Twórczość 11/23 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

9.00 zł
7.47 zł (7,65 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rafał MatuszDziennik szpitalny

28.11

Dzień pierwszy minął w szoku, szybkie procedury, co wolno, czego nie wolno. Szybkie przyjęcie systemu na klatę. Pierwsze? Co pamiętam. Drugie? Czy dam radę. Trzecie? Uciekam stąd, spierdalam właściwie. Jestem tu z własnej woli, sam się tu umówiłem. Wiedziałem, że to nie przelewki, bo coś podobnego już przeszedłem. No nie, różnica kolosalna. Tu się nikt z tobą nie cacka, nie ma indywidulnego podejścia, bo jesteś częścią dużego systemu opieki zdrowotnej. Albo się dopasujesz, albo... nie musisz. Teraz dopiero czuję, jak się ze sobą pieściłem, opłakiwałem każdą porażkę i cieszyłem z gównianych nawet sukcesików.

No, jest to miejsce, powiedziałbym, jedyne w swoim rodzaju. Oddajesz sznurówki, pasek, wszystko wiszące. Nosisz takie "gołe" buty jak flaki. Ledwie trzymają się na nogach, szurają. A to szuranie krępuje jakoś. Z każdą chwilą nie chcesz coraz bardziej, ale musisz. No musisz, kurde, bo nie masz już wyjścia. To znaczy, wyjście jest. Jedno.

W każdym razie wszystkie twoje ochy i achy nad niezależnością, indywidualnością w twoim przekonaniu zostają pogwałcone. Nie wierzysz, że to się dzieje naprawdę. Szybko przebiegasz po jakichś wzorcach, które pozwalają ci oswoić sytuację. Myślisz: Lot nad kukułczym gniazdem. To fajne skojarzenie, tylko jakoś w niczym nie pomaga.

Jeżeli nie byłeś nigdy w takim miejscu, a próbujesz sobie to wyobrazić, nie rób tego. To, z czym się zetkniesz, z pewnością będzie inne od spodziewanego. Na początku jest coś w rodzaju rewizji osobistej, od której się zaczęło. Potem oprowadzenie po "miejscu", nie umiem użyć innego słowa, które byłoby właściwsze. Bo przecież to odział psychiatryczny, duży, potężny, oblegany, przepełniony, bo na NFZ. Wszyscy na kupie, młodociani narkomani, ćpuny w średnim wieku, zapici starsi panowie. Wszyscy jakoś po swojemu równo wyniszczeni. Ten korytarz długi, niekończący się, wypełniony spacerowiczami, myślisz sobie "nie wierzę", a jednak to nie jest film. Żadne "kukułcze gniazdo".

Lamperie dwukolorowe, gustowne, na ścianach obrazy, jak mówią oddziałowe, "naszych pacjentów". Miejsce oswojone, nawet jakoś uczczone tymi obrazkami, jakby były to niekończące się dowody wdzięczności. Jestem już "rozmontowany", plecak przeszukany, zabierają z kosmetyczki cążki do paznokci.

Pierwsze, co robisz, to stajesz obok, udajesz, że to nie dotyczy ciebie, że to się jakby przytrafia, ale nie jest prawdziwe, nie powinno cię dotykać. A przecież, pamiętaj, jesteś tu z własnej woli, dopada cię chwila żenującej rzewności, że sam sobie to zrobiłeś. Potem zadufanie, że przecież "coś takiego" nie przytrafia się "takim jak ty". Bo już byłeś w takim miejscu, ale wydałeś na to kupę kasy, co zostało docenione, a usługa na stosownym poziomie. Ale teraz to nie jest hotel, to nie jest sanatorium. To jest odwyk. Ciągle się zapowietrzasz, że dlaczego ja w tym miejscu, że nie spodziewałem się.

Dużo ćpuńskich małolatów, nerwowych dresików, ale też kompletnie pozamykanych facetów, którzy wszystko robią w zwolnionym tempie. To cię przeraża, bo oni tego nie udają, to nie jest wymyślona pantomima, czujesz ciężar tego, co przeżyli naprawdę. Ich twarze są zastygłe, nie wiem, jakieś gumowate, niekontaktowe. Twarze, które nic nie wyrażają, takie czarne dziury, które wchłaniają każde spojrzenie, każdą emocję.

Miejsce przyjęć jest na środku, wygląda jak recepcja wielkiego akademika, za nią miejsca niedostępne, czyli dziuple pielęgniarek i oddziałowych. Nie wiem, czemu mi się ten opis ciągle tak skręca w negatywną stronę. No, jest to upiorne, a jakie ma być? Próbujesz się nie rozsypać, to jest strasznie ważne, żeby tak z początku się nie rozjebać na kawałeczki. To byłby zły początek.

Jak już oddają ci rzeczy i wkładasz te buty bez sznurówek, słyszysz, że w głębi korytarza jest szeroka wnęka, z której dobiega odgłos ping-ponga.

