Dariusz BitnerRip
Oto, pomyślałem, niezwykłe wydarzenie - spadł śnieg w samym środku lata. To wyjaśniało, dlaczego zmarzłem w nocy.
Nic mnie już nie zdziwi. A skoro tak, to zgasł we mnie twórczy duch, który wszak karmi się i poi zdziwieniem. Przede wszystkim zdziwieniem. Czasem tylko zachwytem ulotnym, czasem pospolitym gniewem.
Oto, pomyślałem, jesteś świadkiem jednego z tych niezwykłych wydarzeń, w jakie obfituje rok 2034. Zdumiało mnie, że pomyślałem o sobie w drugiej osobie, pierwszy raz w życiu. Jesteś, stoisz i patrzysz, zupełnie, jakbym oddzielił się od siebie, dokumentnie, bardzo wyraźnie.
Można by pomyśleć, że wydarzyło się już wszystko, co tylko mogło się wydarzyć - wielka zawierucha ekonomiczna w Europie, rozpad Stanów Zjednoczonych na nieprzyjazne sobie republiki, żółty mór, czyli zaraza, która dała się we znaki krajom uprzemysłowionym, chińska okupacja Afryki, a tu śnieg w sierpniu. Apokalipsa w zarodku. Można też pomyśleć, że i w moim życiu wydarzyło się już wszystko, a tu... "jesteś świadkiem" - nie ja jestem, ale ty. Czyli "ja". Zdecydowanie przestałem być sobą. Byłem i nie byłem jednocześnie, w dwoistości, w podwójności. Więc być może, w rzeczywistości, nie było mnie już po prostu.
Powiedzmy, że tak stałem, nieco zadziwiony. Nieco jednak obojętny. Nadszedł ten czas, kiedy nic albo, ostrożnie mówiąc, niewiele łączyło mnie ze światem zewnętrznym. Żadna nowina.
Oto zatem (wchodzę, nie wiem dlaczego, w narrację trzecioosobową) niezwykłe wydarzenie, jakiego dożył. Nieoczekiwane. To wyjaśniło, dlaczego zmarzł w nocy. Nie wystarczyła cienka, zużyta kołdra, właściwie pled. Po ciemku odnalazł przewieszony przez oparcie krzesła szlafrok i położył go na wierzchu jako dodatkowe okrycie. Troszkę pomogło, chociaż drżał do rana. Nic jednak nie wyjaśniało, dlaczego śnieg pokrył ulice. Grubą warstwą. Patrzył przez okno z kuchni, biała zaspa leżała na parapecie, napierała na okienną szybę.
Patrzyłem przez okno z kuchni, biała zaspa leżała na parapecie, śnieg pokrył ulice grubą warstwą. Dlatego zmarzłem w nocy. Położyłem dodatkowo na kołdrze szlafrok, ale niewiele pomógł. Drżałem do rana. Dziwnie jasno w tej kuchni.
Niezwykłość wydarzenia przypomniała mi opowieść o niejakim Ripie Van Winkle, chociaż bardzo możliwe, że w odróżnieniu od niego, spałem tylko pół roku. Zasnąłem latem, obudziłem się w zimie, w dodatku takiej jak za czasów młodości. Zim przecież od lat nie było, tylko przewlekła jesień, parująca ze studzienek kanalizacyjnych. Z innej strony - nie wiadomo. Równie dobrze mogłem, tak jak bohater opowiadania Washingtona Irvinga, spać dwadzieścia lat, a nadto dodatkowe sześć miesięcy. Dopuszczałem, w tym nieprawdopodobieństwie, taką możliwość.
Od kilkudziesięciu lat zanurzony byłem w uciążliwym śnie, którego nie chciałem przerwać. Sny, nawet najgorsze, są dobrym usprawiedliwieniem przed życiem. Więc patrzyłem na ten zimowy krajobraz przez kuchenne okno bez zdziwienia jak na trwający wciąż ten sam sen.
Ostatnie lata obfitowały w wydarzenia szczególne, ludzie popadali w zbiorowe ekstazy, krążyły niepokojące wieści o nadchodzącym końcu świata, niektórzy twierdzili, że zaraza wkrótce powróci ze zdwojoną siłą, spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki. Docierało do mnie to i owo, chociaż starannie unikałem wszelkich wiadomości. Nie potrzebowałem ich, nie miałem z nimi co zrobić. Zewnętrzność mnie już nie dotyczyła. Dla własnego spokoju, lub raczej dla kaprysu, chciałem jednak wyjaśnić, czy to zima przeskoczyła w czasie, czy mój sen trwał nieobyczajnie długo.
Pamiętam wszystko, pamiętam dokładnie i wyraźnie, jakby to było dziś, jakby to było wczoraj. Wspomnienia skoczyły na mnie ze wszystkich stron. Ochoczo.
Zrobił herbatę z ostatnich listków i pyłu zalegającego na dnie blaszanej puszki. Przez chwilę patrzył na biegnącą po lewej stronie, prostopadle do okna, białą ulicę. Pamiętał, że kiedyś była to ulica Bohaterów Warszawy. Nieliczne samochody co i rusz wpadały w poślizg, ludzie szli pochyleni, ubrani w kurtki i swetry, okutani w chusty, z szalami na szyjach i głowach. Pogoda ich też chyba zaskoczyła.
Zjadł dwa kawałki wyschniętego chleba, twardego jak kamień. W gorącej herbacie zmiękł jednak i można go było przeżuć rozchybotanymi zębami i połknąć, bez zbędnego smakowania, z prostego rozsądku. Jak od lat.
Pamiętam więc, jakby to było dziś, jakby dziś, jakby. A przecież pamięć zwodzi mnie od dawna, płata figle od młodzieńczych lat, tymczasem - pamiętam przebudzenie. Jestem w przebudzeniu, otulony wyszmudranym szlafrokiem, drżę przed matową od brudu okienną szybą. Spływa na mnie chmura pamięci, gęste nici wspomnień owijają się dookoła głowy łapczywie, delikatne włóczki srebrzyste, jednocześnie miękkie i chropowate, kolczaste.
Czy to już szaleństwo, Eligiuszu? Czy wręcz przeciwnie - jestem już poza wszelkim możliwym ekscesem.
Śnię?
Zapewne.
Śnię?
Bynajmniej.
Nazywam się Eligiusz Kunert i już od lat, od bez mała dwóch dziesiątek lat, nie jestem pisarzem. Ile lat musi minąć od napisania ostatniej książki, by nie móc powiedzieć o sobie "pisarz".
Bogdan NowickiObrzyn.Z cyklu Chropowieści z tysiąca i jednej hałdy
Na bocznej uliczce Waleriana Wróblewskiego zatrzymało się wypasione auto. Wysiedli z niego: łysy, umięśniony mężczyzna z tatuażami dziwnych stworów na ramionach i dwie młode kobiety: jedna w czerwonych, druga w czarnych pończochach.
Słońce mrugało w kałużach, które omijali. Prążki cienia dygotały na poszczerbionym chodniku. Z głębi sieni starej dwupiętrowej kamienicy wydobywały się kłęby dymu. Wiluś Suchar, kościsty i twardy, jakby wcale nie miał tłuszczu, przysnął i spalił wątróbkę na patelni. Otworzył drzwi i płachtą ręcznika zaczął wyganiać dym. Wyjrzał za próg. Zobaczył barczystego wykidajłę, a tuż za nim dwie laski. Zbliżali się ku niemu.
- Cało buda sfajfczysz! - syknął do niego łysy.
Laski zachichotały i spojrzały na niego z pogardą.
- Priwiet, sasjed! - powiedziały jednocześnie.
Rozpoznał ich. Byli tu z miesiąc temu. Leżał wtedy na stercie kartonów oparty o zmurszałą ścianę chlewika. Słońce stało wysoko, więc wygrzewał się na nim jak stary kocur. Nagle granatowe bmw z zaciemnionymi szybami zatrzymało się na skraju chodnika. Tamci wysiedli. Rozejrzeli się i ruszyli w stronę jego kamienicy.
- Jerona, yno niy tukej - wyszeptał suchymi wargami Suchar.
Gęba mu poszarzała, chociaż i tak jego blada skóra na twarzy wyglądała niby zmięta ścierka. Słyszał o nich. Opowiadano o tym w całej dzielnicy. Munia, która dawała mu na krechę pod koniec każdego miesiąca chleb, smalec i kartofle, klachała, aż jej się cycki trzęsły: - Wykupujom puste miyszkanio, remontujom je, a po tym sprowadzajom tu mode kurwy, godajom co ze samy Łukrainy...
Suchar, masując się po oklapłych pośladkach, zamknął drzwi. Usiadł w zadymionej kuchni przy stole. Dopił resztkę kawy zbożowej z kubka. Spojrzał na poczerniałą patelnię. Coraz częściej mu się to zdarzało: przysypiać za dnia. Lubił te drzemki, bo przenosiły go w głąb matczynego łona: przytulnego, bezpiecznego, ciepłego, zanim jeszcze wyjrzał sklejonymi oczami na świat. Nie opierał się im. Więcej, czekał na nie. Były bezbolesnym stanem obecności. Kiedy dawniej kiblował za kradzieże, w pełnej celi nie mógł nawet o nich pomarzyć.
- Hm... musza dać pozor - szepnął, zdejmując patelnię z poplamionej elektrycznej kuchenki.
Mieszkał sam, ale nie przeszkadzała mu samotność. Przyzwyczaił się. Pochował dwie kobiety, a dzieci, jak to dzieci - każde poszło w swoją stronę. Przez jakiś czas jeszcze przyjeżdżały, a potem już tylko przysyłały kartki z życzeniami, a ostatnio zupełnie nic. Nie miał o to do nich żalu. Zresztą, o czym by z nimi gadał.
- Niych se żyjom, kej chcom, jo już zrobioł swoje... - powtarzał Zenkowi przy cienkim piwie, jeśli ten wypytywał go o dzieciarnię.
Łaził po tym świecie bez celu i cieszył się tym. Dostawał skromną emeryturę za ćwierć wieku pracy na szlifierce w hucie "Florian". Większość jego kumpli umarła. Inni tak zdziadzieli, że nie można się było z nimi dogadać. Mieszkańcy dzielnicy nazywali ich tatusiami, ponieważ pchali przed sobą dziecięce, zardzewiałe wózki na rozmaite rupiecie, które zbierali po okolicy.
Przy pięknej pogodzie Suchar brał ryczkę, wychodził przed sień, siadał i obserwował domenę, w jakiej przyszło mu żyć. Uliczka Waleriana Wróblewskiego była ślepa. Miała jakie sto metrów, po jednej stronie dwie kamienice przedzielone chlewikami i placem, po drugiej stronie trzy kamienice przedzielone chlewikami i dwoma placami. Na jej końcu znajdowały się ogródki działkowe: wiosną i latem uwodzące bujną ścianą zieleni, jesienią rdzewiejącą paletą barw, zimą zaś siecią powyginanych czarnych desek płotów na tle zwisających, śnieżnych czap. Starzy mieszkańcy, zwani wojennymi niedobitkami, byli wkurzeni na wszystko, co ich spotykało. Obgadywali się nawzajem, a znali się jak łyse konie, więc gadać było o czym. Złośliwie wydymali spierzchnięte wargi i perliście wyżywali się na tym czy na innym delikwencie. Młodzi, ci co bardziej zmyślni, pouciekali stąd gdzie pieprz rośnie. Pozostało kilku cudaków, dawniej chodzących do tutejszej szkoły specjalnej. Byli życzliwie tolerowani przez wszystkich. Na przykład Grzybek w wypłowiałym garniturze, zawsze uśmiechnięty i żujący bułkę, dowodzący tego, że ziemia jest płaska, bo gdyby była kulą, to wpadłoby się w przepaść już za familokami; zarośnięty Guzik, szorujący rowerowe błotniki i próbujący z nich zbudować, połączoną łożyskami, samonapędzającą się machinę; czy zasysająca powietrze Albina z jednym obwisłym ramieniem niby przetrąconym skrzydłem, zbierająca po ludziach puste koperty, do których wkładała zeschnięte liście. Miała ich pełne worki schowane w komórce. Pewnego razu Wiluś dostrzegł ją pod klonem. Cała była posiwiała. Już jako dziewczynka miała zbrużdżoną buzię staruszki. Uśmiechnęła się do niego i pomachała ręką.
- Dziyń dobry, panie Sucharek! - krzyknęła z radością.
Z czego ta franca tak sie cieszy? - pomyślał starzec i bardziej nacisnął na czoło sfastrygowany kaszkiet.
Szedł do kuśnierza Odleżyny - w ważnej sprawie. Na ulicy zalanej wodą z pękniętej rury kanalizacyjnej przydybał go Obibok z petem między wargami. Był dilerem i truł okolicznych przygłupów, aż pozostawali jedynie cieniami. Miał świdrujące chytre oczka wyrobione w spostrzegawczości latami praktyki. Nikt nie umknął jego uwadze, a zwłaszcza potencjalna ofiara szwendająca się po Chropaczowie. Nie obnosił się ze swoimi zyskami. Zakładał ciuchy kupione w szmateksie. Nie kupował drogich rzeczy. Wszędzie, nawet w warzywniaku, wykłócał się o cenę.
Zbigniew MasternakSzkice prowincjonalne
Od 2006 roku, kiedy to spotkałem się z czytelnikami po raz pierwszy, liczba moich spotkań autorskich systematycznie się zwiększała. Najbardziej ceniłem sobie te z młodzieżą, w miejscach takich jak Rychliki czy Zakrzew, Bestwina albo Daleszyce. Może dlatego, że pochodzę z jeszcze mniejszej miejscowości. Gdy tylko zaproszono mnie do Wymiarek, tuż przy granicy z Niemcami, bez wahania wyruszyliśmy z Renatą w daleką podróż. Staram się zabierać małżonkę w takie trasy (nie tylko dlatego, że robi świetne zdjęcia), coraz częściej towarzyszy nam w tych wyprawach nasz kilkuletni syn. Po całonocnej podróży pociągiem z Puław dotarliśmy do Żar. Zwiedzanie okolicy zaczęliśmy od... Bad Muskau, koło Łęknicy. Te dwie miejscowości były kiedyś jednym łużyckim miasteczkiem, które nazywało się Mużaków. Gdy przeszliśmy przez most na Nysie, zatrzymał mnie niemiecki policjant i zajrzał do mojej wielkiej torby podróżnej. Myślał pewnie, że przemycam fajki! Kiedy zobaczył egzemplarze mojej trylogii młodzieńczej Księstwo, machnął ręką zrezygnowany. Cóż, dzisiaj trudno zainteresować ludzi literaturą.
Bad Muskau i Łęknica - dwa różne światy, mimo że tak blisko siebie położone. Bad Muskau oszałamia - zwłaszcza pałacyk i park. Po polskiej stronie znajduje się druga część parku - tylko że zaśmiecona i zdewastowana. Niemieckiego parku doglądają dziesiątki ogrodników - polskim zajmuje się jeden, w dodatku chyba ciągle pijany. W Bad Muskau kwitnie turystyka, w Łęknicy handlują fajkami. Po niemieckiej stronie pamiętają o łużyckich korzeniach - wszystkie ulice noszą nazwy po niemiecku i łużycku. Ciekaw byłem, jak to będzie w Wymiarkach i okolicznych wioskach, które kiedyś także były łużyckie. Czy został tam chociaż jakiś ślad po dawnych mieszkańcach tej ziemi? Może ktoś zna jeszcze język Łużyczan?
Do Wymiarek dotarliśmy z Łęknicy przez Przewóz ostatnim autobusem, w ciągu dnia zajeżdża ich tutaj tylko kilka. Było jeszcze sporo czasu do imprezy, więc zostawiliśmy torbę z książkami w bibliotece i poszliśmy zwiedzać wioskę. Tak naprawdę jest to coś w rodzaju małego miasteczka, odwiedziłem już wiele tego typu miejscowości w Polsce - Strzałkowo koło Poznania, Jabłonka pod Nowym Targiem, Łącko opodal Szczawnicy-Zdroju. Wymiarki, położone na skraju Puszczy Zgorzelecko-Osiecznickiej, zostały odnotowane po raz pierwszy 27 maja 1427 roku w dokumencie żagańskiego księcia Jana I. W piśmie skierowanym do mieszczan z Gorlitz stwierdził, że ludzie rodu von Hakenborn, władającego Żarkami Wielkimi (miejscowość w pobliżu), wraz ze wspólnikami złamali zawarty wcześniej pokój i dopuścili się kradzieży dwóch koni sędziemu Ottonowi von Melhose z Wese. Najstarsze udokumentowane nazwy wioski brzmią: Wese, Wiese, Wiesa, Wiesau, co tłumaczy się z niemieckiego jako łąka. Pierwotnie była to ulicówka, która przekształcona została w drugiej połowie XIX wieku w wielodrożnicę o charakterze miejskim. I ten charakter utrzymany został do dziś - Wymiarki w porównaniu z większością maleńkich czeskich miasteczek, takich jak choćby Police nad Metują, wydają się metropolią.
W 1445 roku w księgach sądowych łużyckiego Budziszyna wymieniona została gospoda morderców z Wymiarek... Ponurą sławę zyskała potem na łamach powieści E. Erdmanna, Der Mordkretscham bei Wiesau. Została rozebrana dopiero po roku 1945 i do dziś nie ma gdzie w Wymiarkach spać ani zjeść obiadu - po spotkaniu dyrektorka biblioteki obiecała odwieźć nas do Żagania.
Majątek Wymiarki wielokrotnie zmieniał właściciela - po panach Melhose rządzili tutaj Schellendorfowie, ród von Dyhern, a także książę żagański Albrecht Wallenstein. Rozwój Wymiarek zaczął się od powstałej w średniowieczu kuźni żelaza. W miejsce kuźni Czesi około 1677 roku założyli hutę szkła. Dlaczego tutaj? W okolicy zalegały złoża piasku kwarcowego, surowca niezbędnego do wyrobu szkła. A wszędzie ciągnęły się wielkie bory. Mieszkańcy wsi nie znali tego rzemiosła - nieliczna wówczas miejscowa społeczność składała się z chłopów zagrodników, wasali pracujących w dobrach szlacheckich. Należało zatem ściągnąć fachowców z zewnątrz. Trafili tutaj głównie z Niemiec, częściowo z Czech. Przywieźli ze sobą swój język i swoje obyczaje. I to oni przyczynili się do rozwoju miejscowości. Huta była najważniejsza w całej okolicy, słynęła w Europie. Jej koleje były różne, zmieniali się właściciele, jednak przetrwała wieki. Ostatnio zawiesiła działalność.
Weszliśmy na teren zespołu huty szkła "Wymiarki". Składają się nań: budynek wielofunkcyjny, budynek produkcyjny, magazyn form, budynek regeneracji, warsztat elektryczny, magazyn techniczny, budynek głównego technologa, komin, willa właściciela (obecnie budynek administracyjny), ogród willowy. Jest też wysokie ogrodzenie od strony zachodniej. Wszystko zaczyna powoli niszczeć. Czy znów zacznie działać?
- Wszyscy tutaj mają taką nadzieję... - mówi stróż, który wpuścił nas na teren huty. Pozwolił nam ją zwiedzić, kiedy wyjaśniłem, że przyjechałem do tutejszej biblioteki promować swoją najnowszą książkę - o Polakach na emigracji we Francji. - Nie trzeba byłoby emigrować za pracą do Zielonej Góry albo jeszcze dalej, za niemiecką granicę. Wyjechało około 450 osób, prawie połowa wsi. W tym mój syn...
Zawsze staram się wypytywać ludzi przed spotkaniem, kim są i jakie mają problemy. Potem łatwiej nawiązać kontakt z publicznością. Wyćwiczyłem się w tym w ciągu ostatnich kilku lat. Zaczynałem od jednej imprezy w 2006 roku, w Nałęczowie. Potem z roku na rok było ich coraz więcej, teraz jestem w nieustannej wędrówce od wsi do wsi, od miasta do miasta. Mam w głowie rozkłady wszystkich busów, autobusów i pociągów. Znam wszelkie skróty. Nawet wiem, gdzie można za darmo się odlać we Wrocławiu czy w Olsztynie. Poznaję Polskę, znam ją lepiej niż niejeden polityk. Ludzie chętnie opowiadają mi o swoich problemach. Wielu ciągle naiwnie wierzy, że pisarz ma moc sprawczą, a słowo - siłę.
Krzysztof WołodźkoWiele się działo. Intymna historia ludowej Polski
Tomasz S. Markiewka: Nic się nie działo. Historia życia mojej babki. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022, s. 216.
"Czas idyllicznych opowiastek o polskiej wsi się skończył" - zapowiedziała lewica, sięgając w dość bezpieczną przeszłość. Jednak opowieść, którą proponuje w zamian, często jest nieledwie nową filozofią dziejów, beletryzowaną socjologią, przefiltrowaną przez inteligenckie schematy naszej epoki. Wieś pulsująca życiem jak ledwo zasklepiona rana, wieś jako codzienność banalnego życia wciąż jest na ogół nieobecna - ta dalsza i bliższa naszym czasom.
Na kartach Nic się nie działo. Historia życia mojej babki Tomasz S. Markiewka próbuje opowiedzieć inną historię. Z życia wziętą - chciałoby się powiedzieć językiem bulwarowych pism. Historię, którą przeżył, przemyślał, być może także nie raz i nie dwa "przebolał" - w pewien sposób intymną, ale i zdystansowaną, przefiltrowaną przez intelektualną biografię, okraszoną koniecznym inteligenckim komentarzem, wplecionym w opowieści urodzonej w 1938 roku chłopki z Żywiecczyzny, jego babki, Anny Markiewki, z domu Salachny, która później zawędrowała do Liszkowa na Kujawach. Nie ma w tym jednak dysonansu: naukowy warsztat autora idzie w sukurs zakorzenionemu w nim rozumieniu wsi, rodzinnemu wżyciu się w nią. Nawet tytuł książki brzmi nie tyle kpiną, co ciepłą ironią: za pozornym bezruchem i nudą wiejskiej historii ukrywają się frapujące ludzkie losy, wspólnota zapomnianych dziejów prawdziwie ludowej Polski.
Czekałem na książkę Markiewki, bo sam mam podobne doświadczenie - dorastania na wsi. Czasy i miejsce nieco inne, bo urodzony ponad dekadę wcześniej, poznałem wielkopolską pegeerowską wieś i w apatycznych latach osiemdziesiątych, i w tyglu bezwzględnych przemian lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Jednak z czasem zacząłem pojmować coraz lepiej, że inteligencki dom budował inną perspektywę, przez inne pryzmaty przechodziło moje dziecięce i wczesnonastoletnie doświadczenie - w przedszkolu, szkole podstawowej, pośród zabaw, radości i smutków spędzanego wspólnie z rówieśnikami czasu. Ich rodzice byli na ogół pracownikami i pracownicami pegeeru. Dopiero podczas upadku wzorcowego gospodarstwa rolnego PGR Manieczki lepiej uchwyciłem inność, wręcz obcość wielu doświadczeń, które wcześniej wydawały mi się - także dzięki sporemu egalitaryzmowi wychowania - uwspólnione i uniwersalne.
Gdy w 1992 roku poszedłem do liceum w Poznaniu, sądziłem, że narastające poczucie odrębności, obcość nawet nie tyle języków, ile tematów i coraz to nowych spraw, to kwestia odległości, braku wspólnie spędzanego czasu. Jednak tak naprawdę szliśmy niewidzialnymi ścieżkami, na których jednostkowe wybory splatają się z silnymi determinantami, które ku zgorszeniu przynajmniej części postinteligencji decydującej o kształcie III RP wypada nazwać klasowymi.
Nie miałem też babki ani dziadka spośród chłopstwa. Prowincjonalny kierownik tzw. banku spółdzielczego, zapalony myśliwy, i jego żona, dyrektorka szkoły podstawowej w latach 1945-1956, którym wojna odebrała życie na Kresach, a w zamian dała wielkie traumy i małe kariery w PRL; proletariusz z małego miasta, sumienny pracownik nagradzany pochwałami i medalami, jego żona, kobieta ciężko pracująca w domu i wychowująca kolejne dzieci - spotkania i opowieści o moich dziadkach i babciach nie uczyły mnie życia na wsi ani trochę.
Drobny przykład - choć całe dzieciństwo spędziłem na wsi, to zawartą również w książce Markiewki opowieść o tym, że w Wigilię chłopi dzielili się opłatkiem ze zwierzętami, znałem tylko z opowieści nieco dalszych i starszych krewnych. Najpewniej nie była ona udziałem również moich kolegów i koleżanek, których ojcowie i matki pracowali przy bydle w pegeerze. Może znali ten dawny obyczaj synowie i córka jedynego w mojej wsi indywidualnego rolnika, ale oni byli bardzo skryci, schowani przed oczyma wścibskich za murami kryjącymi wielki dom z dużym obejściem, oborami, chlewami i stodołą, w której mieścił się kombajn Bizon. Przywykli do ciężkich prac od maleńkości, żyli życiem odrębnym, obcy otaczającemu ich, często zazdrosnemu o ich dobrobyt pegeerowskiemu żywiołowi. I nawet jeśli łamali się opłatkiem z żywiną, to nie powiedzieliby o tym w tamtych latach chłopcu z nauczycielskiego domu. Dla nich i dla ich rodziców szkoła - co słyszałem nieraz w rozmowach dorosłych - była częścią instytucjonalnego świata, z którym trzeba było się układać i warto było dobrze żyć, ale który przez dekady okradał ich z niemałej części wypracowywanych w znoju owoców pracy. I przynajmniej oficjalnie stał po stronie ideologii, która nie tylko godziła w prywatną własność, lecz także chciała ich patriotyczno-religijną chłopskość przerobić na marksistowską modłę.
