Andrzej DziurawiecHistoria o naszym do nieba wstąpieniu
Kiedy teraz człowiek patrzy w dół, tam, gdzie wcześniej Siedliszczki były, a gdzie teraz tylko czarny ugór jest, nic więcej, więc kiedy tak człowiek patrzy, to się zastanawia, od czego to się zaczęło. Dlaczego teraz wszyscy w górze, pomiędzy chmurami siedzimy i wcale za tamtymi Siedliszczkami nie tęsknimy. I tak sobie myślę, że to wszystko się od nudy strasznej zaczęło. Bo trzeba wiedzieć, że nic się w naszej wsi nie działo. Zupełnie nic. Nawet do karczmy nie chciało się iść, bo od czasu, jak mu żona z jakimś sztukmistrzem do Lublina uciekła, Szlomo miał taką ponurą minę, że i gorzałki odechciewało się pić. Nasz dziedzic też ze skwaszoną miną chodził i co rusz na drugą stronę rzeki spoglądał. Po prawdzie to trudno mu się było dziwić, bo co tam spojrzał, to widział pałac w Brzezicach. Gdzie tam było jego dworkowi do białego, brzezickiego pałacu! Tak jak i naszemu dziedzicowi do właściciela tego pałacu, hrabiego Scipio del Campo od rzymskich Scypionów ród swój wiodącego.
W Brzezicach to i owszem, tam to się działo! Hrabia był dobrym gospodarzem, pola u niego odrobione, pszenica wysoka jak las. Stajnie, obory, spichrze, wszystko z białego kamienia murowane, błyszczały w słońcu, bo i słońca w Brzezicach było więcej niż u nas. A jakby tego było mało, to jeszcze miał hrabia kuzyna Michała. Też hrabiego. A ten kuzyn był jakimiś awiatorem czy innym diabłem i jak przyjeżdżał do Brzezic, to aparatem latającym fruwał nad giełczewskimi łąkami i nasze bydło płoszył. Aż raz Wilkołków jałówka całkiem piękna w torfowisku się utopiła. Hrabia Michał za szkody zapłacił, ale zadra pozostała. Nic więc dziwnego, że gdy w naszym lesie zabawa była i brzeziczaki jakieś się na niej pokazali, to nie było mowy, żeby o własnych siłach do siebie wrócili. A na zabawy przychodzić musieli, bo nasze dziewuchy na całą okolicę z nadzwyczajnej urody znane były. Za to chłopy, ech, nawet nie ma co mówić.
I jakby tego było mało, to u Scypionów trzech synów jak młode dęby rosło, a u naszego dziedzica córeczka tylko jedna, od ziemi jeszcze nie odrosła. Aniela jej było na imię.
Tak więc żyły Siedliszczki we wstydzie, nudzie i zgryzocie. Żyły tak aż do lata 1915 roku. Ostatni dzień lipca tego roku pamiętny był to dzień w dziejach naszej wsi. Od Lublina, chełmską szosą, przyszli Austriacy i Niemcy, car batiuszka przestał być naszym carem, a w starą Kiełbasinę piorun wziął i strzelił. Dla naszej wioski nastały wreszcie dobre czasy.
I dziwna rzecz, szlag Kiełbasiny od tego pioruna wcale nie trafił. Może dlatego, że niemal trafił ją trzy dni wcześniej, kiedy do jej obejścia zaszedł Grigorij Siergiejewicz Walijew, żandarm z miasta. Ten mniejszy. Bo na posterunku w Piaskach dwóch żandarmów było i zawsze jeden był mniejszy, a drugi znowu większy. Długo nie mówił, z czym przyszedł, tylko się swoimi skośnymi, chytrymi oczkami po chałupie rozglądał. Za bardzo się po czym nie miał rozglądać, bo u Kiełbasów raptem jedna izba była. No to jak się już narozglądał, to o męża Kiełbasinę spytał, czy w domu. Walerka w domu nie było, bo jak wszystkie chłopy w sposobnym wieku w ruskim wojsku służył. No właśnie, może służył, a może nie służył. Bo dopiero co pod Kraśnikiem wielka bitwa była, nasi w dupę mocno od Niemców wzięli, a Walerek zaginął. I nie wiadomo, czy poległ uczciwie za cara batiuszkę, czy do niewoli się dostał, czy może, nie daj Bóg!, wziął i zdezerterował. Kiełbasina klęła się na Przenajświętszą Panienkę i wszystkich świętych na dodatek, że męża od roku wcale nie widziała, ale Grigorij Siergiejewicz i tak całe obejście sprawdził, w każdy kąt zajrzał. Nie po to tłukł się cztery wiorsty z miasta, żeby nie zajrzeć. Ale ani w chałupie, ani w ogóle w obejściu Walerka nie było. Żandarm szklankę samogonu wypił, chlebem z solą zakąsił, odbeknął dyskretnie, poszedł. A Kiełbasina dopiero zaczęła się zamartwiać. Bo co by nie mówić, mąż to jednak mąż jest i pewnie szkoda jej chłopa było. Tym bardziej że stara Kiełbasina jeszcze bardzo stara nie była, dwadzieścia parę wiosen jej było i może wcale nie chciała być wdową. Bo co to za przyjemność samej pole uprawiać, całą gospodarkę mieć na głowie. Inna sprawa, że jakaś wielka to ta gospodarka nie była, trzy morgi wszystkiego, i to lichej ziemi, pod samym lasem. Ale krowę całkiem dobrą mieli i kobyłkę niczego sobie, sadu kilka prętów i nawet kawałek lasu własnego. Robić było co, a Kiełbasina cały rok bez męża żyła i nie chciała już dłużej. Akurat czas był południowego udoju, poszła więc Kiełbasina do obórki. Doiła i płakała, a mleko i łzy do cebrzyka się lały. I skarżyła się na swój los Krasuli, no bo komu się miała kobiecina poskarżyć.
Tymczasem całkiem niepotrzebnie Kiełbasina łzy z mlekiem mieszała, bo wtedy jeszcze wcale wdową nie była. Walerek żył i pił gorzałkę ze Szlomo karczmarzem. Do domu bał się wracać, bo z ruskiego wojska uciekł i wiedział, że żandarmi będą go szukać, a do karczmy, wiadomo, nikt ostatnimi czasy nie zaglądał. Niewesołe to było picie. Sami w izbie siedzieli, gorzałkę pili i nic do siebie nie mówili. Walerek napatrzył się na wojnie, oj napatrzył, że i słowami nie opowiesz, a Szlomo, wiadomo, za żoną tęsknił, chociaż ona niecnotliwie z innym do miasta wielkiego odeszła. Więc milczeli, bo jeden wiedział, co drugiego boli, to i o czym było mówić.
Dopiero ciemną nocą Walerek do domu wrócił i żonę tak wystraszył, że mało co nie osiwiała. Ale nie osiwiała wtedy, dopiero następnego dnia, kiedy pod figurą piorun wziął i ją strzelił.
Walerek wstał rano, kwas wypił i wrócił do łózka, kaca odsypiać. Kiełbasina śniadanie mu naszykowała, postała chwilę nad mężem. Ledwo go poznawała, wychudł jej Walerek, zmizerniał. Śniło mu się chyba coś niedobrego, może i ta wojna straszna, bo jęczał okropnie i rzucał się przez sen. Kiełbasina przyłożyła mu kompres zimny na rozpalone czoło i poszła gadzinę oporządzić. Później pokręciła się po chałupie, na śpiącego niespokojnie męża znowu popatrzyła, kompres mu zmieniła. Jeść wcale nic nie mogła. Nie wiedziała, co ze sobą począć, więc z tego wszystkiego poszła pomodlić się pod figurę, Panu Najwyższemu za szczęśliwy powrót męża podziękować. Wcale się nie oglądała, że już burza nad lasem krążyła, chustkę na głowę zarzuciła, żeby włosami rozpuszczonymi diabła nie kusić i poszła. A włosy Kiełbasina miała piękne jak rzadko. Złote jak lipcowa pszenica, grube, gęste, długie do pół pleców. Więc modliła się Kiełbasina pod figurą na rozstaju, a burza nad nią krążyła, krążyła i nie chciała odejść. Odmówiła różaniec, skład apostolski i trzy zdrowaśki i już miała do chałupy wracać, kiedy piorun świetlisty wziął i ją strzelił. Strzelił, ale nie zabił.