Sala jest na cztery łóżka, zajmujesz właśnie to czwarte, ostatnie. Nie możesz cięgle przestać się zapowietrzać tym "wzdechem czterogwiazdkowego księciunia". Bo to jest słabe uczucie, słabe. Ale takie to ma być, to nie jest hotel, to nie jest sanatorium, to jest odwyk.

Młody chłopak podchodzi do kolesia, który siedzi przy laptopie: "Hello majster, co ty odpierdalasz za gierkę?". Komputer jest wydawany z tego "kukułczego gniazda". Nie możesz mieć ładowarki przy sobie. Dopiero wieczorem, po kolacji, zobaczysz, jak pacjenci zbierają się w chmary, żeby oddać swoje telefony do ładowania. Każda ładowarka ma karteczkę z nazwiskiem. Moja też.

Odkładasz wszystkie rzeczy i idziesz na wizytę do lekarza, który okazuje się oszałamiająco piękną i, jak się później okazuje, zajebiście mądrą psychiatrą z nieskazitelnym gramatycznie polskim, ale łamanym akcentowo ze strony wschodniej. Pośród tego jakby resortowego ponuractwa jest kimś zdumiewającym. Wszystko opowiada, po trzy razy odpowiada na te same pytania. No, naprawdę.

29.11

Budzenie ogólne, pielęgniarki w każdej sali zapalają światło, "a tych sal jest ze czterdzieści". Najdziwniej na razie z tymi butami, uczysz się zmniejszać dystans. Rozmawiać, to jest nagle takie trudne. Irytuje cię własne zakłopotanie, jakbyś nie umiał błyskawicznie dopasować się do sytuacji. Ludzie są życzliwi, zapytani tak po prostu nagle rozkwitają, rozgadują się. Wracasz po śniadaniu na salę, kraty w oknach nie powinny dziwić, a jednak. Jest taki Adamek, nie wiem, ma może z siedemnaście lat, po sto razy z każdym robi żółwika, a że to już ten wiek, to trochę bezwiednie co i raz podłapuje się za kroczę. Plama przy rozporku nie schnie. W tym miejscu nie wydaje się to dziwne. Ludzie traktują go jak maskotkę, młodziutki schizofrenik, uczynny, gadulski. Pomyślałem sobie, jak on się tu znalazł. Nie pytam, nie zagaduję, udaję, że duma mi nie pozwala zajmować się "takimi rzeczami".

Dziś jest lżej, ale nie wziąłem ręcznika i szamponu, nie wiem dlaczego, wydawało mi się, że to jest tu niepotrzebne, że jest w zestawie startowym. Gorąca woda pozwala obejść się bez chemikaliów, gorzej z wycieraniem. Muszę się ogarnąć.

Siedzę po śniadaniu durnowaty i naburmuszony. Ludzie rozpierzchają się po kątach, jak to ludzie, kręcą się w kółko. Ale jest też cały spacerniak, prawdziwa autostrada, pacjenci "czwórkami" chodzą wzdłuż korytarza, ocierają się o tę piękną lamperię. Nie mówią sobie za dużo, coś tam mruczą, tu słowa wybuchają. Nagle zaczynam rozmawiać z takim trochę nerwowym brunetem. Mówi, może się tak chwali, ile tam nie zrobił aut. Podoba mi się to gadanie. Opowiada o skokach, ile fety przerobił. Gangsterka bez popisu, jaka była siara, jak matka bagażnik otworzyła, a tam pełno zioła. Matka pytała, po co siano wozi w samochodzie.

Zbierało się od dawna, wcześniej mogło się uleżeć, ugnieść, uklepać. Mówić o emocjach jak o karoserii samochodu. Jest taki chłopak, który non stop chodzi, to znaczy, jest w bezustannym ruchu i ciągle mówi do siebie. Najpierw pomyślałem, że ten koleś rozmawia przez telefon i ma niewidzialne słuchawki. Ma około dwudziestu pięciu lat, wygląda jak świeży absolwent AWF. Prowadzi zaciekłe dysputy, wyjaśnia i przekonuje. Tak rozmawiają, jak wynika z moich doświadczeń, przedstawiciele handlowi, przyparci zrobieniem planu na koniec kwartału. Nie wiem, co mówi. Te dysputy są rzeczowe, ale dyskretne. Przemyka przepastne korytarze miękko i bezszelestnie. Słychać, jak ten dialog-monolog się zbliża, mija mnie i się oddala. Arcydzieło akustyki.

Mam problem, na który rodzaj się zdecydować, czy mówić ja, toczyć te obserwacje w pierwszej osobie, czy może ty, zwracać się tonem doświadczonego, tykać się, sapać i charkać w drugiej osobie. Nie wiem, tak mi się płynnie przeskakuje, nic na to nie poradzę.

No, ten ping-pong mnie trochę wkurwia, zrobiłem przerwę i schowałem laptopa do plecaka razem z ładowarką. Co pan robi? - od razu wparowała pielęgniarka. Nie wiedziałem, o co chodzi, jakby zasada oddawania kabla z ładowarką obowiązywała od zawsze.

No, nęka mnie tych pierwszych kilka godzin tutaj. Nie możesz tego pozbierać, nazwać wystarczająco, nęka cię ta niewystarczalność. Co powiesz, nieważne. Są różne fazy, docierają kawałki opowieści, są tacy, którzy odważnie mówią o sobie. A co z tymi, którzy tego nie ogarniają? No, powiedzmy, starsi panowie. Co z nimi? Co tam wybekują i wypierdują? Jak brzmią?

Dzień się kończy. Świetlica pustoszeje, ping-pong dalej napierdala. Niedługo będę musiał oddać ładowarkę do depozytu. Ktoś szoruje podłogę, to znaczy dwóch pacjentów, robią to od wczoraj, może są jakieś dyżury, dowiem się. Idę na drugą część korytarza kawał za klatkę schodową, są tam pokoje dwuosobowe. Od razu czuję się poszkodowany. Bo skoro miałem komercyjną jedynkę, to dlaczego nie mam teraz dwójki?

Adam rozmawia przez telefon z ojcem, "cześć tato, to kiedy mnie odwiedzisz", powtarza pytanie, pewnie coś z zasięgiem. Podaje jakiś numer telefonu, nie dosłyszałem, a, już wiem, to numer do psychoterapeuty. Powtarza jeszcze raz, ojciec pewnie dopiero teraz zapisuje numer. To numer do ordynatora, żeby ojciec Adama odwiedził, "bo ordynator udziela informacji o stanie pacjenta", brzmi jak cytat, który jest zniecierpliwieniem. Adam przepytuje go z dat, co jest dziś, liczebniki, które mają, że co? Ostro tam go ustawia, przypomina daty, urodziny babci, to ile ma teraz babcia lat, tato? Ile ma? Znowu nie słyszę, tylko 28, 29, 31, chyba chodzi o dni do końca miesiąca. Żeby ojciec jeszcze w tym miesiącu odwiedził ordynatora. "Tata, a wiesz, jaki rozmiar buta noszę?"

Wszyscy naprawdę się starają, dwóch pacjentów dzielnie kończy sprzątać stołówkę, wydają się zarządcami korytarza i tego wszystkiego. Zaczynają cisnąć, żeby Adam skończył już tę rozmowę. Chcą go wyciszyć, trochę nie rozumiem, na czym polega ta gra.

Pomyślałem o swoich rzeczach. Patrzę na nieświeże już, zielone spodnie, wybałuszone ozory butów, ile mam par skarpetek, ile gaci? Spakowałem się do małego plecaka, jakbym wyjeżdżał na dzień, dwa, słabo się przygotowałem do tej wyprawy.

Docierają do mnie sensy liczebników, które Adam wypluwa do telefonu. On liczy, mnoży, dzieli. Pamiętacie Cube i tego chłopaka, który w pamięci wykonywał operacje matematyczne? No, to tak wygląda. Zły się chłopak robi i zniecierpliwiony, bo ojciec nie nadąża za myślą syna. Zresztą, którą to już wersję słyszę, że ojciec nie nadąża za myślą syna? Ta z liczebnikami robi wrażenie.

Pierwszy pełny dzień w tym miejscu się kończy. Liczebniki jednak nie kapitulują. Majtek mam cztery pary, tak samo skarpetek, trzy koszulki, z których jednej używam jako ręcznika. Szara bluza, sztuk jeden, jest już wystarczająco pobrudzona. W depozycie ładowarka, ach ładowarka, żebym znowu nie zapomniał oddać, bo to już recydywa będzie.

Dziewiętnasta. Co normalnie jest o dziewiętnastej? Główne wydanie wiadomości, telewizor, gdzieś widziałem telewizor, ale nie będę już sprawdzał. Ktoś pogłośnił, akustyczne dziwadło, bo teraz rozchodzi się tępo, na wszystkie strony. Dochodzą jakieś informacje, ale nie składa się to w nic. Miejsce wydaje się idealnie wygłuszone, niewrażliwe na bodźce zewnętrzne, jakby nic poza nim nie istniało. Czuję, jak powoli zwalniam. Co dziś jeszcze było?

Pytali mnie wstępnie o relacje rodzinne. Kto mnie tu przywiózł, kim jest ten pan, który ze mną przyjechał, kim jest dla mnie. Powiedziałem: ojczymem, a mam lat, ile mam, więc to dziwne. Będzie dochodzenie, nie wiem, jak to opowiedzieć. Najlepiej, żeby to był film. Taki, co można zacząć i skończyć oglądać w dowolnym momencie. Załapać się na jakiś fragmencik. "Groził, że mnie zadźga nożem", ojcobójca.

Adam się jeszcze bawi z ludźmi, "Ej, Paweł, powiedz "Co Adam" - "Co Adam" - "Gówno"". I tak już z dziesięć razy.

Izabela Fietkiewicz-Paszek

Śmierć przy drodze

1.

