Michał StarzyńskiPrzełom
1
Wyobrażałem to sobie z milion razy.
Wychodzę z pracy, a ona stoi właśnie na chodniku, bo przyszła do mnie i zastanawia się, czy wejść. Albo: idę sobie ulicą, a ona wychodzi właśnie ze sklepu i niemal na mnie wpada. Albo: idę ulicą i widzę ją za szybą, siedzącą w kawiarni - zauważa mnie i woła. Albo: wysiadam z tramwaju, a tam na przystanku stoi właśnie ona.
Milion razy. Cóż. Wyobrażałem to sobie milion razy, ale nigdy nie myślałem, że gdy ją zobaczę, to padnę trupem. I to dosłownie.
Umarłem pod koniec stycznia, na kilka dni przed trzydziestymi trzecimi urodzinami. Ostatni raz widziałem ją jakieś pięć, może sześć lat wcześniej, właściwie zdążyłem przestać o niej myśleć. Wszystko stało się bardzo szybko. Jechałem samochodem i zobaczyłem, jak idzie chodnikiem.
Zobaczyłem Ewę.
Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego zareagowałem tak, jak zareagowałem. W jednej chwili poczułem, że moje serce ominęło jedno albo dwa uderzenia, a w następnej hamowałem z piskiem opon i wyskakiwałem z samochodu, żeby do niej podbiec. Wtedy właśnie wpadłem pod autobus i zginąłem na miejscu.
Dosłownie "wpadłem pod". Nie zostałem potrącony, tylko wciągnięty pod koła. Część przedniej osi zgruchotała mi czaszkę, ramię zaczepiło o podwozie i zanim autobus mi je urwał - częściowo się zaklinowałem i złożyło mnie w scyzoryk, łamiąc kręgosłup. Umarłem szybko i boleśnie.
Te wszystkie historie z filmów o tym, że na początku po śmierci duchy są zdezorientowane, niematerialne i tak dalej, nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Ułamki sekund po śmierci stałem obok, patrzyłem na autobus, własne okaleczone ciało i miałem pełną świadomość tego, co się stało i jak się stało. Nie czułem się też w żaden sposób duchem. Ot, byłem facetem stojącym na ulicy.
Obserwowałem zbiegających się ludzi - ktoś robił zdjęcia telefonem, ktoś inny odwracał wzrok, ktoś gdzieś dzwonił, ktoś trzymał się za głowę. Jakiś pasażer krzyczał, kierowca siedział jak sparaliżowany, a ja byłem martwy. Nie do końca wiedziałem, co robić, więc po prostu stałem i gapiłem się na gapiów.
- Ale zjebałeś - usłyszałem głos za plecami.
Odwróciłem się. Stał tuż za mną i patrzył z mieszanką współczucia i politowania. Był wysokim, cholernie wysokim mężczyzną. Miał dobre dwa metry wzrostu, a czarny garnitur i biała koszula musiały być szyte na miarę, bo leżały świetnie, choć były trochę wymięte i nieświeże. Patrzył i kręcił głową, jakbym go głęboko rozczarował. Był bardzo przystojny, ale wyglądał na zmęczonego. Jego twarz pokrywał kilkudniowy zarost, a niebieskie oczy miał opuchnięte.
- Wy i ta wasza wolna wola... - machnął ręką. - Szkoda gadać.
- Co? - Pojawienie się tego wysokiego mężczyzny i to, że zaczął ze mną rozmawiać, zszokowało mnie chyba bardziej niż moja własna śmierć. Dopiero teraz poczułem się zdezorientowany. - Zobaczyłem znajomą i... - zacząłem się tłumaczyć bez sensu.
- Wiem, wiem. - Zapalił papierosa, osłaniając go dłonią przed wiatrem. - Ewa. Dziesięć lat temu była twoją wielką miłością, bratnią duszą i tak dalej. Potem odeszła. Ona złamała ci serce, ty jakoś je poskładałeś za pomocą morza wódy, w której prawie utonąłeś.
Głośno wydmuchnął dym.
- I morza cipek, w którym, cóż... - uśmiechnął się - pływałeś nawet z pewną gracją. Trudno zliczyć, ile ty połamałeś serc - machnął ręką. - Grunt, że w końcu udało ci się stanąć na nogi, może nawet odkochać, a z jątrzącej się rany twoja "bratnia dusza" Ewa stała się miłym, choć trochę smutnym wspomnieniem. Udało ci się z tym pogodzić, ale przez te wszystkie lata jednak chciałeś się z nią spotkać i zamienić parę słów. Pogadać, może nawet o tym, co było kiedyś, spojrzeć jej w oczy, zobaczyć, czy to wszystko znaczyło dla niej tyle samo co dla ciebie. Takie historie nie są wcale wyjątkowe, wiesz?
Zamurowało mnie. Sam bym lepiej tego nie ujął. Nieznajomy pominął tylko to, że Ewa była czystym dobrem. Żadnych złych emocji, zawsze pełna ciepła, współczucia, wyrozumiałości, hojności. Była najlepszą istotą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Anioł. Po prostu anioł.
- Nie taki był plan - kciukiem wskazał za siebie, na Ewę. - Mieliście się dziś spotkać, miałeś ją uratować, ale nie, cholerna wolna wola i zamiast spokojnie zawrócić, zaparkować czy, nie wiem, zrobić cokolwiek innego, wyskakujesz prosto pod autobus i giniesz.
Jakby dla podkreślenia swoich słów zdeptał papierosa. W jego głosie było coś niezwykłego. W głosie albo w melodii języka. Przywodziła na myśl muzykę klasyczną.
- Ura... Co? Kim pan jest? - zapytałem.
Zaczynałem rozumieć.
- Michał - przedstawił się.
- Michał? - zdziwiłem się. - Sam archanioł? Ten od walki z demonami? Ten od obcinania głowy węża?
Uśmiechnął się jak celebryta, którego właśnie rozpoznano, i rozłożył ręce.
- We własnej osobie.
Nigdy wcześniej nie umarłem, nie wiedziałem więc, czego się spodziewać, ale... wydawało mi się, że powinienem zobaczyć tunel i jasne światło, ewentualnie świętego Piotra, a nie archanioła Michała - generała hufców niebieskich, anioła do specjalnych poruczeń, osobistego żołnierza Boga do walki z szatanem i demonami. Przyjrzałem mu się dokładniej. Rzeczywiście, coś w jego postawie przywodziło na myśl wojskowego. Nie miał ze sobą ani tarczy, ani miecza, z którymi najczęściej przedstawia się go na obrazach, za to na stopach zamiast pantofli miał czarne znoszone glany pokryte zaschniętym błotem i pyłem. Buty żołnierza, który brał udział w niejednej bitwie.
- Chodźmy do niej - powiedział, wskazując Ewę. - Będziemy musieli posprzątać ten burdel, którego narobiłeś.
Spojrzałem na nią. Jedną ręką opierała się o wiatę przystanku, w drugiej trzymała telefon i rozmawiała chyba z dyspozytorem pogotowia. Nie wiedziałem, czy wie, do kogo wzywa karetkę, ale i tak zrobiło mi się jakoś miło. Podeszliśmy bliżej.
Była piękna, jak zawsze. Nie widziałem jej pięć lat, a wydawało się, że nie postarzała się ani o jeden dzień. Zakłuło. Żeby o tym nie myśleć, odwróciłem się do Michała.
- "Uratować". Mówiłeś coś o tym, że mam ją uratować. Coś naprawić.
- Ano.
Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki camele i zapalił. Zaciągnął się głęboko, wycelował w Ewę dwa palce, pomiędzy którymi trzymał papierosa, i powiedział: - Ona jest na granicy opętania demonicznego.
Kuba KapralGłupia Józka
Tamarze Bołdak-Janowskiej, z ukłonami
Głupia Józka nie była wcale taka głupia, żeby sobie dzieciaka nie zrobić. I to dosłownie. Bo to było jej największe marzenie, żeby dziecko mieć, chociaż trudno powiedzieć, czy było to jej największe marzenie, bo ojciec jej tego absolutnie zakazywał, czy po prostu naprawdę chciała mieć dziecko, mimo że była przecież głupia. A w ogóle to miała na imię Helena, tylko wszyscy na nią mówili Głupia Józka, bo jej ojcu było Józef. W sumie dobra to była dziewczyna, cały czas uśmiechnięta, tylko to właśnie był problem, bo kto się cały czas uśmiecha, nawet jak nie ma po co? A Józka uśmiechała się, czy ktoś częstował ją jabłkiem, czy rzucał kamieniem, jej to było bez różnicy, i tak się uśmiechała. I tylko jak ojciec wspominał o tym dziecku, co go nie może być, Józce mina rzedła, ino na chwilkę. Zaraz znowu uśmiechnięta, co jeszcze bardziej Józefa pognębiało, bo nienawidził tego jej uśmiechu z całego serca, ale nie mógł przecież jej tego zakazać. Za to bardzo jej pilnował, żeby się gdzieś nie puściła, i o to najbardziej się martwił, jak już osiągnęła właściwy wiek do rozmnażania. Z miejscowymi chłopakami załatwił sprawę po dobroci i każdy u nas wiedział, że jak córkę jego palcem choćby tknie, to stary łeb mu urwie. I omijali ją chłopaki szerokim łukiem, nawet kiedy dziewczyna chodziła napięta chucią jak kotka, co zdarzało się jej szczególnie późną wiosną i wczesną jesienią. Józef spał więc spokojnie, podczas kiedy jego rodzona snuła się po okolicy, głupie swe oczy za chłopakami wypatrując, aż do momentu kiedy powstała dyskoteka o nazwie Stodoła, w starej stodole Wiśniewskiego zresztą. W pierwszy piątek działania tego lokalu Józef z innymi chłopami przypatrywał się temu, co tam się wyprawia. I postanowił córki z domu w czasie dyskoteki nie wypuszczać wcale. Ale to nie uchroniło Józki od ciąży, co ujawnia poniekąd jej mądrość, jak by nie było. Bo w niedzielę po dyskotekach mogła już wyjść i z prawa tego korzystała ochoczo. Wraz z dzwonów na ósmą biciem wyskakiwała z chałupy i biegła do Stodoły. Smutno było patrzeć, jak Głupia Józka krąży wokół głuchej dyskoteki, czy to lato, czy zima, a szczególnie jak zima. Czego tam szuka, czego węszy, głowił się Józef, głowił, i nic nie wymyślił. Ale ja wam mogę powiedzieć, pewnie i tak się domyślacie, że o zużyte kondomy chodziło. Głupia Józka zbierała za Stodołą gumki porzucone i mleczne te sopelki między nogi se wciskała. Z wiosną brzuch się jej zaczął okrąglić, tym samym, można powiedzieć, że Józka dokonała na sobie sztucznego zapłodnienia, kiedy się ludziom jeszcze żadne invitra nawet nie śniły. Ojciec jej natomiast o mało trupem nie padł na wieść, że córa jego ułomna brzemienną jest i na świat kolejnego głupka wyda. Zły jak diabli, kości chciał naszym chłopakom rachować, ci jednak pod Bogiem przysięgali, że Józki nie tknęli. Wychodziło na to, że ciąża Józki to sprawa niewyjaśniona, cud czy co, nie mógł Józef dojść i w strachu żył, że mu się drugi Chrystus w domu urodzi, tylko że po córce głupi i wstyd będzie na całą okolicę. Obawy jego były oczywiście bezpodstawne, choć nie do końca. Chłopak urodził się zdrowy na pierwszy rzut oka i nie całkiem na drugi. Jego pojawienie się na tym padole łez nie obyło się jednak bez echa, bo do kogoś podobny był. Stary już do reszty osiwiał, jak się wydało do kogo. Znacie go na pewno z telewizji, programy prowadzi, trochę śmieszny taki, trochę wojowniczy, w co drugiej reklamie wyskakuje. Stąd też Józef od razu po paru miesiącach, jak się ciasto twarzyczki maluszka jako tako uformowało, rozpoznał we wnuku sławnego na całą Polskę gwiazdora. Tylko że to się w głowie nie mieściło, skąd podobieństwo tak wielkie, że każdy, kto do Józki zaszedł na berbecia popatrzeć, nie mógł się nadziwić. Ludziska z całej okolicy poczęli zjeżdżać atrakcję podziwiać, we wściekłość Józefa wprawiając, bo niepotrzebny był mu rozgłos takiego typu, ludzi przeganiał, widłami straszył, psami szczuł. A to jeszcze bardziej ludziom apetyty na sensację zaostrzało, że zdjęcia po kryjomu maluchowi pstrykali, krążyły potem z ręki do ręki i po sieci całej. Modlił się Józef, żeby sprawa przycichła, małego z domu nie puszczał, ale przecież nie można dziecka w domu więzić, już nie te czasy. Sprawa jakoś przycichnąć nie chciała, bo z biegiem lat podobieństwo robiło się coraz bardziej uderzające, że aż nikt chłopaka Szymon nie wołał, nawet matka, jak mu dziadek dał, tylko imieniem tego sławnego gościa. I on tylko na to imię reagował. Jedyny Józef wołał Szymek, Szymek, jak głupi. A jak chłopak rósł, to i jego sława rosła, że na różne uroczystości zaczęto go zapraszać jako gościa specjalnego, przykładowo dawał znać, że dożynki się rozpoczynają, czy przy święceniu wozów strażackich pomagał księdzu kropić, czy w szopce za Jezuska był (jak Józef o tym usłyszał, to pierwszy zawał miał). Matka z nim wszędzie jeździła, ale siłą rzeczy w cieniu ją trzymali, więc i dziadek musiał uczestniczyć w tym cyrku na kółkach, jak zwykł mawiać. A mówią, że kwaśną minę musieli mu gotówką solidnie osładzać za te występy. To była jednak sława lokalna, sięgająca kilku najbliższych miejscowości co najwyżej, żeby dalej to poszło, musiało do zamachu dojść. Napastnik był z kręgów kościelnych, tu czkawką się odbiły te szopki, jakiś fanatyk, który za antychrysta uznawał tamtego z telewizji szołmena, a że nie miał szans go dosięgnąć, na "czarcim pomiocie", jak zeznawał, zemstę chciał wykonać. Tylko że wbity w serce nóż nie uczynił młodemu właściwie żadnej krzywdy, przeszedł jakoś tak szczęśliwie, że na trzech szwach się skończyło i po krzyku. Tu już ludziom się wyświetliło, że sprawa ma poważniejszy charakter, niż ktokolwiek się spodziewał, echem po Polsce poszło, że gdzieś tam taki podobieniec do celebryty żyje, na dodatek cudowny, mimo wrodzonej głupizny. I tylko kwestią czasu było, że tamten chłopaka do programu swojego zaprosi. Tak się przynajmniej nam tu zdawało, ale nie, nic z tego. Gość nie chciał nawet słyszeć o chłopaku, chociaż w każdym wywiadzie słyszał pytanie, kiedy młodego do programu wreszcie zaprosi. A on milczał, jakby tematu nie było, tylko wściekłe błyski z oczu krzesał. To już ludzi do czerwoności rozpaliło w dociekaniach, o co tu może chodzić, prawnicy tamtego kategorycznie wszystkiemu zaprzeczali, pozwy szły taśmowo. Chłopak się zrobił równie sławny jak ojciec, w reklamach brał udział, nawet u nas, niedaleko chałupy Józka wisiał bilbord z siecią komórkową, co aferą się skończyło, jak wyszło, jakie grosze Józkowym za to zapłacili. To jeszcze większą sławę chłopakowi zrobiło, że już wszędzie był, na jogurtach, napojach, chwilówkach nawet. Józek się na to godził, pod warunkiem że młody zawód uzyska, co okazało się możliwe, bo syn nie był tak cofnięty, jak matka. Na spawacza się uczył, szesnasta wiosna mu szła, kiedy wieść gruchnęła jak grom: ten z telewizora karierę kończy, ostatni program na święta pójdzie, w którym spotka się wreszcie z chłopakiem. Szaleństwo, jakie zapanowało w kraju, z niczym porównać się nie da. Tylko o tym wszyscy gadali, co to się wydarzy w tym programie. Tak że nawet wybory jesienne bez większego echa przeszły. Drugiego dnia świąt cała Polska siedziała przed ekranami, powiedzieć, że oglądalność była rekordowa, to nic nie powiedzieć. U nas w remizie Wiśniewski wielki telewizor postawił, wszystkich zaprosił, tylko Józek siedział sam w chałupie, bo za żadne skarby nie chciał do telewizji jechać, przez co Józka sama musiała do stolicy z synem jechać, ale oglądał, sprawdziłam. Reklamy przed programem szły z czterdzieści minut, nie powiem, pół na pół było naszego chłopaka i tamtego. Potem studio ciemne, światło na jeden fotel, siedzi gospodarz programu, cisza, wszyscy czekają, co będzie. Nic się nie dzieje, zbliżenie na gospodarza, ten oczy mruży, niby zły, potem się kącikiem ust uśmiecha, ludzie parskają, napięcie rośnie, nagle fanfary, muzyka, w drugim snopku światła pojawia się nasz chłopak, kropka w kropkę. Ludzie z foteli się zerwali, oklaski trwały dobry kwadrans, że prowadzący nie mógł programu zacząć. U nas też ludzie klaskali, baby płakały, chłopy w ramiona se wpadali, nawet Józek łzę uronił. Wreszcie, gdy wiwaty udało się wygasić i prezenter otwierał buzię, by coś powiedzieć, to zanim choćby jedno słowo opuściło jego wiecznie wykrzywione ironią usta, puścili reklamy.
Po wsi i po kraju całym poszedł jęk. W takim momencie! W takim momencie!!! No, właśnie w takim, a czego się spodziewaliście? Poniekąd można to zrozumieć, prawa rynku, polityka stacji, cała ta teleekonomia, ale czy chociaż raz nie mogli se odpuścić? Jezu! Mamy teraz patrzeć na te wypasione bryki sunące wysterylizowanymi miastami, na te perfekcyjne włosy perfekcyjnych lalek, na leczniczą, kurwa, margarynę? Przez parę minut czekaliśmy jeszcze jak oniemiali, licząc, że to będzie króciutka przerwa, że zaraz wznowią program, że zaraz zobaczymy naszego chłopaka, jego starego, jak sobie gadają, zaśmiewając się i klepiąc po kolanach, czy coś, ale nie, ni chuja. Po dziesięciu minutach część ludzi poszła na papierocha, ktoś skoczył do sklepu, zaraz wrócił po sklepową, bo też tu przecież była. Ociągała się, jeszcze ślepiła w ekran, czy aby nie skończą, ale dalej leciały lokatowe bajdury, żelowe erocidła pod prysznic i dentyści z paskudną dykcją. Uparta była, dopiero jak Wiśniewski uświadomił ją, że przecież program nagrywa, pobiegła, a za nią gromadka spragnionych i głodnych. Przybiegli po chwili, szeleszcząc siatami, ale po prawdzie nie musieli się spieszyć, bo reklamy nadal leciały. Już dobre dwadzieścia parę minut, ludzie zaczęli się rozpraszać, chociaż tak jakby warstwowo. Tylko najwytrwalsi siedzieli na sali, to byli strażnicy ekranu, potem palacze zainstalowani pod oknami, dalej ci, co poszli się przejść, bo kolejne czarne święta były, chociaż każdy w zasięgu głosu, żeby jakby co ruszyć z kopyta. I raz nawet ruszyli, ale okazał się to fałszywy alarm, bo młody Pęksa myślał, że spot, w którym wystąpił gospodarz programu, to już program. Śmiali się z tego trochę, śmiali, ale jakoś nerwowo, że stary Pęksa na wszelki wypadek kazał młodemu spierdalać do domu. Po czterdziestu pięciu minutach nikomu już do śmiechu nie było. Pomstowanie się zaczęło na telewizję, na rząd, na wszystko, że zwykłego człowieka rąbią w biały dzień, ani się obejrzysz, głosy coraz bardziej podniesione, tak samo poziom alkoholu we krwi, bo sklepowa już na stałe wróciła za ladę, a zła jak osa. I co z tego, że blok ten reklamowy przeszedł do historii jako najdłuższy na świecie, i raczej już nie do pobicia, bo bite 93 minuty, co z tego, że rząd upadł, bo do zamieszek doszło, bo u nas to jeszcze spokojnie się odbyło, paru bardziej napranych po mordach sobie dało i cześć, ale w miastach to ludziska zaczęli z okien plazmami rzucać, potem zapłonęły samochody, potem już poszło, tłum pod sejmem, paru wyrywnych policjantów i poszły konie po betonie, jak program już nie wrócił? Bo Bogiem a prawdą, ten program przecież na żywo szedł, więc jak te reklamy leciały, to oni tam w tym studiu musieli te półtorej godziny ze sobą siedzieć, co z tego, że przy ludziach, jak to była ustawiona publiczność? Co się naprawdę wydarzyło, nie wie nikt, świadkowie milczą, stacja wszystkiemu zaprzecza, tabloidy mnożą teorie coraz bardziej fantastyczne, a z Głupiej Józki to teraz tym bardziej nic nie wyciśniesz. Jedyne, na czym można opierać domysły, to ta migawka, która poszła, jak już program wznowili, ale to dosłownie sekunda, pół nawet. I jest studio, ale całkowicie zdemolowane, a widok jest przekrzywiony z przewróconej kamery, a ci dwaj tak bardziej w kącie, pod sufitem, na którym jeszcze jeden czy dwa reflektory na kratownicy świecą, i w takim jakby uścisku albo, że się jeden drugiemu wyrywa, trudno orzec, bo to naprawdę momencik i zaraz obraz zgasł, ciemno, potem obraz kontrolny. I co z tego wyczytasz, ludzie to powiększali, analizowali, każdy dochodził do innych wniosków, a się jeszcze zaczęli dzielić, na tych, co widzieli to na żywo, to garstka była, wybrańców, i na całą resztę, co później na nagraniach, zdjęciach, zapętleniach internetowych to ujrzała, co tylko dolewało oliwy do ognia. A ja se myślę, że może tak to ma być, że tajemnicą już zostanie, ich samych, chociaż ciał nie znaleziono, że to kolejne teorie mnoży, że gdzieś ich widziano, na jachcie, na lotnisku, gdzieś tam i siam. I może tylko matka wie, zna całą prawdę, co poznać można po tym, że Józki uśmiech zniknął z ust, już nigdy po powrocie ze stolicy nawet kącik jej nie drgnął. W ogóle buzia jej skamieniała poniekąd, zamurowało ją na amen, szybko też ojca pochowała, co tylko sytuację pogorszyło, bo z braku opiekuna do ośrodka specjalistycznego trafiła, tam przy swoim telewizorze wygaszonym siedzi, raz to widziałam, jak ją odwiedzić mi do głowy przyszło, a niechby ktoś próbował go włączyć, to taki krzyk podnosi, mówiła mi salowa, że inni wariaci wybiegają na wszystkie strony i trzeba ich potem godzinami zaganiać do środka.
Karol SamselO czym nie mówi Powrót do Europy Jarosława Iwaszkiewicza?
Powrót do Europy Jarosława Iwaszkiewicza badać niezwykle trudno. Dlaczego? Odpowiedź, jak często w podobnych wypadkach, jest złożona, jednak można by pokusić się przynajmniej o jej szkicowe zarysowanie. Obszerny, ośmioczęściowy i stuośmiostronicowy tom wierszy poety z 1931 roku jest literackim dokumentem przełomu, przede wszystkim - przełomu osobistego, światopoglądowego. Taki model czytania Podróży do Europy dzisiaj zdaje się, zupełnie bezwzględnie, nie do uniknięcia: jest egzegetycznym punktem wyjścia, interpretacyjnym "punktem zero" dla badaczy poetyk wierszy Iwaszkiewicza przed 1939 rokiem. Dzieje się tak głównie wskutek imponującej, prominentnej interpretacji tomu pióra Jerzego Kwiatkowskiego. To ona ustala, ale i kodyfikuje postrzeganie Iwaszkiewiczowskiego zbioru jako - ante omnia - dokumentu przemiany wewnętrznej, chociażby we fragmentach takich, jak ten:
Powrót do Europy stanowi jedno z najważniejszych osiągnięć w twórczości poetyckiej Iwaszkiewicza i jeden z najważniejszych i najbardziej płodnych jego przełomów. Tutaj właśnie dokonała się w poecie owa zasadnicza przemiana, typowa dla pisarzy polskich, ta, którą - oddając hołd jej największemu realizatorowi - określić można przemianą Gustawa w Konrada. Iwaszkiewicz powrócił do liryki "prywatnej", na wskroś osobistej, indywidualistycznej. Ale uświadomione w Powrocie do Europy poczucie wspólnoty będzie już stale przypominało o sobie: i przed wojną, i w czasie wojny, i po wojnie. Będzie mu także towarzyszyć i rozwijać się - osiągnięta tutaj - poetyka siły, powagi i opanowania. [...] Powrót do Europy znaczy [w takim ujęciu - KS] moment znalezienia miejsca w społeczeństwie, w narodzie.
(Poezja Jarosława Iwaszkiewicza na tle dwudziestolecia międzywojennego, s. 387)
Oczywiście, nie zmierzam tu do stwierdzenia, że Kwiatkowski w ogóle nie ma racji, widząc w Powrocie do Europy przede wszystkim tom transformacyjno-inicjacyjny. Może jedynie nie byłoby aż taką koniecznością tak ostentacyjnie tę przemianę uniwersalizować - i to jeszcze pod egidą "przemiany Gustawa w Konrada" tak "typowej dla pisarzy polskich". Idzie przecież o coś subtelniejszego niż o przekroczenie jakiegoś tradycyjnego Rubikonu, a raczej romantycznych "wód chrzcielnych" - Polaków. To w większym stopniu przemiana osobista niż paradygmatyczna - i tej perspektywy będę bronić, nawet jeżeli tak ryzykowny dla mnie egzegetyczny punkt wyjścia Kwiatkowskiego miałby dawać solidne, imponujące oraz "widokowe" (jednym słowem) perspektywy. Nie, Iwaszkiewicz w Powrocie do Europy nie przemienia się z Gustawa w Konrada. Jego przemiana ma charakter pełnoskalowy oraz zróżnicowany, rozległy i całościowy, nie tylko powierzchniowy, bynajmniej, nie tylko fasadowy. Nie umiera człowiek egozorientowany, nie rodzi się człowiek obywatelski. Dojrzewa raczej "człowiek pełny" - co widać na przykładzie stosunku Iwaszkiewicza do Conrada, do którego dorasta stopniowo, ale i powolnie. Zatrzymany w Tokarówce w 1918 roku wskutek oblężenia Kijowa dopada "skromnego tomiku "Biblioteki Dzieł Wyborowych"", czyli Lorda Jima. "Zafrapowany byłem fenomenem Polaka piszącego po angielsku - natomiast sama powieść przeszła w moim umyśle bez śladu". Czytaj: pomimo szczerych chęci opanowania tajników Conradowskiego pisarstwa, Iwaszkiewicz "ześlizguje się" z tej ambitnej literatury niczym ze szklanej góry o niedostępnym wierzchołku. Nic dziwnego - jak pisze w Książce moich wspomnień:
Wzburzone piany poetyckie Artura Rimbauda, jesienny klasycyzm Leopolda Staffa, burzliwe zagadnienia teatralne, które nas podówczas nurtowały - wszystko to stwarzało atmosferę zupełnie nieodpowiednią do przyjęcia wielkiego, realistycznego pisarza. Aby zrozumieć i pokochać Conrada, trzeba już być trochę starszym.
Przynajmniej jeden składnik tamtych fascynacji przetrwał do 1931 roku - mam na myśli atencję dla Staffa, któremu Iwaszkiewicz poświęca osobliwy liryk z czwartej części tomu, Do Leopolda Staffa z iście "sztambuchowym" otwierającym czterowersem. Skoro do 1931 roku przetrwał Staff, przetrwało może i więcej "wygodniejszych" lekturowych przyzwyczajeń młodego Iwaszkiewicza. Tym samym - zabrakło miejsca na pierwiastek conradowski?
Za oknem druty, słupy, szklanki,
W pokoju stół, pianino, szafa,
Jak dobrze pleść wiosenne wianki
Z prostych i wonnych wierszy Staffa.
Dlaczego ten niedostatecznie pojęty conradyzm, chciałoby się powiedzieć, "nie-do-Conradowski" charakter trzydziestosiedmioletniego w 1931 roku Iwaszkiewicza, miałby być aż tak ważny, w najważniejszym, bo ostatecznym rozrachunku? Częściową odpowiedź na to pytanie nieoczekiwanie przynosi dosyć niepozorna notatka pisarza z "Życia Warszawy", z 1964 roku, będąca osobliwym sprawozdaniem Iwaszkiewicza z lektury Conradowskiego Nostromo:
Ja osobiście zabawiałem się wyławianiem różnych ukraińskich reminiscencji, co było bardzo pouczającym zajęciem. W ostatnim swoim szkicu zamieszczonym w "Twórczości" Kazimierz Wyka, pisząc o Siostrach Conrada, twierdził, iż Conrad łączył w sobie kulturę polską, rosyjską i ukraińską. W niedrukowanym jeszcze artykule Zdzisław Najder polemizuje z tą tezą i dowodzi, że Conrad nie miał żadnej styczności z kulturą ukraińską. Zapewne ma rację. Ale niechybnie znał dobrze dwór polski na Ukrainie, czy to w Kazimierówce czy w Nowofastowie i ślady znajomości tych dwóch dworów wyraźne są w Nostromo. Cały dwór Gouldów bynajmniej nie ma charakteru południowoamerykańskiego. Widzimy to dokładnie w momencie, kiedy niebezpieczeństwo wypędza ze wszystkich kryjówek rezydentów, emerytów, dalekich krewnych, starych służących pozostałych na łaskawym chlebie. Jak bym widział Kazimierówkę. A scena, kiedy pani Gould, jadąc powozem z Decoudem, przechodzi na francuszczyznę, żeby furman na koźle nie rozumiał, o czym mówią? Scena żywcem przeniesiona "z Kresów". A tak zwany "Kaganiec"? Wątpię, czy używano go w południowej Ameryce. Natomiast był w powszechnym użytku na ukraińskich dworach.
Frapujące zeznanie. I dość rzetelna argumentacja, przyznajmy. Ale i ona niewiele by znaczyła, gdyby nie została uzupełniona odpowiednimi fragmentami z Książki moich wspomnień, fragmentami wyrażającymi bardzo osobistą dla autora Lorda Jima atencję. Wręcz - przywiązanie o charakterze bez mała - "rodowodowym". Niech cytat doświetli, co w tym przypadku należałoby mieć na myśli. Iwaszkiewicz wyznaje w nim, chociaż w niejakim skrępowaniu, co nieco o zimie 1894 roku, zimie swego narodzenia oraz zawisającym nad nim, dopiero co narodzonym... cieniu młodego Conrada, przebywającego "wówczas" gdzieś w zaokolicy:
Lubię myśleć, chociaż, zdaje się, myśl moja jest trochę nieścisła, że właśnie w tę śnieżną zimę, kiedy moja istota zjawiła się w małym domku urzędnika fabrycznego, zawalonym powyżej dachu białymi zaspami, o kilkanaście wiorst stamtąd na te same śniegi spoglądał pisarz angielski, jeden z największych, który wówczas po raz ostatni w życiu zawitał pod strzechę swego wuja: do Kaźmierówki. I trochę pochlebiam sobie, że coś z integralnego pesymizmu tego poety przeniknęło przez głębokie zaspy do naszego domu i do mojego serca, skażając je nieuleczalnie.
Przyznajmy, bardzo dużo w tym cytacie patosu jednoznacznej inicjacyjnej retoryki. Jednoznacznej - a właściwie "chcącej być" jednoznaczną. Tak, nie bądźmy niewrażliwi na ten niuans. To zachowanie tożsamościotwórcze, autoprojektujące. Może nie "kreacja autolegendy", tak jak w tytule ważnej książki Eligiusza Szymanisa o Adamie Mickiewiczu, ale z pewnością - kreacja autoprojektu. Jakiego konkretnie? Autoprojektu śmiało fundującego Conrada jako patrona jedności Kresów, figury uniwersalizacyjno-konsolidacyjnej - pomimo jego podwójnej polsko-angielskiej tożsamości, a być może poprzez nią oraz dzięki niej. To naprawdę gdzieniegdzie u Iwaszkiewicza słychać, tak jak słychać to w jego próbie czytania wielkiej południowoamerykańskiej epopei Conrada "narastającymi" tropami ukrainizmu, a wręcz - tropizmami... Przy tym wszystkim pozostaje jeszcze Książka moich wspomnień - przenosząca cały egzegetyczny namysł Iwaszkiewicza nad Conradem w sferę prywatną i w sferę autobiograficzną. To z tego "transferu" wynika, że Conrad jest niejako - porte parole (avant la lettre) samego Iwaszkiewicza. Podkreślmy z całą mocą: niewiele z tej tonacji i z tych bardzo wyrazistych rozpoznań, wyrazistych, jednakże układających się w całkowicie wyrafinowaną całość - w Powrocie do Europy. To nie jest jeszcze czas Conrada. A zatem - czas kogo?
Jarosław Iwaszkiewicz, Tadeusz KwiatkowskiListy 1945-19461
1. Jarosław Iwaszkiewicz do Tadeusza Kwiatkowskiego
Stawisko, 12 IX 45
Kochany Tadziu!
Przepraszam, że tak z rozpędu zacząłem do Ciebie mówić i pisać po imieniu, ale niech już tak zostanie, a przy najbliższej okazji oblejemy ten ewenement.
Bardzo żałowałem, że nie zastałem Ciebie w Krakowie, a bardzo na to liczyłem. No, ale ślub Żukrowskiego to przecież ważny ewenement2. Zostawiłem Ci cały cyrograf ze spisem załatwienia spraw3, o które proszę, mówiłem także wiele owemu słodkiemu i ślicznemu biedactwu4, które króluje w waszej kancelarii, ale ona niczewo nie ponimajet5. Zapomniałem w tym rejestrze omówić sprawy statutu i wniosków. Chodzi mi o to, żeby oddziały jak najprędzej otrzymały statut chociażby w maszynowym odpisie - czy coś robicie w tym kierunku? Czy też od razu statut się wydrukuje, ale obawiam się, że na to za długo trzeba będzie czekać. Bardzo wam kładę tę sprawę na sercu. Chciałbym mieć także jak najprędzej sprawozdanie ze Zjazdu, a przede wszystkim teksty uchwalonych wniosków. Muszę je przedstawić w najbliższym czasie tu i ówdzie i bardzo mi o to chodzi, aby je mieć w brzmieniu oryginalnym. Chodzi mi o wnioski w sprawie cenzury np., ortografii, no i różne inne6. Napisz łaskawie słówko, jak się ta sprawa przedstawia. To samo z legitymacjami. Gdzieś Ty je schował? Miałem je przecie zabrać do Warszawy.
Chciałem także pomówić z tobą w sprawach administracyjno-gospodarczych. Czy Staffowie na pewno zostają w Pławowicach7 i co słychać z węglem na zimę? Jak sprawa domu?8 Czy to jest już definitywnie załatwione? Rozmawiałem niby to w tych sprawach z Wyką9, ale wolałbym to wszystko mieć napisane na papierku.
Bardzo Cię proszę, napisz mi list, niech ja będę au courant10 tego, co się u was dzieje.
Jeszcze jestem pełen wspomnień z Krakowa i z miłych dni tam spędzonych, z cudownych trzech dni w Zakopanem także. Bardzo dobrze spędziłem cały ten czas i teraz spokojnie zasiadam do pracy.
Pozdrów wszystkich serdecznie, a sam przyjmij ode mnie najserdeczniejsze wyrazy i uścisk dłoni
szczerze oddany
Jarosław Iwaszkiewicz
Anglicy ze Słonimskim i Pruszyńskim mieli w Warszawie pobyt raczej nieudany11. Napisz, jak było u was.
2. Tadeusz Kwiatkowski do Jarosława Iwaszkiewicza
Kraków, 17 IX 1945
Kochany Panie Jarosławie!
Bardzo ucieszyła mnie propozycja wypicia braterstwa z Panem, za co jestem bardzo wdzięczny i zarazem niesłychanie szczęśliwy. Nie śmiem jednak na razie wprowadzać tego w czyn, bez faktycznego aktu przy dobrej wódce. Chciałbym tylko powiedzieć Panu, czego w pierwszych naszych spotkaniach nie zrobiłem ze względu na możliwość podejrzeń z Pańskiej strony, że się podlizuję czy coś podobnego, że uważam Pana za wielkiego literata polskiego, którego niejednokrotnie brałem sobie za wzór, i że nie wyruszam nigdzie poza Kraków bez Anny Grazzi z Dwóch opowiadań12. Tyle tylko. Nie znoszę afektacji i czułych wylewów. Uczciwą przyjaźń winno się wyznawać w otwartym spojrzeniu i w uczynkach, nie w koncypowanych układach stylistycznych.