Nie wiedzieć, jak długo Kiełbasina bez świadomości na rozstaju pod figurą leżała, a kiedy się przebudziła, to wcale nie wiedziała, co się z nią stało i dlaczego tak pod figurą leży. Pod wieczór już było, gdy do siebie wróciła. Walerek przed domem siedział głodny i zły, ale jak żonę zobaczył, to wcale na nią ręki nie podniósł, oczy tylko wybałuszył i jąkać się zaczął. A później krzyczeć zaczął strasznie i do chałupy uciekł, drzwi za sobą zatrzasnął. Kiełbasina nie wiedziała, co się mężowi stało, dlaczego przed rodzoną ślubną ucieka. Dopiero później, kiedy Walerek zza zazdrostek przez okno ostrożnie wyjrzał i uwierzył, że to nie zjawa jakaś z pól bitewnych doń przyszła, tylko jego własna żona do drzwi się dobija, wpuścił ją i bez słowa lustro jej pokazał. Nie poznała siebie Kiełbasina, dopiero po chwili zrozumiała, że to jej własna głowa w lustrze się odbija i wtedy to ona krzyczeć zaczęła, głośniej nawet niż przedtem Walerek. Bo od tego pioruna Kiełbasina ze szczętem osiwiała i w jednej chwili starą Kiełbasiną się stała, a nad nami wreszcie zaświeciło słońce. Nasza wieś miała się teraz czym przed ludźmi pochwalić, a ludzie z najdalszych stron, aż spod Łysołaj i Cycowa zaczęli do Siedliszczek pielgrzymować.
Bo piorun nie tylko włosy Kiełbasinie pobielił, ale w ogóle ze szczętem ją odmienił. Już wcześniej trochę dziwna była. Mówiła mało co, nie tak jak inne baby, i do lasu często sama chodziła, zioła, a może nie tylko zioła zbierała. Inna rzecz, że gdzie miała chodzić, jak oni pod samym lasem żyli, sąsiadów żadnych nie mieli, a do wsi, do dworu, do karczmy dalej mieli niż do tej figury na rozstaju. Już dobrych kilka lat po ślubie z Walerkiem była, a dzieci żadnych nie mieli. Mimo to Walerek prawie że jej nie bił, a po tym, jak ją ten piorun strzelił, to już wcale nie. Może i dlatego, że on się własnej żony bał. Bo Kiełbasina nagle widzieć zaczęła. Piorun świetlisty jej ten dar, a może i przekleństwo podarował. Więc zaraz się po wsi rozniosło, że Kiełbasina widzi. Mietka od Ściembarów zawodzić zaczęła, że to siły nieczyste Kiełbasinę widzieć nauczyły i że z tego wielkie nieszczęście na naszą wieś spadnie. Mało kto jej wierzył, bo Mietka zawsze tylko samo zło wszędzie wietrzyła i nigdy nic dobrego ludziom nie powiedziała. Ale stało się, że tym razem wykrakała Mietka, oj wykrakała!
Przemysław DakowiczSodalisi do piór!Kilka uwag o wczesnych tekstach Tadeusza Różewicza
"Debiutowałem kilka razy. To tak jakbym się kilka razy rodził. Pierwszy raz przed wojną: w gazetkach i pismach szkolnych. Drugi raz w czasie okupacji konspiracyjnie wydanym tomikiem wspomnień z partyzantki. Trzeci raz, zaraz po wojnie, tomikiem satyr. Czwarty raz w roku 1947 tomem wierszy lirycznych Niepokój. Ten ostatni debiut uważam za najważniejszy dla mnie, choć i z tamtymi łączy się wiele wspomnień dobrych i złych". Kiedy Tadeusz Różewicz zapisywał te słowa, miał trzydzieści siedem lat. Jego wypowiedź ukazała się w roku 1958 na łamach "Trybuny Robotniczej" - w ramach ankiety redakcyjnej Pisarze przy pracy. Różewicz był już wtedy - trudno w to uwierzyć - autorem czternastu książek: Ech leśnych, W łyżce wody, Niepokoju, Czerwonej rękawiczki, Pięciu poematów, Czasu który idzie, Wierszy i obrazów, Kartek z Węgier, Równiny, zbioru opowiadań Opadły liście z drzew, Srebrnego kłosa, Uśmiechów, Poematu otwartego i Form. Przed rokiem ukazały się jego Poezje zebrane. Z takiej perspektywy czas "pierwszego debiutu", pierwszych pisarskich narodzin, jawić się musiał jako przeszłość odległa, a nawet zamierzchła. Między chwilą teraźniejszą a bezpowrotnie zamkniętą epoką młodzieńczą leżały doniosłe wydarzenia historyczne - przełom październikowy roku 1956, stalinizm, pierwsze lata powojenne i, przede wszystkim, sześć długich lat niemieckiej okupacji. "Okres wojny - wyjaśniał pisarz w roku 1967 - wpłynął w ten sposób, że po prostu te treści jakby same zaczęły dopominać się o nowe formy i jakby zaczęły wytwarzać sobie nowe formy. To był już duży przeskok - przerwa lat okupacji. I potem ta druga młodość poetycka, która była już dojrzałą"1.
Przedmiotem mojego zainteresowania będzie tu kilka szczegółów "pierwszej młodości poetyckiej" - interesujących, gdy spojrzeć na nie z perspektywy socjologii czy psychologii, bo przyglądaniu się im towarzyszą następujące pytania (na które trudno udzielić odpowiedzi): Kiedy i jak zostaje się poetą? Które z doświadczeń decyduje? Przekroczenie której ze słabo widocznych granic ma charakter rozstrzygający?
Sam autor Niepokoju oceniał swoje literackie pierwociny surowo i bez sentymentu: "ta pierwsza młodość poetycka była podobna do wielu innych. Nie byłem cudownym dzieckiem, w żadnym wypadku". W pełnej przekory rozmowie z Krystyną Nastulanką z 1965 roku, drwiąc ze społecznej roli poety ("Poeci dzielą się na takich, którzy zawsze czują się poetami, i na takich, którzy nie zawsze się nimi czują. Tym pierwszym to uczucie towarzyszy we wszystkich okolicznościach życia. Nawet pewne czynności fizjologiczne odprawiają z tym przekonaniem, że są poetami") Różewicz przyznaje: "Poetą czułem się w gimnazjum, nawet czułem się wtedy jakby wyróżniony. [...] W szkole koledzy czekali, żebym napisał coś na przykład na andrzejki czy inną okazję... [...] Ta świadomość opuściła mnie w czasie sporadycznego przebywania w tzw. "środowisku"". I wyjaśnia w tej samej wypowiedzi, że jego młodość wyglądała "zupełnie przeciętnie. Bez odchyleń" - "Szkoła powszechna, harcerstwo, sodalicja... itd. [...] Pierwszy mój wiersz ukazał się piśmie Sodalicji Mariańskiej, jego źródła były metafizyczne"2. Oto ów tekst:
Modlitwa
Nad łąką zieloną
płynie jej orszak błękitny,
skowronki radość dzwonią
kwiaty modlitwą kwitną.
