Adam KomorowskiPunkt archimedesowy Wiesława Myśliwskiego
"Najbardziej dramatyczną i dalekosiężną zmianą społeczną tego [XX] wieku, jest ta, która na zawsze oddzieliła nas od świata przeszłości, to jest śmierć chłopstwa". To nie jest cytat z Kresu kultury chłopskiej (2004) Wiesława Myśliwskiego, ale konstatacja Erica Hobsbawma z jego syntezy historii XX wieku (Wiek skrajności, 1994). Ten kres i śmierć poprzedziło systematyczne deprecjonowanie wiejskiego życia w myśli Zachodu. W XIX wieku utrwala się przeświadczenie, że matecznikiem postępu jest miasto, a wieś staje się synonimem zacofania, ciemnoty, a w Polsce chamstwa. To nie kto inny, tylko Karol Marks pisał o "idiotyzmie życia wiejskiego". Na dzieje nowoczesności można spojrzeć jako na proces odchodzenia od źródłowego fundamentu cywilizacji, czyli chłopstwa i wsi, gwaranta jej trwania i przetrwania, autentyczności relacji ze światem i ziemią.
Do dzisiaj pamiętam, gdy w latach siedemdziesiątych minionego wieku Leszek Aleksander Moczulski opowiedział mi z przejęciem, jak ze swoim trzechletnim synkiem wybrał się latem na spacer nad Wisłę: "Było po deszczu. Nagle mój mały zszedł z chodnika i zaczął paplać się w kałuży, wziął do ręki kawałek ziemi i zaczął go ugniatać w rękach, nie mogąc się nadziwić, że to, po czym chodzi, poddaje się formowaniu. Wtedy uświadomiłem sobie, że do tej pory nie zetknął się nigdy z glebą. Znał tylko twarde nawierzchnie; parkiet, beton, asfalt, płyty chodnika. Przecież on nie miał pojęcia, czym jest ziemia. Nie miałem wyjścia i musiałem dać mu się ubrudzić". Pochodzący z Suwalszczyzny Leszek dzięki swojej poetyckiej intuicji uchwycił istotę cywilizacyjnej mutacji, która zmieniła i zubożyła naszą wrażliwość opartą na intymnym związku z Ziemią, Kosmosem, Uniwersum. Gwarantem tej wrażliwości było chłopstwo, ci, którzy budząc się o świcie, patrzyli w niebo, aby wiedzieć, czy warto siać lub kosić, a nie na zegarek. To nie zegary kształtowały ludzkie losy. "Opisuję zegar jak człowiek, który nigdy nie widział zegara" - powie Myśliwski.
Proces amputowania chłopskiego substratu cywilizacji i jego retrospektywnej deprecjacji dotknął matecznik i tłocznię europejskiej cywilizacji, antyczną Grecję. Kanoniczny dla kultury Zachodu poemat Hezjoda Prace i dni (VII wiek p.n.e.) jest apologią pracy na roli. Ponieważ praca na roli, związana z przestrzeganiem miary i wyborem odpowiedniej chwili (kairos), jest najskuteczniejszą zaporą przeciwko ludzkiej hybris, bucie i pysze, która skutkuje gniewem bogów. Rolnik wpisuje swoje działania w kosmiczny cykl:
Kiedy wschodzą Plejady, Atlasowe plemię,
Bierz się do żniw, a skoro zachodzą, orz ziemię.
Czterdzieści dni i nocy kryją się we mroku,
Nie widzisz ich, aż znowu przy pochodzie roku
Ukażą, kiedy sierpy gotujem do żniwa.
Parafrazując Kres kultury chłopskiej Myśliwskiego, można powiedzieć, że w świecie Hezjoda nic się nie marnuje:
Bacz pilnie, kiedy bocian ozwie się wysoko,
Jak corocznie: wyrzuca on hasło w przestworze
Pługom i siejbie, przy tem deszcze zapowiada.
(przekład Kazimierz Kaszewski)
Homer niemal całkowicie przesłonił Hezjoda. Był to proces powolny. Jeszcze starożytni mocno spierali się na temat "wyższości" Homera nad Hezjodem. Temu ostatniemu obrońców, jak Dion z Prusy, nie brakowało. W czasach nam bliższych na jego niebezpieczne konsekwencje (totalitaryzm) wskazywali T.W. Adorno i Maks Horkheimer w Dialektyce oświecenia.
Wraz z kresem kultury chłopskiej obecny u Hezjoda rodzaj wrażliwości na otaczający nas świat bezpowrotnie zostaje utracony. Doświadczamy antropologicznej i cywilizacyjnej mutacji, której konsekwencji nie znamy. Jedynie podświadomie czujemy, że w tym nowym świecie, poddanym władzy zegarów i algorytmów, kantowskie "niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie" traci sens. Nie patrzymy w niebo. Okazje, by zobaczyć ogrom i bogactwo wypełnionego gwiazdami nieba, są z powodu polucji świetlnej coraz rzadsze. Gwiazdy oddaliśmy astronomom.
Hezjod utrzymywał, że wersy swojej genialnej Teogonii ułożył, doznając olśnienia, gdy pasał kozy. My, ślęcząc przed ekranem komputera i skazani na przesiane przez medialne sita informacje, tworzymy "beletrystykę". Zdarzają się wyjątki - jak Myśliwski.
Leszek BugajskiSiedem debiutów Wiesława Myśliwskiego
Wiesław Myśliwski: W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy. Wstęp Jerzy Illg. Wydawnictwo Znak, Kraków 2022, s. 388.
Myśliwski patrzy na to, co się o nim pisze, i milczy. Nie ma więc co ukrywać, że przystępuję do pisania o tej książce z lękiem. Powodów tego jest kilka. Przede wszystkim ten, że Wiesław Myśliwski ogłosił w tonie definitywnym to, co pół żartem, pół serio zapowiadał już od wydania Kamienia na kamieniu, czyli od połowy lat osiemdziesiątych minionego wieku. Powiedział otóż w wywiadzie z roku 2018, że nie będzie już więcej pisał: "nie chce mi się już pisać, jestem zmęczony". Tym, którzy czekają na jego kolejną książkę, zwierzył się jeszcze z tego, że otrzymał propozycję wydania zbioru dramatów, więc pewnie teraz znajdzie na to czas, by poprawić sztukę Klucznik, co planował od lat, "i to już naprawdę wystarczy".
W tej sytuacji zbiór jego "mów i rozmów" nabiera szczególnego znaczenia, bo staje się czymś w rodzaju podsumowania całej jego twórczości i jej postscriptum (nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy, gdy ujawnię, że właśnie taki tytuł zamierzał nadać tej książce autor). Postscriptum to takie pożegnalne pomachanie ręką po wszystkim, co się wcześniej napisało. Byłby to prawdziwy, ale smutny znak i chyba lepiej, że książka otrzymała ostatecznie inny tytuł. Składa się na nią - w pierwszej części - kilkanaście tekstów okolicznościowych wystąpień, głównie z okazji różnych uhonorowań pisarza nagrodami czy doktoratami honoris causa lub będących skutkiem zaproszeń do wygłoszenia mów uświetniających kulturalne wydarzenia. Druga część książki, znacznie obszerniejsza, to dwadzieścia rozmów przeprowadzonych z Myśliwskim w latach 1984-2020. Jak słusznie pisze we wstępie Jerzy Illg, nie ma i najprawdopodobniej nie będzie drugiej takiej książki, która tak głęboko odsłania pisarza, źródła jego pisarstwa i wszystko to, co stoi za jego powieściami. Myśliwski, jak wiadomo, nie pisał i nie pisze dziennika czy wspomnień, obronił się przed propozycjami przeprowadzenia z nim modnego teraz wywiadu-rzeki, w którym byłby pewnie indagowany o prywatność. Nic, tylko powieści.
Tak czy inaczej jest to książka ważna i szczególna w całej twórczości Myśliwskiego, bo pisze on w niej i mówi wprost o sobie, o sensie życia, o swoim rozumieniu pisarstwa, o poszczególnych swoich książkach, o kulturze, o języku... Po prostu o wszystkim, co tworzy jego świat. I to jest drugi powód mojego lęku. Bo Myśliwski patrzy. Tym bardziej uważnie, jak przypuszczam, że za jakiś czas będzie ta książka dla twórczości Myśliwskiego tym, czym jest obraz Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy? dla twórczości Gauguina. Bo w nim jest wszystko, "o czym" malował, pokazane w skrócie, ale to jest taki skrót, który nie trywializuje innych dzieł, nie spłaszcza ich sensu, tylko tworzy dla nich kontekst, który dla uproszczenia można nazwać metafizycznym. Jest się więc czego bać, wyobrażając sobie, że odpowiednikiem tego wielkiego obrazu jest W środku jesteśmy baśnią, i wiedząc, że dyskutuje się nad jego sensem i przesłaniem dotychczas. Ma moc - jak książka Myśliwskiego.
Trzecia sprawa: dużo więcej niż połowy tej książki Myśliwski nie napisał, tylko ją opowiedział. To niby nic nadzwyczajnego, przecież składa się ona przede wszystkim z wywiadów, których pisarz udzielał przez lata, ale nie da się nie pamiętać o tym, jaką wagę autor przywiązuje do języka, jak rozumie jego stwórcze znaczenie w naszym widzeniu i pojmowaniu świata i przeżywaniu życia. Z jednej strony wiadomo, że Myśliwski niechętnie godzi się na wywiady, z drugiej widać, z jaką powagą i zaangażowaniem bierze w nich udział. To nie jest byle gadanie, to są przemyślane, świetnie ułożone wypowiedzi o sprawach zasadniczych. Bo jeśli Myśliwski już zdecyduje się mówić, to tak, jakby podejmował się zadania, które trzeba wykonać z wielkim zaangażowaniem i powagą. Żaden z jego rozmówców - tego jestem pewien - nie zakończył wywiadu w przeświadczeniu, że został zlekceważony czy zbyty byle czym. Przeciwnie, ma wrażenie, że ma za sobą poważną rozmowę i że wysłuchał świetnych zdań, których wiele można wprost wpisać do jakiegoś skarbczyka "złotych myśli". A Myśliwski patrzy i milczy (przynajmniej oficjalnie).
I wreszcie ostatni z tych moich lęków, z których się tu może niepotrzebnie zwierzam, no ale jak ma się opisać (chyba) ostatnią książkę tak wybitnego pisarza, to się przystępuje do roboty z wewnętrznym dygotem. Zwłaszcza że towarzyszy temu pewna niezręczność, bo uświadomiłem sobie, że to może jednak nie ja powinienem się na jej temat wypowiadać, skoro jestem obecny na jej kartach. Czyli sytuacja jest trochę taka, jakbym sam pisał o sobie, no, o maleńkiej mojej obecności w zbiorze poruszających i ważnych wywiadów. Ale tak się to wszystko potoczyło i na swoje usprawiedliwienie mam proste arytmetyczne wyliczenie: w jednym wywiadzie uczestniczę jako jeden z trzech rozmówców Myśliwskiego, a w innym jako jeden z dwóch, więc mój udział nie składa się w sumie nawet na jednego "całego" rozmówcę. Czyli może mnie w tej książce nie ma, a w każdym razie jestem w niej niecały (wychodzi, że pięć szóstych części standardowego uczestnika wywiadu). Może jest to więc mało komfortowe, ale do wybaczenia, przynajmniej łudzę się, że i ja, i inni mogą mi to - w pewnym sensie - nadużycie wybaczyć. A Myśliwski na to patrzy.
Trzeba więc spojrzeć i na niego. Skąd się wziął Myśliwski jako pisarz? Kiedy w wywiadzie dochodzi do tematu swojego "pierwszego świata", mówi o wojennym dzieciństwie spędzonym na wsi u dziadków ze strony matki. Rodzina ustaliła, że tam będzie bezpieczniej niż w Starachowicach, w których mieszkali. I tam młody Myśliwski "wrósł" w kulturę chłopską. Obserwował wieś z "gotowością do uczuć", bo dzieciństwo to ten okres w życiu człowieka, w którym jego zdolności poznawcze są we wzmożonej gotowości i w którym wchłania wszystko, co go otacza i co potem - niepostrzeżenie - układa jego system wartości i wizję ładu świata. Nawet gdy świat, w którym to się dzieje, nie składa się z "niezwykłych wydarzeń, wstrząsów - mówi Myśliwski. - Być może szara codzienność jest w procesie kształtowania się człowieka u jego zarania najdotkliwszą i najtrwalszą absorbcją świata". Kiedy się nad tym zastanawia z pozycji dojrzałego człowieka, spostrzega, że "dziecko posiada szósty zmysł, z którego istnienia dorośli nie zawsze zdają sobie sprawę, i odbiera rzeczy, których my nawet nie zauważamy". Przede wszystkim zauważa dzisiaj, że "dzieciństwo jest tą epoką, w której człowiek jeszcze nie wyodrębnił się z natury jako byt", i mówi o dziecięcym związku z przyrodą, właściwym dla całego systemu kultury chłopskiej, w której człowiek "nie wywyższył się ponad stworzenie, nie przypisał sobie roli najwyższej w tej hierarchii".
Po latach skorzysta z tego, co "zabsorbował" jako dziecko tym "szóstym zmysłem", ale na razie wojna się skończyła, wrócił do szkoły, a potem wylądował na polonistyce na KUL, która - jak wynika z jego relacji - szczególnie go nie interesowała. Trafił tam po tym, jak nie dostał się na politechnikę, za namową dziewczyny, w której się kochał. To jej, żonie pisarza, zawdzięczamy Myśliwskiego, jakiego znamy i podziwiamy - gdyby był konstruktorem statków albo ich budowniczym, zatopił by się w tłumie technokratów i pewnie by z tego świata nie wychynął. A tak został pisarzem, bez którego polska literatura słabo by sobie dzisiaj radziła. Po studiach Myśliwski trafił do Warszawy, został redaktorem w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej i osiadł w stolicy na stałe.
Prawdopodobnie wtedy, w miejskim już życiu - sam nigdy tego dosadnie nie powiedział - poczuł swoje duchowe wydziedziczenie. Że jest w miejscu, które nie jest jego. "Najistotniejszym elementem ludzkiego istnienia było dawniej miejsce - mówi w jednym z wywiadów. - Nie czas, lecz dziedziczone z pokolenia na pokolenia miejsce". I dodaje: "Miejsce jest najwyższym stanem metafizyki". Myślę, że opisując to po wielu latach i nie odnosząc bezpośrednio do siebie, opowiada Myśliwski o swoim własnym braku miejsca. I wracał do tego w myślach. Dostrzegł wszystkie te fundamentalne wartości kultury chłopskiej, o których później mówił wiele razy i w wywiadach, i w swoich licznych okolicznościowych wystąpieniach. I wyodrębniał z tej kultury trzy najważniejsze według niego elementy: słowo, pamięć i wyobraźnię. Ze szczególnym zaangażowaniem mówi zawsze o sile chłopskiego języka, o tym, że był to język naturalny, mówiony, wobec którego nasz język pisany, literacki jest tylko sztucznym tworem. Mówił i mówi z zachwytem o chłopskim słowotwórstwie, bo w codziennej potrzebie musiał ten język nazywać wszystko, by to wszystko istniało (tu pojawia się oczywiście Wittgenstein, do którego Myśliwski często się odwołuje). Mówi i pisze o tym, że trwałość tej kultury oparta była na pamięci, bo nie tworzyła ona innych zapisów, tylko pamięciowe, i o sile ujawniającej się w niej wyobraźni.
Kultura chłopska jest tym samym podstawowym tematem książki Myśliwskiego, bo jest fundamentem jego twórczości i także myślenia o świecie. W wywiadzie z 1997 roku, a więc kiedy - jak sobie wyobrażam - patrzył z ponadtrzydziestoletniego dystansu na tamto swoje wymykanie się duchowemu wydziedziczeniu, podsumował problem tak: "Właściwie żyję w dwóch światach: tamtym chłopskim i obecnym inteligenckim, powiedzmy. Ta podwójność jest dla literatury bardzo płodna. Mogę do tamtego świata pójść z każdym problemem i sprawdzić, co mi się w tamtym świecie uda z tego zrobić. Mogę pójść z Bogiem, z losem, z każdą sprawą świata".
Zanim jednak mógł się Myśliwski przekonać, jak płodna jest dla jego literatury ta dwoistość, musiał zacząć pisać. O tym, skąd się w nim "urodził" literacki zamiar, nie mówi, bo twierdzi, że nie wie. Pewnie było tak, że z jednej strony latami pracował nad cudzymi tekstami i - mówiąc żartobliwie - mogła się w nim narodzić myśl: tak to i ja potrafię. Z drugiej - intensywnie rozmyślał o kulturze chłopskiej i odkrywał, że w niej, a może bardziej w jej wspomnieniu, tkwi bogate źródło literatury słabo eksploatowane, mimo głośnego w tamtych czasach tzw. nurtu chłopskiego (od którego Myśliwski energicznie się odcina, podkreślając swoją odrębność). I gdzieś na styku tych dwóch tendencji pewnie można odnaleźć źródło twórczości pisarza. A jakiś literacki ślad tego jest widoczny w Nagim sadzie, jego debiutanckiej powieści. Przecież, poza głównym jej wątkiem, to powieść o człowieku, który zdobył "miejskie" wykształcenie, ale wrócił w sensie dosłownym na wieś i odbudowuje swoje związki z nią - nie bez powodu w wielu rozprawach o powieści wraca scena, w której syn szuka ojca, szuka bez jasnego celu, po prostu po to, by sprawdzić, że on jest.
W pierwszej powieści Myśliwski wytyczył kierunek swojemu pisarstwu: krok wstecz, by wrócić do dzisiaj z siłą zaczerpniętą stamtąd. Gdy w jednej z rozmów z nim wspomniany został kubizm i jego fascynacja sztuką afrykańską, skomentował prosto: "Sięga się do pierworodności po to, by zyskać prawo do sztuczności, taka jest natura rzeczy". Rozumie to dobrze, bo sam sięgnął do chłopskiej prawdy językowej, jej naturalności i wolności, by zyskać prawo do sztuczności, czyli do pisania literatury. Język to zresztą jedno z głównych zainteresowań Myśliwskiego, mówi o nim wiele i chętnie - z dystansem o jego wersji "zestandaryzowanej, zoficjalizowanej, odindywidualizowanej", bo "z takiego języka nie da się robić literatury", i z szacunkiem, a nawet miłością o "wolnym języku w chłopskiej mowie". Ma przy tym pełną świadomość tego, że ten wolny język ulega albo już uległ zestandaryzowaniu pod wpływem cywilizacyjnych przemian. Nie bez powodu napisał esej Kres kultury chłopskiej i w kilku rozmowach wspomina o tym, że kultura chłopska już umarła, a także ratował jej ostatnie zachowane językowe przejawy jako redaktor kwartalnika "Regiony".
Jak sam twierdzi, dzięki temu wziął "wielką lekcję języka u polskich chłopów. [...] Języka jako kreatora świata i języka jako wewnętrznej przestrzeni człowieka". Po takim stwierdzeniu wygłosił w 2007 roku - a więc po wydaniu Traktatu o łuskaniu fasoli - coś, co można nazwać pisarskim credo Myśliwskiego: "Tylko wolny język jest gwarantem wolności poznawczej i gwarantem samodzielnej wizji świata. A to dwa najistotniejsze elementy, które określają, co jest literaturą. To w człowieku, w jednostce, w jego wewnętrznej przestrzeni bije źródło wolnego języka, nie w żadnej konwencji. A tym bardziej w tak agresywnych dziś wzorcach pseudojęzyka wszelkich mediów próbujących nas pozbawić indywidualności i osobowości". Dalej rozróżnia język wspólny od języka indywidualnego, który ma każdy człowiek dla siebie: "W człowieku niczym tyglu wytapiają się słowa, zdania, opowieści, w tyglu jego doświadczeń, cierpień i radości. I tylko ten własny język człowieka jest w stanie go opowiedzieć".
Widać z tego, że Myśliwski stawia swojej prozie i sobie jako pisarzowi najwyższe wymagania. Broni się przed konwencją językową, broni się przed powtarzaniem się. Do każdej kolejnej powieści podchodzi jakby od zera, chce zapomnieć o poprzedniej, bo każdą traktuje jak debiut. To jest zaskakujące i ważne, ale z pewnością niezrozumiałe dla literackich wyrobników zadowolonych z osiągniętej biegłości warsztatowej i utwierdzających się w przekonaniu, że tworzą prawdziwą literaturę. Myśliwski przeciwnie, niekiedy mówi, że chciałby się pozbyć literackiej świadomości, że ona jest pisarzowi niepotrzebna, bo pozbawia go choćby wolności językowej.
Występuje przeciwko wszelkim konwencjom, nie uznaje literackich tematów, bo obrane z góry, wytyczają granice pisania, nie uznaje mówienia o fabule, bo jego powieści nie są układane z planów fabularnych, ale dążą za językiem, który je prowadzi. O tym mówi często i o swoim skupieniu na języku. To z tego wynikają te słynne kilkuletnie przerwy między powieściami, tak bardzo zdumiewające jego rozmówców. Dla niego to proste i potrzebne: w tych przerwach trwa proces odrzucania napisanego, oczyszczania się przed następną eskapadą w głąb człowieka i języka. Bo dla Myśliwskiego, jak wyjaśnia, pisanie to proces poznawczy (a nawet żywioł) zmierzający do "zrozumienia człowieka, kimkolwiek on jest". I pisarz poddaje się temu żywiołowi, a nawet zrobił z tego swoją metodę: "Muszę nie wiedzieć, o czym piszę, żeby pisać". Poza wszystkim to ładny bon mot, ale nie o to chodzi, tylko o to, że to elementarna deklaracja absolutnej pisarskiej wolności i niezależności. Czytelnicy czują, że Myśliwski jako pisarz nikomu i niczemu się nie poddaje, i stąd wzięła się jego wręcz gwiazdorska pozycja w polskiej literaturze. Nawet gdy się szeroko rozejrzeć, nie widać pisarza podobnego do Myśliwskiego, takiego, który do swoich powieści miałby taki stosunek jak on, który by nie udzielał sobie żadnych ulg i do każdej swojej książki podchodził jak do powieściowego debiutu.
Mawia się niekiedy, że każdy ma do napisania jedną książkę, bo na tyle wystarcza mu szczerości, pomysłowości, wiedzy. Myśliwski z budzącą podziw determinacją przez lata zaprzeczał temu, po każdej napisanej powieści zaczynając nowe życie i "debiutując" po raz kolejny i ponosząc wszelkie związane z tym koszty wewnętrzne. Wcale mu się nie dziwię, gdy mówi, że ma już tego dość.
Dać przykład grozyAdam Komorowski
Kacper Pobłocki: Chamstwo. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021, s. 384.
To nie jest tylko polska przypadłość, słownik oxfordzki znaczenie słowa peasant uzupełnia kolokwialnym lout, boorish person, czyli "chamska, prostacka osoba". W tym znaczeniu angielski peasant byłby bliższy polskiemu wieśniakowi aniżeli chłopu. We współczesnej polszczyźnie "chłop" zdaje się tracić pejoratywną stygmatyzację. Mówimy "kawał chłopa", "chłop na schwał", powtarzamy "chłop potęgą jest i basta". Anna Świrszczyńska dumnie deklarowała Jestem baba. Autorka Budowałam barykadę uznała, że deklaracja "jestem kobietą", naturalna u warszawskiej inteligentki, która po powstaniu osiadła w Krakowie, byłaby związana z osłabieniem siły jej autodefinicji poetyckiej.
Wspominam o Świrszczyńskiej, ponieważ dla Chamstwa Kacpra Pobłockiego jej poezja (podobnie jak dla Czesława Miłosza) jest ważna. Pisze: "Patriarchat stał się fundamentem Polski Ludowej, a jednocześnie brakowało języka, by o nim mówić. Mężczyźni mogli już przyjąć punkt widzenia "byłych chłopów", natomiast kobiety pozostawały "babami". To właśnie dlatego twórczość Świrszczyńskiej - afirmacja babskiego losu - przeszła niemalże bez echa".
Zachwyty amerykańskich feministek (w USA jej wiersze, w przekładzie Miłosza, ukazały się jako utwory Anny Swir) zawężały przekaz jej poezji do manifestacji kobiecej seksualności. Do dziś pamiętam sprzeczkę z Sandrą Brown (której powieści, raczej średnie, są regularnie w Polsce tłumaczone), gdy usiłowałem amerykańskiej pisarce wytłumaczyć, że erotyki nie są najważniejszą częścią jej dorobku. Wątpliwe, czy Brown mogła zrozumieć znaczenie cyklu Budowałam barykadę dla narracji o powstaniu warszawskim, deheroizacji języka opowieści.
W przypadku narracji o tym, co wymazywane i z pamięci wypierane, kłopot polega na konieczności uwolnienia się od języka ukształtowanego i sformatowanego na użytek opowieści już istniejących, znanych i oswojonych. Hegemonia szlacheckich, inteligenckich narracji o polskiej wsi zniekształcała jej obraz, jakkolwiek nie można twierdzić, by całkowicie negowała chłopską krzywdę. Wystarczy wspomnieć Ulanę Józefa Ignacego Kraszewskiego.
Owa krzywda była przedstawiana jako historyczna aberracja, patologia, zacofanie, cywilizacyjne opóźnienie, a nawet etniczna skaza (w opowieściach o sarmackiej genealogii szlachty polskiej). Natomiast Pobłocki stara się uzasadnić, że to owa krzywda, horror pańszczyzny jest źródłowym fundamentem naszej nowoczesności. Nie jest przypadkiem, że obciążenia pańszczyźniane narastają, gdy dla polskiego zboża otwierają się w XVI wieku zagraniczne rynki zbytu i handel nadwyżkami staje się dla szlachty dobrym interesem, którego ofiarami stają się, dotychczas względnie wolni, kmiecie.
Należy zgodzić się z Pobłockim, że mamy skłonność do idealizacji położenia chłopów-kmieci w Polsce piastowskiej (Kazimierz Wielki jako "król chłopów"), ale nie ulega wątpliwości, że położenie chłopów od XVI wieku systematycznie się pogarsza i świadczenia związane z pańszczyzną systematycznie rosną, zarówno wobec szlachty, jak i w majątkach kościelnych. Ich kulminacja przypada na wiek XVIII i początek XIX, czasy rozkładu państwa i rozbiorów.