Teraz przystępuję do spraw urzędowych:
Statut nie jest jeszcze przepisany. Nie został jeszcze zredagowany w ostatecznej formie przez Wykę. Myślę, że w tym tygodniu będzie to załatwione i sam roześlę do oddziałów. Natomiast oddziały otrzymały już: ogólny spis członków rzeczywistych i kandydatów13, spisy członków i kandydatów poszczególnych oddziałów, koncepty listów w sprawie skreślenia z listy członków i przeniesienia na listy kandydatów, zawiadomienie o nadsyłaniu fotografii do W-wy oraz zawiadomienie członków Zarządu Głównego o zebraniu Zarządu w Stawisku w dniu 2 X 194514. Sprawozdanie dokładne ze Zjazdu wraz z tekstami wniosków otrzyma Pan również w tym tygodniu. Legitymacje poleciłem wydać, tylko [słowa nieodczytane] Bober15 zapomniał - przy pierwszej lepszej okazji wyślę je do Czachowskiego16, aby Pan je sobie odebrał.
Z Pławowicami jest bardzo trudna historia, nie wiemy, jak to będzie z węglem. Pławowice potrzebują go wiele, urzędy nie chcą dać - z chwilą zaś kiedy pałac będzie nieopalany, popękają urządzenia instalacyjno-wodociągowe, co pociągnie za sobą wielkie koszty. Proszę Pana więc o interwencję w Ministerstwie Przemysłu o węgiel - może wystawią tam asygnatę lub skierowanie na Kraków. Mamy tu bowiem Krupniczą (ubikacje, stołówka), Pławowice i Zakopane. Wszystko pożre wiele węgla.
Staffowie nie wypowiedzieli się jasno w tej sprawie. Myślę, że skoro będzie węgiel - chętnie zostaną, bo Staffowi nie chce się nigdzie ruszać.
Dom przy ulicy Krupniczej 22 został definitywnie przyznany właścicielce, a nie nam. Dzierżawimy go za 5000 zł miesięcznie. Płacimy również wszystkie świadczenia lokalne prócz podatku od nieruchomości i dochodowego. Koszt utrzymania domu z całym personelem wynosi około 25 000 miesięcznie.
Anglicy są zachwyceni Krakowem. Pokazaliśmy im wszystko. Zrobili interview ze strażakiem z wieży Mariackiej, z autentycznym paniczem (chcieliśmy, aby odegrał go Otwinowski17). Pytali o ilość żłobków dziecięcych w Polsce, o to, na ile miesięcy przed rozwiązaniem kobieta w ciąży jest zwolniona od pracy. Dlaczego nie ma Żydów z pejsami etc. Zaprowadziliśmy ich m.in. na wiec protestacyjny w sprawie Paderbornu18. Bardzo się cieszyli. Obżerają nas straszliwie - rachunki hotelowe pęcznieją z dnia na dzień. Słonimski i Pruszyński mieli u nas wieczór autorski, który bardzo się udał. Nie zdają sobie sprawy jednak, co można czytać, a czego nie19.
Więcej napiszę przy okazji przesłania sprawozdań.
Kończąc, ściskam Pana serdecznie i całuję
Tadeusz Kwiatkowski
1 Prezentowane listy stanowią fragment książki, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Akademickiego SEDNO. Cała korespondencja Jarosława Iwaszkiewicza i Tadeusza Kwiatkowskiego obejmuje lata 1945-1958 i liczy czterdzieści osiem listów.
2 Wojciech Żukrowski (1916-2000) - prozaik. Ślub Wojciecha Żukrowskiego z Marią Woltersdorf (1914-2004) odbył się 8 września 1945. Żukrowski wspomina: "Kierowcy mieli uciechę, że się ich porucznik żeni. To od nich dostałem całą wyprawę ślubną. Jeden przywiózł parę poduszek i kraciastą pierzynę, drugi garnki do kuchni, trzeci czajnik modny z gwizdkiem. Marysia była warszawianką, to sami rozumiecie, poszło mienie z dymem. Ślub brała w przedwojennym leszczkowskim kostiumiku, nawet nie bardzo wytartym. Za to zjeść i wypić było dość, zwłaszcza wypić. W dużych brytfannach schaby pieczone z kminkiem i cebulą, świnia utuczona na pomyjach batalionowych, wiadra całe gumowych kluch z surowych tartych ziemniaków, z dziurką w środku, w którą skwarek wchodził z sosem. Mrokwa miał restaurację w suterenie, on się postarał o krupnioki i piwo z beczki, bo jakżeby mogło być inaczej. Wdowa po kamieniczniku Wojtasze przyniosła z córką blachy z plackami, suto posypane ubieloną cukrem kruszonką. Huczały w uszach toasty, dobry bimber przypominał się czasem benzyną, bo go przywieźli w kanistrach. Pamiętam dotąd rady wydyszane w ucho, rady starych praktyków, co niejedną żonę na szlaku do Berlina zostawili..." (Wojciech Żukrowski, Zsyp ze śmietnika pamięci, wstęp Piotr Kuncewicz, Warszawa 2002, s. 44).
3 Chodzi o sprawy związane z pierwszym Ogólnopolskim Zjazdem Związku Zawodowego Literatów Polskich, który obradował w Krakowie od 30 sierpnia do 2 września 1945 roku. Podczas zjazdu na nowego prezesa wybrano jednogłośnie Jarosława Iwaszkiewicza, członkami Zarządu zostali zaś Mieczysław Jastrun, Stanisław Ryszard Dobrowolski, Stanisław Piętak, Tadeusz Breza, Adam Polewka i Edward Kozikowski; Tadeusz Kwiatkowski został sekretarzem Oddziału Krakowskiego ZZLP. Utworzono dwie komisje kwalifikacyjne: zwyczajną, pełniącą swoje zadania w okresie kadencji Zarządu, oraz jednorazową nadzwyczajną, mającą na celu przeprowadzenie weryfikacji dotychczasowych członków Związku. Zjazd wyraził potępienie i wykluczenie ze Związku pisarzy, których władze komunistyczne oskarżyły o kolaborację z niemieckim okupantem: Ferdynanda Goetla, Jana Emila Skiwskiego, Feliksa Burdeckiego i Stanisława Wasylewskiego. "Zamykając ten Zjazd, muszę stwierdzić - powiedział Jarosław Iwaszkiewicz - że te obrady napełniły mnie wiarą, iż łączy nas jednak bardzo wiele, łączy nas przede wszystkim humanizm, który jest naprawdę tym wielkim łącznikiem i może odegrać rolę, jakiej od nas oczekuje cały naród i rząd" (zob. B.K., Zjazd pisarzy polskich w Krakowie, "Rzeczpospolita" 1945, nr 241, 6 IX).
4 Maria Bielicka-Gołębiowska (1922-1993) - sekretarka Oddziału Krakowskiego ZZLP w latach 1945-1949, polecona przez Kazimierza Czachowskiego; żona aktora Rudolfa Gołębiowskiego.
5 Niczewo nie panimajet (ros.) - niczego nie rozumie.
6 Wśród wniosków o charakterze doraźnym na krakowskim zjeździe ZZLP uchwalono m.in.: wniosek o przywrócenie dawnej pisowni z okresu poprzedzającego ostatnio przyjęte zmiany; wniosek postulujący pełną wolność słowa w granicach nienaruszających podstaw ustroju demokratycznego walczącego z faszyzmem; wniosek domagający się nawiązania stosunków kulturalnych z Zachodem (Francja, Anglia, USA) oraz umożliwienia sprowadzania książek i czasopism zagranicznych, których brak odbija się niekorzystnie na poziomie polskiego życia umysłowego; wniosek krytykujący działalność Ministerstwa Informacji i Propagandy za poziom publikacji wydawanych przez urzędy informacji i propagandy; wniosek żądający opodatkowania wydawców książek pisarzy, których prawa autorskie wygasły, w celu stworzenia "Skarbu Narodowego Kultury" (zob. Z. Bieńkowski, Pierwszy ogólnopolski zjazd literatów, "Odrodzenie" 1945, nr 44, 30 IX).
7 Mowa o klasycystycznym pałacu w Pławowicach, wybudowanym w 1805 roku przez Ignacego Morsztyna według projektu Jakuba Kubickiego. W 1926 roku pałacem zaczął zarządzać wnuk Ignacego Morsztyna, Ludwik Hieronim Morstin (1886-1966) - dramatopisarz, krytyk, tłumacz. W 1928 i 1929 roku odbyły się w Pławowicach zjazdy poetyckie, w których udział wzięli m.in. Wilam Horzyca, Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Lechoń, Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Leopold Staff, Józef Wittlin, Emil Zegadłowicz. W Pławowicach podczas II wojny światowej Morstin udzielał schronienia wielu osobom, m.in. poetom Arturowi Marii Swinarskiemu i Marianowi Piechalowi, reżyserowi teatralnemu Arnoldowi Szyfmanowi, a od 28 listopada 1944 roku Leopoldowi Staffowi (1878-1957) i jego żonie Helenie z domu van der Lindenbaum (1884-1957). Staffowie spędzali w Pławowicach każde wakacje, począwszy od roku 1927; przyjeżdżali zwykle w czerwcu i zostawali do września. Staff cenił pławowicką ciszę, która pomagała mu w twórczym skupieniu. "Ostatnie tomy jego poezji: Wysokie drzewa, Barwa miodu, Martwa pogoda, Wiklina - są pełne reminiscencji piękna tej przyrody, która nas otaczała" (Ludwik Hieronim Morstin, Z Leopoldem Staffem w ziemi obiecanej [w:] tenże, Opowieści o ludziach i zdarzeniach, Warszawa 1966, s. 25).
Morstin, bojąc się aresztowania przez Sowietów, 24 stycznia 1945 roku opuścił pałac pławowicki, po czym przekazał go Związkowi Literatów Polskich.
8 Chodzi o Dom Literatów mieszczący się w kamienicy przy ulicy Krupniczej 22, której status własnościowy był wtedy niepewny. 14 lutego 1945 roku budynek został przydzielony Związkowi Zawodowemu Literatów Polskich na mieszkania dla członków, biuro i stołówkę. "Przydział dla Związku widnieje na piśmie pełnomocnika Rządu Tymczasowego na województwo krakowskie, majora Jana Karola Wendego, ówczesnego wiceministra kultury i sztuki. Jego decyzją budynek został wyłączony spod Powszechnej Gospodarki Lokalowej, choć tak naprawdę Wende nie miał podstaw prawnych do przydzielania go ZLP. Skorzystano z faktu, że nie ujawnili się wówczas właściciele lub spadkobiercy. Jak dowodził Tadeusz Kwiatkowski, informację o nieobsadzonej kamienicy miał podsunąć Wendemu zajmujący się organizacją Związku Literatów w Krakowie krytyk literacki Kazimierz Czachowski. Skoro tylko dowiedział się, iż kamienica nr 22 przy ulicy Krupniczej nie została jeszcze zaanektowana, dołożył starań, aby ją pozyskać, i dokonał tego" (Anna Grochowska, Wszystkie drogi prowadzą na Krupniczą, Kraków 2017, s. 36-37).
9 Kazimierz Wyka (1910-1975) - historyk i krytyk literatury polskiej; w czasie okupacji hitlerowskiej przebywał głównie w Krzeszowicach; w 1940 roku, w obawie przed aresztowaniem, schronił się w Pławowicach Ludwika Hieronima Morstina. Brał aktywny udział w konspiracyjnym życiu literackim i naukowym. Po zakończeniu wojny kontynuował pracę naukową, uzyskując tytuł profesora. W 1948 roku był współorganizatorem i od roku 1953 dyrektorem Instytutu Badań Literackich w Warszawie. W latach 1945-1950 piastował stanowisko redaktora naczelnego miesięcznika "Twórczość". Do 6 października 1945 roku pełnił funkcję prezesa Oddziału Krakowskiego ZZLP. Od roku 1947 do 1948 był członkiem Zarządu Głównego, w latach 1950-1952 wiceprezesem Zarządu Głównego ZLP.
10 Au courant (franc.) - być zaznajomionym z bieżącym stanem rzeczy w jakiejś dziedzinie.
11 9 września 1945 roku przybyła do Warszawy z Londynu wycieczka literatów i publicystów angielskich w składzie: Margaret Storm Jameson, Bernard Newman, Val Gielgud i Cecil Chesterton, którym towarzyszyli pisarze polscy Antoni Słonimski i Ksawery Pruszyński oraz polski malarz Henryk Gottlieb. 10 września Anglicy obejrzeli wystawę "Warszawa oskarża" i zwiedzili ruiny Starego Miasta. 12 września udali się do Krakowa. Gości przywitali w holu Hotelu Francuskiego członkowie Oddziału Krakowskiego ZZLP, z prezesem Kazimierzem Wyką na czele. Nazajutrz angielscy literaci zwiedzali Kraków i gościli na herbatce w Domu Literatów przy ulicy Krupniczej. W sobotę wieczorem, 15 września, w sali "Kuźnicy" zostali podjęci obiadem wydanym przez prezydenta miasta. W niedzielę opuścili Kraków, udając się do Warszawy, a stamtąd do Anglii. Dwa dni dłużej zabawił w Krakowie Bernard Newman, który zbierał materiały na temat przebiegu polskiej akcji osiedleńczej na Ziemiach Zachodnich.
12 Anna Grazzi - utwór Jarosława Iwaszkiewicza napisany w 1938 roku, wchodzący wraz z utworem Słońce w kuchni w skład tomu Dwa opowiadania (1938).
13 Na I zjeździe ZZLP w Krakowie zaostrzono system przyjmowania członków rzeczywistych i wprowadzono stopień "kandydata", który korzystał z opieki zawodowej i materialnej, lecz nie miał czynnych praw członka Związku.
14 W domu Iwaszkiewicza na Stawisku odbywały się pierwsze posiedzenia Zarządu Głównego ZZLP.
15 Jerzy Bober (1920-1990) - prozaik, krytyk teatralny, publicysta; w czasie okupacji niemieckiej przebywał w Krakowie i pracował jako księgowy w Centralnym Biurze Rachunkowości Rolnej i w Powierniczym Zarządzie Nieruchomości. W styczniu 1945 roku został członkiem ZZLP i od maja 1945 był kierownikiem biura Zarządu Oddziału Krakowskiego ZZLP. Od 1946 roku do śmierci mieszkał w Domu Literatów przy ulicy Krupniczej 22. W roku 1947 wydał powieść Rozstaje. "Z natury flegmatyk - wspominał go Tadeusz Kwiatkowski - był przeciwieństwem Zygmunta Fijasa, impulsywnego i skorego do natychmiastowych działań. Komiczne były ich rozmowy i drobne utarczki. Jerzy słuchał potoku słów Zygmunta i tylko od czasu do czasu wtrącał: - Eeee, nie gadaj!..." (Tadeusz Kwiatkowski, Niedyskretny urok pamięci, Kraków 1982, s. 226).
16 Kazimierz Czachowski (1890-1948) - historyk literatury, krytyk literacki. Przed wojną opublikował książki dotyczące Jana Kasprowicza, Henryka Sienkiewicza, Wacława Sieroszewskiego oraz Marii Rodziewiczówny. W czasie okupacji niemieckiej mieszkał w Krakowie i kontynuował prace historycznoliterackie, przygotowując m.in. tom Żywe ściegi. Rzecz o współczesności literackiej. Po zakończeniu wojny brał udział w organizowaniu Oddziału Krakowskiego ZZLP i został wybrany na jego prezesa. Od jesieni 1945 do 1947 roku przebywał w Warszawie, gdzie pełnił kolejno funkcje dyrektora Departamentu Literatury i dyrektora Biura Współpracy Kulturalnej z Zagranicą w Ministerstwie Kultury i Sztuki. W latach 1946-1947 był prezesem Zarządu Głównego ZZLP.
"Prezes Kazimierz Czachowski - wspomina Tadeusz Kwiatkowski pierwsze lata powojenne - miał dumne plany, zaangażował dyrektora biura, administratora i kilka pań do sekretariatu. Przyznać trzeba, że wówczas było nad czym główkować, na wszystko należało mieć odpowiednie papiery, zezwolenia, pieczątki, podpisy, a i tak całość funkcjonowała bez ładu i składu. Tu pełnomocnicy rządu lubelskiego, tam nowo powstałe organizacje związkowe, nikt nie chciał podejmować na swoje ryzyko decyzji" (Tadeusz Kwiatkowski, Panopticum, Kraków 1995, s. 10).
17 Stefan Otwinowski (1910-1976) - powieściopisarz, dramatopisarz, eseista. W 1937 roku został członkiem ZZLP, w tymże roku ożenił się z Ewą Zychówną, studentką dziennikarstwa. W czasie okupacji niemieckiej przebywał w Warszawie, biorąc udział w konspiracyjnym życiu literackim (pracował m.in. nad powieścią Czas nieludzki, która wyszła w 1946 roku). Po wojnie zamieszkał w Krakowie. W sezonie 1946/47 był kierownikiem literackim Starego Teatru, w sezonie 1947/48 pełnił tę funkcję wspólnie z Ludwikiem Hieronimem Morstinem. W 1947 roku i stale od 1951 był prezesem Oddziału Krakowskiego ZLP i członkiem Zarządu Głównego. Wspólnie z Tadeuszem Kwiatkowskim i Wilhelmem Machem napisał krotochwilę ze śpiewami w trzech aktach pt. Traktor i dziewczyna, prapremiera: Stary Teatr w Krakowie, 29 lipca 1949 roku; w roli Hanki wystąpiła żona Tadeusza Kwiatkowskiego - Halina Kwiatkowska.
18 Chodzi o proces w niemieckim mieście Paderborn, gdzie na ławie oskarżonych zasiadło czterdziestu ośmiu Polaków z obozu dla dipisów (od ang. displaced persons) w miejscowości Höxter. Kilku polskich dipisów wybrało się nocą 27 lipca 1945 roku do pobliskiego Fürstenau. Gdy w drodze powrotnej oddział niemieckiej straży obronnej wezwał ich do zatrzymania się, Polacy zaczęli strzelać do nieuzbrojonych strażników. Ponieważ jeden z Polaków został zakłuty widłami, dwa dni później kilkudziesięciu polskich dipisów spaliło w odwecie sześć domów i zabiło siedmioro Niemców. Polacy zostali aresztowani przez oddziały brytyjskie. Czterech mężczyzn skazano na karę śmierci; dwudziestu siedmiu innych otrzymało wyroki więzienia od sześciu do dwudziestu lat. W Polsce masowo protestowano przeciw wyrokowi. Ministerstwo Spraw Zagranicznych wymieniało noty dyplomatyczne z brytyjskim ambasadorem, naciskając na zawieszenie dalszego postępowania wobec oskarżonych i wydanie ich w ręce władz polskich. Wiec protestacyjny w Krakowie, zorganizowany przez związki zawodowe, odbył się na Rynku Głównym.
19 Wieczór autorski Antoniego Słonimskiego i Ksawerego Pruszyńskiego odbył się 15 września o godz. 16.00 w lokalu Związku Zawodowego Literatów Polskich przy Krupniczej 22 (tylko dla członków ZZLP). Gości powitał prezes Oddziału Krakowskiego Kazimierz Wyka. "Dziennik Polski" z 18 września 1945 roku informował: "Pruszyński odczytał dwa opowiadania, które opublikowane w emigracyjnym miesięczniku społeczno-literackim "Nowa Polska" cieszyły się wielkim powodzeniem za granicą i były wielokrotnie tłumaczone na różne języki. Oba uwypuklają zarówno tęsknotę za krajem, jak i bohaterskie osiągnięcia żołnierza polskiego na dalekich frontach. Demaskują też niemądre posunięcia reakcyjnych jednostek. Oba opowiadania wywarły duże wrażenie, były niespodzianką literacką, gdyż ukazały nowego Pruszyńskiego: nowelistę o bogatej dynamice artystycznej. Słonimski czytał wiersze, które powstały na emigracji we Francji i w Anglii, a do nas niejednokrotnie docierały tajemniczymi drogami. Dawny Słonimski pogłębił swój mocny społeczny ton: walczy o ludzkość w epoce barbarzyństwa. Jak słusznie zauważył Wyka, już jego poezja przedwojenna była najbardziej czytelna i aktualna w dniach dzisiejszych".
Tak natomiast zapamiętał wizytę Pruszyńskiego i Słonimskiego w Krakowie Jerzy Turowicz: "W Krakowie od pół roku wychodził "Tygodnik Powszechny", byłem jego redaktorem. Z Ksawerym Pruszyńskim łączyła mnie przedwojenna jeszcze znajomość i przyjaźń, byłem też bardzo ciekaw poznania Słonimskiego. Spotkałem się z obydwoma pisarzami na śniadaniu w Hotelu Francuskim. I wtedy wydarzył się incydent, który chcę tu opowiedzieć, acz nie bez wstydu, gdyż świadczy on tylko o mojej własnej niezręczności jako redaktora... Mianowicie, w trakcie rozmowy, zaproponowałem Ksaweremu Pruszyńskiemu współpracę. Pruszyński propozycję chętnie przyjął, zaowocowała ona później w postaci szeregu opowiadań i artykułów. Wówczas i Pan Antoni powiedział: "Ja także dam panu chętnie kilka wierszy". I w tym miejscu wpadłem w przerażenie, ogarnęła mnie panika: jak to, Słonimski, ten antyklerykał, sojusznik Boya, w "Tygodniku"! "Tygodnik" nie był oficjalnym organem Kościoła, niemniej wydawcą jego była Krakowska Książęca Kuria Metropolitalna! Zacząłem więc coś bąkać niewyraźnie, że oczywiście bardzo chciałbym jego wiersze drukować, że to dla nas zaszczyt, ale obawiam się, czy nie wynikną jakieś trudności, bo Kuria itd. Słonimski na to zjeżył się (zrobiłbym to samo na jego miejscu) i powiedział: "W takim razie wierszy nie daję. Ja też mam swoje kurie...". Ubłagałem go jednak, by mi wiersze zostawił, ale rozstanie było raczej chłodne... Następnego dnia pokazałem wiersze ks. Piwowarczykowi, który w naszej redakcji był "strażnikiem ortodoksji" i który ku mojemu miłemu zdumieniu oświadczył, że nie widzi żadnych przeszkód, by drukować wiersze Słonimskiego, jeśli nie ma w nich nic niestosownego... Tak więc moje obawy okazały się płonne i oba wiersze [Syreny oraz Wszystko] ukazały się w "Tygodniku", w numerze z 7 października 1945" (Jerzy Turowicz, Słonimski i "Tygodnik Powszechny" [w:] Wspomnienia o Antonim Słonimskim, s. 309).
Adam Komorowski"Bez tom wieche z pawich piór"
Aleksander Fiut: Wyglądy i wglądy. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022, s. 416.
Krytycznej eseistyce Aleksandra Fiuta przytrafiła się analogiczna historia jak krytyce Stanisława Lacka. Pisał najwięcej i przenikliwie o twórczości autora Wesela i został z nim do tego stopnia skojarzony, że do dziś nikt do tekstów Lacka o innych kwestiach nie wraca. Redukcjonistyczne podejście do eseistyki Lacka pogłębił fakt, że Wyspiański bardzo jego analizy swojej twórczości cenił.
Przywiązanie krytyka do twórczości jednego pisarza, zajmującego centralną pozycję w literaturze swojego czasu, wybranemu dodaje splendoru, ale recepcję tego pierwszego zawęża. Krytyk raz uczepiony wielkiego pisarza ma spore kłopoty z uwolnieniem się. Gdy padnie na krytyka przenikliwego i jego analizy stają się częścią kanonu literatury o wielkim pisarzu, sytuacja jest beznadziejna. Lack - to ten od Wyspiańskiego. I kropka. Co Lack pisał o poezji Tadeusza Micińskiego czy malarstwie Jacka Malczewskiego, nikogo nie interesowało i nie interesuje.
Podobnie jest z Aleksandrem Fiutem. Przez lata związany z Czesławem Miłoszem jako jego asystent i zastępca w Berkeley, w powszechnym odczuciu pozostaje niekwestionowanym autorytetem "miłoszologii". Jego tom rozmów z Miłoszem Autoportret przekorny, książka Moment wieczny. Poezja Czesława Miłosza (moim zdaniem najlepsza spośród licznych prac o tej poezji) są czytane i wznawiane. A są jeszcze książki Z Miłoszem i W stronę Miłosza. Jest współredaktorem Dzieł zebranych Miłosza i redaktorem zbiorów poświęconych mu prac krytycznych. Fiut nie może utyskiwać, że nie jest uważnie czytany, kiedy wypowiada się o naszym Nobliście. Gdy pisze o innych sprawach, czytająca publiczność odmawia mu jednak należnej uwagi.
Jego zbiory wykraczających poza "miłoszologię" prac krytycznych: Pytanie o tożsamość (1995), Być (albo nie być) Środkowoeuropejczykiem (1999), Spotkania z Innym (2006), We władzy pozoru (2015), Po kropce (2016) nie spotkały się z należną uwagą. Po części wynika to z tego, że co najmniej od czasu Pytania o tożsamość eseistyka Fiuta coraz bardziej oddala się od klasycznych wzorców filologii i literaturoznawstwa w stronę antropologii literatury. Literatura staje się punktem wyjścia namysłu nad stanem kultury i próbą określenia miejsca, w którym znalazł się polski inteligent. Posługując się skrótem, można powiedzieć, że autor stara się znaleźć odpowiedź i weryfikować istniejące odpowiedzi na pytanie: "Co ja tu robię?".
Jest tak, jakby po powrocie z Berkeley na UJ przestrzenne i kulturowe determinanty postrzegania, miejsce, w którym się znalazł (bardziej aniżeli determinanty czasowe czy historyczne), stawały się dla niego najbardziej istotne. Jeśli nadal często powraca do Miłosza, to powodem jest raczej emblematyczność postawy i biografii poety aniżeli sama twórczość. Teraz Miłosz jest Fiutowi niezbędny dla zrozumienia i określenia własnego miejsca.
Fiut zawsze należał do wędrownych klerków wykładających w rozmaitych krajach i uniwersytetach. Im więcej było tych klerkowskich peregrynacji, tym bardziej sobie uświadamiał, że zawsze i wszędzie był skądś. Im więcej świata, tym mniej kosmopolityzmu. Wraz z utrwalaniem się w eseistyce Fiuta fundamentalnej źródłowości miejsca dla naszego postrzegania świata (i nas przez innych) następował odwrót od dzieła literackiego jako jedynego obszaru uwagi krytyka. Coraz bardziej interesowało go piśmiennictwo. To, co zapisane i niekoniecznie aspirujące do artyzmu czy estetycznej wartości, nie tyle świat przedstawiony, ale zapisany: epistolografia, dzienniki, świadectwa i ślady zakodowane w miejscach zawirowań pamięci.
Tak dochodzimy do ostatnio wydanego zbioru esejów Fiuta Wyglądy i wglądy. Na skrzydełku czytamy: "Pisząc o literaturze, autor rozmyśla także o samym sobie, własnej życiowej drodze. Wyglądy i wglądy stają się przez to jego intelektualną biografią, świadectwem długiego życia spędzonego nie tylko w bibliotece". Trudno się z tym nie zgodzić. Informacja o "długim życiu" jest istotna w kontekście analogii z Lackiem. Żył, jak Stanisław Brzozowski, 33 lata. Szanse, aby kontynuując twórczość, mógł się uwolnić od zblokowania z Wyspiańskim w oczach czytającej publiczności, miał niewielkie. Ponieważ Opatrzność traktuje Fiuta łagodniej, szanse na to, że z uwagą będzie się czytać jego teksty nie tylko o Miłoszu, są większe. I dobrze, żeby tak się stało.
Nieszczęście przydarzyło się w nocie polecającej umieszczonej na tylnej stronie okładki, której autorem jest zapewne jakiś nawiedzony specjalista od marketingu w Wydawnictwie Literackim. Renomowany krakowski wydawca, u którego Fiut wydał większość swoich książek, dotychczas dbał, by te polecenia nie zbliżały się w poetyce do reklamy środków higieny osobistej. Tym razem czytamy: "Sienkiewicz w stylu amerykańskim, Miłosz jako ekolog i feminista, Brodski jako piewca rosyjskiej imperialnej dumy, barokowa Szymborska? Takich portretów raczej nie zobaczymy na lekcjach polskiego. Wybitny znawca literatury polskiej, nierzadko ze szczyptą ironii i humoru, w mistrzowski sposób rozmaitymi (pod)tekstami...". Itd. By zakończyć: "Dzięki eseistycznemu tonowi i zdolności łączenia ze sobą rozmaitych zjawisk ponad dziejową chronologią książka Aleksandra Fiuta jest lekturą poruszającą. Pełną pasji, z niepokojem stawiającą czasom obecnym zasadnicze pytania".
Bywa z tymi zachętami i tzw. blurbami na ostatnich stronach okładki różnie. Podobnie bałamutnej nie spotkałem dawno. Roberto Calasso, który jako wydawca przywiązywał do nich dużą wagę, traktując je jako autonomiczny gatunek literacki, i którego zbiory takich notek ukazały się w przekładach na wiele języków (w tym polski), przewraca się w grobie. Książce i jej autorowi wyrządzono krzywdę. Pocieszające może być, że przydarzyło się to Fiutowi po raz pierwszy, rekomendacja Stefana Chwina na ostatniej stronie okładki Po kropce zyskałaby aprobatę Calasso.
Zacznijmy od końca, czyli stawiania "czasom obecnym zasadniczych pytań". Przyznam, że nie mam pojęcia, jak "czasy obecne" miałyby odpowiedzieć na zasadnicze pytanie, "dlaczego istnieje raczej coś niż nic". Fiut zadaje pytania niekoniecznie zasadnicze, ale ważne, przede wszystkim dla niego. Nie zadaje ich "czasom obecnym", co jest pozbawione sensu, ale sobie i czytanym przez siebie pisarzom. Spośród tych zadawanych pytań najważniejsze są pytania o tożsamość, związki wrażliwości z miejscem, w którym się kształtowała, oraz uwikłanie w polskość i Polskę (dla Fiuta zdają się to być dwie modalności).
Pozostawiając na boku bałamutkę "Sienkiewicz w stylu amerykańskim" (czym w domniemaniu miałby być tekst Sienkiewicz w Ameryce traktujący o Listach z podróży do Ameryki), przejdźmy do eseju Moje spotkania z Josifem Brodskim. Wszak to "czasy obecne" stawiają nam nowe pytania, nie my im. W odróżnieniu od niezliczonych tekstów Fiut nie uciekł od kwestii drażliwej, stosunku Brodskiego do Ukrainy i Ukraińców, czyli wiersza Na niepodległość Ukrainy. To wiersz napisany w 1992 roku, po ogłoszeniu przez Ukrainę niepodległości. Fiut pisze: "Miłośnicy poezji Brodskiego próbują ten wiersz zbagatelizować, z ukrywanym zawstydzeniem ominąć albo uznać za jednorazowy wybryk poety, który znany był z rozmaitych prowokacji. Niesłusznie. Brodski stał się tutaj bowiem, poza wszystkim, kontynuatorem długowiecznej rosyjskiej tradycji". Warto przypomnieć, że już w dawniejszych esejach zwracał uwagę na zaczadzenie Brodskiego rosyjskim szowinizmem, analizując polemikę z Milanem Kunderą czy wspominając wiersz na pogrzeb marszałka Żukowa.
Są wyjątki. W Polsce w 2015 roku Na niepodległość Ukrainy przełożył i próbował dociec źródeł antyukraińskiej histerii poety Leszek Szaruga w tekście Rosyjski kompleks ukraiński. Fiut ten ważny tekst (choć nie przekład wiersza, który odnotowuje w przypisie) przeoczył. Zapewne by się z nim nie zgodził, zdaniem Szarugi bowiem Brodski dostał szału, ponieważ ogłoszenie przez Ukrainę suwerenności uznał za pozbawienie go, jako poety rosyjskiego, prawa bycia prawomocnym dziedzicem wielkiej kultury Rusi Kijowskiej. Szaruga pisze: "Rosja jest tworem historycznie późniejszym. I to jest podstawą jej kompleksu wobec Ukrainy". I dalej: "Każdy, kto przeglądał podręczniki literatury ukraińskiej i rosyjskiej, wie, że obie są zakorzenione w literaturze staroruskiej, wszakże niewielu wie, że jeden z zabytków tego piśmiennictwa, Słowo o pułku Igora Ukraińcy czytają w ruskim oryginale. Rosjanie zaś w przekładzie na język rosyjski. Tu więc pojawia się kwestia kompleksu młodszego brata, który nie z ducha jest, lecz jedynie z ciała... Pierworództwo Rusi jest tyleż niezbywalne, co niewygodne: należy zatem, co czynią Rosjanie od trzech stuleci, traktować Ukraińców, owych "chachłów", jako starszych, lecz przecież nie w pełni rozwiniętych, niepełnosprawnych braci, których postępowaniem oni muszą kierować. Taką postawę demonstruje Brodski".
U Fiuta jest nieco odmiennie: "Powstanie niepodległego państwa ukraińskiego wydaje się niektórym Rosjanom czymś niepojętym, oburzającym i niedającym się zaakceptować. Imperialnemu rozjątrzeniu uległ także, niestety, Josif Brodski. Ale wbrew pozorom Na niepodległość Ukrainy nie jest niekontrolowanym wybuchem emocji. To starannie przemyślany i wirtuozowsko wykonany utwór".
Radosław RomaniukZawsze razem
Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie: Listy 1944-1950. Opracowanie, wstęp, przypisy i nota edytorska Ewa Cieślak, Wydawnictwo Akademickie Sedno, Warszawa 2021, s. 588.
Kolejne tomy listów Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów przypominają kino Richarda Linklatera, autora słynnej "słonecznej" trylogii. Tę samą parę oglądamy tam w różnych momentach życia, odpowiadających realnemu upływowi czasu, jaki minął między realizacją filmów. W każdym z nich są sobą i kimś innym, mają te same kłopoty wewnętrzne, a inne ze sobą nawzajem. W tym miejscu analogia się jednak komplikuje. Anna i Jarosław żyją w czasach nie pozwalających skupić się na toksycznej introspekcji. Intelektualnie również trudno zestawić z nimi filmowych Jessiego i Celine. Jak wielu ludzi pojawia się wokół nich, ilu z nich jest częścią ich życia, ilu noszą w sobie! Mimo wszystko porównanie nie wydaje się nietrafione. Kiedyś poznamy tę parę u końca ich życiowej drogi i ukaże nam się waga projektu, o którym Anna Iwaszkiewiczowa, pytana, czym się zajmuje, odpowiadała nieco przewrotnie, że "dziełem swego życia - korespondencją z Jarosławem".
Fenomen literacki, jakim są te listy, stopniowo odkrywamy dzięki pracy Ewy Cieślak, której u początków edycji towarzyszyła Małgorzata Bojanowska oraz współpracująca z nimi w zakresie wiedzy muzykologicznej Alicja Matracka-Kościelny. Ciężar tego długofalowego przedsięwzięcia wzięło ostatnio na siebie Wydawnictwo Akademickie Sedno. A jesteśmy dokładnie w jego połowie, bo komplet listów gospodarzy Stawiska zamknie się w ośmiu tomach. Trzy woluminy liczyła korespondencja przedwojenna (ukazały się w "Czytelniku" odpowiednio: w 1998, 2012 i 2014 roku), tom Listy 1944-1950 otwiera jej powojenną część, lada chwila wyjdzie zbiór obejmujący lata 1951-1955, cztery kolejne zaś są w opracowaniu.
Dwugłos Iwaszkiewiczów tworzy wyjątkową epistolarną powieść nie tylko ze względu na walory pojedynczych listów, lecz także na wspomnianą wyżej ciągłość. Ogarnia przeszło pół wieku, rejestrując przemiany bohaterów i zmienność świata. Jego granice wytycza marszruta podróży Iwaszkiewicza - od Buenos Aires, Paryża, Rzymu, Palermo, po Rabkę i Sandomierz - i znacznie węższa, ale eksplorowana w głąb mapa wyjazdów Anny. Wszystkie te miejsca odcisnęły w listach swój ślad, ukazane niekiedy z prawdziwie reporterską wnikliwością i zawsze z literacką intuicją dającą oświetlenie wybranym rzeczom błahym. A że zwykle jedno z korespondentów pozostawało na straży Stawiska, listom z podróży odpowiadają nie mniej barwne raporty domowe. Fenomen tego miejsca ma w zasadzie jedną tylko kulturową analogię - Jasną Polanę Tołstojów. W okresie, gdy kształtuje się wrażliwość na prywatny aspekt historii, korespondencja Iwaszkiewiczów podsuwa dla historyka, kulturoznawcy, socjologa rozległy i opalizujący wieloma barwami materiał.