Modlą się lilie niewinne
(ręce dzieci, myśli czyste) -
niech ich prośby zmażą nam winy
bo tak nie mogą prosić grzeszne usta.
Niech słońce do Twej świętej głowy
za łask zdroje, w podzięce
przypnie wieniec kolorowy -
promienną tęczę3.
Jerzy OlekNa progu z T.R.
Z Tadeuszem Różewiczem spotykałem się regularnie. Na ogół we Wrocławiu - dzieliła nas odległość pięciu minut spacerem. Ale także w Starym Gierałtowie, gdzie jeździliśmy na dwa, trzy dni. Łączyła nas niezależność zawodowa. Wyjazdy na ziemię kłodzką miały prywatny charakter. Nie były zobowiązujące, więc klimat spacerów i rozmów, rozmów i spacerów, robienia aranżowanych zdjęć, był absolutnie swobodny. Żadnych powinności, konwencjonalnych wymian zdań, konfrontowania opinii na tematy zawodowe. Ot, patrzenie w milczeniu na rwący nurt Białej Lądeckiej - niegroźnej, jeśli się ją widziało z progu domu posadowionego dostatecznie wysoko, by uniknął zalania wodą w czasie powodzi w 1997 roku.
Od lat prowadzę dziennik, notując lapidarnie prywatne zdarzenia. Poniżej wierne zapiski ze spędzonych z T.R. niezapomnianych chwil - od 2007 roku.
1.01.2013
Rozmowa z Tadeuszem Różewiczem. Telefoniczna. Mówi:
- "Oglądałem w telewizji sylwestra, śpiewał Połomski. On zawsze występował w peruce. Tym razem miał siwą. To chyba pierwsza na świecie peruka, która sama posiwiała. Rodowicz, wie pan, ta spirytus...
Kiedyś w Konstancinie mieszkaliśmy z Wiesławą w pokoju 12a. Żeby nie było 13. Teraz Wiesława powiedziała, że obecny rok powinien być 2012a.
Niech pan po Trzech Królach wpadnie. Polecam To i owo. No i proszę znaleźć coś mojego o linii".
22.03.2013
Południe. Dzwoni Tadeusz Różewicz:
- "Rozmawialiśmy o różnych liniach, ale nie o czerwonej. Gorącej, jak ta, która łączyła Waszyngton i Moskwę. My też mamy taką linię. I mamy guziki. I pan, i ja. Tylko, że one guzik znaczą".
Tomik O linii jest już w druku, z fragmentem wiersza Różewicza Niebieska linia.
15.05.2013
Telefonuje Tadeusz Różewicz: - "Niech pan wpadnie. Mam ochotę porozmawiać o fotografii. Opisywanie słowami fotografii kłóci się z istotą fotografii. To są słowa, a fotografia jest bytem jednorazowym. Cała pańska działalność jest filozofowaniem na temat fotografii, do czego szczególnie się nadaje fotografia abstrakcyjna".
Umówiliśmy się na spotkanie w najbliższym czasie.
16.05.2013
Dzwonię do pana Tadeusza. Mówi o znanej fotografii Adama Mickiewicza, autorstwa Szweycera, który krąży w reprodukcjach pod nazwiskiem kogoś innego.
- "Fotografia opisuje siebie, i tylko siebie" - stwierdza.
29.05.2013
Wizyta u Tadeusza Różewicza. Poeta w świetnym humorze, proponuje rozmowę o fotografii. Napisał dla mnie krótki tekst pt. Opisywanie fotografii. Jego fragmentem jest nasza rozmowa. Otrzymuję też reprodukcję portretu Mickiewicza, autorstwa Michała Szweycera z 1853 roku, którą zrobiła M. Grąbczewska. Ironizujemy na temat praw autorskich.
Wraca temat Gierałtowa, ewentualnego wyjazdu w czerwcu. Pan Tadeusz wspomina powrót maluchem przed laty, kiedy to urwało się przednie koło z jego strony. Rozmawiamy o jego latach studenckich, kiedy słuchał wykładów Tatarkiewicza i Ingardena.
11.01.2014
Zadzwonił Tadeusz Różewicz. Zaprosił mnie do siebie. Poszedłem z książką 7 od/za/słon iluzji. - "Ale ciężka" - usłyszałem. Rozmowa wielowątkowa. Pojawił się też temat dominujących w mediach aktów i fotografii erotycznej. Skomentował: "Twarz jest ciekawsza od dupy. W dupie nie ma nic ciekawego. Są dwa półdupki, z których można złożyć jedną dupę. Twarz jest znacznie ciekawsza, choć z dwóch półgłówek nie zawsze powstaje głowa, czasem wychodzi głupek".
24.04.2014
Dzisiaj rano zmarł Tadeusz Różewicz.
Tadeusz Różewicz i Jerzy Olek na progu domu w Starym Gierałtowie.
Ireneusz PiekarskiUwagi o pewnej korekcie.Nad listami Gołubiewa i Stryjkowskiego
Wymianę listów zainicjował Antoni Gołubiew w lutym 1972 roku, przesyłając Stryjkowskiemu wyrazy uznania po lekturze jego ostatniego opowiadania zamieszczonego w "Twórczości", co autorowi Syriusza dało zapewne dużą satysfakcję, bo narrację pierwszoosobową, z którą zaczął właśnie eksperymentować, traktował jeszcze z dozą nieufności. Korespondencja rozwijała się przez dwa i pół roku, samoczynnie wygasając w lipcu 1974 roku.
Początek lat siedemdziesiątych XX wieku był dla wielu obywateli Polski Ludowej okresem naznaczonym wydarzeniami marca '68. Stryjkowski po niespełna dziewięciomiesięcznym pobycie niespodziewanie wrócił wówczas ze Stanów Zjednoczonych i spróbował powtórnie znaleźć dla siebie miejsce w kraju, w redakcji "Twórczości" i w literaturze polskiej - nie publikował bowiem od wydania Austerii w roku 1966. Zadebiutował więc niejako powtórnie w 1971 roku opowiadaniami "amerykańskimi", co do których miał mnóstwo artystycznych wątpliwości. W dzienniku pod koniec 1970 roku zanotował: "Oddałem dzisiaj opowiadanie Martwa fala. Boję się, jak debiutant beznadziejnie", a dwa dni później zapisał już z wyraźną ulgą: "Martwa fala spodobała się. Jestem uratowany. Będę pisał dalej. Nikt poza mną nie wiedział, jakie ma znaczenie to opowiadanie. Bez przesady był to mój debiut"1.
Gołubiew, który też swój ostatni zbiór opowiadań (Przy drodze) wydał w 1966 roku, intensywnie pracował wtedy nad wykańczaniem wcześniej rozpoczętych projektów literackich i publicystycznych. Jednym z takich "zwidów" z przeszłości był Szaja Ajzensztok, poświęcony relacjom polsko-żydowskim, ale i ogólniejszej kwestii zniewolenia człowieka, oraz rzecz mówiąca o potrzebie wyswabadzania się z różnorakich okowów. Ten "scenariusz" lub "kronika", jak czasem określał Szaję - utwór dedykowany Saulowi Sarnakerowi, "ofierze czasu nieludzkiego", postaci stającej się tym samym symbolem wszystkich ofiar pochłoniętych przez Zagładę - był dla autora Bolesława Chrobrego niezmiernie ważny jako zadanie pisarskie i społeczne, a nawet religijne. "[B]ędę Szaję kończył" - wyznawał szarpany wątpliwościami i pełen obaw, ale jednocześnie z przekonaniem. Deklarował też: "należy to po prostu do mego obowiązku: Człowiek powinien sprostać życiu - [...] - "to nasze r e l i g i j n e zobowiązanie""2.
Prośba Gołubiewa do Stryjkowskiego o pomoc w korekcie żydowskich realiów w Szai stanowiła ważny krok w realizacji tego wewnętrznego przeświadczenia. Przy okazji uwag Stryjkowskiego o konstruowaniu wypowiedzi żydowskich bohaterów wywiązał się między pisarzami ważny (acz ostatecznie nierozstrzygnięty) spór o "żydłaczenie" i ogólniej o "sztuczne" języki (np. staropolski, góralski, żydowski, "wileński" itp.) w literaturze rodzimej: o ich wierność wobec rzeczywistości i artystyczną funkcjonalność.
Stryjkowski 19 września 1972 roku po półgodzinnym spacerze z Alei Wyzwolenia (w trakcie którego spotkał obrażonego nań Edwarda Stachurę z żoną) zameldował się w kamienicy na Sewerynów, gdzie w mieszkaniu swatów, u państwa Doroszewskich, zatrzymali się "krakowianie" Janina i Antoni Gołubiewowie. Było to jedyne spotkanie pisarzy i jedyna rozmowa prowadzona bez pośrednictwa papieru i pióra, którą obaj uwiecznili zresztą we własnych diariuszach. Gołubiew zanotował na przykład swe pierwsze wrażenie - od 1968 roku Stryjkowski "szokująco postarzał się i niespodziewanie zżydowszczał - taki typowy Żyd z cynamonowego sklepu, gdzieś z Brodów albo Kołomyi - w wyglądzie, w zachowaniu, w reakcjach, w typie serdeczności"3. Stryjkowski zaś po powrocie do domu wyartykułował swój narastający lęk na widok siniejących ust Gołubiewa, zmagającego się w trakcie konwersacji z silnymi bólami sercowymi4.
Epicki tradycjonalizm autora Głosów w ciemności i pewna nieufność wobec pisarzy polskich, podejmujących tematy żydowskie, nie pozwoliły mu docenić Szai Ajzensztoka, utwór ten uznał za literacki dziwoląg i pisarską porażkę. Niemniej Stryjkowski cenił szlachetność Gołubiewa i jego żony, którzy w trudnym dla niego czasie antysemickich napaści (nie tylko werbalnych) stali się świadectwem ludzkiej szlachetności i twarzami - obok np. poznanego później ojca Jacka Salija - otwartego polskiego katolicyzmu.
Gołubiew w trakcie korespondencyjnej znajomości nabrał przekonania o łączącym go ze Stryjkowskim pokrewieństwie czy duchowej bliskości, wielkodusznie oferując w ostatnim liście swą przyjaźń. Dokładnie w tym samym dniu Jan Józef Szczepański - po wcześniejszej rozmowie ze Stryjkowskim o Bogu - dał maszynistce do przepisania dopiero co ukończony esej na temat etyki i religijności5, który następnie opublikował jako list otwarty do Juliana Stryjkowskiego6. Dla pisarzy związanych ze środowiskiem "Tygodnika Powszechnego" i Znaku, jak Szczepański czy Gołubiew, autor Głosów w ciemności - ekskomunista przecież - stał się w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku intelektualnym sojusznikiem, ale i punktem odniesienia, wyrazicielem inności w polszczyźnie, a jednocześnie znakiem bliskości i katalizatorem dialogu.
NOTA EDYTORSKA
Zachowana korespondencja Juliana Stryjkowskiego i Antoniego Gołubiewa składa się z dwunastu przesyłek. Ten scalony blok listów sprawia wrażenie zamkniętej całości, choć oczywiście nie ma pewności, że wszystkie przesyłki się zachowały i zostały odnalezione.
Oryginały listów Gołubiewa znajdują się obecnie w archiwum domowym Stryjkowskiego. Trzy listy Stryjkowskiego przechowywane są z kolei w archiwum domowym Gołubiewa. Natomiast pozostałe dwie przesyłki (nr 4 z 25.09.1972 i nr 6 z 16.11.1972) - włączone do prezentowanego tu korpusu - nie zachowały się w postaci rękopisów, lecz zostały przepisane na maszynie przez autora Bolesława Chrobrego i włożone do teczki z dokumentami, zdeponowanymi po śmierci pisarza w Bibliotece Uniwersyteckiej KUL. Gołubiew zapisał w Notatniku literackim 18 listopada 1972 roku: "Nareszcie list od Stryjkowskiego, wklejam go tu, żeby się przypadkiem nie zagubił i żeby mieć pełną dokumentację do Szai". Owo "wklejenie" oznaczało tu zapewne przepisanie właśnie. Wprawdzie rękopis ostatecznie gdzieś się jednak zapodział, ale maszynopis na szczęście przetrwał.
Korespondencję opublikowano bez skrótów. Wszelkie ingerencje edytorskie ujęto w nawiasy kwadratowe. Niepewne odczytanie wyrazu oddano jako [?]. Ujednolicono zapis dat i tytułów, nieznacznie zmodernizowano pisownię i interpunkcję. Podkreślenia w rękopisach i maszynopisach zastąpiono drukiem rozstrzelonym.
Korespondencja Gołubiewa ze Stryjkowskim w jej obecnym kształcie ukazuje się dzięki wspaniałomyślności śp. Marii Łotysz i pani Anety Kopińskiej, które odnalazły w archiwach domowych i przekazały do opracowania listy autora Szai Ajzensztoka oraz autora Austerii.
Bardzo dziękuję pozostałym właścicielkom praw autorskich i spadkobierczyniom pisarzy, paniom: Hannah St. Francis, Katarzynie Barańskiej, Antoninie Doroszewskiej, Joannie Jurewicz, Małgorzacie Łotysz-Walczewskiej i Monice Annie Twardziak - za ich łaskawą zgodę na druk korespondencji i wielką życzliwość.
Wyrazy głębokiej wdzięczności za pomoc i pośrednictwo kieruję też do śp. pani Zofii Gołubiew i pana Andrzeja Łotysza.
Przemysław DakowiczJakby miłość. O dialogach Miłosza i Różewicza
Pamiętałem, jak poeci wyrażali się o sobie nawzajem w zapiskach intymnych - od przytoczenia odpowiednich fragmentów rozpoczynała się w 2011 roku moja rozmowa o Miłoszu i Różewiczu z Janem Stolarczykiem, wydawcą obu poetów:
Spotkałem wtedy w Paryżu [w roku 1957] poetę Czesława M., spotkaliśmy się trzy razy. On przejrzał na wylot moją martwotę, powiedział w pewnej chwili "patrzę na pana i martwię się o polską poezję... przecież Pana nic nie obchodzi... Pan nie widzi Paryża..." mówił to z troską, ze współczuciem... mówił do mnie jak Starszy Brat. M. nigdy się nie dowie, że był dla mnie Starszym Bratem... to była miłość braterska, jedyna w swoim rodzaju miłość, na którą składają się podziw zazdrość oczekiwanie rywalizacja duma...7
[W] Polsce mieszka poeta nieznany poza swoim krajem, Tadeusz Różewicz. Ró-że-wicz. Dla mnie wcale nie abstrakcja, jego nos, jego oczy, jego ramię, przeciąga się teraz, płucze zęby czy je śniadanie. I od wielu, wielu lat pomiędzy mną i nim więź szczególna, taka że w różnych okolicznościach zapytuję siebie: a co w tej chwili robi Różewicz, nawet dzieląca nas przestrzeń mało przeszkadza, jakby miłość, choć rozmawiałem z nim nie więcej niż dwa razy.8
Znając te fragmenty niemal na pamięć, od razu pojąłem sens tytułu, który wybrał Emil Pasierski: Braterstwo poezji. Więcej - skłonny byłem go uznać za niewystraczający, bo (tak myślałem) nie wychodzi on (dlaczego?) poza pisarski wymiar spotkania dwóch wielkoludów naszej literatury.
