Twórczość 2/22 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

7.00 zł
5.81 zł (5,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 2/2022

W POPRZEDNIM NUMERZE

Marek Czuku Autobusy i tramwaje; Wypalenie zawodowe; Czego nie mogę powiedzieć

Henryk Bardijewski Fakt jako taki; Nic nowego; Groza czasu przyszłego

Katarzyna Ewa Zdanowicz ?(tyle razy to widziałaś); ?(to miejsce w którym cię porzuciłam); drobiazg; ?(znam takich); Kinder niespodzianka; paper girl; ?(był ogień)

Natalia Szyszkowska Tłustym drukiem

Roman Wysogląd Latarka; Dom z powietrza

Maciej Melecki Uchył tropu; Nowy zaciąg piołunowego dna; Namuł

Adam Tomczyk Bunt w bibliotece

Adam Majewski Sześć tysięcy; Hipocentrum; Knockdown; Ugryzienie psa

Rafał Marszałek Przystanek

ARCHIWUM

Julian Tuwim List do Adama Tarna opracowała Magdalena Wasąg

Magdalena Wasąg Tuwim i Tarn w oparach absurdu. Konteksty nieznanego listu

Edward Boniecki Dekadent jako ostatni z rodu. Historia Marii Komornickiej vel Piotra Własta

Szymon Wróbel Ferdydurke albo porwanie

KSIĄŻKA MIESIĄCA

Wojciech Stanisławski Kosmos Czapskiego

[Piotr Mitzner Ludzie z nieludzkiej ziemi. Rosyjski krąg Józefa Czapskiego]

WŚRÓD KSIĄŻEK

Piotr Kępiński Niecały czas

[Maciej Melecki Trasa progu. Wybór wierszy (1995-2020]

Karol Płatek Zatroskane siostry, ostrożne matki, podejrzliwe ciotki

[Joanna Oparek mocne skóry białe płótna]

Magdalena Boczkowska Z mchu i paproci

[Dominika Słowik Samosiejki]

Bernadetta Darska Śmierć jako pretekst do rozmowy o życiu

[Angelika Kuźniak Soroczka]

Leszek Bugajski Krytyka jako powieść

[Tomasz Burek Pamięć głęboka]

Wojciech Sternak Multiokna, multilustra

[Jerzy Olek Nie tylko o fotografii]

Paulina Subocz-Białek, Ireneusz Staroń Jasne strony czteroksięgu

[ranek/mane. eseje - szkice - przyczynki krytyczne; południe/meridies. proza; wieczór/vespera. poezja; północ/media nox. zapiski z pamięci. antologia "toposu". Wybór i redakcja Krzysztof Kuczkowski]

Paweł Kozłowski O twórczości Marka Budzyńskiego - antropocentryczny panteizm

[Marek Budzyński Przekształcanie przestrzeni dla trwania życia]

NA WIDNOKRĘGU

Karol Wieczorek Zielonousty (Leonardo w pięciu odsłonach)

Jacek Antoni Zieliński Rozmowa umarłych

Rafał Sulikowski Et lux perpetua (rzecz o Stefanie Grabińskim 1887-1936)

Michał Piętniewicz W oczekiwaniu na Paruzję nie da się trwać nieustannie (o twórczość Stanisława Vincenza)

PRZEGLĄD ZAGRANICZNY

Agnieszka Kumor Francja

Grażyna Obrąpalska Stany Zjednoczone

NOTY

Paweł Majcherczyk W sprawie literackiej i prywatnej - intymizm u Choromańskiego

Ryszard Sawicki Tajemnica

Ignacy Kotkowski Człowiek-pies

Paweł Zawadzki Wielkie żarcie

KSIĄŻKI NADESŁANE

COKOLWIEK DALÉJ

Przemysław Dakowicz Po (tam)tej stronie

DZIENNIK 2022

Zbigniew Mentzel Stan krytyczny

Wacław HolewińskiCieniem będąc, cieniem zostałem(fragment powieści)

1

Otworzył oczy. Był zmęczony i nie wiedział, gdzie jest. Bolała go prawa noga. Gdzieś z oddali, jakby z innego pomieszczenia, doszedł czyjś głos. Mocny, stanowczy.

- Étranger? Parlez-vous français?

Jakim cudem mówiono do niego po francusku? Co się stało? Pomacał ręką dookoła. Leżał w łóżku? Dlaczego? Chciał się podnieść, ale natychmiast zebrało mu się na wymioty. Poczuł jak strużka śliny ścieka mu po brodzie. Zacisnął usta.

Pochyliła się nad nim młoda kobieta. Miała szeroki czepek.

- Proszę się nie ruszać - ona też mówiła po francusku. - Jest pan w szpitalu Salp?tri?re, miał pan wypadek. Zaraz przyjdzie do pana lekarz. Czy pan mnie zrozumiał?

- Oui. Dlaczego... - wychrypiał. Mieszał języki, same mu się mieszały. - Poczemu ja...?

Paryż. Słyszał o tym szpitalu. Gdzie? Kiedy, kto mu o nim opowiadał? Leczył tu jakiś Polak... Widział go na obrazie? Jakim obrazie, czyim? Bobiński? Babiński. Bo... Nie pamiętał. Obłąkani? Prostytutki? Zwariował? Trzeba stąd natychmiast uciekać. Wracać? Dokąd?

Mężczyzna, który musiał siedzieć na krześle gdzieś w tyle łóżka podniósł się. Był wysoki, pewnie wyższy od niego. Mocny zarost szpecił mu policzki.

- Jak się pan nazywa? - wciąż mówił do niego po francusku. - Kim pan jest? Gdzie jest pański paszport? Czy wie pan, który mamy rok?

Wiedział. Tysiąc dziewięćset dwudziesty ósmy. A może, może... Nie, nie był pewien. Niczego nie był pewien.

Dlaczego zadawał mu te pytania?

- Był pan w operze. Pamięta pan przedstawienie?

W operze? Nie. Dziś? Wczoraj? Lubił operę, ale tu, w Paryżu? Otello? Kto go tak zachwycił? De Muro? Był fantastyczny. Najlepszy tenor, jakiego słyszał. A przecież tylu ich... w Petersburgu, w Moskwie, Rzymie... Caruso w Teatrze Maryjskim. Co on śpiewał? Partię Lorisa w Fedorze? Powinien posłuchać tych za oceanem. Jak się nazywała ta aria de Muro? Esultate?