Tom Listy 1944-1950 utrwala erupcję aktywności Anny i Jarosława po czteroletniej pauzie. Iwaszkiewiczowie spędzili czas okupacji w Stawisku, nie rozdzielając się, a powrót do tej formy kontaktu dyktuje nieoczekiwana okoliczność prywatnej, jeśli nie rzec intymnej natury. Oto bowiem ich dwudziestoletnia córka Marysia spodziewa się dziecka. Już po wybuchu powstania w Warszawie Iwaszkiewiczowie wyprawiają przyszłym rodzicom skromny ślub, ale podejmują decyzję, by ostatnie miesiące ciąży i poród przyszła matka odbyła poza domem, w pensjonacie w Rabce. Był koniec 1944 roku. Nie chodziło o bezpieczeństwo. Gospodarze Stawiska obawiali się plotek na temat "przedwczesnego" porodu Marysi. W wielu listach między rodzicami i córką pojawia się wątek "kary", "pokuty", którą był ten przymusowy wyjazd, a decyzja o nim stała się jedną z istotnych przegród między nimi - do końca życia Iwaszkiewiczów i po ich śmierci.
Tuż przed narodzinami pierwszego wnuka do Marysi pojechały jej matka i ciotka - w ten sposób się ten tom zaczyna, od razu ustalając poziom prywatności i narzucając konieczność odcyfrowania ezopowego rodzinnego języka. Była to pierwsza podróż Anny Iwaszkiewiczowej od blisko dziesięciu lat, od okresu załamania się jej zdrowia psychicznego. Każda kolejna, w tym coroczne pobyty nad Bałtykiem, ma ukryty wymiar tryumfu nad chorobą i pewną odświętność obcowania ze światem poza codziennymi ramami. Choć nietrudno zauważyć, że gorzej niż mąż znosi konieczność kontaktów towarzyskich ze współmieszkańcami, a jej uwagi na temat innych kobiet (ich wyglądu, wyglądu ich partnerów, zachowania ich dzieci czy wnuków) odsłaniają mało znany aspekt jej osobowości oraz oglądu świata.
A świat jest inny - zasadą rządzącą rzeczywistością staje się kontrast. W lasku na Helu, w którym spaceruje Anna, wyczuwa się wyraźny trupi zapach. W Domu ZAiKS w Ustce sprzątają oczekujące na repatriację "niemki" (wyraz ten pisano wówczas małą literą), a Anna stara się kontaktować z nimi tylko w sytuacji wyższej konieczności. Srebrne wesele Iwaszkiewiczów sąsiadowało z rok późniejszą rodzinną uroczystością - poświęceniem figury Chrystusa Frasobliwego, ustawionej w sąsiedztwie Stawiska dla uczczenia pamięci kuzynów córek Anny i Jarosława oraz innych wojennych ofiar. Niebezpieczeństwa jawne zastąpiły zagrożenia ukryte i żona pisarza wiele miejsca w korespondencji z nim poświęca zabiegom mającym chronić mieszkańców Stawiska przed zakaźnymi chorobami. Gdy w czasie wyjazdu, po zetknięciu z osobą zarażoną, przeprowadza dezynfekcję pensjonatu, w którym mieszka, odbiera ze strony otaczających osób mało przekonujące wyrazy podziwu dla swej społecznej postawy i ubolewa, że nikt inny tak by nie postąpił. Życie wraca do normy z trudem.
Nieco inaczej jest w przypadku jej męża. Rola Jarosława Iwaszkiewicza w czasie okupacji odmieniła jego społeczną sytuację, wpłynęła na świadomość własnych pozaartystycznych możliwości i pchnęła w stronę aktywizmu. W 1945 roku jednogłośnie wybrano go prezesem Związku Zawodowego Literatów Polskich. Obejmuje na rok funkcję redaktora naczelnego wydawanego w Poznaniu dwutygodnika "Życie Literackie", a później przez kilka lat redaguje tygodnik "Nowiny Literackie", który z czarnym humorem określano mianem organu "ujawniających się" "Wiadomości Literackich". Pełni funkcję kierownika literackiego Teatru Polskiego. Iwaszkiewicz ma więc poza Stawiskiem trzy biurka - teatralne w Warszawie, redakcyjne w Poznaniu, związkowe do czasu ustalenia się adresu stołecznej siedziby: w Łodzi i Krakowie. Później poznańskie zmienia na warszawskie, a kiedy opuszcza wszystkie trzy, bo w Związku zastępuje go Kruczkowski, redakcję "Nowin" władze rozwiązują, a z teatru rezygnuje - zasiada przy jednym, pokojowym: prezesa Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju. Krótko mówiąc: jest to najaktywniejszy okres jego życia. Jeździ też najwięcej - po Polsce, Europie i świecie, bo w 1948 roku odbywa trwający dwa miesiące wyjazd do Buenos Aires. Pierwszy raz leci samolotem. Usiłuje odnaleźć się w rzeczywistości podzielonego politycznie świata, w której wybrał jednoznacznie określoną rolę.
Podobnie jak jego żona, obserwująca gości Domu Pracy Twórczej ZAiKS w Ustce, tak samo pisarz w konfrontacji z osobami spotykanymi za granicą utwierdza się w wyższości własnego sposobu życia. "Im więcej się jest tutaj, tym więcej się wie, że tam się ma rację" - pisze po spotkaniu z emigrantami w Argentynie. Oni zapewne myśleli o nim podobnie. Nawet najżyczliwsi, przyjmując Iwaszkiewicza w domu, nie zaszczycają obecnością jego oficjalnych występów organizowanych przez poselstwo ani wydanego przez nie przyjęcia na jego cześć. Popełniają towarzyskie błędy. ("Myśli, że do takiego psa komunistycznego, jak ja, trzeba mówić per "wy"" - pisze o jednej z emigrantek). Oględnie mówiąc, nie uważają go za wiarygodne źródło informacji na temat sytuacji w kraju, po tym zaś, jak w jednym z artykułów opisał satyrycznie wizytę u Benedetta Crocego, a przy okazji i Renę Jeleńską - zaczną się go najzwyczajniej obawiać. On z kolei nie wie, ile może im powiedzieć, nie wie, czy chce i czy warto. Od czasu do czasu w ręce pisarza wpadają publikowane w londyńskich "Wiadomościach" Mieczysława Grydzewskiego teksty, z których może dowiedzieć się, jak z perspektywy Polaków na Zachodzie wygląda. Pociesza go nieco zdecydowana opinia Anny. "Gnijące odpadki i odrzucone od żywej rośliny, która ich do niczego zużytkować nie może" - pisze do męża po lekturze jednego z tych tekstów, a on oczekuje zapewne na takie właśnie słowa.
To nie są listy oficjalne, dlatego w tej korespondencji męża z żoną doskonale widać, że metafory-opozycje: życia i śmierci, przyszłości i przeszłości, dobra i zła, pokoju i wojny, opisujące podzielony powojenny świat, nie były tylko elementem ideologicznej retoryki. W ten sposób widzieli polską sytuację przedstawiciele elity intelektualnej kraju i nie było to efektem agitacji czy przymusu. Anna Iwaszkiewiczowa przeżywa zresztą okres wiary w rodzaj synergii "dwóch organizacji międzynarodowych", jak to ujmuje - Kościoła i partii komunistycznej. Przyjmuje w tej intencji komunię. Pragnie zbliżyć się towarzysko do najważniejszych osób w państwie, uważając za rzecz ważną, "żeby ci ludzie mieli takie znajomości, jak Modzelewskich z nami". Plany przyjaźni z Bierutem, o których pisze w kolejnym zdaniu cytowanego listu z 1947 roku, nie zostają zrealizowane. W tym środowisku osobą najbliższą towarzysko gospodarzom Stawiska pozostaje wspomniany Zygmunt Modzelewski, wówczas minister spraw zagranicznych.
Sprawy zagraniczne, jeśli nie wnikać w nie głębiej, wyglądają zresztą nieco lepiej niż krajowe i wyjazdy Iwaszkiewicza coraz bardziej stają się ucieczką w miejsca o innej atmosferze. Wyróżniają się wśród nich dwie podróże - wspomniany dwumiesięczny pobyt w Argentynie i Wielki Tydzień w Palermo - do którego jeszcze wrócimy. Pierwszy z nich przyniósł w tym tomie piętnaście obszernych listów, które wraz z listami z drugiej podróży na kontynent amerykański (w 1953 roku do Chile) dały materiał do wydanej rok później książki Listy z podróży do Ameryki Południowej. Oczywiście materiał tu pozbawiony cenzury, obfity i barwny, ciekawszy niż obrobiona wersja książkowa, ale też przynoszący rodzaj książki w książce, rozbudowany reportersko i różniący się nieco stylistycznie od innych listów. Nie ma miejsca na szczegółowe zdanie sprawy z obrazu Argentyny, jaki się z nich wyłania, ale z pewnością trzeba odnotować zdziwienie pisarza odnalezieniem w Buenos Aires okruchów przedwojennej Warszawy. Emigranci z drugiej połowy lat trzydziestych XX wieku, w dużej mierze pochodzący spośród mniejszości żydowskiej, mówili językiem, jakiego nikt nie używał już nad Wisłą, mówili też o sprawach, o których w nowym życiu się nie mówiło. Pisarz był tym autentycznie poruszony. Podobnie jak nieznanym dotychczas w takim stopniu, nawet z młodości na Ukrainie, rozwarstwieniem społecznym i stopą życiową, na jakiej żyli przedstawiciele argentyńskiej burżuazji, w które to środowisko trafił dzięki przyjaźniom datującym się z okresu dyplomatycznego i Kopenhagi pierwszej połowy lat trzydziestych XX wieku. Nie da się nie pomyśleć, że istnienie w tylu środowiskach - między domem Quintanów, Gombrowiczem, poselstwem polskim czy opisaną barwnie rodziną Niedenthalów, którzy dostarczyli materiału dla czechowowskiego Opowiadania brazylijskiego - wynikało ze szczególnych predyspozycji wewnętrznych pisarza, jego otwartości, życzliwości i ciekawości ludzi, łatwości naturalnego znalezienia się w odmiennych światach, ale też tego, że dawał im coś własnego, tak jak adresatce w postaci tych listów. Dowiadywał się zresztą nadal czegoś również o sobie i swoim miejscu w świecie. Relacjonując rozmowę z jednym z zadomowionych na kontynencie południowoamerykańskim Polaków, zauważającym, że odbudowując warszawski Nowy Świat, należałoby budynkom nadać formę wieżowców, pisał: "Europa stąd wydaje się jak Sandomierz, nieśmiała, stara, prowincjonalna, zamierająca, ale kiedy taki "Wiśniowiecki" wymyśla, to jakby rodzoną matkę ktoś krzywdził - i potem mi się nie chce ani Petropolis, ani Rio, ani nawet New Yorku, ale starych "powiatowych" miast, Paryża czy Warszawy". Nic więc dziwnego, że napisany w Stawisku poemat Podróż do Patagonii (dedykowany Witoldowi Gombrowiczowi i opublikowany w "Twórczości" w pierwszym numerze z 1950 roku) był "wyrazem, jak pierwsza część pastoralnej symfonii Beethovena, [...] radosnych uczuć po powrocie do domu".
Sprawy nieepistolarnej twórczości Iwaszkiewicza nie wyglądały w tym okresie różowo. W szufladach Stawiska leżało kilka datowanych jeszcze na okres okupacji utworów, które nie mogły się ukazać, a pisarz skończył pierwszy tom powieściowego opus magnum - Sławy i chwały - jednomyślnie uznawany za najwybitniejszy w późniejszej trylogii. Powieść odrzucił "Czytelnik", o czym zawiadamia go listownie żona, powtarzając tę informację w kilku następnych pismach, gdyż wydaje jej się, że mąż jej nie przeczytał bądź nie zrozumiał. Iwaszkiewicz pomija to po prostu milczeniem. Oswaja się ze swoją rolą - reprezentanta, który jako artysta ma zamknięte usta, twórcy mów pokojowych i okolicznościowych. Uważa słusznie, że czas ten trzeba przeżyć. Nieoczekiwanie pewne satysfakcje przynosi mu w tej sferze Zachód. Cykl wierszy Ody olimpijskie w 1948 roku otrzymuje nagrodę na XIV Olimpiadzie w Londynie i ukazuje się we francuskim przekładzie. Stylizowana na antyczne ody antywojenna poezja nie wzbudza jednak zainteresowania. Podobnie jak opera Król Roger, którą w kwietniu 1949 roku przygotowuje się w ramach festiwalu w Palermo i prezentuje przez kilka wieczorów w Teatro Massimo. Sam pobyt w Palermo staje się jednym z najważniejszych przeżyć Iwaszkiewicza tej epoki. Pisarz widzi, jak jego życie zmienia się w baśń - artystyczny projekt dwudziestoletniego librecisty i kuzyna-kompozytora, podjęty w innych czasach i dekoracjach, zawędrował w miejsce swojego prapoczątku - do stolicy Rogera. W Palermo jest z Iwaszkiewiczem młodsza córka, która umykając ojcu, poznaje tam przyszłego męża - ślub odbędzie się niedługo, bez akceptacji rodziców. Życie toczy się zawsze trochę inaczej, niż marzą o tym Anna i Jarosław, co też zdarza się zawsze w baśniach.
Od sytuacji w ojczyźnie skutecznie odwraca uwagę sytuacja w domu. Rozrośniętym nad miarę (w 1948 roku w Stawisku mieszkało piętnaście osób), obłożonym wraz z gospodarstwem rolnym drakońskimi podatkami, wymagającym modernizacji i inwestycji. Nie lepiej wyglądał inny niż ekonomiczny aspekt życia jego mieszkańców. Obie córki Anny i Jarosława dokonywały osobistych wyborów nie do końca podobających się rodzicom. Dzieci Marii i Stanisława pozostawały pod opieką dziadków. Stosunki z mężem młodszej córki układały się źle. Iwaszkiewiczowie przeżywali kolejne rozczarowania, co paradoksalnie jeszcze ich do siebie zbliżyło, bo odnajdowali porozumienie i wspierali się na tej płaszczyźnie. Wyraz tego wsparcia znajdowali również w pisanych do siebie listach, które były nie tylko medium rozmowy, opisem codzienności, którą pragnęli się ze sobą dzielić, lecz także wciąż ponawianą formą bycia zawsze razem.
Przemysław DakowiczUlica Rymkiewicza
Rodzina Rymkiewiczów sprowadziła się do Łodzi w marcu 1945 roku. Swojego przyjaciela Władysława Szulca (niebawem zacznie się on posługiwać rodowym nazwiskiem matki: Rymkiewicz) zawezwał tam Jan Brzechwa - łódzki oddział Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik" poszukiwał radcy prawnego. Przybysze ze zburzonej przez Niemców stolicy (i z podwarszawskiego Gołkowa) zamieszkali w jednym z dwóch łódzkich "domów literata", przy ulicy Żeromskiego 21. Dzieci, Alinka i Jarek, zapisane zostały do szkoły - była to jednolita jedenastoletnia placówka pedagogiczna działająca pod patronatem Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci; mieściła przy ulicy Cegielnianej 26 (dziś Jaracza 26), naprzeciwko Teatru Wojska Polskiego (dziś Teatr im. Jaracza).
Kiedy po raz pierwszy czytałem zamieszczony w książce Jacka Trznadla Hańba domowa dialog z autorem Wielkiego Księcia, byłem przekonany, że jest tam mowa o szkole przy ulicy Rewolucji 1905 roku; lecz gdy przed ośmioma laty z okładem wysłałem Ewie i Jarosławowi Markowi Rymkiewiczom współczesne widoki ulic Rewolucji 1905 i Więckowskiego, przy której sam mieszkam, okazało się, że chodzi o wzniesiony w latach międzywojennych budynek przy Jaracza. Z listu, który wtedy otrzymałem, dowiedziałem się, że marszruta dziesięcioletniego Jarka, kiedy z domu przy Żeromskiego 21 dotarł już do najbliższego skrzyżowania, wyglądała następująco: "szedł do szkoły Więckowskiego (Śródmiejską), przecinał Gdańską, Zachodnią, Piotrkowską". Budynek szkolny opisany został jako "czarny" i rzeczywiście, dopóki w ostatnich latach nie przeprowadzono jego kapitalnego remontu, fasada miała kolor ciemnobury, niemal czarny. Barwa ta w pewien sposób korespondowała z tym, co działo się w środku na przełomie piątej i szóstej dekady minionego wieku. Głowy młodzieży zapełniano wówczas treściami zgodnymi z linią ideologiczną "przewodniej siły narodu" - "zjednoczonych" w grudniu 1948 roku Polskiej Partii Robotniczej i (podszywającej się pod piłsudczykowską PPS) Polskiej Partii Socjalistycznej. Wśród lektur obowiązkowych dla uczniów ze starszych klas figurowały Kawaler Złotej Gwiazdy Babajewskiego, Daleko od Moskwy Ażajewa czy Wiosna sześciolatki Woroszylskiego, Mandaliana i Brauna. Historii nauczano między innymi z sowieckiego podręcznika Aleksieja Władimirowicza Jefimowa.
W 2014 roku Ewa Rymkiewiczowa pisała, że w nowym zbiorze wierszy jej męża znajdzie się powstały niedawno tekst o wędrówce wzdłuż niegdysiejszych ulic Śródmiejskiej i Cegielnianej (później Więckowskiego i Jaracza). W liście z Milanówka nie było jednak ani słowa o szkole - mowa była o "drodze do śmierci". Dokładnie: "[Jarosław] napisał o tej drodze do śmierci oktostych".
Wiersz ?(Śniło mi się, że idę do szkoły...) - bo o nim tu myślę - stanowi uderzający dowód na to, jak literatura, przede wszystkim poezja, potrafi oczyścić konkretne wydarzenia, miejsca, postaci z ich życiowej przypadkowości i przenieść je w obręb symboliczno-eschatologicznego uogólnienia. Na przestrzeni ośmiu trzynastozgłoskowych wersów dokonuje się przemiana jednostkowego w ogólne - nawet wymieniona z nazwy Piotrkowska została tu umieszczona na planie miasta tylko częściowo z Łodzią tożsamego (tak jak miasto ze Sklepów cynamonowych nie jest identyczne z rzeczywistym Drohobyczem, a miasto z Procesu - z Pragą).
Czytam oktostych z tomu Koniec lata w zdziczałym ogrodzie razem z tytułowym tekstem z książki Ulica Mandelsztama. Jest druga połowa stycznia, dwa tygodnie do 3 lutego 2023 roku, pierwszej rocznicy śmierci Jarosława Marka Rymkiewicza. Wychodzę w śnieżną zadymkę; staję w bramie, mniej więcej w połowie drogi, którą przed siedemdziesięciu paru laty przemierzał tamten chłopiec. I nagle zdaje mi się, że go dostrzegam. Stoi na chodniku po drugiej stronie ulicy, za spływającą z nieba białą zasłoną. Puer senex o twarzy dziesięciolatka i oczach, które wszystko widziały. Wywikłał się z objęć czasu, znalazł się poza jego granicami, jest już tam - w niemijającym teraz, gdzie wszystko, co po tej stronie zwykliśmy nazywać "dawnym" lub "nowym", dzieje się równocześnie.
Na rogu Piotrkowskiej i Śródmiejskiej jakiś ruch, z kawiarni "Astoria" Niemcy wyprowadzają żydowskich pisarzy i ustawiają ich w szeregu. Odmaszerowują w stronę placu Wolności, skąd słychać huk eksplozji - to pomnik Kościuszki wali się na bruk. Zasłoniwszy sobie uszy, chłopiec odwraca twarz w przeciwną stronę. Od Narutowicza spacerowym krokiem zbliżają się Jarosław Iwaszkiewicz i Paweł Hertz, ten pierwszy wymachuje zwiniętym w rulon egzemplarzem "Kuźnicy" i ściszonym głosem tłumaczy coś młodszemu przyjacielowi. Nieco dalej tłum młodzieży - zielone koszule, czerwone krawaty, pochodnie w dłoniach. Skandują zgodnie z rytmem wybijanym setkami obcasów na płytach deptaka: "A bas papa, vivat Stalin!". Na budynkach po lewej powiewają czerwone flagi z hakenkreuzem, na budynkach po prawej czerwone flagi z sierpem i młotem. Od skrzyżowania Wschodniej z Cegielnianą nadjeżdża terenowy wóz - to działacze AZWM "Życie" jadą "w teren" na propagandową robotę przed referendum ludowym, wśród nich świeżo upieczony członek miejscowego komitetu PPR Leszek Kołakowski. Od Wschodniej 19 żandarm i rewirowy prowadzą Józefa Piłsudskiego, aresztowanego za drukowanie pepeesowskiego "Robotnika". Dalej jest już tylko niewielki fragment Cegielnianej, od numeru dwunastego do dwudziestego szóstego. Chodnikiem po stronie parzystej drepce jakiś pan w kapeluszu, ciągną się za nim kłęby papierosowego dymu. Gdy lawirując między zaspami, chłopiec go dogania, okazuje się że są niemal równi wzrostem. Wdają się w pogawędkę. Amator tytoniu nazywa się Bolesław Leśmian, jest jednym z dyrektorów pobliskiego teatru, "malowniczej rudery" w jednym z podwórek przy Cegielnianej. O czym rozmawiają? Może o poezji, o rytmie rozumianym jako wyraz światopoglądu pisarza? Albo o zbliżającej się premierze Księdza Marka Juliusza Słowackiego?
Śni się zima. Bóg z Schubertem grają na dwa fortepiany.
Ślady na chodniku zasypuje coraz gęściej padający śnieg.
2/2023
W POPRZEDNIM NUMERZE
Jarosław Klejnocki ?(Żyj tak jakby nie było Boga...); ?(A jeśli nie pogrzeb powietrzny...); Kuszenie; ?(Śniłem że wszyscy...); Prawdziwe oblicze; ?(Szczęśliwi ci wszyscy...); ?(Nie ma już słów...); ?(Wszystko co mi uczyniliście...); ?(Co można oddać najbardziej drogocennego?...)
Wojciech Nowak Żywiec Żywiec
Joanna Miłosz W Krasnogrudzie; ?(Nie mamy o czym rozmawiać); ?(Wszystko co stać się miało); ?(Zostały po nim); Szła brzegiem plaży
Samuel Tchorek-Bentall Monidło
Jakub Pacześniak bez opamiętania; z czasem tym kluczem; w świętym związku; po co ten sen; ptaki szybujące; w świetle nocy; łąki kwietne
Marcin Cielecki Czarna Stodoła (fragment dziennika Dziedziniec pogan); Czytanie Auschwitz
Damian Piwowarczyk ?(te ciała leżą,...); ranny ptaszek; ?(zamiast mniej płakać...); ?(to będzie lekki, dobry dzień,); ?(chór naszych starych...); kierkut
Adam Komorowski Śnił mi się Franz Kafka
Robert Papieski Zygmunt Karski w świetle Dziennika Jana Lechonia
KSIĄŻKA MIESIĄCA
Wojciech Stanisławski Cięta mowa
[Zyta Rudzka Ten się śmieje, kto ma zęby]
WŚRÓD KSIĄŻEK
Wojciech Kaliszewski Wiersze ze skrytki
[Piotr Matywiecki Skrytka]
Kamil K. Pilichiewicz Czy w nieskończoność trzeba pytać, pytać, pytać? Macheja okna, szyby, lustra
[Zbigniew Machej 2020]
Tymoteusz Milas Opowiedzieć smutek
[Maria Karpińska Ucichło]
Łukasz Saturczak Idziemy przez las, pijani od słów
[Piotr Siemion Bella, ciao]
Leszek Bugajski Przeciw wymazywaniu
[Piotr Mitzner Rosyjski kwadrat]
Jarosław Petrowicz Chroniczny nostalgik
[Adrian Gleń M]
NA WIDNOKRĘGU
Hrabal, Havel, Clinton. O pewnym epizodzie z czasów transformacji. Z Tomášem Mazalem rozmawia Przemysław Dakowicz
Paweł Kozłowski Obroty ludzi
Jarosław Sujczyński Głowa i inne części
PRZEGLĄD ZAGRANICZNY
Agnieszka Kumor Francja
NOTY
Anna Nasiłowska Dom Literatury - kilka migawek historycznych
Roman Wysogląd Krupnicza 22
Marian Lech Bednarek Małe prozy
Agnieszka Kostuch Słowo od "rozmoczonej w mleku kromki chleba"
KSIĄŻKI NADESŁANE
COKOLWIEK DALÉJ
Przemysław Dakowicz Elli i Valli jadą do Litzmannstadt
DZIENNIK 2023
Zbigniew Mentzel Mieszanka firmowa
2/2023
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (redakcja, korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2023 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Ceny na rok 2023:
numer pojedynczy - 13 zł;
numer łączony 7/8 - 20 zł;
prenumerata półroczna - 75 zł;
prenumerata roczna - 150 zł.
Wpłaty na konto Instytutu Książki:
81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto:
PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
SWIFT CODE: GOSKPLPW
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską.
za pośrednictwem RUCH S.A.:
Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl,
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
WYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI"
są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi)
oraz nexto.pl (pdf) i e-kiosk.pl.
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.