Twórczość 3/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

7.00 zł
5.81 zł (5,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Michał TrusewiczSaturn pożera dzieci, a mężczyźni kobiety

Zyta Rudzka: Tkanki miękkie. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020, s. 288.

Ludwik Prokopiuk - jeden z bohaterów powieści Zyty Rudzkiej - kocha włoskie ubrania, hotelowe lobby, a przede wszystkim samego siebie. To pediatra, który nie znosi dzieci. To mąż, który zawodowo - niczym uwodzicielski Don Juan - zdradza swoją partnerkę. Kim jeszcze jest Ludwik Prokopiuk? To syn Michała Prokopiuka, wiejskiego lekarza. Zarówno ojciec, jak i potomek kochają kochać. Siebie i kobiety. A właściwie kochają to, co pragną ujrzeć w kobiecie: uległe, spolegliwe ciało, które milcząco będzie znosić upokorzenia. Mężczyźni skazują kobiety na banicję, choć tak naprawdę nie mogą bez nich żyć - są perwersyjnymi narcyzami, którzy odbijają swoje fircykowate oblicza w łzach partnerek. Tkanki miękkie to powieść pełna teatralnej, momentami groteskowej, przesady i grozy. Efektom estetycznej dysocjacji towarzyszy fizyczny wysiłek, który pojawia się w trakcie lektury. Emocjonalna proza, rwana, szarpana, momentami balansująca na granicy komunikatywności to pełne odzwierciedlenie rytmu przekroczenia realności i fikcji, doświadczanego przez męskich bohaterów książki autorki Krótkiej wymiany ognia.

Don Juan - w myśl powieści Zyty Rudzkiej - musi się skoncentrować przede wszystkim na lustrzanej autoprezentacji. Nieustannie tworzy iluzję swego uwodzicielskiego istnienia, wpisując tym samym kobietę w grę wyobrażeń. W patriarchalnym - imaginacyjnym - świecie Don Prokopiuków kobiecość pełni specyficzną funkcję: męski podmiot fantazjuje o nieustannym zdobywaniu, adorowaniu, rozkochiwaniu kobiety nie po to, by spełnić popęd seksualny, lecz by dopełnić logikę erotycznego pragnienia.

Proza Rudzkiej przywołuje psychoanalityczną różnicę między popędem a pragnieniem. Mitologia Don Juana to przede wszystkim epopeja zdobywania i gonitwy za nieosiągalnym - logika pragnienia. Kobieta - w wyobraźni wiecznego uwodziciela - urasta do rangi upragnionego przedmiotu spełnienia. Upragnionego, lecz nieosiągalnego. Młody lekarz, przebierając się za trefnego fircyka, za każdym razem rozpoczyna podróż, której kres wyznacza puste miejsce Penelopy. Upragniona kobieta - przewartościowana przez Don Juana - jest tym, co w psychoanalizie określa się mianem objet petit a. Bo "zdobywana kobiecość" obiektywnie nie istnieje, w istocie to tylko fikcja, która ma uzasadnić narcystyczną ekonomię męskiego libido. Prokopiuk maniakalnie się stroi, zamienia się w Don Juana, by zdobywać i uwodzić, czyli właściwie po to, aby samemu w sobie wzniecić poczucie "zdobycia" kobiety.

Mitologia uwodziciela to jedna z fundamentalnych mitologii męskich podmiotów, którzy w ten sposób przysłaniali narcyzm swojego zachowania. Prokopiuk obsesyjnie zwraca uwagę na swój estetyczny wygląd: "Zapiąłem się wszędzie. Szanuję porządne ubrania. Braku odzieżowej kindersztuby nie można mi zarzucić. Ubieram się smacznie, wykwitnie, nie w modę, co jest przypadkiem ponadczasowej elegancji [...]. Wadą hotelu jest mnogość zwierciadeł. W lobby lustra pozostają nad lamperią. Zawsze pamiętam, by tafli okiem nie złapać. I notorycznie to sobie uczynię, by zobaczyć rozklekotanego eleganta w rumieniu okolicznościowym na trzewioczaszce". A więc elegant-dandys w stanie fizycznego i psychicznego rozkładu. Don Juan, który dusi się pod ciężarem własnego mitu. Prokopiuk, który uleganie fircykowatemu libido zamienił w przykry nawyk. Mężczyzna, który stroi się po to, by pod pretekstem uwodzenia przypodobać się przede wszystkim samemu sobie. Gdzie w tym wszystkim jest kobieta? To niewidzialne tło, które ma jednak zasłonić oczywisty narcyzm mężczyzn, upajających się własną kokieterią i fikcjonalną dominacją. I właśnie na tym polega surowa logika objet petit a - warunkiem podtrzymania męskiego ego jest ciągłe niezaspokojenie, odruchowe uleganie pragnieniu zdobycia "jeszcze więcej". Warto zwrócić uwagę, że owo niezaspokojenie rymuje się z kodeksem kapitalizmu, który zaszczepia człowiekowi poczucie, że misją ludzkości jest akumulacja kapitału, który jednak opiera się ostatecznemu zdobyciu w taki prosty, konkwistadorski sposób. Dlatego Prokopiuk ubiera się w eleganckie, drogie stroje, by podwyższyć swoją wartość w oczach nieosiągalnej i niewidzialnej kobiety. Przede wszystkim robi to sam dla siebie, by domknąć rytm narcystycznych działań. Nieprzypadkowo w zacytowanym fragmencie pojawia się motyw luster. Rudzka bardzo inteligentnie konstruuje podświadomość Prokopiuka, który opowiadając o swoich strojach uwodziciela, intuicyjnie przywołuje obraz lustra - symbolu, który ma moc demaskacyjną. To właśnie w odbiciu można zauważyć, że wyperfumowane ciało jest pełne rozkładu, a liberalna seksualność jest bardzo restrykcyjna i opresyjna zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, którzy muszą sprostać pewnym wzorcom, by ocalić własne samozadowolenie i dyskretny urok dominatora.

W Tkankach miękkich pozornie sensualna narracja jest przede wszystkim językową grą znaczeń. Kobiecość, choć najczęściej widmowa, nieobecna, jest zarazem żywiołem totalizującym wyobraźnię mężczyzn. Prokopiukowy obraz świata to słownik rzeczywistości widzianej oczami rubasznego patriarchy, który kobietę redukuje do cielesności: "Budynek upodobnił się do kobiety. Chata od ulicy skromna, dupiasta od ogrodu. Co rok, to prorok. Rozmnażała się przez podział, odtylcowe pączkowanie, wykluwały się ślepe wypustki - przybudówka, magazynek, komórka spiżarenka, wiata i pakamerka, składzik, drwalka, kantorek, schowek, kuchnia letnia, kanciapa zimowa - by myszy były na swoim". Jak widać, świadomość Prokopiuka, cała jego wyobraźnia i zdolność kojarzenia, opiera się na prostym wyparciu: kobiety jako takie nie istnieją, żyją jednak jako poręczne metafory, które można bezkarnie przywłaszczyć - a wręcz zawłaszczyć - wykorzystać do porównania. Realność kobiety to fikcja, jej istnienie to jedynie fantazja, która nawiedza językowy obraz świata: "Ojciec leżał na brzuchu, macał szafę tak, jak się maca kobietę - gorliwie, od spodu".

Rudzka fascynująco tworzy rzeczywistość, gdzie kobiecość nierozłącznie kojarzy się z brakiem (realnym - brak tutaj realnie istniejących bohaterek, prócz żony starego Prokopiuka, która pojawia się jedynie jako wspomnienie bądź duch) i obfitością (wyobraźniową - kobiety materializują się jedynie w języku porównań i metafor, krzywdzących, represyjnych i niszczących jakąkolwiek więź). Budynek jest kobietą, gdyż kojarzy się z tym, co stereotypowo kobiece: rozmnażaniem, rozrostem, chaotycznym zarastaniem, wypukłością, skromnością. Dlaczego Rudzka tak często demaskuje stereotypy tkwiące w popularnych - rubaszno-represyjnych - konotacjach? Otóż chce pokazać, że "donjuanowy" rozwój męskiego języka (i tak upłciowionego sposobu objaśniania rzeczywistości) ma zabójcze konsekwencje dla kobiet. Dosłownie: zabójcze - kobiety wszak znikają, wymierają ze świata uwodzicieli pogrążonych w kryzysie. Umierają, ale odradzają się w patriarchalnych kalkach słownych, by przedmiotowo tkwić jedynie jako przyrost do neutralnych słów. Tkanki miękkie to poruszająca opowieść o tym, jak kobiety tracą swoją niezależność. Również językową.

W świecie Prokopiuków nawet Regina - kobieta, która uwikłała się w romans ze starym Prokopiukiem - jest całkowicie odpodmiotowiona. Jej pozycja w relacji z mężczyzną została wyznaczona przez męski podmiot - musi być uległa, musi być "panią", musi zachowywać dystans, musi być skromna, musi czuć radość z bycia zdobywaną w dość prymitywny sposób. Stary doktor uważa, że kobieta właśnie "musi" - nie powinna uciekać od męża, nie może mieć własnego życia, nie sposób pomyśleć, by Reginy po prostu nie było. Regina "musi", nie "może": "Po pierwsze. Regina. Nie wiem, kto panią upoważnił, by mnie tytułować po imieniu. Ja też nie pytałem pani, czy może mi pani być Reginą. A nie pytałem nie dlatego, że nieśmiałość czy brak biegłości epistolarnej, bo ciągle to słowo pamiętam, wieśniactwo z urodzenia mnie nie dotyczy". Regina musi odczuwać traumę wojny: "Od pierwszego listu wiedziałem, że Regina, z ciebie żadna tam kurwa. Myślałem, to istota poszkodowana, szpetna, bo wrażliwa. To kobieta płożąca na terenie działań wojennych. A teraz mi tu ładnie pisze, słowami od piękna. I to rozumiem. Wyszła z wojny, to musi wdepnąć w poezję, bo tyle lat tylko prozą upierdolona". I to właśnie Prokopiuk najlepiej wie, jak kobieta powinna się zachowywać w rzeczywistości powojennej: "Za głosem idź. Nic się nie bój. Ty po wojnie, z tobą jak dziewiczką trzeba". W związku z tym Regina istnieje o tyle, o ile zostanie zmaterializowana przez męskie normy, narzucane kobiecie, która może urzeczywistnić się jedynie wtedy, gdy zostanie "dołączona" do dominującego męskiego podmiotu. To Prokopiuk wyznacza granice ekspresji i wyobraźni swojej partnerki, to doktor odgrywa rolę biblijnego patriarchy-pantokratora, który rozkazuje bezwiednym podmiotom podążać za widmowym głosem przewodnika.

Kunszt artystyczny Zyty Rudzkiej objawia się, gdy zauważymy pewną asymetrię rozrysowanych postaci męskich. Młodszy Prokopiuk to oszpecony kryzysem Don Juan, który ulega logice pragnienia i fircykowatości. Starszy Prokopiuk to zniedołężniały Don Juan, który ulega presji popędu. Już wcześniej została zarysowana diametralna różnica między pragnieniem a popędem, warto teraz ją dopełnić i finalnie zinterpretować. Właśnie na tej relacji - ojciec-syn - zasadza się główny wątek prozy Rudzkiej. Opozycja między popędem a pragnieniem to także kontrast dwóch wyobrażonych kobiecości: "Ludwik. Regina to kobieta balsam. Takie są kobiety Wschodu. Gratuluję. Obcowałem jedynie z niewiastami z Dzikiego Zachodu". Starszy doktor orientalizuje kobiety ze wschodu, młodszy lekarz robi to samo z mieszkankami zachodniej Europy. Pozornie nieistotny fragment jest wskazówką, która każe nam stworzyć dwa ogniska męskiej dominacji: jedno na zachodzie, drugie na wschodzie. Pierwsze z nich wiąże się z kapitalistycznym pożądaniem, gonitwą za niewidzialnym i nieuchwytnym. Drugie z nich to wyrasta z przekonania, że tylko wschodni popęd może utrzymać to, co minione. Właśnie na tym opiera się mechanizm popędu: polega on na utrzymaniu lub przywróceniu tego, co było, ale z różnych przyczyn odeszło. To konserwatywne odtworzenie porządku. W tym konkretnym przypadku chodzi o restaurację rzeczywistości, w której kobiety ulegają, są plastycznie modyfikowalne zgodnie z męskimi fantazjami. Popęd i pragnienie łączy niewidzialność kobiet - realnie one nie istnieją. Proza Rudzkiej to literatura wyrugowanej kobiecości, choć obficie pojawiającej się jako krzywdzący fantazmat w modelach językowego rozumienia świata. Starszy doktor wyraża to wprost: "tylko ona mi się wydarza". Jak to rozumieć? Historia Prokopiuka, czekającego na powrót zmarłej Reginy, to skondensowany obraz mężczyzn, których rzeczywistość jest wyznaczana przez rytm obecności posłusznych ciał, które można regularnie dyscyplinować, by w ten sposób ocalić własną, podupadającą męskość, rozumianą jako fikcyjny zespół cech dominujących.

To, co się dzieje z wyobraźnią Prokopiuka, podporządkowaną zmiennej kolejności nawiedzeń i opuszczeń, wesel i pogrzebów, życia i śmierci, ma bezpośrednie odbicie w formie narracji Tkanek miękkich. To proza pełna lejów powstałych na skutek emocjonalnych wyładowań w obrębie męskiej psychiki, broniącej się przed własną kruchością i słabością. Ciągłość opowieści jest raz po raz rozpruwana, a czytelnik zostaje wchłonięty przez rozpadlinę, rozpiętą między snem a jawą, przywidzeniem a materialnością wydarzeń, które są relacjonowane przez młodszego i starszego Prokopiuka. Zaburzona chronologia domaga się odtworzenia przez czytelnika, choć absolutnie nie jest to konieczne. Można Tkanki miękkie chłonąć niczym inercyjny impresariat, nielinearne sprawozdanie z pól śmierci. Ale warto powieść Zyty Rudzkiej przeczytać jako kolistą, nawracającą historię o mężczyźnie, który maniakalnie, wręcz sadomasochistycznie chce przywrócić obecność zmarłej żony, która przynosiła wyzwolenie męskim fantazjom na temat fallicznej dominacji. Gdy syn stwierdza, że "coraz mniej ojca w ojcu", nie ma na myśli tego, że mężczyzna po prostu się postarzał nie do poznania. Może chodzić o to, że młodszy Prokopiuk zaczyna rozumieć, że jego ojciec, nieustannie dryfujący między życiem a snem, tak naprawdę odrealnia się, zamienia się w materialną powłokę, której prawdziwa świadomość jest przy zmarłej Reginie. Być może ta sadomasochistyczna postawa ma w sobie coś z perwersyjnego uczucia miłości, bardziej prawdopodobne jest jednak to, że stary Prokopiuk, niegdyś dominator i kapłan patriarchalizmu, wreszcie sam ulega kobiecie, a właściwie to staje się uległy wobec śmierci. Czym jest wspominanie zmarłej, jeśli nie powolnym osuwaniem się w przepaść nieistnienia? Być może właśnie tak - dość finezyjnie - Rudzka chciała zapowiedzieć kres męskiej dominacji, ulegającej słabościom - popęd śmierci zmusza do nieistnienia kobiet, jednak mężczyźni na końcu sami przekraczają granicę realności. Męska przewaga jest zatem ponurą baśnią: "Męskie Szeherezady, odurzone własnymi bajdami" - co prawda, patriarchat opiera się na fikcyjnych teorematach, lecz przynosi bardzo bolesne, do bólu prawdziwe skutki: opresję kobiet, małżeńskie zniewolenie, upokorzenie w chorobie.

Na osobną uwagę zasługuje opis pogrzebu i stypy - tragikomicznego spektaklu: "To nie był pośledni funeralny lament. To była operetka", "W ojcu zobaczyłem aktorzynę, który dorabiał do emerytury recytacją funeralną. Tego dnia debiutował wdowcem, urodził się do tej roli. Wszystko sprzyjało, sceneria - wiejski cmentarz, wioski wystrojone przyszły zobaczyć, jak doktor oddaje żonę ziemi". Rudzka koncentruje się na opisach ceremonii, gdyż właśnie wtedy dokonują się zaślubiny kobiety ze Wschodu z polską, wiejską ziemią. Nie dość, że realność Reginy, pochodzącej przecież z Ukrainy (co jest znamienne), została usunięta, to na dodatek - już pośmiertnie - kobieta zostaje pochowana na polskiej ziemi, ziemi patriarchów-kolonizatorów, którzy anektują symboliczne ciało. Popęd Prokopiuka ma tło nie tylko erotyczno-małżeńskie, ale również kolonialne. Jego zachowanie ma na celu utrzymanie w ryzach inności "kobiety ze Wschodu". Czy w oczach zwykłego Polaka Ukraina ma być Reginą - uległym, plastycznym ciałem, któremu można wmówić traumę, dziewiczość i sentymentalizm? Rudzka bezkompromisowo demaskuje przemoc wpisaną w romantyczne powidoki relacji Polska-Wschód: "Regino, przeszłaś wojnę ojczyźnianą, z której wyfrunęłaś do Polski gołębiem pokoju. Przyfrunęłaś do mnie ze Wschodu. Nie spodziewałem się tego słońca dla siebie na wschodzie, gdyż moje życie zbliżało się ku zachodowi. Regina była piękna jak bogata dziwka!". Nową powieść Rudzkiej można czytać również jako krytykę polskiego kolonializmu, który nadawał rytm ukraińsko-polskim relacjom na tle społeczno-politycznym. Stary Prokopiuk zachowuje się tak, jakby jego postać miała być celowym nawiązaniem do stereotypu polskiego magnata, który popędową rozkosz koncentruje na wschodnich latyfundiach, upatrując tam źródła ekonomicznego i politycznego zysku, inkasowanego kosztem przemocowych stosunków z tamtejszą ludnością.

Tkanki miękkie to wielowątkowa powieść o kobietach i mężczyznach, z tą różnicą, że ci drudzy dążą do wyeliminowania tego, co nie mieści się w granicach fantazyjnego męskiego intelektu: natury, ciała, wrażeń. Dlatego Prokopiukowie nie radzą sobie ze starością, nie potrafią sprostać cierpieniu, jakie budzi się, gdy spojrzą w lustra. Zobaczą wtedy gnijące truchło, resztką sił trzymające tekturowe berło władzy nad kobietą, która ostatecznie zmusza mężczyzn do uznania własnej słabości i kompromitacji.

Grzecznie już byłoElżbieta Baniewicz

Jesienne strajki zaskoczyły wielu polityków. Z oburzeniem zareagowali na hasła w większości inteligentne i dowcipne: "Podmiot nie zgadza się z orzeczeniem", "Czem prędzej się wybierajcie!", "Chcę do domu, ale imperatyw kategoryczny mi nie pozwala", "Rząd nie ciąża, można usunąć", "Kot może zostać - reszta **********". Prawicowi publicyści syknęli jadem i obelgami, no bo jak to możliwe, by młode i nie tylko młode kobiety i wspierający je młodzi mężczyźni w dużych, mniejszych i całkiem małych miejscowościach wyszli tłumnie na ulice, broniąc swojej podmiotowości. Zamiast siedzieć w domu, wychowywać dzieci, obsługiwać pokornie pana męża, manifestują, krzyczą i nie dają się uciszyć, a do tego jeszcze spowodowały, że mężowie, bracia, partnerzy, dziadkowie nawet popierają je i też wychodzą na ulice.

To zła wiadomość dla polityków, ale też widać, jak bardzo się do tej sytuacji nie przygotowali. Nie zauważyli, że na świecie kobiety coraz częściej zostają premierami (Finlandia, Norwegia, Islandia, Nowa Zelandia, Niemcy, liderka wolnej Białorusi, nowa wiceprezydent USA) i pełnią odpowiedzialne funkcje polityczne od szefowej Unii Europejskiej po szefową Banku Centralnego itd. U nas też obejmują wiele stanowisk, wystarczy przypomnieć ostatnie wyniki wyborów na wyższych uczelniach i liczbę kobiet rektorów, choć do równości jeszcze daleko. Mimo tych widocznych gołym okiem faktów rządząca prawica uważa, że naczelnym i podstawowym zadaniem kobiety jest rodzenie dzieci (uszkodzonych nieodwracalnie płodów także) oraz dmuchanie w ognisko domowe. Konwencja antyprzemocowa jest niepotrzebna, skoro u nas prawo jest doskonałe, a "pojedyncze" przypadki przemocy domowej nie mogą zakłócić sielankowego obrazu szczęśliwej rodziny przywiązanej do tradycyjnych wartości, co, jak wiadomo, jest nad Wisłą wzorcową praktyką.

Gdyby politycy zechcieli chodzić do teatru i czytać książki, już dawno zauważyliby wielką zmianę pokoleniową. Zygmunt Hübner, mój wspaniały nauczyciel w Akademii Teatralnej, uważał, że reżyseria w żadnym razie nie jest zawodem dla kobiet, chyba że byłaby to Lidia Zamkow. Dziś problem nie istnieje, kobiety po prostu pracują w teatrze na takich samych prawach, jak mężczyźni, a nawet bardziej niż oni bywają radykalne. Niedawne Warszawskie Spotkania Teatralne, które prezentują stołecznej publiczności tak zwane gwoździe sezonu, pokazują tę tendencję bardzo wyraźnie. Kobiety zrealizowały pięć z dziewięciu pokazanych przedstawień nurtu głównego oraz wszystkie cztery z tzw. przedstawień towarzyszących.

Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę odbywający się w tych samych dniach krakowski Festiwal Boska Komedia, to obecność kobiet realizatorek była wyjątkowo widoczna. Także jeśli chodzi o wyrazistość i odwagę, z jaką poruszały tematy przemocy w związkach, rodzinach, wobec mniejszości czy osób wykluczanych.

Najbardziej poruszyły mnie przedstawienia Iwony Kempy: Miłość od ostatniego wejrzenia, według książki chorwackiej dziennikarki i pisarki Vedrany Rudan, z Teatru Dramatycznego w Warszawie oraz Kobiety objaśniają mi świat według scenariusza reżyserki i Anny Bas z krakowskiego Teatru Nowego Proxima, opartego na zbiorze esejów autorki "Guardiana" czy "Harper's Magazine" Rebeki Solnit Mężczyźni objaśniają mi świat. Oglądam przedstawienia tej reżyserki od lat z przyjemnością, wybiera zwykle ważnych autorów i realizuje ich teksty z dobrymi aktorami; scenografia czy muzyka pozostają minimalistyczne. Najważniejsze, co dziś rzadkie, są dla niej słowa niosące myśl i prawda przeżycia aktorskiego, a nie efekty wizualne.

Przedstawienie krakowskiego Teatru Nowego Proxima powstało dwa lata temu i ma formę koncertu. Kilka pulpitów do nut, kilka mikrofonów, pusta przestrzeń niby piwnicy, jako ozdoby dwie białe suknie - symbole niewinnej kobiecości. Pięć świetnych krakowskich aktorek (Anna Tomaszewska, Martyna Krzysztofik, Katarzyna Zawiślak-Dolny, Katarzyna Galica, Alina Szczegielniak) wraz z towarzyszącymi im na gitarze Kingą Piekarz, a na perkusji Lilianą Ziemian tworzą buntowniczy koncert na teksty i piosenki. Ubrane w niemal prywatne ciuchy - czarne topy, krótkie sukienki, porwane dżinsy czy ramoneski albo sportowe bluzy do tego sneakersy czy adidasy - prowadzą narrację brzmiącą jak osobiste wyznania, bo też sprawa dotyczy każdej z kobiet. Wtłaczanych przez mężczyzn w stereotypowe wizerunki podyktowane patriarchalną kulturą oraz dotkniętych przemocą zarówno psychiczną, jak i fizyczną.

Jedna z aktorek opowiada, jak kobieta, która nie ma dzieci i nie chce ich mieć, zostaje wykluczana z wielu społecznych relacji, gdyż przekonanie, że spełnieniem, wręcz obowiązkiem kobiety jest macierzyństwo, jest silniejsze niż uszanowanie jej woli. Inna porusza kwestię wolnej miłości, do której mają prawo mężczyźni, a kobiety niekoniecznie. Przemoc w związkach to kolejny temat opowieści kobiet domagających się podmiotowości. Każda z nich jest w innym wieku, ma inny temperament, inaczej artykułuje swe potrzeby, ale ich opowieści brzmią mocno i stanowczo. Czasem prowokacyjnie, gdy najstarsza z nich opowiada, że prowadzi dom schadzek jak biznes, bo jest na to po prostu popyt. Aktorki świetnie wczuwają się w role kobiet upokarzanych, poniżanych, ale równie świetnie się przeciw tym rolom buntują, śpiewając znane piosenki Patti Smith, Niny Simone, 4 Non Blondes czy wykrzykując "swoją prawdę".

Miłość od ostatniego wejrzenia podejmuje podobny temat, tylko w jeszcze ostrzejszej formie. Autorka wstrząsającej książki Usta, gardło, nóż zbyt wiele doświadczyła w czasie ostatniej wojny na Bałkanach, by mówić łagodnie. Jej zdania jak sztylety wbijają się w czujące ciało i myślącą duszę widzów. Pokazują, że przemoc psychiczna jest znacznie gorsza od fizycznej. Bohaterki przedstawienia opowiadają kolejne seanse, jakie fundowali im ojcowie, mężowie czy partnerzy: poniżające słowa, wyzwiska, niedowierzanie, traktowanie jak osoby upośledzone mentalnie, zastraszanie, śledztwa w idiotycznych, nieważnych zupełnie sprawach prowadzone z sadyzmem. By wbić do głowy, że jedynym przeznaczeniem kobiety jest poślubienie faceta i służenie mu.

Aktorki (Karolina Charkiewicz, Magdalena Czermińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska, Małgorzata Niemirska), ubrane w białe ślubne sukienki, referują kolejne seanse przemocy słownej i fizycznej, jakich doznawały ich bohaterki tylko po to, by podbudować męskie ego; im słabsze, tym brutalniejsza była jego obrona. Ale grane przez nie kobiety już zrozumiały, że nie muszą nadal być ofiarami: córkami przebaczającymi wyzwiska i bicie pasem, uległymi, poniżanymi żonami, gotowymi zawsze do współżycia. Wiedzą już, że nie muszą nieść swego krzyża, jak to czyniły ich babki czy prababki. Same parodiują zachowania mężczyzn, obśmiewają je i tym sposobem uwalniają się od przemocy, od wmówionego im przekonania, że są mniej od nich warte, więc muszą być uległe i posłuszne. Przeciwnie, stają się na naszych oczach odważne i wolne.

Teatr mówi o tym bardzo dobitnie, czego dowodem może być kolejny spektakl towarzyszący Spotkaniom I że Cię nie opuszczę Gérarda Watkinsa w reżyserii Aldony Figury. Opowiada historie miłości dwóch par: muzułmanki Rachidy (Anna Szymańczyk) i Francuza Liana (Kamil Mróz) oraz Ani (Paulina Kinaszewska) i Pascala (Maciej Starbiński). Aktorzy w zgodzie z autorem poddają wiwisekcji dwa różne, wydawałoby się, związki miłosne. Zaczynają się one wielkim, wręcz romantycznym uczuciem, a kończą przemocą i rękoczynami, rozstaniem i traumą. Kolejne pęknięcia wydają się zrazu niewinne, to może być gest, mina, grymas ust, później już gesty zniecierpliwienia, skoro partner bierze dragi i nic nie wskazuje na to, że chciałby z nich zrezygnować z powodu narodzonego dziecka, do czego zresztą zmusił partnerkę, bo chciał być ojcem. Potem zaczynają się groźby, wyzwiska, wreszcie rękoczyny i ucieczki kobiet przed przemocą. Przy czym stroną słabszą w radzeniu sobie w trudnych okolicznościach okazują się mężczyźni; kobiety próbują ratować swe związki i partnerów. Do czasu, gdy uświadamiają sobie, że to już nie ma sensu i lepiej być samej, niż stale wojować z kłębowiskiem nerwic i kompleksów.

Jedną z pierwszych pisarek walczących o prawa kobiet była Virginia Woolf; uważała, że pierwszym krokiem ku wolności kobiety są własny pokój i własne pieniądze na utrzymanie. W czasie Spotkań miała miejsce sceniczna prapremiera jej powieści Pani Dalloway z 1925 roku. Adaptatorka i reżyserka Marta Miklasz tę wielowątkową prozę, pełną meandrów czasu, zatem wspomnień i subtelnych rozważań psychologicznych, postanowiła dodatkowo jeszcze skomplikować. Zamożna, pięćdziesięciojednoletnia Klarysa Dalloway (Agnieszka Roszkowska), obracająca się kręgach arystokracji i władzy, często wraca pamięcią do szczęśliwego dzieciństwa na wsi. Być może dlatego Londyn stał się na scenie kwietną zieloną łąką, a sama Virginia Woolf (Anna Stela) narratorką i postacią rozmawiająca z bohaterkami, które sama wymyśliła. Spektakl, oglądany on-line podobnie jak pozostałe, wydał mi się mało czytelny dla kogoś, kto powieści nie zna. Świat Klarysy zastanawiającej się, czy dobrze zrobiła, poślubiając Ryszarda, nudnego polityka, czy może postąpiłaby słuszniej, oddając rękę Piotrowi Walshowi, który właśnie powrócił z Indii, gdzie pracował na chwałę Imperium, został tu zamknięty w sielskim ogrodzie. Dlatego rozważania o władzy i przeznaczeniu snute przez bohaterkę, zalegającą pośród bujnych traw i kwiatków, jakby jeszcze nie ubraną na spotkanie z gośćmi, wydał mi się zbyt pretensjonalny. A umieszczenie autorki pośród bohaterów raczej utrudnia zrozumienie tej rozwibrowanej psychologicznymi doznaniami prozy. Kontury postaci zacierają się i nie bardzo wiadomo kto, co i dlaczego. Może to kwestia oglądania on-line, gdy nie widać całej sceny.

Wrócić do tej pisarki zawsze warto; zrobiła to Agnieszka Glińska, czytając Panny z Wilka Iwaszkiewicza "oczami" Virginii Woolf, co zmieniło perspektywę ich bohatera, o czym pisałam w ubiegłym miesiącu. Jej spektakl także został zaproszony na jubileuszowe 40. Spotkania Teatralne, tak bardzo zdominowane przez kobiece narracje. Wypuszczone z puszki Pandory już do niej nie wrócą, już nie da się ich przemilczeć w życiu społecznym ani wygumkować. Kobiety odzyskały niepodległą świadomość, a tym samym podmiotowość w każdej dziedzinie życia. Chcą stanowić o sobie i mieć równe jak inne Europejki prawa człowieka. Nie da się ich uciszyć ani spowodować, żeby zamilkły. Grzecznie już było, teraz czas na zmiany, o czym mówią kolejne przedstawienia, książki, artykuły czy reportaże. Hasło strajku kobiet - "No women, no kraj" - wyraża to znakomicie, a że politycy są na to nieprzygotowani?! To ich problem. Temperatury sporu na pewno nie obniży sojusz tronu i ołtarza, których włodarze chcieliby zatrzymać czas i zakonserwować narzucony kobietom patriarchalno-poddańczy status.

Teatr Nowy Proxima w Krakowie

- Kobiety objaśniają mi świat, scenariusz i reżyseria - Iwona Kempa, scenografia - Joanna Zemanek, światło - Wojciech Kiwacz, nagłośnienie - Tadeusz Sawka/Bogdan Czyszczan, opracowanie muzyczne - Iwona Kempa, aranżacje muzyczne - Kinga Piekarz. Premiera 26 stycznia 2018.

Teatr Dramatyczny m.st. WarszawyScena im. Gustawa Holoubka

- Miłość od ostatniego wejrzenia Vedrany Rudan, przekład - Marta Dobrowolska-Kierył, adaptacja i reżyseria - Iwona Kempa, scenografia i kostiumy - Joanna Zemanek, muzyka - Giuseppe Gimelli. Premiera 9 listopada 2018;

Scena Przodownik

- I że cię nie opuszczę Gérarda Watkinsa, przekład - Aleksandra Stelmach, reżyseria - Aldona Figura, scenografia i kostiumy - Joanna Zemanek, kompozycje muzyczne - Piotr Łabonarski, reżyseria światła - Paweł Srebrzyński. Premiera 16 marca 2019;

Mała Scena

- Pani Dalloway Virginii Woolf, przekład - Krystyna Tarnowska, adaptacja i reżyseria - Magdalena Miklasz, scenografia - Tomasz Walesiak, kostiumy - Hanka Podraza, reżyseria świateł - Monika Stolarska, muzyka - Marcin Bartnikowski. Premiera 11 grudnia 2020.

Włodzimierz PaźniewskiAdres raju

Adres raju bywa łatwy do zapamiętania: róg 222 Zachodniej i 23 Wschodniej w Nowym Jorku. To zamknięty obecnie Chelsea Hotel, olbrzymi czerwony budynek, zbudowany w dziewiętnastym wieku w stylu neogotyckim. Ostatnio Piotr Jagielski poświęcił mu obszerny artykuł, obficie ilustrowany kolorowymi zdjęciami, co w naszej obrazkowej cywilizacji zawsze ma spore znaczenie. Polski autor zgromadził sporo drobiazgów, pomijanych przez innych autorów, bo uznali je za mało ważne. Tak chyba nie jest. Dopiero razem tworzą one niepowtarzalną atmosferę tego starego hotelu i uzupełniają delikatną kreską portrety jego stałych gości. Trzeba się z tym zgodzić. Przez jakiś czas przemieszkiwał pod tym adresem Stanley Kubrick. W roku 1992 odbyła się we wnętrzu hotelu niezwykła sesja fotograficzna Madonny (właściwie Madonna Louise Ciccone, rocznik 1958) do jej książki Sex i wtedy chyba po raz ostatni zagrały swoją rolę piękne barokowe wystroje Chelsea i jego słynne marmurowe schody. Ten hotel sam często występował jako wzięty aktor. Dość wspomnieć, że jego wnętrza zagrały w sześciu filmach i poświęcono mu, jak obliczyłem dzięki publikacjom, aż piętnaście piosenek.

Kto miał kłopoty lub nie potrafił sobie dać rady z samym sobą, prędzej czy później lądował w hotelu Chelsea, gdzie jego szef Stanley Bard cierpliwie wysłuchiwał i pocieszał każdego. To było jedyne takie miejsce w całym Nowym Jorku. To tutaj Arthur Miller leczył złamane serce po rozstaniu z legendą tamtych czasów Marilyn Monroe. Jeśli wierzyć plotkarzom i łowcom sensacji, skutecznym lekiem w jego przypadku okazały się szklaneczki burbona. Gdyby ściany pokoju numer 614, który wówczas zajmował, mogły mówić... Dla jego twórczości nie był to wcale stracony okres, skoro w Chelsea napisał dramat Po upadku.

Z daleka Chelsea przypomina ogromne parowce pływające niegdyś po Mississippi. Mogę sobie wyobrazić, jak z majestatyczną gracją powoli sunie późną jesienią przez nowojorską mgłę. Wyłania się, to znów za chwilę znika, czerwony i ogromny. I choć nic tego nie zapowiadało, odnalazł niezwykłe miejsce w dziejach najnowszej kultury amerykańskiej i ta obecność trwa już nieprzerwanie kilka dekad i przyszłość nie zapowiada jej końca. W Nowym Jorku jest to adres magiczny. "Wszystko, co zrobiliśmy w życiu, było w większym lub mniejszym stopniu również cząstką hotelu Chelsea". Nie pamiętam, kto to oznajmił: Jack Kerouac, który w Chelsea pisał swoje utwory, czy może Miloš Forman, gdy zamieszkał u Barda w 1967 roku po przyjeździe do Ameryki, nie mając grosza przy duszy, co w hotelu tym było raczej normą. Wyjaśnił, że ureguluje rachunek, gdy stanie trochę na nogi. Bard zareagował po swojemu, wypowiadając zdanie, które powtarzał wielu swoim znajomym: "Kochany, nie ma sprawy".

Bardzo często Bard zamiast czeków przyjmował od swoich gości, którzy znaleźli się w tarapatach finansowych, obrazy i grafiki. Może nie jest to teraz aż tak ważne. Ale wtedy tak było naprawdę. Dzięki temu przez lata zebrał całkiem niezłą kolekcję.

Kiedyś hotel prowadził David Bard. Stanley był jego synem. Początkowo pracował jako pomocnik hydraulika. Gdy w roku 1964 objął Chelsea, poznał dogłębnie ten rodzaj biznesu. Co do swoich gości nigdy nie miał złudzeń, choć czuł do nich pewną słabość, a przecież byli to punkowcy, jazzmani, ćpuny, dilerzy, prostytutki, alfonsi, poeci i malarze. Tę kolejność w razie potrzeby można z powodzeniem odwrócić. Niektórzy traktują ten hotel do dziś niby muzeum kontrkultury.

Walijski poeta Dylan Thomas spędził w Chelsea ostatni okres swego burzliwego życia. W końcu zapił się na śmierć, co było mu pisane. Nie on pierwszy i nie ostatni, bo zdarzały się dni, gdy kostucha zadomowiła się tu niby pokojówka. Niektóre numery odwiedzała dość regularnie, inne chwilowo omijała. Pod 100 umarła Nancy Spungen zamordowana w roku 1978 przez Sida Viciousa, basistę Sex Pistols. Na szczęście sławny muzyk wkrótce zmarł po przedawkowaniu narkotyków, zanim rozpoczął się proces i w ten sposób sprawa rozwiązała się poniekąd sama.

W życiu Chelsea odnotowano zdarzenia niezwykle dramatyczne, jak te, gdy muza Andy'ego Warhola Edie Sedgwick spowodowała groźny pożar, zasypiając beztrosko z zapalonym papierosem.

Ed Hamilton, autor Legends of Chelsea Hotel, który o Chelsea i jego gościach wie prawie wszystko, notował, że od pewnego czasu nikt nie pamiętał o takim drobiazgu, jak zamykanie drzwi do pokojów na klucz.

Podobno czasami na wielkim balkonie do dziś pojawia się kapitan, czyli dawny właściciel hotelu Chelsea, wspominany przez wszystkich z ogromnym sentymentem, Stanley Bard i energicznym głosem wydaje polecenia obsłudze. Gdy umarł w roku 2017, ze zdumieniem odkrył, że nareszcie dołączył do swoich dawnych bywalców i dobrych znajomych, którzy trochę go wyprzedzili. I od tej pory wszyscy znów są razem. Na miejsce spoczynku odprowadzała go cała artystyczna Ameryka, ze swoimi licznymi kochankami, chmarami dzieci, a nawet wnuków, co komentowano zupełnie w stylu Chelsea:

"Kochany, stary piernik, z góry załatwił sobie wysoką frekwencję na własnym pogrzebie, żeby było mu raźniej w ostatniej drodze. Zawsze wokół niego kręciło się sporo ludzi. Skubaniec, pomyślał o wszystkim. Cały Bard, bez niego wszyscy bylibyśmy nikim".

Piotr KępińskiPasseggiata po latach

Kilka lat temu wypatrzyłem tutaj pierwsze włoskie wydanie Rodziny Połanieckich Sienkiewicza, za jedno euro i Homo Sapiens Przybyszewskiego za pięćdziesiąt centów. U neapolitańskich bukinistów na Spaccanapoli można kupić wszystko. Dosłownie. Dzisiaj wpadła mi w ręce Passeggiata Jana Bielatowicza, rzecz trochę droższa. Trzy euro.

Książka kompletnie zapomniana, a to przecież jedna z pierwszych pozycji wydanych przez Instytut Literacki, w roku 1947 mieszczący się jeszcze w Rzymie. Absolutnie niezniszczona, zapewne nieprzeczytana, ze stemplem Polskiego Komitetu Pomocy w... Sztokholmie.

Ukazała się tylko raz. A jej celem była "edukacja" przybyłych do Italii żołnierzy 2 Korpusu, którzy zostali tu w ramach Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia.

Trudno o bardziej kuriozalny przewodnik, w którym najważniejszymi miastami włoskimi były, oprócz Rzymu, Ankona, Bolonia, Cassino, San Marino. Bo w tych miejscach większość Polaków, po odbytych bojach, pozostała.

Żeby się chłopacy nie pogubili w Italii i trochę liznęli jej obyczajów, u Bielatowicza zamówiono ów bedeker, który miał po trochu tłumaczyć historię i współczesność, ale także opisywać ludzi i ich mentalność. I trzeba przyznać, że rzecz wyszła zgrabnie. Nawet dzisiaj czyta się ją z przyjemnością. Bielatowicz był dobrym obserwatorem i stylistą, zatem jego opowieści pozbawione są koturnu. Nie jest to może narracja wyrafinowana, ale ciekawa. A czasami nierzeczywista albo z rzeczywistości wyabstrahowana. Jak nazwy rzymskich ulic, które Bielatowicz żołnierzom przetłumaczył, żeby Wieczne Miasto stało się dla nich bardziej polskie, a przez to jakby mniej istniejące. W żadnym innym przewodniku nie spotkałem się z próbą tłumaczenia nazwy ulicy Babuino na Małpki, via Bocca di Leone na Lwiej Paszczy, via della Scrofa na Maciory, via Botteghe Oscure na Czarnych Sklepów...

A Bielatowiczowi jakoś to uszło, bo zrobił to z humorem, nie zmieniając przy tym książki w zbiór prostych anegdot, gdyż wiedza i znajomość historii jest tutaj ewidentna.

Nierzeczywista jest ta opowieść, bo widać w niej też nieistniejące już dzisiaj trakty, gospody i zwyczaje. Nikt już dzisiaj nie pije wina we Włoszech w takich ilościach, jak w latach czterdziestych, kiedy spożycie alkoholu w Rzymie nie było mniejsze aniżeli w Warszawie.

Do ulubionych miejsc, w których rzymianie lubili "dawać w palnik", należało Frascati, dokąd wybierali się po pracy podmiejską kolejką.

Wino z tamtych okolic do dzisiaj jest uważane za jedno z gorszych we Włoszech. Jedyna jego zaleta to cena. Bielatowicz pisze, że miejscowych cechowała wtedy niezwykła fantazja w nazewnictwie tych sikaczy: Cebulka, Jak się macie, Spokój orła, Górą nasi, Pod tramwajem...

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych wino w Italii traktowano jak wodę. Mogło być lekarstwem, mogło być przyjemnością. Było zawsze. Dla wszystkich: częstowano nim nawet dzieci. Od rana do wieczora. W domu i poza domem.

Bielatowicz tłumaczył żołnierzom zawiłości związane z nazewnictwem restauracji i gospód: "Trattoria odpowiada polskiej gospodzie, a na pierwszym miejscu stałoby w niej jedzenie, gdyby nie to, że w Italii wino jest główną potrawą. Osteria mniej już wybredna w doborze potraw i przychodzi się do niej głównie na wino. Bliższe jedzeniu są też rosticcerie (z mięsem smażonym i pieczonym, zwykle na oczach gości) i pizzerie, gdzie się zakrapia pizzę neapolitańską i gdzie wielkie powodzenie mają sery. Ta pizza to raczej pozór. Inaczej bottiglieria i fiaschetteria. To już pijalnie win bez pozorów, przekąsek i wykrętów. Jeżeli gość jest głodny, może mu gospodarz w drodze łaski posłać ser lub mortadelę".

Dzisiaj wszystko na odwrót. Najpierw jedzenie, potem znowu jedzenie, a do tego trochę wina.

Kilkadziesiąt lat temu ból żołądka powodowany był nadmiarem wina i tłustej mortadeli. Teraz rzymscy restauratorzy katują nadmiarem mięsa, ryb i warzyw. Po samych przystawkach, wśród których fiori di zucca i filetti di baccala, trudno spojrzeć na coś innego. A rzymianie jedzą wszystko. Uwielbiają nawet flaki, których forma nieco inna od naszych. Nie wspominając o gołębiach. Praktyczny naród. Co świetnie wychwycił Bielatowicz, który jak sądzić można, po restauracjach lubił sobie pochodzić.

Zmarł w Londynie, w roku 1965. Napisał trzynaście książek. Jerzy Giedroyc mówił o nim w Autobiografii na cztery ręce: "postać bardzo specjalna. Był to mój kolega z Brygady Karpackiej, ciekawy poeta, należący do przyzwoitych endeków".

Za Passeggiatę był wśród znajomych kolegów literatów chwalony. Książkę docenił Józef Wittlin. Ciepło o niej mówił sam Giedroyc.

I już chciałem napisać, że o Bielatowiczu w Polsce kompletnie zapomniano, gdyby mi w ręce nie wpadła antologia polskiego eseju literackiego pod redakcją Jana Tomkowskiego. A tam tekst Bielatowicza Hej wino, wino, wino, z Passeggiaty rzecz jasna.

Fantastycznie napisany. Koncertowy wręcz. I zupełnie nieważne, że trzepnął się w nim Bielatowicz parokrotnie, sugerując chociażby, że Falanghina (w wersji pisarza to Falanghiano) to winny szczep starorzymski, bo raczej z Kampanii, z Taburno.

Trudno jednak mieć do niego o to pretensje. Po pierwsze, rzymianie lubią konfabulować i zawłaszczać, a to od nich, jak można przypuszczać, czerpał wiedzę Bielatowicz. Po drugie, kto eseiście czy felietonówiście zabroni trochę pofantazjować? Albo malowniczo się pomylić?

 3/2021

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Elżbieta Baniewicz (teatr),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),

Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Małgorzata Brodacka (sekretariat)

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6, DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2020 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: Piotr eL

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

PRENUMERATA "TWÓRCZOŚCI" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI:Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52,tworczosc@instytutksiazki.pl prenumerata na rok 2021:Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł;prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł.Wpłaty na konto Instytutu Książki:81 1130 1150 0012 1269 2720 0001Prenumerata zagraniczna (roczna): ? 60 lub $ 80.Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE : GOSK PLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowychopłat. - ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa:Zamówienia na prenumeratę przyjmują zespoły prenumeratywłaściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, - e-mail: prenumerata@ruch.com.plPrenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informacjęo warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania możnauzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75,www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego6 jako administrator danych informuje, że Państwadane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacjiprenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniemAdministrator może powierzyć dane osobowepodmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępudo treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięciazgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianymoraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danychdo organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony DanychOsobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędnedo złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawachzwiązanych z danymi osobowymi można kontaktować sięz inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

Agnieszka Kumor

Rozmyślania śpiewaka solisty w czasie pandemii

Sądzę, że zbliżam się do doskonałości.

Podobno nie wypada tak mówić... Zacznijmy jeszcze raz. Kocham muzykę. Nie ukrywam, że z wzajemnością. Lecz nie zawsze tak było, o nie! O mały włos jej nie straciłem, bo kiedy przyszło co do czego, byłem niecierpliwy i niezdarny. Mój głos nie oddawał tego, co słyszało ucho, byłem zdesperowany. "Muzyka mnie nie znosi, jęczałem w duchu. Nigdy nie będzie moja!" Szło mi coraz gorzej, chciałem rzucić to wszystko, aż pewnego dnia los się do mnie uśmiechnął. Moje życie uległo gruntownej przemianie. A może to ja się zmieniłem? Pewien człowiek, tak, to był człowiek, uzmysłowił mi, że dar muzykalności można w sobie wykształcić. Także małe dziecko, wiedzione ciekawością, tak właśnie uczy się chodzenia: najpierw jeden krok, potem drugi i następne. Odkrycie tej prawdy odmieniło moją egzystencję i sprawiło, że jestem dziś tym, kim zawsze pragnąłem być. Artystą. Również to miasto, moje miasto, sprawiło (poniekąd), że zostałem solistą. Gdyby nie ono, sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej.

Przede mną krawędź dachu, przełykam ślinę. To nie strach, bynajmniej, ślina nawadnia struny. Powoli kiełkuje we mnie myśl. Z ziarna przeczucia wyrasta pewność: nie muszę wysilać głosu. Od kilku dni (kilku tygodni, kilku miesięcy może?) miasto nie jest już takie jak dawniej. Panujący w nim nieustanny szum z ruchem ulicznym i gwarem ludzkim wwiercający się w najskrytsze zakamarki mózgu, cały ten zgiełk znikł jak za dotknięciem różdżki, rozwiał się jak dym.

Została tylko cisza.

Zdaję sobie sprawę, że ów niecodzienny stan zawieszenia, w którym się znaleźliśmy, może się dla miasta źle skończyć... Znów przełykam ślinę. Każdy artysta na moment przed wejściem na scenę przeżywa to, co ja w tej chwili; nogi mi drżą i zżera mnie trema. Pokrzepiony jednak myślą, że wystarczy śpiewać piano, zaczynam mój występ...

Całkiem nieźle, nieprawdaż? Lubię przyrównywać się do wielkich mistrzów. Nie robię tego bynajmniej z zazdrości, lecz powodowany chęcią pójścia w ich ślady. Proszę, mówi wam to coś: tattataaam, ta ta ta ta ta taaam...? No, właśnie! I pomyśleć, że nasze spotkanie było dziełem przypadku. Nie, to nieprawda: jego muzyka przyszła do mnie...

Pewnego dnia, ściślej mówiąc pewnego popołudnia, siedząc na balkonie, usłyszałem coś, co przypominało kaskadę nut. Spadły na mnie niczym błyskawica, jak gdyby prąd poraził moje niepozorne ciało. Tak, bo trzeba wam wiedzieć, że ja... jestem raczej drobny, można powiedzieć filigranowy... Mniejsza z tym. Nie otrząsnąłem się jeszcze z wrażenia, próbując dociec, co takiego właściwie mi się przytrafiło, kiedy usłyszałem głos dochodzący z mieszkania na szóstym piętrze. Mężczyzna zwracał się do towarzyszącego mu chłopca: "Posłuchaj, Denis", rzekł. Rozpoznałem ów ciepły i zaskakująco młody, jak na starca, głos. Słyszałem go już wcześniej przy różnych okazjach. "Co powiesz o tym pierwszym motywie? Zwinny jak kos, prawda? A po nim ten drugi, potężny i ciężki, można powiedzieć niedźwiedź wsparty na tylnych łapach. Posłuchaj, jak się gonią, jak przekomarzają". "Wiem, wiem", wykrzyknął malec. Lekko skośne oczy dziecka rozbłysły niecierpliwością. "To Bach". "Wielki mistrz", mężczyzna skinął głową, notując w myślach dobrą odpowiedź. "My wszyscy z niego". Starzec i dziecko umilkli, zasłuchani w muzykę płynącą z czarnej skrzynki gdzieś z głębi pokoju. Był to stary adapter, jak sądzę. Zaintrygowany tłumaczeniami mężczyzny, nastawiłem ucha. I to właśnie wtedy poczułem, jak zstępuje na mnie jakaś niebotyczna siła. Porywa moje małe serce i ciągnie za sobą w górę, tam, gdzie jedynie satelity sięgają, bo ja wiem, wyżej jeszcze, tam, gdzie sam bałbym się polecieć ze strachu, że nie wrócę...! Od tamtej pory staram się nie opuścić żadnego z wykładów starca.

Każdego popołudnia, oparty o balustradę mojego balkonu, notuję w pamięci wszystkie zasłyszane dźwięki. I nie tylko "Bacha" tak słucham. Choć, przyznaję, starzec wyraźnie go preferuje. Nie, innych również... Ileż ja łez uroniłem nad losem pewnego młodego wiedeńczyka...! Nie wiedziałem, że taki wrażliwiec ze mnie. Spłakałem się jak bóbr! Cóż, głupi żyjesz i głupi umierasz. A jak ktoś krótko żyje, to musi się uczyć w dwójnasób. Co do mnie, to z pewnością długo nie pożyję, taki widać mój los... Choć z innej strony, dziwnie się czasem sprawy układają... Starzec wymieniał nazwiska kompozytorów. Było ich całe mnóstwo, wszystkich nie zdołałem spamiętać, przyjdzie na to czas.

Na razie widzę, że od kilku dni (kilku tygodni czy już nawet miesięcy?) chłopiec zniknął. Wyjechał? Zachorował? Może...? Ależ skąd! Kategorycznie odrzucam tę ostatnią możliwość. Nie żyje... Bzdura, takie rzeczy się nie zdarzają, to nie leży w porządku natury. Już szybciej martwiłbym się o starego...

W porządku natury...? A czymże jest ów wyświechtany frazes, którym ludzie próbują wybielić swoje sumienie? Natura ich nie obchodzi, mają ją gdzieś. Gorzej - pogardzają nią, kiedy jak bezwolne zwierzę zgina kark... Ale zostawmy to!

Jeśli o mnie chodzi, to ja jestem. Tutaj. Na krawędzi dachu, sam na sam z moim miastem, które milczy i czeka. Proszę, oto mój prezent dla ciebie, ukochane miasto...

...struny głosowe napięte, pierś do przodu, wydaje mi się czy urosłem? Prolog przypomina solo na trąbce. Samotny instrument zaczyna z uczuciem. Gra rolę pobudki. Ale łagodnej, delikatnej. Kolej na głos, murmurando bez słów, nuty płyną zgodnie, układają się w melodię. Wrażliwe ucho wychwyci subtelny wariant w końcówce. Tak? Nie? Może jednak. Spróbujmy jeszcze raz... I jak wyszło? Nieświadomi moich wysiłków, śpicie, susły jedne... Ostatecznie jest dopiero piąta rano. Dziwny koncert o tak wczesnej porze. Nocne marki wreszcie poszły spać, a ranne ptaszki jeszcze nie wstały. W ten wiosenny ziąb godzę ich ze sobą. Widzę, jak spod na wpół otwartej powieki sprawdzacie godzinę, po czym żalicie się, jakobyście "całą noc oka nie zmrużyli". Moja pieśń jest dla was, łyżeczka miodu na chore gardło. No, za tatusia... Sypią się fioritury, dorzucam garść wariacji... Włącza się głos, ale nie mój.

Milknę i poddaję gruntownej inspekcji okoliczne dachy. Gdzie skrył się niezwykły śpiewak, mój sobowtór, moje lepsze ja? A może to śpiewaczka? Ktoś kiedyś zadecydował, że panie głosu nie mają, nie umieją z niego korzystać, dlatego lepiej zrobią, oddając go swoim partnerom. Wygrywa mocniejszy w gębie. Postawmy sprawę jasno: nic głupszego w życiu nie słyszałem. Ci, którzy tak twierdzą, mylą się. Nie pierwszy raz zresztą. Mam głos po mamie. Lepiej śpiewała od taty. Występowali pod pseudonimem Duet pod niebem Paryża. Niezła z nich była parka! Brakuje mi ich...

Wracam do mojej przypadkowej partnerki. Odwracam się i już wiem, skąd dobiega dźwięk, choć jeszcze jej nie widzę. Śpiewamy tak razem dobry kwadrans. Podaję jakiś motyw, ona przejmuje początek, jak gdyby chciała mnie zapewnić, że chwyciła temat, po czym zmienia kierunek i kontynuuje pieśń wedle własnej propozycji. Taki koncert to dla mnie nowość. Już prawie zapomniałem, jakie to uczucie tak z kimś...

To dlatego, że miasto, zazdrosne o naszą wolność, wygnało nas daleko poza swoje granice. Od tej pory żyliśmy osobno, ograniczając się do okazjonalnych odwiedzin. Aż pewnego dnia w obliczu dziesiątków tysięcy ofiar miasto znieruchomiało. Wtedy podjęliśmy decyzję o powrocie. Nie mogliśmy patrzeć, jak samotnie cierpi...

Dochodzi szósta. Moja śpiewaczka zakręciła się i znikła równie nieoczekiwanie, jak się pokazała. Ciągnę mój koncert w pojedynkę, ale już bez większego przekonania... To kolejna niespodzianka. Zawsze świetnie radziłem sobie z samotnością. Skąd więc ów nagły niepokój, który drąży mnie od środka: gdzie się podział chłopiec?! Ten, który odwiedzał swojego dziadka na szóstym. Okno na wpół otwarte, przez firanki niewiele widać. Zeskakuję na niższy poziom.

A oto i stary człowiek! Nikogo poza nim... Wyłania się powoli z głębi mieszkania. Obserwuję go z mojej kryjówki. Wydaje się większy w obramowaniu drzwi. Plecy lekko pochylone, ciało trochę bardziej zaokrąglone niż, jak sądzę, w latach jego świetności, oko dumne, jakby rzucał wszystkim wyzwanie: "mam was gdzieś". Ale tego dnia nie tak dumne, jak zazwyczaj. Starzec przemierza pokój, kieruje się wprost na mnie. Pomiędzy nami okno, a ściślej drzwi balkonowe czy coś w tym rodzaju, w każdym razie drzwi wychodzą na balkon, mierną namiastkę wolności. Mężczyzna staje na zewnątrz, kładzie dłonie na poręczy. Długie palce, grube kości stawów. Ładne dłonie, ale nie dłonie pianisty. Stoi tak przez dobrą chwilę. Bacznie mu się przyglądam, siedzę cicho jak mysz pod miotłą. Starzec drgnął. Nie widziałem tego, raczej poczułem. Słucha muzyki, ale myślami jest daleko. Kręci głową, jakby przeczył czemuś. Ma gęste, białe włosy, ale dziś jest potargany. Już dawno nie był u fryzjerki. Emma, na imię jej Emma. Któregoś dnia usłyszałem, jak wołał na ulicy: "Emma, już pani idzie?", zawołał, ale tylko udawał, że się gniewa. Młoda kobieta z rudymi włosami odwróciła się na dźwięk jego głosu. Stąd wiem, że na imię jej Emma. Jej też ostatnio nie widuję. Zostawiam na moment starca, patrzę w dół na miasto. Nikogo. Gdzie oni wszyscy się podziali...? Przechodzę na drugą połowę dachu... Pustą ulicą przemyka kilka samotnych postaci. Bojaźliwe, przykurczone sylwetki. Przypominają dzikie zwierzęta nieufne względem ludzi. Jak gdyby już sam fakt spotkania z drugim człowiekiem stanowił śmiertelne niebezpieczeństwo. Psy inaczej - obcy im strach, który wciska się wszystkimi porami skóry, obdarzają niezmiennie zaraźliwą i szczerą radością napotkanych pobratymców. Albo mijanych ludzi, którym patrzą prosto w oczy. Psy pozdrawiają się nawzajem, ale nie mają czasu na pogawędki, bo za drugi koniec smyczy ciągnie już niecierpliwa dłoń. Koty to co innego, krążą jak dawniej po okolicy. To jedyne niebezpieczeństwo grożące nam w tej nowej przestrzeni wolności, która otwarła się przed nami. Mam na oku kocury.

Interesujące. Co takiego kroi się w moim mieście, hmm? Nie rozumiem go... Odsuwam się na kilka kroków od brzegu dachu. Bez obaw, nie spadnę, naturalny odruch powróci galopem.

Jakiś ruch przyciąga moją uwagę. To mój stary. Oddycha z wysiłkiem, rozkłada ręce, jakby błogosławił mnie i temu miastu zamkniętemu w sobie, wreszcie zatrzaskuje okno i zaciąga zasłony.

Zostawszy sam, rozmyślam.

Można łamać sobie głowę czymś, co się zna albo czego się nie zna, ale chciałoby się to poznać. Tymczasem tutaj... Daleko tak nie zajadę. Coś wisi w powietrzu. Tylko co? Uzmysławiam sobie, że ów niepokój przenikający miasto od dłuższego czasu (całymi dniami, tygodniami, tak, to właśnie mam na myśli), że towarzyszące mu napięcie udziela się stopniowo mnie! Kęs po kęsie pożera mnie, jak dojrzały owoc. Instynktownie odpycham je.

Z początku, pamiętam jak dziś, miasto nie wierzyło w to, co mu się przytrafiło, odrzucało z niewinną beztroską wszelką ideę poświęcenia. Ale kiedy podjęto decyzję o zamknięciu i pozostaniu w domu, dało za wygraną. Jego klęska była bezwarunkowa, dogłębna, nieznośna. Trzeba wam wiedzieć, że zazwyczaj moje miasto łatwo wpada z jednej skrajności w drugą, zmienia nastroje jak rękawiczki. Jednego dnia oklaskuje na balkonach pracowników szpitali, a drugiego pisze na nich donosy. Ja czuję, kiedy coś trąci fałszem. Po jakimś czasie opustoszały balkony, a w oknach pojawiły się pierzyny wyłożone do wietrzenia. Pozostało, owszem, kilku wiernych druhów na posterunku, ale to wszystko. Niedobrze mi się robi, gdy widzę niewdzięczność tego miasta. Ale czuję też jego smutek... I co ja mam z tym wszystkim zrobić, co?

Ech, polecieć by gdzieś! Tereny zielone zamknięte dla publiczności? Na to wygląda. I dobrze! Czas rozprostować kości. Udaję się do najbliższego parku, może natknę się tam na kogoś znajomego. Cenię sobie dobre towarzystwo. Wbrew pozorom towarzyska ze mnie istota.

Nareszcie, wiem już wszystko. No, powiedzmy, że słowem wszystko ogarniemy skrawki informacji wyrwane tym, którzy są lepiej od nas poinformowani. Powsinogi, które wróciły z zimowej włóczęgi, porozumiały się wreszcie z miejscowymi. Ci zaś udzielili im najświeższych wiadomości. Przekrzykując się jeden przez drugiego, debatowali do późna w noc. Trudno się w tym wszystkim połapać. Odnoszę wrażenie, że pewien rozdział został definitywnie zamknięty. Może nastał czas wielkiej wymiany spędzającej sen z powiek tym, którzy mają odpowiedź na wszystko? Chyba nie takiej "wymiany" się spodziewali, hmmm? Tylko co takiego my na tym zyskamy...?

Kiedy tak się zastanawiam, coś zaczyna mi świtać. To poczucie lekkości, którego regularnie doświadczam, które mnie nie opuszcza, od kiedy wróciłem do śpiewania, skąd się ono bierze? Zmęczenie znikło, jak ręką odjął, dobrze śpię, jem do syta, budzę się o świcie. Mógłbym góry przenosić. Rozpiera mnie przeświadczenie, że zrzuciłem wreszcie z siebie ten okropny ciężar, który nie pozwalał mi śmiało spojrzeć w przyszłość. Chcę wreszcie z życia czerpać pełnymi garściami. Z tego wszystkiego zgłodniałem!

Raduje nas i upaja ta nowa dla wszystkich wolność. Cieszą się repatrianci z Afryki, ci, których zaniosło na Islandię, i ci, co mają wujka w Ameryce. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, niewidzialna zaraza toczy ludzi. Niespokojni, zrozpaczeni, upadli na duchu nareszcie dali nam święty spokój...!

Wracam na dach naładowany nienawiścią, wszystko gotuje się we mnie. Potrząsam głową, uchylam wentyl bezpieczeństwa, uśmiecham się mściwie do moich myśli. Na niebie ani jednej chmurki, widoczność aż po horyzont. Widzisz, moje miasto, widzisz, dokąd zaprowadziła cię twoja pycha, mówię mu głosem drżącym z gniewu. Nie uszło ci bezkarnie sprzeciwianie się naturze i łamanie jej praw. Teraz jesteś na mojej łasce, nagie i nieświadome... Chciałbym do niego mówić długo jeszcze, ale, to dziwne, braknie mi słów. Cała złość wyparowała ze mnie. Pozostał tylko żal. Nienawidzę cię, miasto moje, ale nie mogę znieść, jak żebrzesz o okruch nadziei. Powiedzmy sobie otwarcie: nie dla mnie życie na wsi. Dziesięciu dni bym nie przeżył, gdyby ciebie zabrakło. Jesteśmy złączeni ze sobą na dobre i na złe. Tyle że, na razie, to ja ciągnę z tego korzyści. Miasto zaś... Przeżywa koszmar, o jakim w życiu nie śniło. Jego słabość jest moją siłą, jego zamknięcie oznacza dla mnie wolność. Problem w tym, że nie mogę cieszyć się nią w pełni, jeśli ono jest w więzieniu. Czy wspomni kiedyś gorzkie doznanie tej chwili...?

Balkon na szóstym po lewej nadal pusty. Pomimo ładnej pogody zamknięte okna, zaciągnięte zasłony. Zaczyna mnie to wszystko porządnie niepokoić. Przekrzywiam głowę, ale nie udaje mi się dostrzec żadnego ruchu w środku. Zamykam oczy. Dźwięku też żadnego. Cisza nie jest dla niego dobra, mówię do siebie. Zmieniam stanowisko. Nareszcie, w zagłębieniu chmury odbitej w szybie spostrzegam cień. To mój stary. Ciągle i bezustannie samotny, siedzi tam, przystawił sobie krzesło, rękę oparł na stole. Adapter musi być gdzieś niedaleko. Nie chciał się pozbyć starego grata. "Lubię chrzęst piasku na kręcącej się płycie", odpowiadał zawsze, kiedy ktoś z rodziny proponował mu zakup któregoś z tych nowych gadżetów. Widzę, jak sięga na półkę, wyjmuje stamtąd okładkę z płytą, ogląda ją, przesuwa ręką po powierzchni, jakby zgarniał kurz albo gładził twarz przedstawionego tam artysty, puka lekko palcem i odstawia na swoje miejsce.

- Jeszcze nie czas - mówi.

Tego ostatniego zupełnie nie rozumiem. Z mojego małego serca odpływa cała krew.

Któregoś dnia, zanim jeszcze nastał ten dziwny czas naszej wolności i ich zamknięcia, któregoś dnia zatem zastałem ich troje w mieszkaniu: starca, dziecko i jego matkę. Brakowało tylko mężczyzny, po którym chłopiec miał w spadku skośne oczy... Co do kobiety, to sądzę, że starzec był jej ojcem. Może to nić porozumienia, dochodziłem, córki tak czasem mają z mądrymi ojcami, którzy pozwolili im wyfrunąć z gniazda w daleki świat. Przyszła odebrać syna. Ucałowała starego w policzek, postała trochę, zajęła się tym i owym, po czym uznała, że zostawi małego z dziadkiem, samych. Tamtego dnia obserwowałem ich z mojego stałego miejsca z bezpiecznej odległości, skąd jednak słyszałem dokładnie każde słowo. Na płycie zapadła cisza, znak, że skończył się utwór. Kobieta wyszła na balkon. Oparła na poręczy dłoń podobną do dłoni starego, ale w szczuplejszej wersji. Zwróciłem uwagę na jej jasne, krótko obcięte włosy, jak były inne od czarnych włosów dziecka. Wtem do naszych uszu dobiegł ciężki, niczym grzmot, akord. I zaraz potem fontanna nut, kap, kap, zimne, drobne kropelki, prolog burzy. Nigdy w całym moim dotychczasowym życiu nie słyszałem czegoś równie łagodnego.

- "Jesienne róże - jak piękne, jak smutne róże" - powiedziała kobieta.

Patrzyła na trawnik w dole, a cytowała poetę. Co chciała powiedzieć? Nie mam pojęcia.

Ujrzałem nagle siebie na tle soczystej zieleni lasu. Rozmarzyłem się na dobre, przekręciwszy na bok głowę. W oczach zakręciły mi się łzy. Zupełny mięczak ze mnie. Głos kobiety wyrwał mnie z zamyślenia:

- Popatrzcie, nasz kos uwiebia Chopina!

Zatkało mnie. Odwróciłem się, jak gdyby to nie o mnie chodziło, lecz o kogoś innego. Co takiego miała na myśli, mówiąc nasz? Trzy pary oczu spoczęły na mnie. Poczułem się nieswojo, gdyż nie lubię być obserwowany. Deszcz ustał. A może to była muzyka. Stali tam wszyscy troje, nieporuszeni. Rzadko się zdarza, żeby ludzie byli tacy spokojni. Rozśmieszyli mnie. Poczułem w końcu niemiłe ssanie w żołądku (nic dziwnego, nie miałem przecież nic w dziobie od samego rana). Puściłem się w dół.

Szukając, gdzie by tu coś skubnąć, wybierając raczej dżdżownice, odrzucając owady, przypomniałem sobie historie o ptakach zbieranych u stóp nowojorskich wysokościowców. Opowiadali o nich czyściciele okien. Skarżyli się na zaschnięte plamy krwi na szybach. Przykro było słuchać. Nikt nie płacze po skrzydlatych marzycielach wpuszczonych w maliny obietnicą nieba.

Pół godziny później byłem zdecydowanie za ciężki, żeby wzbić się w powietrze. Trzeba będzie uwić sobie gniazdko, pomyślałem. Osiąść gdzieś na dłużej. Już wam mówiłem, że mieszczuch ze mnie? Fakt, że przedtem nigdy nie brałem opcji miejskiej pod uwagę. Samotna noc spędzona na łonie natury bardziej mnie podniecała. Ale teraz... Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, podjąłem decyzję: zamieszkam w mieście! Chyba igram z ogniem. Uwaga, bo może się okazać, że stary porządek jeszcze nie skonał. Obym nie musiał się o tym przekonywać na własnej skórze.

Mniejsza z tym. Od początku całej tej historii urządzamy sobie piesze wycieczki po mieście, które jest teraz na wyciągnięcie ręki. Włóczymy się środkiem drogi, cóż za niepraktyczny luksus! Jeszcze jeden spacerek przed udaniem się na spoczynek?

Dzień się nachylił, jestem z powrotem. Tarcze zegarów miejskich wskazują godzinę do przodu, ale ja pozostaję wierny moim przyzwyczajeniom. Kolejny całkowicie zbędny rytuał codzienności. I drę się jak stare prześcieradło.

A konkurencja nie śpi. Sikorki stawiają się wronom, próbuje je rozsądzić dudek (kawał czasu minął, od kiedy widziałem go tu po raz ostatni), szpaki wysuwają żądania, jaskółki trzymają się z boku, podczas gdy wróble i gołębie dyskutują w podgrupach na chodniku. Od tych ostatnich, mówiąc szczerze, wolę ich kuzynów, gołębie grzywacze. Kwestia higieny, tak mi się wydaje.

Oto mój świat. Żyjemy bez prawa głosu, przyuczani od małego, żeby nie rzucać się w oczy, zepchnięci na margines i, oczywiście, obwiniani o roznoszenie wszelkich nowych chorób. Nienawidzę hipokryzji ludzi. Miejcie się na baczności skrzydlate siostry, skrzydlaci bracia. Już was przekonali do życia w klatce?! Nie wierzcie ich kłamstwom. Walczcie o swoje! Za waszą wolność i naszą!

Jeśli o mnie chodzi, to zawsze będę stawiał na życie... Zaraz, co to ja...? Ach tak, chciałem przedstawić moją wybrankę staremu melomanowi. Czyż nie jest piękna w swej brązowej szacie z rdzawym odcieniem? Trzyma się na uboczu, dzikuska. Może zna ludzi lepiej ode mnie. Niech jej będzie. Jeszcze nie jest gotowa zasmakować w pełni tej nagłej wolności, która stała się naszym udziałem. Cierpliwości, miła moja, przyzwyczaisz się w mgnieniu oka. Zapach wilgotnej gleby unosi się w powietrzu i rozpływa. Znak, że prace polne już ruszyły.

Gwiżdżąc na niebezpieczeństwo, ląduję na poręczy. Nie poruszając skrzydłami, zeskakuję na kafelki i podchodzę do drzwi balkonowych. Są otwarte. Ktoś patrzy. Chcę przez to powiedzieć, że ktoś poza moją ukochaną. Ktoś ze środka. Stary! Stoi na środku pokoju, nie rusza się z miejsca, to on na mnie patrzy. Zaglądam mu w oczy. I co? Ty w środku, ja na zewnątrz. Wydaję z siebie krótki krzyk, pozbywam się chrypki. Dopiero teraz zauważam adapter. Ma zdjętą pokrywę. Mężczyzna stoi naprzeciwko. W wyciągniętych rękach trzyma okładkę i płytę. Zaczynam rozumieć: lada chwila zjawi się chłopiec. Starzec czeka na niego. Będą słuchać muzyki. Serce podskakuje mi z radości, że znów zobaczę ich razem, ale zaraz łaję się w duchu: ależ ze mnie idiota! Idiota podbity naiwniakiem. W jednej chwili całe moje życie przesuwa mi się przed oczami jak film, powtarzam sobie w duchu: co z nami będzie, co stanie się ze mną i moimi pobratymcami? Co z naszą nagłą tak drogo okupioną wolnością?

Mężczyzna nie spuszcza ze mnie wzroku. Oczy mu błyszczą. Ale nie z radości. Uśmiecha się przepraszająco... Dzwonek do drzwi. Starzec tu, to ja tam.

Jednym szusem dołączam do partnerki. Odbijamy się od poręczy i rzucamy się w dół. Horda jaskółek rusza za nami w pościg.

     Paryż, marzec-kwiecień 2020