzić z Michelem de Certeau, który uważał, że nowoczesna zachodnia historia mogła się zacząć od rozróżnienia przeszłości i przyszłości.

Dzisiaj jesteśmy świadkami rozdymania się teraźniejszości. Hans Urlich Gumbrecht nazywa to "poszerzającą się teraźniejszością". Przyszłość karleje, zanika. To zanikanie stawia nas w sytuacji niekomfortowej. Trudno oswoić się z wizją przyszłości jako horyzontu kurczących się możliwości. Tym bardziej jeśli taka zmiana horyzontu jest doświadczeniem pokoleniowym.

Zaczęło się od obdukcji utopii, a kończy się wezwaniem do ofiary. Są tacy, którzy od ofiary chcą się wymigać, twierdząc, że akurat oni już taką złożyli. To mogą być Żydzi, Polacy, Murzyni, Indianie albo kobiety. Badanie przeszłości ma wyłonić najbardziej pokrzywdzonych i zaopatrzyć w legitymację, która zwolni od ofiar w przyszłości kurczących się możliwości.

W narracjach nowoczesności postęp miał zagwarantować zbędność ofiar, "wolność, równość, braterstwo". Na drodze postępu ofiary musiały się zdarzać, szczególnie jeśli stały na jego drodze. Ukąszeni przez Hegla powtarzali za nim, że "historia nie jest domeną szczęścia", ale "świetlana przyszłość" miała być w zasięgu ręki. W czasach nam bliższych w "świetlaną przyszłość" zwątpiono, Hegla niedoczytano i uwierzono, że możliwy jest świat, w którym bycie ofiarą w przeszłości immunizuje przeciw nieszczęściu w przyszłości. Uznanie za ofiarę (w skrajnej postaci martyrologiczna ostentacja) miało zrekompensować dziedzictwo syndromów PTSD (stresu posttraumatycznego) nawet w trzecim pokoleniu.

Historia przez wieki instrumentalizowana praktycznie jako pedagogika społeczna, narzędzie socjalizacji (np. przez dostarczanie wzorców osobowych, spoiwa tożsamości narodowych) zaczęła być instrumentalizowana jako terapia. Miała stać się zastępczą odpłatą za poniesione w przeszłości krzywdy, której symboliczna moc (np. burzenie pomników, muzea) miała poprawić nasz psychiczny dobrostan.

Ogłoszona przez postmodernistów śmierć wielkich narracji, czyli opowieści o przeszłości jako "od do", mająca podważyć prawomocność "uczenia się z historii", nie uwzględniała faktu, że mogą istnieć narracje o przeszłości, które niczego nie uczą i niczego nauczyć nie mogą. Nie kto inny, jak Hegel, napisał: "żaden naród z historii niczego się nie nauczył". Postmoderniści niedoceniali zasadniczo bezinteresownej potrzeby wiedzy o przeszłości, przyrodzonego człowiekowi pragnienia przekroczenia bariery, która dzieli go od świata przed jego narodzinami. Wiele przemawia za tym, że pragnienie takie pojawia już w początkowym momencie rozwoju człowieka, który Jacques Lacan nazywa "stadium lustra".

Pytanie o to, jak było przed moim zaistnieniem, nie jest zapytaniem o prawa rozwoju historycznego, wezwaniem do odkrycia mechanizmu dziejów. Nawet ci, którzy uważali, że mechanizmy rozwoju historycznego zostały odkryte i są nimi opatrzność, walka klas czy wolny rynek, nie tracili zainteresowania dla przeszłości i odczuwali potrzebę jej uobecnienia.

Przypadek 18 brumaire'a Ludwika Bonaparte Karola Marksa jest pouczający. Czytając tę arcyrozprawę, przekonujemy się, że Marks rezygnuje z głoszonych przez siebie praw historycznych i przedstawia, Gumbrecht powiedziałby "uobecnia", osobliwość konstelacji, która sprawiła, że władza trafiła do Napoleona III. Osią narracji nie jest chronologia zdarzeń, ale ich symultaniczność. Konfiguracja na osi czasu zostaje zastąpiona konstelacją symultanicznych zdarzeń w określonym miejscu. U Marksa tym miejscem jest Paryż. Opowieść o przeszłości jako odpowiedź na pytanie "jak było?" ma być jednocześnie odpowiedzią na pytanie "gdzie jestem?", "gdzie jesteśmy?".

Jeśli w przypadku tej rozprawy można mówić o jakimś "prawie materializmu historycznego", to tylko w tym sensie, w jakim zostało ono sformułowane w słynnych dwóch pierwszych zdaniach: "Hegel powiada gdzieś, że wszystkie wielkie historyczne fakty i postacie powtarzają się, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać, za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa". Na pytanie, czy uczestnictwo w farsie chroni nas przed doświadczeniem nieszczęścia, Marks nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje się, że dzieli z nami przekonanie, że z jakichś powodów doświadczenie nieszczęścia bardziej licuje z godnością człowieka w przypadku tragedii aniżeli farsy. Historyczne opowieści Piotra Szaroty: Wiedeń 1913, Londyn 1967 i najnowsza Paryż 1938, w odróżnieniu od rozprawy Marksa, pragną z opisywanego czasu i wydarzeń zdjąć odium farsy. Szarota stara się łączyć pasje historyka i terapeuty.

Gdy przyszłość przestaje być atrakcyjną obietnicą i staje się powodem lęku i niepokoju, wielkie narracje odchodzą. Nie dlatego, jak utrzymywali postmoderniści, że są ograniczone strukturami języka, pisma czy dyskursu. Wiedza o tym, że język, a pismo tym bardziej, nie jest wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, towarzyszyła ludzkości, odkąd zaczęliśmy się nimi posługiwać. Pobudzona przez postmodernizm nieufność wobec sformatowanych w "wielkie narracje" reprezentacji przeszłości stymulowała muzealizację przeszłości. Okazało się, że doświadczenie przeszłości odwiedzających Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum Holokaustu jest uboższe aniżeli czytelników Pamiętnika z Powstania Warszawskiego Mirona Białoszewskiego czy Czy to jest człowiek? Primo Leviego. Zapewne "miejsca pamięci" są ważne i nie należy ich marginalizować. Ale nic nie poradzimy na to, że w naszej cywilizacji miejscem najbardziej bogatym i nie wykluczającym wielości perspektyw pamięci pozostaje pismo, zapisana opowieść.