Jedyni prawdziwi chłopi, których poznałem w dzieciństwie w rodzinnym kręgu, to teść i teściowa mojej matki chrzestnej. On surowy, mocny, hardy. Ona cicha i niemal zgięta wpół do ziemi. A za ich domem na wsi mnóstwo sprzętu rolniczego, który wtedy już rdzewiał w wielkim sadzie i służył nam jako kryjówki w czasie bitwy na podgniłe papierówki. Spałem w wielkim łóżeczku z medalikiem świętego Krzysztofa u wezgłowia, które dawno temu ten stary chłop zbił dla swojego synka, a mojego wuja - pracownika browaru w Bojanowie. W tym łóżeczku spał mój starszy kuzyn, dziś lekarz w jednym z wielkopolskich miast. A później ja. I chyba to łóżeczko jest najmocniejszym rodzinnym wiejskim dziedzictwem, jakie pamiętam. Onirycznym i archetypicznym zarazem, zanurzonym w nieświadomości i snach wczesnego dzieciństwa i w rodzinnym przekazie. Później to łóżeczko mój ojciec przerobił na ławkę w ogrodzie, który już nie istnieje, bo w czas transformacji nowe uwłaszczenie nawet pejzaże, horyzonty i perspektywy napisało na nowo. Zrobiłem zdjęcie tej ławki, otoczonej winogronowymi pędami i słonecznikami w środku upalnego lata pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Mam je teraz na biurku jako jeszcze jedno świadectwo tego, że nie wolno się przyzwyczajać i "nie będziesz nigdy / w świecie / czuł się jak u siebie w domu". Być może wszyscy w Polsce jesteśmy jak z tego zapomnianego wiejskiego łóżeczka, które przemieniło się i przepadło na którymś z tragikomicznych zakrętów mało-wielkiej historii.
Liczyłem więc na to, że książka Markiewki powie mi o wsi więcej, że znajdę tam rzeczy wspólne i różne. Że jego babka będzie jak jedna z tych starych wiejskich kobiet, które poznałem w dzieciństwie. Te kobiety śpiewały piosenki o umierających jaskółkach i kochankach, którym nie dane było szczęście. Chodziły do kościoła najprzykładniej jak święte pańskie, choć wiedziałem, że potrafią być wredne i swarliwe, że plotkują na każdym kroku i w ten sposób współdecydują o tym, kto jest kim w małej wiejskiej wspólnocie. To chyba dzięki nim zacząłem lepiej pojmować własną obcość, ponieważ z nieledwie ostentacyjną skrupulatnością podkreślały, że jestem nauczycielskim dzieckiem i moja matka decyduje o tym, czy ich wnuki przejdą, czy nie przejdą do kolejnej klasy.
Znałem ich córki, kobiety, które pracowały w pegeerze na akord i krzywym okiem patrzyły na chłopców z podstawówki, którzy w ramach umowy między szkołą a kierownictwem pegeeru jeszcze w początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku uczestniczyli jesienią i wiosną w pracach polowych. Za pieniądze z naszej pracy dyrektor szkoły urządzał nam szkolne wycieczki i kupował sprzęt naukowy niezbędny na lekcjach fizyki i chemii. Te kobiety często były wobec nas opryskliwe, ponieważ - na ogół słusznie - uważały, że źle pracujemy, że spowalniamy pracę i odbieramy im część zarobku. Faworyzowały dzieci własne i swoich krewnych, resztą próbowały komenderować. Podśmiewały się z nas, ile wlezie - wreszcie ktoś był niżej od nich, choć na chwilę, w hierarchii dziobania.
One również - podobnie jak kobiety w książce Markiewki - uwielbiały opowiadać niestworzone historie, utyskiwać na harówkę, kląć niesprawiedliwość kierownika, wyśmiewać wioskowych niedorajdów, obgadywać własnych i cudzych mężów. Nie rozumiałem ich goryczy i cierpkich słów, ale rzadko mnie dotykały. W odróżnieniu od ich matek, babek moich kolegów, raczej się pilnowały w obecności nauczycielskiego dziecka. Nie rozumiałem wtedy, dlaczego bywają tak zgorzkniałe i złośliwe. Dziś wiem, że miały po czterdzieści lat i spracowane, starzejące się dłonie, siwiejące włosy i zmarszczki, które odbierały im złudzenia dotyczące własnego życia. I domy, nieremontowane często od dekad. A najgorsze miało jeszcze nadejść. Ustawa z 19 października 1991 roku o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa, która przyniosła likwidację pegeerów, dla wielu z nich i ich rodzin oznaczała lata niepewności, strachu, rozpaczy i ubóstwa. Dla nich - podobnie jak dla Anny Markiewki - nie znalazło się miejsce w podręcznikowej historii Polski. Choć i one były jej współuczestniczkami.
Rzecz być może drobna, ale uśmiechnąłem się, gdy na kartach Nic się nie działo trafiłem na wątek opowieści snutych przy pracy na wsi: "Ludzie w Ujsołach nie mieli jeszcze telewizorów i nie czytali za wiele literatury pięknej, jeśli w ogóle umieli czytać. Zamiast tego opowiadali sobie o różnych dziwach, które widzieli albo - zazwyczaj - o których słyszeli, że ktoś je widział. Takie gawędy snuło się przeważnie przy pracy. Wiejską robotę często wykonywano przynajmniej w kilkuosobowych grupach. Czy zbierało się kamienie na polu, czy wyrywało zielsko, czy przebierało kartofle, czy szyło - zazwyczaj robiło się to w towarzystwie, więc prędzej czy później zaczynała się rozmowa na tematy wszelkie, również te fantastyczne".
Leszek Bugajski"Twórczość" 1979 - rewolucja, ach ta rewolucja
Pierwszy tekst Henryka Berezy "Twórczość" opublikowała w kwietniu 1952 roku. Była to recenzja powieści Słońce wschodzi Edwarda Marca - pamiętanego i fetowanego dzisiaj chyba tylko w rodzinnych stronach. Bereza, wówczas młody polonista, pisząc, starał się, jak tylko mógł, ominąć pułapki, jakie na wrażliwego czytelnika czaiły się w socrealistycznej prozie, i zachować zdrowy rozsądek. No, ale oprócz klasyki nie ukazywało się wtedy dużo - albo wręcz nic - co można byłoby uczciwie opisać. Już miesiąc później pojawiła się w "Twórczości" recenzja Berezy z książki Mariana Brandysa Początek opowieści, "produkcyjniaka" o budowie Nowej Huty. Łatwo nie było. Ale Bereza przebrnął przez te opresje i w następnym roku był już stałym recenzentem miesięcznika.
Jarosław Iwaszkiewicz został redaktorem naczelnym "Twórczości" w 1955 roku. Po Adamie Ważyku objął pismo wymęczone socrealistycznymi nakazami i odbudował je. Po latach chętnie powtarzał, że "Twórczość" jest pismem o europejskim znaczeniu. I nie były to puste przechwałki. Na kilka miesięcy przed śmiercią napisał w jednym z licznych listów: "Ze wszystkich moich dzieł najbardziej ukochałem "Twórczość" i pracę w niej od ćwierćwiecza uważam za moją największą zasługę".
Coś na rzeczy było, bo przez lata mówiło się o iwaszkiewiczowskiej "Twórczości", co w warunkach PRL było ewenementem, bo redaktorów naczelnych władze wymieniały dość często i rzadko który mógł na redagowanym piśmie wyraźnie odcisnąć swoje piętno. Iwaszkiewicz był jednak postacią potężną, nie tylko z powodu artystycznego dorobku, lecz także licznych funkcji, jakie pełnił w ówczesnym systemie życia kulturalnego i także politycznego. Mógł sobie na wiele pozwolić i nie miał powodów do obaw, że jakiś urzędnik zechce go usunąć z posady.
W trakcie ukazywania się kolejnych tomów Sławy i chwały Bereza towarzyszył jej skrupulatnie. A i po tym, jak Iwaszkiewicz definitywnie powieść skończył (1962), wracał do niej przy różnych okazjach. Swój tekst o niej ostatecznie zatytułował Mistrzostwo i to jest wyraz wielkiego, bezdyskusyjnego podziwu i szacunku. Bo pisząc o samej powieści, Bereza skupiał się na jej analizie, choć na zakończenie - gdy podsumował analizę "duszy" głównego bohatera - uderzył w wysoki ton: "Jest to tajemnica duszy Jarosława Iwaszkiewicza. I chyba w ogóle tajemnica duszy ludzkiej. Tajemnica faustyczna".