Po lekturze całości - zrozumiałem. Albowiem (nie potrafię pozbyć się tego wrażenia) owa znakomicie zestawiona, wzorcowa pod względem edytorskim, zaopatrzona w wieloaspektowe objaśnienia i komentarze księga, poprzedzona w dodatku obszernym wstępem (prawda: tu i ówdzie - zapewne ze względu na niedostatek historycznoliterackiego "konkretu" - przeobrażającym się w jakąś quasi-antologię cytatów i komentarzy do nich), ten okazały tom - gdy spoczywa w księgarskiej witrynie - zapowiada więcej, niż ofiarowuje. Jakby stać się mógł zaledwie kolejną ilustracją słynnej Różewiczowskiej formuły: "zawsze fragment".
Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie jest to zarzut pod adresem pomysłodawcy, redaktora, nakładcy czy autora przedmowy. Oni wykonali swoją pracę jak należy, ba - z naddatkiem.
Winni są... Czesław Miłosz i Tadeusz Różewicz.
Gdyby nie ich epistolograficzna powściągliwość, pewien niepojęty (a może przeciwnie: zrozumiały i nieunikniony) wstyd uczuć - listów nie trzeba by obudowywać Dialogami poetów, Wierszami i zbiorem wypowiedzi Poeci o sobie nawzajem. Broniłyby się same. Niekonieczne (więcej: zbędne) byłoby również "dociążanie" tomu liczącą sześćdziesiąt stron bio-bibliograficzną przedmową.
Jest to paradoks relacji Miłosza i Różewicza: bliskość nieobjawiona, sytuująca się (przynajmniej do pewnego stopnia) poza sferą werbalizacji. Ślady, szczątki, rudymenty jakiejś wyobrażonej, fantazmatycznej całości - którą my, czytelnicy Braterstwa poezji, chcielibyśmy zrekonstruować.
Dzięki wysiłkom antologisty, edytora, autora komentarzy i autora przedmowy dostrzegamy jej zarysy.
Zasadniczą część książki, jej tekstowe centrum tworzą siedemdziesiąt trzy numerowane listy, pocztówki i dedykacje (jeśli wyłączyć z tego zbioru wpisy w książkach, pozostanie czterdzieści osiem kartek i listów). Poprzedzone zostały słowem wstępnym Miłosza do tekstów znanych z książki Zaraz po wojnie: "Nasza korespondencja nie wymaga długiego komentarza i może służyć za przykład, myślę, poprawnych stosunków pomiędzy starszym i młodszym poetą". Da się owo stwierdzenie zastosować do większości spośród epizodów tego epistolarnego dialogu - Miłosz dość długo występuje tu jako twórca starszy i bardziej doświadczony, jako protektor i ktoś, kto z wprawą diagnozując problemy współczesnej poezji, dostrzega pułapki czyhające na autora Niepokoju. Już od samego początku, choć dyskretnie, obsadza się również w roli inspiratora "dykcji różewiczowskiej" - omawiając kilka wierszy adresata wydrukowanych na łamach "Kuźnicy" w roku 1949 i nawiązując do własnej myśli o kryzysie literatury i sztuki, którego przyczyną jest charakteryzująca człowieka współczesnego "atrofia pewnych [...] wewnętrznych organów" oraz upadek "teologii i filozofii klasycznej", stwierdza: "Poezja może jeszcze przez pewien czas znajdować pokarm w procesach likwidacji. Wiem to z własnego doświadczenia, bo sam sporo takich wierszy napisałem". I wskazuje Pieśni Adriana Zielińskiego z tomu Ocalenie. Echa tych rozpoznań i przeświadczeń brzmieć będą nawet w późnych próbach definiowania przezeń odrębności Różewicza.
Do pierwszego zauważalnego odstępstwa Miłosza od tonu oficjalnego dochodzi dopiero w roku 1993, kiedy w jego ręce trafia tekst Tylko tyle, umieszczony przez Różewicza w książce Nasz starszy brat. W tekście tym znalazło się cytowane już wyznanie młodszego (mającego wtedy siedemdziesiąt jeden lat!) poety o "miłości braterskiej", jaką darzył autora Ocalenia ("Nie umieściłby tego wpisu - stwierdza autorka zasługującej na publikację rozprawy doktorskiej9 - w książce tak dla niego bolesnej, wydobytej i złożonej tyle lat po śmierci brata, gdyby chodziło tylko o określenie literackich zażyłości"). Reakcja Miłosza brzmi następująco: "przysłano mi z Polski Pana posłowie do wierszy Pana brata, bardzo przejmujące, i za to co Pan o mnie pisze, dziękuję". I w kolejnym akapicie: "W ciągu wielu lat był Pan w moich myślach".
List z tymi słowami napisany został po przeszło siedmiu latach od poprzedniego. Zresztą, pauz jest w tej korespondencji wiele - najdłuższa z nich to przeszło dekada milczenia (list Miłosza z Paryża, 15 VII 1965; kartka pocztowa Różewicza z Nowego Jorku, 31 XII 1975). Teraz jednak, 1 marca 1993 roku, otwiera się w relacjach poetów nowy rozdział. Wolno się domyślać, że na list, którego fragmenty przytoczyłem wyżej, Różewicz odpowiada w tonie niezwykle osobistym - prawdopodobnie rozwija i tłumaczy własne słowa z Tylko tyle o "miłości braterskiej, jedynej w swoim rodzaju miłości, na którą składają się podziw zazdrość oczekiwanie rywalizacja duma", zapewne pisze o stanowiącym rdzeń jego osobowości, jedynym w swoim rodzaju splocie kwestii psychicznych, duchowych, religijnych. Dlaczego "prawdopodobnie" i "zapewne"? Bo prosi adresata, by list zniszczył. O jego treści wnioskować można jedynie z odpowiedzi Miłosza, który jeden jedyny raz posługuje się w nagłówku słowem "Kochany", dalej zaś pisze:
List dostałem i bardzo się wzruszyłem, po czym spaliłem, jak Pan sobie życzył, ale z wielkim żalem [...]. Myślę zresztą, że ta chęć zniknięcia jest u Pana jakoś funkcjonalnie złączona z samo-negacją całego polskiego społeczeństwa, które, po zbyt wielu rozpaczliwych przeżyciach, jest, jak rzekł ktoś z zagranicy, trochę kopnięte. Te tendencje śledziłem w Pana poezji, ale w niej rozpacz jest zrównoważona przez wielką czułość. A co do Pana niewiary, to przecie Simone Weil powiedziała, że ateista jest może najbliżej Boga.
Otwartość Miłosza, posunięta aż do ujawnienia osobistych zmartwień (złe relacje z Herbertem, które autor Nieobjętej ziemi przeciwstawia "naszym przyjacielskim stosunkom") oraz kłopotów zdrowotnych, wywołuje bliźniaczą postawę korespondenta. "Kochany Panie" - pisze Różewicz - "zawsze z Panem rozmawiałem przez te wszystkie lata... po przeczytaniu nowej książki albo wiersza w czasopiśmie". I on skarży się na Herberta, by na koniec skonstatować "dziwne powinowactwo" w zakresie "naszych" chorób. W maju z Berkeley nadchodzi odpowiedź i jest to ostatni z pięciu (jeden spalony + cztery ocalałe) listów, które uznać można za punkt kulminacyjny w epistolarnym dialogu obu poetów.
W roku 1994 następuje pierwsze po trzydziestu siedmiu latach spotkanie. Mimo to Różewicz wciąż będzie wyrażał nadzieję na i s t o t n ą rozmowę. Nie dojdzie już do niej - ani w listach, ani twarzą w twarz (bo chyba nie da się uznać za nią dialogów przeprowadzonych i zarejestrowanych w 1999 roku przez Renatę Gorczyńską - choć jest w nich jedno miejsce szczególne; o tym za chwilę). Pozostanie korespondencyjne "dzielenie się opłatkiem" (16 XII 1995, 23 XII 1997, 30 XI 1998, 16 XII 2002, 21 XII 2003), rzadkie telefony oraz spotkanie w przestrzeni poezji, z tomem Wyjście (pierwotny tytuł: To i owo) jako odpowiedzią na Miłoszowskie To i Drugą przestrzeń10.
By wyjaśnić istotę relacji między tymi tomami (i - w ogóle: aby ukazać wspólny element w twórczości obu poetów), wracam do wspomnianego miejsca z pierwszego z dialogów zaaranżowanych przez Gorczyńską, które w Braterstwie poezji przedrukowano. Czesław Miłosz mówi w nim o "wynalezieniu form poetyckich, w których mogłaby przemawiać świadomość", lokując ów proces w epoce powojennej, kiedy poezja "zmierzała do uchwytu za świadomość". Za p o e t ó w ś w i a d o m o ś c i uznaje siebie, Różewicza i Gombrowicza (sic!). Zaskakujące wydaje się tu dopowiedzenie autora Niepokoju, krytycznie oceniającego awangardowy technicyzm i wspominającego o "świadomości, jaką miał Eliot". Przywołanie autora Środy popielcowej i Czterech kwartetów mniej jednak dziwi, kiedy zestawić je z fragmentem rozmowy z Richardem Sokoloskim z początku lat dziewięćdziesiątych - zapytany o wiersz bez z Płaskorzeźby, w którym padają słynne słowa: "życie bez boga jest możliwe / życie bez boga jest niemożliwe", Różewicz odpowiada: "Materialista, racjonalista, sensualista tkwiący we mnie patrzy nieufnie na proces, który we mnie obecnie zachodzi. Próbuję nawet go zahamować, moja świadomość staje w poprzek czemuś, co wydobywa się z podświadomości, co pozostało we mnie z młodości, tej najpierwszej"11. Gdy kilkanaście lat później z ust Krystyny Czerni usłyszy: "Maria Janion prawie z triumfem oznajmia, że "Pan nie wierzy w zmartwychwstanie" i kropka", zareaguje niemal z furią: "Co to za triumf! Ja ciągle powtarzam, że wiara jest niezwykłą łaską. Kto jest nią obdarzony, jest człowiekiem szczęśliwym. To w ogóle nie jest takie proste. Dla mnie Nietzsche - syn pastora wychowany bardzo bogobojnie - był człowiekiem wierzącym"12.
Friedrich Nietzsche - Simone Weil - Dietrich Bonhoeffer. Konstruuję ten szereg, mając głębokie wewnętrzne przekonanie, że na cytowaną już myśl Miłosza: "A co do Pana niewiary, to przecie Simone Weil powiedziała, że ateista jest może najbliżej Boga", odpowiedział Różewicz wierszem nauka chodzenia z tomu Wyjście. Bohaterem jest tu Dietrich Bonhoeffer, twórca teologicznej koncepcji chrześcijaństwa bezreligijnego. Czy utworu tego nie można by uznać za zwornik dialogu między dwoma poetami? Czy nie jest to Różewiczowska "Elegia o winie i chlebie", o której - nawiązując, w tonie żartobliwym i żałobnym zarazem, do Hölderlina - pisze poeta w wierszu poświęconym pamięci Czesława Miłosza?
Kwestie tego rodzaju znacznie trudniej byłoby stawiać, gdyby Emil Pasierski nie skomponował Braterstwa poezji - tomu, na który składają się niemal wszystkie świadectwa (nie tylko poetyckiej) bliskości dwóch wielkich pisarzy. Warto książkę tę czytać - by lepiej zrozumieć losy naszej dwudziestowiecznej literatury, by skuteczniej zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie o mechanizmy, za sprawą których pojedyncza ludzka świadomość, skonfrontowana ze skomplikowanymi procesami historycznymi, społecznymi i kulturowymi, wydaje z siebie dzieła tak niezwykłe jak poezja Czesława Miłosza i Tadeusza Różewicza.
Odzyskany RóżewiczBartosz Suwiński
Tadeusz Różewicz: Wiersze odzyskane. Zebrał, ułożył, posłowiem opatrzył Przemysław Dakowicz. Biuro Literackie, Kołobrzeg 2021, s. 160.
Na przygotowany przez Przemysława Dakowicza zbiór składają się siedemdziesiąt cztery nigdy niepublikowane w książkach, prześlepione, zapoznane i mniej obecne wiersze Tadeusza Różewicza. Od wczesnych juweniliów (począwszy od roku 1938), po wiersze rozproszone w czasopismach sprzed dekady z okładem. Układają się one w opowieść o poecie dochodzącym do własnego języka, wypracowującym - nie bez trudu - swój pojedynczy głos, wykuwającym mocną sygnaturę (przejęta przez wielu pomniejszych autorów uczyni ich zaledwie naśladowcami i epigonami). Chciałoby się rzecz uprościć i powiedzieć, że na mapie wiersza dwudziestowiecznego mamy dwie mocno osadzone drogi: (1) dukt ocalenia, sygnowany przez Czesława Miłosza, poetę, który chwytał się nadziei i pozostawał po stronie epifanijnych objawień, oraz (2) równoległą ścieżkę Tadeusza Różewicza, patronującego coraz bardziej intensyfikującemu się rozchybotaniu mowy, w słowie doświadczającemu rezonowania mętnych znaczeń, boleśnie przekonującego się o niemożności powrotu do źródeł.
Jedną z największych zalet książki jest pokazanie, że słynna Różewiczowska dykcja (deprymująca tak wielu późniejszych autorów), nie była rzeczą od razu gotową i skończoną. Kształtowała się w żmudnym procesie, który ma swój początek w wierszu Modlitwa (szesnastoletni poeta drukuje go w piśmie dla młodzieży szkolnej "Pod Znakiem Marii"). Wiersze odzyskane zainteresują nie tylko różewiczologów. Znajdziemy tu młodzieńcze próby, pomieszczone m.in. w "Apelu", "Czerwonych Tarczach", "Głosie Narodu", "Odrodzeniu", "Szpilkach". Uznanie budzi skrupulatność archiwalna i dokładność edytorska Dakowicza, który te wiersze przywrócił życiu, kierując się ambicją wypełnienia istotnych luk w recepcji Różewicza (wszystkie interesujące nas kwestie badacz wyczerpująco objaśnia w swoim posłowiu do książki, zatytułowanym Tadeusza Różewicza wiersze fantomowe - stąd decyzja, aby ich tu nie streszczać).
Zaskakujący wydaje się fakt, że większość tematów i wątków rozwiniętych w dojrzałych tomach poety istnieje (oczywiście: w zalążku) już na wczesnym etapie tej twórczości. Ciekawe, że w edycjach zbiorowych Różewicz nie przedrukowywał sporej części tekstów z Niepokoju, świadomie modelując odbiór własnej poezji. Zaglądamy do tych pierwszych utworów (Zabłąkany kościółek, Pusty kościół, Wesoła nowina, Królestwo Boże, Może to tylko sen) i przecieramy oczy. Widzimy poetę jeszcze naiwnego (to żaden zarzut), nieco trywializującego opisywane kwestie. Lecz przecież ów nastoletni autor doświadcza potrzeby oparcia swojej egzystencji na instancji przekraczającej człowieka - z jego grzesznością, pychą, moralnymi dylematami. Zadziwiający jest Różewicz "młodopolsko" rymujący o samotnym, osieroconym Chrystusie, piszący o "biednym kościółku do miasta zabłąkanym" czy o własnym wyalienowaniu "wśród zimnych ścian / w mrocznym i cichym kościele". Deminutywy obecne w tych wczesnych wierszach podkreślają niewinność bohatera omawianych utworów, a nas zastanawia, czy ich autor miał już wtedy za sobą lekturę poezji Jerzego Lieberta czy Władysława Sebyły (wydaje się, że jego społecznikowskie uwrażliwienie i ekspresjonistyczna poetyka mogły inspirować młodego Różewicza). Pytań jest więcej niż odpowiedzi.
Dwudziestoczteroletni poeta pisze w Elegii: "Moja samotność jest / jak czarna karta, / nie odwraca jej wiatr". Ziemia jest martwa i pusta. Usta uparcie milczą. Zaczyna się bezdomność poety, którego domem jest język, a ten właśnie opuściło sacrum. Mamy wrażenie, że wiele z tych linijek już gdzieś słyszeliśmy. W Przed burzą: "Serce tłucze w ostre żebra / kaleczy nas serce, / w którym jest strach". Bo "poeta wie / że nie obroni świata / przed szaleństwem" (z wiersza Wie).
Czytam Wiersze odzyskane kilka razy. Zaznaczam kolejne fragmenty. Próbuję się z nimi jakoś ułożyć. Myślałem, że sprawy są domknięte i wyjaśnione - że z Różewiczem już się uporałem. Zbiór opracowany przez Dakowicza zmusza jednak do korekty przekonań i sądów. Rzuca światło na mniej znajome rejony. Domaga się przewartościowań - choćby niewielkiej zmiany dotychczasowej optyki.
Teraz widzę to tak: Różewicz jest poetą naznaczonym ciągłym poszukiwaniem tego, co od nas większe, co mogłoby rzucić światło na nasz cień. Skoro zaczyna od Modlitwy, to na czym może skończyć? Widma i protezy tekstów (inspirujące wydają się uwagi Dakowicza o "poezji fantomowej", opartej na - podstawowej dla uniwersum autora Szarej strefy - strategii "amputacji") jako ostateczny stan rezygnacji czy buntu artysty? Różewicz udowadnia, że to w upadkach jesteśmy do siebie najbardziej podobni, niemal identyczni - jednakowo nieporadni w stawianiu oporu własnej pysze.
Pozostaje nieugięty w swojej tęsknocie za źródłem - w miejscu, gdzie niegdyś biło, schnie garść piachu. Autor Płaskorzeźby antycypuje czas inflacji znaczeń, rozmytych treści, rozwodnionych kontekstów. To profetyczne posłannictwo ma jednak swoją cenę: poeta wprowadza "Nic" do poezji, otwiera ją na banał, bełkot, publicystyczną pianę. (Spora część dzisiejszych młodoliterackich wierszy obnosi się z tymi infekcjami pustosłowia.) Skazuje wiersz na banicję z piękna, na rozbrat z prawdą - zarazem zaś chroni poezję przed tym, na co ją otwiera. Pozostawia ją w odwodzie, w napięciu, rezonującą w chwilach, których ciężar jest zalecany do ćwiczeń w pogłębianiu człowieka w człowieku. Nieoczywisty poeta: niemający złudzeń, a jednak piszący tak, jakby stał po stronie części z nich. Pozbawiony dobrego uzasadnienia dla pisania, ale poza szykiem słów tracący rezon.
O czym nam mówią "wiersze odzyskane"? O dochodzeniu do języka, który w końcu będzie jak klisza dla negatywów codzienności. O ciemnej doli człowieka, którego szczęśliwe karty nie mieszczą się w żadnej talii. O poecie, który nie potrafi obronić świata przed nadmiarem produkcji i szaleństwem pomnażania odpadów. Różewicz w niezwykle przejmujący sposób ukazuje nam nas samych, którzy straciliśmy umiejętność zamieszkiwania w świecie, oraz nasze bycie - pozbawione wymiaru metafizycznego. Stoimy tyłem do źródeł. Szukamy wartości, znajdujemy pustkę. Wiersze te przestrzegają przed światem pałubicznych awatarów markujących prawdziwe życie (w którym niekiedy możliwe bywa jeszcze piękno i dobro).
Przemysław DakowiczPierwszy "oświęcimski" tekst Różewicza
Podróż trwała dwanaście godzin. Częstochowę dzieli od Krakowa jakieś sto trzydzieści, sto czterdzieści kilometrów. Dziś składy osobowe - nawet jeśli, lekko odbiwszy na zachód, zabierają pasażerów z Katowic - pokonują tę trasę w czasie sześć razy krótszym. Wówczas, dwa miesiące po zakończeniu wojny, jeśli w ogóle istniały rozkłady jazdy, to tylko po to, by wyrażona została zbiorowa wola ujęcia w karby tego, co porządkowaniu nie chciało się poddać. Jak w naszych dniach, gdy dworce i perony Kijowa, Charkowa i Lwowa, Przemyśla, Krakowa i Warszawy zapełniają się ludźmi uciekającymi przed bezrozumnym okrucieństwem czekistowskiego samodzierżawia - odbywała się chaotyczna i niepowstrzymana wędrówka ludów.
"Przez sześć lat buchał z nozdrza opar krwi" - napisze Tadeusz Różewicz w Lamencie, jednym z najbardziej emblematycznych poetyckich monologów, jakie wyjdą spod jego pióra. Czy tekst ten znajdował się w którymś z "kilku brulionów wierszy" wiezionych przezeń w sierpniu 1945 roku do Juliana Przybosia, redaktora działu poezji w krakowskim tygodniku "Odrodzenie"? "[W]yjechałem z Częstochowy pociągiem towarowym - wspominał. - [P]ociąg wypełniony czerwoną rudą żelaza, my - pasażerowie siedzieliśmy na wierzchu wagonów, podłożywszy sobie gazety".
Z Radomska wyprowadzili się jesienią 1942 roku. W Częstochowie mieli krewnych, Władysław Różewicz już w latach dwudziestych XX wieku pracował w tutejszym Sądzie Grodzkim, Stefania raz do roku pielgrzymowała na Jasną Górę. Uciekli w obawie przed Niemcami oraz sąsiadami. Lecz i tu, w niepozornym domku przy ulicy Świętego Rocha w częstochowskiej dzielnicy Parkitka (znacznie oddalonej od getta, z którego Niemcy wywieźli do Treblinki czterdzieści tysięcy żydowskich mieszkańców miasta i okolic, wśród nich siostry Samuela Willenberga i wszystkich krewnych Irit Amiel), nie byli w pełni bezpieczni - interesowali się nimi, rozpytywali o nich ludzie z NSZ (w książce Różewicz. Rekonstrukcja pisze o tym Magdalena Grochowska).
W pierwszych miesiącach powojennych Tadeusz, który pół roku wcześniej (akurat wtedy, gdy w Łodzi Niemcy rozstrzelali jego starszego brata Janusza) wrócił z "lasu", stał się jedną z najbardziej aktywnych postaci częstochowskiego światka literackiego. Zabłąkany tu z Warszawy Lesław M. Bartelski spotkał go w redakcji "Głosu Narodu". Różewicz siedział u biurka redaktora Folfasińskiego i recytował własny wiersz. W 1958 roku Bartelski twierdził, że utwór ów zawierał frazę: "A Polska będzie czerwona, czerwona, czerwona". Jego pamięć zniekształciła treść wiersza - wiemy to dzięki książce Tadeusza Drewnowskiego, który wydobył ten wczesny, niepublikowany tekst z osobistych papierów poety. Nosi on tytuł Rewolucja. Zamyka go następujący ciąg obrazów: "stoją ludzie starzy / zdziwieni / a na wschodzie się niebo czerwieni / i krwią piszą wszyscy poeci / a wiatr wieje wieje czerwony / stare drzewa wywala / i trony / i na przestrzał biegnie / stuleci".
W częstochowskim "Głosie Narodu" oraz w jego literackim dodatku "Przemiany" (czy na tych właśnie gazetach siedział w pociągu towarowym relacji Częstochowa-Kraków?) dwudziestoczterolatek z Radomska ogłaszał satyry, które złożyły się później na książeczkę W łyżce wody, poprzedniczkę Niepokoju.
Na łamy lokalnej prasy trafiały jednak nie tylko wiersze satyryczne. 24 czerwca 1945 roku, w 109 numerze "Głosu Narodu", Różewicz opublikował prozę Czekam - dziś całkiem zapoznaną. To bodaj pierwszy z jego tekstów o tematyce obozowej, wcześniejszy niż Warkoczyk czy Rzeź chłopców, pozostający w genetycznym związku nie tylko z późnym nożykiem profesora, lecz także z wczesnymi wierszami-manifestami: Lament i Ocalony.
Narratorem jest tu mężczyzna jadący "pierwszym pociągiem - od strony Krakowa... do Koluszek... Łodzi...". Zanim wysiądzie "na peronie małej stacji w R." (to jedyny punkt styczny między literaturą a biografią autora), staje się, na chwilę, częścią zbiorowego ludzkiego organizmu. Opisy jakby "przed-różewiczowskie" - mocno zmetaforyzowane, koncypowane, obrazowe (i, jakże nieoczekiwanie, przystające do - wojennej, uchodźczej - teraźniejszości roku 2022): "... pociąg kołysze się i drży, uderzają o siebie bufory i długi dreszcz przebiega stalowe cielsko [...]. W wagonach [...] ludzie i tłumoki; zawiniątka, torby, głowy, worki, plecy... [...] oto pędzi ładunek zamknięty na sto drzwi, ładunek szczęścia, tęsknoty, łez, bólu, ludzkiej nędzy i groźnej strasznej rozpaczy... tych, co sami na świecie, którzy nie mają gdzie iść... [...] Między ławkami stoją stłoczeni ludzie, szare stalaktyty ociekające kroplami lśniącego potu. Stłoczone kadłuby przywarły do siebie, złączyły się w jedną rytmicznie rozkołysaną masę; przenika przez wszystkie pory ubrań woń skóry, [...] wynurza się wieczysta wspólnota ludzkiego mięsa, biologiczna masa".
Podróżny wdaje się w rozmowę z człowiekiem w biało-niebieskim pasiaku i dowiaduje się, że tamten wraca z Auschwitz. W obozowym krematorium spalono jego żonę i dziecko. Przed wojną był robotnikiem, cewkarzem - teraz jawi się jako "zaszczute skatowane ludzkie zwierzę". Dłoń, w której trzyma pukiel włosów zamordowanego syna, to "ręka prosząca o zmiłowanie, ręka wyciągnięta do zmarłego Boga, ręka oskarżająca człowieka, mordercę dzieci". Mężczyzna z miasteczka R. przekonuje, że możliwe jest "nowe życie", wciska niedawnemu więźniowi kartkę z własnym adresem, prosi o list.
Ostatni dłuższy akapit tego opowiadania czy reportażu (prasens historicum) wypełniony jest pytaniami o przyszłość "umęczonego" i "ukrzyżowanego" człowieka. Krąg pasyjnych motywów domyka się w finalnym pytaniu o dalsze losy ocaleńca-osmalonego: "Czy zmartwychwstanie?". Nie ma na nie odpowiedzi. Chyba że za odpowiedź uznać słowo zamykające ów niemal nieznany "oświęcimski" tekst Tadeusza Różewicza: "Czekam".
Dziś i my zadajemy pytania.
I my - czekamy.
[Pisałem 9-11.03.2022 r., w drugim i trzecim tygodniu rosyjskiej agresji na Ukrainę.]
4/2022
W POPRZEDNIM NUMERZE
Tadeusz Dąbrowski Na pożegnanie czasopism literackich; Bukiet; Odwlekania; Taka miłość; Getto online; Pierwsze przymrozki; Szmata
Michał Paweł Urbaniak Rezydentka
Anna Augustyniak Numer; Wylęgarnia; Iks; Znak
Zbigniew Zbikowski Strażnik z Beauregard (fragment powieści)
Monika Milczarek październik; robaki nie jedzą poziomek; chabrooka; nie zabieraj mnie do parku; nie skruszę lodu; ciąg dalszy nastąpi; bólu pełna; listopad
BYŁO I BYŁO
W gnieździe momentu. Z Adamem Zagajewskim rozmawia Tadeusz Dąbrowski
Adrian Sinkowski Cynfolia; Maniowy; Dzień trzeci: Radio; Dzień trzynasty: Aporia; Turnia; Gałganek
Krzysztof Wołodźko Krzywda ludu, transformacje i książki
Adam Komorowski Punkt archimedesowy Wiesława Myśliwskiego
Dariusz Kulesza Nagi sad i Pałac albo inicjacja i konfrontacja. O dwóch pierwszych powieściach Wiesława Myśliwskiego
Andrzej Mencwel A na tym kamieniu jeszcze jeden kamień
Piotr Wojtaszek Wielka Wojna Cywilizacyjna (w Kamieniu na kamieniu")
Piotr Kępiński Śmierciorysy na widnokręgu
ARCHIWUM
Wiesław Myśliwski Fragmenty krytyczne
KSIĄŻKA MIESIĄCA
Leszek Bugajski Siedem debiutów Wiesława Myśliwskiego
[Wiesław Myśliwski W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy]
WŚRÓD KSIĄŻEK
Tomasz Garbol Święte wiosny - nie "święto wiosny"
[Krzysztof Koehler Święte wiosny]
Wojciech Kaliszewski "Odezwę się po powrocie". Antologia wierszy Janusza Szubera
[Janusz Szuber Próbuję być. Wybór wierszy z lat 1969-2020]
Kamila Dzika-Jurek Nieloty
[Daniel Odija Pusty przelot]
Magdalena Boczkowska Ucieczka z "Kina Powinność"
[Monika Drzazgowska Szalej]
Paweł Majcherczyk Pato czy na wesoło?
[Aleksandra Zbroja Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu]
Adam Komorowski Dać przykład grozy
[Kacper Pobłocki Chamstwo]
NA WIDNOKRĘGU
Tadeusz Dąbrowski Bezsiła poezji. O dwóch wierszach Adama Zagajewskiego
Andrzej Sulikowski Święto wiosny Adama Zagajewskiego
Lech Dymarski Młoda kultura (fragment większej całości)
Artur Ziontek "To istny labirynt"...
NOTY
Ryszard Sawicki Zbieranie orzechów
Czesław Mirosław Szczepaniak Psuj
Nina Barankiewicz-Tyc Łysy Sąsiad
Grzegorz Tomicki Wojna światów Ewy Frączek
KSIĄŻKI NADESŁANE
COKOLWIEK DALÉJ
Przemysław Dakowicz Ostatni skok Bohumila Hrabala
DZIENNIK 2022
Zbigniew Mentzel Sceny pomnikowe
4/2022
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2022 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl