Andrzej SulikowskiDrogowskazy Zdzisława Najdera
Po przeczytaniu nekrologów w prasie oraz Internecie wspominam Zmarłego z lat krakowskich, gdy - w latach siedemdziesiątych minionego stulecia - spotkaliśmy się przypadkowo w redakcji "Tygodnika Powszechnego". Było to miejsce niezwykłe, przy ulicy Wiślnej 12 w Krakowie, obok Plant, w zachodnim skrzydle Pałacu Biskupów, z ciemną klatką schodową i niewielką redakcją na pierwszym piętrze. Zdzisław Najder (*31 X 1930 Warszawa, ?15 II 2021 Warszawa), rozmówca starszy o lat dwadzieścia, a więc całe pokolenie, był dla mnie kimś ważnym głównie z powodu zakończonej wówczas przez Państwowy Instytut Wydawniczy edycji Dzieł Josepha Conrada (1972-1974).
W liczbie dwudziestu siedmiu tomów, oprawnych w granatowe płótno, stały już na osobnej półce w mej pracowni. Od pana Najdera, redaktora całej tej serii, dowiedziałem się w przelocie, że cenzura zakwestionowała kilkanaście tekstów wybitnego pisarza. Po paru latach, na emigracji, dodrukowano - poza zasięgiem cenzury komunistycznej - osobny tom dwudziesty ósmy z wyklętymi przez Moskwę utworami. Oprawa miała ten sam kolor co w edycji PIW-u, zachowano liternictwo i krój czcionki. Tak więc przynajmniej nieliczni zawodowi czytelnicy mieli dostęp do wszystkich niemal tekstów autora Lorda Jima.
W tej pierwszej, najobszerniejszej, światowej edycji wysoko oceniłem jakość przekładów na polski, doskonały wstęp historycznoliteracki Najdera do całości, ciekawe uwagi wydawnicze oraz bardzo przydatną dla wnikliwego czytelnika Kronikę życia i twórczości Josepha Conrada-Korzeniowskiego (t. 1, s. 31-43). Widać było, że redaktor naczelny dysponuje imponującą wiedzą historycznoliteracką oraz nieprzeciętnymi kompetencjami filologicznymi. Miałby wszystkie dane, ażeby wypowiedzieć się osobno - w monografii historycznoliterackiej, jako badacz conradolog - na temat całej twórczości angielskiego pisarza. Stało się to dopiero za kilka lat, gdy Państwowy Instytut Wydawniczy opublikował fundamentalną, dwutomową pracę Najdera Życie Conrada-Korzeniowskiego (1980), która w przekładzie na angielski natychmiast weszła do światowej conradologii, zajmując tam miejsce wybitne z racji przenikliwości badawczej, znakomitego warsztatu interpretacyjnego oraz prawidłowego ujęcia tego wszystkiego, co określa się mianem "polskości u Conrada". Żaden z krytyków literackich czy filologów Zachodu nie miał w tej dziedzinie takiej wiedzy i rozeznania jak Zdzisław Najder. Można przyjąć, że od połowy lat osiemdziesiątych minionego wieku stał się niekwestionowanym autorytetem światowej conradystyki.
Tadeusz Różewicz, Zofia i Jerzy NowosielscyNieznana korespondencja (1956-2001)(aneks do książki: Tadeusz Różewicz, Zofia i Jerzy Nowosielscy: Korespondencja, red. Krystyna Czerni, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009)
Twórczość korespondencyjna Tadeusza Różewicza - której bogactwo dopiero stopniowo odkrywamy - stawia go w rzędzie najwybitniejszych polskich epistolografów XX wieku. W osobnych edycjach książkowych opracowana już została korespondencja z małżeństwami Nowosielskich i Voglerów, Karlem Dedeciusem i Ryszardem Przybylskim1. Obszerne bloki listów wymienianych m.in. z Julianem Przybosiem, Pawłem Mayewskim, Petarem Vujičiciem, Krzysztofem Myszkowskim czy Januszem Drzewuckim, zamieszczono w czasopismach literackich2. W opracowaniu redakcyjnym pozostaje obfita korespondencja z Hanną i Mieczysławem Porębskimi, Jerzym Tchórzewskim czy Ewą Kierską.
Niekiedy wypada wrócić do opracowanego już zbioru. Tak stało się w przypadku listów wymienianych z Zofią i Jerzym Nowosielskimi. Książkowa edycja z 2009 roku zgromadziła 303 przesyłki, w tym 252 listy i kartki poety, a zaledwie 51 - malarza i jego żony. W rozmowie towarzyszącej korespondencji Różewicz tak komentował tę dysproporcję: "Tyle ich znalazłem, pewnie gdzieś jeszcze są, pochowane w książkach, na regałach, kto to ogarnie... W dodatku ja pisałem na ogół czytelnie, natomiast Jurek nieczytelnie, w niektórych listach tak wyblakł atrament, że są prawie nie do odszyfrowania. Część listów pisała Zosia, jak się Jurkowi nie chciało"3.
Po śmierci obu twórców i uporządkowaniu ich archiwów odnalazło się 41 nieznanych wcześniej kartek i listów obu respondentów: 13 poety, 28 Jerzego lub Zofii Nowosielskich; część rękopisów trafiła do archiwum poety w Dziale Rękopisów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, reszta pozostaje w rękach prywatnych. Prezentowane dzisiaj czytelnikom "Twórczości" stanowią cenne uzupełnienie tomu z 2009 roku i zasadniczo powinny być czytane w całości, razem z wydanym wcześniej tomem - dopiero wtedy bowiem stanowią integralną całość: opowieść o pięknej i niecodziennej przyjaźni.
Cała korespondencja jest rękopiśmienna, w zapisie zasadniczo zachowano pisownię oryginalną - pełną dezynwoltury i niekonsekwencji, zwłaszcza w przypadku Poety. Dla wygody czytelnika skorygowano niekiedy interpunkcję oraz zastosowano jednolity zapis dat w nagłówkach listów.
Krystyna Czerni
W stronę ciszyLeszek Bugajski
Eustachy Rylski: Jadąc. Wielka Litera, Warszawa 2021, s. 200.
Ta książka pierwotnie miała nosić tytuł Muzyka samochodowa - ładny, ale nie oddający w pełni jej zawartości i charakteru. Muzyka samochodowa to konkret, sformułowanie kierujące uwagę potencjalnego czytelnika na to tylko, co w książce Eustachego Rylskiego "słychać". A tam oprócz tego, co słychać, jeszcze dużo widać i czuć. Obecny tytuł ma w sobie wieloznaczność, bo z jednej strony sugeruje nieustany ruch, w wąskim, dosłownym znaczeniu - ruch i podróżowanie do czasu pandemii były jednym z najbardziej charakterystycznych znaków współczesności, naszego i nie naszego życia. Podróż była i pewnie nadal jest najbardziej banalnym obiektem marzeń. Z drugiej strony wskazuje na ruchliwość czy, jak to się teraz za Baumanem określa - płynność, czyli stan, w jakim raz wolniej, raz szybciej gubi się nasze życie. Nie bez powodu Olga Tokarczuk odniosła wielki sukces książką Bieguni, odsyłającą czytelników do zapomnianej sekty wierzącej w to, że tylko nieustanny ruch ratuje człowieka przed kontaktem ze złem.
Rylski opisuje to, jak często jest w ruchu, jeździ po Polsce i po Europie nie dlatego, że ucieka przed złem - wie, że przed nim nie można skutecznie uciec, ale dlatego, że szuka piękna i wzruszeń, czyli pięknych przeżyć. Opisując taki moment, nazywa się "niekwestionowanym mistrzem wyrywania piękna z życia" i opowiada, co się z nim dzieje w takiej chwili: "Zmysły wyniosły mnie ponad mój ludzki status. Przeniosły w przestrzeń eschatologii, bym w niej na czas jakiś zawisł". To musiało być mocne przeżycie, ale Olgi Pasiecznik śpiewającej Pieśń Roksany z Króla Rogera Szymanowskiego nie słuchał w domu, słuchał w podróży i tak intensywnie go ta pieśń zaatakowała, że zatrzymał samochód nad rzeką (pewnie Dźwiną) i w szczególnym świetle "półmroku sierpniowego dnia" zamarł i odczuł, że wynosi się ponad ludzki status. I to przy muzyce Szymanowskiego, o której wypowiada się raczej bez zachwytu. Co więc takiego się stało w tym momencie?
Mówiąc najprościej i korzystając ze wszystkich ujawnień, jakich dopuścił się w tej książce i poza nią Rylski, nastąpiło zespolenie wszystkich elementów, które układają się w "nadwartość", jak to nazwał w jednym z wywiadów. Te elementy to jazda, muzyka i pejzaż. Jazda oczywiście samochodem, bo gwarantuje jako taki komfort i możliwość słuchania muzyki. No i sama jazda, pomijając jej techniczną stronę, jeśli tylko odpowiednio do niej podejść, jest przeżyciem szczególnym, bo jest "wyrwą" w codzienności, niezależnie od tego, czy jest to wakacyjne jeżdżenie na przykład po Toskanii, czy tylko jakiś przejazd z podwarszawskiej miejscowości (jak ma właśnie Rylski) do centrum. To jest taki dziwny moment, który daje złudzenie nieprzynależenia do niczego, co ogranicza człowieka w jego codzienności. Czas wolności, oczywiście pozornej, ale jednak takiej, na jaką stać współczesnego człowieka w tych ramkach, w których upływa jego życie. "Godzimy się bowiem - pisze Rylski - że jazda jest złudzeniem, a nasza obecność w tym złudzeniu - kaprysem. Nasze jazdy bliskie i nieco dalsze, samotne lub wspólne są nieporozumieniem z wymaganiami, jakie nam stawia normalne, poczciwe, pracowite życie".
Ten dziwny moment pozornej wolności, ruchomej wolności czy złudzenia wolności, łączy się w przypadku Rylskiego z muzyką. Niby prawie wszyscy kierowcy słuchają czegoś w czasie jazdy, ale na ogół robią to bezrefleksyjnie, wystarczy im byle co dobiegające z samochodowych głośników, byle tylko zagłuszyć własne myśli albo zniechęcić do gadania współpasażerów. Rylski inaczej: dla niego muzyka w samochodzie jest czymś specjalnym. On troszczy się o to, by była dopasowana do pejzażu, jaki ma za oknami, by go dopełniała czy nawet uwznioślała. Żeby po prostu współbrzmiała z nim. Była mocnym elementem wspomnianej triady: jazda - muzyka - pejzaż. Kiedy mu się udaje zgrać te elementy, doznaje uwznioślających przeżyć, jak wtedy, gdy słuchał Króla Rogera, jadąc przez Łotwę, i to jest ta chwila piękna, na którą "poluje". A czasem jest tak, jak na przykład na Sycylii, po której kilka dni kręcił się samochodem i wiele sobie obiecywał po towarzyszącej temu muzyce Nino Roty do Ojca chrzestnego. Poszedł za prostym skojarzeniem: film o gangsterach wywodzących się z Sycylii, w którym wyspa pojawia się w retrospekcjach, więc muzyka do filmu - choć jej kompozytor pochodzi z północy Włoch - musi pasować do sycylijskiej podróży. Jeździł więc przez kilka dni po wiejskich, głównie opustoszałych rejonach wyspy i - jak o tym pisze - obsesyjnie wypatrywał "widokowych komentarzy do muzyki Roty", "miejsc naznaczonych malowniczym niedostatkiem, prowokujących sprzysiężenia w niewyobrażalnych sprawach"... I co? I nic. I tylko opisuje swoje rozczarowanie czy może raczej zdumienie: "Jego muzyka brzmiała jak zawsze uwodzicielsko, ale miejsca, które pozostawiałem za sobą, i te przede mną, do tej urody się nie dokładały. Jakby muzykę skomponowano bez związku z nimi". No właśnie, ta jego triada dobrze się sprawdza i eksploduje przeżywaniem piękna, gdy zachowana jest wewnątrz niej równowaga pomiędzy elementami. Gdy nie da się ich dopasować do siebie, pozostaje tylko miła przejażdżka pełna "tęsknoty za czymś, czego nie potrafimy innym ani sobie opowiedzieć, ale co nami zawładnęło bez reszty", za przeżyciem piękna, które - spokrewnione według Rylskiego z miłosierdziem - "znieczuliłoby ból istnienia".
Skoro pojawia się "ból istnienia", i to już w pierwszym tekście książki, to Rylski nadaje sygnał, że nie tylko o "muzykę samochodową" w niej chodzi. Dla bajdurzenia o niej nie warto byłoby trudnić się pisaniem całego cyklu tekstów, które dwa czy trzy razy nazywa "impresjami". W nich chodzi także o owo istnienie, do refleksji nad którym prowokuje jazda, muzyka i pejzaż. A wiadomo, że każdemu najbliższe jest jego własne istnienie i ból, jaki się w nim pojawia. Więc w impresjach Rylskiego pojawiają się wspomnienia - najpierw o pierwszych, dziecięcych jeszcze doznaniach muzycznych. Ekscytowała go wtedy cygańska muzyka, której mógł słuchać na żywo, gdy do jego miasteczka przyjeżdżał wędrowny tabor. Były takie czasy, że na obrzeżach miast można się było natknąć na ich obozowiska, co Rylski opisuje i co ja potwierdzam, bo sam takie z dzieciństwa niewiele późniejszego niż Rylskiego pamiętam ze swojego miasta rodzinnego. Potem "dobra władza" chyba siłą zmusiła ich do osiedlenia się gdzieś na stałe, co na przykład w Nowej Hucie miało podobno burzliwy przebieg. Ale to były lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku.
Ta ekscytacja muzyką Romów została z nim na zawsze - nie bez powodu pierwsze zdanie jego książki (pomijając krótkie wprowadzenie) brzmi: "Słuchałem Cyganów". I słuchał jej w różnych okolicznościach, i w aucie też, i na parkingu gdzieś na Bałkanach, gdzie uprosił wędrowny zespół o krótki koncert. Doskonale tę fascynację rozumiem, bo w tej muzyce była radość i żywioł i dźwięki cierpienia. Jakaś rzewność, tajemnica. Gdybym się nie bał tak kategorycznych stwierdzeń, to bym napisał, że w niej był zaklęty duch muzyki, więc uznajmy, że piszę to pół żartem, pół serio. Sprawa jest kłopotliwa, bo jeśli dzisiaj mamy do czynienia z muzyką Romów, to jest to jakieś romskie disco-polo, mające tyle wspólnego z prawdziwą muzyką Romów, co zespół Mazowsze z muzyką ludową albo i mniej. Rylski to dobrze wie, bo - o czym wspomina - bywał służbowo na festiwalach romskiej muzyki, wspomina też szwendające się po krakowskim rynku zespoły cygańskie, którym ludzie siedzący w kawiarniach płacili bardziej za to, by przestali rzępolić, niż uznając klasę muzyki. Pewnie bywał w Krakowie w czasach, gdy już na Floriańskiej nie grał Cororo, niewidomy, kaleki, maleńki skrzypek uznawany za wirtuoza, którym podobno zachwycił się sam Yehudi Menuhin w czasie spaceru po Starym Mieście. Ale musiał go słyszeć, i to wiele, wiele razy Jan Kanty Pawluśkiewicz, którego muzyką do filmu Papusza zachwyca się Rylski, szczególnie podkreślając jej szlachetność. A ja lubię myśleć, że Cororo zainspirował Pawluśkiewicza jako kompozytora tych konkretnych utworów, w których - jak to trafnie ocenia Rylski - "korzystając z cygańskich motywów, nadał tej muzyce wymiar uniwersalny, przenosząc ją w przestrzeń, jaką folklor miałby prawo uznać za nierozpoznaną, nieoswojoną, obcą".
Zakręciłem się dłużej przy tym pierwszym tekście z dziesięciu składających się na Jadąc, bo obudził we mnie wspomnienia, zwłaszcza zaś wspomnienia o muzyce Cororo (Stefana Dymitera), której strzępki przy okazji lektury Rylskiego znalazłem - o dziwo - na YouTubie. Ale nie tylko z powodu wspomnień, również dlatego, że właściwie jest to tekst wzorcowy dla pozostałych impresji zawartych w tej książce. Jest w nim jazda samochodem i przeżycia wywołane harmonijnym splotem warunków, jakie stawia Rylski muzyce słuchanej w tym czasie i jej "spotkaniu" z mijanym pejzażem. Są wspomnienia z dzieciństwa, także dziadka opowiadającego o wojnie bolszewickiej, w której brał udział, są odniesienia do kultury "mniej wymagającej" i do wysokiej, i wreszcie do jego własnych utworów, w których muzyka odgrywa istotną rolę (w tym przypadku Powrót). To są składniki wszystkich jego impresji na temat "muzyki samochodowej". Różni te utwory tylko "przesuwanie się" w czasie.
Muzyka cygańska (jak konsekwentnie określa ją Rylski) to początek, potem "starterem" są piosenki rosyjskie, których wszyscy - chcąc nie chcąc - słuchaliśmy w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku i które wypływają ze wspomnień i napędzają je, dalej walc (też rosyjski), później - w miarę upływu czasu i zmian zachodzących w naszym świecie za coraz bardziej zardzewiałą żelazną kurtyną - muzyka filmowa wspomnianego Nino Roty i Wojciecha Kilara do Dziewiątych wrót Romana Polańskiego, pieśni Mahalii Jackson. I to, że w tych częściach swojej książki zahacza Rylski o obszar pop kultury, nie obniża jakości jego pisania. Z Mahalią Jackson jest - jak pisze - od pół wieku i ma jej pieśni gruntownie przeżyte oraz rozpracowane, choć nie był i nie będzie na amerykańskim Południu. Myślenie o nich kieruje go do myślenia o Polsce w ogóle, a opinie, jakie o Polakach zapisuje, optymistyczne nie są, choć z wieloma trudno polemizować, bo są po prostu prawdziwe. Rzeczywiście jesteśmy krajem, którego obywatele lubią obnosić się ze swoją martyrologią, dotyczącą zresztą - jeśli już - to ich przodków, a nie ich samych. A jak trzeba podjąć "próby zapobieżenia niedolom", to ci sami obywatele mają do nich "kpiący stosunek". Dalej też jest ostro, ale rozumiem rozgoryczenie Rylskiego i rozumiem jego myśl, że w naszym kraju nie pojawi się przywódca, który miałby odwagę "powiedzenia tłumowi [...] miałem sen", jak zrobił Martin Luther King, i który porwałby rodaków w kierunku dobrego działania. U nas, jak śni się sny, to "pozostaną tylko i wyłącznie snami", a jak już coś nam się uda, "to zrobimy wszystko, by owoc tego powodzenia był odpowiednio zatruty". To akurat widzimy na co dzień.
Podobnie jest z muzyką Kilara - "choć nie najlepszą", jak pisze. I choć ona nie najlepsza, to znajduje w niej wiele momentów wywołujących istotne przeżycia i myśli prowadzące wprost do rozważań o absolucie. A od nich tylko krok do muzyki poważnej, której Rylski też jest słuchaczem (Szymanowski, Chopin). Dalej nie idźmy już tą drogą, poprzestańmy na uznaniu, że wszystko to jest znakiem osiągnięcia życiowej dojrzałości i dojścia do momentu, w którym narrator tych wszystkich impresji - czyli po prostu Rylski - opisuje czas, w którym uświadamia sobie swoją starość. I - jeśli dotąd nie było to dostatecznie jasno zasygnalizowane - muszę napisać wprost, że Jadąc jest po prostu zakamuflowaną autobiografią. Rylski prowadzi czytelnika książki przez kolejne etapy swojego życia, bo pojawia się w niej wiele scenek pokazujących zdarzenia z jego życia i jednocześnie ich powiązania z jego prozą. Przy okazji wtrąca wyznania o sobie samym, o tym, jak sam siebie widzi, jak ocenia. Oczywiście nie jest to autobiografia w dokładnym sensie - to, odwołując się do jego sformułowania - impresja autobiograficzna, ale taka, która w kontrolowany sposób odsłania fragmenty jego prywatności.
To jest zaskakujące, bo dotychczas, we wszystkim, co napisał, był Rylski głęboko ukryty, a nawet był - jak sam to określił - "na zewnątrz relacjonowanych przez siebie historii". A teraz mamy książkę, która zmienia to podstawowe założenie jego pisarstwa. W niej on jest na pierwszym planie. To pokręcona, niekiedy wycofana opowieść o nim, o jego życiu, rozterkach duchowych, o jego upodobaniach, także o tym, jakiego pisarza niezmiennie lubi, choć raz bardziej, a raz mniej (Iwaszkiewicz), jakiego kochał w młodości, a teraz uważa za hucpiarza (Hemingway), choć ostatnio zastanawia się, czy by jednak nie wrócić do niego. Także o tym, że w miarę jak przybywa mu lat, coraz rzadziej słucha muzyki w aucie i coraz rzadziej jeździ w nocy. Żegna się ze względu na wiek z tym swoim upodobaniem i rozlicza się z tą swoją życiową aktywnością. Pod tym względem jest ta książka przejmująca, co autor podkreśla wyznaniem, że najbardziej lubi Czwarte preludium e-moll (op. 28 Chopina), bo jemu mówi ono "o życiu nie do końca przeżytym".
To jednak nie koniec. Rylski dokłada na zakończenie rozdział o muzyce, która mogłaby towarzyszyć jego ostatniej drodze, czyli o muzyce, której posłuchają inni, myśląc o nim spoczywającym w trumnie. Krąży między różnymi możliwościami: coś z muzyki poważnej, może Requiem Mozarta? Nie, "to byłby dla mnie zbyt wielki honor" - wycofuje się z pomysłu. Przerzuca w pamięci całą serię utworów rozrywkowych, ale nie pasują mu, no, ostatecznie coś z piosenek francuskich - może Gilbert Bécaud, bo przy nich był najszczęśliwszy? Jednak nie i wyraża nadzieję, że towarzyszyć mu będzie "cisza, która nie drażni ostateczności". I to jest wybór słuszny i przewidywalny.
Lodzermensch (w 100. rocznicę urodzin i 5. rocznicę śmierci Karla Dedeciusa)Andrzej Sznajder
26 lutego 2021 roku minęła piąta rocznica śmierci, a trzy miesiące później, 20 maja, minie setna rocznica urodzin Karla Dedeciusa, pisarza i tłumacza literatury polskiej, wielkiego łodzianina i wspaniałego polsko-niemieckiego humanisty.
Przodkowie jego matki, Marty Marii z domu Reich, pochodzili z dalekiej Szwabii, z okolic miasta Heilbronn. Ona sama przyszła na świat w Zelowie, gdzie jej rodzice jako niemieccy koloniści osiedlili się w połowie XIX wieku.
Całkiem inne i bardziej skomplikowane, były kręte drogi antenatów Gustawa Dedeciusa, ojca Karola. Wywodzili się z Moraw należących wtedy do cesarstwa habsburskiego i uciekli stamtąd przed katolicką kontrreformacją na pruski, na ogół wtedy protestancki Śląsk. Osiedlili się w Piotrówce, niem. Petersgrätz, małej wsi w pobliżu Strzelec Opolskich. Potem dziadek twórcy Jan, zachęcony jak wielu innych Niemców do osiedlenia się w Królestwie Polskim, przybył z rodziną do podzelowskich Pożdżenic. Rodzina Dedeciusów była dość liczna. Z żoną Marią z domu Andres miał Jan pięciu synów. W Pożdżenicach przyszedł na świat ich szósty potomek, Gustaw, ojciec naszego bohatera. Do dziś zachowały się w tej wsi resztki ewangelickiego cmentarza. Jest na nim kilkanaście czytelnych nagrobków w języku czeskim i niemieckim, m.in. mogiła Anny "z Dedecijusu Kupcovej", prawdopodobnie najstarszej bratanicy twórcy.
Gustaw Dedecius poznał się z Martą Reich w Zelowie i w 1912 roku zawarł z nią w tamtejszej świątyni kościoła ewangelicko-reformowanego związek małżeński. Rok później, w poszukiwaniu lepszej przyszłości, małżeństwo przeniosło się do rozwijającej się wtedy dynamicznie Łodzi. Tam udało im się przeżyć czas wielkiej wojny i doczekać potomka. Karl Dedecius urodził się 20 maja 1921 roku.
Z dzieciństwa zachował wspomnienie surowej, lecz niesłychanie pobożnej matki, która w każdą niedzielę uczęszczała do kościoła, oraz ojca, który był jej przeciwieństwem: "Inaczej niż matka, w domu rozmawiał ze mną po polsku, w oficjalnym przecież języku miasta i swojego urzędu [był pracownikiem tzw. obyczajówki]. Ojciec miał także polskich przyjaciół, jak dyrektora szkoły, Ostrowskiego, który mieszkał naprzeciwko nas i z którym chętnie grywał w szachy i w karty" (cytaty, w tłumaczeniu autora artykułu, pochodzą z książki Karla Dedeciusa Ein Europäer aus Lodz. Erinnerungen, wydanej przez Suhrkamp w Berlinie w 2006 roku).
W 1928 roku młody Karol rozpoczął swoją oficjalną edukację. Dwa razy zmieniał szkołę. Najpierw uczęszczał do elitarnego łódzkiego gimnazjum Zimowskiego, potem do gimnazjum im. ks. Ignacego Skorupki, a na koniec ojciec zdecydował się umieścić go w polskim humanistycznym gimnazjum przy dawnej Ewangelickiej 13, dziś Roosevelta.
"W mojej klasie byli Polacy, Niemcy, Żydzi, Francuzi, a nawet jeden Rosjanin. Dyrektor Marczyński przywiązywał dużą wagę do tego, byśmy zostali wychowani na Europejczyków, w duchu tolerancji i wzajemnego poszanowania".
Młodzieńcze wakacje Karl najczęściej spędzał w majątku dziadków w Pożdżenicach: "Przyroda wokół wsi była przebogata. Na polach wśród zbóż rosły dzikie drzewa owocowe, wczesne wiśnie, jasnozielone, prawie białe jabłka ("papierówki"), karłowate grusze zwane "pierdziołkami"".
Od początku nauki w szkole Dedecius pokochał język polski i jego bogatą literaturę. Gimnazjalnym translatorskim sukcesem młodego Karola był przekład z łaciny na polski jednego z wierszy Jana Kochanowskiego.
"Często i ze wzruszeniem myślę o Łodzi. Wiele zawdzięczam temu miastu, w którym spędziłem moją młodość. To była miejscowość pierwszych tajemnic i przygód, pierwszych ważnych kroków w życiu, miejsce różnorodnych wpływów, fantazji, znaczeń i postanowień. Moje wspomnienie Łodzi wiąże się z obrazem szkoły przy Ewangelickiej".
W Łodzi poznał Dedecius miłość swojego życia, Niemkę Elwirę Roth, a 18 maja 1939 roku zdał polską maturę. Po wakacjach zamierzał studiować teatrologię w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie.
Wybuch wojny zniweczył wszystko. Niemieccy okupanci dobrali się najpierw do Gustawa Dedeciusa: "Ojca, po wrześniu 1939 roku, najpierw wysłano na urlop, potem zwolniono z pracy i przesłuchiwano. Dlaczego on, jako Niemiec, był polskim urzędnikiem? A dlaczego nie?".
W końcu zmuszono go do podpisania volkslisty, co skutkowało wcieleniem syna najpierw do Niemieckiej Służby Pracy, a potem do Wehrmachtu. Trafił na front wschodni i znalazł się w piekle stalingradzkiego kotła. Tam w 1943 roku dostał się do sowieckiej niewoli. Przez kilka lat przenoszono go z jednego obozu do innego. To była stara komunistyczna taktyka na złamanie jeńców. Karlowi udało się w końcu dostać do obozowej orkiestry i w niej przetrwał wojenny, a później także powojenny koszmar. W obozie szybko nauczył się rosyjskiego, co po latach zaowocowało tłumaczeniami rosyjskich poetów na niemiecki.
Podczas zimowej ofensywy 1945 roku sowieci weszli do Łodzi. Elwira, nie mogąc się doczekać powrotu ukochanego, w ostatniej chwili uciekła z miasta. "Opuściła Łódź w styczniu 1945 roku ostatnim pociągiem, który został podstawiony na dworcu do ewakuacji dzieci i kobiet. Dojechała wraz z rodziną do Kranichfeld koło Weimaru". Karl dowiedział się o tym dopiero dwa lata po wojnie, siedząc jeszcze w sowieckim obozie.
"Od 1947 roku, raz w miesiącu, każdy z nas otrzymywał kartkę pocztową z Czerwonego Krzyża, którą mógł wysłać do domu. Napisałem do Służby Poszukiwań w Hanowerze i z centrali w Berlinie szybko dostałem odpowiedź z adresem Elwiry".
Dedeciusa zwolniono z niewoli w końcu grudnia 1949 roku. Miał dużo szczęścia, gdyż niektórzy jeńcy wracali do Niemiec dopiero po śmierci Stalina albo i później, a wielu z nich nie wróciło wcale.
Karl został wypuszczony na wolność we Frankfurcie nad Odrą, w nowo powstałej tzw. NRD. Ostatnim pociągiem w noc sylwestrową przybył do Weimaru i taksówką za jedyne pięćdziesiąt marek tzw. funduszu wolnościowego, pojechał do Elwiry do Kranichfeld.
Mniej szczęścia mieli jego rodzice. Matka zmarła podczas okupacji na raka, a ojciec zginął w niewyjaśnionych okolicznościach podczas zajęcia Łodzi przez sowietów.
Karl i Elwira się pobrali, a po kilku latach uciekli do Berlina Zachodniego. Mieli wtedy już małego synka, a Elwira była w ciąży z drugim dzieckiem. Z Berlina droga wiodła dalej na zachód, do Frankfurtu nad Menem w Republice Federalnej.
Aby utrzymać siebie i rodzinę, Karl pracował przez dwa lata jako agent ubezpieczeniowy dla towarzystwa Allianz, w wolnych chwilach zajmując się tłumaczeniem literatury polskiej. Zaczął od wydania w 1959 roku antologii wierszy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Gajcego.
W 1980 roku założył w Darmstadt Niemiecki Instytut Kultury Polskiej (Deutsches Polen-Institut) i przez osiemnaście lat był jego dyrektorem. Sam siebie nazywał budowniczym mostów - "ponti-fex", a translację traktował jako swoją dziejową misję. To on wypromował na rynku niemieckojęzycznym twórczość Czesława Miłosza i Wisławy Szymborskiej. To dzięki niemu Szymborska otrzymała w 1991 roku nagrodę im. Goethego, a trzy lata później nagrodę im. Herdera. Przez całe swoje twórcze życie Dedecius przetłumaczył ponad trzysta tysięcy wierszy różnych, nie tylko polskich poetów.
Dziełem jego życia jest wielotomowa Panorama literatury polskiej XX wieku. Oprócz niej wydał kilkadziesiąt antologii twórczości najwybitniejszych polskich poetów, m.in. Mickiewicza, Herberta, Miłosza, Różewicza czy wspomnianej już Szymborskiej.
Zawsze pamiętał o swojej rodzinnej Łodzi: "Tutaj nauczyłem się samokrytyki, wysiłku i odpowiedzialności. [...] A co dziś jest szczególnie ważne, to znajomość obcych języków i kultur oraz sztuka współżycia z innymi, inaczej ukształtowanymi ludźmi i ludami".
Łódź także nigdy nie zapomniała o swoim Dedeciusie. W 1996 roku, z udziałem Szymborskiej, miasto wyprawiło mu jubileusz siedemdziesiątej piątej rocznicy urodzin. Jako zasłużony tłumacz otrzymał tytuły doktora honoris causa m.in. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu Łódzkiego, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, a w 1992 roku również tytuł honorowego obywatela Łodzi.
Swoim rodzicom i polskim miejscom związanym z rodziną, wystawił Dedecius wspaniałe epitafium: "Wieś Pożdżenice, miejsce urodzenia mego ojca, miasteczko Zelów, gdzie wzrastała moja matka, i wielkie miasto Łódź, ich ojczyzna z wyboru i ostatnie miejsce spoczynku, były dla moich rodziców życiową trygonometrią, przeznaczeniem, horyzontem".
Ważną pamiątką po "Karolu Wielkim" z Łodzi jest tomik wierszy różnych poetów o tym mieście w przekładzie Dedeciusa pt. Dialog mit dem Gedächtnis. Gedichte aus Lodz (Dialog z pamięcią. Wiersze z Łodzi).
Instytut z Darmstadt razem z Fundacją Roberta Boscha co dwa lata, począwszy od roku 2003, przyznaje ważną nagrodę - Karl-Dedecius-Preis dla niemieckich tłumaczy polskiej kultury i dla polskich tłumaczy kultury niemieckojęzycznej. Za zbliżanie narodów i kultur Dedecius otrzymał Wielki Krzyż Zasługi z Gwiazdą Orderu Zasługi RFN i Krzyż Komandorski Orderu Zasługi RP oraz Order Orła Białego.
To rocznicowe rozważanie nad życiem i działalnością wielkiego niemieckiego Polaka i polskiego Niemca, zakończmy jego ważnym przesłaniem: "Łodzianie wszystkich krajów, łączcie się! Ale nie w okopach czy w masowych grobach, lecz na klasowych spotkaniach i w partnerskich projektach".
Włodzimierz PaźniewskiNad Berezyną
Powieść Floriana Czarnyszewicza (1900-1964), która ukazała się po polsku w Buenos Aires, od samego początku wzbudzała entuzjastyczne opinie czytelników i znawców, najpierw w środowiskach emigracyjnych, choć trwająca wówczas druga wojna światowa spychała obiór tego arcydzieła na plan drugi i dalsze, taki był natłok bieżących wydarzeń szczególnie niekorzystnych dla naszego kraju. Kto wówczas miał głowę, by zajmować się literaturą. Dopiero po wojnie, kiedy nieco opadła gorączka, przyszła pora na spokojniejsze refleksje. Książka napisana przez zupełnie nieznanego autora nadal zbierała zasłużone pochwały. Przytoczmy sądy najczęściej powtarzane o Nadberezyńcach, ludzi bardzo znanych.
"Czy wiesz, że dziesięć lat temu wyszła książka po polsku w Argentynie, o której boję się ci pisać w za dużych superlatywach, bo tak namiętnie ją pokochałem. Napisana przez zagrodowego szlachcica znad Berezyny. Język słowotwórczy, dźwięczny, półbiałoruski. Konkretność wizji, miłość ziemi, drzew, chmur, obok której Reymont sztuczny jest i zimny, obok której myśleć można tylko o Panu Tadeuszu" - pisał Józef Czapski w liście do Jerzego Stempowskiego. Czesław Miłosz podsumowuje swoje wrażenia po lekturze bardzo konkretnym zdaniem: "Wystarczyło jednej stronicy, ażebym uległ wpływowi tego narkotyku i przeczytał jednym tchem 577 stronic dużego formatu".
Michał Kryspin Pawlikowski, pisarz emigracyjny pochodzący z terenów, które tak bezmyślnie podarowano Rosji w Rydze, choć Sowieci byli gotowi na daleko idące ustępstwa w sprawie przebiegu granicy wschodniej, autor autobiograficznej powieści Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego, uznawanej również za arcydzieło gatunku, pisze o swoim krajanie z Mińszczyzny: "Nadberezyńcy to najwybitniejsze dzieło Czarnyszewicza. Epicka na poły awanturnicza, na poły romansowa powieść o dramatycznych losach mieszkańców polskich zaścianków położonych między Berezyną a Dnieprem w latach 1911-1920. Jedna z najważniejszych i najpiękniejszych powieści polskich. Wojna i pokój naszych Kresów". A pewien polityk emigracyjny zauważa rzeczowo: "Polska szlachta zagrodowa ma w literaturze szczęście. Po Dobrzyniu w Panu Tadeuszu, po Laudzie z Potopu, po Bohatyrowiczach z Nad Niemnem mamy czwarty pomnik Czarnyszewicza Smolarnię".
Kim był autor tego utworu? Potomkiem polskiej szlachty zagrodowej od wieków osiadłej nad Berezyną, dopływem Dniepru na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Po drugim rozbiorze mówiono o tej części Rzeczpospolitej Obojga Narodów jako o "ziemiach zabranych". Ten nadberezyński pas zamieszkiwała szlachta zagrodowa pielęgnująca język polski i ojczyste obyczaje. Jej odrodzenie narodowe nastąpiło na początku dwudziestego wieku, gdy nieco zelżał rosyjski ucisk. Polakom przywrócono prawo do nabywania ziemi i swobodę nauki języka ojczystego. Polskość w tych środowiskach była pielęgnowana całymi latami. Czarnyszewicz ukończył zaledwie cztery klasy rosyjskiej szkoły powszechnej. Polskiego uczył się w domu i w prywatnych szkółkach.
W roku 1920 miejscowa młodzież zasiliła oddziały wojska polskiego. Początkowo przyszły pisarz służył w oddziale zwiadowczym. Znajomość terenu i miejscowych ludzi bardzo się wówczas przydawała. Wcześniej przypadek sprawił, że w Bobrujsku znalazł się I Korpus Polski dowodzony przez gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego (1867-1937).
Pokój ryski okazał się tragedią dla polskich mieszkańców tych terenów. Polska zrezygnowała z terytoriów na wschód od Mińska. W ten sposób za kordonem pozostały miliony naszych rodaków, skazanych przez bolszewików na całkowite wyniszczenie. Po zwycięskim zakończeniu kampanii Czarnyszewicz nie powrócił nad Berezynę. Nie miał tam czego szukać. Osiadł w Wilnie, gdzie pracował w Policji Państwowej, a w roku 1924 wyemigrował do Argentyny. Od tej pory przez trzydzieści lat utrzymywał się z pracy fizycznej w rzeźni w miejscowości Berisso w pobliżu miasta La Plata. Lata ciężkiej pracy, której głównym składnikiem było w tamtych latach noszenie na plecach ćwiartek wołu do chłodni, bardzo szkodliwie odbiły się na jego zdrowiu. Nabawił się astmy. Po pracy pisał wieczorami w domu Nadberezyńców. Oczyma wyobraźni powracał do lat swojego dzieciństwa i młodości. Kosztem wielu wyrzeczeń zdołał wybudować dom w Villa Carlos Paz w malowniczej górskiej okolicy prowincji Córdoba, gdzie zamieszkał w 1956 roku z żoną i córką. Był działaczem Związku Polaków w Argentynie. Powieść Nadberezyńcy ukazała się w Buenos Aires w 1942 roku. Nie zapominajmy, że w tym samym mieście mieszkał wówczas inny polski pisarz w roli emigranta. Jego nazwisko brzmiało: Witold Gombrowicz. Czy kiedykolwiek się ze sobą zetknęli? Tego nie wiemy. Na emigracji uzdolniony literacko szlachcic zagrodowy zdobył pewną sławę. Napisał również inne książki. Zmarł przedwcześnie w 1964 roku.
Ciekawe okazują się losy najbliższych pisarza. Jeden z jego braci, Feliks, wyemigrował jeszcze w roku 1914 do Stanów Zjednoczonych, gdzie zmienił swoje nazwisko na Blancha. Córką tego amerykańskiego Czarnyszewicza była Suzan Ray Blancha (1925-2008), żona pianisty Victora Tallarico. Także jego wnuk miał związki ze sztuką. Wnuk brata pisarza Steven Tyler został wokalistą rockowym. Natomiast trzeci brat został zamordowany na Białorusi podczas akcji antypolskiej NKWD pod koniec lat trzydziestych zeszłego wieku. Taka smutna historia.
Piotr KępińskiKosmos Manz?
Muzeum Giacomo Manz? w Ardei niedaleko Rzymu to wyspa spokoju i wyrafinowanej sztuki w morzu banalnej architektury i tanich supermarketów.
Ardea jest chyba jednym z najbrzydszych miasteczek położonych w okolicach Wiecznego Miasta. Kilka dekad temu upatrzył ją sobie na siedzibę jeden z najwybitniejszych włoskich rzeźbiarzy. Manz? (tak naprawdę Giacomo Manzoni) wprowadził się tutaj i zorganizował gigantyczne studio do pracy w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, niedługo potem powstało muzeum, które sam Manz? przekazał państwu w roku 1979.
Kolekcja obejmuje około dziewięćdziesięciu rzeźb - prawie wszystkie brązy, dwie duże prace hebanowe, znaczki, medale, a także zbiór trzystu trzydziestu prac graficznych - rysunków, rycin, szkiców teatralnych.
Ale Manz? to przede wszystkim "siedzący kardynałowie" - seria rzeźb nieprawdopodobnych, tajemniczych, wręcz porażających postaci, z których pierwsza powstała jeszcze w roku 1938, a szerszej publiczności została zaprezentowana rok później na rzymskim Quadriennale.
Po raz pierwszy zobaczyłem "kardynałów" na przekrojowej wielkiej wystawie w Zamku Św. Anioła w Rzymie, gdzie zgromadzono ich największą liczbę z trzystu, jakie Manz? za swojego życia wyrzeźbił. Stojące obok siebie monumentalne figury zastygłych w bezruchu, opatulonych w sarkofagopodobne sutanny dostojników katolickich, podobnych do egipskich kotów wypatrujących na horyzoncie niewiadomego, to przeżycie samo w sobie. Prawie czarne, aczkolwiek również szaro-srebrne, jednocześnie ostre i miękkie, kontrowersyjne i wyznawcze, religijne i ateistyczne - niewymowne.
Manz?, urodzony w Bergamo, komunista, artysta-samouk, który od pracy w drewnie swobodnie przeszedł do formowania brązu, uchwycił to, co w Kościele nieoczywiste - samotność, oddalenie, niepewność, niewiedzę i oddanie.
Kardynałowie według Manz? są absolutnie osobni i ponad światem. Ich twarze to kosmos, nieprzeciętny kosmos. Można je zobaczyć tylko raz, żeby zapamiętać na całe życie.
I chociaż w muzeum w Ardei prezentują się znakomicie, to wydaje się, że ich wartość wizualna wzrasta wieczorem, w sztucznym oświetleniu, takim jak na wystawie w dawnym Mauzoleum Hadriana nad Tybrem.
Manz? z efektów byłby chyba zadowolony, nawet jeżeli bardziej niż wielkomiejskie klimaty cenił sobie spokój prowincji. Jak twierdzi Giosué Auletta, autor książki Ardea e Manz? (Ardea i Manz?), artysta często podróżował po kraju, uwielbiał wypady nad morze, zatrzymywał się w starych restauracjach, gdzie w latach sześćdziesiątych wino do karafek nalewano wprost z drewnianych beczek. Pewnego dnia przystanek zrobił sobie w Ardei, która nie była jeszcze zniszczona przez kolorowe reklamy, nielegalnie stawiane wille i bloki. Zjadł dobry obiad i powiedział do żony: tutaj chciałbym mieszkać, wśród tych ludzi...
Okazało się, że w miasteczku jest teren na sprzedaż. Był to olbrzymi plac, w formie statku.
Podobno Manz?, kiedy dowiedział, że będzie mógł tu pracować, wołał: "To miejsce między słońcem, morzem i górami jest stworzone dla mnie...".
I tworzył jeszcze wiele lat. Katolicy twierdzili, że na chwałę Pana, komuniści zaś, że na chwałę człowieka. Do dzisiaj trwają delikatne spory, czy artysta bardziej wierzył, czy zgoła nie wierzył (bardziej to drugie). Jak było, tak było. Ważniejszy jest chyba jest fakt, że Manz? równym szacunkiem darzył wszystkich. Nie miał uprzedzeń ani fobii. Rozmawiać potrafił z każdym. Tak przynajmniej mówią ci, którzy go znali.
A jego fascynacja religią zaczęła się już w roku 1931, kiedy to Giovanni Muzio (znany wówczas architekt) powierzył mu udekorowanie kaplicy Katolickiego Uniwersytetu Najświętszego Serca. Osiem lat później zaczął pracę nad płaskorzeźbami Chrystus w naszej ludzkości, które zostały mocno skrytykowane przez faszystów (w roku wystawienia, czyli w 1942), albowiem nawiązywały do okrucieństw trwającej wojny. Zaskakujący jest fakt, że Manz?, który otwarcie mówił o sobie, że jest pacyfistą, mógł w tym czasie zorganizować wystawę w centrum stolicy faszystowskiego państwa.
Ale skąd wzięła się "mięta" Manz? do religii i tradycji? Skąd wziął się pomysł na tak oryginalny melanż, który oglądany dzisiaj poraża nowoczesnością, pomysłowością, świeżością: geniuszem wręcz. Złośliwi twierdzą, że sprawa jest prosta. Manz? był kumplem niejakiego Angela Roncallego, czyli papieża Jana XXIII, który podobnie jak on pochodził z niezbyt bogatej rodziny z okolic Bergamo.
I dzięki temu dostawał zlecenia kościelne, które świetnie zaczęły mu się rymować z formą, której elementy czerpał z różnych tradycji.
Nieoczywistość z komercji, sprytu i wyobraźni?
Tego nie wiem. Manz? żył w czasach, kiedy w gazetach popularnych nie plotło się jeszcze wszystkiego. Może dzisiaj z rozbrajającą szczerością opowiedziałby, że faktycznie: papież, z którym rozmawiał jak równy z równym (w bergamasco, dialekcie języka lombardzkiego), był jego wielkim mecenasem i animatorem pomysłów, że dzięki niemu zarabiał...
Nie bagatelizowałbym znajomości z Janem XXIII, nie śmiałbym się ze związków z Kościołem. Włoch-ateista rzeźbiący świętych i święte nie jest niczym nadzwyczajnym. Takich jak Manz? było i jest całe morze. Niewielu jednak było mistrzów o tak wielkiej wyobraźni, z tak wyraźnym charakterem pisma, z którego dzisiaj czerpią młodsi artyści.
Oglądając seriale Paola Sorrentino (Młody papież, Nowy papież), rozpoznajemy przecież scenograficzne detale, które reżyserowi nie spadły z nieba...
5/2021
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Elżbieta Baniewicz (teatr),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),
Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Małgorzata Brodacka (sekretariat)
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
FORMAT: 160,3×240,4 mm - PL ISSN 0041-4727 Copyright 2021 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl