Twórczość 2/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

7.00 zł
5.81 zł (5,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Robert Papieski"Świnia Tyrmand", czyli zamiast przypisu

14 marca 1967 roku, nim uściskał listownie na pożegnanie Szymona Piotrowskiego, Jarosław Iwaszkiewicz napisał w Paryżu z niehamowaną złością: "Świnia Tyrmand potwornie mnie osmarował w tutejszej "Kulturze", wszystkich zresztą, Kijowskiego między innymi". Przytoczone zdanie jest tak głęboko zakorzenione w biografiach obu pisarzy, brzemienne jest w tyle znaczeń, że żaden przypis nie zdołałby sensu tego zdania udźwignąć - chyba że przyjąłby rozmiar artykułu.

Jak zapamiętał Leopold Tyrmand swój pierwszy kontakt z Iwaszkiewiczem? "Pamiętam Iwaszkiewicza, człowieka, który z finezji uczynił religię, a z sukcesu etykę, otwierającego w roku 1948 Kongres Pokoju we Wrocławiu - inaugurację najperfidniejszej "piątej kolumny", jaką znają dzieje. Polski pisarz esteta, intelektualista i artysta stosunkowo dobrze znany w świecie, firmował w tym momencie jedną z najcieńszych i najdoskonalej udanych afer politycznych w historii współczesnej"1. Spójrzmy na kongres wrocławski chłodnym okiem, za co - jak się okaże - sam Tyrmand byłby nam wdzięczny.

Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju, który odbył się we Wrocławiu między 25 a 28 sierpnia 1948 roku, był pokłosiem powojennej międzynarodowej sytuacji politycznej, czyli zimnowojennego podziału świata na komunistyczny Wschód i kapitalistyczny Zachód. We wrześniu 1947 roku, podczas Narady Informacyjnej Dziewięciu Partii Komunistycznych i Robotniczych, państwa komunistyczne w sposób arbitralny nadały sobie miano "obrońców pokoju" i wysunęły chwytliwe tuż po wojnie hasło "walki o pokój". W takiej propagandowej aurze zrodziła się idea zorganizowania we Wrocławiu Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju. W czyjej zrodziła się głowie? Nie w sowieckiej, jak sugeruje Tyrmand.

Francuska dziennikarka Dominique Desanti w książce Les Staliniens (1944-1956). Une experience politique (Paris 1975) jest zdania, że pomysłodawcą wrocławskiego zjazdu był ówczesny prezes Spółdzielni Wydawniczo-Oświatowej "Czytelnik" - Jerzy Borejsza. Rzecz jasna projekt musiała zaakceptować Moskwa, ale inicjatywa - zdaniem Desanti - była polska. Te przypuszczenia potwierdza także dokumentacja zawarta w zbiorze Stalin i kosmopolitizm. Dokumienty Agitpropa CK KPSS 1945-1953 (Moskwa 2005), o czym przekonująco pisze Eryk Krasucki w książce Międzynarodowy komunista. Jerzy Borejsza - biografia polityczna. Organizując kongres wrocławski, Borejsza wzorował się na Międzynarodowym Kongresie Pisarzy w Obronie Kultury, który odbył się w Paryżu w czerwcu 1936 roku z udziałem m.in. Henriego Barbusse'a, André Gide'a, Thomasa Manna, Borisa Pasternaka. Toteż w komitecie organizacyjnym zjazdu wrocławskiego znalazły się osoby, które prędzej reprezentowały opcję lewicową aniżeli komunistyczną: Maurice Bedel, Julien Benda, Le Corbusier, Georges Duhamel, Ir?ne i Frederic Joliot-Curie, Fernand Léger, Pablo Picasso (po stronie francuskiej), Kazimierz Ajdukiewicz, Maria Dąbrowska, Tadeusz Kotarbiński, Zofia Nałkowska, Jan Parandowski, Antoni Słonimski (po stronie polskiej). Kongres otworzyło przemówienie Iwaszkiewicza, po nim wystąpił Bedel. Oba referaty były utrzymane w tonie nieodbiegającym od standardów europejskich i były przedzielone fortepianowym wykonaniem Zatopionej katedry Debussy'ego i Apassionaty Beethovena. Miły nastrój zburzył trzeci mówca, przewodniczący delegacji radzieckiej Aleksandr Fadiejew, który André Malraux nazwał "chwalcą bomby atomowej", Henry'ego Millera określił mianem "autora powieści pornograficznych", egzystencjalizm Sartre'a odmalował jako "natchnienie duchowej demoralizacji, czyniącej z człowieka czworonoga", a T.S. Eliotowi przypisał "sympatie profaszystowskie". Borejsza był załamany, goście z Europy Zachodniej oburzeni, część z nich opuściła Wrocław. Kongres został uratowany dzięki temu, że Jakub Berman zadzwonił do radzieckiego ministra spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa, który ostudził bojowy zapał Fadiejewa. A Fadiejew, który bał się tylko własnej matki i Stalina, bo obydwoje kochał, po śmierci generalissimusa nie mógł się odnaleźć w nowej rzeczywistości politycznej: rozpił się, dręczyły go wyrzuty sumienia, a 13 maja 1956 roku sięgnął po rewolwer, by jednym strzałem uciąć pasmo udręk.

Radosław RomaniukProteusz z ulicy Wiejskiej

Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, Jerzy Lisowski: Listy 1947-1979. Wstęp Robert Papieski. Opracowanie i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy. Wydawnictwo Akademickie SEDNO, Warszawa 2020. Tom I, s. 576; tom II, s. 600.

"Przyszły biograf", sekretarz, impresario, tłumacz, redaktor, zastępca i w końcu następca. Jerzy Lisowski potrafił zmieniać charakter związków łączących go z pisarzem, zachowując przy tym niezmienną ich temperaturę i będąc dlań stałym istotnym punktem odniesienia. Dlatego w życiu Jarosława Iwaszkiewicza, bogatym w intensywne relacje z ludźmi, jego miejsce było doprawdy wyjątkowe. Uświadamia to obejmująca trzydzieści dwa lata ich korespondencja, jak również owoce tej przyjaźni zbierane po śmierci pisarza - rola Lisowskiego i "Twórczości" najpierw w procesie wychodzenia dzieła i osoby Iwaszkiewicza z "literackiego czyśćca", później w niemającym precedensu renesansie zainteresowania, jaki obie przeżywają. Rola na prawie niepisanego testamentu trwająca do dziś, co pokazuje zawartość kolejnego lutowego numeru, honorującego nieodmiennie miesiąc urodzin autora Mapy pogody.

W jednym z późnych wierszy Iwaszkiewicz umieścił frazę o "czwartym Stasiu". Jerzy Lisowski nie był też pierwszym ani ostatnim "Jurkiem". Wcześniej był Jura Mikłucho-Makłaj, gimnazjalny przyjaciel, który w barwnym życiowym przykładzie pokazał zmierzch formacji kulturowej rosyjskiej arystokracji. Stał się pierwowzorem "kuzyna Jerzego" z powieści Księżyc wschodzi i wszystkich postaci "złych młodzieńców", które zaludnią dzieło pisarza ze Stawiska. Drugim "Jurkiem" byłby może Jerzy Liebert, blisko zaprzyjaźniony z Iwaszkiewiczami, w którym ten znalazł podziwianego poetę i archetyp postaci młodzieńców skazanych przez los na krótkie, gorączkowo przeżywane życie. Jerzy Andrzejewski - którego zbliżenie się do Iwaszkiewicza przypadało na okres wojny - byłby "Jurkiem" trzecim. Jerzemu Lisowskiemu wypadło więc być czwartym "Jurkiem" - przed piątym, Jerzym Błeszyńskim, który wszedł do literackiej i biograficznej legendy jako "Jurek numer jeden", i tak go pisarz określił w pewnej dedykacji.

Rachunki te skłonić mogą do kilku wniosków. Przede wszystkim ich relacja, nie wydając się w pierwszej chwili wyjątkowa, wyróżnia się długim trwaniem - kończy ją dopiero śmierć pisarza, a ostatecznie zamyka odejście Jerzego Lisowskiego. Na fundamencie intensywnie przeżywanego uczucia Iwaszkiewiczowi nie udało się z nikim zbudować tak istotnych wartości, gdy to uczucie zgasło. Nie udało się zastąpić miłości, czy ściślej mówiąc tęsknoty za miłością, niczym, co miałoby realne życiowe znaczenie. W tym przypadku owych "zamienników" jest kilka - to nie podlegająca żadnym fluktuacjom przeszło trzydziestoletnia przyjaźń, to wkład Lisowskiego jako tłumacza w obecność utworów Iwaszkiewicza w kręgu języka francuskiego i w końcu wspólne dzieło, jakim stał się miesięcznik "Twórczość".

Czytając Różewicza (2)Janusz Drzewucki

Słowo klucz do twórczości poetyckiej, chociaż zapewne nie tylko poetyckiej, Tadeusza Różewicza to słowo: niepokój. Taki właśnie tytuł nosi debiutancki zbiór wierszy tego poety z roku 1947. Fakt, że jest to słowo dla jego twórczej wizji kluczowe, autor akcentował kilka razy. Taki właśnie tytuł Niepokój nosi wszak ogłoszony w roku 1961 nakładem PIW-u wybór wierszy z lat 1945-1961, ale także opublikowany w pamiętnym 1980 roku nakładem Ossolineum wybór wierszy i prozy poetyckiej; ponadto wydany w 1995 roku znów w PIW-ie wybór poezji z lat 1944-1994, poza tym: dwujęzyczny (bo także z przekładami na język niemiecki pióra Karla Dedeciusa) wybór Niepokój / Formen der Unruhe opublikowany przez Wydawnictwo Dolnośląskie w 1999 roku i wreszcie wybór uświetniający jubileuszowy rok 2000, a stanowiący część prestiżowej i ekskluzywnej tzw. złotej kolekcji poezji polskiej Państwowego Instytutu Wydawniczego. Nie bez powodu, wysyłając w lipcu 1991 roku Karlowi Dedeciusowi do Darmstadt tom Płaskorzeźba, w towarzyszącym przesyłce liście poeta napisał: "To dla mnie jest drugi (końcowy) Niepokój - po 45 latach "walki" o poezję z poezją".

Słowo niepokój pojawia się w wielu utworach Różewicza, ale wcale nie tak często, jak można by się było tego spodziewać. W debiutanckim tomiku w wierszu Do umarłego, zaczynającym się znamienną konstatacją "Moje sprawy są sprawami żywych", czytamy w końcówce skierowanej wprost do "umarłego Przyjaciela": "białą dłonią nakryła mój niepokój / pamięć o Tobie". W zatytułowanej W rodzinnych zatokach części trzeciej cyklu Scylla i Charybda, pomieszczonego w tomiku Pięć poematów z roku 1950, znalazł się "czarny kornik niepokoju" (przy okazji trzeba nadmienić, że cykl ów autor - przygotowując ogłoszone w latach 2003-2006 w dwunastu tomach nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego Utwory zebrane - przeniósł z Pięciu poematów do zbioru humoresek Uśmiechy). W spisanym prozą Komentarzu, zamykającym Formy z roku 1958, ściślej zaś w części IV zatytułowanej Oczekiwanie, tej składającej się z dziesięciu numerowanych rzymskimi liczbami autotematycznych konfesji, poeta wyznaje wprost: "Niepokój mój rósł i oczekiwany człowiek zmienił się w coś ogromnego, wisiał nade mną jak sklepienie niebieskie" i nieco dalej: "Uczucie oczekiwania, niepokoju rosło, rozpinało mnie na sobie, przebijało". Mało tego, w poprzedzającym Komentarz pierwszej z cyklu próz poetyckich Spojrzenia, a zatytułowanej Ściana, czytamy: "Oswojone sprzęty zaczynają się niepokoić i dziko spiętrzać, fotografie i książki pełne cichych snów zaczynają syczeć i skręcać się".

Wertując Rozmowę z księciem z 1960 roku trafiamy w wierszu Matka na konstatację: "otwarty / rodziłem niepokój", natomiast w prozie poetyckiej Aniołki jeszcze nie skończone na zdanie: "Anioły i aniołki, które obsiadły wnętrze starego kościoła, są spłoszone, pełne niepokoju". W poemacie Non-stop-shows, zamykającym pierwsze wydanie Twarzy z 1964 roku (i oczywiście przedrukowanym w drugim wydaniu Twarzy z roku 1966, a także w Twarzy trzeciej, 1968) poeta powiada: "Możliwości współczesnego człowieka są ogromne / polegają one na ciągłym niepokoju". Znamienne wyznanie znajdujemy w poemacie prozą Złowiony, opublikowanym w kodzie tomu poetyckiego Regio z 1969 roku: "Od czasu kiedy poczułem w moich wnętrznościach niepokój, zacząłem się szarpać. Krwawiłem z ust". W tej samej książce wiersz Kwiecień 1955 rok, a w nim osobny, wyróżniony podwójną interlinią z góry i z dołu, wers: "niepokój w skrzydłach". I jeszcze wiersz powstały w rok po śmierci Jarosława Iwaszkiewicza Na ścięcie drzewa i poświęcony pamięci autora Ogrodów, zaliczony z czasem przez poetę do wyboru Na powierzchni poematu i w środku, a w nim dwukrotnie zastosowana fraza: "W strefie koron / panuje nieustanny niepokój".

Podobnie w prozie. W opowiadaniu Synowie (w zbiorze Opadły liście z drzew, 1955): "narastał niepokój i gorączka", w opowiadaniach Trucizna oraz Morze (w tomie Przerwany egzamin, 1960) odpowiednio: "w jej oczach teraz był niepokój" oraz "zaniepokoił się, ale milczał", natomiast w opowieści wierszem i prozą Tarcza z pajęczyny (datowanej w grudniu 1963 roku) narrator stwierdza: "Tygodnie i miesiące, które przeżyłem w Italii, były pełne jawnych gróźb i niepokoju". W podobnym duchu wypowiada się wędrujący po Wiecznym Mieście narrator Śmierci w starych dekoracjach (1970). Dwa cytaty: "w sąsiednim pokoju odezwały się inne głosy, które mnie zaniepokoiły" oraz: "Jakie odgłosy wchodziły we mnie i niepokoiły?".

No i żeby dopełnić całości, parę wyimków z dramatów. W sztuce Grupa Laokoona, w odsłonie III jeden z członków jury oceniającego projekt pomnika wyraża wątpliwości co do artystycznego kształtu przedstawionej postaci: "Model siedzi in trono. Kubistyczna talia nie odpowiada proporcjami lewej realistycznej nodze, która przemawia do nas językiem tradycyjnym. Rodzi to jakiś sprzeciw, niepokój...". Jako "zaniepokojony" wypowiada się Drugi ze sztuki Świadkowie albo nasza mała stabilizacja. Dziewczyna ze sztuki Na czworakach przeprasza Laurentego "że pana niepokoiłam" i sama "niepokoi się". W obrazie 2 Szkło i porcelana dramatu Białe małżeństwo Ojciec "błaznuje", jakby w ten sposób "chciał uciszyć własny niepokój", w obrazie XIII (i przedostatnim) zaś zatytułowanym Idź i zobacz dramatu Pułapka Maks w rozmowie z Gretą: "patrzy zaniepokojony na parawan".

Niepokój stał się ważnym elementem metajęzyka samego pisarza. W krótkim opisie własnego warsztatu pisarskiego, przedstawionym pod tytułem Namiętność w książce Przygotowanie do wieczoru autorskiego (dwa wydania z 1971 i 1977 roku), mówi on tak: "Mój pokój jest składem starego papieru. Jestem chyba nałogowcem. Bez porannej porcji dwóch, trzech dzienników czuję się źle; wiercę się, kręcę niespokojnie, czegoś szukam, czuję wręcz głód i niepokój". W przeprowadzonej w 1969 roku z samym sobą Rozmowie (ściślej zaś w Rozmowy ciągu dalszym), komentując debiutancki zbiór wierszy, zwrócił uwagę na dwuznaczność słowa niepokój: "Mój "niepokój" nie był niepokojem metafizycznym [...]. To był niepokój o sprawy tego świata, o losy kraju, naszej rewolucji, o kształt nowego życia w Polsce, był niepokojem o umarłych i żywych, o pomordowanych i zaginionych, niepokojem o cmentarze i o szkoły...". I aby nie było wątpliwości: "Kto wtedy żył, przeżył, przeżył świadomie i tworzył, ten rozumie, jakiego typu niepokój nurtował autora tamtego Niepokoju". Nie inaczej po latach, w Kartkach wydartych z dziennika, pod datą wrzesień 1978 roku pisarz zanotował: "dziś obudziłem się koło 5 rano, leżałem chwilę w ciemnościach [...], leżałem z zamkniętymi oczami, próbowałem jeszcze zasnąć, myślałem o śmierci. Znów ten zamęt i niepokój wstającego dnia [...], to niepokój, który ogarnia mnie" (w tomie trzecim Prozy, roku 2004). I wreszcie w posłowiu do wspomnianego już wyboru Niepokój z roku 2000, autor nieprzypadkowo i nie bez przyczyny zaakcentował: ""Niepokój", który ogarnął mnie w młodzieńczych latach, trwa do dnia dzisiejszego".

W późnym okresie twórczości Różewicz nie raz i nie dwa daje nam do zrozumienia, że jest przede wszystkim autorem Niepokoju, bardziej niż autorem Czerwonej rękawiczki czy Zielonej róży. W patyczku, opatrzonym podtytułem "Krakowski wiersz dla Zosi i Jerzego Nowosielskich", powstałym na przełomie lutego i marca 1993 roku (wydrukowanym najpierw w bibliofilskiej Historii pięciu wierszy w 1993 roku, następnie w "nowym wyborze wierszy" Słowo po słowie w roku 1994, a po latach w tomie 4 Poezji z 2006 roku przypisanym do nożyka profesora), podczas pobytu w Krakowie wspomina to, co przeżył, kim był niespełna pół wieku wcześniej oraz: "niedorzeczny Niepokój / czy dom tam gdzie zawsze / na swym miejscu stoi". W poemacie Francis Bacon czyli Diego Velázquez na fotelu dentystycznym, otwierającym zbiór zawsze fragment z 1996 roku cytował irlandzkiego malarza, który miał powiedzieć: "większość moich obrazów - mówił - / została wykonana przez człowieka / w stanie Niepokoju" i zlecał swojemu tłumaczowi na język angielski, skądinąd także poecie - Adamowi Czerniawskiemu: "powiedz mu że debiutowałem Niepokojem / w roku 1947". W wierszu wstydzę się, ogłoszonym w tomie wyjście w 2004 roku pisarz znów jest w Krakowie, gdzie na drugi dzień podczas targów książki ma podpisywać swoje książki: ""rozrzuconą kartotekę" / "szarą strefę" // i "niepokój"".

Latem 1963 roku Karl Dedecius pracował nad antologią poezji polskiej w swoich tłumaczeniach. Rozdział czwarty tej antologii miał nosić tytuł Niepokój, pod którym to tytułem miały się znaleźć wiersze m.in. Czechowicza, Miłosza, Baczyńskiego, Gajcego, Herberta oraz rzecz jasna samego Różewicza. W liście z 14 lipca 1963 roku pisał Dedecius: "Ale nie znalazłem u Ciebie wiersza, który by oddał - jako motto - w kilku słowach i obrazach (albo i antyobrazach, pardon!) problematykę (Twojego) pokolenia, różnorodność Waszych niepokojów [...]". I koniec końców postulował: "Czy mógłbyś mi na ten temat napisać krótki wiersz-motto?". Kilka dni później poeta przesłał tłumaczowi wiersz bez tytułu, którego jednak tłumacz nie wykorzystał w antologii. Zapewne dlatego, że nie ma w nim słowa niepokój. Tym bardziej godny naszej dzisiaj uwagi wydaje się ów wiersz, otwierający (dla ścisłości) zbiorek Rozmowa z księciem:

Kto mi związał ręce

stawiam znaki na drodze

ten oznacza ptaka

ten niebo

ten oznacza ptaka

bez nieba

bez skrzydeł

bez oka

to nie są ręce złożone do lotu

Cóż, tłumacz na pomyśle poety nie poznał się, ale oczywiście - jednak i mimo wszystko - jest to wiersz o niepokoju. Jestem pewien, że do Niepokoju i do niepokoju Tadeusza Różewicza przyjdzie nam wrócić nie raz i nie dwa w tym roku.

Włodzimierz PaźniewskiProfesor Węgierski

Najciekawszą postacią poznaną przeze mnie w Katowicach okazał się mieszkający na Osiedlu Tysiąclecia prof. dr Jerzy Julian Węgierski (1915-2012). (Profesor używał tylko pierwszego imienia). Przedwojenny absolwent i asystent Politechniki Lwowskiej, a następnie wykładowca Politechniki Śląskiej w Gliwicach; emerytowany znawca kolei i wszystkiego, co wiąże się z budową, wykorzystaniem i utrzymaniem "dróg żelaznych". Na emeryturze pisał książki o AK na Kresach.

Profesor urodził się w roku 1915 we Lwowie. Wśród jego przodków spotkamy osiemnastowiecznego poetę Tomasza Kajetana Węgierskiego i gen. Emiliana Węgierskiego. Łączą go liczne koligacje z rodzinami, których nazwiska dużo znaczą w historii i kulturze polskiej: z Estreicherami, Mościckimi i Pułaskimi. To ostatnie pokrewieństwo sprawiło, że profesor Węgierski i jego bliscy są dzisiaj najważniejszymi pretendentami do amerykańskiego spadku po gen. Pułaskim. W uznaniu zasług w wojnie o niepodległość Kongres przyznał generałowi ogromne nadziały ziemi pod Waszyngtonem. Niegdyś były to pustkowia. Ale od ponad stu lat tereny te stanowią centrum stolicy o niewyobrażalnej wprost wartości. Węgierski byłby kandydatem na najbogatszego Polaka.

Gdy pewna znana zagraniczna kancelaria prawnicza wstępnie przygotowywała się do tej sprawy, z wyliczenia roszczeń wyszły jej liczby astronomiczne. Z niczym podobnym nie miała do tej pora do czynienia. A jaka znakomita i długa lista pozwanych: urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych, burmistrz Waszyngtonu, prezesi największych banków, naczalstwo wielu urzędów federalnych, no i rzecz oczywista, nie setki, ale tysiące osób prywatnych, mających na tych terenach swoje nieruchomości.

Przed wojną przymierzali się do wielkiej batalii sądowej o spadek dziadek i ojciec profesora. Pech chciał, że w starannie zebraną dokumentację w Warszawie trafiła niemiecka bomba. W ten sposób wszystko trzeba by było zaczynać od początku. Do spadku po gen. Pułaskim profesor odnosił się więc dość sceptycznie. Traktował to raczej jako uroczą ciekawostkę w swojej biografii. Po wojnie trafił do łagru, gdzie poznał Aleksandra Sołżenicyna.

Przyszłego pisarza aresztowano podczas wojny w północnej Polsce. Był oficerem artylerii. Oskarżono go o uprawianie propagandy antyradzieckiej i pracę nad organizacją mającą obalić "władzę ludu pracującego miast i wsi". Trzy dni więziono go w Brodnicy. Bo tam znajdowała się centrala kontrrazwiedki, czyli kontrwywiadu. Potem wywieziono nieprawomyślnego oficera do Rosji, gdzie usłyszał wyrok: osiem lat łagru.

Profesora Węgierskiego zatrzymano po wojnie za przynależność do AK we Lwowie, gdzie wziął udział w wyzwalaniu miasta spod okupacji hitlerowskiej. Po długotrwałym śledztwie skazano go na dziesięć lat pobytu w łagrze. Spędził tam ponad dziewięć lat.

W swoim najważniejszym dziele Archipelag GUŁag rosyjski noblista zamieścił dwa fragmenty o profesorze Jerzym Węgierskim. Oto one w przekładzie Jerzego Pomianowskiego.

Zdarzyło się raz, że chciałeś na budowie zmierzyć, ile właściwie muru przybyło. Biegniesz więc do dziesiętnika - żeby poprosić o składaną miarkę. Miarki tej dziesiętnik pilnuje jak oka w głowie, a nie zna cię przecież z twarzy, brygad tu wiele. A jednak ten skarb ci ufnie powierza (jak na obóz - to po prostu idiotyzm!). A kiedy mu tę miarkę zwracasz, jeszcze ci pięknie podziękuje. Jak też takie dziwadło może być dziesiętnikiem w obozie? Mówi z akcentem. Ach, okazuje się, że to Polak, nazywa się Jerzy Węgierski.

Drugi fragment dotyczy sytuacji bardziej dramatycznej, a mianowicie buntu, który w styczniu 1952 roku wybuchł wśród łagierników w Ekibaztuzie. Podjęto głodówkę, ale ta po pewnym czasie załamała się. Postępowanie Węgierskiego bardzo zaimponowało przyszłemu nobliście. Tak to wspomina w Archipelagu...:

I tu zrozumiałem, co to jest polska duma - na czym polegał sekret polskich powstań, tak pełnych zapamiętania. Polak, inżynier Jerzy Węgierski był teraz w naszej brygadzie. Odsiadywał ostatni dziesiąty rok swojej kary. Nawet gdy był kierownikiem robót, nikt nie słyszał od niego ostrego słowa. Był zawsze cichy, uprzejmy, wyrozumiały.

A teraz twarz mu się zmieniła. Z gniewem, pogardą i męką odwrócił oczy od tego żebraczego orszaku, wyprostował się i krzyknął ze złością donośnie:

- Brygadzisto! Mnie proszę na kolację nie budzić! Ja nie pójdę!

Wdrapał się na górne nary, odwrócił się do ściany - i nie wstał. Myśmy poszli jeść - a ten nie wstał! Nie dostawał paczek, był zupełnie sam, nigdy nie bywał syty - a nie wstał. Para unosząca się nad gorącą kaszą nie mogła mu przesłonić obrazu bezcielesnej Wolności.

Gdybyśmy wszyscy byli tacy dumni i nieustępliwi - to jaki tyran by się ostał?

Krewny gen. Pułaskiego chyba mnie trochę lubił, bo kiedy pojawiła się kwestia opublikowania listów jakie profesor Węgierski otrzymał od rosyjskiego noblisty, wybrał mnie. Korespondencja Sołżenicyna ukazała się w moim opracowaniu, w książeczce Drogi Juriju Jurijewiczu... Listy Aleksandra Sołżenicyna do Jerzego Juliana Węgierskiego, Muzeum Śląskie, Katowice 2007.

Piotr KępińskiOko Pasoliniego

Mały rynek antykwaryczny przy via Guido Reni znajduje się w dawnych, zaniedbanych koszarach wojskowych, tuż przy nowoczesnym budynku Muzeum Sztuki XXI Wieku zaprojektowanym przez Zahę Hadid. To jedyne rzymskie muzeum, gdzie tłumy ludzi gromadzą się przed gmachem, nie zaś w jego środku.

Powód jest prosty. Zbiory Maxxi są ciągle ubogie, tereny przed wejściem zaś fantastycznie zaprojektowane. Wielki plac, na którym można jeździć na rowerach, olbrzymia piaskownica dla dzieci, dla dorosłych - bar i restauracja. Pełny relaks. Po drugiej stronie ulicy, wspomniany rynek, na który zaglądam w każdą niedzielę, regularnie jak w zegarku. Bo cuda się tam dzieją.

Pod zadaszoną przestrzenią, która pamięta jeszcze czasy Wiktora Emanuela III i Mussoliniego, gromadzą się zazwyczaj ludzie w średnim wieku i starsi. Jedni wyprzedają, co mają, drudzy kupują, bo wyprzedali.

Pół roku temu zobaczyłem smutnego człowieka w średnim wieku, który miał stoisko z imponującą wręcz kolekcją płyt winylowych. Jak mówił, "tutaj tylko niewielka część, około tysiąca. W domu mam tysięcy dziesięć".

Same oryginały, w stanie idealnym. Longplay Joy Division, który miał być debiutem grupy, ale nie był? Żaden problem. I wyciąga starannie zapakowaną płytę Warsaw. Zadaję trudniejsze pytanie, czy ma może album zespołu Warsaw Pakt. Needle Time? Gdzieś tu jest. Ale dlaczego pytam tylko o nazwy związane z Warszawą? Bo stamtąd jestem. I zaczyna się rozmowa. Okazuje się, że Giovanni - który wygląda jak stary, ale dobrze zakonserwowany punk, z farbowanymi włosami, w skórzanej kurtce - bywał na festiwalu w Jarocinie. I zna prawie wszystkie polskie zespoły wczesnych lat osiemdziesiątych. Ma w swojej kolekcji Brygadę Kryzys, Tilt. Wspomina, że raz nawet z muzykami rozmawiał. "Dawne czasy, piękne..." - rozmarza się.

Kupuję u niego kilka albumów. Umawiamy się na następne spotkanie. Na odchodne rzuca jeszcze pytanie, czy Czesław Niemen ciągle popularny. - Mam wrażenie, że tak - odpowiadam, ale niestety, nie żyje. Od siedemnastu lat.

Na do widzenia macha mi jego płytą - Mourner's Rhapsody, tą wydaną w Niemczech Zachodnich w roku 1974. (Była bodaj jeszcze edycja brytyjska i amerykańska tejże).

Parę metrów dalej, na innym stoisku, taka toczyła się rozmowa: To Berlinguer? Tutaj, na tym zdjęciu?

Właściciel patrzył zdumiony na zadającego pytanie trzydziestolatka. I chyba uszom własnym nie wierzył. Człowiek trzymał w ręku przepiękną fotografię Piera Paola Pasoliniego. - Nie, nie... - mamrotał pod nosem.

Mężczyzna odłożył fotogram, który wziąłem do ręki. Dopiero teraz zauważyłem, że stojący obok mnie starszy jegomość w maseczce przeciwwirusowej krztusi się od śmiechu. Usłyszałem, jak mówi szeptem do właściciela: Niewiarygodne, niewiarygodne, niemniej trzeba przyznać, że jakieś podobieństwo między nimi jest.

Po chwili poznałem w mężczyźnie "swojego" fryzjera Alessandra, który wielokrotnie opowiadał mi, jak strzygł przywódcę włoskich komunistów Enrica Berlinguera, który mieszkał w tych okolicach. Razem oglądamy zdjęcia Vittoria La Verde, jednego z ważniejszych mistrzów rzymskiego fotoreportażu. Życie towarzyskie, kino, telewizja, sport. Wszystko widział, wszędzie był. No i kumplował się z reżyserem Teorematu.

Wszystkie zdjęcia, które mam przed sobą, robione były przez niego przy via Eufrate 9, w ostatniej "siedzibie" PPP (jak się we Włoszech Pasoliniego w skrócie nazywa). Wprowadził się do niej w roku 1962. EUR był wtedy jeszcze dzielnicą bardzo młodą, młodszą niż on sam. To wtedy napisał prorocze zdanie: "ten dom będzie domem mojego pochówku". Dzisiaj to dzielnica "zdarta" przez czas. W tamtych latach wszystko lśniło. Mała bazylika św. Piotra i Pawła, którą miał na wyciągnięcie ręki, porażała bielą. Dzisiaj odór moczu uderza w nozdrza tuż po wyjściu ze stacji metra. W tunelu prowadzącym do osiedla papiery, strzykawki, puste butelki...

Pasolini pisał w swoich wierszach, jak chciałby urządzić mieszkanie. Marzył, żeby było przestronne, wysokie, jasne i lekkie. A jakie było w rzeczywistości, widać na fotografiach La Verde. Ciężkie zdobione biurko, masy książek, pięknie oprawione sztychy i stare mapy. On sam ubrany w eleganckie spodnie, biały pulower, pod którym krawat. Pozuje z otwartą książką.

A przecież lubił niepiękne klimaty. Uwielbiał okolice dworca Termini, dzielnicę Pigneto, w której nakręcił Włóczykija, którego - powiedzmy to sobie szczerze - oglądać dzisiaj się nie da. Wpadał tam często do baru Necci, który wtedy przypominał barak na narzędzia albo miejski szalet, wypełniony po brzegi pijanymi robotnikami i prostytutkami.

Byłem tam niedawno. Hipsterzy, artyści, pisarze nawet znani, bo przy stoliku obok siedział Antonio Scurati, autor bestsellerowej powieści o Mussolinim M. Syn stulecia. Sam bar jak spod igły, menu wyrafinowane, jedzenie pierwszorzędne.

Parę kroków stąd można zobaczyć najpiękniejszy mural poświęcony Pasoliniemu - znad małego budynku mruga do nas oko reżysera, tylko oko.

Kupuję zdjęcie. Wychodząc z rynku, widzę, jak ludzie przemieszczają się z Maxxi do dawnych koszar. Skończyła się pora obiadu. A obok rynku dają tanie piwo.

Siwobrody mężczyzna, którego widuję w tych okolicach często, a który przypomina mi Vittoria Gassmana, trzyma pod ręką Ragazzi di vita. Ja w domu wyciągam wiersze PPP, bo te, jak mówił na pogrzebie Pasoliniego Alberto Moravia, były najważniejsze. One regulowały świat. Przybliżały go i oddalały. Kadrowały go i eliminowały. Były źrenicą, czyli wszystkim.

 2/2021

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Elżbieta Baniewicz (teatr),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),

Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Małgorzata Brodacka (sekretariat)

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6, DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2020 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: Piotr eL

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

PRENUMERATA "TWÓRCZOŚCI" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI:Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52,tworczosc@instytutksiazki.pl prenumerata na rok 2021:Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł;prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł.Wpłaty na konto Instytutu Książki:81 1130 1150 0012 1269 2720 0001Prenumerata zagraniczna (roczna): ? 60 lub $ 80.Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE : GOSK PLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowychopłat. - ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa:Zamówienia na prenumeratę przyjmują zespoły prenumeratywłaściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, - e-mail: prenumerata@ruch.com.plPrenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informacjęo warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania możnauzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75,www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego6 jako administrator danych informuje, że Państwadane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacjiprenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniemAdministrator może powierzyć dane osobowepodmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępudo treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięciazgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianymoraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danychdo organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony DanychOsobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędnedo złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawachzwiązanych z danymi osobowymi można kontaktować sięz inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

Wacław HolewińskiKrew na rękach moich(fragment powieści)

33. (listopad 1862)

Karol Ruprecht1, administrator "Gazety Polskiej"... Różycki postanowił wezwać go na przesłuchanie. Wiedział, że to on udaremnił apel do wielkiego księcia Konstantego potępiający zamachy.

Kazał mu siadać. Czterdziestolatek, porządnie ubrany, elegancki surdut, ciemny zarost pokrywający większość twarzy. Ale dostrzegł też coś, co zobaczyć mógł tylko doświadczony śledczy. Zmęczenie na twarzy, w oczach, w pewnym spowolnieniu reakcji. Nie była to kwestia wieku. Raczej chyba jakiegoś zniechęcenia, kłopotów, nerwów.

Rozmawiali po polsku. Zapytał na początku o to, co zawsze go interesowało.

- Wtedy, gdy pan stał pod szubienicą... Który to był rok? - udał, że nie pamięta.

- Tysiąc osiemset czterdziesty szósty, pułkowniku. Szesnasty marca. Takich dat się nie zapomina. Zapadają w człowieka na zawsze. Jak dzień urodzin.

W jego głosie nie wyczuł nawet odrobiny niepokoju. I pomyślał, że to nie jest dobry objaw.

- Był pan przekonany, że to koniec?

- Tak, pułkowniku.

- Ułaskawienie przyszło w ostatniej chwili.

Różycki słyszał o dziesiątkach takich ułaskawień, tuż przez założeniem pętli na szyję skazańca. Tacy ludzie rzadko kiedy byli skłonni jeszcze raz podnieść rękę na władzę. Zwykle mieli złamany kręgosłup.

- Tak, pułkowniku, w ostatniej chwili.

- Napije się pan herbaty? - Nie chciał, aby ich rozmowa miała formalny charakter.

Ruprecht uśmiechnął się nieznacznie.

- Jeśli pan pułkownik łaskaw...

Kazał adiutantowi nastawić samowar.

- Stał pan pod tą szubienicą i... Ciekaw jestem, czy przyszło panu do głowy... Czy przyszło panu do głowy - powtórzył - że nie było warto.

Zobaczył, że tamten omiótł go uważnym spojrzeniem, a potem przeniósł wzrok na okno.

- To mi przyszło do głowy, pułkowniku, dwudziestego siódmego lutego. Tę datę, jak pan widzi, też pamiętam. Przyznałem się do spisku, zbrodni stanu. W tamtych okolicznościach - zaplótł ręce, pocierał palec o palec, jakby mu było zimno - powstanie nie miało sensu. Byliśmy skazani na porażkę.

- A dziś? Dziś nie jesteście skazani na porażkę? Coś się zmieniło? Rosja skarlała? Jej armia poniosła jakąś klęskę? Inne mocarstwa są gotowe wrócić Polsce wolność? Ot tak, po prostu?

- Do czego pan, pułkowniku, zmierza? Dobrze pan wie, czym się dziś zajmuję. A jeśli nie, gotów jestem udzielić wszelkich wyjaśnień.

Podsunął tamtemu cukiernicę. Wsypał niezbyt dużo, długo za to mieszał. Odłożył łyżeczkę na metalową tackę.

- Tak, tak, wiem, czym się pan redaktor zajmuje. Chyba nawet więcej wiem, niż chciałby pan, abym wiedział. Ale, ale, to ułaskawienie. Zamieniono panu wyrok na dziesięć lat. Potem trafił pan do kopalni, prawda?

- Tak, pułkowniku, nawet do kilku. W Nerczyńsku, Akatui, Aleksandrowsku.

- Jak pan wspomina te lata?

- Chciałby pan usłyszeć spowiedź nawróconego grzesznika?

- Grzesznika tak, ale czy nawróconego?

- To były ciężkie lata. Bez wątpienia pozostawiły ślad na moim zdrowiu. Z drugiej strony - tym razem Ruprecht jakby szukał czegoś w głowie - jest taka sentencja Epikteta. Żebym nie pomylił... "Jest tylko jedna droga do szczęścia - przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu".

Pomyślał, że redaktor chciał go zaskoczyć swoją erudycją, wiedzą, ale greckich filozofów znał na pamięć. Odpowiedział prawie natychmiast:

- Epiktet... Czyż on nie mówił o wolności człowieka? Że należy poskromić pragnienia?

Bez wątpienia zobaczył iskrę zainteresowania w oczach Ruprechta. Najpewniej nie miał wcześniej do czynienia z żadnym rosyjskim wojskowym, który gotów byłby stoczyć z nim taki pojedynek.

- Tak, pułkowniku. Wolnym można być jednak w każdych okolicznościach. Nawet tam, na dole, w kopalni. I czuć się Polakiem. Ani gorszym, ani lepszym od innych. Człowieczeństwo w takich okolicznościach znaczy więcej, niż się tu, na wolności, wydaje.

Nie chciał, nie mógł mu powiedzieć, że wie, iż tamten został członkiem Rządu Narodowego. Tyle że ta okoliczność była jak dar niebios. Nie spodziewałby się, aby Ruprecht i ten drugi, Giller, mogli przeć do powstania. Byli wręcz raczej przeciwwagą dla tych szaleńców, "czerwonych".

- Poprosiłem pana redaktora - użył uprzejmej formy "poprosiłem" świadomie - aby zapytać o ten adres do wielkiego księcia. Tak, tak, wiem, będzie pan przeczył. Pan się przeciwstawił...

- Nie bardzo wiem, pułkowniku, o czym pan mówi.

- Chciałem zapytać... Przecież tam było potępienie zamachów. Żaden człowiek kochający, szanujący życie, wolność, nie może godzić się na takie metody. Obaj wiemy, że nawet Francja nie przetrzymała terroru.

- Rozumiem, pułkowniku, że chce pan uzyskać ode mnie odpowiedź, która pozwoli panu zachować czyste sumienie, nieprawdaż?

To był celny, precyzyjny cios. Nie spodziewał się go i w pierwszej chwili nie wiedział, jak zareagować. Dotknął filiżanką ust, wziął łyk herbaty. Odstawił, dosypał cukru.

- Sądzi pan, że moje sumienie wymaga jakiejś zapomogi, jałmużny? Staram się postępować uczciwie, zgodnie z prawem. Dobrze pan wie, że terror zawsze pociąga za sobą reakcję państwa, że nikt nie pozwoli na te ciągłe zamachy. To by świadczyło o słabości, a na to w dzisiejszym świecie nikt sobie nie pozwoli. Zresztą, nawet jeśli przyjąć - pozwolił sobie na sarkazm w głosie - pańską interpretację, i tak będę ciekaw pańskiej odpowiedzi.

Wiedział, że Ruprecht znaczy więcej, niż chcieliby niektórzy. Nie bez powodów Kronenberg2 oddał w jego ręce gazetę po wyjeździe z kraju Kraszewskiego. Co więcej, jeśli ten bogacz, jeśli zechce wspomóc rewolucję... Wciąż wierzył, miał nadzieję, że uda się powstrzymać wybuch, a z tymi, którzy mordują na ulicach, prędzej czy później sobie poradzą.

- Panie pułkowniku, wezwał mnie pan tutaj, przecież nie jako partnera do rozmowy. Reprezentuje pan państwo, którego formalnie, przynajmniej formalnie - podkreślił - obaj jesteśmy obywatelami. Ale jednocześnie dobrze pan wie, jakie są nastroje w Królestwie. Wystarczy mała iskra. I to pan, oczywiście przed panem cesarz, namiestnik, oberpolicmajster, ministrowie, ale pan przecież też, decydujecie, czy kraj zapłonie. Jeśli chciałby pan poznać moją, obywatela, opinię... - odczekał chwilę - nie ma zgody na terror żadnej ze stron. Królestwu należy się konstytucja, unia z Litwą...

Powtarzał to, o co go podejrzewał. Że jest autorem ziemiańskiego adresu z września tego roku do Andrzeja Zamoyskiego. Nie był w tym zakresie specjalistą, ale przecież czytał artykuły Ruprechta i miał wrażenie, więcej, pewność, że przynajmniej część z tego tekstu wyszła spod jego pióra.

- Konstytucja - o tym Różycki nie chciał i nie mógł dyskutować - dobrze pan redaktor wie, nie leży w kompetencji takiej skromnej osoby jak ja. Jeśli cesarz zdecyduje... Ale pan i pańscy koledzy macie wpływ na społeczeństwo. Pan, kierując gazetą, może zresztą większy niż inni. Ofiar można uniknąć. Po obu stronach.

W gruncie rzeczy mógł się spodziewać, powinien był się spodziewać, że ta rozmowa będzie miała taki przebieg. Ruprecht patrzył na niego z uwagą, ale - miał też wrażenie - z odrobiną nonszalancji. Przyszło mu do głowy, że może polityka represji była przez ostatnich dwadzieścia lat zbyt łagodna. Może oni wszyscy, skazańcy, nie to że powinni wisieć, ale odsiedzieć swoje wyroki do końca, do ostatniego dnia? Tego zwolniono po pięciu latach, a tu, w kraju, czczą go jak bohatera.

- Czego pan pułkownik ode mnie oczekuje? Bo przypuszczam, że nie wezwał mnie pan - tym razem wyraźnie, mocno zaakcentował to "wezwał" - dla wymiany poglądów.

Zmierzył go wzrokiem.

- Chciałbym prosić, aby pan zaapelował o zaprzestanie tych bezsensownych zabójstw.

Ruprecht był autentycznie zaskoczony. Wcale nie starał się tego ukryć.

- Jak pan to sobie, pułkowniku, wyobraża? I kimże ja, na Boga, jestem, abym mógł wzywać, nakłaniać naród...

- Proszę, redaktorze - Różycki wszedł mu w słowo - nie mieszać do tego narodu. To nie naród, a grupa szaleńców, która chce podpalić tę beczkę prochu. A kim pan jest? Obaj to wiemy. Proszę, niech pan w swojej gazecie ogłosi apel...

Zobaczył, że tamten kręci głową.

- Pytał pan, pułkowniku, co czułem, stojąc pod szubienicą, widząc sznur tuż nad moją głową. Tak, czułem strach. Ale jednocześnie wiedziałem, że zachowałem się godnie. Rozumie pan? Godnie. Proponuje mi pan, Andrieju Konstantynowiczu - tym otczestwem zaakcentował, że stoją po dwu stronach barykady - samobójstwo. Moralne samobójstwo. Nawet gdybym przed sobą przyznał panu rację, nie zrobię tego publicznie.

- Nawet w imię ocalenia narodu? Przecież pan wie, że... graviora manent3. Niech pan przemyśli moją prośbę.

Kiedy tamten wyszedł, wyciągnął z szafy butelkę wódki i kieliszek. Nalał i szybko wypił.

- Graviora manent - powtórzył. - Kim byś był, co byś zrobił... graviora manent.

A potem przypomniał sobie Epikteta.

- Przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu.

Magdalena Rabizo-BirekDawny dobry Odojewski

Andrzejowi Stasiukowi

Jedną z ważniejszych zagadek życia i twórczości Włodzimierza Odojewskiego, którego jubileusz dziewięćdziesiątych urodzin przypadł (raczej niezauważony podczas pandemii) 14 czerwca 2020 roku (pisarz zmarł 28 lipca 2016 roku), są losy ostatniej części dzieła jego życia - cyklu podolskiego. Przypomnę, że tworzą go - w kolejności publikacji - połączone wojennym czasem, kresowym miejscem akcji i postaciami głównych bohaterów: zbiór opowiadań Zmierzch świata (pierwodruk 1962), powieści Wyspa ocalenia (1964, pełne wydanie bez ingerencji cenzury 1990) i Zasypie wszystko, zawieje (Instytut Literacki, Paryż 1973), garść opowiadań rozsianych po innych tomach (Kwarantanna, 1960; Jedźmy, wracajmy, 1993 i Jedźmy, wracajmy i inne opowiadania, 2000; Bez tchu, 2002; I poniosły konie..., 2006) oraz dwa fragmenty powieści Odejść, zapomnieć, żyć i dwa tzw. powieści berlińskiej, publikowane w prasie emigracyjnej i krajowej (ze zmienną częstotliwością) od 1980 do 2011 roku.

Interesujące wydaje się szukanie odpowiedzi na pytania, dlaczego pisarz nie zdołał ukończyć i wydać utworu zaplanowanego jako zamknięcie cyklu, o co był wielokrotnie pytany w rozmowach po 1989 roku i co tyleż razy zapowiadał, oraz na jakim etapie pracy pozostał on w jego archiwum. Na to pytanie postaram się odpowiedzieć, prezentując czytelnikom nigdy dotychczas niepublikowany, znajdujący się w formie komputerowego pliku złożonego przez pisarza na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu w Archiwum Włodzimierza Odojewskiego, drugi rozdział planowanej powieści, który w ostatniej redakcji (datowanej na październik 2007 roku) jest opatrzony nazwą "Katarzyna". Dzieli on pierwszy i trzeci rozdziały powieści, które Odojewski ogłosił w roku 1980 na łamach paryskiej "Kultury" (nr 1-2) oraz londyńskich "Wiadomości" (nr 41-42). Opatrzył je wówczas tytułem Odejść, zapomnieć, żyć...

Trzeci rozdział powieści (ten opublikowany w "Wiadomościach") pisarz przedrukował w modyfikowanych wariantach jeszcze trzykrotnie. W berlińskim "Archipelagu" (1985, nr 7-8) i miesięczniku "Regiony" (1991, nr 3) ukazał się pod tytułem Etap, w ostatniej redakcji - ogłoszonej w kwartalniku "Wyspa" (2011, nr 3) - nosi tytuł Katarzyna i jest anonsowany jako fragment powieści, co - podobnie jak nazwy plików zachowanych w komputerze pisarza - sugeruje, że najprawdopodobniej taki tytuł chciał ostatecznie nadać utworowi. Potwierdza to jego uwaga z rozmowy z Robertem Ostaszewskim: "Kiedyś, przygotowując ją do druku w "Kulturze" paryskiej, dałem jej roboczy tytuł Odejść, zapomnieć, żyć, potem do tego tytułu się przywiązałem, choć na własny użytek nazywam tę powieść Katarzyną (Dwadzieścia lat jak cmentarzysko, "Dekada Literacka" 2000, nr 6-8, s. 4). Stąd wynikła i moja decyzja, by pod takim tytułem zaprezentować go czytelnikom (z podtytułem "Rozdział drugi", widniejącym w komputeropisie) - zwłaszcza że, wedle mej wiedzy, publikacja w "Wyspie" była ostatnim tekstem pisarza, który ukazał się za jego życia. Tworzy to symboliczną klamrę jego dzieła - rozpoczynającego się (jeśli nie liczyć kilku wierszy opublikowanych w końcu lat czterdziestych XX wieku w prasie szczecińskiej) na początku lat pięćdziesiątych od przyznania mu nagrody im. Tadeusza Borowskiego za pierwszą wersję powieści Wyspa ocalenia, zaprezentowaną wówczas w kilku odcinkach (lub tylko jednym odcinku) na antenie radia.