W 1966 roku Henryk Bereza został członkiem zespołu redakcyjnego "Twórczości". Objął dział krytyki literackiej, a precyzyjniej - tę jego część, która ogarnia książki niepoetyckie. Ze swoich obowiązków wywiązywał się sumiennie, ale do jakichś scysji musiało dochodzić, skoro Jerzy Lisowski, wtedy zastępca redaktora naczelnego, wiosną 1971 roku pisał w liście do Iwaszkiewicza o "fochach Henia Berezy". W tym liście zresztą dość krytycznie ocenił także wszystkich pozostałych członków zespołu redakcyjnego, wiedząc, że takimi złośliwościami nikomu nie zaszkodzi, bo Iwaszkiewicz potraktuje to pół żartem, pół serio, i że w "Twórczości" nie ma zwyczaju wyrzucania ludzi z pracy.
Niezależnie od redakcyjnej codzienności Bereza niezmiennie darzył Szefa szacunkiem i cenił jego twórczość. W 1977 roku w podniosłym tonie napisał na przykład tak: "Iwaszkiewicz jest w kulturze polskiej jednym z największych twórców. W literaturze polskiej jest zresztą twórcą z sobie rówieśnych największym, nikt bowiem nie jest w stanie mu dorównać bogactwem i monumentalnością pisarskiego dzieła. On jeden może się przymierzać ze swoim dziełem do wielkich twórców naszej tradycji literackiej, którą wzbogacił o nowe dokonania niemal we wszystkich dziedzinach pisarstwa".
W roku 1978, kiedy na emeryturę odszedł Julian Stryjkowski, Bereza został kierownikiem działu prozy w "Twórczości". Wahał się, czy ma objąć to stanowisko, wtedy najważniejsze z redaktorskich w "Twórczości", ale też w rozmowach z nim dawało się wyczuć, że mu to bardzo pochlebiało. Trochę się pewnie bał, bo to był już ten moment, w którym musiał wiedzieć, że jego - tak to chyba najlepiej określić - gust literacki zaczyna się radykalnie różnić od gustu Iwaszkiewicza i kilku innych członków zespołu redakcyjnego. I mógł się spodziewać, że obstając przy swoich wyborach, będzie narażony na ataki, a przynajmniej na kpiny. Jednak - jak to relacjonował w rozmowie z Adamem Wiedemannem i Piotrem Czerniawskim (Końcówki. Henryk Bereza mówi, korporacja ha!art, Kraków 2010) - poczuł, że Iwaszkiewicz postawił go "w sytuacji bez wyboru". Pewnie dla Szefa była to sytuacja najwygodniejsza, ale też z pewnością nie była to dla Berezy sytuacja bez wyjścia. Nie potrafił jednak odmówić człowiekowi, którego autorytet uznawał za "niewątpliwy", albo nie chciał, co na jedno wychodzi.
Tu jeszcze ciekawy epizod, o którym Bereza opowiadał wspomnianym rozmówcom, o tym, że Iwaszkiewicz "w sensie dosłownym, płakał przy okrągłym stole w redakcji "Twórczości", mówił, że po prostu on nie odda prozy żadnym ludziom uniwersyteckim, bo oni w ogóle nic nie wiedzą, oni wiedzą, jeżeli rzecz jest uznana przez innych [...] sami z siebie w ogóle w niczym się nie orientują i posłużył się tutaj rozmaitymi nazwiskami". Henryk opowiadał mi tę historię niemal na bieżąco i nie jeden raz przy okazjach różnych spotkań, głównie przy jego domowym stoliku. Wtedy, gdy było to świeżo zapamiętane zdarzenie, nic nie wspominał o płaczu Iwaszkiewicza (nie wykluczam, że pomijał go jako okoliczność dość krępującą, bo przecież Iwaszkiewicz wtedy jeszcze żył). Trzydzieści lat później albo porzucił dyskrecję, albo podkolorował relację.
Henryk BerezaOniriada
2000
w, 25 st
- wiem o Niemcu, który zniszczył swoje malarstwo - dyskusja o takim fenomenie - dyskutanci wiedzą, że ja go znałem - oficjalne uroczystości, państwowe, religijne - tłum w ławkach w całym Ogrodzie Saskim - siedzę na końcu, przy Marszałkowskiej - w środku ogrodu siedzi Henryk Krzeczkowski - w pobliżu zauważam Dariusza Nowackiego lub Krzysztofa Uniłowskiego - biorę od niego dwie książki - z dedykacjami, dla kogoś - jedna z książek w strzępach - przekładam strzępy, układam - rozmawiam z kobietą o Oniriadzie - kobieta leży na trawie - dyskusja o postaciach z nazwiskami w moich snach - dziejba na rynku w Skierniewicach - dziejba w Ogrodzie Saskim - tłum w ruchu - nowe budowle obok Grobu Nieznanego Żołnierza - zauważam znanych ludzi - rozmowa o książce w strzępach - z Dariuszem Nowackim lub z Krzysztofem Uniłowskim - chcę wracać do domu - nie byłem w domu przez całą dobę - matka nie wie, gdzie jestem - chcę iść pieszo przez Marszałkowską - idę ze Skierniewic do domu urodzenia - na domach plakaty - z "Trybuny Ludu" lub z "Trybuną" - tytuł gazety na dole - widzę Maćka Wierzyńskiego - robi znak, że rozumie tę demonstrację - śmiejmy się do siebie z daleka - - -
Noc, spałem niespokojnie, wstałem o wpół do siódmej -
p, 31 st
- mają się odbyć moje imieniny, u Olimpii - idę do niej - zadziwia mnie jej mieszkanie - zmieniło się wszystko - sufit ze szkła - przez okna widać Powiśle - niepokoję się, że nic nie przygotowałem - nie wiem, co przygotowała Olimpia - przychodzi kilka osób - dwaj znajomi od wieków, znajome kobiety - wódka prawie wypita - nic nie widać do jedzenia - rozmawiam z Małgorzatą Łukasiewicz - czeka się na następnych gości - Olimpia obiecuje jedno danie - wiem i nie wiem, co przygotowała - przychodzą nowi goście - niektórzy przynoszą wódkę - patrzę na dwie litrowe butelki - nie wiem, kto jeszcze przyjdzie - Olimpia zrobiła kiełbaski na gorąco - niby je się, niby ma się jeść - odbywa się coś, nie odbywa - nie rozumiem, jak to wszystko możliwe - dlaczego to zostało tak pomyślane - kończy się to przed południem - myślę o Olimpii - - -
Noc, spałem niespokojnie, wstałem o szóstej -
n, 6 lt
- uczestniczę w kreacji obrazu matki Mariana Pilota - domyślamy się, jak ona mówiła - żałuję, że nie słyszałem jej mowy - coś się o niej tworzy, coś powstaje - wielka impreza, wyjazdowa - mieszkamy w pałacu, hotelu - działacze - ni to chłopscy, ni to młodzieżowi - może to pisarze nurtu chłopskiego - coś się wygłaszało - poginęły teksty, referatów, przemówień - ogrom, nieskończoność wszystkiego - rzeczy w hotelu, zdarzeń, komplikacji - komplikacje przed wyjazdem - przesuwają się godziny wyjazdu - nie wiadomo, kto podejmuje decyzje - tkwię w wirowaniu słów, zdarzeń, w niemożnościach - jadę przez Warszawę, wracam - jestem w mieszkaniu Pawła Hertza - on mi daje książkę - mówię, że potrzebna jest jego postawa - ktoś dzwoni do drzwi - Hertz podnosi się z łóżka - wchodzą starsze i młodsze osoby - patrzą na mnie przy łóżku Hertza - wchodzi mężczyzna z wielką czupryną - nie wita się ze mną - myślę, to przyjaciel Hertza - dziwię się, że tak wygląda - chcę się odezwać - widzę go jakby w autobusie - nie wysiadłem przed rondem - wysiadam przed Kruczą - jesteśmy w prawie pustej restauracji - przyjaciel Hertza wychodzi - wypowiada słowa ni to po angielsku, ni to po niemiecku - formułka jakby w obydwu językach - - -
Noc, spałem bardzo niespokojnie, wstałem przed siódmą -
s, 26 lt
- rynek w Skierniewicach, plac w Warszawie - pokazuje się komuś wspaniałe ryby - wspaniałości pstrąga, łososia, węgorza razem - idzie się do kogoś, do domu - dom ze świetną przeszłością, w upadku - jesteśmy w dużym pokoju - był to kiedyś reprezentacyjny salon - gospodarz jest mi bliski - dba o mnie - obaj pamiętamy coś sprzed dziesięcioleci - święto, rocznicę, smak wspaniałej ryby - ta pamięć stanowi więź między nami - mówimy, jemy wspaniałą rybę - gospodyni pojawia się, znika - jest czymś skrępowana - dziwność w jej zachowaniach - je się rybę, jem łakomie - myślę, czy wspaniałej ryby nie braknie dla gospodarzy - myślę o gospodarzu - chcę ogarnąć ogrom czasu - tego, co pamiętamy - sprzed dziesięcioleci - - -
Noc, spałem z okresami bezsenności, wstałem po szóstej -
c, 2 mc
- ulice, sama przestrzeń, złote kolory - chodzę z Marianem Pilotem - może z Zygmuntem Trziszką - mówimy o zmianach - w mieszkaniach, w porządku świata - mam się o czymś wypowiedzieć - o literaturze, o bestsellerach - słucham opowieści o czyimś zachowaniu - ktoś wjechał do salonu na wrotkach - zniszczył parkiet - czytam tekst - na ścianie, na murze - instrukcja, opis czegoś - rozmowa o zachowaniach, o niestosownościach - - -
Noc, spało mi się bardzo źle, wstałem po szóstej -
Jarosław Iwaszkiewicz, dwudziesta rocznica jego śmierci, istnieje twórczo po dwudziestu latach jeszcze bardziej, niż istniał za życia, istnieje inaczej, w bardziej istotnej postaci -
Wojciech MazurekNic, nic, nic w 354/XI/34
Krzysztof Mrowcewicz: Burza i zwierciadło. Wydawnictwo Znak, Kraków 2022, s. 224.
Gdy Krzysztof Mrowcewicz przeglądał w Archiwum Głównym Akt Dawnych rachunki dworu Krzysztofa Radziwiłła, jego umysł poczuł potrzebę heterologii. Zapragnął załatwić "solidną naukę" na nieuczonym gruncie, potargać kłaki rozumowego nieracjonalnym, zastrzelić logos kulą mythos. Choć, przyznajmy, niekoniecznie myślał Michałem Pawłem Markowskim. Bliżej do Wilna niż do Chicago. Teraz będzie dobrze: zapragnął "wysoki umysł w dolnych rzeczach zawikłać".
W tej samej chwili - Adam Dziadek wyostrzyłby badawczy zmysł - ciało Krzysztofa Mrowcewicza doznało ataku padaczki. Spiesząca mu na pomoc bibliotekarka opuściła w poszukiwaniu telefonu czytelnię, a epileptyczne corpus natychmiast poderwało się z podłogi i rzuciło z aparatem na zalegające na stole listy. Potem już tylko, jak zwykle w archiwum, niesmak i groźba w spojrzeniach pracowników, kręte korytarze i strome schody, półlegalna ucieczka w ciemność ulicy Długiej.
W ten sposób Mrowcewicz znalazł się w posiadaniu nieznanych listów Daniela Naborowskiego z podróży do Londynu w 1611 roku, pereł światowej epistolografii, zapisów jedynego polskiego spotkania z Williamem Shakespeare'm, jego pierwszych polskich tłumaczeń. Listów zaplątanych w gęsto zapisane rachunki, roszczenia, należności, pretensje kulawołacinne, makaroniaste, liczbowe i wielokolumnowe, opuszczone przez Boga, a nawet Urszulę Augustyniak.
Całą historię Mrowcewicz opowiedział we wprowadzeniu do Burzy i zwierciadła, popularnego - lichy aparat edytorski - wydania nowo odkrytych 20 listów Naborowskiego do Radziwiłła. Opowiedział, żeby się usprawiedliwić, bo pod sygnaturą - odnalazłem sobie - 354/XI/34: "nic, nic, nic". Listy znikły, zostały tylko w chmurach, aparatach i pendrive'ach, podaję według autoidentyfikacji, "Krzysztofa Mrowcewicza (1956-?)", "pół-Naborowskiego; historyka literatury, który chciał być poetą". Na stronie IBL-u nawet godzin dyżuru nie ma - trzeba czytać.
To wszystko staranna mistyfikacja, urojenie, domniemanie, krótka historia nikczemności. Bo Mrowcewicz po prostu znudził się nauką. Henryk Markiewicz już dawno napisał: "sądzę jak Mrowcewicz" - co więcej można osiągnąć w literaturoznawstwie. Do, splątanego ze swoim, życia Naborowskiego podchodził wielokrotnie w uczonych rozprawach o kalwińskich głowach, żółwiach i Atalantach czy w monograficznym rozdziale syntezy polskiej literatury XVII wieku. Umieścił na zaszczytnym, tytułowym miejscu jego poezje w antologii polskiej poezji metafizycznej. W końcu napisał olśniewające Małe folio, brawurową opowieść o wierszu Na oczy królewny angielskiej. A teraz, wraz z Bielak, Kordyzonem i Płóciennikiem, przystąpił do przygotowania krytycznego wydania korespondencji poety.
Wystarczy zajrzeć pod sygnaturę - numer produkcyjny Lemowego Niezwyciężonego, takie drobne "antynominalne zderzenie", zmyślenie - 1/354/0/5/10194-1, by dowiedzieć się dlaczego Mrowcewicz napisał Burzę i zwierciadło: ile tam "niegodnych grzeszników", "najświętszych majestatów", "W.Ks.M.", "zmiłowań nad grzesznikiem", serc ofiarowanych na posługi, "Boga, który w skrytości widzi, jawno". Ot - jak pysznie wyraził się Dürr-Durski - "listy szlachetki czyhającego łapczywie na każdy kąsek z rąk pańskich". I nawet żywsze fragmenty - rozpacz niesprawiedliwie traktowanego sługi (wyrzuconego na ulicę), dyskretne prośby o wypłatę, misje dyplomatyczne czy opis morskiej burzy w drodze z Londynu do Gdańska - giną rozmywane przez czas, nieczytelne szyfry i niestrawną retorykę pochlebstwa. To wszystko - konieczność grantowa - musi zostać opracowane według najściślejszych zasad "solidnej nauki".
W 1593 roku dwudziestoletni student medycyny napisał w rozprawce De temperamentis: "dochodzimy do poznania tak dotykiem, jak i ze samego działania i zachowania się człowieka, z postaci jego ciała, szczupłości, tłustości, owłosienia, łysiny, białości, czarności itp.". "Solidna NAUKA" z człowieka nie zostawia nic: przypisy, komentarze, objaśnienia. Words, words, words. Gorzej: nawet w Małym folio, w którym uczony język został rozszczelniony do granic możliwości, Naborowski to "poeta oczu, róży, cienia, soli, niczego, alchemik i kabalista słowa", a jego "wielkość jest czysto werbalna". Powiedzmy - z pomocą Stefana Szymutki - prościej: w tym ujęciu poezja Naborowskiego to plącząca się, bezzębna, pozbawiona sensu mowa zawieszonej referencji, rezygnacji z rzeczywistego. Służąca samej sobie - w bezustannym odnoszeniu się znaku do znaku. "Kabalista słowa"? Nie. Niech wybrzmi biblijny wyrok śląskiego literaturoznawcy: "beblok, faflok, klyta, pierdoła dziyń dobry".
Naborowski postanowił wymóc na ciele i umyśle Mrowcewicza inny rodzaj zainteresowania sobą. Taki, o którym pisał - niewielkie zaskoczenie, że to właśnie on - w De temperamentis. A droga do dotykowego poznania człowieka sprzed czterech wieków wiedzie przez urojenie. Marcel Schwob, ojciec wszystkich tego rodzaju przedsięwzięć, we wstępie do Les vies imaginaries pisał o konieczności działania "niższego instynktu" (zawikłania w dolnych...) w każdym, kto chce dostrzec krogulca nad nagimi piersiami Septymy czy odcisk florenów na dłoni Angiolierego. Burza i zwierciadło wpisuje się w cały nurt takich biograficznych, erudycyjnych, szalonych "urojeń": encyklopedyczną, zawadiacką ironię Literatury faszystowskiej w obu Amerykach Bola?o, labiryntową innotekstowość Borgesa, tryskający dukt Quignarda, skondensowaną, chłodną rozpacz Jaeggy, precyzyjnego, choć po pijanemu rozfalowanego, Rimbauda syna Michona, niepogodzoną mądrość fikcyjnego wyznania Pamiętnika Hadriana Yourcenar.
Inspiracji Mrowcewicza zresztą nie trzeba szukać aż tak daleko: jego pisarstwo konfrontowano z twórczością Rymkiewicza. Że niby ten europejski, tamten - swojski. Obaj równie świetni eseiści. Rymkiewicz, bardzo dawno temu, napisał, że Naborowski jest naszym najbardziej - wtedy to przez Kotta było modne - współczesnym. I kilka wierszy dialogujących z jego poezją. Jeden z nich Mrowcewicz umieścił jako motto do Burzy i zwierciadła. Nici z kolejnego rozdziału walki "kontusza z frakiem". Pogodził ich - barok.
W wypadku żadnej innej książki uruchamianie kolejnych kontekstów - jak mówił Edward Kasperski, zapobiegające podawaniu literatury w sosie własnym - nie jest tak uzasadnione jak w odniesieniu do Burzy i zwierciadła. Już sam tytuł nawiązuje do dramatu Shakespeare'a The Tempest i zmurszałego gatunku zwierciadła, który u nas praktykował Rej, żebyśmy w odbiciu idealnego żywota przejrzeli swoje grzechy. Za to szekspirowskie tempest oznacza alchemiczną przemianę topornego metalu w nieśmiertelne, oślepiające złoto. Kto raz o tym usłyszy od profesor Grzegorzewskiej, naczelnej szekspirolożki - nie zapomni.
Oczywiście w powieści Mrowcewicza burze będą z nieba i na scenie, na morzu i w głowie, metaforyczne i rzeczywiste, a zwierciadła - na portretach, obrazach, ścianach, w kaplicach, pakamerach, komnatach, kryptach. Zaparowywał je będzie "CZAS", a wszystko dlatego, że - od ilu już lat - "videmus nunc per speculum in aenigmate, tunc autem facie ad faciem". Pamiętajmy: kiedy Foucault opisywał XVII-wieczny rozdział słów i rzeczy, kryzys podobieństwa, słowa pozostawione samym sobie, zamknięte w kredowym kole konwencjonalności języka, niedostające do rzeczy - pisał właśnie o grze luster u Velázqueza. Po drugiej stronie lustra siedzi na wąskim murku Humpty Dumpty i swoje wie o głupocie naszych językowych znaczeń.
Mrowcewiczowi groziło utonięcie w morzu innotekstów - lista autorów, z których zapożyczał (w duchu renesansowej, pszczelej emulacji) frazy, ma przeszło stronę, a mogłaby mieć kolejną, bo nie do wszystkich nawiązań autor się przyznał. Mrowcewiczowski idiom pisarski mógł zostać zalany przez poprzedników. Tak jak zalany został idiom innego wybitnego badacza, który postanowił zostać pisarzem - Wacława Kubackiego. Rozbuchana erudycyjna kameryzacja, pełna przeładowanych peryfraz, z jego Snu nocy letniej (też podejście do Shakespeare'a i czasu) czy Smutnej Wenecji uczyniła przedwczorajsze ramoty.
Burzy i zwierciadła nie mąci zapożyczona ornamentacja, intertekstualny zgar. Mrowcewicz szybko znajduje własny sposób wypowiedzi. Najpierw autopikarejski - to określenie, jak zresztą wszystkie inne okołoheterologiczne, Artura Hellicha - tryb gry z konwencją sprawozdania archiwalnego, potem rokokowy, frywolny ton bon motów biograficznych ("pół-Naborowski", o Naborowskim: "najlepszy medyk wśród poetów i najlepszy poeta wśród medyków"), w końcu heteroglozyjny, stylizowany, podszywający się pod korespondencję Naborowskiego. Mrowcewicz, jak jego bohater, płynnie przechodzi ze stylu biblijnego w szekspirowski, z Marvella na Marina, z Baconowskiego traktatu filozoficznego w Rosenkreutzowski traktat hermetyczny. Bawi się staropolszczyzną - to "niemowiątko" bez "l" epentetycznego. Przedrukowane obok tekstu ryciny wymuszają czytanie co intensywniejszych zdań jako emblematowych subskrypcji. W tym ogrodzie rozkoszy zamieszkała jedna maszkara - opis seksu Naborowskiego z Barbarą w stylistyce militarnej (wspomnijcie, w jakim stylu Umberto Eco pozwolił kochać się Adsowi z Melku) wyszedł zaskakująco nieporadnie, udosłownione metafory brzmią żenująco, zakleszczone pomiędzy nieudanym żartem a przekombinowaną blubrą. Zasadniczo jednak Mrowcewicz bezbłędnie operuje poetyką tapeinosis, nagłych obniżeń tonu - różane alegorie równoważone są rzygowinami, dziwka stoi obok instauratio magna, marzenia o seksie sąsiadują z ekfrazą Melancholii I Dürera.
Świat Naborowskiego staje się zmysłowo postrzegalny. I choć wypełniony alegoriami, oglądany przez literaturę i dla literatury, widziany "niejasno", przez zaparowane zwierciadło, cały sub rosa, pod tajemnicą, to najgłębiej rzeczywisty. Laseczką Prospera Mrowcewicz wyprawia nas, jak Janusza Radziwiłła, w sen, w którym będziemy oglądać alchemiczne przemiany, dyplomatyczne starania, archeologię poetyckiej wyobraźni (cień, sól, róża, oczy, nic - są), zniekształcone ludzkie twory (wspólny wątek z, podobnym tematycznie, Skrywanym Komara), pijanych królów, Naborowskiego z Jonsonem, Bacona jako różokrzyżowca, milczącego Shakeaspere'a i Burzę.
Epistolarność Burzy i zwierciadła jest jej najsłabszym elementem. Pozycja księcia Radziwiłła zupełnie nie wpływa na styl myślenia "Naborowskiego", a - pamiętamy Skwarczyńską - to nieosiągalne w dwustronnej relacji nadawczo-odbiorczej. Mrowcewicz w Naborowskim, jak Żeromski w Olbromskim, wbrew deklaracjom, pisze sobą. Obyłoby się bez sztucznej listownej konwencji. Stanowi ona jednak maskę, za którą skrywa się Mrowcewicz, by wypowiedzieć najważniejsze. W powieści metaleptyczną codą jest rozpacz, Prosperowskie "and my ending is despair", dlatego - nie od rzeczy będzie przepisać, co Grzegorzewska pisała o wydźwięku The Tempest: "chęć poznania siebie prowadzi z powrotem na cmentarz, po którym snują się wskrzeszeni przez maga zmarli, nadal domagając się od nas, swoich bliźnich, zadośćuczynienia za nieujawnione i jeszcze nieodpokutowane, choć przez samego Boga odkupione zbrodnie". Tak. U Naborowskiego, u Mrowcewicza brzmi to inaczej, choć podobnie: nic, nic, nic.
Tadeusz Komendant miał sen. Stał pośród obcych ludzi w komnacie z lustrem, w którym odbijało się inne lustro. Jakiś facet z rewolwerem przechwalał się, że roztrzaska odbity obraz. Miał strzelać przez plecy. Po strzale - pisał Komendant - "ujrzałem, jak obraz rozpada się - i było to piękne, jak w zwolnionym filmie, wodospad zwierciadlanych szczątków, który tysiąckrotnie powiela twoje odbicie i, jak na przyjęciu u Królowej Śniegu, mrozi serce - a szklana szyba dalej trwa nienaruszona". Jednak gość wszystkich oszukał - strzelał do prawdziwego zwierciadła, na które wszyscy "się gapili".
Życzę Krzysztofowi Mrowcewiczowi takiego snu, choć, przyznaję, jego zwierciadło jest wyjątkowo piękne.
Przemysław DakowiczDas Schloss. Siostry Franza Kafki w getcie L.(cz. 1)
Góry zamkowej nie było prawie wcale widać, otoczyły ją mgły i mrok,nawet najsłabsze światełko nie zdradzało obecności wielkiego zamku.K. stał długo na drewnianym moście, wiodącym z gościńca do wsi,i wpatrywał się w pozorną pustkę na górze. (F. Kafka, Zamek, przeł. K. Radziwiłł i K. Truchanowski)
W "Biuletynie Kroniki Codziennej" getta w L. regularnie odnotowywano nie tylko zarządzenia władz i prace publiczne, zgony i narodziny, samobójstwa i aresztowania, lecz także informacje dotyczące pogody. Druga połowa października 1941 roku była dżdżysta - "padały rzęsiste deszcze, zaś od 21 października nastąpiło silne obniżenie temperatury". Autor cytowanego sprawozdania stwierdza, że przedwczesne nadejście zimy było dla mieszkańców getta - szczególnie dla nawykłych do nieco wyższych temperatur przesiedleńców z Europy Zachodniej - "istną klęską". "W poprzednim roku beznadziejne i okropne były październikowe dni - wspominał z kolei Oskar Singer. - Padał deszcz i śnieg, a Żydzi [...], którzy dopiero co tutaj przybyli, musieli na powitanie ciągnąć i pchać żałosne wózki poprzez muł i błoto. Ci, którzy to wtedy musieli robić, już dzisiaj nie żyją. Posiano w nich wtedy ziarno śmierci".
Singer z żoną i dziećmi znalazł się w L. 27 października 1941 roku. Pięć dni wcześniej z pociągu, który zatrzymał się na gettowej stacji Radegast, wysiadła najstarsza siostra Franza Kafki, Gabriele; pięć dni później, 1 listopada, średnia z sióstr, Valerie. To właśnie dla niej i jej bliskich zmiana warunków pogodowych musiała być najbardziej szokująca - gdy wyjeżdżali z Pragi, stacja klimatyczna Klementinum w najcieplejszym momencie dnia odnotowała przeszło 5 stopni Celsjusza; w L. już 28 października było 8 stopni poniżej zera. Dwa tygodnie wcześniej w całej wschodniej części Reichsgau Wartheland (Okręgu Rzeszy Kraj Warty) spadł pierwszy śnieg - jakby ktoś nagle uciął jesień ostrym nożem.
Autor niemieckiej wersji "Biuletynu Kroniki Codziennej" stwierdza, że jedynie w getcie stan zdrowotny ludności i liczba zgonów są ściśle powiązane z pogodą, następnie zaś poddaje analizie porównawczej wybrane dane sprzed utworzenia żydowskiej dzielnicy zamkniętej i z okresu bieżącego. Pisze: "przed wojną w [...] ówczesnej Łodzi, gdzie żyło duże skupisko mniejszości żydowskiej w liczbie 260 000 osób (przy ogólnej liczbie 650 000 ludności), umierało dziennie 6 Żydów. Teraz getto liczy ok. 150 000 Żydów, a więc prawie o 1/4 [...] mniej niż wówczas w mieście. Przy zachowaniu tych samych warunków powinno więc umierać tylko 4,5 osób dziennie. Jednak średnia dzienna cyfra śmiertelności waha się [...] między 11 a 55. Jest więc od 2,5 do 12 razy większa niż przed wojną".
Przybysze z Niemiec, Austrii, Czech i Luksemburga nie znali tych danych. W pierwszych dniach, może i tygodniach, po przyjeździe zdawali się zachowywać daleko posunięty optymizm. Kiedy w budynku, gdzie ulokowano osoby z czwartego transportu praskiego ("kolektyw Praga IV"), znalazł się Arnold Mostowicz, któremu polecono zorganizować tam punkt opieki medycznej, odniósł on wrażenie, że wszedł w sam środek "pikniku" czy "majówki". W pokojach nabitych ludźmi panowała atmosfera "wycieczki w nieznane". Prażanie poznawali się, nawiązywali relacje, poszukiwali znajomych, a nawet - posłużywszy się bagażem niczym stołem - wydawali "przyjęcia dla gości" z innego pomieszczenia czy piętra. Nie było po nich znać przerażenia, jeszcze towarzyszyła im ciekawość - dopiero w kolejnych dniach mieli się zetknąć z miejscową ludnością i dowiedzieć, jak wygląda życie w getcie L.
Tego dnia młody lekarz mógł zetknąć się oko w oko z Valli, średnią siostrą Franza Kafki. Mógł, lecz nie musiał - kamienica przy Franzstraße 29 jest największym budynkiem w okolicy. Zanim Niemcy zwieźli do L. Żydów z Zachodu, w domu przy niegdysiejszej Franciszkańskiej mieściła się jedna z gettowych szkół. Zlikwidowano ją, a dawne sale lekcyjne zapełniono dwupiętrowymi pryczami, zbitymi naprędce przez pracowników tzw. resortu stolarskiego.
Valli przyjechała jako druga z rodziny K. Zaraz po zainstalowaniu na Franciszkańskiej musiała podjąć próbę zdobycia informacji, gdzie zakwaterowano jej starszą siostrę Gabriele. A gdy już zyskała podstawową orientację w terenie, z pewnością pobiegła na Hanseatenstraße (przed okupacją niemiecką - Łagiewnicka). Do października 1941 pod numerem 37 funkcjonował tu oddział pediatryczny, niejako filia wielkiej, nowoczesnej lecznicy po drugiej stronie ulicy. Tysiąc osób z drugiego praskiego transportu ("kolektyw Praga II") ulokowano w salkach tego dziecięcego szpitala.
Widzę ją, jak idzie Franciszkańską, skręca w lewo, w Brzezińską, by po dwóch, trzech minutach dojść do placu Kościelnego. Teraz w prawo, w Łagiewnicką, dziwią ją nierówne kocie łby, spomiędzy których niemrawymi kępkami wystają pożółkłe, zabłocone źdźbła trawy. Praga przyzwyczaiła ją do eleganckich wielkomiejskich bruków i kamiennych płyt (po tego rodzaju nawierzchni stąpała zarówno przed rodzinną kamienicą przy ulicy Bílka, jak i przed domem przy Vězenskiej, w którym ona i Josef mają mieszkanie). Mija Pieprzową, Joselewicza i Zawiszy, przed sobą, po lewej, ma Baluter Ring, Rynek Bałucki. Za chwilę przejdzie obok bramy wjazdowej, po prawej wysoka kamienica numer 25 - nie zawieszono na niej jeszcze wzorcowego zegara o trzech tarczach, według którego mieszkańcy getta ustawiać będą swoje własne zegarki. Jeszcze tylko Dworska i Spacerowa, a zaraz potem te dwa zlepione ze sobą budynki oznaczone numerem 37.
Valli wchodzi w bramę i dosłownie wpadają na siebie. Rodzone siostry Franza Kafki. W jednej z bram mojego miasta, które wówczas nie jest Łodzią. Już i jeszcze. Nazywa się Litzmannstadt. Dla mieszkańców getta - również dla Elli, Valli i ich bliskich - słowo to, utworzone od nazwiska niemieckiego generała, z dnia na dzień coraz dotkliwiej i coraz bardziej nieuniknienie stawać się będzie synonimem piekła na ziemi.
3/2023
W POPRZEDNIM NUMERZE
Genowefa Jakubowska-Fijałkowska 23 lutego 2022; Na wkurwie jestem kilka dni; Vivien Leigh; Chciałam być Polką ale teraz jak; W czasie komuny; Nie mogę wszystkiego powiedzieć; Libido; Nie mam apetytu; Zadzwonił do mnie wieczorem; Po Szymborskiej; Bierzesz psychotropy
Michał Starzyński Przełom
Waldemar Kontewicz Sen; W Braniewie przy ulicy Zwycięzców 42/2 w 1969 roku; Yin i yang; Głos
Piotr Pazdej Maski
Adam Lizakowski Z wierszy kalifornijskich: Od narodzin i śmierci; Widok San Francisco; W tym mieście nie utyjesz; The Tenderloin; Czarni tańczą i śpiewają; Na krawędzi ziemi; Ocean
Piotr Mirski Zniszczalnia
Mirosław Gabryś Sznur; Wagary; Łóżko 24/7; Wegeta; Korespondencja; Sepia; Ubywanie; Drzewo genealogiczne
Kuba Kapral Głupia Józka
Janusz Barwik Mystic Fucker
Karol Samsel O czym nie mówi Powrót do Europy Jarosława Iwaszkiewicza?
Maria Jolanta Olszewska "Ukraińskie" powroty Jarosława Iwaszkiewicza
Bronisław Świderski Być Żydem?
ARCHIWUM
Jarosław Iwaszkiewicz, Tadeusz Kwiatkowski Listy 1945-1946 opracowanie i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy
KSIĄŻKA MIESIĄCA
Adam Komorowski "Bez tom wieche z pawich piór"
[Aleksander Fiut Wyglądy i wglądy]
WŚRÓD KSIĄŻEK
Agnieszka Czachowska Treny nieśmiertelne
[Anna Piwkowska Furtianie]
Kamila Dzika-Jurek Łomot żaren
[Bohdan Sławiński Sigil]
Radosław Romaniuk Zawsze razem
[Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie Listy 1944-1950]
Grzegorz Supady Do kogo należy Berlin?
[Bernadetta Darska Berlinowanie. Zapiski z doświadczania miasta]
NA WIDNOKRĘGU
Radosław Romaniuk Niedyskrecje pocztowe. Tajemnice artystów
Ryszard Sawicki Pod sercem z czerwonego kamienia
Tomasz Pawlus Zaśnięcie jako wyzwanie dla widzialności
PRZEGLĄD ZAGRANICZNY
Monika Válková Maciejewska Czechy
NOTY
Włodzimierz Paźniewski Ostatni kronikarz Wielkiego Księstwa Litewskiego
Jerzy Franczak Ruinki
Katarzyna Janusz Centaur
KSIĄŻKI NADESŁANE
COKOLWIEK DALÉJ
Przemysław Dakowicz Ulica Rymkiewicza
DZIENNIK 2023
Zbigniew Mentzel Notatki do książki o snach i umieraniu, której nie zdążę napisać
3/2023
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (redakcja, korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2023 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Ceny na rok 2023:
numer pojedynczy - 13 zł;
numer łączony 7/8 - 20 zł;
prenumerata półroczna - 75 zł;
prenumerata roczna - 150 zł.
Wpłaty na konto Instytutu Książki:
81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto:
PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
SWIFT CODE: GOSKPLPW
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską.
za pośrednictwem RUCH S.A.:
Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl,
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
WYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI"
są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi)
oraz nexto.pl (pdf) i e-kiosk.pl.
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.