Twórczość 12/2020 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

7.00 zł
5.81 zł (5,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jakub BeczekMuzyka, czajnik i tajemniczy pan. Listy Edwarda Stachury do Stanisława Kisiela

Nawet wprawny czytelnik utworów Edwarda Stachury przeoczyć może wzmiankę o Stanisławie Kisielu z Wisznic. Niepozorny ślad pojawia się pośród cytatów w jednym ze szkiców Stachury z cyklu Wszystko jest poezją1. W odcinku zatytułowanym W labiryncie świata bez wyraźnie wijącej się nitki Ariadny cytatów dalszy ciąg jak wędrowny ptaków klucz, który został wydrukowany w szóstym numerze "Miesięcznika Literackiego" w 1974 roku, Stachura podpisał nazwiskiem Kisiela krótki komunikat: "Proszę przyjechać. Będzie dobra muzyka, której na pewno nie poskąpi czajnik"2. Lapidarna "zachęta" została umieszczona obok cytatów z Lukrecjusza, Gabriela Garcíi Márqueza, Ezry Pounda czy Michela Deguy3.

Jednak Stanisław Kisiel pojawił się w zapiskach Stachury już wcześniej, a mianowicie dwukrotnie gościł na kartach dziennika. Po raz pierwszy został wymieniony w zapisie powstałym w Pont-de-Chéruy w 1973 roku, kiedy pod datą 20 września poeta wspomniał osoby, z którymi po powrocie do kraju miał zerwać lub podtrzymać znajomość. Kisiel znalazł się w drugiej grupie: "Kto zostaje? W Polsce: ci, których jeszcze nie znam, a tylko listownie Anderman z Krakowa, Pezowicz z Białegostoku, Kisiel Stanisław z Wisznicy [!], Wł. Antkowiak z Grudziądza"4. Po raz drugi nazwisko Kisiela pojawiło się w niedatowanym wpisie, dokonanym pomiędzy 13 a 24 listopada 1973 roku (a więc na ponad pół roku przed publikacją w "Miesięczniku Literackim"): "Napisał do mnie Stanisław Kisiel z Wisznic: Przyjedź. Będzie dobra muzyka, której na pewno nie poskąpi czajnik"5.

Niełatwo ustalić początek tej znajomości. Z treści zachowanej, a prezentowanej tu po raz pierwszy korespondencji wynika, że kontakt rozpoczął klasyczny "głos od czytelnika". Inicjalny list do Stachury Kisiel wysłał najprawdopodobniej w 1969 roku. Pierwszy list Stachury do Kisiela opuścił Meksyk z datą 13 sierpnia 1969 roku, ostatni powstał w połowie lipca 1975 roku. Znajomość trwała więc niemal sześć lat.

Główny motyw tej korespondencji stanowi kwestia ewentualnego przyjazdu Edwarda Stachury do Wisznic. Trudno jednoznacznie określić, czy doszło do realizacji tego pomysłu. Z zebranych przeze mnie informacji wynika, że Stachura i Kisiel ostatecznie się spotkali. Poeta miał odwiedzić Wisznice podczas jednej ze swych lubelskich peregrynacji. Taką przynajmniej wersję powielał sam adresat. Zagadki nie wyjaśnia, niestety, pamiętnik/dziennik Kisiela. Co prawda na kilkudziesięciu stronach pokrytych gęstym, niewyraźnym pismem stachurowy wątek pojawia się parokrotnie, ale nie jest w żaden sposób rozwinięty6. Nie wiadomo też, dlaczego korespondencja się urwała, tym bardziej że w ostatnim zachowanym liście poeta dopytuje o możliwość przyjazdu. W sferze domysłów pozostaje, czy brak kontynuacji wysyłania listów miał jakiś związek ze spotkaniem, czy też Kisiel starał się podtrzymać znajomość, ale na kolejne listy nie otrzymywał odpowiedzi.

Już po śmierci Stachury Kisiel zjednoczył miłośników twórczości poety w ramach korespondencyjnego fanklubu. Była to popularna w latach osiemdziesiątych XX wieku forma integrowania osób, kojarzona najczęściej z nastoletnimi sympatykami gwiazd muzyki młodzieżowej. Zanim jednak do tego doszło, w 1983 roku na łamach "Tygodnika Kulturalnego" Kisiel po raz pierwszy publicznie zabrał głos na temat Stachury. W rubryce "Czytelnicy do TK" ukazała się jego polemiczna nota, a dokładniej - spóźniona reakcja na komentarz Mirosława Czesława Szczepaniaka do podanego przez niego do druku wiersza Stachury ?(Ten co mnie widzi przy zbiegu ulic)7. Kisiel słusznie poprawił Szczepaniaka, twierdząc, że utwór był już wcześniej publikowany, a na dodatek nie omieszkał porównać różnych wersji tekstu, wskazując rzeczywiste miejsce tej publikacji (wiersz, o czym polemista skrupulatnie przypomniał, pierwotnie stanowił część poematu Przystępuję do ciebie). Przy okazji - odpowiadając na apel Szczepaniaka o dzielenie się spuścizną Milczewskiego-Bruna w kontekście przygotowywanej w "Czytelniku" edycji Dzieł zebranych poety z Grudziądza - Kisiel wspomniał o posiadanych przez siebie stachurianach: "Pozostało parę fotogramów, dedykacji, widokówek, listów... mogło być bez porównania więcej, ale co prawda nie bardzo się dbało o te w każdym calu swoiste inedita. Jak zwykle... Zresztą skąd mogłem wiedzieć, że tak szybko owdowieję?..." 8. W niecałe dwa miesiące później na łamach "Expressu Wieczornego" (nr z 30 czerwca, rubryka "Kto chce - niech czyta. Mały antykwariat") Kisiel ogłosił, że poszukuje pięcioksięgu Poezja i proza Stachury (wymienił też inne poszukiwane przez siebie książki: Łzy sołtysa Jana Himilsbacha i Utwory zebrane Rafała Wojaczka) oraz dziewiątego numeru "Poezji" z 1981 roku (częściowo poświęconego Stachurze; o poszukiwaniach tego numeru informował w tej samej rubryce już w październiku 1982 roku)9.

W rok później czasopismo "Radar" wydrukowało oryginalnie - biorąc pod uwagę realia polityczne - zatytułowany list, w którym Kisiel zaapelował o integrację osób zainteresowanych twórczością Stachury. I tym razem wspomniał o swojej kolekcji: "Gromadzę wszelkie stachuriana, których trzon stanowią listy Stachury do mnie (z Mexico, Detroit, Oslo, Kołobrzegu, Krynicy, Rzepina, Wałbrzycha i Warszawy), fotogramy, dedykacje, inedita... oraz setki (!) memuarów i artykułów, kilka opowiadań, tudzież kilkadziesiąt wierszy poświęconych Stachurze. Wszystko, co dotyczy Stachury, jest ważne! Proszę zatem Czytelników o przysyłanie wszelkich wycinków [...]. Będzie z tego małe archiwum"10. Artykuł spotkał się ze sporym zainteresowaniem czytelników, którzy zaczęli z Kisielem korespondować. Próbę nawiązania szerszego kontaktu z fanami Stachury Kisiel powtórzył w 1986 roku. Na łamach "Expressu Wieczornego" (numer z 9 stycznia), ponownie w rubryce "Kto chce - niech czyta. Mały antykwariat", komunikował: "Zbieram wszystko, co dotyczy Stachury"11. Tym razem odzew nie był już tak duży, choć na anons zareagował m.in. krytyk literacki i publicysta Hieronim Michalski12 (świadectwem są trzy listy), który objaśniając, że przez pewien czas był "bliskim znajomym Steda", zaproponował odstąpienie egzemplarzy książek Stachury i Zyty Oryszyn, a także czasopism z pierwodrukami utworów poety i artykułami jemu poświęconymi (materiały wysłał do Kisiela w lutym 1986 roku). Pod koniec drugiego listu Michalski pozdrowił adresata jako "wielbiciela spoza kręgu warszawskiej kawiarni".

W archiwum Kisiela, w specjalnych zeszytach, zachowało się wiele listów od osób zafascynowanych książkami i osobowością Edwarda Stachury13. Do korespondencji dołączane były teksty poetyckie i prozatorskie poświęcone Stachurze, wiersze wycięte z gazet, utwory skopiowane oraz twórczość własna. Nadawcy powiadamiali też o kolejnych stachuriadach, pokrótce charakteryzując i oceniając takie spotkania. Czasem korespondencja miała ciąg dalszy i rozwijała się w opowieści już nie o Stachurze, ale o przeżyciach towarzyszących lekturze jego tekstów. Niektóre listy mają charakter osobistych zwierzeń, inne stylizowane są na sprawozdania z podróży, ewidentnie wzorowane na wędrówkach samego Stachury. Uwagę zwraca specyficzna poetyka tych relacji, imitacyjna wobec stylu pisarza.

Dzięki zebranym przez Kisiela materiałom możemy poszerzyć wiedzę na temat recepcji utworów Stachury, śledzić proces utożsamiania się czytelników poety z jego bohaterami, sposób kreowania własnego życia na wzór podpowiadany przez literaturę. Słane przez fanów listy są cenne i z tego powodu, że dobrze oddają specyfikę bezprecedensowego w polskiej kulturze powojennej zjawiska tzw. stachuromanii, ujętego w orientacyjne ramy czasowe 1982-1987.

Interesującym dokumentem, który dopełnia historię znajomości Stachury z Kisielem, jest list tego drugiego do Wincentego Różańskiego z 13 kwietnia 1986 roku (rękopis znajduje się w archiwum Różańskiego w Bibliotece Raczyńskich14). Nadawca zwraca się do poznańskiego poety słowami: "S.P.T. Panie Witku!", po czym przytacza obszerne fragmenty korespondencji słanej do niego przez Stachurę. Czyni to, jak pisze: "[...] gwoli przypomnienia pierwszego po Bogu - nam stedopodobnym". Odnosząc się do twórczości Różańskiego, Kisiel zapewnia, że w swoim księgozbiorze zrobił miejsce na kolejny tomik poety. Zaznacza przy tym: "Wprawdzie tuż po Stachurze [...], ale na pewno przed Milczewskim i Babińskim". Pod koniec określa się jako "dekarz z Wszystko jest poezja", zauważając - niestety mylnie - że przytoczony przez Stachurę w kolejnym cytacie W labiryncie świata... Robert to syn Kisiela15. W tym samym liście informuje też o posiadanym przez siebie rękopisie dziewiętnastego rozdziału wspomnianej książki i dodaje, że treściowo autograf jest "bardzo wariantywny"16.

Kim był Stanisław Kisiel - człowiek, o którym Stachura przez szereg lat pamiętał i którego wypowiedź wyróżnił, umieszczając ją wśród ułożonych "jak wędrowny ptaków klucz" cytatów ze zbioru Wszystko jest poezja? Z zawodu - dekarzem, z zamiłowania - bibliofilem-samoukiem. Urodził się w 1942 roku w Wisznicach, "na skraju dawnej Litwy" - jak zapisał w pamiętniku. W szkole poprawiał nauczycieli, dużo czytał, miał zamiar studiować polonistykę, korespondował z pisarzami i sam również starał się zaistnieć w literaturze17. To się nie udało, choć krótka fraza "z czajnikiem", która tak ujęła Stachurę, emanuje poezją i pewnie dlatego została przez niego zapamiętana i wydrukowana. Do końca życia pozostał wierny pisarzowi, śledząc artykuły i wzmianki, które zapełniały kolejne zeszyty. Jego listów do Stachury nie udało się odnaleźć. Najprawdopodobniej zostały przez poetę zniszczone18, a szkoda, bo mogłyby odsłonić więcej faktów dotyczących tej znajomości.

Stanisław Kisiel zmarł w 2010 roku.

1 Trzeci człon tytułu pierwotnie zapisywany był w formie deklinowanej. Kolejne części tego cyklu ukazywały się na łamach "Miesięcznika Literackiego" w latach 1972-1975.

2 Por. wersję książkową: Edward Stachura, Wszystko jest poezja. Opowieść-rzeka, Warszawa 1975, s. 204.

3 Rękopis Stachury (cztery karty) ze wspomnianym rozdziałem, a więc i przytoczonym zdaniem o czajniku, ostatecznie trafił do Wisznic. Nie wiadomo, czy poprosił o to sam Kisiel, czy też Stachura spontanicznie podjął decyzję o wysłaniu autografu, zapewne wraz z jednym z listów. Najprawdopodobniej rękopis został wysłany w maju 1974 roku (przypomnijmy, że w formie drukowanej, ze zmianami, pojawił się w "Miesięczniku Literackim" w czerwcu). Zachowała się koperta z niewyraźną datą stempla pocztowego, którą ze sporą dozą prawdopodobieństwa można ustalić na 18 maja 1974 roku.

4 Fragment ten po raz pierwszy został opublikowany w 1992 roku w książce Mariana Buchowskiego pt. Edward Stachura. Biografia i legenda. Następnie pojawił się w drugim tomie Dzienników - zeszytów podróżnych Stachury w 2011 roku (w wyborze i oprac. Dariusza Pachockiego). W obu publikacjach nazwa miejscowości występuje w tej formie.

5 Niepublikowany fragment dziennika: Edward Stachura, Notatniki ("zeszyty podróżne"), t. VII, k. 144, Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie, sygn. 2551.

6 Kisiel po raz pierwszy przywołał Stachurę w swym pamiętniku, gdy wspominając służbę wojskową, a dokładniej - jak to określił - powrót z "permisji", odtworzył z pamięci scenę swojego biegu po oblodzonym peronie. Opis uzupełnił informacją, że biegł "a la Cybulski, persona z Siekierezady albo Zimy leśnych ludzi (treść godna wyszukanego tytułu) Stachury". Po raz drugi poeta został wspomniany we fragmencie poświęconym próbom poszerzenia przez Kisiela oferty wisznickiej księgarni. Po nieudanej interwencji u księgarza Kisiel odnotował z żalem: "Na prośbę sprowadzenia książek Stachury i reprodukcji van Gogha - lekceważenie, bo kto to kupi. Sprzedaje się książki jak, nie przymierzając, buty". W innym miejscu pamiętnika umieszczona została następująca refleksja: "[...] dom bez księgozbioru jest oborą. Rozpocząłem kompletować specyficzny, wysmakowany księgozbiór, zgodnie z moimi oryginalnymi sympatiami literackimi. Na jego straży stoi drużyna: Lermontow, Stachura, van Gogh, Mickiewicz, Puszkin, London, Słowacki, Jesienin, Żeromski, Gałczyński, Gorki". Ostatni zapis poświęcony Stachurze pojawił się przy okazji omówienia znajomości Kisiela z Januszem Winiarzem, "poetą, naukowcem, autorem rozpraw i monografii jurystycznych" (być może chodziło o prof. Jana Winiarza): "Przypominałem mu do złudzenia aparycją, idiolektem, sposobem bycia itp. Edwarda Stachurę, zamierzał nas nawet skonfrontować. Lubię dziwaków i Winiarza! Gdyby wszyscy byli tacy jak on!... A najlepiej stedopodobni!". Zob. Papiery Stanisława Kisiela, Gabinet Rękopisów Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, nr inw. 5479.

7 Zob. Czesław Mirosław Szczepaniak, Post scriptum, "Tygodnik Kulturalny" 1982, nr 28.

8 Zob. Stanisław Kisiel, Post scriptum, "Tygodnik Kulturalny"1983, nr 14.

9 Od początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku Kisiel słał do prasy anonse, które były drukowane m.in. w "Expressie Wieczornym", "Kulisach" czy "itd", w różnego rodzaju rubrykach o charakterze ogłoszeniowym, jak "Klub Przyjaciół", "Kto chce - niech czyta. Mały antykwariat", "Kącik wymiany". Próbował nawiązać kontakt z osobami zainteresowanymi poezją, ale poszukiwał też książek, poza Stachurą i wspomnianymi już - Himilsbachem i Wojaczkiem, m.in. I tomu Dziennika Stefana Żeromskiego, słownika Michała Arcta czy Cyrografu Ludwika Flaszena.

10 Stanisław Kisiel, Stedomani wszystkich krain - łączcie się..., "Radar" 1984, nr 4. Kisiel miał świadomość masowego zainteresowania Stachurą (lub - jak sam żartobliwie to nazywał - manii), choć zachowywał wobec tego zjawiska dystans. Uzupełniając informację na temat "małego archiwum", pozwolił sobie na niepozbawione uszczypliwości osobiste wyznanie: "Może ktoś miałby większe, mgr Janusz Kukliński - na pewno..., ale warunki różniące nas są przepaściste zaiste...". Wspomniany w tekście Janusz Kukliński (zm. 2018) to przyjaciel Stachury, adresat jego listów, twórca Poetyckiego Zakładu Ogrodniczego, założonego w latach osiemdziesiątych XX wieku w celu dokumentowania życia i twórczości pisarza.

11 Wśród innych poszukiwanych książek wymienił Najadę Zyty Oryszyn, ponownie Łzy sołtysa Himilsbacha, a także Według Judasza i Judasza dziennik intymny Henryka Panasa, Życie Jezusa Françoisa Mauriaca oraz Miesiące Kazimierza Brandysa (wspominając o tej pozycji w oficjalnej prasie, postąpił dość... odważnie, ponieważ Miesiące drukowane były wówczas tylko na emigracji i w drugim obiegu; w książce Brandysa pojawia się krótkie wspomnienie poświęcone Stachurze).

12 Hieronim Michalski (1913-1986) był m.in. jednym z recenzentów wewnętrznych książki Stachury Dużo ognia i tak dalej, opublikowanej w 1978 roku przez Wydawnictwo Poznańskie.

13 Kisiel tworzył zeszyty w sposób przemyślany, momentami dość pedantyczny, a nawet ekscentryczny (np. czasem uzupełniał je własnym spisem treści). Zeszyty, często o charakterze kolażu, składają się z fragmentów wyciętych z innych książek, koncepcyjnie związanych jednak z całością. Widokówki od Stachury i zdjęcia przechowywane były w osobnym zeszycie w formie pogrupowanych i wklejonych kart z dodaną legendą. Zachowały się też zeszyty z innymi zagadnieniami, m.in. album z maksymami i powiedzeniami o kobietach (krytycznymi wobec nich). Warto dodać, że wycinki prasowe (w tym bardzo krótkie - cenne, bo nieodnotowane przez żadne bibliografie) pochodzą zarówno z lat osiemdziesiątych XX wieku, jak i późniejszych (obok tekstów biograficznych Mariana Buchowskiego czy Mirosława Dereckiego znaleźć można np.: poświęcony Marcie Kucharskiej reportaż Wojciecha Tochmana z "Wysokich Obcasów" (1999), napisany na dwudziestolecie śmierci Stachury artykuł Szlak meteorów Mirosława Pęczaka z "Polityki"; wspomnienie Piotra Bratkowskiego pt. Tajemnica Stachury (1999) czy stachurowy odcinek cyklu "Fotografie" Janusza Andermana z 2000 roku (oba teksty z "Gazety Wyborczej"). Ostatnim wycinkiem jest krótka nota z 2001 roku, informująca o wydaniu wyboru tekstów Stachury pt. Cudne manowce (w oprac. Ziemowita Fedeckiego). Pozostałe tytuły czasopism, z których wycinki zamieścił Kisiel w zeszytach, to m.in. "Kamena", "Nowa Wieś", "Opole", "Radar", "Tygodnik Kulturalny". Zeszyty zatytułowane "Stedolatria" i "Stedomania" zawierają np. wycięte z prasy, przepisane odręcznie lub na maszynie utwory poświęcone poecie (wiersze, wspomnienia, analizy), reprodukcje zdjęć, recenzje książek przedstawień czy płyt. Drukowanych tekstów samego Stachury znajdziemy zaledwie kilka. To polemika z Eugeniuszem Sterną-Wachowiakiem w sprawie poezji Jerzego Szatkowskiego pt. Fatalna morgana z "Tygodnika Kulturalnego" (1975), jedna z polemik z Markiem Baterowiczem z "Literatury na Świecie" w sprawie przekładów z Borgesa (1974, kwestii tej poświęcony jest osobny zeszyt), tekst nieznanej redakcji utworu Credo i Nie rozdziobią mnie [!] kruki z "Radaru" (1983) oraz fragment wiersza opowiadaj garibaldczyku - z "Poezji" z 1981 roku. Jeszcze inną kategorią są zeszyty-albumy z autografami wierszy Kisiela, jego wspomnieniami itp. Zachował się też album, w którym Kisiel umieścił wycinki prasowe na temat własnej aktywności kulturalnej - informacje o przyznanych nagrodach za rozwiązane krzyżówki, wydrukowane wiersze, odpowiedzi poczty literackiej czy sprostowania (był bardzo uważnym czytelnikiem - np. przechowywał stopkę redakcyjną z 7. numeru "Literatury na Świecie" z 1973 roku z podkreślonym przez siebie błędnym imieniem Stachury, który wśród współpracowników pisma widnieje jako Edmund).

14 Zob. Spuścizna literacka Wincentego Różańskiego, Biblioteka Raczyńskich, sygn. rkp. DL/502, k. 89-89v.

15 Taka sama informacja widnieje też w przypisach umieszczonych w zeszycie Kisiela z listami Stachury. Komentując przedostatni cytat z rękopiśmiennych kart, Kisiel napisał: "Mój wówczas siedmioletni syn". W rzeczywistości chodziło nie o syna Kisiela (też Roberta), ale o glacjologa Roberta Delmasa, którego życzenia noworoczne, wysłane do Stachury z francuskiej bazy naukowej Dumont d'Urville'a na Ziemi Adeli w Antarktydzie Wschodniej, pisarz zacytował w zbiorze Wszystko jest poezja tuż za wypowiedzią Kisiela.

16 Ze względu na pewną odmienność tego rękopisu od wersji drukowanej (zarówno w "Miesięczniku Literackim", jak i w książce), postanowiono opublikować go w całości jako uzupełnienie korespondencji.

17 Już pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, wysyłając wiersze do redakcji pism kulturalnych, Kisiel podpisywał je pseudonimami "Nemo", "Omne" lub "Omen". Jako ciekawostkę podać trzeba fakt, że w lubelskiej "Kamenie" z 31 stycznia 1959 roku (rubryka "Odpowiedzi redakcji") ukazała się negatywna recenzja dotycząca druku w piśmie utworów Kisiela (on sam - wymieniony z nazwiska - podał w liście, że występuje w imieniu kolegi, czemu redakcja dwutygodnika nie dała wiary), a stało się to niemal na trzy miesiące przed debiutem w "Kamenie" samego Stachury.

18 Na kilka miesięcy przed śmiercią Stachura spalił większość słanych do niego listów.

Magdalena BoczkowskaPamięta się wszystko naraz

Hanna Krall: Synapsy Marii H., Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020, s. 128.

W anatomii synapsy są połączeniami między komórkami nerwowymi, miejscem przekazywania informacji pomiędzy dwiema komórkami. Dzięki nim organizm jest w stanie myśleć, zapamiętywać i odczuwać emocje. Dzięki nim jest w stanie pamiętać, "mózg stworzył mosty między przeszłością i dniem dzisiejszym".

"Pamięć w synapsach, pamięć w człowieku. Szczerze mówiąc, tylko ta pamięć jest dla mnie cenna. Ważne jest nie tylko to, co ludzie pamiętają, ale też jak pamiętają" - mówiła w wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" Hanna Krall. Dlatego właśnie swoją najnowszą książkę zatytułowała Synapsy Marii H.

To nie do końca jest typowa książka reporterska - jak czytamy na początku: "jest to opowieść o pamiętaniu i niepamiętaniu Marii Twardokęs-Hrabowskiej (na podstawie setek, a może tysięcy jej listów do mnie) i Marii Hrabowskiej (na podstawie jej wspomnień)". Jest to też, jak mówi Krall, książka "wymuszona", taka, która musiała powstać (wszak po Białej Marii, 2011, Krall zarzekała się, że powiedziała wszystko, że nic już nie napisze), ta historia musiała być usłyszana jako historia o darze pamięci, ale także o jej przekleństwie.

Od Marii autorka Zdążyć przed panem Bogiem (1977) dostawała więc wiadomości - "Pisała listy. Najpierw faksem, potem mailem. Sto. Dwieście listów. Przy trzystu przestała liczyć [...]". Na podstawie tych listów można zrekonstruować historię kobiety, a właściwie wiele różnych historii. Ale, co warto podkreślić, Maria nie pojawia się w twórczości Krall po raz pierwszy. Była już w Katarze siennym.

Katar sienny - taki był tytuł reportażu o niej i całej książki. Wydrukowano ją w grudniu 1981. Cenzura zakazała sprzedaży. Przez pewien czas leżała w magazynie, potem odesłano ją na przemiał.

Dziesięć tysięcy książek pocięto nożami. Były zawieszone na czymś na górze i opadały na dół jak gilotyna. Człowiek, który przy tym pracował, mówił, że Katar sienny cięto razem z wierszami Osipa Mandelsztama. Zabrzmiało to pocieszająco, jak niezasłużone wyróżnienie. Z tym, dodał człowiek, że Mandelsztama cięli wszerz, a Katar sienny po przekątnej. Nie wiadomo dlaczego tak, być może wszerz czy po przekątnej zależało od objętości książki.

Pocięte książki zmielono, a właściwie rozszarpano na szczątki, urządzenie do szarpania nazywano wilkiem.

Szczątki zmieszano z wodą i Katar sienny zmienił się w szarą gęstą masę zwaną pulpą. Doskonale nadawała się na papier do pakowania.

Potem pojawia się jeszcze na chwilę w tomie opowiadań To ty jesteś Daniel (2001).

Teraz jednak są dwie Marie. Starsza i młodsza. Młodsza, ta wcześniej znana, należała do "Solidarności", była internowana w stanie wojennym - siedziała w trzech więzieniach, w Katowicach (na Lompy i Mikołowskiej) i w Sosnowcu, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, skąd właśnie pisała do Krall. Pisała o wszystkim. O życiu w Dąbrowie Górniczej, Sączowie, Wojkowicach, o ciotce i matce, swoich snach, ptakach i roślinach, o autystycznym synu, sąsiadce Kathy, kocie Louisie, przyjaciółkach. O lękach i pragnieniach. W listach opowiadała o sobie (opowiadała siebie) i o tej drugiej Marii (opowiadała tę drugą Marię). Nie wszystko jednak da się opowiedzieć. Bo jak można opisać wspomnienie zapachu? Albo smaku? Maria się stara. I Krall się stara, jak w niezwykle poetyckim opisie chleba z Ligoty, za którym tęskni kobieta. W Ameryce takiego pieczywa nie ma.

Starsza Maria jest teściową młodszej, "matką jej męża" - jak ją nazywa, nie lubiąc słowa teściowa. Kobieta przeżyła warszawskie getto, Umschlagplatz ("wszystko, co zdarzyło się po Umschlagplatzu, jest jakby pod wodą, rozmyte i nieostre"), a potem, już w USA, uderzenie w pierwszą wieżę World Trade Center. Przeżyła i wtedy, i teraz. Zeszła po tysiącu osiemset czterech schodach i wyszła na ulicę, tak jakby wychodziła z getta. Nie mogła rozpoznać miasta, wieże się waliły, pył, gruz, krzyki. Ktoś dał jej pieniądze na autobus i po paru przystankach, w innej części Nowego Jorku zobaczyła normalność, świat, który jeszcze o tragedii nie wiedział. Czuła się, jakby z getta przeszła na stronę aryjską, gdzie też życie toczyło się w miarę normalnie - "wyszła z martwej pustki w żyjący świat". Nie pamięta, jak zginęła jej matka. Wie, ale nie pamięta. Dar czy przekleństwo niepamiętania? Poza tym Maria zaczytuje się kryminałami, które detalicznie streszcza potem rodzinie. Ucieka w inny świat. Świat, w którym zło zawsze zostaje ukarane, w którym triumfuje dobro, a dobry bohater zawsze wygrywa. Opowieści te przerywa czasami wspomnieniami o ludziach mieszkających obok niej w sporej kamienicy przy ulicy Zamenhofa 26. Ludziach, o których dziś - poza nią - nikt już nie pamięta. Żyjemy tak długo, jak pamięć o nas?

Młodsza Maria ma też syna. Żyjąc w społeczeństwie dość nieczułym na każdą inność, wychowuje dziecko chore na autyzm - "nie rusza się ze stanu Massachusetts, tu jeszcze nikt autystycznego syna nie zamordował". "Jej syn krzyczał i bił się rękami po policzkach [...] Jej syn skraca słowa, łączy je i powtarza kilka razy [...] był dzisiaj smutny [...] ćwiczy dźwięki [...] poprawia świat [...] nie wyjaśnia niczego i nie prosi o wyjaśnienie [...] źle oddychał niespokojnym, nierównym, urywanym oddechem. Coś go bolało [...] Jej syna trzeba będzie physical restrain". Jej syn czasami poprawia świat - numer na tablicy rejestracyjnej, rysunek, porządek i kolejność ułożonych rzeczy. Czasami krzyczy. Autyzm jawi się tu jako metafora zamknięcia. Chłopak jest uwięziony we własnym ciele, w sobie tylko znanym świecie. Trudno do niego dotrzeć. Maria boi się najbardziej tego, co stanie się z jej synem, gdy jej i męża zabraknie. Kto się nim zajmie? Kto go przytuli? Pocieszy? Zrozumie?

Ten niewielki objętościowo tom, pełen krótkich obrazów, przebłysków (przeplatanych rysunkami Amandy Hrabowski, córki i wnuczki), prostych zdań, fragmentaryczny, pokazuje to, co w twórczości Krall najważniejsze. Czy z ułamków wspomnień można zbudować tożsamość? - pyta autorka. W czasach powszechnej zgody na niepamięć albo przeinaczanie pamięci, porusza także zagadnienie pamięci dziedziczonej, postpamięci. Termin ten został wprowadzony przez Marianne Hirsch, amerykańską historyczkę literatury i sztuki, by opisać pamięć drugiego pokolenia, czyli potomków generacji, która przeżyła zbiorową traumę. Pamięć ta jest w pewnym sensie pamięcią fałszywą, bo dotyczy zdarzeń, które nie były obiektem bezpośredniego doświadczenia. Niemniej jednak zdarzenia wrastają z taką siłą w świadomość kolejnych pokoleń, że są odczuwane przez jego przedstawicieli jako własne. Postpamięć charakteryzuje przede wszystkim doświadczenie osób, które dorastają w świecie zdominowanym przez narrację dotyczącą Holocaustu, ale termin ten bywa używany również w odniesieniu do społeczeństw, które w jakimś momencie historii dotknęła zbiorowa trauma, jak zamachy z 11 września. Młodsza Maria boi się o swojego syna, czyta mu różne lektury, ale nie potrafi przełamać się i przeczytać mu dziennika Anny Frank.

Historie młodszej i starszej Marii bywają dla autorki Króla kier znów na wylocie (2006) także pretekstem do opowiedzenia innych historii, jak na przykład Bernharda Walwrożeńskiego, czyli Bernarda Berensona, pochodzącego z żydowskiej rodziny znanego historyka sztuki, doradcy kolekcjonerki sztuki Isabelli Stewart Gardner, którego stryjeczna wnuczka Berry była w samolocie, który uderzył w pierwszą wieżę WTC. W reportażach Krall zawsze w małych ludzkich historiach kryje się Wielka Historia całej ludzkości. Ale to te pojedyncze losy, pojedyncze traumy są istotne. Wydawałoby się, że niemożliwe historie.

Synapsy Marii H. pokazują, że dobry reporter nigdy nie wie o swoich bohaterach wszystkiego, wielokrotnie zadaje więc te same pytania i przede wszystkim słucha. Słucha uważnie, aktywnie. Słucha i słyszy. Bohaterowie Krall mieli szczęście, że trafili na nią. Że ich usłyszała. Opowieść jest najważniejsza.

Prawdziwe szczęście mieliśmy, że w drodze od Big Bang, Wielkiego Wybuchu, w tych przerażających ciemnościach i chłodzie znalazł się i nasz niewielki epizod, nasze planety, słońce, drzewa...

Prawdziwe szczęście mieliśmy...

Prawdziwe...

Czy to ostania książka Hanny Krall? Mówi, że powiedziała już wszystko. Ale przecież na pewno nie raz jeszcze usłyszy historię, którą będzie musiała nam opowiedzieć...

Piotr Müldner-Nieckowski

Umarł przyjaciel

(u-twór traumatyczno-terapeutyczny)(po-twór)(zapis pewnego przerażenia)(kiedyś myślałem to o swoim ojcu)(matka też musi być, ale chodzi o niego)(nigdy mu nie wierzyłeś)(ale trzeba to powiedzieć, bo ktoś inny powie)(gdyby żył, też musiałbyś to)(to nie kol-ega, to on)(ćwicz potoczny patos)

Umarł twój przyjaciel, ojciec.

Matka jeszcze nie wyszła z przepaści spazmu,

a już ich dzieci, ty na czele,

stoicie u wejścia jaskini

gęstej od przezroczystości.

Tak transparentnie, że nic nie widać.

Błona niechęci zaszła na oko.

Ruszasz ręką, a widok się rozpływa.

Światło ginie, ktoś je zabija.

Lecz nie pozwolą szukać ciemnych zgrzytów

w przetwórniach pamięci,

a sama pamięć, póki świeża, zmusza

do oczyszczania spiral codzienności.

Nie dziw się, że śmierć ta

zastała cię z rękami w kieszeniach

i wzrokiem niedowidzącym.

Stanąłeś w jawnym śnie, że goni cię anioł

przebrany za diabła.

Bo nagle zapadł się zatrzask

pułapki na święte myszy tworzenia,

któreś uprawiał do spółki z kimś,

kto mówił same definicje.

Z policjantem polityki.

On rzucał hasła,

tyś w nich widział Biblię Antychrysta

(i po powrocie do domu rozpisywał

rzecz w nawiasach, by odszukiwać Jezusa.

Lecz on ma słowa niełatwe,

trzymają za gardło jak sfora

z waderą pilnującą sylab...).

Musisz zaczynać sam od nowa. Teraz.

Myśleć bez emocji

sztucznie wzniecanych przez obcych.

Umarł twój ojciec z komunią ukrytą

między zębami a trybem.

Nawet jeśli kiedyś skłamał dla was

jakieś zbawcze słowa

(przypomnij mi tylko,

kto ten kłam wymyślił i ci go podpowiedział),

coś taniego zabrał przemocą komuś na ulicy,

byście nie umarli z głodu,

jakiś dowód okroił ze skóry jak owoc,

aż krew ciekła -

nawet jeśli..., nawet gdy się błocił,

to zawsze pozostawiał płodne pestki.

Tylko nawozić je odzyskiwaną siłą!

Matka ma ciebie ze swego ciała,

jest twoją nawą na oceanie obecności.

Lecz ojciec tym mocniej wywodzi cię z lotu!

Jest wiatrem targającym morza!

Pióra w jego skrzydłach świszczą

prawdę dla ciebie - o tobie.

1 "JW: W tomie Już otwarte czytamy: "mnie się śni / że w mieszkaniu na Wojska Polskiego / piszę wiersz". Często śni się Panu, że pisze wiersze?

   BZ: Czasami. Czasami śnią mi się nawet całe tomy. I to świetne. Miewam sny, że odnajduję zapomniany zeszyt, a w nim... jeden wiersz lepszy od drugiego!

   JW: Pamięta je Pan po przebudzeniu?

   BZ: Niestety nie. Bodaj raz się obudziłem i po ciemku próbowałem zapisać wers, zupełnie wspaniały, który mi się przyśnił. Ale efekt był taki, jak w anegdocie, która opowiadał Tomasz Majeran, a ja przytoczyłem w Nocy poetów: Jonaszowi Kofcie śni się, że przyszedł do niego Pan Bóg i przekazał mu sens życia. Budzi się, zapisuje to objawienie, znów zasypia, a rano bierze kartkę i czyta: "Nowak, to nie to!". Ja tę swoją linijkę zapisałem w zeszycie w kratkę w szpitalu na Spartańskiej, brzmiała: "De jogutu kikart kirte". Nie wiem, czy w jakimkolwiek języku coś to znaczy. Zresztą i tak się nie liczy, bo sen był po beta blokerach".

Jeśli mówi się do wszystkich, to mówi się do nikogo. Z Bohdanem Zadurą rozmawia Jagoda Wierzejska, "Nowe Książki" 2016, nr 6, s. 10.

2 Archanioł Michał broni wstępu do raju, "w którego obręb / nie wejdę już po poplątanej nitce" (Jacek Podsiadło, Kładąc Dawidowi pod poduszkę prezenty [w:] tegoż, Wychwyt Grahama, tom dostępny w bibliotece internetowej Wolne Lektury: www.wolnelektury.pl). Por. Zbigniew Herbert, Kraj [w:] tegoż, Wiersze zebrane, Kraków 2008, s. 175.

3 Mosiężna gałka pochodzi z cytowanego w motcie wiersza pt. intro (zob. Eugenijus Ališanka, Zastrzegam sobie prawo do milczenia, Poznań 2018, s. 29). To, oczywiście, klamka u drzwi prowadzących wstecz. Jest ona jednym z elementów dzieciństwa, którego można doznać przez dotyk; wgląd głębiej jest możliwy, ale trudno osiągalny - zdolność rozumienia brzuchomówstwa rzeczy zjawia się tylko wtedy, gdy odrzucimy myślenie.

4 "Pewnego dnia, zaledwie zabrałyśmy się do roboty, Lasse powiedział do Ollego:

   - Petruska saldo bum bum.

   A Olle odpowiedział:

   - Kolifink, kolifink.

A Bosse:

   - Mojsi dojsi filibom ararat.

   Zapytałyśmy ich, co to ma znaczyć, a Lasse odpowiedział, że jest to specjalny język, który tylko chłopcy rozumieją. Dla dziewczynek jest za trudny".

   Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn, Warszawa 1993, s. 34-35; Później wprawdzie Lasse tłumaczy znaczenie tych słów, ale gdyby zapytać go jeszcze raz, przekład na pewno byłby już inny.

5 "[P]rzypomniałem sobie z mego dzieciństwa niektóre zabawy na naszym podwórku. Goniąc się i tłukąc, zawsze wiedzieliśmy, że można wypowiedzieć jedno magiczne słowo, a wtedy jest się wyłączonym z gry i nietykalnym. Słowo to u nas brzmiało: Czur-czu-ra". Czesław Miłosz, Czur-czu-ra [w:] tegoż, Piesek przydrożny, Kraków 2011, s. 206. Słowo niewidka, nic dodać, nic ująć.

6 Magiczna formuła "czur-czu-ra" zapewniała nietykalność. Jedna z możliwych etymologii leksemu "Cygan" odsyła do greckiego Atsingani (dosłownie "niedotykalni").

7 "Pewnego jesiennego wieczoru [...] (miałem wtedy jedenaście lat) bez żadnego przygotowania, bez zapowiedzi, bez znaków na niebie, dziwnie po prostu wtargnęła do naszego domu Euterpe, muza poezji lirycznej. [...] Na chwilę otworzyło się niebo [...]. Poddawałem się jakiemuś wspaniałemu, wszechogarniającemu rytmowi, a słowa płynęły mi z ust potokiem, jakbym nagle stał się medium przemawiającym po hebrajsku. Był to istotnie jakiś dziwny język [wyróżnienie - MW], niesłychanie dźwięczny. Gdy minęła pierwsza faza gorączkowego podniecenia, zacząłem zastanawiać się nad znaczeniem słów i dopiero wtedy po falującą powierzchnią melodii i rytmu odkryłem tekst całkiem zwyczajny [...]. W pełni świadom, że wiersza tego niepodobna przetłumaczyć, proszę, żeby czytelnik zechciał zwrócić uwagę na elementy, z których był zbudowany [...]. Cała ta ballada [...] złożona była z kilku słów następujących po sobie w doskonałej, niepowtarzalnej kolejności: kępa korali, chwila, wieczność, liść, poza tym z tajemniczego, zupełnie niezrozumiałego słowa - plumasseria. Oszalały ze strachu, jakiś czas jeszcze kuliłem się na skrzyni, aż wreszcie oznajmiłem głosem łamiącym się ze wzruszenia: Mamo, napisałem wiersz".

   Danilo Kiš, Ogród, popiół [w:] tegoż, Cyrk rodzinny, Wołowiec 2006, s. 301-302. Kiš, opisując stworzony we wczesnej młodości wiersz, sięga po enumerację, figurę chaosu, która dobrze oddaje strukturę naszej pamięci. W tym kontekście "plumasseria", rezonująca - przynajmniej w mojej głowie - z "pluszową kotarą", może oznaczać nieprzekraczalną granicę snu albo dzieciństwa. Próba wyprowadzenia ich na tę stronę kończy się "przełamaniem ogrodu" (por. "Lato się we mnie przełamało", słowa Wiktora Rubena z Panien z Wilka Jarosława Iwaszkiewicza).

8 Ac, ac-ac, acebe - tak według Władysława Hermaszewskiego (pisze o tym w Echach Wołynia) poganiano woły na przedwojennym Wołyniu. Por. Witold Szabłowski, Sprawiedliwi zdrajcy, Kraków 2016, s. 303-304.

9 Asa Nisi Masa - fraza z filmu 8? Federico Felliniego, która przenosi głównego bohatera Guido (Marcello Mastroianni) do krainy dzieciństwa. Zwrot ten miał ożywiać oczy na obrazie, co można odczytać jako prekognicję późniejszych losów Guido, reżysera filmowego, twórcy ruchomych obrazów.

10 Fragment zaklęcia doktora Pai-Chi-Wo, dzięki któremu Pan Kleks mógł poderwać się z ziemi i latać. W całości wygląda tak: "Idzia Bidzia Min / Sua Hua Wej Sua Tin / Hendo Hendo Mei! / Thonze Hua Sua Piando Sjen / Sjan Sjan O Sjan Hua / Pramun Tunku Punku / Johen Dohen Kohen Tua / Szin Czin Lesaj Kunku / Sjan Sjan O Sjan Hua / Szamen Tunku Punku / Johen Dohen Kohen Tua / Szin Czin Lesaj Kunku".

11 O raju, przecież to tylko tyci dopisek do nowego sadu, ogrodu niewinności, dzieciństwa wolnego od trosk, lecz nie od empatii.

 12/2020

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Elżbieta Baniewicz (teatr),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),

Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Małgorzata Brodacka (sekretariat)

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6, DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2020 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: Piotr eL

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI:Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52,tworczosc@instytutksiazki.pl prenumerata na rok 2021:Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł;prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł.Wpłaty na konto Instytutu Książki:81 1130 1150 0012 1269 2720 0001Prenumerata zagraniczna (roczna): ? 60 lub $ 80.Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE : GOSK PLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowychopłat. - ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa:Zamówienia na prenumeratę przyjmują zespoły prenumeratywłaściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, - e-mail: prenumerata@ruch.com.plPrenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informacjęo warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania możnauzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75,www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego6 jako administrator danych informuje, że Państwadane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacjiprenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniemAdministrator może powierzyć dane osobowepodmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępudo treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięciazgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianymoraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danychdo organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony DanychOsobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędnedo złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawachzwiązanych z danymi osobowymi można kontaktować sięz inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

Karina Obara

Kolczyki

Gdy Janka wybierała się po wodę do studni, Hela przybiegła z pilną prośbą.

- Janka, zostań z Maryjką, muszę z Kazikiem jechać do Legnicy - nagliła. Oczy miała okrągłe, czarne, mocno wbite w Jankę, zmuszające. Nie sposób odmówić - pomyślała Janka, choć nie wiedziała jeszcze, jak świeżo po poronieniu poradzi sobie z trójką dzieci. Minął tydzień, odkąd straciła Stasia. Tak nazwała nienarodzonego. Pochowała na cmentarzu wojcieszowskim, pod topolą, w zacienieniu, gdzie słońce nie raziło ani nie grzało. Świeciło gdzieś z oddali, nienachalnie, jak przez dziury w płocie.

Niech spoczywa w pokoju.

- Zostanę - powiedziała Janka. - Ale wróćcie prędko, bo sama z trzema dziewuszkami nie pociągnę długo, słaba jeszcze jestem.

- A uszy Maryjce przebijesz, hę? - zapytała przed wyjazdem Hela, trzymając Maryjkę za rękę, sztywno, mocno, nieustępliwie, po czym do drzwi ją popchnęła jednym, zdecydowanym ruchem. - Dziecko chce mieć przekłute uszy, bo włosy ma krótkie, wszędzie teraz ta wszawica, coby się odróżniała od chłopaków chce te uszy mieć - zaśmiała się.

Janka spojrzała na małą, która łypała na nią teraz ciemnymi, dużymi oczami, bystrze szukającymi zajęcia. I jakby już wiedziała, że o przekłucie uszu prosić nie będzie konieczne zbyt długo, wyciągnęła małą piąstkę i pokazała, co w niej ma. Srebrne kolczyki, z haczykowatą nasadką, zakończone kwiatkiem z czarną kulką w środku.

Hela, jej matka, zaśmiała się ponownie, jeszcze głośniej i pełniej odsłaniając zęby uzupełnione srebrnymi koronkami i odchodząc, już od progu krzyknęła:

- To u Wenclów znalazłyśmy, cały dom tam jeszcze mają do rozebrania. A książek ile! Choć większość po niemiecku - nie kryła rozczarowania. - A garnków i talerzysków, tylko iść trzeba, zebrać, nanosić, bo nikt się już o to nie upomni.

U Wenclów, Janka wzruszyła ramionami, patrząc na błyszczące w słońcu kolczyki, które na małej rączce Maryjki mieniły się zachęcająco. Po co jej do Wenclów chodzić? Jeszcze kto zobaczy, że kradnie po uciekinierach, jeszcze doniesie. Mało to ma problemów? Ludziska jakieś odważne się zrobiły, harde, nie boją się Boga ani własnego wstydu nie mają. Wzięła Maryjkę za rękę, zaprowadziła do Reni i Grażynki.

- Bawcie się razem - przykazała dziewczynkom w izbie przylegającej do kuchni. - Rówieśnice jesteście, nie bijcie się tylko.

Nie przebijała uszu od kilku lat. Przed wojną ostatnio. Kto by w wojnę uszy przebijał. Nawet nie wie, czy ma jeszcze spirytus, szukała w szafce na buty, pod zlewem, bez wody w kranie, pustym jak jej brzuch. Znalazła kapkę na dnie. Na jedno odkażenie wystarczy.

Rozplątała włosy z cienkich drucianych wałeczków, uczesała z przedziałkiem powstałe fale, założyła za uszy, podniosła nad karkiem dłonią. Dbać o siebie trzeba, westchnęła, im ciężej, tym usilniej się pilnować, żeby głupoty po głowie nie chodziły, a jak chodzą, aby nie zostawały, odklejały się prędko przy robocie, która z czasem zacznie się palić w rękach. Co by miała nie zacząć się palić, jak człowiek chce.

Zaplanowała mycie podłóg i zrobi to, zanim wybierze się do studni. Niemcy odeszli jakiś miesiąc temu, trzeba było uporządkować wszystko, dołożyć więcej staranności, cierpliwość w sobie znaleźć, nie dać nerwom upustu. Niemcy Niemcami, ale żyć trzeba dalej, wysprzątać, wygotować prześcieradła, firanki od papierosów pożółkłe, wyszorować garnki, w których zostały resztki po kaszy, przypalonych ziemniakach. Nie mogła wcześniej tego zrobić, nie miała siły. Kiedy rodzi się martwe dziecko, nie jest łatwiej niż z żywym. Kto wie, może nawet trudniej, gdy się wie, że nie zapłacze, a ból porodu taki sam, tylko niezakończony nagrodą płaczu oseska. Później trzeba zebrać siły, nie tylko po to, by je mieć na teraz, ale i na przyszłość, zaoszczędzić, jak oszczędza się kartofle na zimę. A pracy przybywa, właśnie Hela jej dołożyła. Zdołać odmówić opieki nad dzieckiem, to jak sobie nie dać szansy, że kiedyś Hela się zaopiekuje jej dwiema córkami. A opiekowała się, gdy Janka rodziła. I dwie żywe córeczki. I jednego martwego Stasia.

- Maryjka, chodź no tutaj, przebijać będziemy - zawołała do dziecka, szykując miejsce na stole do szybkiego zabiegu.

Maryjka przybiegła w podskokach, śmiała się, rozgrzana zabawą z Renią i Grażynką, ale jeszcze bardziej zapałem, uczuciem nowości, jakie ją czekało, tą nową radością z posiadania kolczyków od Wenclów, które zaraz będą dyndać w jej uszach, gdy pani Janka wkłuje się w nie w try miga.

- Jak ukłucie komara, prawda? - zapytała Maryjka, siadając na krześle. Niepewna była teraz, zawahała się, przysiadając na brzegu krzesła.

- Co? - Janka wyrwała się z zamyślenia, kładąc na skrawek białego materiału wyczyszczone spirytusem haczyki kolczyków. Zaraz je wbije w te małe, odstające uszka, musi to zrobić sprawnie, znaleźć punkty na obu uszach, równo wymierzyć okiem i zadać bólu tyle, ile konieczne, nie więcej. - Prawie - mamrotała. - Duża jesteś, masz już sześć lat, wytrzymaj, prawie jak ukłucie komara.

Wkłuła się zdecydowanie, nie zwracając uwagi na wypływającą obficie krew. Mała zapiszczała, zacisnęła zęby i syknęła:

- Miało być jak...

- Cicho - pouczyła ją Janka. - Jak się będziesz bała, to będzie bardziej bolało.

Janka wyczuła, że jej słowa uspokoiły dziecko. Maryjka siedziała sztywno z zamkniętymi oczami, czekając, aż zabieg się skończy. To działa, to zawsze działa. Jej matka tak przekłuwała uszy wszystkim dzieciom w okolicy, a wcześniej jej babka. Kłuły mocno, mówiąc o jednej, jedynej przeszkodzie nie przed, lecz w trakcie zabiegu. Strach, gdy już puszczał, dawał dziecku cierpliwość i siłę, by znieść kilka minut uporczywego nacisku i szczypania, wkłuwanie szło jak po maśle. Strach wszystko przedłuża i powiększa. Niepotrzebnie.

- I pamiętaj, aby dwa razy dziennie przemywać spirytusem, obracając kolczyk to w jedną, to w drugą stronę - powiedziała małej. - Już po wszystkim, przemywać musisz, bo ropa się będzie zbierać. A watę w domu masz?

Maryjka posłusznie skinęła głową. Bolało ją, to pewne, ale uśmiechała się. Nareszcie ma wymarzone kolczyki. Żaden z pięciu braci już więcej nie nazwie jej chłopakiem. A włosy odrosną, a jak znów złapie wszy, to nie zapłacze z powodu ścinania. Będzie miała kolczyki. Od razu widać, że dziewczyna.

Janka chciała nawet pochwalić małą, bo nie pisnęła podczas przekłuwania, ale postanowiła, tłumiąc ciepłe uczucie, że lepiej dziecka nie psuć. Zresztą, zobaczymy, może ją później pochwali, kto wie, jak się będzie zachowywać za parę godzin, jak szczypanie się nasili i uszy spuchną, zapłoną gorącem gojenia. Pochwali ją, gdy wróci od studni.

Umyła podłogi, dołożyła do pieca, wyścieliła po ziemi kartonami i gazetami. Nie będzie się tak nosiło z dworu, dzieci biegają, nie nabłocą.

Pójdzie już do tej studni, bo guzdrze się jak nie wiem co, strofowała siebie pod nosem. Przykazała dzieciom, by były grzeczne i zaczekały. Tylko pół godziny. Co się może zdarzyć przez pół godziny? Nawet martwego dziecka nie sposób urodzić w tym czasie, uspokajała siebie w myślach, zajęło mi to trzy godziny, w pół można dojść i wrócić aż pod las, i zastać spokój. Wzięła klucz z kredensu, domknęła szuflady, szafki docisnęła, aby po cukier nie szperały, zamknęła dziewczynki i wyszła z dwoma wiadrami, jeszcze w ogródku przy domu nakopie marchwi na zupę. Wyrobi się, w piecu napalone, tylko gar z wodą nastawić, naskrobać zieleniny, obrać ziemniaków.

Słońce coraz wyżej stało, gdy szła, mijając opuszczony dom Wenclów i Habrosów, i Zwingów. A mimo wiosny i rozkwitów, świat oniemiał, ptak jakiś samotnie trelił na akacji, jakaś żaba od Kaczawy unosiła się w skrzeku. Nie odpowiedziało jej żadne stworzenie. Nigdy już ich nie zobaczy? Czy człowiek może tak odejść z cudzego życia i nie ma go więcej? Czy w uporczywości czekania jest sens, a jak go nie ma, tak jak nie ma Boga, który to widział i nic nie zrobił? Czy może jest tak, jak mówił stary Zweig, zanim go wywieźli z resztą w wagonach, że Bóg wycofał się z samego siebie, a wtedy powstała przestrzeń, w której mogło dojść do stworzenia. A co się dzieje w tej przestrzeni, Bóg może tylko obserwować, porzucił przestrzeń, pole oddał ludziom i patrzy. Nawet nie może płakać, bo gdyby zapłakał, jedna jego łza zalałaby cały świat. Nie myśleć za dużo, nie szukać sensu, nie dopytywać, a po co, a na co, to tylko niepokój wzmaga, jakie te wiadra ciężkie, jakie ramiona słabe, muszę odpocząć.

Janka stawia wiadra na trawie, patrzy jeszcze raz na dom Wenclów, pot ociera z czoła, jeszcze ma kawał drogi. Codziennie tak chodzić będzie, aż wodę podłączą, bo teraz w kranie sucho, może pojutrze zdołają, do piątku woda poleci, napełni wiadra i balię do kąpieli. Do piątku, myśli i człapie znów z wiadrami, ponownie przystaje, spogląda na opuszczone domy, próbując nie patrzeć na smutne okna, jakby opłakiwały dawnych właścicieli. Rusza i patrzy przed siebie, nie chcąc znów odczuwać smutku, jak po Stasiu, za dużo tych strat, niezawinionych, niesprawiedliwych, niesłusznych, w gardle jej zasycha, kolejny raz stawia balast na drodze, pochyla się, zanurza dłonie, pije, lecz suchość w ustach nie ustaje.

I gdy się prostuje, nie chwyta już wiader ponownie, nie niesie ich, a chciałaby, powinna, ktoś jeszcze te wiadra zabierze, wszystko teraz cudze zabierają, nie uniesie ich już, stanowią ciężar ponad jej siły, ale pal licho te wiadra, biegnie teraz przed siebie i płacze, musi zdecydować - płakać czy biec, nie starczy jej sił na jedno i drugie. Biegnie więc najszybciej, jak może, ten dym, który widzi, to od niej, dzieci, myśli w jednej chwili, umarły, w drugiej chwili przewiduje. Nie wie, a biec musi dalej, choć czy jeszcze jest po co? Przed domem traci pewność, czy słusznie biegła, zamiast dać Bogu ratować, przekonać się, czy tak samo się nie wtrąci, jak dotychczas, czy znów nie okaże miłosierdzia. Głupia była, przecież nie można z Bogiem się kłócić podczas biegu, gdy ostatek sił zużywa się na ratunek własnych dzieci i cudzego, a obce ważniejsze, jaki wstyd nie dopilnować cudzego dziecka!

Dobiega, jest już przy drzwiach, a gdy otwiera, gdy klucz wreszcie puszcza, uderza ją dym i widok Maryjki z wykręconą z płaczu twarzą i nogą, prawą szczupłą nogą, która utkwiła w piecu. Trzewik, to trzewik czerwony się zaklinował, a nie mógł być mniejszy? - zdąża pomyśleć Janka, nie płonąłby jak ten duży but, płomień nie sięgałby skarpety, a nawet pod kolanko dziecka, które już nie płacze, jest sine, zaniosło się i trwa w bólu.

- Mamo, mamo, Maryjka kartony do pieca nogą wpychała! - Janka słyszy jeszcze krzyki Grażynki. Obie z Renią siedzą pod stołem wtulone w siebie, bezradne, teraz wyciągają rączki, na pomoc.

Jeśli nie wiecie, jak to jest nienawidzić siebie, odnajdźcie dzieci w sytuacji zagrażającej życiu i zemdlejcie. Bo zemdlała wtedy Janka, nie potrafiąc, mimo największego wysiłku, najgłębszego pragnienia, zapanować nad ciałem.