Muzealne ekspozycje, modne rekonstrukcje wydarzeń historycznych, biegi "wilczym tropem", pozostając uwikłane w powtórzenie, wzmacniają deprymujące wrażenie uczestnictwa w farsie, redukują naszą sprawczość do powtarzania. Wiedeń 1913, w odróżnieniu od wielu innych książek o czasie poprzedzającym katastrofę wojny 1914 roku (Wyniosłej wieży Barbary Tuchman czy Święta wiosny Modrisa Eksteinsa, by wymienić najbardziej znane), miał wyraźny adres i związanych z tym adresem bohaterów. Ta opowieść o losach ludzi związanych z określonym miejscem i czasem nie wiązała ich niezdolności przewidywania i odczytywania znaków zbliżającej się katastrofy z jakąś kulturową skazą (Eksteins) czy polityczną lekkomyślnością (Tuchman). Wiedeń 1913 był opowieścią o tym, jak mało jesteśmy przygotowani do uznania kruchości nawet najdłużej trwającego pokoju i traktowania go jako daru. (Choć akurat wielu Polaków, bynajmniej nie wszyscy, ówczesny dar pokoju było skłonnych traktować jako przekleństwo i modliło się o "wojnę ludów", jako szansę na odzyskanie niepodległości). Wiedeń 1913 pośrednio kwestionował polskie narracje o wojnie i czynił to w duchu bliskim Józefowi Wittlinowi, który do dziś pozostaje wielkim osobnym kultury polskiej.

W przypadku Paryża 1938 też mamy do czynienia z próbą uobecnienia konstelacji poprzedzającej katastrofę, tym razem II wojny. Rzecz w tym, że wybór miejsca sprawia, że mamy do czynienia z konstelacją o wiele bardziej kosmopolityczną. W odróżnieniu od Wiednia w 1913 roku, w Paryżu roku 1938 są niemal wszyscy. Przebywa w nim wielu Latynosów. Nie wszyscy, jak Vicente Huidobro, Ana?s Nin (która pisze po angielsku) czy Francis Picabia, mają wystarczające środki finansowe, zdecydowana większość utrzymuje się, pisząc korespondencje do gazet w swoich krajach. Gazety w Limie, Hawanie, Buenos Aires czy Gwatemali nieustannie informują swoich czytelników o tym, co dzieje się w Paryżu. Ponieważ korespondencje te przesyłane są pocztą, opóźnienie w druku sprawia, że wydarzenia polityczne są eliminowane na rzecz wydarzeń kulturalnych. Kiedy przyjrzymy się tym korespondencjom, zauważamy, że wydarzenia francuskie nie są najważniejsze. Alejo Carpentier informuje czytelników w Hawanie o nowych kompozycjach Villi-Lobosa, Szymanowskiego i Tansmana, a Miguel Asturias o odsłonięciu pomnika Mickiewicza i wykładach Krishnamutriego i von Keyserlinga. Victor Hugo w swojej przedmowie do przewodnika po Paryżu napisał, że znaczenie Paryża polega na tym, że jest sumą Aten, Rzymu i Jerozolimy. Jest w tym nieco megalomanii skazanego na belgijską emigrację paryżanina. Nie ulega jednak wątpliwości, że Paryż lat trzydziestych był witryną świata, a w roku wystawy światowej 1938, co książka Szaroty potwierdza, stał się witryną dla uwagi świata uprzywilejowaną. O pozycję w ekspozycji walczyły rozmaite idee, koncepcje i estetyki.

Ta podmiana stolicy Francji w witrynę, która przykuwa uwagę świata, paradoksalnie była zapowiedzią obniżenia jej politycznej podmiotowości. Lektura korespondencji Latynosów z Paryża, której Szarota nie zna, o co trudno mieć do niego pretensje, potwierdza traktowanie Paryża w roku 1938 właśnie jako witryny, gdzie toczy się walka nie tyle o idee, ile właśnie o ekspozycję.

W tym kontekście książka Szaroty jest głęboką rewizją tradycyjnego dyskursu o Paryżu tamtych lat. W hegemonicznych narracjach Paryż roku 1938 był miejscem heroicznej walki sił demokracji i faszyzmu czy totalitaryzmu. Ta wizja, sformatowana ex post przez Ilję Erenburga i przejęta przez francuskich komunistów i ich intelektualnych sojuszników, nie odpowiada rzeczywistości. Wystarczy sięgnąć po teksty przebywających wtedy w Paryżu emigrantów hiszpańskich, tych, którzy pojawili się tam nie po klęsce republiki, ale z chęci uniknięcia jasnego opowiedzenia się po którejś ze stron wojny domowej. Byli wśród nich Gabriel Mara?on i Pío Baroja. Ten drugi w powieści Suzana dokładnie opisał swój pobyt w Paryżu na przełomie lat 1937/1938. Wielki pisarz był porażony całkowitą obojętnością paryżan wobec wydarzeń w Hiszpanii.

Nie jest przypadkiem, że Francuzów wśród ochotników brygad międzynarodowych w Hiszpanii było mniej aniżeli Niemców, Włochów czy Polaków (choć wielu z nich miało francuskie obywatelstwo i było polskimi Żydami). Sporą część powieści Barojy stanowi opis jego wizyty w paryskiej pracowni Olgi Boznańskiej. Literacki portret pintora polaca jest sympatyczny, ale jak wszyscy napotykani przez narratora paryżanie, w większości cudzoziemcy, nie wykazuje ona najmniejszego zainteresowania tym, co się dzieje w Hiszpanii.

To głębokie poczucie samotności solidaryzującego się z Hiszpanią Césara Vallejo, przenika powstający w 1937 roku i poprawiany, po zdobyciu w lutym 1938 roku przez rebeliantów Franco Teruelu, poemat Hiszpanio oddal ode mnie ten kielich. Nie tylko moim zdaniem jest to najwybitniejsze dzieło poetyckie napisane w tym czasie w Paryżu przez umierającego peruwiańskiego poetę. Tę śmierć jako emblemat czasu opisze w powieści Monsieur Pain Roberto Bola?o. To druga, obok śmierci Konsula, bohatera Pod wulkanem Malcolma Lowry'ego, w Cuernavace, w dniu 1 listopada 1938 roku - w literaturze rok 1938 zapowiada nekrofilną aurę.

Warto nadmienić, że prasa wydarzeniom w Hiszpanii nie poświęcała dużo więcej miejsca aniżeli poślubnym peregrynacjom młodej pary, króla Edwarda VIII, który w grudniu 1936 roku abdykował, by móc poślubić dwukrotną rozwódkę, Amerykankę Wallis Simpson. Love story stulecia konkuruje, także w polskich mediach, zwłaszcza popularnych jak IKC, z wojną w Hiszpanii, czy tzw. zagrożeniem faszyzmem. Zainteresowanie młodą parą, teraz Księciem i Księżną Windsor, było w Paryżu tym większe, że młodzi powrócili pod koniec 1937 roku z Niemiec, gdzie byli przyjmowani przez Hitlera z protokołem przewidzianym dla brytyjskiej pary królewskiej, ku konsternacji brytyjskiej dyplomacji. Na dodatek państwo młodzi jako miejsce stałego zamieszkania wybierają Francję i zamierzają dzielić czas między Wersal i Cap d'Antibes, gdzie wynajęli odpowiadające ich pozycji pałace. Pani Wallis zostaje w tymże Paryżu ogłoszona jedną z dziesięciu najlepiej ubranych w roku 1938 kobiet na świecie, co potwierdza swoim autorytetem Coco Chanel, jedna z bohaterek książki Szaroty.

Niedawno zasiadający na angielskim tronie jako Edward VIII książę wyjaśniał prasie powody swojej wizyty u Hitlera tym, że zadanie swojego pokolenia, które było świadkiem I wojny, widzi w zapobieganiu ponownemu zbrojnemu konfliktowi z Niemcami, który oznaczałby koniec zachodniej cywilizacji. Z książki Szaroty wynika, że myśląc w ten sposób, Książę Widnsoru nie był wyjątkiem. Nie wydaje się, by liczni w Paryżu nowi emigranci z Niemiec i Austrii, którym Szarota poświęca sporo uwagi, nieco zapominając o dawniejszych emigrantach, głównie latynoskich i rosyjskich, oczekiwali innego myślenia i spodziewali się bardziej zdecydowanej reakcji demokracji na faszyzm, a na rasistowskie antysemickie ustawodawstwo w szczególności. Choć, być może, nie wszyscy byli takimi skrajnymi pesymistami, jak Józef Roth.

Sądząc z wydanych ostatnio prowadzonych niezwykle skrupulatnie zapisków kalendarzowych, przebywający na emigracji w Paryżu Władysław Chodasiewicz w roku 1938 nie robił nic innego, jak tylko grał w brydża, leżał w łóżku (fakt, sporo chorował) lub pił. Gruzin G.F. Tanturow, który do Paryża przybył po emigracji w Warszawie, w Od Tyflisu do Paryża wspomina rok 1938 jako czas poprawy sytuacji pracowników fabryki, gdzie pracował, w związku z zamówieniami wojskowymi. Rozmaitość emigranckich postaw w Paryżu zadziwia.

Wśród symultanicznie przedstawionych losów zahaczających o Paryż 1938 roku, których spis (ponad czterdzieści osób) otwiera książkę Szaroty, postacią najstarszą jest Zygmunt Freud (w 1938 roku ma osiemdziesiąt dwa lata), najmłodszym jest Herschel Grynszpan, "polski Żyd, który 7 listopada dokonał zamachu na urzędnika ambasady Rzeszy w Paryżu. Posłużyło to za pretekst do "nocy kryształowej". W 1938 r. kończy 17 lat". Pozostali są w sile wieku (np. André Malraux - trzydzieści siedem lat, Ernest Hemingway - trzydzieści dziewięć, Nin - trzydzieści pięć czy Simone Weil - dwadzieścia dziewięć lat). Wśród postaci przywołanych przez Szarotę dla mnie najbardziej interesującą jest Lacan. W 1938 roku kończy trzydzieści siedem lat, uwikłany w skomplikowane relacje z zakochanymi w przystojnym psychiatrze kobietami, znajduje czas, by napisać do VIII tomu Encyklopedii Francuskiej hasło "Rodzina". Konstatując kryzys ojcostwa, który traktuje jako znamię kryzysu cywilizacji Zachodu, dokonuje rewizji Freudowskiej koncepcji kompleksu Edypa. Nie ma tu wiele miejsca na analizę tej Lacanowskiej rewizji. Dla nas istotne jest, że w czasach zanikania władzy i kulturowej funkcji ojcostwa kompleks Edypa zostaje zastąpiony przez kompleks Telemacha. Lacan zdawał się uważać, że gotowość Niemców podporządkowania się Hitlerowi wynikała z potrzeby zastępczego ojcostwa. Odwrót od kompleksu Edypa wyzwolił potrzebę odmiennej niż dotychczas narracji o przeszłości. Taka narracja nie musi już skutkować autorytetem jedynej obowiązującej wersji ("wersji ojca"). Jej celem nie jest potwierdzenie dziedziczonej tożsamości, ale rozpoznanie osobliwości miejsca, w którym się znaleźliśmy. Tak jest w wypadku In 1926. Living at the Edge of Time Hansa Ulricha Gumbrechta, Terroru i marzenia. Moskwa 1937 Karla Schlogla i Paryża 1938 Piotra Szaroty.

Marcin CzarnikAgresty

Część I

1

Ostatnią w nie-Wsi krowę Kazimierz sprzedał do rzeźni na krótko po tym, jak jego ojciec, w ostatnią sobotę lipca roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego, zginął od pioruna, gdy pędził jałówkę do obory. Kazimierz krowę sprzedał mniej z obawy przed burzowym gromobiciem, a więcej ojcu na przekór.

Z ojcem nie żył dobrze. Nie ciągnęło go do gospodarki. Przykrzył sobie ją. A mimo to wstydził się przed ojcem swoich dłoni - drobnych, woskowych. Przypatrywał im się z niechęcią wieczorami, gdy siadał przed domem, pod kuchennym parapetem obstawionym pelargoniami i, krzyżując przeguby, ćmił papierosy nad obróconymi grzbietem do góry książkami. Nie pracował ciężko - a i tak matka go żałowała. "Bidny", powtarzała, wspinać się musiał pod wysokie sufity; "bidnemu", powtarzała, ramiona struchlały od wyciągania nad głowę. I miał matce za złe, że go żałuje - bo, myślał, drażniła jeszcze ojca.

Kazimierz golił się co rano. Włosy lśniły mu od pomady. Ubierał się skromnie, ale schludnie. Koszule prała i prasowała mu matka. Jedną wkładał na siebie, drugą - pakował do torby, na zmianę, by nie wracać z Miasta umorusanym. Po robocie mył dłonie rozpuszczalnikiem, a paznokcie czyścił szczotką. Jeżeli miał chwilę do odjazdu, stawał po cukierki, którymi dzielił się potem z matką, jeśli ojca akurat nie było; jeśli pił u kogo.

Matka Kazimierza mówiła, że "bielił po chałupach". W rzeczywistości malował mieszkania, przeważnie w Mieście, na nowo wystawionych osiedlach. W nie-Wsi bowiem mało kto malarza potrzebował - i chałupy, i domy malowano samemu. Nieraz go ci, u których malował, częstowali kawą. Podobały mu się filiżanki, w których mu ją podawano - przywykły do nagich ścian szklanek z namaszczeniem ujmował w palce porcelanowe uszka. A w końcu sam kupił malowany w kwiaty serwis - po trosze matce (z okazji imienin), po trosze dla siebie.

Którejś jesieni Kazimierz zajechał do gajowego, by kupić ćwiartek na opał. Z kozła fury ujrzał ubraną na czarno kobietę, która na progu gajówki smukłymi palcami odliczała pieniądze. Nadała mu się. Pomimo skrępowania (miał na sobie robocze łachy) ofiarował jej podwózkę - i pomógł wgramolić się na wóz.

Następnego dnia porąbał jej drzewo. Wypłaciła mu się chlebem i smalcem, i łóżkiem, do którego się z nim położyła. Przesiadywał odtamtąd u wdowy; zostawał na noc. Ona prała i prasowała mu koszule. Łakocie oddawał już nie matce, a wdowiemu dziecku - ale ożenić mu się nie dano.

Umarł młodo, jako stary kawaler. Pijany, upadł głową w sadzawkę. W nie-Wsi powtarzano: "z rozpaczy". I nawet ksiądz odmówił mu katolickiego pochówku.

Kazimierza znałem z widzenia. Nieraz nadziewaliśmy się na niego w drzwiach lodziarni. Kłaniał się nisko mamie i z trzema porcjami lodów włoskich na cukrowych wafelkach gonił na niewiejskie planty.

*

Nie-Wieś była pomiędzy. Mimo centrum, dla wygody mieszkańców - przy śniadaniu mówiących: "pójdę zaraz do miasta, może co kupić?" - przezwanego miastem, wokół którego stały: bożnica przebudowana na bibliotekę, stary spękany kościół, kino oddane na urząd gminy i sieć sklepików. Mimo niemałej sławy letniskowego miasteczka, jakim na początku dwudziestego wieku była nie-Wieś. I mimo Przedmieść, które zachowała i które były odrębnymi wsiami - nie odzyskała ona praw miejskich, utraconych na krótko przed wojną. Była gminą wiejską.

Nie-Wieś nie bardzo się zmieniła od końca lat czterdziestych. Macewy, którymi Niemcy wyłożyli drożynę na przełaj biegnącą Rynkiem, po wojnie zabrano - któregoś dnia podjechała ciężarówka, zeskoczyło z niej dwu mężczyzn w szarych kurtkach: wyważyli oni stare kamienne tablice, a potem załadowali je na przyczepę i odjechali. Nagą ziemię obsiano trawą, nasadzono na niej modrzewi - i pośrodku Rynku powstały planty.

Rozebrano żydowskie podcienia, by usprawnić ruch drogowy. Domy zaś po Żydach oddano chłopom, którzy podczas wojny utracili swoje (albo tym, którzy żyli dotychczas w nędzy). Domy te stały przy drodze i przy Rynku - drewniane, jedne przy drugich, ciasno zbite, przygarbione. Wkrótce od centrum odgałęziać zaczęły się uliczki. Stawiano przy nich domy - brzydkie, wysokie i brylaste, które pomieścić miały rodziny wielopokoleniowe.

Odchodzono coraz to dalej od Rynku, bywało że i na Przedmieścia - i z wolna, lecz nieprzerwanie nie-Wieś czyniono gęściej zabudowaną. Podążano przede wszystkim za powietrzem - na wzniesienia, by ujść dławiącej smogowej zawiesinie, która w mroźne dni zalegała nad "miastem".

Na kilka dni przed wybuchem wojny populacja nie-Wsi sięgnęła tysiąca pięciuset (blisko połowę tej liczby stanowili Żydzi). Po wojnie opadła do sześciuset. By na początku lat dziewięćdziesiątych dobić do dwóch tysięcy. Wszyscy się w nie-Wsi znali. Wszyscy o wszystkich wiedzieli. Jeżeli w nie-Wsi pojawił się kto obcy, prędko go odkrywano - przy stacjach, i kolejowej, i autobusowej, czatowali tutejsi kloszardzi, którzy migiem przekazywali wiadomości o nietutejszych.

Nie-Wieś ułożona była w dolinie i zewsząd otoczona porosłymi lasem wzgórzami. Na nich: korony drzew wystrzelały pod nieboskłon, tak że przyjezdny, stojący w Rynku, jeśliby się obrócił, poza ich wierzchołkami nie mógłby dostrzec niczego dalej.

*

W niewiejskim kościele dzwony biły w południe - na Anioł Pański, o dziewiątej - na Apel jasnogórski, a czasem i o innych godzinach, podczas których wyprowadzano ciała zmarłych z kościoła. Dzwony biły często, tym bardziej że pogrzebów w nie-Wsi było więcej od chrztów, o czym co roku w sylwestrowe wieczory mówił z ambony proboszcz. Po kazaniu, podczas którego wyliczał, ilu parafian umarło i ilu się urodziło, śpiewano Trisagion. A potem ludzie szli do siebie - odliczać do północy. Kiedyś w kościelną wieżę uderzył piorun: dzwony biły do rana. Wyrwani z płytkiego snu pobudzili pozostałych. Jedni wyglądali przez drzwi, inni przedzierali się przez rozmiękłe pola, by kogo wypytać.

*

Jeżeli miał kto w nie-Wsi talent, szedł z tym do proboszcza. Gdy która potrafiła śpiewać albo grać na jakim instrumencie, występowała na przeglądzie kolęd i pastorałek. Gdy który był dobry z plastyki, pomagał księdzu sklecić czy grób pański, czy żłób. Krążył ponadto po nie-Wsi "zeszyt". Co tydzień któraś spośród niewiejskich rodzin sprzątała kościół; kupowała kwiaty do kaplicy Matki Bożej. W tej kaplicy wisiał cudowny obraz, który koronowano w roku dwutysięcznym i który ocalił od śmierci kobietę chorującą na raka tarczycy (przyglądałem się jej na ulicy; wyobrażałem sobie, że po tym cudzie pędzi życie świętej). Co środę odprawiano nowenny, podczas których ksiądz, klęczący przed obrazem, odczytywał prośby i podziękowania wrzucone wcześniej do skrzyni na nie przeznaczonej.

Cmentarz w nie-Wsi leżał na wzniesieniu pod lasem. Nie było w nie-Wsi domu, z okien którego nie można by go oglądać (we Wszystkich Świętych, gdy setki zniczów płonęło w górze, mama sadzała mnie na okiennym parapecie). Śpiewy żałobników zaś, lamentacje znad grobów, niosły się echem po dolinie i przenikały do domów nieszczelnymi framugami okien. Cmentarz od kościoła dzieliło kilkaset metrów. Kondukty żałobne przecinały więc Rynek z plantami, targowicę, mijały sypiącą się mykwę. Nawet ci, którzy nie uczestniczyli w żałobnym pochodzie, byli jego częścią, jeśli akurat wystawali na "mieście".

*

Między Rynkiem a kościołem mieściły się sklepiki. Wśród nich znajdowała się trafika, przy niej zaś urządzono przystanek. Oczekujący na autobus mogli się schronić od słońca i słoty pod szerokim okapem, który wybiegał daleko od omalowanych na buro ścian niskiego budynku. W dni targowe pod trafiką panowała ciasnota. Na przystanek schodzili się drobni handlarze, a także nabywcy, którzy na targ zjeżdżali z okolicznych wsi.

Deszczowym dopołudniem niski, zgarbiony starzec zdołał się wgnieść między dwu okazałej postury mężczyzn, a zduszony przez nich - zasłabł. Gdy osunął się na wypełnione tkaninami parciane torby, pulchna kobieta, która dopiero co pytała go o ceny materiałów, uniosła w górę jego stopy, obute w wypastowane czarno trzewiki, i przycisnęła je do piersi. Któraś przekupka rozpięła mu pod szyją płaty kożucha i zaczęła go cucić, delikatnie poklepując po twarzy pokrytej siwą szczeciną.

Ledwie starzec doszedł do siebie, jeden z kolosów (tych, co go doprowadzili do omdlenia) wziął go pod pachy i podźwignął. Starzec, wsparty o ścianę, chwiał się lekko. Mimo to nakazano mu stać. Bo stanie miało go wydrzeć niedołęstwu, starości, a może i śmierci.

Dominika SłowikJeśli ktoś nas uratuje, to tylko pieski

Pod moim oknem codziennie rano przechodzi pies z parasolem. Po raz pierwszy zobaczyłam go w deszczowy dzień, więc na początku aż tak mnie to nie zdziwiło. Może psu też potrzebny jest parasol?

Nie miałam zresztą czasu się przyglądać, było zimno, a ja sama akurat parasola nie wzięłam. Wyszłam do piekarni po chleb, żeby zdążyć z zakupami przed dziesiątą (później przecież mnie do sklepu nie wpuszczą), złapałam więc tylko w progu rękawiczki - wtedy jeszcze chodziliśmy bez maseczek.

Natychmiast o nim zapomniałam, bo przy tym, co się ostatnio dzieje w świecie, w kraju i w człowieku, można zapomnieć nawet o psie, który wędruje w deszczu z parasolem.

Kilka dni później zobaczyłam go znowu. Stałam w oknie w kuchni, czekając aż woda w czajniku najpierw się zagotuje, a potem ostygnie. Mignął mi z daleka, jasny labrador, chyba labrador, z pyskiem pochylonym w stronę ziemi. Szedł, wymachując ogonem i chociaż łeb przygięty miał nisko do chodnika, bo cały czas węszył, wyraźnie widziałam, że coś niesie w pysku.

Dopiero wtedy go sobie przypomniałam.

Spoglądałam z wysokiego piętra, świeciło ostre słońce, a on już powoli znikał za zakrętem - mam słaby wzrok, więc mocno zmrużyłam oczy... Tak, na pewno, i tym razem pies niósł ze sobą parasol.

Przez kolejne dni, chociaż wcale o nim nie myślałam, jakoś zupełnie przypadkiem, zawsze kiedy pies pojawiał się u wylotu naszej ulicy, w horyzoncie mojego okna, ja już czekałam w kuchni, a napełniony wodą czajnik elektryczny szumiał coraz głośniej wraz ze zbliżającym się psem i dopiero kliknięcie zagotowanej wody wyrywało mnie z zamyślenia, gdy pies znikał za żywopłotem.

*

Któregoś dnia, tym razem późnym popołudniem, znów zbiegłam na dół, żeby z pobliskiego punktu odebrać paczkę. Nie byłam na zewnątrz od ponad tygodnia. Staraliśmy się przecież wychodzić jak najrzadziej, tylko w najpotrzebniejszych sprawach.

Przed naszym domem stanęłam jak wryta.

Nie, pies nie miał parasola. Wydawał się też trochę jaśniejszy. Bielszy. Tamten był innego koloru, w odcieniu, który z jakiegoś powodu zwykło nazywać się "biszkoptowym". Leżał na chodniku, z pyskiem ułożonym na łapach. Smycz owinięto wokół pobliskiego słupka. Znieruchomiałam, spoglądając na niego.

Dopiero po chwili zorientował się, że nie jest sam. Uniósł lekko pysk i machnął ogonem.

- No cześć, piesku, pieseczku... - rozczuliłam się, a pies zamachał ogonem jeszcze intensywniej, także wyraźnie rozczulony, że ktoś postanowił przerwać tę zapewne krótką i tymczasową zwierzęcą samotność.

Ruszyłam w jego stronę z zamiarem pogłaskania go i pies zamerdał jeszcze radośniej, podnosząc się na przednich łapach.

Mam przecież na sobie maseczkę, pomyślałam nagle - dużą, białą, zasłaniającą mi prawie całą twarz i nadymającą się jak żagiel, a do tego czarne lateksowe rękawiczki.

Nie powinno się głaskać obcych psów bez zgody opiekuna nawet w czasach bez pandemii, a co dopiero teraz...

Pies spoglądał na mnie z nadzieją, ja spoglądałam na niego z żalem, między nami, zupełnie przypadkiem, były przepisowe dwa metry odległości.

Czy jeśli go pogłaskam, to mogę zostawić na nim jakąś chorobę? Zrobię krzywdę jego opiekunowi albo opiekunce? A co jeśli pies się wystraszy, ugryzie mnie, zaniepokojony dotykiem dziwnej dłoni (czy takie dłonie w rękawiczkach nie przypominają psu weterynarza, ostatniej nieprzyjemnej wizyty, kiedy podobne ręce podawały lek albo nakuwały igłą?). Pies patrzył mi wyczekująco w oczy.

Odwróciłam się i odeszłam.

Następnego dnia znów padało. Stałam w oknie. Czajnik szumiał. U wylotu ulicy pojawił się pies. Szum wody narastał i deszcz padał coraz mocniej, tak jakby dźwięk zrastał się z nim w strugach na szybie. Pies od tego spływającego deszczu wydawał się śnieżnobiały. Czarny parasol w pysku przypominał głęboką rysę, jakby coś nam w świecie pękło i tylko to dzielne przemoczone zwierzę, zaciskając mocno szczęki, strzegło parasola i pęknięcia przed otwarciem.

 6/2020

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ: Bohdan Zadura (redaktor naczelny, proza),

Elżbieta Baniewicz (teatr),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),

Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Małgorzata Brodacka (sekretariat)

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6, DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

FORMAT: 160,3×240,4 mm - PL ISSN 0041-4727 Copyright 2020 by "Twórczość"

Projekt typograficzny wersji drukowanej: Piotr eL

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl PRENUMERATA NA ROK 2019: Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): ? 60 lub $ 80. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat. - ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia na prenumeratę przyjmują zespoły prenume-raty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, - e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

Marek ŁukaszewiczZakotwiczony w pamięci

Jak trudno jest zrozumieć. Doświadczenie podobno uczy, jednak nie zawsze. Przychodzi moment, kiedy wyświetla się w wyobraźni całe nasze życie. Podobno tak się dzieje przed śmiercią. Tym razem, mam nadzieję, jest to tylko śmierć symboliczna. Przywołałem bowiem jedynie fragment życia, więc może Ona zechce poczekać.

Dziś. Nastało dziś!

Co z tym zrobić? Zawsze żyłem dniem wczorajszym lub jutrzejszym. "Teraz" wyłoniło się z niebytu i nastało w swojej wyrazistości.

- Tato, powspominajmy!

Przygnieciony ciężarem lat ojciec powiedział:

- Dobrze mówisz. Moje "teraz" zespoliło się z dniem wczorajszym.

Graliśmy w karty. Gdy czas zagnał nas w ślepy zaułek i nie miał już gdzie pędzić, zapytałem:

- Tato, czym jest czas?

- W odróżnieniu od sępa bywa, że czas nie wyczekuje końca. W chwili jak obecna odchodzi. To jest moment bezczasowy, ponadczasowy.

Miałem ze trzy lata, kiedy spacerowaliśmy ulicą Dubois. Mama i tata prowadzili mnie za ręce. Od czasu do czasu odrywałem nogi od ziemi i kołysałem się. To był raj, który trwał, pomimo różnych przeciwności losu, jeszcze kilka lat. Raj na ziemi!

Długo nie potrafiłem rozróżniać, co jest, a co nie jest stosowne. Szliśmy ulicą tuż za barem "Pod trupkiem", a ja kłaniałem się wszystkim. Powtarzałem każdej napotkanej osobie "dzień dobry". Choć ludzie zazwyczaj odpowiadali przyjaźnie, to koniec końców mama skarciła mnie:

- Nie mówi się dzień dobry każdemu, lecz tylko tym, których się już zna - powiedziała.

Zawstydziłem się i zaczerwieniłem się mocno. Po raz pierwszy zrozumiałem, że naiwna życzliwość może być wadą, nie cnotą. Bardzo mocno przeżywałem te rozsądne w sumie słowa matki.

To wydarzenie pamiętam bardzo dobrze. Kiedy byłem czteroletnim dzieckiem, podążaliśmy ulicą Świdnicką. Bardzo lubiłem przebywać w towarzystwie rodziców. Wydawało się, że już nic mi nie brakuje do pełni szczęścia. A jednak! Pamiętam, słowo w słowo, moją prośbę:

- Rodzice, urodźcie mi braciszka...

Dziwne to było stwierdzenie, bo jeszcze nie wiedziałem zbyt wiele o rodzicielstwie. Może dlatego powiedziałem słowa "urodźcie mi". Później usłyszałem imię Piotruś w przedszkolu, więc koniecznie miał być Piotruś. Dziś nie sądzę, żeby moja prośba wpłynęła na decyzję rodziców, ale fakt faktem - po niecałym roku urodził się braciszek. Po narodzinach braciszek leżał w małym pokoju, otulony kołderką w pięknym łóżeczku. Byłem szczęśliwy, wpatrując się godzinami w jego twarz. Po pewnym czasie jednak wzbudził się we mnie niepokój. Poczułem obecność złych mocy, które krążyły wokół niego. Niczym szaman, starałem się je odpędzać.

To była trauma. Coś na podobieństwo plagi, która mnie dotknęła. Leżałem w łóżku z opuchniętym ciałem, pokryty rozdrapanymi krostami. Miałem uczulenie. Żaden lekarz nie potrafił zdiagnozować, co było tego przyczyną. Twierdzono, że jestem uczulony na pomidory. Leżałem, drapałem się do krwi i cierpiałem. Tęskno mi było za przedszkolem, do którego wówczas uczęszczałem.

Pomimo przeżywanych trosk, lubiłem swoje dzieciństwo. Wspominałem tramwaj stojący pośrodku ogródka, w którym bawiliśmy się w przedszkolu. Przesiadywałem tam, wyobrażając sobie, że podróżuję. Czas się zatrzymywał, a ja jechałem w nieznane. Gorzej było z instynktem grupowym. W innym miejscu, małym pałacyku, siedziałem na schodach. Podleciała osa. Dzieci krzyczały, opędzając się od niej rękami:

- Gorzko, gorzko.

Nie utożsamiałem się z rówieśnikami. Czułem, że wiem lepiej, i myślałem:

- Przecież osa nie rozumie naszego języka. Dlaczego oni tego nie wiedzą? Osa na pewno ich nie zrozumie!

Tak więc już w przedszkolu miałem skłonność do wymądrzania się.

Szedłem ulicą Świdnicką. Duma mnie rozpierała, bo zakończyłem okres przedszkolny.

Byłem już zdolny do wnioskowania. Pomyślałem:

- Życie jest dziwne. Człowiek starzeje się i umiera. Tylko dlaczego?

Pamiętam, jak ojciec, nie obdarzony ani dobrym słuchem muzycznym, ani szczególnym głosem, śpiewał mi przedwojenną kołysankę Henryka Warsa ze słowami Ludwika Starskiego:

Ach, śpij, bo właśnie

księżyc ziewa i za chwilę zaśnie.

A gdy rano przyjdzie świt

księżycowi będzie wstyd,

że on zasnął, a nie ty.

To był moja kraina szczęścia. Lepszej nie pragnąłem. Chciałem nie zasypiać i chciałem śnić zarazem. Marzyłem, by księżycowi było wstyd, że zasnął.

Był wieczór. Spacerowaliśmy po obrzeżach miasta. Miałem wówczas z pięć lat. Spoglądałem na tajemniczo błyszczący księżyc. Zapytałem:

- Mamo, ile trzeba drabin, by się dostać do księżyca?

Mama próbowała mnie przekonać, że do księżyca nie dostanę się takim sposobem, bo to daleko bardzo.

- Ale sto drabin wystarczy! - stwierdziłem, mocno wierząc w słuszność swoich słów. Księżyc wydawał się znajdować na wyciągnięcie ręki, a ja próbowałem sobie wyobrazić, jak połączyć te drabiny. Wiedziałem, że ta konstrukcja jest łamliwa i chybotliwa. Wówczas sto było dla mnie wielką liczbą. Niejednokrotnie próbowałem liczyć do stu i myliłem się. A może to była nieuświadomiona metafora, w której każda z drabin odpowiadała jednemu rokowi życia?

Gdy szedłem z mamą, a było to chyba na ulicy Klasztornej, zapytałem w zadumie:

- Jak pan Jezus mógł wytrzymać na krzyżu?

Padła odpowiedź:

- Bo był Bogiem.

Byłem przerażony, gdy wyobrażałem sobie to cierpienie. W głowie mi się nie mieściło, jak można było znieść tak okropny ból, od którego nie było ucieczki.

Jednak pytanie, jak umknąć od cierpienia, mocno mnie nurtowało. Będąc na podwórku, pomyślałem, że gdybym chciał, mógłbym po prostu "wyłączyć" ból. Ale, słusznie zresztą, doszedłem do wniosku, że gdyby nie ból, to nie wiedziałbym, czy coś jest niebezpieczne. Na przykład mógłbym się oparzyć i nie cofnąć ręki. Pomyślałem więc, że ból jest konieczny.

Innym razem krążyliśmy po rynku: ojciec, mama i ja. Podziwiałem kunszt, z jakim zbudowano pastelową wieżę ratusza. Zegar, umieszczony pod miedzianą kopułą, wolno odmierzał czas. Tak chyba było od zawsze. Minuta po minucie, godzina po godzinie, wciąż tak samo.

- Ale to musi być skomplikowane! - powiedziałem z podziwem.

- Po wojnie wszyscy Niemcy wyjechali z miasta. Jedyny, który pozostał do dziś, to właśnie ten, który potrafił zadbać o mechanizm zegara - mama cicho przekazywała mi sekret.

Nie mogłem się nadziwić, ile tam musi być różnych śrubek i sprężyn, które wspólnie działają. Dziś wierzę, że istnieje również zegarmistrz, który zna się na mechanizmie człowieka.

Sięgnąłem pamięcią do pierwszego dnia w szkole podstawowej. Pomiędzy budynkiem szkoły przy ulicy Wrocławskiej a blokiem przy ulicy Dubois, w którym mieszkałem, znajdował się stadion piłkarski. Postanowiłem obejść go lewą stroną, po ścieżce, nie wzdłuż ulicy. Traf chciał, że zaczął padać deszcz. Coraz mocniej i mocniej. Pierwszy dzień lekcji miał zacząć się o ósmej rano, a ja wyszedłem, tak jak powinienem, o siódmej trzydzieści. Niestety, ku mojemu przerażeniu, droga stawała się coraz bardziej grząska. Na dodatek wykopano rów, o czym przekonałem się dopiero po minięciu zakrętu. W butach chlupała woda, a nogi zapadały się w gliniaste podłoże. Chcąc nie chcąc, musiałem zawrócić. Po dojściu do chodnika, pobiegłem, by zdążyć na lekcje. Okazało się, że było już piętnaście po ósmej i woźny zamknął drzwi wejściowe. Prosiłem, błagałem, ale zamknęły się przede mną wrota do raju wiedzy. Zacząłem płakać. Byłem przerażony. Do dziś myślę, że moja edukacja przebiegałaby inaczej, gdyby nie trauma "zamkniętych drzwi". Łaknąłem wiedzy, ale dostęp do niej został zablokowany w środku mojego jestestwa. Obraziłem się, czując się odrzuconym.

Nie byłem uważnym uczniem. W czasie lekcji, zamiast słuchać nauczyciela, bazgroliłem jakieś profile z koślawymi nosami. Aktywność ta była odpowiedzią na stan znerwicowania, w jakim często się znajdowałem na lekcjach. Ciągle nie potrafię dociec, co było tego przyczyną. W pierwszej klasie naszym zadaniem było żmudne kreślenie literek alfabetu. U mnie każda literka miała inny kształt. Jedna była gruba, spasiona, inna anorektyczna, a kolejna przygarbiona. Po męczącym wysiłku pisania liter trzeba było każdą lekcję zakończyć szlaczkiem. Nie wiedziałem, czemu to ma służyć, ale posłusznie ozdabiałem zeszyt do języka polskiego najprzeróżniejszymi arabeskami. Mieliśmy wolną rękę co do wyboru kształtu szlaczków. Najczęściej przypominały one przecinające się sinusoidy lub powtarzającą się literę x. Największą radość sprawiało mi kropkowanie. Kropki, według zasad, które stworzyłem, umieszczałem wewnątrz szlaczków. Gdy zdarzyło mi się postawić kropkę nad arabeską, to miałem wrażenie, że odleci gdzieś w przestworza. Dlatego zacząłem rysować pokraczne kółka. One, według mnie, były stabilniejsze.

Pamiętam klasę, przestronną, z dużym, solidnym biurkiem nauczycielskim, które znajdowało się na podwyższeniu. Podest sprawiał, że tworzyła się hierarchia bytów: nauczyciel na górze, a na dole my, uczniowie. Niby tylko niewielki stopień nas dzielił, ale to było bardzo dużo. Jeszcze wyżej, nad głową nauczyciela, wisiały dwa czarno-białe zdjęcia. Dwóch łysych panów łypało na nas groźnym okiem. To byli panowie Cyrankiewicz i Gomułka. Nie słyszałem, by ktokolwiek śmiał wspomnieć, że nie mają włosów, ale wszyscy wiedzieli, że są ważni, może nawet ważniejsi od dyrektora. Nauczyciele mieli nad nami przewagę, nie tylko z racji swojej funkcji. Zdarzało się, że wykorzystywali swoją przewagę fizyczną. Kiedyś, wezwany przez nauczycielkę, musiałem wdrapać się na podwyższenie i wyciągnąć rękę. Działałem jak w hipnozie! Bez sprzeciwu z mojej strony zostałem skarcony dziesięcioma mocnymi uderzeniami linijką. Bolało, oj jak bolało. Ale czego się nie znosi w imię nauki. To była tajemnica moja i klasy. Nigdy nie poskarżyłem się rodzicom, bo i nie miało to sensu. Taka dola widocznie, musiałem zasłużyć.

Zdarzyło się to w pierwszej klasie, kiedy mocno przerośnięty chłopak przyniósł prawdziwy pistolet. Czyścił go w czasie lekcji. Do dziś nie rozumiem, dlaczego nauczyciel nie reagował. Wiem, że uczeń powtarzał klasę. Cóż, nauka była obowiązkowa, a on był nieczęstym gościem w szkole. Miał problemy, o których niewiele wiedziałem. Może nawet nie chciałem wiedzieć.

Łucja DudzińskaDrabble podróżne

1. Punktualność

Na poznański dworzec przyjechałam znów w ostatniej chwili. To jest moja słabość albo podświadome szukanie drobnych emocji, igranie z losem, potwierdzanie sobie, że jednak mam dużo szczęścia. Podczas jazdy nie zepsuł się samochód - dobrze, że w ogóle odpalił. Nie było na drodze korków, niespodziewanych objazdów - gdy zdarzy się wypadek, remont, pęka rura wodna, kanalizacyjna. Bywało tak, oj bywało. W sumie, w życiu dwa razy nie zdążyłam na pociąg - to dziwne uczucie - jakby nagle zatrzymał się świat i oczekiwał twojej decyzji. Z ciekawością przyglądał się, jak zareagujesz, kiedy zabrakło tylko jednej - dwóch minut, bo to nieokiełznane "Coś" nimi zadysponowało za ciebie.

2. Powrót

Słońce obudziło mnie dość wcześnie, a może natrętna mucha? Koniecznie chciała coś powiedzieć. Nie myślałam, dlaczego skupia się na mojej twarzy, przykryłam się po czubek głowy, nie doszukując się w tym żadnych podtekstów. (Dawno nie widziałam much - myślałam, że wyginęły). Na spacer w Radości (chociaż z bagażami) zabrakło już czasu. Uta podwiozła mnie jak najbliżej dworca. Trzeba wysiąść w miejscu niedozwolonym. I ... jeszcze wyciągnąć pękatą walizkę z bagażnika, a tu kątem oka widzę długi sznur samochodów. Zawahałam się, potknęłam, przeszłam obok przejścia dla pieszych. Wchodząc na peron, czułam jak świecące w oddali oczy podmiejskiej kolejki widzą mój uśmiech. Znów zdążyłam!

3. Towarzystwo

Wspomnienia z Międzynarodowego Festiwalu "Lytavry" zamykam w zdaniu: "Ach ta zimna Ukraina pełna gorących, życzliwych serc" i taka przyjazna myśl zostanie ze mną na zawsze.

   Wracam, w pociągu siadam przy oknie (wesoła, mimo bólu gardła), gdy kobieta naprzeciwko zaczyna kaszleć, jakby chciała wypluć płuca (cały czas trzyma chusteczkę przy ustach - apsik). Obok siedzi dziewczynka z rodzicami (matka o wyraźnie zaznaczonej ciąży). Od czasu do czasu ekspresyjną rozmowę przerywają tubalnym obopólnym smarkaniem. Natarczywy kaszel próbuje również powstrzymywać smutny mężczyzna. Nie mogę sobie znaleźć miejsca, ani się skupić na czytaniu, ale już nie mam skrupułów - też jestem przeziębiona - tylko zachrypnięta się nie odzywam.