Próbował odpowiedzieć, ale nagle poczuł drżenie najpierw dolnej wargi, a chwilę potem całego ciała. Pielęgniarka zaczęła głośno krzyczeć. Zobaczył jeszcze, jak do pokoju wbiega lekarz, a zaraz po nim kolejny.

Był przytomny, wymiotował. Zachłysnął się. Złapali go pod ramiona, przekręcili na brzuch. Chciał krzyknąć, że za moment się zadławi. Z trudem łapał oddech, oczy o mało mu nie wyszły z orbit. Poczuł ukłucie, lekarz wbił mu igłę w ramię.

Ile to trwało? Minutę, pięć, kwadrans, całą wieczność? Leżał, oczy same mu się zamykały. Nie chciał spać, ale to było silniejsze od niego. A kiedy się przebudził, pamiętał sen. Nie, to nie był sen. Przecież tak było.

Odpływał z Odessy francuskim okrętem wojennym, stał na pokładzie, gdzieś w oddali słychać było działa. To musieli być bolszewicy. Podszedł do niego niskiej rangi oficer.

- Pochodzi pan z Odessy? - w jego głosie wyczuł jakiś rodzaj tęsknoty, a może ostatniego pożegnania.

Pokręcił głową. Bywał na Krymie wielokrotnie, ale z Odessą nic go, poza interesami i pałacem, w którym nie spędzał zbyt wielu dni, nie łączyło. Pałac był kaprysem, mógł sobie nań pozwolić nie z rozrzutności, a dla podkreślenia swojej pozycji. Nie miał nadziei, że zobaczy go jeszcze kiedykolwiek.

- Widział pan iluminację?

Przez chwilę musiał się zastanowić, o co pyta go marynarz. Zanim odpowiedział, przez chwilę patrzył na czarnogłowe mewy. Podrygiwały na falach, unosiły się i opadały, unosiły i opadały. Znał się na ptakach, to matka uczyła i jego, i rodzeństwo, odróżniać jedne gatunki od innych. Wyciągnął palec przed siebie, wskazał na mewy.

- Żywią się padliną, jak czerwoni... - przez chwilę milczał. - Pan pytał...

- O iluminację na teatrze.

Wiedział, że to neobarokowy teatr, jego budową kierował polski architekt. Bez trudu przypomniał sobie nazwisko. Feliks Gąsiorowski. I że kosztował ogromne pieniądze, na pewno więcej niż milion rubli.

- Widziałem.

- Wie pan, mój ojciec... - oficer zakaszlał, zakrył dłonią usta. - Mój ojciec, wiele lat temu, przywiózł ją z Ameryki. W całej Rosji nigdzie nie było czegoś takiego. Ustawiały się tłumy. Damy w pięknych sukniach, eleganccy panowie, przyjeżdżali książęta, hrabiowie. To była sensacja. A teraz? Tak to się kończy. Nikomu niepotrzebne piękno, sztuka.

Bardziej od iluminacji podziwiał popiersia Gogola i Puszkina na fasadzie tego pięknego gmachu.

Zastukała mu w głowie fraza z jakiegoś wiersza poety:

Октябрь уж наступил - уж роща отряхает

Последние листы с нагих своих ветвей;

Mały padlinożerca poderwał się z wody, usiadł na pokładzie torpedowca, obok potężnego działa. Przysiągłby, że ptak patrzy mu prosto w oczy. Potem otworzył szeroko dziób, jakby chciał mu coś powiedzieć. Wydał jednak z siebie tylko trwający kilka sekund skrzek. Potem odleciał.

Westchnął głęboko.

- Obudził się pan? Możemy porozmawiać?

To musiał być ten sam mężczyzna, który zadawał mu wcześniej pytania. Przesunął głowę w bok. Dalej był w szpitalu. Niczego z tego nie rozumiał.

- Kim pan jest? - odpowiedział po francusku. - Policjantem?

Francuz dosunął swoje krzesło bliżej jego twarzy.

- Komisarz Flemaren. Powierzono mi śledztwo w pańskiej sprawie.

- A jest jakaś moja sprawa? - Poczuł, że ta odpowiedź niezbyt spodobała się policjantowi.

- Był pan w Operze. Przedwczoraj.

Minęły dwa dni? Jak to możliwe? Zniknęły mu z życia. Był nieprzytomny? Spał? Co się z nim działo?

- To zakazane?

- W żadnym wypadku. Ale...

Mężczyzna miał na sobie inne ubranie niż wcześniej. Musiał więc wychodzić z tej sali. Separatki? Więziennej izolatki?

- Ale...?

- Ale tutaj, we Francji, nie przepadamy, gdy ktoś próbuje dokonać zamachu...

- Zamachu?

- Pan jest Rosjaninem, prawda?

Pokręcił głową. Jeszcze kilka lat temu musiałby na tak postawione pytanie odpowiedzieć, że jest carskim poddanym.

- Jestem Polakiem. Na kogo chciałem dokonać zamachu?

Flamaren roześmiał się.

- Z wami, Polakami, zawsze jest kłopot. Kiedyś, pański rodak, próbował tu, w Paryżu, zastrzelić cara. Jak on się nazywał?

Mógłby odpowiedzieć, że nie wie, że nie pamięta, że nie było go wówczas na świecie. Ale przecież wiedział i pamiętał.

- Aleksander Berezowski.

- A, tak, tak. Berezowski.

To nazwisko w ustach komisarza, nawet gdy powtarzał je po nim, brzmiało zdecydowanie inaczej.

Przez chwilę milczeli.

- Szczęśliwie to nie pan chciał zabić. To pana próbowano odesłać na tamten świat. - Flamaren musiał chyba dostrzec na jego twarzy zdziwienie. - Jest pan kimś ważnym, ma pan wrogów?

- Kto ich nie ma? - odpowiedział pytaniem na pytanie.

Komisarz uśmiechnął się i kiwnął głową.

- Ale nie na wszystkich polują, zwłaszcza w taki sposób.

- Zdradzi mi pan szczegóły?

- Oczywiście, ale najpierw pańskie nazwisko, panie... Nie nosi pan przy sobie paszportu?

Mógł wymyślić jakieś fikcyjne dane, a potem, jutro, pojutrze, zniknąć z tego szpitala, rozpłynąć się. Parę razy w życiu miał na to ochotę, parę razy tak się zachował. Ale tym razem? Po co?

- Karol Jaroszyński, jestem, o to pan nie pytał, jak by to wytłumaczyć, finansistą. Mam apartament w Ritzu. Możecie sprawdzić.

Flameren gwizdnął z podziwu.

- No tak, tak. Mogłem się tego spodziewać. Pański ubiór, loża. Ktoś panu towarzyszył w operze?

Nie był sam. Ale czy powinien zdradzać jej nazwisko? Jeśli nie przyjechała z nim do szpitala, znaczy... Kim była? A może...

- Miał mi pan... Ten, który chciał mnie zabić, to...?

- Tak, tak, jakiś mężczyzna, do tej pory nie został ujęty, ranił pana w piszczel prawej nogi.

- Strzelał?

Komisarz pokręcił głową.

- To jest najdziwniejsze, ranił pana... igłą.

- Igłą?

- Precyzyjnie mówiąc, ta igła była zakończeniem laski. I była zatruta. Powinien pan dać na mszę, lekarze mówią, że miał pan ogromne szczęście. Albo, to też możliwe, zabójca, albo zabójcy, spartaczyli swoją robotę.

Jak przez mgłę zobaczył czyjąś twarz, tam na schodach. Amelia opierała dłoń na jego ramieniu. Ten wysoki, dobrze ubrany mężczyzna, nigdy go wcześniej nie widział, coś do niego powiedział. Próbował się skupić, przypomnieć te słowa. Na pewno po rosyjsku. To było jakieś przekleństwo, groźba.

- Praklataja sabaka - mruknął niezbyt głośno.

Policjant wyciągnął głowę w jego stronę.

- Nie znam polskiego, może pan mówić po francusku?

Jaroszyński oparł się na łokciach i podciągnął do góry. Teraz jego wzrok obejmował całą sylwetkę Flamarena. Zobaczył nawet jego znoszone kamasze. Pomyślał, że tamten pewnie nie zarabia zbyt dużo. Mógł też wydawać pieniądze na inne przyjemności. Kobiety? Hazard? Dlaczego właśnie to przyszło mu do głowy? Tak, znał odpowiedź, ale przecież nie każdy miał identyczne, jak on, upodobania. Miał... Czas przeszły... Lata temu, przynajmniej jeśli chodzi o ruletkę.

- To był Rosjanin - oznajmił z tą ogromną pewnością siebie, jaka przed laty powodowała, że nawet na carskim dworze przyjmowano jego słowa za coś, co nie podlega dyskusji.

- Jest pan pewien? Rosjanin? Emigrant? - Flamaren najwyraźniej uznał, że ranny wie więcej, niż chciałby powiedzieć. - Miał pan z nim jakieś porachunki?

Jak mu miał powiedzieć, że porachunki miał z nim cały porządek świata. Tamci, na wschodzie i ci tutaj. Dla wielu był nadzieją, dla innych trudną do zwalczenia przeszkodą. Denikin, Judenicz, Wrangel, Lenin z tym drugim, Trockim... I ten Polak, jakże mu? Miał pamięć do nazwisk, grzebał przez chwilę w pamięci, przerzucał litery alfabetu, aż znalazł. Dzierżyński. Każdy z nich czegoś oczekiwał. A może... Przecież tego nie mógł wykluczyć, Anglicy?

- Mówił po rosyjsku. Powiedział pan, igła z trucizną. W jaki sposób...?

- Uratowano pańskie życie? - Chyba nie do końca chciał usłyszeć odpowiedź, oczy znów mu się zamykały. Był zmęczony, chciało mu się pić. - Kiedy pan upadł...

Jak przez mgłę usłyszał, że jakiś lekarz, jak on, widz w operze, coś mu podał, wlał do ust, że błyskawicznie go przetransportowano do szpitala, że płukali mu żołądek, puszczali krew, coś jeszcze, tego już nie zrozumiał.

- Boire... l'eau...1

Ile to trwało? Dlaczego mu żałują wody? Rozrywało mu żołądek, paliło od środka. Pożar.

Ktoś się wreszcie ulitował. Przełykał. Nie, to nie była woda. Ale to bez znaczenia. Ten kwaśny smak. Całkiem... Umiera? Może powinien się modlić? Na głos?

- Jeszcze masz czas...

Znał ten głos. Znał, ale nie był pewien. Tak, to mogła być matka. Albo któraś z sióstr. Anna? Nie, może Maria? Albo ta trzecia, Julia. To ją kochał najbardziej. Może dlatego, że nie znalazła męża, który byłby jej godzien? Była podobna do niego.

Zacisnął dłonie. Ten Rosjanin. Gdzieś, kiedyś go już widział. Nie miał siły...

Magdalena SaganiakPolityczność jako autonomia jednostki

Andrzej Waśko: Literatura i polityczność. Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2020. Str. 488.

1. W swoim czasie Roman Ingarden, najsłynniejszy spośród polskich filozofów i teoretyków literatury, zaproponował czytanie dzieła literackiego w jednej z dwu postaw: naukowej lub estetycznej. Pierwsza z nich miała polegać na oczyszczeniu się badacza z subiektywnych odczuć i przeżyć, w celu rekonstrukcji danego wszystkim czytelnikom schematu dzieła, ascetycznie ujętego, rozważanego bez wypełniania tzw. miejsc niedookreślenia. To ujęcie, skierowane przeciwko psychologizmowi, miało gwarantować intersubiektywność - jako podstawę naukowości. Druga możliwa do zajęcia postawa, estetyczna, nakłaniała do ujęcia tekstu w blasku i w pełni czytelniczej konkretyzacji, czyli do wypełniania miejsc niedookreślenia własnym doświadczeniem czytelnika, uruchamianym w każdej lekturze od nowa, dającym tekstowi wciąż nową interpretację. Ta druga postawa, gwarantująca przyjemność z obcowania z dziełem i angażująca czytelnika emocjonalnie, miała jednakowoż poważną wadę: przenosiła tekst w sferę własnego niepowtarzalnego doświadczenia estetycznego. Dlatego uprawianie nauki o literaturze - w propozycji Ingardena - wymagało pewnych wyrzeczeń. Zajmując postawę naukową, czytelnik wyzbywał się tego, co w nim subiektywne - i - dodajmy - tego, co w nim historyczne i zaangażowane, dzięki czemu wchodził do sfery zaprojektowanej ahistorycznie intersubiektywności. Jak widzimy, Ingardena bardziej obchodziła abstrakcyjnie ujmowana istota dzieła literackiego niż historia literatury, czyli potencjalny udział tekstu w historii danego społeczeństwa. Ingarden doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że każdy tekst literacki był i będzie różnie odczytywany, że zależy to od czynnika, który określał jako "atmosfera kulturalna" danej epoki, choć wiedział, że to właśnie "atmosfera kulturalna" wyznacza główne kierunki konkretyzacji, nie wnikał w zawiłe przyczyny zmienności i zróżnicowania aury, wyznaczającej funkcjonowanie tekstu literackiego.

2. Nie będziemy dalej rozważać zalet i wad tak obmyślonej nauki o literaturze. Koncepcja Ingardena, która ma tę przynajmniej zaletę, że wprowadza jasność i precyzję do sfery odbioru dzieła literackiego, została przywołana po to, by ukazać odrębność tego rodzaju myślenia od postawy badawczej historyków literatury, do których należy Andrzej Waśko.

Sam autor wiąże obrany przez siebie sposób uprawiania historii literatury z politycznością (Das Politische). Oczywiście, polityczność przywoływana przez Andrzeja Waśkę ma bardzo niewiele wspólnego z przynależnością do jakiegoś stronnictwa, partii, z głosowaniem na tego czy innego kandydata, a nawet z posiadaniem "poglądów politycznych" czy to przez pisarza, czy to przez jego czytelników. Rozumiana jest o wiele szerzej:

Polityczność (Das Politische) posiada więc dla nas znaczenie obejmujące całe pole semantyczne, które zakreślili twórcy tego pojęcia: Max Weber, Carl Schmitt, Giovanni Sartori i Hannah Arendt. [...] Literatura piękna nie tylko funkcjonuje w kontekście życia politycznego, ale i we właściwy sobie sposób, za pośrednictwem różnych form artystycznych przedstawia, komentuje i ocenia swoisty fenomen działania politycznego. [...] W kontekście politycznym literatury mieszczą się też różnorodne idee, zachowania i sytuacje historyczne, także i takie, których związek z politycznością jest nietypowy i akcydentalny. Przy próbie "politologicznego" spojrzenia na literaturę należałoby więc oddzielać postawy, zachowania i konflikty polityczne od postaw, zachowań i konfliktów moralnych, społecznych i religijnych. Tymczasem w analizach literackich najczęściej miesza się te sprawy, dlatego zresztą, że ścisłe ich oddzielenie nie jest do końca możliwe. Toteż "polityczność" literatury z reguły wyczuwana jest intuicyjnie i raczej wskazywana niż definiowana. (s. 16-18).

Dalej Andrzej Waśko przywołuje rozróżnienie, według którego istnieją trzy główne modele polityczności w literaturze polskiej: klasyczny (pojawiający się zwłaszcza w satyrze, bajce i dramacie), romantyczny (w literaturze polskiej związany z ideologią narodową i przywództwem wieszczów) oraz realistyczny (reprezentowany przez dziewiętnastowieczną i dwudziestowieczną powieść polityczną).

Jednak, jak to często się zdarza, gdy analizy zjawisk podejmuje się osoba o wybitnych umiejętnościach analitycznych, jej wyniki przekraczają zakreślone ramy pojęciowe. Myślenie Andrzeja Waśki kieruje się ku sprawom głębiej osadzonym i bardziej dla polskiej kultury specyficznym.

Szereg analiz, zamieszczonych w Literaturze i polityczności, pokazuje, że historia kultury polskiej (i nie tylko polskiej) zawiera w sobie jako swój immanentny składnik specyficzny projekt funkcjonowania literatury, utrwalony w tradycji naszego życia społecznego, choć współcześnie często zapoznany. Myślenie o literaturze jako podstawie społecznej praxis i zarzewiu czynu występowało już w dawnej Rzeczpospolitej. Za swoisty symbol tego stanu Andrzej Waśko uznaje pierwszy polski dramat, to jest Odprawę posłów greckich, która jest właśnie dramatem politycznym, to jest dramatem ludzi podejmujących odpowiedzialność za przyszłe wypadki historyczne. Rys polityczny - w tym szerokim znaczeniu - charakteryzował oświeceniową satyrę i bajkę, co podkreśla przywoływany model klasyczny, ale także - w zupełnie inny sposób - pojawił się w literaturze barskiej (Religia i polityka w literaturze barskiej). Analizy Andrzeja Waśki osadzają te konfederackie druki polityczne, dewocyjne i pieśni we właściwym kontekście historycznym, w którym łączą się ze sobą realizm polityczny, patos religijny i patriotyczne poświęcenie, tworząc szczególny, nierozerwalny splot politycznego sacrumprofanum. Do romantyzmu myślenie polityczne zostało włączone przede wszystkim przez Mickiewicza w jego idei słowa-czynu, której jednak nie da się sprowadzić do narzucenia całemu społeczeństwu roli wieszcza. Wręcz przeciwnie, III część Dziadów wykazuje ambiwalencję moralną Konradowego konceptu "rządu dusz", zakwestionowanego autorskim gestem Mickiewicza, który ukazał Konrada jako podlegającego wpływowi złego ducha (O romantycznej idei rządu dusz). W rozdziale Dramat i polityczność. Przypadek Słowackiego, w którym obok Kordiana, BalladynyLilli Wenedy Andrzej Waśko interpretuje rzadko przywoływany wczesny dramat Mindowe, z całą mocą pojawia się dylemat moralnej legitymizacji władzy oraz opozycji życia prywatnego i życia społecznego. Szczególną pozycję w tym kręgu analiz zajmuje artykuł Romantyzm polityczny Adama Mickiewicza, będący - jak można się domyślić - próbą zbadania źródeł i form ugruntowanego w kulturze polskiej specyficznego myślenia o historii. Niepowtarzalny polski projekt romantyzmu politycznego, inaczej niż u Carla Schmitta w jego Politische Romantik (1919), nie polega na subiektywno-estetycznym, biernym nastawieniu wobec rzeczywistości, ale na aktywnym działaniu w sferze społecznej, która przez Mickiewicza była pojmowana jako dziedzina działania moralnego. W sferze ponadnarodowej mógł się w niej pojawić jako przewodnik naród polski. W artykule Czy Mickiewicz był fałszywym prorokiem? Andrzej Waśko podejmuje - jedyną w tej książce - otwartą polemikę z nowoczesnymi odbrązawiaczami kultury romantycznej: tzw. salonem warszawskim, Janem Walcem (jako autorem wydanych w 1991 i 1992 roku książek o Mickiewiczu: Architekt arki oraz Wielka choroba), Marcinem Królem (jako autorem Podróży romantycznej) i Rafałem Ziemkiewiczem. Dokonywanej przez tych publicystów deprecjacji kultury romantycznej Andrzej Waśko przeciwstawia myśl Stanisława Pigonia, wyrażoną w 1930 roku w artykule O bronzach, bronzownikach i bronzoburcy wobec analogicznych wystąpień Jana Nepomucena Millera i znacznie od niego słynniejszego Tadeusza Boya-Żeleńskiego: "Nie rewizja jest sprawą istotną i nie łatwe przekąsy wobec dziedzictwa kulturalnego - ale koncepcja nowa, twórcza koncepcja, która sama przez się uchyla przeżyte, "spleśniałe kory pojęć"".

Najwięcej miejsca zajmują trzy szkice poświęcone historiozoficznej refleksji Zygmunta Krasińskiego, za Stanisławem Tarnowskim nazwanego "mistrzem myślenia o Polsce i Europie", w którym poglądy Krasińskiego ukazują się w tak lubianym przez autora Nie-Boskiej komedii ujęciu dialektycznym: w polemice z Kajetanem Koźmianem i Julianem Klaczką oraz w krytycznym ujęciu Stanisława Tarnowskiego, który Krasińskiego podziwiał, ale też pozostawał wobec niektórych jego poglądów krytyczny.

Specjalne miejsce wśród tych analiz zajmuje artykuł "Miłość do mocy" w twórczości i legendzie Józefa Piłsudskiego, w którym autor ukazuje Piłsudskiego jako twórcę legionów, jednego z architektów niepodległości, naczelnika państwa i autora koncepcji wychowawczych, czerpiącego inspirację nie tylko z literatury romantycznej, lecz także z młodopolskich koncepcji mocy, pozwalających przezwyciężyć "inteligencki sentymentalizm", wyznawanych także we wczesnej twórczości Leopolda Staffa, Tadeusza Micińskiego i Stefana Żeromskiego. Wkroczywszy w wiek XX, Andrzej Waśko przywołuje, bez pretensji do opisu całego pola zjawisk, wybrane dokonania krytyczne i artystyczne Henryka Sienkiewicza, Stefana Żeromskiego, Juliusza Kadena-Bandrowskiego, Zbigniewa Herberta i Bronisława Wildsteina, poświęcając wiele uwagi literaturze jako sposobowi przekształcania pamięci historycznej.

 2/2022

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Antoni Winch (proza).

SEKRETARIAT:

Małgorzata Brodacka

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2022 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

Przemysław DakowiczIwaszkiewicz w "czerwonej" Łodzi

Wiersz przepisuję z pierwszego tomu Dzieł Jarosława Iwaszkiewicza, opublikowanego przez Spółdzielnię Wydawniczą "Czytelnik" w roku 1958. Nosi tytuł Zamieć w Łodzi i - poświadcza to sygnatura temporalna umieszczona pod tekstem - powstał 3 marca 1945 roku: "Jak kiedy czasem kto pastel zetrze / Biało zatarte jest miasto całe - / I w takim śniegu i w takim wietrze / Trzepią się barwy czerwono-białe... // A ponad śniegiem drżą błyskawice! / Z bijącym sercem człowiek wychodzi / Powitać dawno znane ulice, / Czerwone flagi w śnieżystej Łodzi!".

Wojna wciąż trwała, lecz front przetoczył się już na zachód. Przed kilkoma tygodniami, 19 stycznia, żołnierze I Armii WP uroczyście przeszli Alejami Jerozolimskimi. Z trybuny honorowej warszawską defiladę oglądali marszałek Żukow oraz komunistyczni notable, m.in. Bierut, Gomułka, Rola-Żymierski i Spychalski. Jeremi Przybora nazwał ją "paradą wyzwolicieli, którzy już nikogo nie wyzwolili" i uznał za "upiorne" widowisko odgrywane na "cmentarzysku". Tego samego dnia oddziały polskie i sowieckie weszły do Łodzi, miasta, które w pierwszych latach po wojnie miało się stać nieformalną stolicą państwa. Na czarno-białym filmie widać czołgi przejeżdżające przez plac Wolności i ludność radośnie machającą do żołnierzy. W zaaranżowanej scenie z jakiegoś budynku wychodzą mężczyźni z flagami. Proporcje: jedna biało-czerwona, dwie czerwone.

"Dominantą kolorystyczną i ideologiczną Łodzi jest [tu] czerwień" - pisze Radosław Romaniuk, odnosząc się do porównania z zakresu sztuk plastycznych, które legło u podstaw Iwaszkiewiczowskiego wiersza. Na początku marca miasto wciąż musiało być obwieszone flagami. Ale które z nich przeważały - polskie czy sowieckie? I czy pisząc owe dwie czterowersowe strofy, Iwaszkiewicz składał deklarację polityczną? Czy na dwa miesiące przed zdobyciem Berlina przez Rosjan i ostateczną kapitulacją III Rzeszy (czego ikonograficznym symbolem stanie się zdjęcie krasnoarmiejców zatykających sztandar z sierpem i młotem na dachu Reichstagu) mogło mu zależeć na ideologicznej jednoznaczności? Czy właśnie tak należy interpretować słowa o "witaniu czerwonych flag" w "śnieżystej Łodzi"?

Miasto, które autor Oktostychów ujrzał w marcu 1945, znacznie różniło się od Łodzi z roku 1911. Wtedy był tu po raz pierwszy - przywędrował z podłódzkiego majątku Byszewy wraz ze Stefanem Pomarańskim i jednym z braci Świerczyńskich. Miasto dymiło setkami kominów, od farbiarń płynęły rynsztokami wielobarwne potoki; ulice, place, a nawet liście przydrożnych drzew były szare lub czarne, na wszystkim osiadał pył węglowy. W 1945 czerń zastąpiona została śnieżną bielą. Dojeżdżało się do stacji Łódź Kaliska, a do centrum szło piechotą. W ogromnej kamienicy przy Bandurskiego 8 ulokowano pierwszy z dwóch łódzkich "domów literata".

W Podróżach do Polski Iwaszkiewicz pisze, że do Łodzi przyjechał "zaraz w lutym", ale najwcześniejsze prasowe ślady jego bytności w mieście, które jeszcze niedawno nosiło niemiecką nazwę Litzmannstadt, pochodzą z kolejnego miesiąca. W niedzielę 11 marca wziął udział w poranku literackim w Teatrze Wojska Polskiego, o czym donosił "Robotnik". 22 marca jego wypowiedź o "nowej rzeczywistości" została wydrukowana w redagowanej przez Borejszę "Rzeczpospolitej", obok głosów Jastruna, Nałkowskiej i Gojawiczyńskiej. Można ją interpretować jako świadectwo wewnętrznej rozterki pisarza, który nie chce się angażować w komunistyczną "rewolucję łagodną", lecz zarazem dostrzega nieuchronność zmian. Rozumie, że również on będzie musiał podjąć "trudną pracę stawiania - i rozwiązywania - zagadnień, jakie nasuwać będą przemiany społeczne i polityczne, notowania [...] tego, co [...] drzemie w masach". Wypowiada się jednak w obronie "indywidualnej wartości pisarza", podkreślając, że "społeczeństwo" nie powinno "stawiać mu wymagań, które nie odpowiadają charakterystycznym cechom jego osobowości".

Wiersz o flagach i zimie był pierwszym tekstem Iwaszkiewicza wydrukowanym w łódzkiej prasie. U jego źródeł tkwi emocja wywołana widokiem miasta wolnego od niemieckiej okupacji. Idąc Piotrkowską, poeta dokonywał zapewne obrachunków i podsumowań. Wśród śnieżnej zadymki na ekranie pamięci wyświetlały się twarze tych, którzy nie doczekali końca wojny: Włodzimierza Pietrzaka, Krzysztofa Baczyńskiego, Juliusza Krzyżewskiego, Tadeusza Gajcego, Zdzisława Stroińskiego i tylu, tylu innych (nie wiedział, że do listy zmarłych powinien dopisać dwóch spośród braci Świerczyńskich, zamordowanych przez NKWD w masakrze katyńskiej). Myślał o niepojętej tragedii przyjaciół Żydów, dręczonych i zabijanych w warszawskim getcie, wywożonych do obozu śmierci w Treblince (również o sąsiadce Ludmile Gajewskiej, zastrzelonej przez gestapowców w lasku obok stawiskowskiego dworu). Na łódzkim bruku nie mógł nie wspomnieć Tuwima i pozostałych skamandrytów-emigrantów. Przede wszystkim jednak zachłystywał się tym, co z perspektywy nocy okupacyjnej jawić się mogło jako wolność...

Nie wiadomo, w jaki sposób sowieckie sztandary trafiły do książkowej wersji Zamieci w Łodzi. Wygląda na to, że sam autor postanowił uczynić treść utworu łatwiej strawną dla poodwilżowego cenzora, regulując przy okazji rytm ostatniego wersu. W pierwodruku ("Rzeczpospolita" 1945, nr 59, s. 3) nie ma czerwonych flag (ani żadnych innych śladów po bolesnych kompromisach z "nową rzeczywistością"):

Jak kiedy czasem kto pastel zetrze,

Biało zatarte jest miasto całe, -

I w takim śniegu, i w takim wietrze

Trzepią się barwy czerwono-białe...

A ponad śniegiem drżą błyskawice! -

Z bijącym sercem człowiek wychodzi

Powitać znane dawno ulice,

Powitać flagi w nowej Łodzi.

Andrzej Franaszek"Inne życie". O trudnej przyjaźni Czesława Miłosza i Jarosława Iwaszkiewicza

Dla Agnieszki i Roberta PapieskichZnalazłem w starych papierach wiersz Miłosza Sicilia sive Insula Mirandae [...]. Cały dzień czułem się omyty tym wierszem, tak jakbym z samego rana zażył kąpieli w wannie zarzuconej fiołkami. Cóż to za poeta wspaniały, którego czaru zdefiniować niepodobna, jeden z największych poetów naszego zmaltretowanego świata.    Jarosław Iwaszkiewicz1 Nie zdradziłem poezji Jarosława.    Czesław Miłosz2

Ostatniego dnia listopada 1930 roku Czesław Miłosz wysłał z Wilna do starszego od siebie o siedemnaście lat Jarosława Iwaszkiewicza pełen emocji list. Zaczynał od konwencjonalnej formułki "Szanowny Panie", by w następnej linijce rzucić się na głęboką wodę wyznań:

Uwielbiam Pana. Każdy wiersz Pana jest dla mnie objawieniem. Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o ocenę moich utworów. [...] Niech Pan powie, Pan jest dla mnie najdroższym przyjacielem i mistrzem. Zdanie Pana będę uważał za rozstrzygające o tym, czy mam nadal traktować poważnie swoją pracę literacką. Jestem studentem wydziału prawa (na II roku), mam lat 19, pochodzę z Litwy - tyle informacji o sobie.

Oskar Miłosz, którego misterium Miguel Ma?ara jest w przekładzie Br. Ostrowskiej, jest moim krewnym. Pan rozumie, że to podsyca hilaryczne marzenia we mnie.

Rzadko przychodzi stan ekstatyczny. Przeważnie piszę na zimno i to mnie bardzo męczy. Nie mam oddechu i pozostaje mi tylko korzyć się przed napięciem Dionizyj.

Z wierszy, które posyłam, KompozycjaPodróż będą drukowane wkrótce w "Alma Mater Vilnensis". Ale to wszystko głupstwo i póki Pan nie wyda swojej oceny, nic nie wiem o swoich tworach3.

Przed podpisem dodał jeszcze: "zawsze Pana kochający"...

Sporo można wyczytać z tych parunastu linijek. Stan duszy rodzącego się, niepewnego siebie, zagubionego, a zarazem oczywiście trawionego ambicją poety. Jego zwątpienia i nadzieje, a może też zaczątek strategii, na poły świadome szukanie sposobu wyrwania się z prowincjonalnej anonimowości. Osamotnienie, każące szukać mistrza, powiernika, przyjaciela, z którym połączyłoby go intymne pokrewieństwo, wspólnota artystycznego daru. Desperację, przełamującą nieśmiałość i zmuszającą do odsłonięcia się przed człowiekiem, który o nadawcy listu nigdy dotychczas nie słyszał. Potrzebę zrozumienia, kim jest, zbudowania własnej genealogii, choćby chwilowego, ale jednak nobilitowania się poprzez napomknienie o zaszczytnych rodzinnych koneksjach. Dobrą orientację w twórczości adresata, pozwalającą odwołać się i do zbioru Dionizje, i do powieści Hilary, syn buchaltera. Zresztą także późniejsze listy Miłosza pełne będą aluzji do twórczości autora Brzeziny, po pół wieku zaś Miłosz wspomni jeszcze w Roku myśliwego: "tomiki Iwaszkiewicza, ich szarawy, ale w dobrym gatunku papier, ich chropowate okładki, były dla mnie nie książkami, ale przedmiotami kultu".

Dodajmy jeszcze, że KompozycjaPodróż, wiersze, które rzeczywiście stały się Miłoszowym debiutem, pełne metafizycznego zwątpienia zawartego choćby w słowach "pustka nad nami króluje"4, mogą być, wraz z anonsującym je listem do Iwaszkiewicza, początkiem opowieści o duchowej wędrówce Miłosza, swój kres znajdującej ostatecznie w próbach utwierdzenia wiary.

Cierń w dłoni

Po raz pierwszy tę stronę pełną wyznań i zaklęć oraz następujące po niej kolejne listy Miłosza zobaczyłem przed bodaj piętnastu laty w warszawskiej Bibliotece Instytutu Badań Literackich, obracając skrzypiące rolki i wpatrując się w ekran czytnika mikrofilmów. Odcyfrowywałem słowa z wypiekami na policzkach, podobnie zresztą jak wtedy, gdy dane mi było poznać listy wymieniane przez Miłosza i Herberta. Korespondencja z autorem Pana Cogito odsłaniała nieznane wtedy oblicze relacji łączącej dwóch poetów, historię przyjaźni, w połowie lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia prawie całkowicie przesłoniętą przez koszmar ataków Herberta, przez paszkwil o tytule Chodasiewicz5. Korespondencja z Iwaszkiewiczem pokazywała Miłosza rozpoczynającego świadome życie intelektualne i artystyczne, mało jeszcze przypominającego autora tysięcy zapisanych stronic, jednego z najwspanialszych polskich poetów, noblistę. Tego Miłosza, którego znałem z Krakowa przełomu stuleci: człowieka mocnego jak dąb, swe cierpienia - później miałem to zrozumieć - skrywającego, już bardzo rzadko przypuszczającego innych do komitywy i raczej nie wyznającego - jak jego młodsze o długie dekady wcielenie - że "oschłość i sztuczność to choroba ludzi zanadto czułych" (list z września 1935 roku).

Namawiałem wtedy zaprzyjaźnionego wydawcę, by opublikował listy z archiwum Iwaszkiewicza w postaci książki, tom taki rzeczywiście się ukazał, choć w nieco innym czasie i w innej oficynie6. Dziś zaś wracam do tamtej lektury, sam też już nieco inny, by lepiej zrozumieć fascynujący krajobraz powiązań, które łączyły największych według mnie polskich pisarzy drugiej połowy XX wieku: Miłosza, Iwaszkiewicza, Herberta, Różewicza. Sploty, w których intelektualne batalie spotykają się z przekraczającą konflikty przyjaźnią, poczuciem braterstwa, ale też z nieufnością, zawiścią, ze zranioną miłością własną. Frapują mnie przemiany losów, choćby obserwowanie, jak dionizyjski i artystowski autor Oktostychów przemienia się w oficjalnego reprezentanta polskiej kultury, a po części także komunistycznego państwa, co Miłosz przedstawiał w Traktacie poetyckim: "Z barwnych kamieni składał gospodarstwo / Publicznym sprawom obcy Iwaszkiewicz, / Mówca późniejszy, tudzież obywatel / Pod naciskami twardej konieczności" (WW 414 i następne). Przyglądanie się temu pejzażowi przypomina, że z innymi ludźmi łączy nas coś innego niż wspólnota - zmieniających się przecież - poglądów, raczej trudniejsze do racjonalnej oceny pokrewieństwo charakterów, i że więź ta potrafi być zaskakująco mocna. Jak z dystansu lat autor Brzeziny wspominał pierwszy list i pierwsze spotkanie z Miłoszem na Stawisku: "tak się zaczęła przyjaźń, ta korespondencja i to obopólne rozczarowanie, tak się zaczął ten bolesny stosunek, który do dziś dnia cierniem tkwi jeżeli nie w sercu moim, to w dłoni"7.

List do Rajmunda Kalickiego Fryderyk Hunia

Szanowny Panie Redaktorze,

Drogi Panie Rajmundzie,

wiele razy zabierałem się do pisania listu do Pana, ale za każdym razem opadały mnie wątpliwości, czy aby mam prawo naprzykrzać się Panu ze swoimi sprawami. Tym razem ośmielam się jednak napisać do Pana, powodowany w dużej mierze ciekawością (obrzydliwe słowo), co u Pana słychać przede wszystkim, czy zdrowie "wcale". Jak sobie Pan radzi w tej covidowej biedzie?

Wracam często do ostatniej Pana książki [Dziennik podróży na Ocolorę - medytacje], w której niesłychane mnóstwo niezwykle pożywnych intelektualnie i duchowo refleksji. Pański mądry sceptycyzm (także w stosunku do języka) bardzo mi odpowiada także dlatego, że jest otwarty na Nieznane ("Trzecie").

Nie wiem, może już to mówiłem Panu, Pańskie filozofowanie tym różni się od filozofowania profesorów filozofii, że jest autentyczne. To znaczy, Pan żyje na co dzień problemami filozoficznymi. One towarzyszą Panu we wszystkich codziennych zajęciach - jak basso continuo. Takie ich traktowanie przywołuje na myśl zenistyczne koany, o których mówi się, że trzeba je gryźć tak długo, aż ząb, którym się je gryzie, sam wypadnie.

Takim koanem jest dla mnie jest Pańskie "wielkie stwierdzenie" (sanskr. maharakya) nec unumnec nullum. Czy Pańskie poszukiwanie tertium jest poszukiwaniem "złotego środka", którego osiągnięcie było celem zarówno Arystotelesa, jak i Buddy? Byłoby więc owym "środkiem", który pozostaje w ekwidystansie do obu tych skrajności unum i nullum? W sziwaizmie kaszmirskim istnieje medytacja nad "środkiem" (madhya), o której jeden z komentatorów pisze: "Przez rozwinięcie środka osiąga się błogość świadomości".

Na tę Pańską "wielką formułę" można także spojrzeć jak na propozycję wyjścia poza Wschód (siunyata) i Zachód (pleroma) i łącząc ze sobą te dwie duchowe hemisfery, pomarzyć o ich syntezie - nowej, całościowej wizji rzeczywistości. Nie wystarczy już bowiem paradygmat ani transcendencji, ani immanencji - traktowane oddzielnie. To "trzecie" musi być więc tym, co wykracza zarówno poza dualizm, jak i monizm. Rzeczone dwa projekty (zachodni i wschodni) nie są w stanie (w pojedynkę) sprostać wyzwaniom, przed jakimi stanęła dziś ludzkość. Według zachodniego projektu doskonałość polega na tym, by być całkowicie, "doskonale" (perfectum), aż do ostateczności, bogatym. Ta doskonałość jest symbolizowana przez doskonałą, skończoną kulę. Idea ta ciągnie się od wizji Starego Testamentu, przez symbol góry, aż do nauki o pełni Chrystusa św. Pawła. W Indiach idea doskonałości jest symbolizowana przez punkt, który nie ma żadnych wymiarów, a więc jest nieskończony. Doskonałość nie polega tu na pełni istnienia, nie na stawaniu się tym, co (jeszcze) nie istnieje, lecz na przestawaniu być tym, czym się (jeszcze) jest. Doskonałość polega więc na opróżnieniu (ogołoceniu). Dominująca jest tu idea pustki, wu, nie-myślenia (wu-hsia). To, co pożywne i wzniosłe, znajduje się tu w prostocie, uproszczeniu, "wyzbyciu się".

Można jeszcze spojrzeć na Pańskie nec nec jak na coś, co po prostu trafnie opisuje status ontologiczny ludzkiej egzystencji (i całego stworzonego bytu) w tej "krainie niepodobieństwa". Już samo słowo existentia jest wymowne. U Eckharta czytamy: hoc enim ipsum nomen existetnia quasiextrastancia indicat, "właśnie to słowo existentia oznacza coś takiego jak wystawanie". Dla Ryszarda od św. Wiktora existere oznacza exaliquo esse habere, "mieć byt od kogoś innego".

Rzeczywiście, nasze życie jest rozpięte miedzy nec unumnec nullum. Średniowieczni pisarze chrześcijańscy mieli jasną świadomość, że człowiek nie jest ani bogiem, ani nicością; ani aniołem, ani demonem; ani niebem, ani ziemią. Jest on medium saeculum, środkowym wiekiem, istotą średniowieczną. Zamieszkuje tym samym sferę pośrednią (gr. metaxu, sanskr. antariksa) - inter Deumet nihil (jak to ujął Mikołaj z Kuzy).

Wracając do Pańskiej formuły, czy nie można by przyjąć jej bardziej dynamicznej wersji, to znaczy założyć, że to wszystko, cała odyseja bytu, znajduje się w drodze do Pełni? Że to nullum jest rezerwuarem nieskończonych możliwości, jak pustka kwantowa, która jest pełna potencji materii. Dla buddyzmu zen to właśnie pustka jest owym "środkiem" między bytem i niebytem, czymś, co transcenduje i przezwycięża oba te ekstrema. Z punktu widzenia pustki (choć nie jest ona żadnym punktem widzenia) nie jest właściwe ani stwierdzenie, że rzeczy istnieją, ani stwierdzenie, że one nie istnieją. Czy bez idei Absolutu (rozumianego osobowo, jak i nieosobowo) można zrozumieć to nasze dojmujace odczucie niepełni - owo towarzyszące naszej egzystencji uczucie niezadowolenia z istniejacego status quo? Skąd w pustce to niezadowolenie, które sprawia, że szuka ona "niemożliwej sytości"? Czy da się człowieka uleczyć z jego tęsknoty za Absolutem; czy takie uleczenie nie równałoby się jego unicestwieniu?

Czyż nie ma racji Raimon Panikkar, który mówi, że przeznaczeniem naszego bytu jest uczestnictwo w boskiej Pełni. Pewien starożytny indyjski tekst mówi: "Z niebytu prowadź mnie do bytu, z ciemności prowadź mnie do światła". Pustka buddyjska (i w innych systemach indyjskich) nie jest tylko statycznym niebytem. Jest ona dynamiczna, wibrująca; zawiera obydwa te aspekty. "Także wewnątrz najwyższej jedności - pisze Panikkar - musi istnieć coś w rodzaju dynamiki, pewna forma pluralności".

Skąd w nas ten głód pełni? Skąd to tkwiące w naszej egzystencji niezadowolenie, to nastawienie na więcej, na całość, na... zbawienie? Wypada tu przywołać nieśmiertelne słowa św. Augustyna: "Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie i niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie". Warto także na zakończenie przytoczyć wiersz japońskiego poety:

Czy świat jest snem?

Czy jest rzeczywisty? Mów?

Ani rzeczywisty,

ani także snem, jeżeli wiem:

Czymś i Niczym, jednocześnie.

Napisałem to trochę po to, aby jednak skłonić Pana do dookreślenia owego "domysłu ontologicznego" zasygnalizowanego łacińską formułą nec nec. Dookreślić bardziej w języku dyskursywno-pojęciowym - bez "literackiej otoczki". Myślę, że warto w to "jądro gorejące" Pańskiego myślenia wejść trochę głębiej. [...]

P.S. Już po napisaniu niniejszego sięgnąłem jeszcze raz po Dziennik podróży na Ocolorę - medytacje i stwierdziłem, że wszystko to, co tu napisałem, należałoby wziąć w nawias. Neti neti. "Jesteśmy-i-nie-jesteśmy". Ta prawda była równie dobrze znana zarówno na azjatyckim Wschodzie, jak i na Zachodzie. Człowiek jest sad-asad-anirracaniya - mówi Wedanta - "nieopisanym (ani) bytem, (ani) niebytem".

Drogi Panie Rajmundzie, ma Pan rację, że doskwiera nam do bólu poczucie nie-pełni. "Piętnem tego globu niedostatek" (Cyprian Kamil Norwid). Choć inny poeta mówi co innego: "Między wyciągniętą ręką a owocem z drzewa śpi szczęście" (Leopold Staff). A więc spoczywa ono w  n i e d o -pełnieniu. Jako mieszkańcy regio dissimulitidinis wiemy, że nasza tęsknota za pełnią, za byciem całym, nie będzie w niej nigdy w pełni zaspokojona; że nieprzeparta tęsknota za nią (za Absolutem) będzie towarzyszyć naszej egzystencji do końca. Wiedziano o tym w średniowieczu, mówiono bowiem o człowieku jako capax Dei, nie zapominając także o tym, że w ten sam sposób Bóg jest capax homini. Cudowne odwrócenie - powiedziałby św. Maksym Wyznawca. Teotropizm człowieka i homotropizm Boga. Nie-pełnia poszukująca Pełni i Pełnia niezadowolona z siebie; Absolutne teskniące za swoim relatywnym. Absolutne, którego serce będzie niespokojne, dopóki nie stanie się "wszystkim we wszystkim" (panta en passim).

Żeby nie utknąć na mieliznach jałowej "zabawy dialektycznej" pojęciami, należałoby skoncentrować się teraz na poszukiwaniu owego tertium, o którym Pan pisze tak frapująco. Pragnąłbym, by ta uwaga stała się dla Pana impulsem do kontynuowania Pańskiego "dziennika tajemnego" i tym samym inspirowała nas w naszym dialogu.

Serdecznie pozdrawiam

Fryderyk Hunia

    Tyniec 4.11.21