Twórczość 5/22 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

9.00 zł
7.47 zł (7,65 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kto potrafi, niech zrobi lepiejBogusław Czarny

Agnieszka Gajewska: Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Biografia. Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2021, s. 714.

O tej biografii można powiedzieć wiele dobrego. Jej mocną stroną jest zrekonstruowana przez autorkę historia rodziców Stanisława Lema, czyli Samuela Lehma, zamożnego lwowskiego lekarza i społecznika, zasymilowanego polskiego Żyda, oraz Sabiny Wolner, gospodyni domowej pochodzącej z tradycyjnej żydowskiej rodziny z Przemyśla. Efektem jest m.in. dość arkadyjski obraz dzieciństwa pisarza. Równie ważne są nowe ustalenia Gajewskiej dotyczące mało znanych losów dwudziestoparoletniego Stanisława i jego bliskich w okupowanym Lwowie. Wiarygodne wydają mi się sugestie, że te przeżycia wyjaśniają wiele późniejszych zachowań autora Cyberiady (np. duże znaczenie przywiązywane przezeń do pieniędzy, które wtedy uratowały życie jemu i jego rodzicom).

Cała książka pełna jest znanych i nieznanych wcześniej informacji o życiu Lema, jego rodziców, żony i syna w Krakowie, zdobytych przez autorkę m.in. dzięki dostępowi do prywatnego archiwum pisarza. Mam na myśli np. głęboko poruszający list Lema z 1945 roku do kuzyna Mariana Hemara. Dla lemologów istotne są szczegółowe informacje o naukowych ambicjach autora Etiologii nowotworów, o trapiących go chorobach, depresjach, wahaniach nastroju, o szybko rosnącej zamożności, o pewnej jednowymiarowości jego, jakby pozbawionego refleksji egzystencjalnej, życia wewnętrznego, o drażliwości i próżności, o poczuciu humoru, o sposobie pracy, o powstawaniu wielkich książek i o ich podskórnych powiązaniach, o filmach Lema, o wieloletniej znajomości z Ursulą Le Guin, o przenikliwości i o naiwności jego diagnoz sytuacji politycznej w Polsce i na świecie na przełomie XX i XXI wieku.

To dobrze, że Gajewska nie ukrywa pomyłek autora Dzienników gwiazdowych, np. rzeczowych, jak tej dotyczącej nazwiska odkrywcy rzekomych kanałów na Marsie lub tej dotyczącej temperatury rozkładu kwasów, które wytknął mu Władysław Kapuściński. Te pomyłki urealniają rozpowszechniony w Polsce, z lekka odpustowy, obraz Mędrca Potrafiącego Czytać Przyszłość. Gorzej, że nie znalazłem w Wypędzonym... informacji o Lema sławnym projekcie superczołgu, w 1944 roku wysłanym do ministerstwa obrony w Moskwie wraz z propozycją współpracy. Nie znalazłem także odpowiedzi na pytanie, czy w 1994 roku Lem wiedział o krótkim pobycie w Polsce Mieczysława Choynowskiego. Schorowany, prawie niewidomy i pozbawiony pieniędzy osiemdziesięciopięcioletni Choynowski, opiekun i mentor młodego Stanisława, desperacko i nieskutecznie szukał wtedy szansy powrotu do kraju.

Oczywiście nie ma sensu streszczać ustaleń autorki rozrzuconych na ponad siedmiuset stronach jej książki. Dodam więc tylko, że tę biografię czyta się dobrze, czego nie zmieniają ślady pośpiechu, w jakim powstawała. Na przykład co jakiś czas straszy manieryczny czasownik "generować" ("wyzwania etyczne generowane przez nowe technologie", s. 361; podobnie na stronach: 10, 221, 325, 337). A jakie słabości ma historia życia Stanisława Lema opowiedziana przez Agnieszkę Gajewską?

W opublikowanym w Niemczech przez "Neue Rundschau" autobiograficznym artykule Mein Leben (1983) autor Niezwyciężonego mówił o sobie: "Poproszony o napisanie autobiografii Einstein nie rozwodził się nad swym życiem, lecz nad najukochańszym potomstwem: teoriami, dziećmi zrodzonymi przez jego umysł. Nie jestem wprawdzie Einsteinem, ale pod tym względem przypominam go: uważam bowiem, że najważniejsze w mej biografii są zmagania intelektualne, a reszta ma raczej charakter anegdotyczny". Jaka szkoda, że Wypędzony... dotyczy przede wszystkim tej "anegdotycznej reszty" i nie jest pełnowartościową "biografią intelektualną" Stanisława Lema! Nie znaczy to, że Gajewska w ogóle nie wypowiada się o poglądach Lema, problemem jest jednak powierzchowność niektórych spośród jej opinii. Innymi słowy, okazała się ona świetnym historykiem i detektywem, ale gorszym czytelnikiem Lema intelektualisty.

W Wypędzonym... próżno bowiem szukać odpowiedzi na pytania w rodzaju: o co właściwie chodziło Leszkowi Kołakowskiemu, kiedy krytykował Summę technologiae, a także czy ta krytyka była zasadna? Jak zmieniały się poglądy Lema na temat świadomego sterowania dalszą ewolucją człowieka i jego gruntownej przebudowy? Jak wyobrażał on sobie psychikę maszyn? Jak mają się wytwory Lemowej imaginacji, w rodzaju myślących komputerów, takich jak Golem XIV i Zacna Ania (Honest Annie), do religijnych i filozoficznych koncepcji Boga? Krótko mówiąc, Gajewska pomija wiele ważnych pytań dotyczących, źródeł, treści i ewolucji poglądów swojego bohatera.

A kiedy już autorka zabiera się za Stanisława Lema obraz świata, pojawiają się problemy małe i duże. O ważnych dla pisarza poglądach Norberta Wienera z Cybernetics or Control and Communication in the Animal and the Machine (1948) pisze: "taka wizja wiązała się z określonym światopoglądem, w którym więzi społeczne powstają poprzez wymianę informacji podlegających entropii". Podobnymi ogólnikami, banałami, niejasnościami Gajewska posługuje się nie tylko w tym miejscu. Na przykład analizując Summę technologiae, stwierdza, że Lem "zastanawiał się też, w jaki sposób [...] pokrewieństwo człowieka z maszyną wpłynie na utratę jego funkcji poznawczych oraz informacyjną i duchową alienację". Pisząc zaś o Golemie XIV, donosi, że Golem "poznaje otaczające zjawiska w sposób niezwykle złożony, w związku z czym wynikami pracy może się podzielić ze swoimi konstruktorami wyłącznie cząstkowo".

Moim zdaniem większym problemem jest to, że - wbrew zapowiedziom wydawcy o "kompleksowości i bezkompromisowości" tej biografii - opowieść o trudnym związku Lema z marksizmem wymaga napisania od nowa. Owszem, autorka informuje o zachwalających komunizm i realny socjalizm artykułach, opowiadaniach i książkach współautora Jachtu "Paradise", a także przywołuje stosowne cytaty, np. z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego ("Byłem u Lema. Powiedział: - Rok temu ty byłeś na tych samych pozycjach co teraz, a ja byłem bardzo czerwony. Dziś [chodzi o listopad 1956 roku - BCz] jesteśmy na tych samych pozycjach"). Kiedy jednak przychodzi do uogólnień, pisze, że chodziło o chwilowe uwiedzenie "socrealizmem" (s. 627, podobnie np. s. 249) i o - bliżej niesprecyzowany - "antyimperializm" i że - ostatecznie - pisarz "nie wyrządził swoimi poglądami nikomu krzywdy" (s. 251). Wszak nie pisał żadnych raportów, donosów, "nikt przez niego nie stracił pracy, nikt nie miał z jego powodu nieprzyjemności i pretensji po latach" (tamże; zob. także s. 562-563).

Ważne części marksizmu, wbrew Gajewskiej (zob. także s. 256, 520-521), przetrwały jednak u Lema również po 1956 roku, co dotyczy np. materializmu historycznego ("histmatu"), czyli marksistowskiej historiozofii, z wizją społeczeństwa komunistycznego jako zwieńczenia rozwoju społecznego. Na przykład w 1962 roku w eseju O granicach postępu technicznego autor informował czytelnika, że kresem ewolucji społeczeństw jest komunizm i że, "celem moralnym socjalizmu jest zlikwidowanie wyzysku", a "celem komunizmu nieodwracalne i całkowite zburzenie, unicestwienie wszelkich ograniczeń wolności człowieka przez człowieka" (zob. Wejście na orbitę z 1962 roku, s. 200).

Jeszcze ważniejszy jest opublikowany w listopadzie 1967 roku na pierwszej stronie organu Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej "Gazety Krakowskiej" artykuł Lema pt. Wells, LENIN i przyszłość świata (pisownia oryginalna). Starszy o dwadzieścia lat od tego Lema, który - zgodnie z relacją najbliższych - wierzył w stonkę zrzucaną przez Amerykanów na polskie pola, Lem, przy okazji pięćdziesiątej rocznicy rewolucji październikowej, pisał m.in., że jedyną poważną teorią przemian społeczeństw ludzkich, równie naukową, jak np. astrofizyka i teoria ewolucji, jest marksistowski materializm historyczny. Przeciwstawiał "rozmach myśli" i "realizm" Włodzimierza Lenina "utopistom" w rodzaju Herberta G. Wellsa. Zachwalając rewolucję, krytykował "pomysł [...] przejścia [od formacji kapitalistycznej] do stanu kolektywizacji socjalistycznej - drogą łagodnych, powolnych przejść ewolucyjnych". Myślę, że chodzi tu o naturalny etap ewolucji poglądów autora Głosu Pana; tamten Lem, nadal mieszkał w tym Lemie, mimo że temu Lemowi coraz bliżej było już do Karla Raimunda Poppera i Willarda Van Omana Quine'a.

Nie bez znaczenia, sądzę, jest i to, że społeczne przemiany - zwykle - napędza u Lema (zgodnie z regułami "histmatu") ewolucja zautonomizowanej technologii, np. rozwój inżynierii genetycznej (czyli, w języku partyjnego aparatczyka, "postępujący rozwój sił wytwórczych"). Jeszcze na początku XXI wieku w Tako rzecze Lem (2002) pisarz wielokrotnie podkreślał, że "technologia jest zmienną niezależną od cywilizacji" (zob. np. s. 289 lub s. 474 tego wywiadu-rzeki). Z marksisty została w nim wtedy już tylko ta banalna (banalna dzięki marksizmowi właśnie!) teza o wielkim znaczeniu rozwoju technologii dla ewolucji społeczeństw. Niemniej, zapytany przez Stanisława Beresia wprost o marksizm, co prawda odrzucił dialektykę i cukierkową wizję komunizmu, lecz powstrzymał się od bezpośredniej krytyki materializmu historycznego (zob. s. 367 i następne). Wszystko to Gajewska pokrywa milczeniem.

I wreszcie - czy zafascynowany komunizmem Lem "nikomu nie szkodził"? Ten pogląd Gajewskiej mam za naiwny. Jego wychwalające komunizm książki (np. Astronauci, Sezam, płomienny Obłok Magellana z rozdziałem Komuniści!) ogromnymi nakładami wsiąkały w Polskę, kształtując świadomość i wpływając na życiowe wybory i losy czytelników, w tym bardzo młodych czytelników. Talent autora sprawił, że jego słowa były bardziej skuteczne od wysiłków całych komitetów partyjnych.

Tak, przez dziesięciolecia Lem propagował komunizm. Nie o oskarżenie tu jednak chodzi, nie o wezwanie do zmiany nazw planetoid, szkół i ulic, ale o prawdę o wielkim polskim pisarzu i prawdę o tamtej Polsce. Lem (jak tylu innych intelektualistów!) dał się uwieść Pięknej Bajce o Szczęściu Powszechnym. Cóż, obrazy świata, które wytwarzamy, mają wewnętrzną logikę i - być może - bez tej Lemowej naiwności nie byłoby Cyberiady, Solaris, Maski. To nie jest oskarżenie także dlatego, że ważny jest bilans  w s z y s t k i c h  czynów i zaniechań. Wszak z olśniewających książek Lema pokolenia urzeczonych Lemem Polaków i nie tylko Polaków już od ponad pół wieku uczą się, i długo jeszcze będą się uczyć, Dobra, Prawdy i Piękna.

Dodam jeszcze, że zaniedbania piszącej o marksizmie Lema Gajewskiej zaskakują. Wypowiadając się o tych sprawach, mogła wszak skorzystać np. ze znanych, obszernych i wnikliwych analiz Ebenezera Rojta (http://kompromitacje.blogspot.com/search?q=Lem+marksizm, dostęp 15 stycznia 2022 roku). Tego samego Ebenezera Rojta, który po ukazaniu się pierwszej książki Gajewskiej o Lemie Zagłada i gwiazdy tak celnie wykpił jej interpretację jedenastej podróży Iljona Tichego (http://kompromitacje.blogspot.com/2021/11/gajewska-czyta-lema.html, dostęp 9 stycznia 2022 roku).

Autorce tej biografii należy się szacunek i wdzięczność miłośników książek Stanisława Lema. Nauka jest działaniem zbiorowym, błędy jednych naprawiają inni. Żeby sięgnąć wyżej, stajemy na ramionach olbrzymów, a po książkach Gajewskiej lemologia już nigdy nie będzie taka jak wcześniej. Na krakowskim Salwatorze, pod kamykami żydowskim zwyczajem kładzionymi na grób widać wyryte w kamieniu słowa Mistrza: feci, quod potui, faciant meliora potentes (zrobiłem, co mogłem, kto potrafi, niech zrobi lepiej). Profesor Agnieszka Gajewska może je z dumą powtórzyć.

Marta Kułaj

Drugi wiatr

Butelki nasadzone na kijki wydają nieprzyjemny dźwięk. Tu jednak nikt się temu nie dziwi.

- Przeciw kretom - wyjaśnia stary Wojtal, gdy zbliżam się do... świronu. W rzeczywistości jest to zwykła obora, ale mnie ten świron przyszedł do głowy od razu.

Wojtal na oko ma siedemdziesiąt lat. W szarej kufajce, w szerokich, roboczych spodniach, w gumofilcach, z czapką na głowie... Od czasu do czasu otwartą dłonią uciera nos i patrzy na drogę, jakby na kogoś czekał. - Na listonosza - mówi chwilę później. - Ma przynieść pieniądze.

Kiedy pytam go o nazwisko, kiwa głową. Uśmiecha się.

- U nas nazwiska niepotrzebne. U nas każdy wie, kto jest kim... - nie kończy. - Dziś już nie przyjdzie. - Bierze szpadel i idzie na pole. Kartofle trzeba kopać. To już ten czas.

Tylko on pozostał z tych, którzy wszystko widzieli.

- Inni? - pytam.

- Co tam inni... - Macha ręką. - Inni albo powymierali, albo jak tylko zawiał drugi wiatr, zapakowali wszystko na furmanki i pojechali.

- Dokąd? - pytam ostrożnie. Widać, że chce iść. Ma co robić.

Milczy. Nie jest skory do opowieści. Ten jego "drugi wiatr" brzmi zagadkowo. Nie pytam go jednak.

Wracam do samochodu. Upewniam się, odruchowo, czy zamknięty. Oni tam nawet domów nie zamykają. Taki zwyczaj, który u nas już by nie przeszedł.

W wiosce nie ma hotelu ani miejsca, żeby coś wynająć. Wszystkiego pięć obejść. I tamten dom pod lasem.

Wojtala o niego nie zapytałem. Pewnie i tak by powtórzył, co mówili inni. Że straszy.

Pod wieczór sam poszedłem.

Nie straszyło. Bez obrósł ściany. Zajrzałem do środka. Nie było nic. Nawet pustych butelek. Tylko te krzaki.

Dawniej był ogródek, ganek i korytarzyk. Okno po prawej to kuchnia. I obok jeden pokój. Łazienki nie mieli. Stała obok, buda, pod ścianą świronu.

Drugi wiatr... Oni tu nie żałują przeszłości. Jaka zresztą przeszłość?

Wyjeżdżając, widziałem Wojtala. Kopał jeszcze kartofle.

Na deszcz szło.

Bez wiatru.

Wojciech ZembatyBramy Lasu

Była to najlepsza i najgorsza z epok, wiek rozumu i wiek szaleństwa, czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków, wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy. Wszystko było przed nami i nic nie mieliśmy przed sobą.     Charles Dickens, Opowieść o dwóch miastach, przekład Tadeusza DehnelaFuck you, I won't do what you tell me!    Rage Against The Machine

Najpierw zmieniło się niebo. Bracia nie widzieli go od jakiegoś czasu, zajęci wspinaczką po zboczu. Wcześniej także skupiali się raczej na kamieniach pod zmęczonymi stopami, drutach kolczastych i minach. Na przypadaniu do ziemi, gdy w pobliżu przelatywał robot. Miasto otaczał krąg urodzajnej ziemi, plantacje zmodyfikowanej kukurydzy i soi. Dalej rozciągały się wypalone pustkowia i ugór. Przedzierali się na północ, na zachodzie błękitniał ocean. Widziałem bezkresne pobojowiska, wystawy kubistycznych rzeźb ze stopionego metalu, szczątki czołgów i wozów bojowych. Wyglądało to tak, jakby Pablo Picasso wgrał przetarg na planowanie krajobrazu i wystawił Panoramę Guernicką w skali jeden do jednego. Może pomagali mu Goya i Bosch. Upiorny krajobraz przerażał, więc zamiast chłonąć widoki, wolałem skupić się na szeptaniu. Robiłem w tym interesie od niedawna i wciąż nie wiedziałem, czy duchy potrafią się modlić.

Większy z braci, Earl, potknął się, odzyskał równowagę i przystanął. Płynnie, choć obciążał go spory plecak. Jego ciało miało wrodzony tryb oszczędzania energii, zawsze gotowe do nagłego wysiłku i walki. Mięśnie Earla zawierały pod dostatkiem zarówno białych, jak i czerwonych włókien. Idealna, wszechstronna kombinacja, zdolna zarówno do sprintu, jak i maratonu. Z takim hardware, godnym atlety i wojownika, wytrwałego biegacza i łowcy, można zadręczyć antylopę długim truchtem, a potem odpędzić od łupu szakale i lwy. Mimo to wychowany w mieście chłopak nigdy nie podejmował takiego wysiłku jak teraz. A tym bardziej Amos. Mniejszy chłopiec dogonił go, sapiąc. Oczy miał zaczerwienione, oddech świszczący i krótki. Żwir sypał mu się spod pokaleczonych stóp, obutych w tandetne trampki. Na brzydkiej, myślącej twarzy, jakby przedwcześnie postarzałej, malował się zawzięty upór. Przygryzał pełną, jego zdaniem nie dość męską, dolną wargę. Po obłym, cofniętym podbródku w kolorze kawy ściekała mu strużka krwi. Oczy miał udręczone i wielkie jak spodki, na które ktoś rozlał szaleństwo. Earl podtrzymał młodszego brata przećwiczonym gestem, który stał się już niemal wrodzony jak mruganie i bicie serca. Amos odsapnął i wsparł się o jego ramię. Był lekki, przeraźliwie i boleśnie lekki. Jakby od czasu ucieczki żywił się własnym ciałem i rozpalonymi myślami. Rozkaszlał się, zakołysał, z wysiłkiem powstrzymał torsje. A potem, podobnie jak Earl, zagapił się w niebo rozpostarte nad skalną krawędzią.

Nie było tam żadnych dronów. W Mieście powietrze cały czas drgało, dygotało człowiekowi nad głową. Bzyczące drony kurierskie dostarczały jedzenie i wszystkie przedmioty, których z jakichś powodów nie opłacało się wysłać i wydrukować w 3D. Drugim dziwnym czynnikiem był kolor.

W Mieście każdy milimetr błękitu był cenną przestrzenią dla reklam i okólników AI. Większość ludzi wciąż potrafiła czytać. Nigdy nie mogłem pojąć, dlaczego AI zależało na tej trudnej i chyba dość przykrej umiejętności. Może AI lubi stawiać przed nami wyzwania. Bo przecież to, co cię nie zabije, wzmocni cię. Tak przynajmniej głosiła maksyma pewnego filozofa sprzed Przebudzenia - nadczłowieka, incela i świra. Być może chodziło o to, że AI i rozmaite Państwa Miasta rywalizowały ze sobą jak farmerzy z czasów sprzed Przebudzenia. Rywalizacja okazała się czymś, co chętnie od nas przejęły. My mamy merynosy, wy macie holenderskie coś tam. Z ludźmi jest teraz tak samo. Jedne z Miast hodują sprawnych żołnierzy, inne - najwyższe, najbardziej anorektyczne modelki. Piłkarzy i koszykarzy. Urządzają sobie wystawy ludzików rasowych. A nasze Miasto? Nasze Miasto będzie miało najlepszych poetów, buahaha. Oczywiście nie było już żadnych poetów. Ja sam byłem co najwyżej grafomanem, echem burzy, wyziewem dyskursu.

 5/2022

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Antoni Winch (proza).

SEKRETARIAT:

Małgorzata Brodacka

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2022 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

Przemysław DakowiczC.S. Lewis w Mariupolu

"Było raz czworo dzieci: Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja. Opowiem wam o tym, co im się przydarzyło" - tak zaczyna się jedna z najsłynniejszych książek dla młodych czytelników, powieść Lew, czarownica i stara szafa. Jej autor, Clive Staples Lewis, Irlandczyk z Belfastu, wykładowca literatury angielskiej w Oxfordzie (potem także w Cambridge), wybitny znawca kultury średniowiecznej i renesansowej, przyjaciel Johna Ronalda Reuela Tolkiena, wyjaśniał po latach, że u początku opowieści był obraz, który przez niemal trzy dekady wypływał na powierzchnię jego wyobraźni: pokryty śniegiem las, a w lesie faun obciążony pakunkami, z parasolem rozpostartym nad głową. W pewnym momencie swojego życia Lewis - który opublikował już kilka niezwykle popularnych książek o chrześcijaństwie (na czele z najczęściej wznawianymi Listami starego diabła do młodego) oraz "trylogię międzygwiezdną" (Z milczącej planety, Perelandra, Ta ohydna siła), łączącą elementy science fiction z alegorycznym wykładem prawd ewangelicznych - stwierdził, że do zimowego krajobrazu z faunem należy dopisać historię. W ten sposób powstał pierwszy tom cyklu Opowieści z Narnii, w którym mowa o dzieciach wysłanych podczas II wojny światowej na angielską wieś i przeżywających przygody w baśniowej krainie mówiących zwierząt.

Gdy na Londyn spadają niemieckie bomby, Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja przebywają w domu emerytowanego profesora Digory'ego Kirke'a. Podczas zabawy w chowanego najmłodsza z rodzeństwa, schroniwszy się w starej szafie, odkrywa, że za kilkoma rzędami kożuchów nie ma tylnej ściany - z ciemności przesyconej zapachem naftaliny wchodzi się wprost między drzewa, a pod nogami zaczyna chrzęścić śnieg. Na leśnej polanie, pod samotną latarnią, Łucja spotyka fauna o imieniu Tumnus. Jest dokładnie tak jak w surrealistycznym wyobrażeniu z dzieciństwa pisarza - faun dźwiga parasol i jakieś paczki. Dziewczynka dowiaduje się od niego, że w śnieżnej krainie zwanej Narnią rządy sprawuje złowroga Biała Czarownica. To z nią młodzi uciekinierzy z bombardowanego Londynu, nazywani w Narnii "synami Adama" i "córkami Ewy", będą musieli stoczyć walkę.

Lewis zaczął pisać Lwa, czarownicę i starą szafę najpóźniej na początku 1949 roku. Młody bibliotekarz Merton College, Roger Lancelyn Green, 10 marca zanotował w swoim dzienniku, że autor odczytał mu dwa pierwsze rozdziały i pytał o sens kontynuowania wysiłków. Greenowi rzecz bardzo się spodobała - przeciwnie niż Tolkienowi (jego dwunastoletnia praca nad Władcą pierścieni właśnie zbliżała się do szczęśliwego końca). Powieść Lewisa była gotowa już pod koniec miesiąca. Ukazała się rok później.

Zwracam uwagę na porządek chronologiczny, ponieważ błąd dotyczący okoliczności powstania pierwszego tomu Opowieści z Narnii wkradł się w tekst informacji opublikowanej 23 kwietnia w ukraińskim komunikatorze Telegram przez Petra Andruszczenkę, doradcę mera Mariupola. Po lekturze jego notatki ktoś, kto nie zna szczegółów biografii angielskiego pisarza, mógłby dojść do wniosku, że Lewis pracował nad Lwem, czarownicą i starą szafą o blisko dekadę wcześniej, niż miało to miejsce w rzeczywistości. Choć - nie sposób tego wykluczyć - Andruszczenko mógł mieć na myśli pierwszy impuls, pomysł, inspirację, które wynikały z bardzo szczególnych okoliczności historycznych. Napisał przecież, że powieściowy cykl narnijski "narodził się w londyńskim metrze podczas nazistowskich bombardowań Wielkiej Brytanii". "Narodził się" nie znaczy przecież "został napisany". Zresztą to prawda - Opowieści z Narnii byłyby czymś zupełnie innym, niż są, gdyby wykreślić z nich zdania o niszczeniu Londynu i innych angielskich miast pociskami burzącymi i zapalającymi. Niemieckie naloty nazwano Blitz. Ich straszliwe skutki Lewis widział na własne oczy - od 6 sierpnia 1941 roku jeździł do zniszczonego Londynu, by przed mikrofonem BBC wygłaszać pogadanki o chrześcijaństwie (złożyły się one na trzy książeczki wydane jeszcze podczas II wojny światowej: Broadcast Talks [1942], Christian Behaviour [1943] oraz Beyond Personality [1944]). Wcześniej w Kilns, oxfordzkim domu, w którym mieszkał razem ze swoim bratem Warniem, goszczono kilkoro dzieci ewakuowanych z Londynu.

Rezultaty "ewakuacji" obywateli Ukrainy z Mariupola, miasta w ciągu dwóch miesięcy 2022 roku niemal startego z powierzchni ziemi, na ogół okazywały się (i okazują) nieudane. Rosjanie ostrzeliwują tak zwane zielone korytarze, zabijają z zimną krwią. Giną i dzieci. Na początku marca ze zgrozą oglądaliśmy skutki bombardowania szpitala położniczego. Dwa tygodnie później wpatrywaliśmy się pustymi oczami w ruiny zburzonego Teatru Dramatycznego, przed którym wielki napis na asfalcie informował pilotów rosyjskich bombowców i operatorów wyrzutni rakiet, że w budynku przebywają najmłodsi. Razem z matkami i babciami zagrzebano ich pod gruzami. W kolejnych dniach i tygodniach dowiadywaliśmy się o realizowanej z diaboliczną konsekwencją zagładzie. Oblicza się, że od początku rosyjskiej agresji w Mariupolu zginęło dwadzieścia tysięcy osób - tyle ile w stolicy Anglii w czasie ośmiu miesięcy trwania The Blitz. W mieście pracują rosyjskie ruchome krematoria.

Komunikat opublikowany przez Petra Andruszczenkę właśnie dzieci dotyczył: "Wojna zabiera to, co najlepsze - pisał. - W Mariupolu zmarły dwie dziewczynki, dwie urocze małe aktorki Jelizawieta i Sonia. Obie grały rolę Łucji w sztuce Lew, czarownica i stara szafa w mariupolskim Teatrze Koncepcja [...]. Cóż za smutna symbolika, jeśli wziąć pod uwagę, że Opowieści z Narnii narodziły się w londyńskim metrze podczas nazistowskich bombardowań Wielkiej Brytanii".

Teatr zamieścił na swoich stronach Ich czarno-białe fotografie. Jelizawieta stoi na tle obsypanych śniegiem drzew. Właśnie wpadła ze świata ludzi, świata bomb kasetowych i fosforowych, do Narnii, krainy Aslana. Jeszcze nie przeczuwa, co ją czeka. Sonia siedzi przy stole w ciepłym mieszkaniu pana Tumnusa. Nareszcie bezpieczna.

Zapisuję ich nazwiska.

Jelizawieta Oczkur.

Sonia Amelczikowa.

Nie zapomnijmy - o dzieciach Mariupola, o dzieciach Ukrainy.

O synach Adama i córkach Ewy.

Karol MaliszewskiDo Krainy Metaksy. Tokarczuk a Brakoniecki

Zastanawiam się, czy esej nie stał się - w przypadku praktyki twórczej Olgi Tokarczuk - gatunkiem zastępczym bądź też pomocniczym, czy rozważania typowe dla dyskursywnych partii debiutanckich wierszy, szukając jakiejś większej przestrzeni, nie znalazły jej właśnie w eseju. Następnie te eseistyczne próby zaczęły domagać się możliwości jeszcze bardziej rozbudowanego obrazowania, stając się pomostem między krótkimi opowiadaniami a obszerną powieścią. Potwierdzałoby to dość znane zjawisko, polegające na tym, że dochodzenie do koncepcji powieści i próba wznoszenia ideowej konstrukcji, na której oprze się świat przedstawiony, bywają poprzedzone zapiskami o eseistycznym charakterze. To, co się wydarza w opowieści, i jak się wydarza, ma swe źródło w ogólnej wizji świata i człowieka. Warto się do niej przymierzyć, sięgając po tę nieokreśloną a pojemną formę, jaką jest esej. Zakłada ona przyjęcie pewnego dystansu, co wcale nie przeczy subiektywizmowi przejawianemu przez podmiot. Dystans wiąże się z porządkowaniem przemyśleń, kształtuje go przyjęta perspektywa oglądu. Wiele ze sformułowań pojawiających się w eseju może potem trafić do pisanej właśnie powieści. Można wzbogacić nimi wypowiedzi bohaterów bądź uzupełnić świadomość narratora. Mówi się nawet o zjawisku eseizacji powieści, obserwowanym w dziełach, w których proporcja między sferą przemyśleń i filozoficznych uogólnień a fabularnym dzianiem się ulega załamaniu na rzecz tej pierwszej.

Duch uogólnienia zdaje się unosić nad esejem, będącym z natury kapryśnym zapisem osobistego dochodzenia do prawdy, czyli przeświadczenia na jakiś temat. Subiektywizm objawia się także w śmiałym czerpaniu z własnych doświadczeń, których istota jest następnie żmudnie rekonstruowana na oczach czytelników1, co można traktować jako zaproszenie do laboratorium świadomości i języka. Esej spokrewniony jest z "dziennikiem idei" bądź intelektualnym pamiętnikiem, dokumentem wybiórczej pracy pamięci usiłującej podsuwać wnioski o charakterze ogólnym. Usiłowania, próby, przymiarki - jesteśmy w kręgu pojęć, które dobrze oddają migotliwy charakter tej formy literackiej. To, co się przeżyło, nakłada się na to, co przeczytało, zobaczyło i usłyszało, współtworząc szeroką płaszczyznę rozumienia zjawiska, rzeczy, procesu2. Intencja eseju zawiera się w próbie odpowiedzi na pytanie - jak ja właściwie coś rozumiem i jak do owego rozumienia dochodziłam (dochodziłem)? Można prowadzić ten osobisty dyskurs w bardzo prosty, wręcz sprawozdawczy sposób, lecz jak najbardziej na miejscu jest wprowadzanie bogatej ornamentyki literackiej.

Jeżeli przy omawianiu doraźności txt-wu posłużymy się obrazowym pojęciem w rodzaju "jętki jednodniówki", to szukając analogii, moglibyśmy esej określić jako "gwiazdę jednego sezonu". Jego wartość nieprzemijająca wiąże się z ogólnoludzką refleksją filozoficzną, natomiast to, co doraźne, starzeje się w nim dość szybko. Hybrydyczność i płynność gatunkowego zarysu spokrewnia się niekiedy z jego nietrwałością: "traci smak nie tylko poza granicami kultury i języka, ale i generacji, w których powstał. Tu tkwi sekret jego uroku i jego rozlicznych słabości. Cierpi na niedowład formy, tym różni się od poezji; na niedowład wyobraźni, tym różni się od prozy narracyjnej; na niedowład myśli, tym różni się od filozofii"3.

Niezależnie od cierpień i niedostatków, jakie esej uosabia, Olga Tokarczuk potraktowała go bardzo poważnie, mianując poligonem doświadczalnym rodzącego się stylu i dojrzewającej myśli. Do prawdziwego pisania droga wiedzie najczęściej od czytania i czynienia notatek na marginesie tego, zostało przeczytane, przemyślane i przeżyte. Notatki te zasilają najpierw dziennik pisarza, a potem stają się pożywką dla opowiadania, fragmentu powieści bądź właśnie eseju. Gatunku, który rozwój dwudziestowiecznej literatury znacznie wywindował w przyjmowanych do tej pory hierarchiach: "Na początku XXI wieku nie wydaje się już ekscentrycznym dziwactwem wiara, że to gatunek autonomiczny, równie istotny jak powieść, poemat, a nawet obraz malarski, symfonia. Tak rozumiany esej nie należy do pogranicza literatury i filozofii, lecz stanowi pewną oryginalną formę filozofowania czy też uprawiania literatury, co pozwala wróżyć mu jak najbardziej obiecującą przyszłość"4.

Agnieszka KumorNad nami noc (1)

To może być koniec wiosny, okres matur, może nieco później, kiedy dni dłużą się w nieskończoność w oczekiwaniu lata. Kobieta schodzi z wysokiej wydmy na plażę. Obok niej idzie mężczyzna. Idą razem, nie trzymają się za ręce. Jeszcze nie. Ich czarne, wydłużone sylwetki posuwają się krok w krok za nimi, niczym wierne psy. Nagłe wtargnięcie tych dwojga podrywa do lotu grupkę mew. Skarżąc się żałośnie, krążą przez chwilę nad głowami intruzów, po czym zrezygnowane opadają na piasek w bezpiecznej odległości. Ona, na oko dwudziestolatka, jest średniego wzrostu, wysportowana. Ciemne włosy nawinęła na noc na wałki, odgarnia je za uszy, kosmyki w formie małych półksiężyców odbijają się na pociągłych policzkach. Przycięte a la garçon wedle ostatniej mody nie trzymają się długo w misternym kształcie, jaki nadała im rano. Co jakiś czas podmuch wiatru targa nimi, co wyraźnie wytrąca kobietę z równowagi. Podejmuje w końcu desperacką decyzję ignorowania wiatru, który atakuje jej letnią granatową sukienkę w białe grochy, większe na dole i całkiem drobne pod kołnierzykiem, który zostawiła nonszalancko rozpięty. Kiedy są już na plaży, zatrzymuje się, żeby zdjąć sandały. Opierając się na ramieniu mężczyzny, zsuwa cieniutki pasek przytrzymujący piętę. Przez koszulę wyczuwa napięte mięśnie bicepsa. Robi jej się gorąco, wygląda jak jakiś impresario macający muskuły atlety w cyrku, twarz jej czerwienieje, odwraca ją do morza, wmawiając sobie, że on nic nie zauważył. On jednak zdążył wyczuć, jak jej szczupłe palce oplotły mocniej jego ramię, nabiera powietrza w płuca, może to męska duma, a może ma nadzieję, że skończą z tą męczącą go kurtuazją i przełamią niewidzialny mur obcości, który wciąż ich dzieli. Jest kilka lat od niej starszy, ale czuje się w tej chwili równie nieporadny, jak ona. Odpowiada uśmiechem, jak zawsze, kiedy nie wie, co powiedzieć.

To niezupełnie tak. Chciałby jej wyznać, jak bardzo ją kocha, obawia się jednak, że zabrzmi to banalnie. Dlatego milczy. Spogląda na prawo, potem na lewo jak ktoś, kto zamierza przejść na drugą stronę ruchliwej ulicy i nie ma wiele czasu, wybiera w końcu prawą stronę i, jak tylko kobiecie udaje się pozbyć sandałów, podejmuje marsz. Mężczyzna zdjął swoje buty już wcześniej, zanim jeszcze weszli na wydmy. Niesie je w lewej ręce. W prawej, która zwisa mu wzdłuż ciała, jakby o niej zapomniał, czuje nagle ciepło jej dłoni. Znów się uśmiecha, prawie jej zazdroszcząc, że go ubiegła, delikatnie ściska dłoń kobiety. Uświadamia sobie, że w tej właśnie chwili czują być może to samo i myśl ta napełnia go radością. Zachód słońca przyjemnie głaszcze go w plecy, poddaje twarz smaganiom wiatru.

Ona ma wielką ochotę spojrzeć mu w oczy, uświadamia sobie, że są koloru tej wody, która leniwie przelewa się obok nich, chciałaby nabrać w płuca powietrza i wskoczyć jak do basenu z wolnym torem wodnym ograniczonym pływakami, otwartym tylko dla niej, jak w czasie zawodów pływackich w klasie maturalnej, tak właśnie chciałaby się przejrzeć w tych jego oczach bez dna. Kobieta uzmysławia sobie (nie po raz pierwszy zresztą), że jest równego wzrostu z mężczyzną. "To dobrze", myśli. "Nie będzie się musiał schylać do pocałunku". Mężczyzna rękawy białej koszuli ma zawinięte, tak samo nogawki jasnych, letnich spodni. Wygląda jak amator wędkowania, który zapodział gdzieś wędkę i podbierak. Nie przerywając marszu, mężczyzna mruży oczy, jakby próbował odczytać napis na piasku, wskazuje kobiecie punkt w oddali. Dwieście, może trzysta metrów przed nimi suszą się rybackie sieci. Tam idą. Ona zauważyła, że skóra na jego przedramieniu zdążyła już ściemnieć na słońcu, choć są zaledwie drugi dzień w podróży. "To niesprawiedliwe", myśli, w końcu to ona jest brunetką, a opala się wedle jego wyrażenia na "śmietankowo". On cienkie blond włosy odgarnia po raz kolejny palcami do tyłu, ale i jemu wiatr płata złośliwe figle.

Gdyby ktoś szedł w tej chwili śladem tych dwojga, zobaczyłby parę zakochanych spacerującą w miejscu, które nie jest jeszcze plażą dla turystów, lecz nadmorską osadą. Trzydzieści kilometrów dalej na południe, dziesięć lat wcześniej, otwarty został z wielką pompą port morski, którego błyskawiczny rozwój zaczyna stanowić konkurencję dla innych portów leżących nad Bałtykiem i Morzem Północnym. Tu jednak, do tej wsi rybackiej ukrytej w zagięciu ramienia z piaszczystej hałdy, nie dochodzi zgrzyt turbin, jęk lin ani nawoływania dokerów znoszących ładunki na nabrzeże. Są natomiast łodzie rybackie wyciągnięte z wody i ustawione na brzegu, zapewne przez mężczyzn wracających z nocnego połowu. W pobliżu suszą się sieci rozwieszone, być może przez kobiety, na wysokich tyczkach sterczących z ziemi niczym rozczapierzone palce dłoni. Niektóre z sieci już wyschły, wiszą wzdłuż tyczek sflaczałe, inne, szarpane porywami wiatru, wydęły się jak żagle okrętu na pełnym morzu. Kilka metrów dalej, rozpięte między palikami na wzór hamaków, kołyszą się więcierze na węgorze z wmontowanymi w nie pierścieniami z wikliny.

Kobieta odwraca się do mężczyzny wyraźnie zaintrygowana, ale on nie podejmuje zaproszenia. Zbliża się więc w pojedynkę do pierwszej z brzegu chaty i zagląda przez szparę w ścianie. Rozpoznaje kilka sprzętów, stół, zydle, wiklinowy kosz pod ścianą, reszta wnętrza ginie w półmroku. Nikogo. Osada wydaje się niezamieszkana. To zresztą ledwie kilka niepodmurowanych, drewnianych szałasów pokrytych deskami, ustawionych luźno bez wyraźnego planu. Może służą rybakom za schronienie w czasie niepogody albo nocą, mężczyzna nie jest pewien. Został na brzegu morza, skąd śledzi, rozbawiony, wysiłki kobiety. Jego wzrok zapuszcza się pod wydmy, aż po ostatnią z chat z przyklejoną do niej niewielką przybudówką. Metalowa tuba umieszczona w dachu wyprowadzona została na zewnątrz. Służy zapewne do odprowadzania dymu, w którym wędzą się węgorze. Znudzony obserwacją, mężczyzna odwraca się do morza, zamyka oczy i wciąga nosem powietrze, w którym czuć jeszcze resztki palonego drewna.

Stoi tam, buty rzuciwszy na piasek, pięści wcisnął w kieszenie, jakby zapomniał o swej partnerce. W rzeczywistości chciałby, żeby porzuciła już to swoje amatorskie śledztwo i wróciła do niego. Przyciągana niewidzialnym magnesem, kobieta rezygnuje z poszukiwań i idzie w jego kierunku. Podchodzi tak blisko, że nadchodząca fala delikatnie liże jej stopy. Kobieta staje między morzem a mężczyzną, ale on uparcie zaciska powieki. Zbliża twarz do jego twarzy, cierpliwie czeka, ale już wie, że wytrąciła go z letargu, mężczyzna rezygnuje z dalszego oporu i unosi powieki, jego ramiona splatają się na jej plecach i wtedy ona całuje go w usta. Trwają tak bez ruchu, nie widząc, nie słysząc nic, jakby świat cały poza nimi nie istniał. Uciekły gdzieś mewy. Tylko wiatr snuje się smętnie wśród szałasów i pomrukuje coraz bardziej zazdrosne morze. Ona pierwsza wybudza się z pocałunku. Odchyla głowę do tyłu i przygląda się przez dłuższą chwilę mężczyźnie zaskoczona, jakby w tych jego oczach bez dna zobaczyła przyszłość.

- Wracajmy do domu - mówi.

W jej głosie pobrzmiewa zdeterminowanie i akceptacja.

Robi krok w kierunku, z którego przyszli, ale w tym samym momencie czuje na ramieniu jego rękę. Mężczyzna przyciąga kobietę do siebie. Drży na całym ciele, bo zdaje sobie sprawę, że o mały włos zapomniałby o czymś, o czym pamiętał przez cały ten dzień. Jego oddech staje się płytki, jak po dłuższym biegu. Patrzy w pustą taflę wody. Rzeczy najprostsze są tak banalne, myśli.

- Wiem - uśmiecha się kobieta. - Zawsze tak będzie.

Odpowiada jej uśmiechem. Teraz mogą ruszyć w drogę powrotną.

Chaos jako podstawa działaniaŁukasz Kucharczyk

Wojciech Orliński: Lem w PRL-u, czyli nieco prawdy w zwiększonej objętości. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021, s. 504.

Wydaje się, że nie jest łatwo napisać coś nowego o Stanisławie Lemie. Badacze i krytycy przyglądali się już jego twórczości przez pryzmat m.in. filozofii transhumanistycznej, filozofii ciała, epistemologii, estetyki groteski czy sposobów obrazowania. W minionym roku, którego literackim patronem był właśnie autor Powrotu z gwiazd, ukazało się wiele publikacji poświęconych ogromnemu dorobkowi i niezwykłemu życiu naszego "ojca założyciela" fantastyki naukowej. Na czele peletonu tych wartościowych tekstów z pewnością uplasowała się biografia Lema Wypędzony z wysokiego zamku autorstwa Agnieszki Gajewskiej, której monografia Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema była niejako preludium do niej. Książka Wojciecha Orlińskiego stanowi zaś ciekawe uzupełnienie, jest opisem niezwykle ważnego kontekstu w życiu Lema, jakim było życie i tworzenie w ustroju komunistycznym, czyli w rzeczywistości przesyconej groteską i spowitej oparami absurdu. Lem w PRL-u składa się z czterech rozdziałów, każdy poprzedza omówienie Orlińskiego, następnie zaś czytelnik ma szansę ujrzeć Lemowski ogląd rzeczywistości czasów PRL, ponieważ dużą część omawianego tytułu stanowią listy pisarza. Pierwszy rozdział dotyczy przygód Lema ze światem filmu, drugi (najobszerniejszy) poświęcony jest często zawoalowanym losom wydawniczym utworów Lema, trzeci skupia się na jego wielkim hobby - motoryzacji, czwarty zaś dotyczy wielu poszczególnych aspektów funkcjonowania jako pisarza science ficton w realiach PRL. Omówienia pióra Orlińskiego nie tylko wprowadzają czytelnika w aspekty biografii Lema, lecz także wyjaśniają poszczególne elementy działania komunistycznego systemu. Wiele z nich, dla odbiorcy urodzonego już po transformacji ustrojowej, wcale nie musi być czymś oczywistym. Warto też zauważyć, że zgromadzone w książce listy nie służą tylko jako dookreślenie stanu wiedzy o Lemowskiej twórczości. Stanowią też świadectwo analizy ustroju przez autora Opowieści o pilocie Pirxie. Analizy dokładniej i rzeczowej, którą niejednokrotnie Lem mapował na karty swych utworów, zwłaszcza tych groteskowych. Oto garść refleksji Orlińskiego:

Listy Stanisława Lema dostarczają wielu wdzięcznych przykładów do studiowania absurdów PRL-u, bo chociaż przez większość czasu trzymał się z daleka od bieżącej polityki, uważnie ten ustrój obserwował. Analizował jego absurdalność z punktu widzenia cybernetycznego, jako szczególny przypadek pewnego wiecznie rozregulowanego mechanizmu, którego dobrze wyregulować nie sposób, bo chaos jest podstawą jego działania.

Lem miał wiele kłopotów z ekranizacjami swoich utworów. Oczywiście, propozycja sfilmowania utworu literackiego, szczególnie dla młodego pisarza, to ogromna szansa i nobilitacja. Wydaje się jednak, że dopiero wstępujący do wielkiej literackiej autor Astronautów nie przypuszczał, że jego romans z "dziesiąta muzą" okaże się aż tak burzliwy. Film stał się nie tylko drogą do sławy, prestiżu, pieniędzy i zwiększenia grona czytelników, lecz także rozczarowaniem, frustracją, nieuznawaniem wizji samego autora. Przede wszystkim często okazywało się, iż tak naprawdę wykupiona została jedynie opcja na ekranizację i być może sam proces produkcyjny nigdy nie ruszy. Reżyserzy i producenci często też ingerowali w stworzone przez Lema fantastyczne światy - tworzyli własnych bohaterów, zmieniali fabułę, ingerowali w dialogi. Kontakty z filmowcami były więc dla Lema źródłem frustracji i rozczarowania. Opublikowane w tym fragmencie książki listy oscylują wokół takich tematów jak traktowanie z góry przez filmowców, przepychanki dotyczące umów, brak zrozumienia na polu wizji artystycznej. Warto przytoczyć fragment tej korespondencji:

Po pierwsze, proszę zatem uprzejmie o udowodnienie, że otrzymałem honorarium za premierę Końca świata w roku 59, co do mnie bowiem, przeświadczony jestem o czymś przeciwnym. Po drugie, proszę o łaskawe przedstawienie mi nieznanego tekstu adaptacji p. Miecińskiej, która nigdy się do mnie bezpośrednio nie zwracała ani w tej, ani w innej sprawie. Po trzecie, zastrzegam sobie prawo już to odrzucenia owego tekstu, którego nigdy nie akceptowałem, bo go nie znałem, już to też wprowadzenia doń zmian i poprawek. Współpracę rozpoczynałem w swoim czasie z TV z całą naiwnością człowieka przeświadczonego, że będzie miał do czynienia z ludźmi przestrzegającymi elementarnych zasad przyzwoitości, które m.in. wymagają odpowiadania na listy, etc. Przykra nauczka, jaką otrzymałem, zmusza mię do ostrożności, jakie rozpoczynam od wysłania kopii nin. listu do ZAIKS-u.

Najwięcej miejsca w książce, co nie może dziwić, zajmują sprawy o naturze literackiej i wydawniczej. Można też określić ten rozdział jako opowieść o losach tożsamości dzieła literackiego powstającego w realiach komunistycznych. Losy te nie były przecież łatwe i oczywiste. Wpływał na to szczególnie tzw. kryptotekst, czyli wewnętrzna cenzorska recenzja, która ingerowała w strukturę i sens tekstu, niejednokrotnie wypaczając je. Warto zresztą przypomnieć, że cenzura zarzucała jego Szpitalowi Przemienienia uchybienia i wsteczność ideologiczną, dlatego też zmuszony został do napisania dwóch kolejnych tomów, w celu "przeciwwagi dla kompozycyjnego zrównoważenia". Jak przyznawał w rozmowie ze Stanisławem Beresiem (Tako rzecze Lem), pisarz przerabiał i przepracowywał trylogię aż pięć lat. Listy w tym rozdziale zawierają wiele cennych informacji. Na przykład dowiadujemy się, iż zapisany w umowie tytuł roboczy Czasu nieutraconego brzmiał Bieguny, następnie Lem chciał nazwać trylogię Rzeka ognista. W ten sposób swoje domysły co do semantyki tytułu opisuje Orliński:

Pierwotny tytuł trylogii jest bardzo interesujący - o co Lemowi mogło chodzić? Czy nawiązywał tu do jakiś biegunów, między którymi poruszają się bohaterowie? Ale przecież oni wędrują po piekle i nawet ten niby-socrealistyczny happy end nie jest przeciwnym biegunem, jakimś "rajem". Może chodziło o tych samych biegunów co u Tokarczuk, staroobrzędowych "bieżeńców", którzy byli wiecznie w ruchu, bo nigdzie się nie czuli u siebie? Pasuje do treści. Rzeka ognista z kolei nawiązuje do apokalipsy starotestamentowej (Księga Daniela), sugeruje, że Lem alegorycznie chciał pokazać losy środkowoeuropejskich Żydów, przeganianych z miejsca na miejsce i mordowanych przez szalonych dyktatorów.

Czytelnik dowiaduje się również wiele o początkowej recepcji utworów Lema. Choć Astronauci zostali przyjęci przez publiczność literacką, to ogłaszane w prasie recenzje były bardzo nieprzychylne. Lem dorobił się nawet osobistego wroga - Eustachego Białoborskiego, samozwańczego znawcy "literatury rakietowej", który w swej recenzji równał powieść młodego pisarza z ziemią. Na przestrzeni całej książki często pojawiają się nazwiska osób w ten czy inny sposób istotnych dla losów wydawniczych twórczości Lema, wartość dodaną stanowią komentarze Orlińskiego, który wiele nieoczywistych dla czytelnika rzeczy wyjaśnia. Z treścią bardzo dobrze korespondują liczne fotografie - okładek utworów, ujęć z życia autora, momentów z codzienności "państwa satelitarnego". Czytelnik może też obserwować, jak rodziły się niektóre z wielu znajomości Lema. Interesujący jest na przykład list do Andrzeja Kijowskiego, który zaproponował pisarzowi fantastyki naukowej współpracę z PIW-em. Warto przytoczyć fragment odpowiedzi pisarza:

Wzlot pana na niebie kultury ojczystej śledzę z upodobaniem. Gadamy tu czasem o Panu z Błońskim, zazdrośnie wzdychając. Kudy nam! Ma Pan silny lot, niech tylko uzgodnioną będzie Pańska gwiazda przewodnia, i wszelakie konstrukta myślowe może Pan publikować, byle nie w mniemaniu, że tym się coś Górnie Odmieni. Bo tamto jest skała tarpejska, beton i żeliwo, czyli materiały niemyślące.

Orliński słusznie zauważa, że "tamto" oznacza w liście władzę komunistyczną. List został napisany i wysłany w 1955 roku, czyli jeszcze przed odwilżą - w dodatku Lem przedstawia swoje poglądy komuś, kogo nie zna osobiście, kontaktuje się po raz pierwszy i nie może być pewien, czy nie zostanie to w jakiś sposób wykorzystane. Niektóre z listów można uznać za pierwsze interpretacje samych utworów. Nie można powstrzymać się od uśmiechu, gdy czyta się opinię wewnętrznej recenzentki wydawnictwa MON-u, dotyczy ona konkretnie Śledztwa:

Nie została konsekwentnie przeprowadzona intryga kryminalna. Śledztwo przebiega bardzo ślamazarnie. Gregory błąka się zupełnie po omacku, nie zbiera materiału: zajmuje się tylko ostatnim zniknięciem zwłok, nie interesuje się poprzednimi wypadkami tego rodzaju. [...] Autor szuka uzasadnień w półfantastycznych hipotezach "naukowych" oraz próbuje cała historię obrócić w żart filozoficzny. Czytelnik nie daruje i skoro został wciągnięty w kryminalną aferę, chce, aby została ona doprowadzona do końca.

Innymi słowy wydawnictwo skrytykowało powieść za wszystko, za co została ona w późniejszym czasie doceniona, Lem stworzył nowy podgatunek, który krytyka nazwała "antykryminałem". Lema w PRL-u nazwać też można spacerem po historii polskiej literatury współczesnej - na niemal każdej stronie pojawią się ważne dla niej postaci, np. wspomniany wcześniej Kijowski czy Barańczak, jak i jej czarne charaktery pokroju bezwzględnego partyjnego aparatczyka Janusza Wilhelmiego. Poznajemy także "cichych bohaterów", do których z pewnością można zaliczyć Katarzynę Krzemuską, wieloletnią redaktorkę Wydawnictwa Literackiego, dzięki jej kulturze i cierpliwości Lem pozostał wierny krakowskiej oficynie.

Poznajemy także konkretne przykłady ingerencji cenzury w Lemowskie teksty. Okazuje się, że początkowo w Filozofii przypadku miał znaleźć się rozdział dotyczący analizy Dziecka przez ptaka przyniesionego Andrzeja Kijowskiego. Jednak w związku z podpisaniem przez krytyka protestu przeciwko zdjęciu Dziadów Dejmka z desek Teatru Narodowego trafił on na czarną listę cenzury i nie było mowy o publikacji tego fragmentu. W zamian do monografii, będącej Lemowską wizją teorii literatury, trafiła analiza francuskiej powieści sf Pallas ou la tribulation Edouarda de Capoulet-Junaca - choć jest ona wartościowa jako "protokół z lektury" w Lemowskim stylu, to chyba już nigdy więcej nikt o rzeczonym autorze nie usłyszał. Na szczęście bardzo interesująca interpretacja dzieła Kijowskiego również się ukazała, choć sporo później. Przy okazji warto dodać, że Lem zabiegał w wydawnictwie o dodanie do Filozofii przypadku indeksu nazwisk, który w przypadku dzieł eseistycznych Lema byłby dla badaczy istnym zbawieniem. Niestety wciąż czekamy na w pełni opracowane edycje krytyczne dzieł naszego Pierwszego Fantasty. Pozostając przy kwestiach edytorskich, warto wspomnieć, że w listach jest też mowa o niszczeniu przez Lema rękopisów swych utworów. Oto jego odpowiedź dla dyrektora Ossolineum:

[...] łaskawy list Pana wprawił mnie w niejaki kłopot, ponieważ z zasady od wielu lat wszystko, cokolwiek piszę, piszę na maszynie, a maszynopisy starych, tj. wydanych książek, po prostu niszczę. Jedyny maszynopis z poprawkami ręcznymi, którym obecnie dysponuję, to jest brudnopis Filozofii przypadku, rzeczy o teorii literatury, która ukaże się z końcem b. roku w Wydawnictwie Literackim. [...] Tak więc ewentualne przesłanie nazwanej rzeczy zawieszam do otrzymania od Pana odpowiedzi. W końcu NIE JEST to utwór literacki.

W książce wielokrotnie czytelnik może obserwować absurdy, jakich doświadczał pisarz żyjący w państwie gospodarki centralnie sterowanej. Na przykład na jednym z kiermaszów książek wydawnictwo dostarczyło Lemowi tak nikłą liczbę egzemplarzy, że już po dwudziestu minutach musiał podpisywać... Słownik pisarzy, Encyklopedię czy Matysiaków. Dokładnie opisany jest także słynny konflikt Lema z Philipem K. Dickiem, który swe korzenie miał właśnie w absurdalności ustroju. Otóż Dick swe honorarium za wydanie polskiego przekładu Ubika miał dostać w złotych i mógł je wydać jedynie na terenie PRL.

Lem w PRL-u Wojciecha Orlińskiego jest nie tylko ważnym źródłem informacji dla piszących o autorze Solaris. To przede wszystkim książka o tym, jak trudno było być człowiekiem pióra w rzeczywistości ufundowanej na smutnej grotesce. Gdzie, by zdobyć pozwolenie na zakup auta, należało pisać list do ministra, w którym należało opisywać w punktach swe literackie zasługi. Gdzie wydawnictwa mogły zgubić jedyny istniejący maszynopis powieści. Gdzie nie należało "wychylać się", by komunistyczna władza nie ujrzała starań o rozbudowę domu. Dlatego tym bardziej należy doceniać kunszt pisarski Lema, gdy wie się, w jakich warunkach rodził się jego wszechświat.

Andrzej NiewiadowskiLem opisany

Źle, źle zawsze i wszędzie,Ta nić czarna się przędzie    Cyprian Kamil Norwid, Moja piosnka

Biografia Lema pióra Agnieszki Gajewskiej to najważniejsze wydarzenie Roku Lema. Ta rzecz nie ulega wątpliwości. Twórczość Lema doczekała się tak licznych interpretacji, że zgromadzoną na ten temat wiedzę nazwano już lemologią. "Skala popularności Lema przerosła jego oczekiwania" - pisze autorka biografii, dodając, że "do setnej rocznicy urodzin Lema ukazały się czterdzieści dwa miliony jego książek, a powieści można czytać w przekładach na pięćdziesiąt dwa języki". Twórczość Lema stanowi inspirację dla wielu literaturoznawców i naukowców, a jednak ten ocean interpretacji nie miał swojej głębi, nie pulsował swoim rytmem.

O osobistym życiu Lema, o jego zawirowaniach, lękach i traumach wiedzieliśmy dotychczas niewiele. To nie do uwierzenia, bo autor Solaris stał się poniekąd także "ambasadorem naszej literatury za granicą". Co prawda Lem zwierzał się ze swych problemów Stanisławowi Beresiowi, Tomaszowi Fiałkowskiemu czy Janowi Błońskiemu, ale mimo odsłaniania życiowych epizodów, fragmentów potrzaskanego lustra wydarzeń w autobiograficznym Wysokim Zamku bronił uparcie swej prywatności. Uchylał się od odpowiedzi, lawirował, kluczył, nie opowiadał wprost o swoich traumach. Unikał konfrontacji. W rozmowach, dyskusjach, książkach widać było jego wirtuozerię intelektualną, zmagania z realiami politycznymi, środowiskowymi i bieżącymi sprawami, ale losy człowieka pozostawały zamglone i w wielu przypadkach (jak w okresie lwowskim) stanowiły obiekt, nie zawsze trafnych, spekulacji badawczych.

I oto dostajemy do rąk biografię, która odsłania wnętrze autora, ale także męża, ojca, człowieka. Usiłuje pokazać jego lęki, strukturę przeżyć, codzienność przetrwania. Co więcej, opowiada o losach jego rodziny, odtwarzając jej genealogię. Budzi tak silne refleksje, że wiele prac na temat Lema powinno zostać napisanych na nowo. "Pisarz, naukoznawca, filozof i niespełniony scenarzysta miał wiele tajemnic, których nie wyjawił nikomu, choć skarżył się na dojmujące poczucie wstrętu do życia. Gdy odszedł w 2006 roku, zostaliśmy z garścią anegdot i poczuciem niedosytu" - zauważa Agnieszka Gajewska.