W miarę narastania obowiązków pańszczyźnianych i uzależnienia od nich gospodarstw szlachty i możnych coraz większą rolę w ich egzekwowaniu odgrywa przemoc, która staje się wszechobecna. Sprzyja jej zniknięcie państwa, które w różnym stopniu niekiedy temperowało jej zakres. Osobliwością sytuacji na ziemiach Rzeczypospolitej jest pojawienie się zastępów nadzorców, karbowych i ekonomów. Tworzą oni liczną subklasę, bez której nie było możliwe funkcjonowanie systemu produkcji rolnej w którym "przemoc sama jest potęgą ekonomiczną" (Karol Marks, Kapitał). Dlatego przypisywanie sobie genealogii szlacheckiej czy chłopskiej jest uzurpacją, przodkami zadziwiająco wielu z nas są bowiem nie beneficjenci pańszczyzny i jej ofiary, ale nadgorliwi egzekutorzy. W książce znajdziemy cały katalog kar cielesnych, z wieszaniem krnąbrnych włącznie. Nie jest to zbyt odkrywcze, wystarczy przypomnieć sobie Dziady Adama Mickiewicza:
Ale pan gniewny zawoła:
"Potrzeba dać przykład grozy".
Przywiązano mnie do sochy,
Zbito dziesięć pęków łozy.
Każdą kość jak z kłosa żyto,
Jak od suchych strąków grochy,
Od skóry mojej odbito!
Nie znałeś litości, panie!
Wymazywanie w tym przypadku nie dotyczy pana, ale entuzjastycznych egzekutorów przemocy, których zastępy rozwiały się w niepamięci. Literatura o panach "złych" i "dobrych" jest obfita, o chłopach też sporo można się doczytać, ale trudno wskazać opracowanie opowiadające o egzekutorach. A przecież bez nich nieustannie towarzysząca pańszczyźnie atmosfera grozy kar cielesnych, będąca warunkiem jej skutecznego funkcjonowania, byłaby niemożliwa do utrzymania.
Jeśli przyjąć za Pobłockim rok 1600 jako umowny początek "rewolucji dyscypliny i kaźni" w gospodarce opartej na nieodpłatnym świadczeniu pracy "na pańskim", to musimy zgodzić się z tym, że w porównaniu z Europą Zachodnią rozbudowana pańszczyzna (serfdom, servit? della gleba, servidumbre) pojawia się na terenach Rzeczypospolitej późno i trwa stosunkowo krótko, krócej niż na Zachodzie. Wiosna Ludów przynosi zniesienie pańszczyzny w zaborach pruskim i austriackim. W 1864 roku następuje to w zaborze rosyjskim. Odnoszę wrażenie, że koncentrując się na rzeczywistych horrorach pańszczyzny i niedoli polskiego chłopa, często o tym zapominamy. Do XV wieku bariery stanowe nie były w Polsce tak sztywne, jak na Zachodzie, czego skutki będą przyprawiać o ból głowy pilnujących czystości krwi szlachty, w rodzaju Waleriana Nekandy-Trepki i jego Liber chamorum. W Akademii Krakowskiej jeszcze w początkach XVI wieku chłopscy synowie są liczniej reprezentowani aniżeli na uniwersytetach Zachodu.
Problem w tym, że w polskim przypadku stosunkowo krótki okres bezwzględnej pańszczyźnianej eksploatacji chłopów jest nam dużo bliższy aniżeli na Zachodzie, gdzie należy do zamierzchłej feudalnej przeszłości. Dlatego mechanizmy i okrucieństwo regulowanej przemocą lub samym jej zagrożeniem wydajności pracy na roli prowokują u dzisiejszego czytelnika odruchy moralnej paniki.
Pobłocki jest świadomy naszego uwikłania w ambiwalencje dzisiejszej perspektywy, gdy opowiadamy o grozie pańszczyzny. Pisze:
Współczesny pracownik najemny jest wolny w tym sensie, że może dowolnie dysponować swoim ciałem i czasem. Ale jest zależny od rynku, bez którego nie miałby co jeść; potrzebuje pieniędzy, by znaleźć dach nad głową. [...] Strukturalna przemoc zostaje zawoalowana, przedstawiona jako dar. [...] Przymus pracy, nie tylko najemnej, ale pracy w ogóle, przestał się nam jawić jako forma przemocy, gdyż wraz z przekroczeniem progu współczesności zatarła się pamięć o tym, że kiedyś można było pracy odmówić. [...] Że kiedyś odrzucano pracę jako instytucję, która stanowi drogowskaz ludzkiego życia. Gdy pod koniec XIX wieku zaczyna się na całym świecie odchodzenie od niewolnych form organizacji pracy, mamy jednocześnie do czynienia z oderwaniem klas ludowych od bezpośrednich sposobów utrzymywania się. Nie trzeba już ludzi zmuszać do roboty za pomocą bicia czy groźby. Karbowego zastępuje rynek.
Dlatego sabotowanie niewolnej pracy, łącznie z udawaniem głupiego, było najpowszechniejszą formą oporu przeciwko pańszczyźnie. Utrwalało stereotyp "leniwych chłopów", "chamstwa" i zwrotnie legitymizowało przemoc. Chłop tracił podmiotowość, stawał się narzędziem. Paradoksalnie o tym, że narzędziem nie jest, że jest podmiotem sprawczym, przypominały bunty chłopskie, z rabacją Szeli włącznie.
W tym kontekście należy traktować książkę Pobłockiego jako znaczący przyczynek do scalenia polskiej historii. Jeśli traktować naszą historię jako dzieje walki nie tylko o państwową suwerenność, lecz także o poszerzenie pola wolności jej mieszkańców, to wykluczenie z tej walki chłopstwa, zawężenie jej do politycznej aktywności elit szlacheckich jest nieporozumieniem.
Tradycja i pamięć oporu przeciwko pańszczyźnie i jego ostatecznej skuteczności, tak oczywistej w przypadku jej zniesienia w Galicji po rabacji, okazała się dla naszej historii zbawienna. To chłopski opór powstrzymał kolektywizację polskiej wsi po 1945 roku. Polityczna sprawczość powstrzymywania tego procesu przez ziemiaństwo i jego elity była żadna. "Bezeci" jakoś dziwnie szybko pogodzili się ze swoim losem, starając się zachować pewne znamiona kulturalnej wyższości i ekskluzywności, co w dużym stopniu osiągnęli. Ale to dzięki oporowi "chamstwa" udało się nam uniknąć grozy doświadczenia głębokiej sowietyzacji, co w konsekwencji rozhermetyzowało cały system.
Trudno wskazać na bardziej przenikliwą charakterystykę tego procesu, aniżeli cytując rewelacyjną pracę profesor Marii Halamskiej Wieś polska 1918-2018. W poszukiwaniu źródeł teraźniejszości:
Polityczny wpływ "kulturowej konfiguracji rolnictwa" na funkcjonowanie polskiego społeczeństwa był wieloraki. Po pierwsze zaprzestanie kolektywizacji oznaczało pozostawienie w strukturze społeczeństwa - w zamiarze "socjalistycznego" - obcej ideologicznie zbiorowości, mocnej mitem udanego oporu wobec komunizmu. Ten mit chłopów, którzy utrzymali ziemię, własność i wiarę, przetrwał cały okres PRL i jeszcze w latach dziewięćdziesiątych był - nieskutecznie - reanimowany jako wyborcze hasło. Stanowiło to nieartykułowany argument za możliwością oporu w innych przypadkach. Chłopi jak wyraził to Szczepański - stali się "moderatorami zmian społecznych". Po wtóre, pozostawienie prywatnego rolnictwa wymagało jego włączenia do gospodarki planowej, w tym stworzenia mechanizmów jego kontroli. Ten styk "prywatnego" z "socjalistycznym" rozhermetyzował system...
Kapitał kulturowy wypracowany w splątanych dziejach chłopów polskich, z tragicznym okresem pańszczyzny włącznie, okazał się zabezpieczeniem polskości, być może cenniejszym od utożsamianej z kulturą wysoką elitarnej kultury ziemiańskiej. Nie należę do apologetów kardynała Stefana Wyszyńskiego, ale nie mam wątpliwości, że obok Józefa Chałasińskiego, Jana Szczepańskiego, Stanisława Vincenza, Wiesława Myśliwskiego i Andrzeja Mencwela, był jednym z nielicznych w pełni tego świadomych.
Żyjemy w czasach, kiedy co najmniej od lat osiemdziesiątych zeszłego wieku przestrzeń wiejska staje się przedmiotem dowartościowania, odejścia od przypisywanego jej prymitywizmu, zacofania i chamstwa. Nagle, mieszkańcy miast, odkrywamy w niej świat autentyzmu i zarzuconych tradycji. Jest w tym sporo nostalgicznej idealizacji, retrospektywnej utopii opowieści o piastowskich kmieciach, klimatów żywiołowej energii chłopskich postaci z obrazów Włodzimierza Tetmajera i Zofii Stryjeńskiej. O Ostatniej chudobie Aleksandra Kotsisa zapominamy.
Ostatnio Orka Tetmajera osiągnęła na aukcji DESA Unicum cenę powyżej miliona złotych. Obrazy Stryjeńskiej sięgają zazwyczaj cen powyżej kilkuset tysięcy. Obrazy lubującej się w malowaniu szlacheckich dworków Bronisławy Rychter-Janowskiej na tych samych aukcjach z trudem przebijają barierę dziesięciu tysięcy. Rychter-Janowska była dobrą malarką, ale jej obrazy życia w ziemiańskich dworkach porażają powtarzalnością i nudą. To samo dotyczy niezliczonych lukrowanych narracji o życiu w ziemiańskich siedzibach, zalegających na półkach księgarni "tanich książek". Tej nudy wiejskiej egzystencji szlacheckiej (Marks nazywał to "idiotyzmem życia wiejskiego") przestraszyła się, już w połowie XIX wieku, bohaterka powieści Kraszewskiego Szalona, odrzucając oświadczyny hrabiego Ewarysta.
W "Polityce" (8.11.2021), w artykule Mariusza Janickiego Dlaczego po nich spływa, wyczytałem: "Uświęcony elektorat PiS dodaje waloru świętości tej partii. Ta wypracowana i narzucona "przewaga moralna" ma zaskakującą siłę rażenia, bo wpisuje się w ostatnie trendy przywracania historii ludu, przypominania czasów pańszczyzny, potępienia wyzysku sprzed stuleci". Pobłocki, Adam Leszczyński (autor Ludowej historii Polski), Michał Rauszer (autor Bękartów pańszczyzny i Siły podporządkowanych) i Radek Rak (autor nagrodzonej Nike Baśni o wężowym sercu albo wtórego słowo o Jakubie Szeli), by wymienić tylko najbardziej znaczące ostatnie książki inkryminowanego przez Janickiego nurtu historycznych narracji, są na pewno zaskoczeni, nie mniej niż ich czytelnicy, takim bałamutnym przyporządkowaniem i zaganianiem do stada populistów. Zapewne nie mniej niż osoba, która zapłaciła na aukcji ponad milion złotych za Orkę Tetmajera.
Dzisiaj nasz stosunek do chłopstwa i życia wiejskiego zmienia się, przestaje ono być zaporą postępu i staje się wyimaginowanym obszarem szansy autentycznej wolności. Dlatego, dla równowagi, warto przynajmniej zaglądnąć do Chamstwa. Przypomina ono bowiem prostą prawdę, że - jak mawiają Amerykanie - Freedom is not free, czyli "nie ma Wolności za darmo". To trudna do przyswojenia lekcja opowiedzianych przez Pobłockiego dziejów chłopów polskich, "chamstwa".
Bezsiła poezji. O dwóch wierszach Adama ZagajewskiegoTadeusz Dąbrowski
I
Adam Zagajewski, Autoportret, nie wolny od wątpliwości
W południe przepełnia cię entuzjazm,
wieczorem brak ci śmiałości
by spojrzeć na zapisaną stronicę.
Zawsze za dużo albo za mało,
podobnie jak u tych pisarzy
którzy cię nieraz irytują:
jedni tak skromni, minimalistyczni
i nieoczytani,
że chciałoby się krzyknąć -
hej, kolego, odwagi,
życie jest piękne,
świat bogaty i historyczny.
Inni za to pyszni, dodający sobie ważności
nadzwyczajną erudycją
- panowie, i wy też umrzecie kiedyś,
zwracasz się do nich (w myśli).
Terytorium prawdy
jest najwyraźniej małe,
wąskie jak ścieżka nad urwiskiem.
Czy potrafisz utrzymać się
na niej?
A może już ją porzuciłeś.
Czy słyszysz śmiech
czy trąbkę Apokalipsy?
A może jedno i drugie,
dysonans, dziwny zgrzyt -
nóż, który się ślizga
po szkle i gwiżdże radośnie.
Adam Zagajewski - wbrew temu, co o nim sądzą niektórzy wiecznie młodzi, wiecznie zbuntowani, skapcaniali w swoim anarchizmie poeci - wielokrotnie, z wielką przenikliwością i dystansem do siebie, dokonywał w swoich wierszach i tekstach eseistycznych wiwisekcji "stylu wysokiego", którego stał się prawodawcą i najwybitniejszym przedstawicielem. Wiele razy, podobnie jak Herbertowski Pan Cogito, oglądał Zagajewski w lustrze swoją twarz. Próbą takiego wglądu w siebie, podczas którego testuje się szczerość własnych intencji pisarskich oraz przydatność poezji apollińskiej, epifanijnej, jasnej do opisu aksjologicznie rozchwianej, płynnej i miazmatycznej rzeczywistości, jest wiersz Autoportret, nie wolny od wątpliwości.
Bohater tego wiersza, który - podobnie jak Zagajewski - jest poetą, zastanawia się nad frapującą starożytnych filozofów kwestią "złotego środka", "umiaru", a więc takiej jakości ludzkich działań i zachowań, ale także właściwości samych przedmiotów, które scalałyby w jedno prawdę i piękno. Tak, "złoty środek" to rodzaj miary, która zabezpiecza przed oddzieleniem się prawdy od piękna. Co to oznacza w praktyce? Co to oznacza na przykład w poezji? Czym jest poezja pozbawiona umiaru? Osuwa się w estetykę albo retorykę. Staje się albo wykładem, traktatem, tekstem publicystycznym, albo robótką słowną, przedmiotem użytkowym, poetyckim dizajnem.
Ten stoicki umiar został w wierszu Adama Zagajewskiego nazwany "terytorium prawdy", które zostaje ukonkretnione w obrazie "wąskiej ścieżki nad urwiskiem". Poeta nie pozostawia złudzeń: z jednej strony kroczyć tą ścieżką nie jest łatwo, z drugiej strony - nie ma innego wyjścia, no chyba że wybiera się przepaść. Ta niewymuszona, prosta metafora znienacka ujawnia swoją przepastną głębię: ścieżka jest wąska i niebezpieczna, lecz jedyna, alternatywnej drogi nie ma. Prawda jest koniecznością, a ucieczka przed nią oznacza upadek w przepaść.
Na tej wąskiej ścieżce słychać albo śmiech, albo trąbkę Apokalipsy. Czasami jedno i drugie. Adama Zagajewskiego najbardziej interesuje właśnie to współbrzmienie. Przypomnijmy sobie przepiękny wiersz Zbigniewa Herberta U wrót doliny, kończący się słowami:
[...]
tak to oni wyglądają
na moment
przed ostatecznym podziałem
na zgrzytających zębami
i śpiewających psalmy.
Tamci jednak czekali na Sąd Ostateczny, podczas gdy bohater wiersza Adama Zagajewskiego, krocząc wąską ścieżką prawdy nad urwiskiem, pragnie żyć. Tamci czekali na zbawienie lub potępienie, poeta Zagajewskiego słyszy beztroski śmiech i trąbkę obwieszczającą śmierć, i dźwięki te przenikają się, mieszają w symfonii codziennego życia. Obowiązkiem poety jest nie tylko spisać ten jazgot w partyturę wiersza, ale jeszcze nadać mu strukturę, formę. Wprowadzić do niego... umiar.
Autor Płótna nie był piewcą sztucznego piękna. On starał się przez dziesięciolecia "opiewać okaleczony świat", by posłużyć się cytatem z wiersza, za który pokochała go Ameryka. Czesław Miłosz jako dziecko nie mógł pogodzić się z faktem, że co innego słyszy na religii i na lekcji biologii. I jako stary poeta... też nie mógł się z tym pogodzić. W depresję i rozpacz wpędzało go współistnienie człowieczeństwa, które - jak chciał wierzyć - miało początek w Bogu, oraz bezwzględnego świata natury, funkcjonującego poza dobrem i złem.
Adam Zagajewski w swoim pisaniu starał się ten wielki Miłoszowy lęk przekroczyć. Skoro świat jest mieszaniną duchowych uniesień i krwawych uczt, harmonii oraz chaosu i brzydoty, należy dać mu śpiewać w pieśni, której autorem jest poeta. Od niego zależy, czy świat ten przekłamie, brnąc w sztuczne piękno, idealizm, czułostkowość, sentymentalizm, dodając do wiersza polepszacze smaku i zapachu, czy spróbuje spleść osnowę śmierci z wątkiem życia, tworząc płótno, z którego można uszyć płaszcz albo żagiel.
Najważniejsza metafora tego wiersza? Nóż. O którym nie powiedziałem ani słowa, a zarazem powiedziałem wszystko:
Czy słyszysz śmiech
czy trąbkę Apokalipsy?
A może jedno i drugie,
dysonans, dziwny zgrzyt -
nóż, który się ślizga
po szkle i gwiżdże radośnie.
Przemysław DakowiczOstatni skok Bohumila Hrabala
Gdy, stojąc na parapecie, uniósł głowę - ukazała mu się panorama Libni.
W dole po lewej rudy dach barokowego pałacyku, w którym przed czterdziestu laty brał ślub z Elišką. Niżej, przesłonięta rzędami kamienic, ulica Na Hrázi - to tam, pod numerem 24, zameldowany był przez niemal ćwierć wieku (stara kuźnia, którą w roku 1950 przerobił na mieszkanie bez wygód, istniała już tylko na kartach jego książek - zmieniona w literacki mit).
Po prawej martwa odnoga Wełtawy z wpadającym do niej potokiem Rokytka. Nieco wyżej Sady Thomayera, a ponad nimi, oddzielona od zespołu szpitalnych pawilonów wąską ulicą, libeńska nekropolia - z grobem Karela Hlaváčka, autora Mściwej kantyleny. To o nim 3 lutego 1997 roku Bohumil Hrabal wspomni w rozmowie z ordynatorem ortopedii praskiego szpitala na Bulovce, prof. Pavlem Dunglem. "Dungličku - oświadczy - dziś rano Hlaváček na mnie machał". Ale lekarz będzie się spieszył do ważnych spraw poza szpitalem, pomyśli, że dokończą rozmowę później. Kiedy po powrocie będzie parkował pod kliniką, ciało najsłynniejszego z jego pacjentów upadnie tuż przed maską samochodu.
Czy wspominając o Hlaváčku, Hrabal połączył jego nazwisko z jednym z najbardziej tajemniczych epizodów własnej biografii? W połowie lat czterdziestych XX wieku, gdy był dyżurnym ruchu na stacji Kostomlaty, nieopodal rodzinnego Nymburka, z nieznanych powodów zapragnął umrzeć. W kasie dworcowej na chybił trafił kupił bilet. Wysiadł na stacji Bystřica pod Benešovem i skierował swoje kroki do pobliskiego pensjonatu. Wynajął pokój z łazienką, wszedł do wanny z gorącą wodą i przeciął sobie żyły. Jak zapewniają Tomáš Mazal i Václav Kadlec, na nadgarstkach osiemdziesięcioletniego pisarza dało się jeszcze rozpoznać blizny po tamtych cięciach. Gdyby wtedy go nie odratowano, nie powstałoby ani wczesne opowiadanie Kain, dość wiernie odtwarzające okoliczności nieudanego samobójstwa, ani Pociągi pod specjalnym nadzorem, w których motyw ów ulegnie przekształceniu i reinterpretacji, ani żadna z jego późniejszych książek.
Przez długie lata wśród znawców twórczości Hrabala utrzymywało się przekonanie, że do tej pierwszej próby samobójczej doszło na piętrze przydworcowego hotelu. Tomáš Mazal ustalił jednak ponad wszelką wątpliwość, że dramatyczne sceny rozegrały się nie tam, lecz w pensjonacie na rogu bystřickiego rynku. Ów pensjonat czynny jest do dziś, prowadzi go kolejne pokolenie tej samej rodziny. Nosi nazwę "U Hlaváčków"...
Ordynator Pavel Dungl opowiadał w telewizyjnym wywiadzie, że Hrabal dostał się na parapet po stopniach z książek. Zapewne nie jest to prawda - większość z tomów, które przynieśli odwiedzający, jeszcze w styczniu odwieziono do mieszkania pisarza. W szpitalnym pokoju pozostały co najwyżej dwie książki. Jakie? Powieść Z zamku do zamku Celine'a, przełożona na czeski przez Annę Kareninovą? Els fruits amargs del jardí de les delícies - nieudana "monografia" Hrabala pióra Moniki Zgustovej, jego tłumaczki na hiszpański i kataloński? Biografia Isadory Duncan? (Patrząc na jej okładkę, Hrabal z upodobaniem opowiadał o Siergieju Jesieninie i z pamięci recytował wiersze tego - faktycznego lub rzekomego - samobójcy.)
Do okna nie dostał się po stopniach z książek. Jego śmierć nie była rezultatem nieszczęśliwego wypadku. Nie karmił gołębi. Nie wszedł na parapet, by rozsypać tam kawałki starej bułki. Nieprawdziwe informacje trafiły jednak do serwisów informacyjnych w radiu i telewizji. Następnego dnia powtórzyły je niemal wszystkie liczące się tytuły prasowe. Sentymentalna legenda - wymyślona ponoć przez zapobiegliwego policjanta, chcącego uniknąć długotrwałego śledztwa - zaczynała żyć własnym życiem.
Nie umiem rozstrzygnąć: w wierszu Dribling na chustce do nosa Julia Hartwig legendzie tej uległa czy się jej przeciwstawiła? Pisała tak:
Zmęczyła go starość, zmęczyło go życie
("dopiero kiedy nas miażdżą, wydajemy z siebie co najlepsze")
Zapragnął pójść poza granice bytu i nicości.
Więc zdarzyło się że wypadł z okna
karmiąc gołębie w locie.
(Gdy nabożna staruszka
wciąż dorzuca swoją wiązkę chrustu
w ogień stosu
na którym płonie Jan Hus)
Dla autora Wesel w domu - który jak nikt inny potrafił opisać życie w całym jego przerażającym i zachwycającym pięknie, przez którego dzieło przeciągnięta jest (posługuję się tu sformułowaniem Jiřiego Kolářa) "złota nić przykazania "Miłuj bliźniego swego jak siebie samego"" - ów ostatni skok był, jak sądzę, aktem paradoksalnej, manifestacyjnej i definitywnej afirmacji życia.
"Swoją śmiercią Bohumil Hrabal coś jeszcze powiedział" - pisała Susanne Roth w marcu 1997 roku, w niedożyte osiemdziesiąte trzecie urodziny autora Zbyt głośnej samotności.
Gdyby ktoś zapytał mnie o treść tego ostatniego Hrabalowskiego komunikatu, najchętniej odpowiedziałbym fragmentem z Księgi Drogi i Cnoty Lao-cy (przepisuję go od samego Hrabala, z jego Aurory na mieliźnie): "Wyjść to narodzić się". Albo myślą wziętą z Heraklita: "Jedna droga prowadzi w górę i w dół".
Mam bowiem nadzieję, że zaraz po tym, kiedy pożegnalnym spojrzeniem objął Libeń i, zamknąwszy oczy, rzucił się w przepaść, ujrzał pod powiekami zalaną promieniami światła stromą uliczkę Balbina w Židenicach, na przedmieściach Brna, i mrużąc oczy od słońca, puścił się biegiem pod górę. W stronę domu.
[Notowalem pod koniec stycznia, w przeddzień 25. rocznicy śmierci i 108. rocznicy przyjścia na świat Bohumila Hrabala.]
3/2022
W POPRZEDNIM NUMERZE
Piotr Szewc Kto by pomyślał; Kawki; Przydomowy leśmian; Kocie królestwo; Pismo klinowe; Kwaśne jabłko; Znikamy; Nie zdziwię się
Wacław Holewiński Cieniem będąc, cieniem zostałem (fragment powieści)
Andrzej Niewiadomski Szkice; Stacja. Maj. Spokój; Statki; Popołudnie; Podgląd; No bo co; Arteria
Karina Obara Neurotyczne życie Roberta ze stolicy z tendencją do nieznacznej poprawy
Wojciech Brzoska ?(ma taki młody język); ?(dzisiaj cierpki język); niskie loty; ból krzyża; ?(na jesiennych wczasach); na łuku (nauka pisania); ?(po roku spotykamy się); ?(biały piesek "snowy"...)
Marcin Mielcarek Najsmutniejsza dziewczyna w mieście
Janusz Urbaniak Wiersz; Książki na stosie; Co wiesz; Słowa; Dokąd idą; Grafit grudnia
Andrzej Franaszek "Inne życie". O trudnej przyjaźni Czesława Miłosza i Jarosława Iwaszkiewicza
ARCHIWUM
Jarosław Iwaszkiewicz W pierwszą rocznicę powstania podał do druku Robert Papieski
Jarosław Iwaszkiewicz Z listów do Szymona Piotrowskiego 1968-1969 opracował Robert Papieski
KSIĄŻKA MIESIĄCA
Magdalena Saganiak Polityczność jako autonomia jednostki
[Andrzej Waśko Literatura i polityczność]
WŚRÓD KSIĄŻEK
Sławomir Buryła Delikatnie po nitce
[Piotr Szewc Po nitce]
Piotr Kępiński Poezja podwójnej ekspozycji
[Antoni Pawlak Ale bez rozgrzeszenia]
Jakub Beczek Zrobić próbę
[Aldona Kopkiewicz Na próbę]
Katarzyna Szkaradnik "Umieranie przestało reagować na słowo"
[Ignacy Karpowicz Cicho, cichutko]
Magdalena Boczkowska Kiedy dziecko było dzieckiem
[Zośka Papużanka Kąkol]
Paweł Majcherczyk W stronę miejsc nieatrakcyjnych
[Piotr Marecki Romantika]
Łukasz Saturczak Z daleka widok jest piękny
[Piotr Kępiński Szczury z via Veneto]
NA WIDNOKRĘGU
Zbigniew Chojnowski Nie tylko poetycka wiara Jarosława Iwaszkiewicza
Ireneusz Staroń Jeszcze o Wenclowym czytaniu Wierzyńskiego
Martyna Dziadek Walter Benjamin, czyli inter esse
Aneta Wiatr Notatki na marginesie życia
PRZEGLĄD ZAGRANICZNY
Ostap Sływynski Ukraina
NOTY
Fryderyk Hunia List do Rajmunda Kalickiego
Sławomir Jankowski Pole
Jarosław Sujczyński Most
Zdzisław Antolski Papierowy żołnierzyk
KSIĄŻKI NADESŁANE
COKOLWIEK DALÉJ
Przemysław Dakowicz Iwaszkiewicz w "czerwonej" Łodzi
DZIENNIK 2022
Zbigniew Mentzel Siła i bezsiła śmiechu
3/2022
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2022 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl