Twórczość 4/23 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

9.00 zł
7.47 zł (7,65 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wojciech ZembatyEfekt ćmy

Więc pozwólcie mi wyznać,że podszedłem, żeby ujrzeć bogów.Oni sami cisnęli mnie w dół,fałszywego kapłana, którym jestemponiżej żywych, w ciemność, bymśpiewał ostrzegawczą pieśń tym, którzy mogą pojąć.Tam Hölderlin

Spotkaliście kiedyś boga? I nie mówię tu o brodatym facecie z chmurki, specjaliście od manny z nieba, potopów i palenia miast. Pytam, czy spotkaliście boga żywego, obleczonego w ciało, niegodziwe zachcianki i krew.

Żeby była jasność, bogowie są całkiem prawdziwi, bardziej prawdziwi niż my. Nie są jakąś pieprzoną emanacją, efektem ubocznym modlitw. I nie ciskają kamieniami w okna ateistów jak u tego znanego pisarza... nazwisko wypadło mi z głowy. Są mroczni, majestatyczni i straszni. Budzą grozę, ale ta groza jest piękna. Jeżeli zdarzyło się wam kiedyś narobić w gacie, i to nie ze strachu, ale z czystego zachwytu, to wiecie, o czym mówię. Japończycy mają w zwyczaju upijać się od rana podczas hanami, sezonu kwitnących wiśni, gdyż bogowie odbywają wtedy przechadzki po parkach, a spotkanie bóstwa na trzeźwo może skończyć się utratą zmysłów. Jakąś wskazówkę dałby też udział w polowaniach. Bogowie siedzą na swoich ambonach z cumulusów, wciągają ambrozję i nektar, obserwują nas. Trwają łowy, a my jesteśmy zwierzyną.

Pierwszego boga spotkałem w dziewięćdziesiątym trzecim. Miałem czternaście lat i całe życie przed sobą - tak wtedy myślałem. Był piękny czerwcowy dzień, gorący, lecz przy tym rześki. Powietrze uderzało do głowy, odurzające od zapachu bzów. Takie dni zdarzały się kiedyś w maju i w czerwcu. Idealne, jakby produkowali je gdzieś daleko, może w Kalifornii, może w raju, ale na pewno nie na naszym osiedlu, szarym jak płetwa rekina.

W każdym razie dzisiaj wszystko wygląda inaczej. I nie chodzi tu tylko o to, że bloki na Targówku przypominają ohydne bryły budyniu wielkości Godzilli, odmalowane na pastelowo przez panią od plastyki, lecz całkowicie pozbawioną zmysłu estetycznego. Ani o suszę i bardziej upalne lato. Kiedy wspominam tamte czasy, największą różnicę wprowadza światło. Dzisiaj słońce stało się wściekle jaskrawe, a niebo pobladło ze strachu. W roku 1993 słowo "cieplarniany" kojarzyło się co najwyżej z badylarzem i trzaskaniem kasy. Ludzie bali się dziury ozonowej i lodówek, a nam strasznie śmierdziało pod pachami. Feromony i nowe hormony, mutacja i włosy na jajach. Don't you cry, tonight, seksapil to nasza broń kobieca. W sejmie srożył się ZChN, Wałęsa panował w Polskim zoo. Paweł Kukiz był jeszcze porządnym punkowcem i kto żyw nucił: "ksiądz proboszcz zbliża się". Było dobrze. Gdzieś tam czaiła się czekająca nas zmiana szkoły, egzaminy, rekin pod hawajską falą. Starałem się o tym nie myśleć. Życie nie miało końca, a ja po lekcjach wybrałem się na pakernię z moim kumplem Pawłem, którego wszyscy nazywali Hipisem.

Julia KsiążekZgromadzenie

Ale bądźmy spokojni! Teraz jest za późno, już zawsze będzie za późno. Na szczęście. Albert Camus

Część I. Musisz wejść

Zaczyna się tak: starszy, postawny mężczyzna stoi obrócony w stronę tłumu i zdaje się wygłaszać arcyciekawe tezy. Tymczasem zgromadzeni podzielili się na trzy części. Jakże mocno ta idealna liczba potrafi oddzielać od siebie rzeczy i nadawać wszechświatowi kształt. Jeden jest Bóg, w trzech osobach, a trzygłowy pies Cerber strzeże przejścia do sypialni zmarłych. Zapewne każda z jego trzech głów opowiada trzy różne historie, po stokroć przerażające i powtarzane wszystkim mieszkańcom Hadesu. Gdyby nie to psisko, niejeden z nas rzuciłby się już dzisiaj z pobliskiego wiaduktu w otchłań tak, aby Dolina Cienia rozciągnęła swoje panowanie na jego byt, a raczej od teraz: bytność w niebycie. Niektórzy zresztą tak czynią. Niespokojne duchy, udręczone ziemskimi opowieściami i intrygami. Zdarza się też, że właśnie ci wrażliwcy, już po śmierci, na wieczystym posłaniu stają się kością niezgody między ludzkimi zarządcami. Ów starszy mężczyzna - Kwiryniusz, którego syn zdobył się na tego rodzaju pożegnanie w gwałtowności i rozpaczy - jak twierdzi, ma wszystkie powody, aby nienawidzić obecnie panującego w mieście senatora Hilariona. Nie dlatego, że jest Grekiem, nie. Chociaż wiadome jest, że nigdy nie spojrzałby na niego jak na brata, syna jednej ziemi, gdyż przecież dzieli ich wszystko. Nie mogąc udawać przed samym sobą, że jest tolerancyjny i otwarty na obcość, cały kurczył się w sobie, sprawując urząd w ratuszu i składając tam codziennie raporty. Samo to już było dla mężczyzny nie do zniesienia, ogromne upokorzenie, zwłaszcza dla byłego dowódcy sił morskich, musicie o tym wiedzieć. Nie ma gorszej hańby dla wojskowego niż wręczyć mu w szorstkie, pewne, splamione krwią dłonie pokaźny plik dokumentów. Niewybaczalne faux-pas i obraza całego stanu. Nie miesza się krwi z atramentem. Palce ściskające miecz nie udźwigną pióra. Trzeba jednak przyznać, że Kwiryniusz znosił wszystko cierpliwie dopóty, dopóki jego syn nie wyskoczył pewnego wieczoru z okna. Związek przyczynowy między tymi zdarzeniami może wydawać się enigmatyczny, jest on jednak zupełnie banalny i znany nam z wielu innych obrzydliwie oczywistych historii. Otóż ze względu na swoje polityczne przekonania syn starego Rzymianina nie wydawał się senatorowi rządzącemu miastem godnym kandydatem na męża boskiej Filony (długonogiej, ale głupiutkiej) i w tym tkwił cały dramat. Biedaczek tak się zakochał, że już wcześniej próbował powiesić się w więzieniu żalu. Ciekawe więzienie, pomyślicie. Mnie też to zawsze zastanawiało. Jednak w tej krainie nikt zbytnio nie dbał o posłuszeństwo poddanych, co zdaje się nietypowe w tym systemie politycznym. Być może nigdy nie było to konieczne. Strach przed potęgą napędza się sam, nie trzeba wręczać okrutnym strażnikom twardych narzędzi. Rzeczywistość wygląda więc tak, że Kwiryniusz stoi teraz wobec tłumu jak wyklęty prorok, który wystawia motłochowi swoją duszę. Wspominałam o tłumie - tak, w istocie jest on podzielony na trzy części. Jedną z nich stanowią cytrydzi: są to ci wszyscy, którzy szczerze nienawidzą rządzącego. Można odnieść wrażenie, że są najgorsi, najniebezpieczniejsi - dzicy fanatycy. To jednak nie do końca prawda. Cytrydzi są porywczy, zgadza się, ale trzeba również im przyznać, że są najbardziej szczerzy w swoim buncie. Niczym nieposkromieni anarchiści, traktują swój stan jako najmniej uprzywilejowany, a co za tym idzie wściekły i pozbawiony skrupułów. Prędzej polegną, niż zaprzestaną walki. Kilku z ich wybitnych przedstawicieli zmuszonych było emigrować i teraz pokrzepiają serca bojowników znad pięknie i suto zastawionych stołów, przechadzając się codziennie w spokoju ulicami wielkich miast. Jakie to wzruszające! Jakie to bezpieczne. W rzeczy samej, nie ich krew się poleje. Oni nie mają nic do stracenia. Inaczej niż nemezje, złoto-czarne damy, które przybyły tu w imię sprawiedliwości. Zmuszone (lub raczej podniecone) sytuacją i płonącymi stosami (duszami), zgromadziły się, aby głośno skandować hasła w obronie swych praw. Są więc gdzieś pomiędzy: nie ogarnęła ich jeszcze nienawiść, ale nie są też wolne od uprzedzeń. Będą wojować, chociaż może nie płonie w nich ogień, one same chcą się ogrzać w cieple płomieni innych. I żeby każdy dostał to, na co zasługuje. Proszę wierzyć, że jak to od zawsze w dziejach ludzkości bywa, nie chcą się zgodzić z tym, że nie ma sprawiedliwości na świecie, i twierdzą, że to właśnie one nam ją zapewnią. Dobrze więc, zapamiętajmy te obietnice (ja osobiście wszystkie skrupulatnie zanotowałam), oczekujemy wielkości i patosu. Trzecią, ostatnią już grupę stanowią poliefernyci. Żałość ogarnia na samą myśl o nich. Są to zazwyczaj po prostu gapie, tworzący gromadę baranów przepychających się i coś tam bełkoczących. Jest to najgorsza kategoria z tych trzech, przy czym każdy rewolucjonista i wielki wódz ich potrzebuje. Tępi żołdacy i groteskowe damy. Są oczywiście w tym tłumie również pojedyncze jednostki, takie jak Kwiryniusz, który im przewodzi, ludzie z różnych środowisk i ras, którzy zebrali się tutaj, aby objąć całość tych wydarzeń swoim pojmowaniem. Właściwie to wokół nich krąży ta historia, bo oni mają konkretne cele i znają przyczynę całego zamieszania. Są jak duchy zmarłych, nieludzko obecne, a jednak nieme. Przyglądają się z oddali, nie stoją w pierwszym szeregu. W chatkach na wzgórzach rzucają klątwy i przekleństwa na miasto. To bardzo tragiczne postacie. Złamane, bo wierzą, że zemsta przyniesie pokój i przerwie łańcuch wojny. Przynajmniej tak im się zdaje, niestety nie ma kto uświadomić im, jak bardzo się mylą. Przekonają się sami, jak gruntownie tkwili w błędzie, teraz jednak nerwowo rozchodzą się na wszystkie strony, bo oto Kwiryniusz rozpoczyna swoje łzawe przemówienie. I nagle tłum zamiera. Jakże celne są słowa wielkiego retora, jaka ciętość i prostolinijność się z nich wylewa! To człowiek, za którym chcą iść miliony. Musi mówić prawdę i wierzyć w to, co głosi. No właśnie, czy więc jest to takie proste? Kazanie podstarzałego mężczyzny, choć wzniosłe, jest w stanie włożyć ludziom do rąk siekiery, bo czy może istnieć coś potężniejszego niż metaliczny posmak ostrza przecinającego wierzchnią warstwę skóry, naskórek? Przecież to tylko Słowa... Mają one jednak pradawną moc, kiedy w jednej chwili przemieniają drwala w mściciela, a rolnika w herosa. No właśnie. Warto zauważyć, że wśród tego skandującego tłumu większość stanowią prości ludzie, niezbyt dobrze wykształceni. Oczywiście, wśród cytrydów i nemezji z łatwością możemy znaleźć wybitnych intelektualistów i artystów, jednak proszę rozważyć, czy prawdziwa śmietanka tej czy owej krainy rzeczywiście chciałaby uczestniczyć w takiej farsie? Wybacz tę impertynencję, ale po prostu nie mieści mi się w głowie, jak człowiek miłujący piękno (a czy nie takim człowiekiem jest właśnie intelektualista i artysta?) mógłby chcieć taplać się w błocie jakichś partykularnych utarczek. Większość tych ludzi brzydzi się tego rodzaju brakiem taktu. W odległych regionach, na styku różnych kultur, być może dzieją się takie rzeczy, ale nie tu, w naszym pięknym cywilizowanym kraju. Tutaj najznamienitsi ludzie siedzą w ratuszu, piastują wysokie stanowiska, nie chcą się w nic mieszać i będą lojalni wobec mecenatu, który ich karmi aż do końca. Służalcza postawa? Być może. Ci wszyscy ludzie na placu gardzą nimi z całą pewnością. W gruncie rzeczy z punktu widzenia zdrowego rozsądku to pewnie jest dobry wybór, ale ja wywodzę się z pokolenia, które chce wspierać wierność i zwalczać szaleństwo. Niebezpieczna droga. Powróćmy jednak do Kwiryniusza, który już kończy swoje wystąpienie, zdawać by się mogło, że zaraz padnie na kolana przed zgromadzonymi. Daje upust swoim najbardziej stłumionym emocjom, mówi o tym, jak ważna dla wspólnoty, ale przede wszystkim dla jednostki, jest wolność. Szalenie ważne, żebyśmy zapamiętali te słowa, bo ludzie w tym mieście mają swoje obsesje. Wolność jest jedną z nich. Zapewne domyślacie się, że najbardziej wzruszeni są cytrydzi, których wcześniej przyrównałam do anarchistów. Tak, są to być może ostatni wolni ludzie na świecie, gdyż większość z nas codziennie kłamie (samym sobie i innym), że miłujemy możliwość dokonywania własnych wyborów, jednak rzeczywistość jest zgoła inna. Ten prosty tłum nie chce samodzielności i niezależności, mimo że domaga się jej i woła o nią, tak głośno krzyczy, jak zarzynane prosię. Czyż nie mają wolności na co dzień? Jaki robią z niej użytek? Ta iskra, którą rozpala człowiecza wola, przywiodła ich aż tu, pod mury starego ratusza, czy więc naprawdę rozumieją, o co walczą? Nie bez powodu straż przed bramą uzbrojona jest po same uszy. Ach, strażnicy, moi ulubieńcy! Zupełnie niezwykłe jednostki w tej historii. Bardziej na służbie niż filozofowie, bardziej nienawidzeni niż sam senator. Niewiarygodne! Zapewne wielu z nich udaje się w swojej duszy na wewnętrzną emigrację, jak pewien wielki niemiecki pisarz, kiedy w jego kraju władzę przejęli ludzie szaleni. Nie mogą jednak zrobić nawet tego, bo nie są wybitnymi pisarzami i w ogóle nie chcą zabierać głosu w tej sprawie. Dzisiaj mi nie uwierzycie, ale powiem Wam, że po latach, kiedy to zgromadzenie, którego jesteśmy dzisiaj świadkami, stanie się jedynie ponurą historią, opowiadaną ku przestrodze następnym pokoleniom, to oni będą osądzeni, splamieni winą i darzeni odrazą. Nie ten dziki lud, nie Hilarion, nie jego córka, nawet nie syn starego Kwiryniusza, którego samopotępienie jest powodem tej całej awantury, ale oni! - wierni żołnierze, strażnicy, uniżeni słudzy, mięso armatnie. Bezimienni, a jednak wyryci w starych podręcznikach na wieczność. Niekochani. Żadna antyczna postać nie nada ich łzom kształtu, nie udekoruje ich grobów. Pomniki zostaną zburzone, ulice powykrzywiane. Dobrze, niech tak zresztą będzie, skoro nie mogę odwrócić ich losu. Jednym z przekleństw płynących z empatii jest utożsamianie się z upadkiem. Empatia nakazuje kochać poranionych. Straż stoi prosto, tłum na razie zachowuje standardy bezpieczeństwa. Kwiryniusz rzuca ostatnie spojrzenie na cytrydów, z którymi chyba łączy go najwięcej, po czym schodzi z pięknie udekorowanej sceny. Stary rynek wygląda majestatycznie wśród tak wielu tysięcy głów. Miasto jest świadkiem buntu, dlaczegóż właściwie zawsze przypada mu ta rola? To musi być na dłuższą metę nie do zniesienia, uliczny bruk powinien zacząć sam się odrywać i krzyczeć, że nie chce w tym uczestniczyć. Niestety, z niewyjaśnionych przyczyn nie robi tego.

Zbigniew MichPeepshow

I

Canal Grande. Ca' Rezzonico. Tu znajduje się obecnie fresk Il Mondo Novo, dość zagadkowe malowidło ukończone w roku 1791. Giandomenico Tiepolo, liczący sobie wtedy sześćdziesiąt cztery lata syn Giambattisty, ozdobił tym malowidłem dom rodziny pod Wenecją. Serenissima miała panować nad morzami jeszcze przez całych pięć lat. Dzieło przedstawia grupę kobiet, mężczyzn i dzieci, widzianych - z kilkoma wyjątkami - od tyłu. Malarz pozbawił swoje postacie twarzy. Na własne oblicze pośród nielicznych zasłużył stojący z boku mężczyzna w stroju Pulcinelli z charakterystycznym garbem i chłopiec w jasnokremowym ubraniu opasany jasnoniebieską szarfą, umieszczony przez artystę mniej więcej w środku malowidła. Widać kapelusze, peruki, suknie, fraczki, obfite, zarzucone na głowy od tyłu, klosze lnianych sukien zwanych w okolicy ninzoletto, pończochy na łydkach, buciki z obcasami i bez obcasów, po lewej stronie płot z wystającymi gwoźdźmi trochę niezdarnie zbity z desek, dalej morze rozciągające się po horyzont. Malarz umieścił na plaży rodzaj namiotu ozdobionego flagami, do którego przez dziurkę zagląda dziecko. Zdaje się czemuś przypatrywać. Mężczyzna w trójgraniastym kapeluszu, stojący na taborecie, z pomocą długiego patyka wskazuje na coś. Na co? Czy ów jegomość tylko kieruje ruchem, czy też określa, jak długo i w jakiej kolejności poszczególne osoby mogą zaglądać do wnętrza niezwykłego namiotu? Malarz tego nie ujawnił, co wzbudza zainteresowanie sporej liczby ciekawskich. Mondo Novo - mówi tytuł. Być może Nowy Świat nęci obietnicami, w których spełnienie każdy chce wierzyć? Móc spojrzeć na nieznany świat, poza najbliższą okolicę, nieodległą rzekę, poza góry na horyzoncie i nawet te, których nie widać, a choćby i poza morze, poza Europę - to kusi. Niewykluczone, iż da się ujrzeć nawet odległą przeszłość albo owianą tajemnicą przyszłość Nowego Świata. Czy przedstawione osoby chcą zajrzeć do środka, by rzucić wzrokiem na niewiadome? A może mężczyzna na taborecie (jego twarzy także nie widać) - zapewne impresario i zarazem prezenter Nowego Świata - przywołuje więcej chętnych do grupy osób stojących już wokół namiotu, wywijając przy tym swoją długą "wędką"? Może fantazjuje, może niczym szarlatan wyolbrzymia, przesadza, by wzbudzić jeszcze większe zainteresowanie, by złowić na wędkę nowych ciekawskich i więcej zarobić? Czym właściwie trudni się ów mężczyzna? Co znajduje się w tym przypominającym namiot obiekcie? Ewa Bieńkowska w szkicu z tomu Co mówią kamienie Wenecji dała takie wyjaśnienie nazwy fresku: "Nowy Świat to nazwa cyrku, który zaraz rozpocznie przedstawienie".

Gdyby przyjąć tę wykładnię, to co wtedy zrobić z obrazem, który z okładem trzydzieści lat wcześniej namalował Pietro Longhi i zatytułował płótno tak samo jak Giandomenico Tiepolo swój fresk. Na tym obrazie nie ma ani śladu namiotu cyrkowego! Istnieje jeszcze jeden obraz tego malarza zatytułowany Il Mondo Novo. Gdy przyjrzeć się obu płótnom Pietra Longhiego dokładniej, w drugim planie obrazów, za postaciami, można dojrzeć stojącą na koziołkach skrzynię ozdobioną wieżyczkami z powiewającymi na nich chorągwiami oraz osobę zajmującą się tym obiektem. Na późniejszym z płócien artysta umieścił oflagowany obiekt przy pałacu dożów. Właśnie to stojące w podcieniach pałacu, a przyciągające uwagę urządzenie nazywane było w mowie potocznej nad laguną Nowym Światem, Mondo Nuovo. Dlaczegóż wiec obrazy podpisane są Mondo Novo? Novo jest archaiczną formą określenia nuovo. Cały zwrot oznacza to, co Hiszpanie określali mianem mundinuevo albo mundinovi, Anglicy zaś nazywali słowem peepshow, a niektórzy pośród nich słowami peep box, Rosjanie mówili i pisali раёк (rajok), Francuzi: boîtes d'optique. W niemieckich krajach, dokąd zabawka ta być może przywędrowała zza Alp, nosiła ona nazwę Raritätenkasten, a z czasem Guckkasten. Po polsku, gdyby nazwę przejąć z najbliższej okolicy, można by używać pojęć: skrzynka osobliwości (Raritätenkasten) i pudełko osobliwości (Guckkasten). Za nazwą z najbliższej okolicy przemawia stamtąd też przejęty i już w polszczyźnie utrwalony termin scena pudełkowa (Guckkastenbühne), używany obecnie potocznie. Te obce pojęcia wkrótce zostaną objaśnione. Leksem peepshow przyjął się także w Stanach Zjednoczonych. Użyła go na przykład Mary McCarthy.

Obraz taki jak "Nowy Świat" w Ca' Rezzonico, z długim szeregiem przysadzistych, krępych postaci zwróconych w stronę morza, czekających na swoją kolej do pudełka osobliwości (peepshow) sztukmistrza-szarlatana, jest reductio ad absurdum obrazu dawnego weneckiego pochodu masek z jego imponującymi horyzontalnościami. Zaglądając przez dziurkę do pełnego niespodzianek i tajemnic pudła, skrzynki czy nawet namiotu, jak to czyni dziecko z fresku Giandomenica Tiepola, można było w głębi dojrzeć obrazy: wypraw morskich, nowego świata, czyli tajemniczej Ameryki, bitew lądowych, Indian, drapieżnych zwierząt, rajskich ptaków, "dzikich" płci obojga z zakamarków Azji, a nawet obrazek przedstawiający pałac królewski, rynek miasta w księżycową noc, a niechby tylko Le Pont Neuf w jednej z nieodległych, a przecież tak oddalonych stolic. W sumie były to obrazy z nieznanego, więc dla obserwatora nowego, świata. Mondo nuovo był atrakcją dla gondolierów i dożów, dla kardynałów i woźniców z Zatybrza, dla kupców z Soho i nawet dla artystów oraz uczonych głów z Blumsbury.

Paweł WaszakRozkosze obmierzłego brzucha, czyli ucztowanie, jedzenie, żywność w świecie Odysei

Ja powiem, że nie ma nic bardziej ponętnego nad to, kiedy myśl wesoła rządzi całym ludem, a biesiadnicy siedząc rzędem w sali słuchają aojdów, kiedy stoły są pełne chleba i mięsa, a podczaszy czerpie wino z krateru, roznosi i nalewa puchary: to mi się wydaje najpiękniejsze w życiu. (Odyseja, IX, s. 161, przeł. Jan Parandowski)

To, co Odys uznaje za najpiękniejsze w życiu, w czym zresztą, jak to zobaczymy, uczestniczy często, jest bezsprzecznie u c z t ą. W naszych rozważaniach postaramy się nie tyle zrekonstruować greckie menu sprzed mniej więcej trzech tysięcy lat, co pokazać, jaką funkcję pełni jedzenie w myśleniu Homera o przedstawianym świecie i w życiu jego bohaterów.

1. Pokarm bóstw

W świecie Odysei jedzą (i piją) niemal wszyscy. Jesteśmy świadkami spożywania pokarmów przez istoty należące do różnych światów. Swój pokarm mają bogowie olimpijscy i pomniejsi, potwory w rodzaju Cyklopów i Lajstrygonów, ludzie różnych stanów i dusze zmarłych.

Wzmianki o jedzeniu czy piciu przez bóstwa są bardzo nieliczne i mało konkretne. Nimfa Kalipso, do której przybywa Hermes, zachowuje się jak gościnna gospodyni:

To rzekłszy bogini przysunęła stół, pełny ambrozji, zmieszała nektar czerwony, i poseł świetlisty jadł i pił. Kiedy zaś skończył i serce nasycił jadłem, przemówił do niej [...]. (V, s. 112)

Scena poczęstunku, choć dotyczy istot nadprzyrodzonych, ujęta jest w schemat (tu nieco uproszczony) taki sam jak sceny uczt, biesiad czy poczęstunków ludzi, a więc: przysunięcie stołu - podanie potraw - posiłek - rozmowa.

Narrator nie tłumaczy, co to jest ambrozja i jak ona wygląda. Nie tylko dlatego, że ani on, ani żadni Grecy nigdy nie widzieli tego rarytasu bogów. Jego zresztą niemal w ogóle nie interesuje wygląd pokarmów. Czasem zwraca uwagę na barwę - tak jest w przypadku nektaru, a więc pewnego napoju, któremu przypisuje barwę wina. Z tekstu wynika, że ambrozja musiała być czymś do jedzenia. W całej epopei temat smaku czy wyglądu tego specjału nie został podjęty ani razu. "Zmieszanie" nektaru jest również trochę zagadkowe. Wszyscy trzej tłumacze trochę inaczej podeszli do tej kwestii. U Bronikowskiego oba "dania" występują oddzielnie: "zastawiony ambrozją i rubinowym nektarem". U Siemieńskiego - podobnie jak u Parandowskiego - mamy:

[...] trzymając przed bożkiem puchary

Z ambrozją, do niej miesza różowe nektary [...]. (V, w. 101-102)

Jest to raczej niekonsekwencja tłumacza, gdyż powstałej w ten sposób ingrediencji nie można byłoby pić, a u niego Hermes jadł i popijał. Mieszanie to raczej rozcieńczanie, tak jak ludzie rozcieńczają wino wodą.

Rozmowa Kalipso z Odysem odbywa się również przy stole i podlega podobnemu schematowi:

Ona posadziła go na tronie, z którego dopiero co wstał Hermes, i zastawiła przed nim jadło i napój, strawę, jaką się posilają mężowie śmiertelni. I sama usiadła naprzeciw boskiego Odyssa, a służące podały jej nektar i ambrozję. I tak oboje wyciągali ręce po stojące przed nimi potrawy. A kiedy nacieszyli się jadłem i napojem, z pierwszym słowem odezwała się Kalipso arcyboska. (V, s. 115)

Ludzkich potraw dotyczą w tym fragmencie te same reguły narracyjne co boskich - i jedne, i drugie potraktowane są w sposób niekonkretny. Tak jak nie wiemy nic o wyglądzie np. ambrozji, tak nie wiemy, po jakie "jadło" wyciągał ręce Odys. Zwróćmy jednak uwagę, że na tym samym stole znajdują się potrawy dla bóstw i dla śmiertelników, ale nimfa i człowiek spożywają tylko te, które im przynależą z racji pochodzenia. Nie ma tu mowy o pomieszaniu porządków. Narrator koncentruje się na zasadzie odrębności pokarmów, a pomija ich wygląd czy smak.

Julian StryjkowskiDziennik 1970

30 VIII

W Jabłonnie1: 25-lecie "Twórczości" - żebracze przemówienie Jarosława (wstyd mi było słuchać) i knajacka odpowiedź Balickiego2, który na apel J.[arosława], żeby "pochwalić, co jest do pochwalenia", i zganić, co jest do zganienia (niedosłowny cytat), odpowiedział zarzutem (kokieterią) pod adresem "Jarosława Wielkiego", że ten nie wspomniał o czytelnikach. Czułem się źle, obco. Skąd ja tutaj? Ani jednej bliskiej duszy. W ogóle skąd ja tutaj? Nie tutaj moje miejsce. Jakbym czytał ten wyrzut w twarzach niektórych uczestników uroczystości. Nie robię sobie nic, że mnie posadzili prawie na samym końcu, za Najderem3, jest to sprawka J.[erzego] L.[isowskiego] (a może chciał mnie odgrodzić od tej grubej świni J.W.?). Ale spojrzałem na odętą tragizmem twarz H.B.4, który był na samym skraju stołu, i to mi wystarczyło. J.[arosław] kazał mnie i A.[damowi] W.[ażykowi] wysiąść na Ochocie z samochodu. Poszliśmy piechotą do domu. Ważyk odebrał to jako obrazę. Myślę, że miał rację.

1 IX

H. mi powiedziała wczoraj, że wie od Zosi5 o mojej klęsce pisarskiej. Może nie chciała powiedzieć tak brutalnie. Coś mówiła, że bohater jest zbyt wyalienowany. A więc koniec? Tyle się nad tym napracowałem. W ostatnich dniach chciałem dorobić teorię, że to przez temat żydowski fragment6 nie poszedł do 25-letniego, jubileuszowego numeru "Twórczości". Czyż niemoc pisarska nie jest jak rak nieuleczalna! Będę jeszcze próbował pisać, [?] będę zwalczał moje lenistwo, którego zawsze się wstydziłem jak brzydkiej choroby. Przestać być pisarzem (jeśli kiedykolwiek nim byłem) jeszcze może za wcześnie w moim wieku. Ale czy ludzie nie umierają bez względu na wiek? Co mi zostaje, jeśli nie będę pisał? Boże! choćby jeszcze jedną powieść! Choćby jedno małe opowiadanie! Próbuję pisać tę historię na statku7. W pierwszej osobie. Może ta nowa dla mnie forma da jakieś wyniki? Ale myślę, że więcej niż [o] niemoc twórczą, więcej u mnie idzie o nieuleczalne lenistwo. Nie wiem już, co jest gorsze. Nawet to, co teraz piszę, jest nieudolne, bez jakiegoś wdzięku.

Wczoraj był Z. To jedyny promień. Jakaś namiastka treści życia. Ale wczoraj zabrakło mi żaru. Byłem z tego powodu przygnębiony. Jedno pociąga za sobą drugie. Błędne koło. Podczas golenia wpadł mi pomysł, żeby Jasińska8 na statku (w utworze Helen Naranjo9) porwała ze sobą bohatera opowiadania do siebie, ona starsza, on młodszy. Ona bogata, on biedny - melodramat, z tym że on chce siebie zmusić do miłości, ale w końcu musi skapitulować. Ucieka od niej albo coś w tym guście. Jeszcze nie wiem. Może rzucić to nowe opowiadanie i wrócić do powieści o Wrześniu i przerobić na pierwszą osobę. Jeszcze są możliwości chasydzkie. Ale przecież nie wróciłem po to, żeby pisać obojętne historie. Muszę wrócić do tematyki mnie najbliższej. Innych rzeczy nie umiem i nie znam. Postanowiłem dziś pisać. Będę pisał po południu. Gdy zaczynam pisać, po paru zdaniach opada mnie zniechęcenie, znużenie, przerywam, chce mi się uciekać między ludzi. Nawet gdybym pisał, to takim sposobem pisania nigdy nie zdążę coś skończyć. I to zaczynanie ciągle od początku. Zawsze tak pisałem, ale byłem młody... K.[azimierza] Brandysa fragment w jubileuszowym numerze "Twórczości" to świadectwo niewyczerpalnej witalności i pomysłowości. Ważyka esej! Jarosława wiersz!10, a więc starość nie zawsze oznaczać musi śmierć weny. Na mnie się mści lenistwo. Nawet czytanie przychodzi mi z trudem. Czasem zasypiam, siedząc przy stole nad książką. Tego przedtem u mnie nie było. A jak było, nie przywiązywałem do tego zbytniej wagi! Nie martwiło mnie. Na starość narastają objawy, które w młodości występują w sposób niezauważalny. Postanawiam codziennie pisać, byle co, ale pisać! Za późno? Jeśli to tylko dla mnie, to nie jest za późno. Zastanawiam się, czy to, co piszę [?], jest pracą [?]. Szukam pocieszenia w własnej niemocy i robi mi się lżej. Jeśli nawet, jeśli tylko tyle, to też jest dużo. To chyba maksimum tego, co w mojej sytuacji można osiągnąć. Gdy napisałem Austerię, Helka L.11 zadzwoniła do mnie: "Możesz już umrzeć". Trzeba umieć umrzeć w odpowiednim czasie. A może jednak uda mi się jeszcze coś napisać.

1 Pałac w Jabłonnie, ośrodek konferencyjny i wypoczynkowy PAN.

2 Stanisław Witold Balicki (1909-1978), krytyk teatralny i literacki; w 1970 roku dyrektor generalny w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

3 Zdzisław Najder (1930-2021), historyk literatury; od 1969 roku kierownik działu eseju w "Twórczości".

4 Henryk Bereza (1926-2012), krytyk literacki; od 1966 roku kierownik działu krytyki literackiej w "Twórczości", a po przejściu Stryjkowskiego na emeryturę - kierownik działu prozy (1978-1988).

5 Zofia Hoffman (1912-1989), z domu Łuczek, redaktorka i wydawczyni; korektorka w moskiewskim tygodniku "Wolna Polska", od grudnia 1948 roku zastępczyni redaktora naczelnego "Odrodzenia", a następnie w zespole redakcyjnym wydawnictwa Iskry. Żona Pawła Hoffmana, przyjaciółka Stryjkowskiego.

6 Chodziło o powieść Sny Jakuba, która nie została ukończona. Jej fragment Stryjkowski opublikował w "Więzi" w 1974 (nr 12).

7 Mowa o opowiadaniu Martwa fala. Rzecz ukazała się w "Twórczości" (1971, nr 2), a następnie w tomie "Na wierzbach... nasze skrzypce" (Czytelnik, Warszawa 1974).

8 W drodze z Gdyni do Montrealu, tuż po wypłynięciu z Londynu, pisarz zanotował: "Do naszego stolika przybyła Polka (?) Jasińska z Toronto" (zapis z 29.9.69). Zob. Julian Stryjkowski, Dziennik amerykański (1969-1970), oprac. Ireneusz Piekarski, "Twórczość" 2021, nr 4, s. 58.

9 Ostatecznie bohaterka Martwej fali otrzymała imię Ni?a.

10 W numerze 7-8 "Twórczości" z 1970 roku ukazały się m.in.: fragment powieści Brandysa Wariacje pocztowe (Czytelnik 1972), Ważyka wstęp do przygotowanej przezeń antologii przekładów Surrealizm: teoria i praktyka literacka (Czytelnik 1973), wiersz Iwaszkiewicza Azjaci (w tomie Mapa pogody, Czytelnik 1977).

11 Helena Lemańska (1919-2017), dokumentalistka i reżyserka; w latach 1949-1967 naczelna redaktorka Polskiej Kroniki Filmowej. Wyjechała z Polski na zawsze w 1969 roku. O Lemańskiej zob. wspomnienie Julii Juryś Cadyk z Kocka miał dwie wnuczki ("Zeszyty Literackie" nr 141 [2018, nr 2]).

Sławomir BuryłaKroniki inne niż wszystkie

Aurelia Wyleżyńska: Kroniki wojenne 1939-1942; Kroniki wojenne 1943-1944. Opracowanie Grażyna Pawlak i Marcin Urynowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, s. 696, 536.

Aurelia Wyleżyńska została zapomniana. Jedynie Tomasz Szarota w wydanej pół wieku temu klasycznej pracy zatytułowanej Okupowanej Warszawy dzień powszedni pośród wielu innych źródeł powstałych hic et nunc cytował niektóre jej zapiski. Dopiero w opublikowanej w 2014 roku rozprawie amerykańskiej badaczki Rachel Brenner The Ethics of Witnessing: The Holocaust in Polish Writers' Diaries from Warsaw, 1939-1945 dziennikowi pisarki poświęcono nieco więcej miejsca. Dobrze się stało, że wreszcie się ukazał.

Dwutomowe Kroniki wojenne... stanowią bowiem cenny zbiór informacji o okupacyjnej rzeczywistości. Na pierwszy tom wspomnień Wyleżyńskiej składają się notatki poczynione pomiędzy sierpniem 1939 a zimą 1942 roku. Drugi obejmuje lata 1943-1944 (do końca czerwca 1944 roku). Czytamy w nich o życiu stolicy, ale nie tylko. Pisarka śledzi zarówno to, co się dzieje w Europie Zachodniej, jak też rzeczywistość na wschodzie II Rzeczypospolitej zajętej przez Stalina. Co pewien czas wybiera się zresztą do rodzinnego majątku na Podolu - do Wielgolasu. Przebywając na stałe w Warszawie, tęskniła do miejsc, w których się wychowała i dorastała. Na Podolu wciąż mieszkała część rodziny; rodziny - dodajmy - o zdeklarowanych, wyrazistych poglądach narodowych (z którymi Wyleżyńska radykalnie się nie zgadzała). W Wielgolasie szukała namiastki spokoju. Generalne Gubernatorstwo - a zwłaszcza Warszawa - stanowiło przecież epicentrum hitlerowskiego terroru. Prowincja, o czym przekonuje choćby wydany ponownie w 2022 roku diariusz Stanisława Rembeka, rządziła się swoimi prawami. Niemców nie spotykało się na ulicach. W dzień pojawiały się wprawdzie oddziały żandarmerii, ale policja polityczna miała swoje siedziby w większych (zwykle powiatowych) miejscowościach.

Wyjazdy poza stolicę pozwalają więc autorce dostrzec i zatrzymać w pamięci wiele scen z okupacyjnych dziejów polskich dworów oraz chłopstwa. Nie jest to wiedza wcześniej nieznana, niedostępna badaczom, ale często zapominamy, że ziemiańskie dworki (razem z chłopstwem) znalazły się w lepszym położeniu niż miasta, w których szalejąca hiperinflacja, przy permanentnym braku towarów, prowadziła do głodu i straszliwego zubożania społeczeństwa. Wyleżyńska dostrzega to w przechodniach spotykanych na ulicach miasta - w ich szarych, wcześnie postarzałych twarzach. Dostrzega w budynkach i arteriach Warszawy nękanych we wrześniu 1939 roku przez bombardowania i ostrzał artyleryjski, a zaraz potem przez nędzę i srogie zimy.

Gospodarstwa szlacheckie - choć znajdujące się w lepszej sytuacji ekonomicznej - nie były oczywiście całkowicie bezpieczne: "Nowe troski, przyjechała sąsiadka, opowiada o napadach bandytów. W Polsce nieodłączne to od wojny, a nawet i bez wojny... Zamaskowani bandyci buszują po domu, zabierają, co się da. Przede wszystkim pieniądze. Wiedzą, że bracia szlachta ma ich obecnie dużo i trzyma w domu". Do kradzieży, szmuglu i łapówkarstwa na wsi i w miastach Wyleżyńska powraca wielokrotnie. Tak jak Kazimierz Wyka w Gospodarce wyłączonej widzi w tym zjawisku nie pojedyncze przypadki, lecz całą sieć patologicznych zachowań. Odnotowuje to z niepokojem i przerażeniem. Zdaje się, że bardziej przeraża ją niemożliwość duchowego odrodzenia niż odbudowy polskich miast przypominających cmentarz wzniesiony z gruzów. Moralne zmartwychwstanie narodu traktuje Wyleżyńska jako warunek sine qua non. Bez odnowy moralnej nie można mówić o zwycięstwie militarnym czy politycznym.

Diarystka odnotowuje zatem wszystkie ważniejsze wydarzenia z historii Warszawy, a także przywołuje wieści z pozostałych miast (niekiedy są one na prawach plotki). Z powodu owego bogactwa zebranego materiału źródłowego niełatwo znaleźć odpowiednik dla jej dziennika. Nie wiem, czy jej zapiski nie są - jak chcą edytorzy Grażyna Pawlak i Marcin Urynowicz - najważniejszym źródłem memuarystycznym z czasów II wojny światowej utrwalonym ręką polskiego pisarza. Zapewne jest to dziennik objętościowo najobszerniejszy - większy niż Zofii Nałkowskiej (nawet jeśli mamy w pamięci fragmenty spalone przez autorkę Granicy z obawy przed aresztowaniem). Być może Kronikom wojennym... dorównałyby objętością Pierwsze trzy miesiące, gdyby Tadeusz Peiper zdecydował się prowadzić dłużej swoje notatki. W przypadku diariuszy wojennych niełatwo jednak o proste paralele czy gradacje. Często powstają one w odmiennych warunkach życiowych, odmienna bywa też pespektywa poznawcza obserwatora. Wystarczy przywołać zapiski Jerzego Kamila Weintrauba, prowadzone w ukryciu, pod nieustanną presją utraty życia. Stanisław Rembek za to nie musi się ukrywać. Zajmuje go przede wszystkim życie mieszkańców prowincji. Grząski sad i Powstanie na Żoliborzu Leopolda Buczkowskiego to nade wszystko dziennik specyficzny ze względu na swą oryginalną formę artystyczną. A przecież to tylko wybrane tytuły i twórcy. Osobny zespół dzieł stanowią te pochodzące od twórców żydowskich, skoncentrowanych na utrwaleniu tamtego wyjątkowego losu. Musimy założyć - o niektórych przypadkach wiemy z całą pewnością - że część diarystyki wojennej zaginęła. Ale też widzimy, że niemal co roku pojawiają się nowe memuary, zdeponowane do tej pory w zbiorach rodzinnych czy państwowych...

Dodajmy więc również to, że Wyleżyńską zajmuje szersze spectrum spraw niż Nałkowską. Można odnieść wrażenie, jakby chciała ona utrwalić wszystko, o czym słyszy i co widzi. Więcej, bardzo często sięga po relacje innych osób albo plotki powszechnie krążące wśród ludzi (oczywiście, zaznaczając każdorazowo status takich informacji). Nałkowska jest bardziej lakoniczna i oszczędna - zarówno w stylu, jak i w podejmowaniu kolejnych tematów. Jednak to Wyleżyńska bez wątpienia oferuje badaczowi o wiele większy zakres wiedzy. Wielka w tym zasługa przyjętej przez nią postawy poznawczej. Przypomina ona po trosze działania reportażysty, po trosze dziewiętnastowiecznego naturalisty, w takim znaczeniu, w jakim ten ostatni jawi się jako wytrwały tropiciel informacji uzyskanych w bezpośrednim kontakcie z otoczeniem, z ludźmi. Pisarka stara się też być uczestnikiem zdarzeń. Stąd codzienne wędrówki po Warszawie, niekiedy podejmowane w sytuacji zagrożenia życia. Nie ma to jednak większego znaczenia dla diarystki, która jest owładnięta pragnieniem dokumentowania dookolnego świata. A dokumentuje niemal wszystko, co składa się na nową, okupacyjną rzeczywistość. Możemy więc zapoznać się z modą, cenami żywności, kursem walut i złotówki, z iście postapokalitycznym wyglądem Warszawy, ale też i z tym, jak jej mieszkańcy w tych warunkach spędzają wolny czas, jak oceniają przedwojenne władze i przyczyny klęski wrześniowej, jak zachowują się znienawidzeni Niemcy. Nie ma warstwy społecznej ani grupy etnicznej, której nie spotkamy w Kronikach wojennych... Niemcy, Żydzi, Ukraińcy, robotnicy, chłopi, kler, ziemianie, inteligenci - przewijają się przed naszymi oczyma obok szmuglerów, szmalcowników, działaczy politycznych, kolaborantów, konspiratorów, artystów i uczonych.

Być filologiem klasycznym Mieczysław Mejor

Najbardziej znanym filologiem klasycznym w Polsce jest obecnie Marek Krajewski. Swą niewątpliwą popularność zawdzięcza jednak nie propagowaniu antyku, lecz krwawym historiom opowiadanym w serii poczytnych kryminałów. Zapewne większość czytelników nie zdaje sobie nawet sprawy, kim jest z zawodu ich ulubiony autor. Pan dr Krajewski porzucił w pewnym momencie piękny zawód filologa, wykładowcy prowadzącego zajęcia na Uniwersytecie Wrocławskim, i poświęcił się pisarstwu. Nie analizuje już więcej ze studentami tajników starogreckiej poezji, nie przepytuje ich ze znajomości słówek, z form gramatycznych, nie wysłuchuje z cierpliwością dukania naśladującego metryczne czytanie skomplikowanych strof. Na temat okoliczności przejścia na jasną stronę mocy opowiadał w wielu wywiadach ze zrozumiałą powściągliwością. Na pewno znajomość antycznej literatury pomaga mu w budowaniu skomplikowanych fabuł, a filologiczna akrybia w odtwarzaniu historycznego tła.

Starsze pokolenie przechowuje w pamięci obraz filologa klasycznego utrwalony przez własne doświadczenia wyniesione z lekcji łaciny lub ćwiczeń uniwersyteckich - tyrana gnębiącego słuchaczy schematami odmiany i zawiłościami zamiany składni nominativus cum infinitivo w accusativus cum infinitivo, lub melancholijnego miłośnika świętego spokoju, ograniczającego się do wyuczenia studentów na pamięć paru przysłów i prawniczych paremii. Inni jeszcze mają wyobrażenie filologa ukształtowane przez literaturę na wzór i obraz starszego pana Bergereta w Manekinie trzcinowym Anatole'a France'a. Bergeret, zamknięty w swoim chłodnym pokoju, przytłoczony zewsząd książkami, usiłował przygotować wykłady o Eneidzie Wergiliusza. Zamiast jednak myśleć o subtelnościach łacińskiego heksametru i poetyckiego języka Marona, marzył, by znaleźć się na brzegu błękitnego morza, oddychać powietrzem słonecznej Italii, Grecji i Azji...

Nieodzownym atrybutem filologa jest posiadanie dużej biblioteki: teksty w oryginale, w kolorowych oprawach: pomarańczowe szeregi greckiej, niebieskie zaś łacińskiej serii Teubnera, z kolei zielone obwoluty tekstów łacińskich i niebieskie greckich w wydaniu Clarendon Press z Oxfordu, pomarańczowe greckie i łacińskie z serii Guillaume Budé, wielojęzyczne słowniki, rozmaite opracowania, przekłady, roczniki czasopism, papiery z własnymi notatkami, setki tomów, które zwykle już nie mieszczą się w dwu rzędach na półkach i piętrzą się w stosach na podłodze. Najgorzej, gdy zrozumiała w epoce przedinternetowej potrzeba zbierania fachowej literatury przeradza się niepostrzeżenie w pasję magazynowania książek, bo - w mniemaniu właściciela księgozbioru - mogą się kiedyś przydać. Mania zbieractwa, która w postaci patologicznej przechodzi już w nieposkromiony pęd gromadzenia wszystkiego, nazywa się zespołem Diogenesa (po niemiecku Messie-Syndrom od ang. mess - bałagan). Dotknięty tym schorzeniem nieszczęśnik nie odczuwa jakichś dolegliwości związanych ze zbieracką działalnością, jest najbardziej szczęśliwy, gdy przebywa w swoim doszczętnie zagraconym mieszkaniu. Dla otoczenia zaś, dla rodziny jest to prawdziwy dopust boży i nieszczęście.

Nowoczesny filolog w żaden sposób nie przypomina takiego Diogenesa, nie ma nawet mowy o podobnych skojarzeniach. Obowiązuje porządek i swoiste armistycjum między koniecznością posiadania podstawowych narzędzi pracy, książek, słowników, a wymogiem nowoczesności - pracą wyłącznie w Sieci i z wykorzystaniem zdigitalizowanych zbiorów. Marek Krajewski ostatnio udostępnił swoim fanom na portalu społecznościowym zdjęcia przedstawiające jego nową pracownię. Panuje w niej szlachetny porządek i umiarkowana skromność. Ergonomiczne wyposażenie umożliwia pracę na siedząco, na stojąco, a nawet na leżąco, gdyby przez chwilę trzeba było dać odpocząć plecom, położyć się i połączyć w myśli splątane wątki nowej powieści. Nic zatem z obrazu pracowni filologa starej daty - jaskini wypełnionej doszczętnie papierami.

Także próby przeniesienia pracy uczonego z domu do pracowni w budynku biblioteki lub instytutu, gdzie można do woli otoczyć się potrzebnymi książkami i pracować w izolacji od świata zewnętrznego, sprawdzają się tylko w wyjątkowych sytuacjach. Są, owszem, filolodzy, którym to bardzo odpowiada, bo nie dysponują własnym domowym warsztatem, rzadkimi i drogimi książkami lub potrzebują spokoju do pracy, którego nie znajdują w domu. Boć w bibliotece dzieci nie wpadają z krzykiem do pokoju, żona nie pragnie usilnie podzielić się swoimi przemyśleniami, a przejeżdżający w pobliżu tramwaj nie wprawia w drżenie ekranu komputera.

Jak pisał w Alchemii słowa Jan Parandowski, filolog i znakomity pisarz, warsztat twórcy znajduje się tam, gdzie są jego narzędzia. Zatem praca w zaciszu własnego gabinetu, pośród własnych książek i notatek, ulubionych przedmiotów-fetyszy jest najbardziej naturalnym miejscem twórczej roboty. Łączy się to z niewypowiedzianą błogością, której nic chyba nie jest w stanie przewyższyć. Sama myśl o tym wywołuje w filologu dreszcz specyficznej rozkoszy. Fizjologia pracy twórczej jest poza tym bardzo zindywidualizowana. Jedni potrzebują hałasu poza domem, żeby się wyłączyć i lepiej skupić na swoich myślach, drudzy, a jest ich więcej, wprost przeciwnie - szukają izolacji i ciszy.

Praca w domowym ustroniu łączy się z prawdziwą przyjemnością, świadczą o tym wyznania twórców oraz rozliczne exempla. Na przykład pewna starsza pani, bibliotekarka z biblioteki uniwersyteckiej, która pracowała tam od niepamiętnych czasów, prowadziła w domu, jak głosiła miejscowa legenda, swoją prywatną kartotekę wypożyczeń, duplikat tej z biblioteki. Wracała wieczorem do siebie i gdy zakończyła zwykłą domową krzątaninę, związaną z przygotowaniem posiłku, zmywaniem, gotowaniem itp., zasiadała do stołu, na którym stawiała pudło z kartami czytelników. Nad stołem zwisała nisko lampa, rzucając ciepłe światło na pożółkłe kartoniki, radio, świecąc zielonkawo magicznym okiem, przekazywało prognozę pogody dla rybaków, a nasza pani pochylała siwą głowę nad kartoteką i dokonywała jej melioracji. Przesuwała powoli karty, celebrując, sprawdzała daty wypożyczeń, sortowała pozycje do prolongaty i typowała ociągających się czytelników do wysłania im ponagleń. Błogie zajęcie w zaciszu domowym w miejscu pracy nie sprawiało jej takiej przyjemności, gdy ubrana w służbowy satynowy fartuch spędzała godziny za kontuarem.

Żaden filolog i historyk starożytności nie może się jednak mierzyć stopniem popularności z niedawno zmarłym Aleksandrem Krawczukiem. Profesor w pewnym momencie swego życia zdobył naprawdę olbrzymią poczytność u rzeszy czytelników. Nie tylko wydawał liczne książki popularyzujące historię starożytnej Grecji i Rzymu, biografie i poczty rzymskich oraz bizantyjskich cesarzy, lecz także chętnie pokazywał się w telewizji, prowadząc przez lata pogawędki na temat starożytności. Udzielał wywiadów w prasie i w radio, korzystając z rosnącej wciąż popularności. Media wylansowały go na prawdziwego popularyzatora wiedzy o starożytności. Okazało się, że w smutnych czasach lat osiemdziesiątych minionego wieku, pełnych dramatycznych wydarzeń, można było zainteresować antykiem bardzo wielu ludzi. Był to jakiś plaster na zbolałą zbiorową duszę Polaków. Nie po raz pierwszy antyk odegrał taką rolę - był ucieczką od codzienności, a zbieranie i lektura książek Krawczuka nadawały egzystencji wielu czytelników pewien doraźny cel. Polowanie na nowości wydawnicze: książki Krawczuka czy Anny Świderkówny, tak jak Waldemara Łysiaka czy tomy serii ceramowskiej, stało się sportem ogólnonarodowym. Zjawisko warte opisania na pewno w kategoriach historycznych i socjologicznych. Popularnością w tych latach Krawczuk przebił zapewne samego Jana Parandowskiego, którego Mitologię wszak przeżuwało w piątej klasie podstawówki kilkadziesiąt pokoleń uczniów.

Profesor Krawczuk, by pominąć tu jego uwikłanie w bieżącą politykę i wynikające stąd rozczarowanie i niewątpliwy spadek popularności wśród niemałej części czytelników, oprócz zawodowych zainteresowań dla antyku miał jeszcze jedną cechę, tak częstą wśród filologów i historyków, mianowicie niepohamowaną skłonność do gromadzenia książek. Znany był wśród krakowskich antykwariuszy i bibliofilów jako niestrudzony "łapacz" czytadeł i białych kruków. Jego olbrzymi księgozbiór stał się legendarny.

Miejsce profesora Krawczuka w sercach miłośników antyku zajął z czasem inny filolog klasyczny, Zygmunt Kubiak. Z eseisty i tłumacza, znanego szerzej elitarnym kręgom czytelników ówczesnego Tygodnika Powszechnego, dzięki działaniu niewidzialnej dźwigni marketingu zmienił się w cieszącego się ogromną popularnością i renomą autora. Umiejętnie podtrzymywał swą popularność, wygłaszając często odczyty, biorąc udział w spotkaniach autorskich, ba, śladem zagranicznych wydawnictw organizował dla miłośników antyku studialne wyprawy do Grecji. Jego nagła, nieoczekiwana śmierć przyniosła kres zarówno jego rozwijającej się wielkiej popularności, jak i rosnącego zainteresowania rzesz czytelniczych antyczną tematyką. Nie mogły zapełnić tej luki książki Anny Świderkówny, która z czasem odeszła od ulubionej dziedziny papirologii i historii hellenistycznej ku egzegezie ksiąg biblijnych. Prace te wprawdzie cieszyły się także wielką poczytnością i zdobyły swój segment rynku czytelniczego, ale popularnością nikt już Kubiaka nie przebił.

Antyk, mimo olbrzymiej konkurencji na rynku księgarskim i na ekranie, ma jednak wciąż swoje miejsce w literaturze, na eseje i powieści o tematyce antycznej czeka niemała grupa czytelników. Świadczą o tym m.in. wznawiane powieści Jacka Bocheńskiego, filologa-seniora, książki historyczne z kluczem (tzw. trylogia rzymska: Boski Juliusz, Nazo poeta, Tyberiusz Cezar), które znajdują wciąż swoich czytelników.

Na razie łacina powraca do szkół jako przedmiot nadobowiązkowy, nie można zatem wykluczyć, że antyk jako temat odzyska za jakiś czas miłośników i ponownie zacznie cieszyć się popularnością wśród rzesz oddanych czytelników.

Syzyf Zuzanna Rybarczyk

Opustoszał po nim Korynt. Magazyny portowe, wzniesione pracowicie nad wybrzeżem sarońskim, splądrowali lakońscy zbójcy, a ponieważ miastu, w którym panowało bezkrólewie, odmawiali płacenia danin przybysze zarówno ze wschodu, jak i z zachodu, dawne bogactwo Koryntu malało nieuchronnie. Cichł stopniowo zgiełk stoczni, a o niegdysiejszym huku kuźni i warsztatów przypominało jedynie słabe echo, odbijające się niezdarnym rytmem wspomnień od skał Akrokoryntu. Białe ulice miasta wiły się pośród budynków samotnie; dawne, mrówcze roje mieszczan chowały się teraz w cieniu własnej pamięci lub podłużnymi wędrówkami udawały się do sąsiednich krain, by odnaleźć tam lepsze życie. Opustoszał i targ Koryntu, gdzie sławiono dawniej Olimp i gdzie do smaku ambrozji porównywano zapach świeżo złowionych ryb, za które dziękowano bogom, nosząc do świątyń posiłki i nektary. Miasto bladło w pamięci Greków, a wraz z nim także imię jego pana. A imię króla było Syzyf i oznaczało tragedię i absurd losu ludzkiego.

Pchał więc skazany ten wielki głaz bez słowa, z zębami wbitymi w wargi i czołem podniesionym wysoko, a sapał przy tym i mruczał w rytm melodii własnych kroków. Ostre skały raniły jego stopy, otwierając na całej skórze rany, w które wlewało się gorące błoto. A Hades kwitł w owym czasie. Kolce róż pięły się po krzakach, drzewach i górach, a woda wrzała w strumieniach. Wieczny zachód słońca gorzał w oddali perłowym blaskiem, który przecinał wzdłuż całą krainę umarłych. I było tam naprawdę pięknie.

Miażdżony cieniem własnej winy, przystawał Syzyf co parę kroków, by przyjrzeć się bezkresowi Hadesu i uszczęśliwiony znów dźwigał kamień. Nie myślał przy tym wiele. Głowa jego była głazem, a głaz, który pchał, był jego głową, i napawało go to spokojem, a ten kojącym gestem obejmował wyłamane barki mężczyzny. Miał Syzyf jeden tylko sen, powracający uparcie jako widmo zagłuszanej świadomości. Czasami, gdy przymykał powieki, by ukryć oczy na chwilę przed jasnymi promieniami słońca, widział dwóch mężczyzn siedzących przy bezlistnym drzewie. Trwali w bezruchu, jakby czekając na coś. Nie mógł tylko Syzyf dosłyszeć, o czym rozmawiali ci dwaj, bo własne jego kroki i sapanie zagłuszały odległy dialog. Marszczył brwi i odpędzał przedziwne widzenie, a ono spływało wzdłuż jego krzywego kręgosłupa wraz ze słonym potem i skapywało na ślady stóp, jakie pozostawały za nim, wyżłobione w ziemi.

Myśli jednak miał już zmącone i niepokojący bałagan instynktów pulsował w nim niejasnym przeczuciem. Senny świat tym bardziej przejmował go strachem, że bezsilność zjaw przypominała mu jego własną. Tragedia ich, myślał, polega na bierności; nie można czekać ulegle na coś, co ma nie przyjść, ale nie sposób nie czekać, gdy się nie wie, czy to przyjdzie. Lecz oni, kontynuował, żyją poza przestrzenią, czasem i historią, dlatego czekają naiwnie i wiecznie, bo nie ma ich co wybudzić z tego daremnego stanu.

Stopa uwięzła mu nagle w brunatnym błocie i kamiennym gestem zastygł w miejscu. Oczy zaszły mgłą, a mięśnie zwiotczały boleśnie. W odbiciu sennym malowała się płynnym ruchem jego własna historia. W oddali dostrzegał korynckiego buntownika, któremu przekuto blask oczu i wyrwano z gardła język. Jaskrawe barwy olimpijskich uczt wirowały w jego pamięci rozdzierającym wrzaskiem, a krzyk ten chwalił odwagę zwyciężającego nad Aresem. Wspomnienia dawnej potęgi wylały się wraz z wodami Styksu, a Syzyf wytrzeszczył oczy i jęknął żałośnie. Głaz na jego barkach stał się naraz lekki i jakby mniejszy, góra - łagodniejsza i niższa. Przypomniał sobie król Koryntu swoje miasto i pałac, i zapragnął stanąć na zamkowej terasie. A potem pomyślał o tym, który wysłał go na wieczną mękę, i zapragnął z nim walczyć.

Warknął jak głodne zwierzę, unosząc wzrok ku górze. Tajemnica zachmurzonego nieba iskrzyła się bladą purpurą horyzontu o zachodzie. Syzyf zbielałą tęczówką spojrzał na swój głaz i po raz ostatni popchnął go w dół niewolniczym gestem. Kamień potoczył się wąwozami wydeptanych w skale dróg i uciekł czujnemu spojrzeniu mężczyzny. Ten zaś podążył bolesnym krokiem w tę samą stronę, ku równinom rozpościerającym się u podnóża góry. Wędrował długo, a w tułaczce towarzyszyły mu owady lgnące do jego spoconej skóry. Liście mijanych drzew głaskały go uprzejmie i szeleściły gościnną melodią, która rozbrzmiewała echem po całej krainie umarłych. I dotarł Syzyf po wielu dniach do celu i stanął na ciepłej ziemi Hadesu. Gleba kołysała się nieznacznie, wypuszczając makowe pędy, a przypominała przy tym lwią matkę, która opuszcza swoje dzieci na starość.

Wśród roślin znalazł przyjaciół, a jego głowa otworzyła się i stamtąd bluszcz wypuścił swoje liście, które rzucił grzywą na plecy mężczyzny. Pnącza loków kwitły wokół jego karku, huśtając się w rytm podmuchów słońca. I czekał, spoglądając na szczyt góry, który ginął w bezmiarze nieba. Wypatrywał tego, który miał przybyć i ukarać go, lecz Hades milczał. Włożył więc Syzyf ręce w podarte kieszenie i ruszył przed siebie, pogwizdując cicho.

Zbigniew MentzelPamiętniki z Żoliborza

Są! Długo wyczekiwane, wreszcie są. Pamiętniki z Żoliborza 1991-2021. Od miesiąca mam je na biurku. Cztery ciężkie, ogromne tomiska. Dwa tysiące sześćset siedemdziesiąt stron! Monumentalna autobiografia. Wiarygodne świadectwo polskiego życia codziennego po upadku komunizmu. Książka porażająco autentyczna.

Któż takie świadectwo nam przedstawia? Człowiek od trzydziestu z górą lat znany dobrze nie tylko mieszkańcom warszawskiego Żoliborza. Nie, to nie Jarosław Kaczyński, który, jak mu polityczni przeciwnicy wypominają, codzienności polskiej nie zna, lęka się jej, unika. Autorem Pamiętników... jest Krzysztof Jastrzębski, pan i władca na kilku metrach kwadratowych osobliwego terytorium, dzierżawca pawilonu albo, jak kto woli, zagraconej budy przy ulicy Słowackiego w strategicznym punkcie pomiędzy Urzędem Dzielnicy a domem towarowym "Merkury". Historyk z wykształcenia (rocznik 1948), samouk, bibliofil, kolekcjoner, piechur, szachista, karciarz jest od dawna antykwariuszem, czy, jak lubi sam o sobie mówić, "przekupniem książkowym". Tłum klientów chorobliwie wręcz od jego placówki uzależnionych oblega ją codziennie długimi godzinami. Antykwariat z książkami i lokalny Hyde Park, agora, klub dyskusyjny dla samotnych. Żoliborska inteligencja - lekarze, poeci, inżynierowie, emerytowany sędzia, byli parlamentarzyści - obok nich kloszardzi, którzy poszukując swego Graala, penetrują okoliczne śmietniki, na koniec "obywatele żebrzący o datek na flaszkę". Barwną swoją klientelę pan Krzysztof trzyma krótko: "O tym, kto tu jest profesorem, decyduję ja" - mówi tonem nie znoszącym sprzeciwu. Każda próba polemiki może skończyć się zakazem obsługi: dwudniowym, tygodniowym, miesięcznym, ostatecznym. Nieliczni wybrańcy otrzymują przezwiska: jest Wielki Elektronik, Rewolwerowiec, Bokser, Einstein, Wąż, Oficer, Car Mikołaj... Pochlebia mi, że w uznaniu zasług: znienacka robionych zachłannych zakupów, i ja z czasem dostałem piękną ksywę - Meteor.

*

Kiedy w 2005 roku młody wówczas reżyser z Filmowej Szkoły Andrzeja Wajdy, Maciej Cuske, nakręcił o Krzysztofie Jastrzębskim wysoko oceniony dokument Antykwariat, Tadeuszowi Sobolewskiemu przypomniał on filmy Paula Austera i Wayne'a Wanga Dym czy, późniejszy, Brooklyn Boogie. Oba dawały sugestywny obraz małej nowojorskiej trafiki, gdzie osamotnieni ludzie z okolicy przychodzą na dłużej, by ze sobą pobyć, pozwierzać się, posprzeczać. Właściciela trafiki grał mistrzowsko Harvey Keitel; Sobolewski nie mógł pozbyć się wrażenia, że pan Krzysztof jest do niego podobny: mentalnie, a nawet fizycznie. W złym humorze traktuje klientów oschle, wręcz lekceważąco, historii, które opowiadają, słucha na pozór nieuważnie, ale wszystkie odnotowuje w swej komputerowej pamięci, by, jak mówi, z paszczy najgorszej bestii - potwora zapomnienia - wyrywać starzejące się, zmęczone życiem indywidua: dziwaków, niedocenionych geniuszy, melancholików, słowem, nas wszystkich, oczywiście, z wyjątkiem "ludzi sukcesu", którzy łudzą się, że nad swoim światem panują.

*

Uwaga! Do antykwariatu zbliża się jeden z klientów. Postać zupełnie wyjątkowa. Inżynier architekt Edward Mazik, jak zwykle w czarnej jesionce, eleganckim przyodziewku po Aleksandrze Prystorze, premierze rządu II Rzeczypospolitej w latach 1931-1933. Zanim się rozpadły, inżynier nosił także buty po Wojciechu Korfantym i kapelusz po kardynale Aleksandrze Kakowskim. Jak ta garderoba trafiła do Mazików? Pamiętnikarz wyjaśnia: "Ojciec Edwarda, Józef Mazik w czasach carskich był w oddziale bojowym PPS Piłsudskiego [...] Postrzelony i złapany z bronią trafił do więzienia i przez pewien czas przebywał w jednej celi z Feliksem Dzierżyńskim. Siedem lat przesiedział bez wyroku. Kiedy wybuchła rewolucja, został komisarzem w Orle. Do bolszewików się rozczarował i zapragnął wrócić do Polski, co nie było łatwe [...] Wydostał się z Rosji z oficjalną delegacją litewską, bo jego żona była Litwinką i to podczas podróży między Moskwą a Kownem urodził się Edward". A jesionkę Aleksandra Prystora przyniosła do Mazików jego żona. Byłego premiera zabrało z Kowna NKWD w 1939 roku. Umarł w sowieckim więzieniu. Podobno - czytamy w Pamiętnikach... - Józef, ojciec Edwarda, będąc komisarzem w Orle, ukarał za pijaństwo Józefa Becka, słynnego później ministra spraw zagranicznych. "Przeczytałem dwie biografie ministra-pijaka, ale w żadnej nie znalazłem ani słowa o tym incydencie. Nie znalazłem, bo autorzy pisali po łebkach". Krzysztof Jastrzębski, historyk amator, nierzadko zapędza w kozi róg akademików, nie szczędząc im przy tym złośliwości.

4/2023

W POPRZEDNIM NUMERZE

Piotr Szewc Niebieskie znaki; Wróbel powiedział; Istotna przyczyna; Plan Boży; Jedna nitka; Zielony anioł; Od Sitańca do Sitna; Pan Szmiga w sadzie; Mgły nad wodami; Listek akacjowy; Srocze życie; Rzeka błękitu

Dariusz Bitner Rip

Józef Kurylak Charon; Uniwersytet; Latarka; Zakon; Widmo; Poranek

Stanisław Chyczyński Jeden dzień w K.

Maja de Lacoste ?(Kiedy się w samotność wsiada jak w tramwaje); ?(Historio głupia); ?(Ścieżko tak dobrze znajoma,); ?(Ani dalekie kraje); ?(Łza popłynęła strumykiem); ?(Wszystkie domy w miasteczku Stołpce)

Bogdan Nowicki Obrzyn. Z cyklu Chropowieści z tysiąca i jednej hałdy

Maciej Bieszczad Pasaże; Soar; Wygnanie; Do Tadeusza Borowskiego; Nokturn w tonacji wyludnionego miasta

Robert Kurpios Wojna z Czechami; Elvis

Zbigniew Masternak Szkice prowincjonalne

Krzysztof Wołodźko Wiele się działo. Intymna historia ludowej Polski

Andrzej Zieniewicz Wiersz, czyli ciało mowy

Krzysztof Bielecki W sen się obrócisz

było i było

Leszek Bugajski "Twórczość" 1979 - rewolucja, ach ta rewolucja

archiwum

Henryk Bereza Oniriada

książka miesiąca

Wojciech Mazurek Nic, nic, nic w 354/XI/34

[Krzysztof Mrowcewicz Burza i zwierciadło]

wśród książek

Piotr Wiktor Lorkowski Wiedza aforysty, niewiedza poety

[Zbigniew Chojnowski: Tarcze z pajęczyny. Sentencje o czytaniu, poecie, poezji, tworzeniu, wierszu, z dodatkiem.; Tyle razy nie wiem]

Andrzej Juchniewicz Opowiedzieć radość, opowiedzieć cierpienie

[Katarzyna Kuczyńska-Koschany Łania w styczniu]

Leszek Bugajski 34 kilometry w 36 lat

[Roman Wysogląd 34 kilometry od Pałacu Kultury]

Piotr Kępiński Cząstki organiczne

[Michał Witkowski Tango]

Kamila Dzika-Jurek Kopnięty kwadrat

[Katarzyna Szaulińska Czarna ręka, zsiadłe mleko]

Wacław Holewiński Z półcienia

[Maria Jentys-Borelowska Portret w półcieniach]

Maciej Lercher Czy teatr może być zbawiony

[Bogusław Jasiński Kwestia Teatru]

na widnokręgu

Piotr Szewc Mops, pingwiny i uświęcony status. Notatki o poezji Artura Międzyrzeckiego

Andrzej Sulikowski Poketto. Pocket diary

Dariusz Pawlicki Księgi pocieszycielki

Zbigniew Mich David Hockney. Pory roku

przegląd zagraniczny

Bronisław Świderski Dania

noty

Paweł Majcherczyk Biblioteczne natręctwa

Stanisław Dłuski "Nie czytuję poezji, ale czytam Anne Sexton" (confessional)

Wojciech Chmielewski Rzeka

Ignacy Kotkowski Noc jest moim pasterzem

książki nadesłane

cokolwiek daléj

Przemysław Dakowicz Das Schloss. Siostry Franza Kafki w getcie L. (cz. 1)

dziennik 2023

Zbigniew Mentzel Spór o jedno zdanie Goethego

3/2023

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Przemysław Dakowicz (zastepca redaktora naczelnego, poezja, ksiazki poetyckie),

Wojciech Kudyba (eseje),

Wojciech Łysek (redakcja, korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Antoni Winch (proza).

SEKRETARIAT:

Małgorzata Brodacka

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2023 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Ceny na rok 2023: numer pojedynczy - 13 zł; numer łączony 7/8 - 20 zł; prenumerata półroczna - 75 zł; prenumerata roczna - 150 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 SWIFT CODE: GOSKPLPW Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską. za pośrednictwem RUCH S.A.: Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl WYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI" są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi) oraz nexto.pl (pdf) i e-kiosk.pl.

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.