5/2023
W POPRZEDNIM NUMERZE
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki Kamieniarz; Z dziennika lektur; Piosenka dla pielęgniarza; Listy donikąd; ?(w jakim języku krzyczy) (1); Posłaniec; Co tchu; ?(w jakim języku krzyczy) (2); Kołysanka
Wojciech Zembaty Efekt ćmy
Kacper Bartczak O jeżdżeniu na nartach wobec śmierci ojca; Szary dzień w wieczności; Magnetar eschato; Kompostownik i czas; Postprofeta
Julia Książek Zgromadzenie
Przemysław Owczarek ucho; entropia; z cyklu czarne ziemie: operacja; deprywacja; Mariupol; z cyklu lasy mieszane: odbicia; nie potrafi; wiata wuja dymu
Zbigniew Mich Peepshow
Łukasz Barys ?(Leżałem na ławce...); ?(Nasze ciała są zimne...); ?(Jednak marcowe istnienie); ?(Masz imię podobne...); ?(Jak dziwnie mieszkać...); ?(Zmieścić we wierszu cokolwiek); ?(Nieopatrznie dorósł...)
Paweł Waszak Rozkosze obmierzłego brzucha, czyli ucztowanie, jedzenie, żywność w świecie Odysei
Homer Odyseja, Pieśń I, nowe spolszczenie Antoniego Libery
archiwum
Julian Stryjkowski Dziennik 1970, opracował Ireneusz Piekarski
książka miesiąca
Sławomir Buryła Kroniki inne niż wszystkie
[Aurelia Wyleżyńska Kroniki wojenne 1939-1942; Kroniki wojenne 1943-1944]
wśród książek
Kacper Bartczak Miłość, śmierć i władza, czyli biopolityka pożądania w Mondo cane Jerzego Jarniewicza
[Jerzy Jarniewicz Mondo cane]
Karol Maliszewski "Pozostawić go nagle wobec niewyrażalnego"
[Roman Honet żal, może on]
Mieczysław Mejor Śladami mitu Wiecznego Miasta
[Juliusz Gałkowski Miniatury rzymskie. Krótkie opowieści o rzymskim micie]
Adam Komorowski Capri non piu Capri
[Joanna Ugniewska Zamieszkiwanie pamięci]
na widnokręgu
Mieczysław Mejor Być filologiem klasycznym
Sławomir Jankowski Suk suburbium
przegląd zagraniczny
Agnieszka Piotrowska Egipt
noty
Zuzanna Rybarczyk Syzyf
Elżbieta Baniewicz Szlakiem Dantego
Adam Rainko Epir
książki nadesłane
cokolwiek daléj
Przemysław Dakowicz Das Schloss. Siostry Franza Kafki w getcie w L. (cz. 2)
dziennik 2023
Zbigniew Mentzel Pamiętniki z Żoliborza
5/2023
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (zastepca redaktora naczelnego,
poezja, ksiazki poetyckie),
Wojciech Kudyba (eseje),
Wojciech Łysek (redakcja, korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2023 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Ceny na rok 2023:
numer pojedynczy - 13 zł;
numer łączony 7/8 - 20 zł;
prenumerata półroczna - 75 zł;
prenumerata roczna - 150 zł.
Wpłaty na konto Instytutu Książki:
81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto:
PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
SWIFT CODE: GOSKPLPW
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską.
za pośrednictwem RUCH S.A.:
Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl,
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
WYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI"
są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi)
oraz nexto.pl (pdf) i e-kiosk.pl.
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
Jarosław KuiszParyskie
1.
Język pana Henryka przesunął się po poparzonej wardze dolnej i powoli schował się do ust. Tam zastygł, jakby pokrytemu śluzówką wałowi mięśniowemu na serio mogło przestać smakować życie. Uchwyt wiadra wysunął się z dłoni mężczyzny. Esy-floresy mlecznobiałego dymu wychodziły z lewego rękawa marynarki.
W oddali policyjne, strażackie syreny. Niebo wydawało się idealnie czarne. Tamtego dnia, jak sprawdziłem, słońce zaszło już o 17:29 czasu środkowoeuropejskiego.
2.
Piętnaście lat później siedzieliśmy razem na niewygodnych krzesłach w kawiarni, a dokładniej w kawiarnianej części luksusowej restauracji z kryształowymi żyrandolami. Pan Henryk był wtedy dobrze po sześćdziesiątce. Twarz miał pulchną i smutną. Wielkie dłonie położył na lakierowanym blacie. Pod stołem złączył nogi kolanami. Mówił.
Gdy milkł, rzucał spojrzenia ku sąsiednim stolikom. Od dnia, gdy z dwóch przemieszczających się aut otwarto ogień do klientów restauracji i baru, minęło sporo czasu. Przyszło mi jednak na myśl, że starszy pan obawia się zamachu. Myliłem się.
Do lokalu, którego drzwi oblepiono rekomendacjami gastronomicznych przewodników, trafiliśmy przypadkiem. Na moją prośbę umówiliśmy się wczesnym przedpołudniem w centrum miasta.
Chciałem panu Henrykowi okazać wdzięczność za pomoc (i poprosić o "coś więcej"). Staliśmy przy jednym z szerokich bulwarów. Wykrzyczałem zaproszenie na kawę poprzez ryk ruszających na światłach motocykli. Wskazałem lokal, który zauważyłem za jego plecami. Odruchowo skinął głową. Myślami błądził gdzie indziej.
Nieoczekiwanie po przekroczeniu progu ciało pana Henryka stężało. Jego stopy w mokasynach wrosły w bordową wykładzinę. Otoczyły nas dekoracje z weneckiego szkła, alegoryczne malowidła na wysokim suficie. Na czoło mojego towarzysza wystąpiły malutkie krople potu.
Nie miałem czasu na zastanawianie się. Na wczesne popołudnie zaproszono mnie na rozmowę o dobrze płatnej "pracy na umowę". Delikatnie, lecz zdecydowanie chwyciłem starszego pana pod ramię i skierowałem w stronę jedynego wolnego stolika. Pan Henryk pokornie usiadł na krześle bliżej okna. Odniosłem wrażenie, że jego cień zaczyna wylewać się na podłogę.
Karta dań w lepkiej oprawie zapewniała, że restauracja na tle konkurencji wyróżnia się korzystnym stosunkiem jakości do ceny. Nie była to prawda. W lokalu spędziliśmy około jedenastu godzin. Pan Henryk przepuścił tam wszystkie pieniądze.
3.
Pamiętnej nocy auta zamieniono w dwa rzędy ognisk. Pan Henryk przyglądał się, jak w różnym tempie dopalają się pojazdy ludzi po wielokroć bogatszych od niego, na pewno wysoko ubezpieczonych. Od godziny ich właściciele oglądali świat to przez szczeliny między zamkniętymi okiennicami, to znów na ekranach telewizorów intensyfikujących kolor oraz głębię wrażeń.
Mój rodak oparł się plecami o metalowe ogrodzenie prywatnego ogrodu. Przymknął oczy i powoli osunął się na zimny trotuar. Nie chciał dłużej gapić się na pożeranego płomieniami srebrnego jednorocznego diesla z automatyczną skrzynią biegów i łososiową tapicerką. Godził się z myślą, że spalonym samochodem nikt jeszcze nie wrócił do domu - domu położonego przecież tak daleko stąd.
Rozbite szyby przypominały mu pomarańczową łuskę. Płomienie rozszczepiały się także w strużce śliny, która ze łzami spływała po jego brodzie. Jedną, może dwie przecznice dalej rozległ się upiorny huk. Odpowiedziały mu skowyt (chyba) kobiecy i autoalarmy. Słychać było narastające wrzaski. Ryk tłumu ułożył się w wulgarny slogan i rozpadł. Wyzywano rząd, policję, białych.
Pan Henryk pozostawał nieporuszony. Nic nie obchodziły go zamieszki, ani drgnął po tym, gdy w jednym z peugeotów coś głośno pyknęło, a w powietrzu przemknął zapach benzyny.
- A niech jebnie - rzucił tylko cicho wyzwanie losowi.
Karoseria na bagażniku jego mercedesa E 200 żywo płonęła.
I nic.
Opuścił głowę na piersi. Zapuchniętymi oczami przyglądał się tęczowym zygzakom, które lśniły na powierzchni kałuży. Przypomina sobie, jak wtedy odczuł ciężar serca. Był przekonany, że kulisty mięsień z klatki piersiowej wytoczy się na asfalt, zakołysze na boki, wreszcie na zawsze zatrzyma pośród skrawków szkła i kolorowego plastiku.
4.
- Zna go pan? - próbowałem zażartować.
Przed chwilą pan Henryk bodaj piąty raz łypnął w stronę sąsiedniego stolika. Siedział tam elegancki krępy starzec, zupełnie łysy. W odbiciu lustra dobrze widziałem, jak przygarbił się nad rozłożoną na laptopie gazetą. W lewej dłoni trzymał szkło powiększające, w prawej ściskał flamaster. Porowatą końcówką energicznie zakreślał fragmenty jakiegoś artykułu.
- Nie znam...
Pan Henryk na obu zwiędłych policzkach zrobił się malinowy, jakby skłamał. Bębnił palcami po blacie.
Zacząłem uważniej przyglądać się naszemu bezwłosemu sąsiadowi. Nieogolona, jakby pokryta cienką warstwą śniegu szczęka, zanurzała się i wynurzała z jedwabnego fularu. Z ucha wystawał kabelek aparatu słuchowego. Mężczyzna miał z 90 lat i tryskał życiem.
Pan Henryk dla opanowania nerwów wciągał restauracyjne powietrze głęboko w płuca. Świszczał nozdrzami. Gdy pojawił się kelner, nie pozwolił mi na zamówienie cappuccino i maślanych rogalików. Zażądał mocnego piwa z Alzacji. Z zaniepokojeniem spojrzałem na zegarek w smartfonie.
Piwo wypił duszkiem. Gdy jako tako zapanował nad ciałem, spróbował się uśmiechnąć. Błysnęły niebrzydkie sztuczne zęby. Pomyślałem, że to dobry moment, by poprosić go o więcej kasy. Wtedy jednak pan Henryk gwałtownie pochylił się nad stołem, poniekąd zmuszając mnie, bym zrobił to samo. Ani się zorientowałem, jak od słów: "...ale, ten w dupę jebany dziad, kogoś mi przypomina!" - rozpoczęła się spowiedź, która, co przyznaję z niechęcią, zmieniła moje życie.
Zbigniew MentzelLektury dla Igi Świątek
W niezliczonych wypowiedziach dla mediów krajowych i zagranicznych Iga Świątek często przypomina, że największą pasją w jej życiu - oprócz, oczywiście, tenisa - jest czytanie książek. Od niektórych lektur nie potrafi się wręcz oderwać i ostatnie strony przychodzi jej czasami kończyć niespełna godzinę przed wejściem na kort (podczas turnieju Rolanda Garossa było to Morderstwo w Orient Expressie Agaty Christie). Jak się zdaje, w świecie sportu wyczynowego pierwsza rakieta świata jest pod tym względem absolutnym wyjątkiem. Zawodniczki czy zawodnicy odnoszący sportowe sukcesy na skalę globu nie miewają na ogół pod ręką czytników e-booków (Świątek ma go zawsze) i ich nazwiska nie rodzą skojarzeń z konkretnymi tytułami książkowymi. Chociaż nie, przepraszam, zapomniałem o jednym takim przypadku. Wiele lat temu "Przegląd Sportowy" z satysfakcją donosił, że środkowy pomocnik naszej piłkarskiej reprezentacji w jej najlepszych czasach, Lesław Ćmikiewicz, podczas zgrupowania kadry stara się codziennie czytać Traktat o dobrej robocie Tadeusza Kotarbińskiego...
Iga Świątek najbardziej lubi powieściową fikcję, ale chętnie sięga także po literaturę faktu, a nawet eseistykę. Dziennikarze ustalili, że na liście jej ostatnich lektur znalazły się między innymi Wspomnienia gejszy Arthura Goldena, Katedra w Barcelonie Ildefonsa Falconesa, Atlas serca Brené Brown (mówiący wiele o stresie, niepokoju, wrażliwości i uczuciu przytłumienia), Buszujący w zbożu J.D. Salingera, Hrabia Monte Christo Aleksandra Dumasa, Zabić drozda Harper Lee, 21 lekcji na XXI wiek Yuvala Noaha Harariego i biografia Baracka Obamy. W roku 2022 Iga Świątek przeczytała dwadzieścia książek, a jej plan minimum na rok obecny to dwanaście tytułów. Dla książkowych moli, takich jak niektórzy czytelnicy "Twórczości", nie są to zapewne liczby imponujące, pamiętajmy jednak, że Polacy tworzą społeczeństwo, w którym czterdzieści siedem procent obywateli przez okrągły rok ani jednej książki nie bierze do ręki. Nic dziwnego zatem, że niektóre media organizują już akcje promocyjne pod hasłem "Czytaj z Igą", a nasza noblistka Olga Tokarczuk uroczyście wręcza jej swoje najnowsze utwory ze stosowną dedykacją. (Nawiasem mówiąc, Świątek może czytać także książki, których sama jest jedną z bohaterek, na przykład Young Power! 30 historii o tym, jak młodzi zmieniają świat Justyny Sucheckiej).
*
Z wyborem odpowiednich dla Igi Świątek lektur bywają kłopoty. Jak wiadomo, najlepsza nasza tenisistka, która w maju bieżącego roku kończy dwadzieścia dwa lata, łatwo ulega emocjom i często zdarza się jej płakać. Dlatego właśnie współpracujący z nią zespół czuwa nad tym, aby pewnych książek jednak przed meczami nie czytała, a przynajmniej ich nie kończyła, mogłoby to bowiem spowodować, że stanie się "zbyt emocjonalna". Psycholożka Daria Abramowicz - donosi brytyjski "The Sun" - dopilnowała między innymi tego, by na czas turnieju US Open jej podopieczna odłożyła lekturę Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. "Daria - wyjaśnia Iga Świątek - była w stu procentach pewna, że czytając tę powieść, będę się zalewać łzami, i miała absolutną rację".
Nie tylko jednak nadmierne wzruszenia i potoki łez podczas lektury mogą być dla Igi Świątek ryzykowne. "Myślałam także o tym, by przeczytać którąś z książek George'a Orwella, ale Daria mi to odradziła [...] Taka lektura wymagałaby przemyślenia wielu ważnych kwestii, więc nie byłby to najlepszy pomysł na zrelaksowanie się". Relaks relaksem, z drugiej wszakże strony bez przemyślenia "wielu ważnych kwestii" zawodniczce takiej jak Świątek trudno będzie wzmocnić się psychicznie, przynajmniej na tyle, aby akceptować porażki, co przychodzi jej z trudem. Sezon dla najlepszych tenisistek jest długi i wyczerpujący, ale niemal każdej zdarzają się w występach na korcie przerwy, także takie, których żadnej z zawodniczek nie życzymy, bo wymuszone kontuzją. Sama Świątek zresztą przyznaje, że kiedy nie znajduje czasu na czytanie, to oznacza, że pracuje za dużo i powinna zwolnić, niepodobna bowiem stale utrzymywać się w transie.
Myślałem niedawno, jakie lektury chciałbym Idze Świątek polecić, aby oswoiła się z rzeczywistością, która oprócz sukcesów przynosi jej nieuchronne rozczarowania. Im częściej wygrywa, tym większą presję zmuszona jest odczuwać. Zapewne Świątek widziała, może nawet kilka razy, Titanica Jamesa Camerona i ten film pobudzał ją do płaczu, podobnie zresztą jak niżej podpisanego. Oto zatem pierwsza, nieoczekiwana propozycja lektury: Angelo Solmi Tragiczne wody. Prawdziwa historia 16 statków, które nie powinny były zatonąć. Od czterdziestu z górą lat Tragiczne wody... znajdują się na mojej prywatnej liście ważnych książek w Polsce z należytą uwagą nie przeczytanych. Jedyne jej wydanie (tłumaczenie Haliny Kralowej) ukazało się w połowie sierpnia roku 1980, wtedy zaś, choć pępkiem świata była dla nas Stocznia Gdańska, mało komu chciałoby się czytać o tonących statkach. A tymczasem historia każdego z owych statków, nieszczęśliwych statków opisanych przez włoskiego pasjonata tematu, zawiera przestrogę przed naszą nadmierną pewnością siebie. Pokazując, jak łatwo w okamgnieniu zatapia się to, co "niezatapialne", autor daje nam dowód na fundamentalną ludzką niedołężność. Jednak książka ta, choć nie pozwala zasnąć wyobraźni i piętnuje największy z naszych grzechów - grzech pychy, nie gasi nadziei, wzmaga pragnienie działania i wychodzenia z sytuacji bez wyjścia. Wystarczy przeczytać motto: "Co było w tym ciekawego, to fakt, że opis najokropniejszych cierpień lub rozpaczy żeglarzy najsilniej podniecał mój zapał do marynarskiego życia". Napisał to zdanie Edgar Allan Poe, który dla Igi Światek także mógłby stać się jednym z ulubionych autorów.
Roman Wysogląd
Toto-lotek
Czasami strasznie trudno jest zasnąć. Prawie tak samo, jak się obudzić. Poszedłem z tym problemem do weterynarza. Moja szalona mama nie pozwalała mi od wczesnych lat dziecięcych mieć kontaktu z lekarzami. Pewnie przez nieudany romans w Zakopanem z żonatym ginekologiem.
Kolejka w poczekalni przypominała mi zły sen surrealistów, jednak strach przed niezaśnięciem kazał mi pokornie znosić prawie czterogodzinną udrękę, zanim w końcu postać z wiersza Nerudy udająca pielęgniarza pozwoliła mi dostać się przed oblicze weterynarza.
Była to kobieta w sile wieku, umalowana jak pisanka, wysoka, chyba pijana, a na dodatek cała we łzach.
- Wszystko przez złe książki, które niestety namiętnie czytam - powiedziała cicho, nie patrząc na mnie.
- Nie ma złych książek - odpowiedziałem w pustkę. - Bywają kiepsko napisane.
- Może narysujesz swój problem? - poprosiła. - Na stoliczku pod oknem znajdziesz papier i kredki.
Posłusznie usiadłem na małym niewygodnym zydelku i narysowałem konia. W biegu, a za nim kilka dziewczynek z powyginanymi kończynami.
Kobieta na niego spojrzała.
- Według Freuda...
- Wiem, wiem - niegrzecznie przerwałem jej. - Mam odwieczny problem z wytryskiem.
- Zgadza się.
- W takim razie o siódmej "U Oriona".
Była to niesprzątana od lat knajpa, do której bałby się wejść nawet tęgi pijak, a co dopiero ja, amator lekkich win i niesprzedajnych kobiet po czterdziestce.
Tym razem pani doktor od zwierząt wyglądała zachwycająco, zmalała o jakieś jedenaście centymetrów, nawet się uśmiechała. Przed nią stała pusta butelka po rosyjskiej wódce.
- Nie piję od lat - powiedziała niepytana - ale żebym jakoś wyglądała, obsługa stawia przede mną butelkę i kieliszki.
- Mama też tak robiła, ale tylko do dnia, w którym zdała sobie sprawę, iż ginekolog z Zakopanego pewnie miał rację, nie chcąc się z nią wiązać.
- A ojciec?
- Zupełnie go nie pamiętam. Jak mnóstwa innych rzeczy. Jak na przykład lekcji religii.
- Mam podobne problemy, ze skrzynią biegów.
Fakt, iż zostaliśmy kochankami, nie ma tutaj nic do rzeczy. Naturalnie nadal nie mogłem zasnąć, a stara mama nie zapraszała pani doktor na kolację.
- Naucz się w końcu żyć na własny rachunek - postanowiła, kiedy prosiłem ją, by usmażyła swoje danie popisowe, czyli rybę w jarzynach.
I tak też się stało, chociaż o niczym to nie świadczy ani niczego nie wyjaśnia, mimo że powinno.
Alina KuzborskaMoja Wileńszczyzna
Literackie inspiracje
Największe miłości literackie mojego życia - Adam Mickiewicz i Czesław Miłosz - urodzili się wprawdzie w historycznej Litwie, lecz nie byli związani z Wileńszczyzną w ścisłym tego słowa znaczeniu. Jednak przez sam fakt, że studiowali w Wilnie, pisali po polsku, pisali o Litwie, pozostali w moim sercu na zawsze. Obaj emigranci, podobnie jak ja, tylko nieco dawniej. Ich życie zawodowe na emigracji przebiegało w językach wybranej ojczyzny - Mickiewicz wykładał po francusku w College de France, Miłosz w Berkeley po angielsku. Mimo to w swojej twórczości pozostali wierni ojczyźnie-polszczyźnie oraz swojej ojczyźnie emocjonalnej, Litwie, która im dawała pożywkę duchową, nierzadko stając się tematem twórczości. Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie, polski poemat narodowy, zaczyna się słowami "Litwo, ojczyzno moja" i chociaż Wieszcz pisał o innych czasach, innych terenach, dla mego ucha brzmi to dzisiaj swojsko i naturalnie, w odróżnieniu od uszu biednych uczniów w Polsce, dla których Inwokacja może się wydawać czymś równie egzotycznym jak chociażby ballada Alpuhara z poematu Konrad Wallenrod. Jednak nie przede wszystkim za te słowa cenię Mickiewicza, co byłoby egoistycznym uproszczeniem, lecz raczej za całokształt, za jego wrażliwość i jego obecność w moim życiu, poczynając od dzieciństwa. Moja mama Helena miała fenomenalną pamięć, bez trudu recytowała poetów polskich, rosyjskich, a nawet białoruskich. Urodziła się w zachodniej Białorusi, a będąc wnuczką polskich kolonistów spod Warszawy, edukację szkolną w okresie wojennym i powojennym przeszła w trybie przyspieszonym, i to w trzech językach: zaczęła po polsku, kontynuowała po białorusku, skończyła po rosyjsku, ponieważ w tym czasie zreformowano szkoły w Białorusi, całkowicie je rusyfikując. Przytaczała wiersze w całości i we fragmentach, tak że w domu rodzinnym odbyłam pierwszą edukację humanistyczną w różnych językach. Dominował Mickiewicz, do którego zawsze można było sięgnąć, Pan Tadeusz z ilustracjami Michała Elwiro Andriollego, a Wiersze i poematy w brązowej skórzanej oprawie.
Miłosza pokochałam później. Na początku lat osiemdziesiątych XX wieku rozpoczęłam studia germanistyczne na Uniwersytecie Wileńskim. Jedną z motywacji było oczywiście: studiować tam gdzie Mickiewicz. W akademiku przy alei Wschodzącego Słońca, czyli Saul?tekio na dalekim Antokolu, zamieszkałam w jednym pokoju z R?tą z Kowna, koleżanką z roku, oraz Danut?, studentką lituanistyki, pochodzącą z Sejneńszczyzny, z Polski. Z Danut? byłyśmy jak awers i rewers - ona Litwinka z Polski po litewskim liceum w Puńsku, ja zaś Polka z Litwy po polskiej szkole średniej w Połukniu. Miłosz, już noblista, przywędrował do pokoju w akademiku w Wilnie drogą przemytu z Polski, w postaci tomiku zawierającego dwa poematy: Traktat moralny i Traktat poetycki, wydane w warszawskim Czytelniku w 1982 roku. Tomik dostałam na kilka dni, więc go przepisałam ręcznie do kajecika w szarej ceratowej oprawie, kaligraficznie, czytelnie, bez błędów. Porównywałam ten zapis z późniejszymi wydaniami, wzbogaconymi przypisami, tak zgadza się, nawet błąd ortograficzny Miłosza w wersie "Epoka nasza czyli zgon, / Ogromna die Likwidation" - przepisałam bezbłędnie. Dzisiaj trzymam w rękach ten mój pierwszy miłoszowski tomik, jakże osobisty, wyjęty z regałów z jego książkami, i taki w nim dopisek znalazłam: "Dzisiaj, 14 sierpnia 2004 roku, zmarł Czesław Miłosz. Moja wielka miłość poetycka, moja legenda. [...] Ten kajecik jest mi niezmiernie drogi. Dzisiaj mam wiele książek Miłosza, ale kajecik był pierwszą lekturą, przepisaną jeszcze w epoce sprzed ksero. [...] Chciałam tylko powiedzieć, że znam go ponad 20 lat - dwie dekady mojego życia. Trzecia, która teraz się zaczyna, będzie bez Miłosza mieszkającego w Krakowie, którego odwiedziła Danusia, i któremu miałam pokazać kajecik, ale przede wszystkim z nim porozmawiać, będzie z Miłoszem w innej postaci. On już na zawsze ze mną zostanie. Bezdekadowo. I bardzo osobiście". Tak to się pisało prawie dwadzieścia lat temu. Reasumując, kajecik liczy już czterdzieści lat. Jak te dekady lecą...