Listopad, a przecież w listopadzie

dużo jest śmierci.

Zmierzch, a kiedy umierać,

jeśli nie o zmierzchu?

Droga, a gdzie, jeśli nie na drodze,

spotkać śmierć?

Powrót, a przecież śmierć

ma coś wspólnego z powrotem.

Powrót od ciebie, a wtedy

zawsze jestem najbliżej

śmierci.

2.

Szkodę wyceniono

na pięć tysięcy sześćset czterdzieści trzy złote.

Wgniecenia na masce,

zdarty lakier, stłuczona żarówka.

W pęknięciach plastiku

kępki sierści.

3.

Chwila, kiedy jeszcze można

zrezygnować, przełożyć, zmienić

trasę, zawrócić, choćby krzyknąć.

Chwila, kiedy jeszcze można.

4.

I chwila, kiedy już wiadomo,

nie można zrobić nic,

skręcić, zahamować, cofnąć.

Chwila, kiedy już wiadomo.

5.

Nikt nie jest gotowy

na odgłos uderzenia ciała

o maskę samochodu.

Nikt nie jest gotowy

na opowieść o nagłej śmierci,

ona się nie układa dobrze

na języku.

6.

Ciężar odpowiedzialności - śmierć

będzie odtąd taka, jak ją opiszę.

7.

A to wszystko w pół drogi - wokół pola, słońce

chowa się za linią drzew, nic szczególnego,

żadnych znaków, przeczuć. No może ten sen

poprzedniej nocy.

8.

To było jeszcze dziecko. Dziecko wskoczyło

wprost pod koła. Czy można się obwiniać?

Czy wolno się nie obwiniać? Czym są te pytania

wobec naprawdę ważnych pytań

o śmierć?

9.

Byłoby łatwiej, gdyby zginęła od razu.

Zadałam jej umieranie. Jeszcze wstała,

jeszcze pozwoliła przejrzeć się w swoich oczach,

odjechać, dzwonić po pomoc, nie uzyskać pomocy,

wrócić, podbiec do siebie, trzymać się za głowę,

znów patrzeć w oczy, które matowiały.

Zostawić swoje sarnie dziecięce ciało w rowie,

odjechać, śnić się, myśleć o sobie bez końca.

3/4.10.2022 (v. 2)

Jarosław BanaśOkładka - nowela

- Posłuchaj uważnie, musisz zacząć pisać nowele, mówię ci, mam takie przeczucie, że za chwilę to właśnie nowelki będą się świetnie sprzedawać, będą szły jak szalone, mówię ci, małe kieszonkowe tomiki, krótkie opowieści włożone w miękkie płócienne okładki, z ładną czcionką, wygodną interlinią, do pochłonięcia między przystankami, kiedy ludzie jadą do pracy, albo kiedy gdzieś tam w mieście czekam na kogoś, sięgam po przytulny miękki tomik, nawet gdy prowadzisz, możesz podać pasażerowi z prośbą, żeby przeczytał tylko parę zdań, podajesz tomik, bo jesteś ciekawy, jak to się kończy, czy są w końcu razem albo czy odnaleźli syna, albo czy wędrowiec przeszedł przez pasmo gór do domu nad jeziorem, nie pytaj - już odpowiadam z całą odpowiedzialnością, to będzie trend, to będzie modne, mówię ci, książeczki w płóciennych, miękkich oprawach, podkreślam miękkość, bo to jest ważny wyróżnik, więc teraz jest najważniejsze, żebyś ty także nadał sygnał i wysłał do wydawnictw tych kilka wciągających historii, które tak od niechcenia opowiadasz, by mnie uwieść albo chociaż zatrzymać na dłużej niż na czas tej kawy popijanej z widokiem na morze, zacznij od tomiku składającego się z sześciu, może siedmiu nowelek, napisanych gładko od myślnika - do kropki, koniecznie z jednego posiedzenia, zrozumiałym lekkim stylem, bez tych słynnych dygresyjnych przystanków, bo to przecież właśnie te wszystkie oderwania od pisania, te uzasadnienia - to one zaburzają wartkość strumienia narracji, jak wiesz, tragedia oszukanych, czyli zepsutych powieści i o! powieści, ma swój początek pisanina w różnych stanach pisarskiego skupienia, ba pisarskiego skupiania się, bo przecież najważniejszy jest opowiadający, więc z chaosem w głowie nie dotykaj pióra, bo święta narracja musi być wolna od wszelkich autorskich destrukcji, od zatrzymywania się w drodze - a wszystko, co złe w literaturze, ma swój początek w utracie ciągłości opowiadania, jutro skończę, mówisz - bo dobrze mi idzie, to odpocznę, złapię jeszcze lepszy ton, jeszcze wyższy stopień zespolenia z czytelnikiem, ale jutro, za tydzień, wrócę do tego, niech mi się lepiej ułoży, nie, nie, mówię nie, zdecydowanie nie, to nie tak, posłuchaj, musisz opowiadać od myślnika - do kropki, bez szukania przyczyn, by odłożyć na później, że teraz na papierosa, na balkon albo do parku, albo szybki prysznic, no, a jak prysznic, to kawa, no bez kawy, wiadomo, podwójne espresso na rogu, no to po kawie papieros na deptaku, no bo jak, bez tego rytuału, i tak w końcu dochodzimy do tego, że jest pół stroniczki jakiegoś zaczynu, jakiegoś klimatu oczekiwania, jakiegoś przytomnego monologu, bo wiesz - dobrze jest zaczynać od monologu, to wciąga czytelnika, choć pisarze mało o to dbają, ale mówię ci, mój stary, mój stary słynny ojciec, no, sam wiesz, zawsze zwracał na to uwagę, ale oni wiedzieli lepiej, więc teraz ja powtarzam, po swoim starym ojcu, dobrze jest zacząć opowiadanie od jakiegoś wartkiego monologu, monologi nadają rytm, skracają fabułę do niezbędnej narracji, no, mówię ci, pomyśl tylko - stawiasz myślnik zamiast słynnej rozterki nad pierwsza literą i już poszło, no, mówię tu cały czas, że "musisz", ale oczywiście to uproszczenie, nic nie musisz, to raczej takie zalecenie, praktyczne, na przełamanie się, jak wrócisz do swej jaskini barokowej muzyki, zepnij się i napisz pierwszą nowelkę, może opowiadanie, jakieś trzy strony bitego zapisu, bez ustawiania strony pod te wydawnicze formatowe wymagania, no, powiedzmy, razem jakieś trzydzieści trzy tysiące znaków, ale na kartkach satynowych, powiększonego formatu, nie kupuj na Boga ryzy w papierniczym, zamów papier arkuszowy, gładki, taki, na jakim pracowali wielcy narratorzy, no wiesz, sam na nich wyrosłeś, pomińmy nazwiska, i pisz atramentem, niebieskim, wyraźnym, ale jednak drobnym pismem - i, jak mówiłam, bez zatrzymywania się na czas dłuższy niż dla rozprostowania ramion, chociaż nawet to może wyrzucić cię ze strumienia narracji, więc ostrożnie z tym rozprostowywaniem ramion, pisanie to oczywiście także wysiłek fizyczny, no, trzeba się z tym pogodzić, ale jesteś w klasie wybrańców, potrafisz pisać pięć godzin, potrafisz, bo to samo się nie zrobi, nie dyktuj, nie myśl o wynajęciu młodej stenotypistki, tylko praca z piórem jest pracą, chociaż ty oczywiście uważasz, że to anioły siedzą za biurkiem, za stołem, w parku i popychają pióro, być może, w każdym razie pisz, mówię ci, pisz, a nie gadaj, opowiadasz mi od pięciu, jak nie dłużej, lat, fantastyczne początki, zawiązania akcji i zaskakujące rozwiązania, ale to złuda - oszustwo na usprawiedliwienie niemocy, nie napiszesz tej powieści, a jak nawet napiszesz, to nie będzie to dobra powieść, bo nie da się napisać powieści z jednego posadzenia tyłka, a nawet jak się czytelnicy nie połapią, że tkałeś ją z zakłóceniami strumienia świadomości, nawet jak ci się uda zamaskować to, że kilka razy w czasie pisania chciałeś ją spalić i zapomnieć, nawet jak uda ci się uniknąć tych zachwiań, to i tak nie przetłumaczą jej na angielski, a nawet jak przetłumaczą, to nie zamówią na jej podstawie scenariusza do hollywoodzkiej produkcji, a nawet gdyby to nastąpiło, to nie zapłacą, jak powinni, a nawet gdyby tak się stało, że dojdzie do filmowej premiery i że nie oszukają cię agenci specjalizujący się w odzieraniu prowincjonalnych debiutantów i że zaprosisz mnie na galę, czerwony dywan, fotograficzne ścianki i inne pierdoły, to i tak za tobą nie polecę, a tym bardziej nie zaciągniesz mnie do apartamentu dla gości, chcę, byś to wiedział, już tu i teraz, kiedy patrzymy na zimne ołowiane fale polskiego morza, żebyś nie miał złudzeń, czego od ciebie oczekuję i jaką drogę ci wytyczam, będziesz pisał nowelki, no, może etiudy, opowiadania, wierszowane moralitety, przypowieści, a nie tłuste powieści, bo tylko ta droga zaprowadzi cię w końcu do mych ust, a może nie tylko, ładne? - a może nie tylko... no, powiedz, że to ładne...

Arkadiusz BagłajewskiRosja Krasińskiego - fantazmaty i idee

Biografia

Krasiński - poza kilkumiesięcznym pobytem w Petersburgu - nie poznał Rosji. W ówczesnej stolicy imperium carów znalazł się wraz z ojcem w połowie października 1832 roku i przebywał tam do połowy marca roku następnego. Niewiele wiemy o tym okresie życia poety. Nie pojawiły się żadne opisy wrażeń z tych kilku zimowych petersburskich miesięcy. Być może młody hrabia obawiał się cenzury. Bardzo ograniczył systematyczną do tej pory korespondencję z Henrykiem Reeve'em. Na początku listopada pisał z Petersburga do przyjaciela z czasów genewskich, skarżąc się na bóle oczu i dolegliwości reumatyczne. Ten motyw przewija się w innych listach. Zimowy klimat - a petersburska zima zaczynała się wcześnie i była długa - nie służył mu najwyraźniej, skoro dopowiadał w liście: "[...] spleen i niesmak nie odstępuje mnie ani na chwilę, ale siła, która trwa we mnie, trwać będzie dalej, niezmiennie" (LR, II, 311).

Ciekawy jest w tym liście opis sytuacji egzystencjalnej Krasińskiego jako stanu uwięzienia. "Od rana do wieczora przebywam w moim pokoju o zielono srebrnych obiciach, z czterem greckimi kolumnami pośrodku, za którymi stoi moje łóżko, z piecem i kominkiem, z fortepianem i kanapą i z dwoma oknami, skąd widać dziedziniec i niebo pokryte zazwyczaj ciężkimi chmurami" (LR, II, 31). Zaraz po tym opisie "luksusowej celi", zimnej kolorystycznie i mentalnie chłodnej, doda znamienne słowa, oddające monotonię zamkniętych petersburskich krótkich dni i długich nocy, niczym więzień pozbawiony wolności: "Wstaję, chodzę, trochę piszę, potem się kładę, znów chodzę i tak dalej, i wciąż to samo" (LR, II, 30) i nieco dalej: "Nie wychodzę, nie widuję, nie znam nikogo" (LR, II, 31). Swoją sytuację przyrówna wprost do uwięzienia Napoleona na Wyspie Św. Heleny: "Mogę mówić, jak ów mieszkaniec Longwood: "Ten klimat mnie zabije"" (LR, II, 31). Zapamiętajmy tę formułę. Tym bardziej że nieprzypadkowo zaraz po tych słowach przywoła wspomnienie szczęśliwych chwil, jakie spędzał z Reeve'em pod słonecznym niebem Italii. "Czy pamiętasz tę piękną Wenecję i te dni promienne, to Lido, gdzie Trevor pokonał żmiję, te morskie kąpiele, ten żagiel o zachodzie słońca, wydęty, z wyhaftowanym czerwonym krzyżem, który wydał się niebiańskim widzeniem" (LR, II, 31). Kontrastowe zestawienie uwydatnia wyraźną cezurę czasową, ale Krasiński nie myśli o banalnym przeciwstawieniu dziś - dawniej, jego oś czasowa będzie sięgała dalej i głębiej: "Zdaje mi się, że wszystko to wydarzyło się przed moim urodzeniem, na jakiejś innej planecie;" (LR, II, 31).

Ten dziwny stan wtrąca Krasińskiego w sytuację wzmożenia myśli, których symptomem jest rozprzężenie nerwów w mózgu, jak to określał. Myślenie - ale o czym myślał? - które powoduje rozstrój nerwowy. Ów stan chorobowego (i chorobliwego) wzmożenia znał Krasiński już wcześniej i będzie mu on towarzyszył do końca żywota. Nie wchodząc w szczegóły, można powiedzieć, że zawsze oznacza pewien szczególny styl doznawania wrażeń i prowadzenia refleksji: rozprzężone nerwy odczuwają rozprzężenie świata, a owo "nerwowe" połączenie nie pozwala na wydobycie z udręczonego ciała innych myśli niż katastroficzne czy w późniejszym okresie życia - apokaliptyczne. Dlatego w początkach petersburskiego pobytu pisał w innym liście do Henryka: "[...] urodziliśmy się i żyjemy wśród nocy, która nastała po zachodzie słońca, a poprzedza świtanie" (LR, II, 44). Ale ta noc życia, niczym noc petersburska, będzie trwała aż po kres ich życia, i nie będzie to noc kończąca się "przedświtem", co dawałoby jakąś nadzieję: "[...] nim wzejdzie nowe słońce, my wszyscy dawno już zejdziemy ze sceny" (LR, II, 44). Pesymizm? Coś więcej, skoro raz jeszcze powtórzy, podkreślając biblijno-kaznodziejską frazą nocną metaforykę: "Albowiem urodziliśmy się, powtarzam, w wieczornym zmierzchu, teraz gęstnieją wokół nas mroki nocy, a jutrzenka nadejdzie wtedy, gdy zgniją już nasze kości" (LR, II, 44).

Petersburg Krasińskiego - powtórzmy za poetą - to gęstniejąca noc, która zagarnia dookolną przestrzeń egzystencji. To nieustający i nieusuwalny stan choroby. Jak napisze w innym liście: "Wciąż jestem chory i nie wiem, kiedy wydobrzeję: może nigdy" (LR, II, s. 51). To nie tylko lakoniczna informacja o stanie zdrowia. To też czytelny dla adresata szyfr. Im bardziej odczuwa "ciemną" beznadziejność petersburskich dni i nocy, tym mocniej idealizuje "jasne" wyobrażenie Henryka, stającego się dlań oddalonym coraz bardziej i coraz mniej realnym przyjacielem - marzy o nim "niby o kochance", co znaczy tu tyle - rozczaruję żądnych sensacji czytelników - co wyobrażenie bytu idealnego, przesuniętego w sferę onirycznych wspomnień. I listy słane z Petersburga zaczną nasycać się tym mocniej marzeniem o ponownym spotkaniu, przyjacielskim byciu razem pod jasnym niebem Południa, im bardziej dyskurs epistolarny pozostanie szczelny na jakiekolwiek petersburskie (nie daj Boże, polityczne!) reminiscencje. Mimo choroby oczu Krasiński dużo czyta, snuje myśl o nowym dziele - będzie to zniszczona później pierwsza wersja Irydiona. Dramatu, który napisany zostanie od nowa. I będzie mówił o zniszczeniu Romy-Petersburga. Jakby w reakcji na beznadziejne petersburskie dni, wieczory i noce. W pożegnalnym liście, myśląc obrazem, wydobędzie z głębi wyobraźni "biały", ba - "trupi" charakter tego miejsca. Biel zimy - zimna biel. Petersburg - jako prefiguracja Sybiru. "Anhelliczny" trop ujawniający się u poety, który jak nikt inny w epoce romantyzmu wnikliwie przeczyta Anhellego. Po latach, ale z pamięcią tamtych dni i nocy. "Dokoła mnie składają i pakują rzeczy: na dziedzińcu, na białym śniegu oświetlonym blaskiem księżyca, widnieją trzy karety, a księżyc tutaj jest trupi. Śnieg lśni okrutną bielą, od której bolą mnie oczy, a na tym dziedzińcu jest jeszcze chude drzewo, istna parodia drzewa" (LR, II, 95). Mickiewicz zapisze to inaczej, choć w tym samym sensie odda doświadczenie Petersburga. Piotr I zbudował parodię miasta, Wenecję przenicowaną na północne doświadczenie megalomanii i satrapii.

Petersburski okres - o którym to i owo wiemy z pośrednich świadectw, jak wspomnienie Stanisława Małachowskiego - to nie jest "biała plama" w biografii Krasińskiego, mimo wyjątkowo skąpych informacji o tym, co działo się na zewnątrz. Petersburg to doświadczenie wewnętrzne, zapisane nie wprost, poukrywane w somatycznych reakcjach na dookolną biel i pustkę, wszakże samotny więzień domowy (wedle wspomnień Małachowskiego), uciekający w lekturę i myślenie, stara się mieć jak najmniejszy kontakt z rzeczywistością. Zamknąć się, nie bywać - to wewnętrzna ucieczka przed carskim światem oraz prefiguracja sybirskiego losu. Jak zapisał to w utworach poetyckich:

Nikt mi nie ściśnie rąk na pożegnanie

I, jak z umarłym, nikt nie pójdzie ze mną!

[...]

Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom

I pamięć moja z serc waszych upłynie!

(Na Sybir, RA, 18)

Chyba mnie porwą i pójdę, okuty,

W zamarzłą wiecznych męczarni krainę

(Ja Cię nie żegnam..., RA, 11)

Czy w najsławniejszym z wierszy, których tematem jest Sybir "wyobrażony", skierowanym do Adama Sołtana utworze Do..., który czytać trzeba nie tylko jako fantazmat uwięzienia i katorgi, nigdy nie doświadczonych w "realnym" życiu Krasińskiego, lecz jako przedstawienie losów całego pokolenia (uwięzienie/zesłanie najlepszych i najwierniejszych oraz próba wymazania ich imion z kart pamięci przez zaborcę):

Wiem, dla mnie Sybir, powróz zgotowany,

Jeśli przed wami nie uniżę czoła,

[...]

Lecz dajcie pokój, bo ze mnie nie będzie

Sługa pokorny. Z ojców mych się rodzę,

War krwi nie hańbą, lecz śmiercią ochłodzę

I sześć stóp ziemi znajdę sobie wszędzie!

(Do..., RA, 12)

Dodajmy jeszcze jeden fragment:

Złożę mą głowę, pełną smętku, bolu,

Moskiewskie pęta przed zgonem mi ręce

Zwiążą - i skonam - u stóp kata w męce!

(W albumie Konstantego Gaszyńskiego, RA, 15)

Po latach wracały więc petersburskie obrazy i myśli. Zostały one umoszczone w głębi romantycznego "ja". Zogniskowane wokół nigdy nie przywołanego wprost, ale przecie tu obecnego obrazu, będącego źródłem wyobrażeń lękowych - audiencji u cara Mikołaja I. Nie wiemy, kiedy ona nastąpiła - wiemy, że miała miejsce. Krasiński ukrył ją głęboko, przetwarzając realne zdarzenie na symboliczne obrazy. Może najbliżej realnego był w Pokusie, kreśląc obraz imperialnego władcy jako wysłannika piekieł. Pisząc, obłaskawiał Zło.

W Petersburgu zimą 1833 roku, sięgam do relacji Małachowskiego, ojciec zawiózł Zygmunta do cara. Tak jak po latach zawiezie go na ślub z Elizą z Branickich. Cesarz podobno był uprzejmy, kreśląc przed młodym hrabią miraże dworskiej kariery. To doświadczenie po latach zostało przetworzone literacko i zapisane w Pokusie właśnie. Utworze, który był przestrogą przed porzuceniem umarłej ojczyzny i przypisaniem do piekielnej machiny zła, łudzącej pozorami kariery i bogactwa, za cenę narodowego zaprzaństwa. Mentor młodego bohatera, położywszy swoje ręce na jego sercu, odezwie się słowami, które Krasiński inaczej zapisał w dyskursie poetyckim, w cytowanym wyżej wierszu Do...: "Nie daj się uwieść tym, którzy chcą zgubić duszę twoją i wymazać imię twoje z rzędu słów zacnych na ziemi! - Pamiętaj, że cokolwiek ujrzysz tej nocy, jest piekieł złudzeniem!" (RA, 150).

Krasiński ujrzał cara - piekieł złudzenie. Kuszącego go mirażem dworskiej kariery, czyli zaprzaństwa, jak bohatera Pokusy. Tyle że młody hrabia miał więcej szczęścia niż bohater jego późniejszej prozy. Wykorzystując "smutny stan zdrowia i wzroku coraz się pogarszającego [...] wybawił [się] z niebezpieczeństwa", jak to ujął Małachowski (LM, 391-392). Wydostał się z państwa satrapy. Ocalił imię przed wymazaniem i zapomnieniem. Ale już nigdy nie zapomniał owego podwojonego rozpoznania figury cara: "realnego" uprzejmością i ukrytego w nim wysłannika piekieł. Zapisał to później w Pokusie i w traktatach politycznych. Z upodobaniem wracał do infernalnej kreacji cara w wielu, wielu listach.

Wróćmy do Pokusy. W alegoryczno-symbolicznej narracji Krasiński ukazał realną dla siebie - i tylu innych kuszonych - groźbę rozpłynięcia się w imperialno-infernalnym świecie pozoru i utraty "ja". Bohater znalazł się w mieście przypominającym Petersburg: "Miasto ogromne, dziwnie jednostajne i wybielone; naród dziwnie silny, jednostajny, w czarnej odzieży" (RA, 145). Jednostajność - jako określenie relacji łączącej ludzi i miejsce - to synonim niewolnictwa i woluntaryzmu władzy zarazem. Niewolnicy zbudowali to miasto - wedle wykoncypowanego z głębi idei samodzierżawia wzoru. Reminiscencje z Mickiewiczowskiego Ustępu i zapisów markiza de Custine w widzeniu owej jednostajności masy ludzkiej w białym mieście, gdzie jedyną reakcją jest uginanie karków przed silniejszymi i stojącymi wyżej w hierarchii społecznej, są tu zamierzone. Krasiński dopisuje kolejny element do europejskiego, antyimperialnego tekstu petersburskiego, nawet jeśli nie wychodzi tu poza - oniryczny - stereotyp. Miasto i jego mieszkańcy: "- Na niebie już w ołowianą blachę zlepiły się chmury. - Co chwila zmieniają się kształty ulic i komnat, i osób, [...] Wszędzie niebezpieczeństwo i wszędzie męczarnia - nie ma komu się zwierzyć, dzieciom i niewiastom nawet kłamać musi; uczy się kłamstwa jak arcydzieła sztuki, i posiadł je - [...]" (RA, 147).

Kuszony młodzieniec wędruje przez kolejne komnaty, w których spotyka, mówiąc językiem Krasińskiego, "odosobiszczone", czyli pozbawione tożsamości, "ja" przynależących do narodowej wspólnoty, skazane na grozę wiecznego potępienia dusze zatraconych, którzy z własnego wyboru stali się niewolnikami władcy, będącego "panem życia i śmierci" - wydaje się on "jakby bóg jaki" (RA, 152). Znamienny jest tu zapis boskości małą literą - nie tylko jako hołdowanie przekonaniu o jedynym Bogu, którego żaden władca samodzierżawny nie może zastąpić. Krasiński ów blask pokusy - a jest to blask dosłowny, złociście jaśniejący, na granicy stylistycznego nadużycia konwencji, w jakimś upiornie wynaturzonym nadmiarze - wiąże ze sferą infernalną. Pan życia i śmierci to objawiony w majestacie carskiej władzy diabeł. Antychryst - tak go nazwał narrator. Wysłannik piekieł zajęty kuszeniem i przywodzeniem dusz na zatracenie. Tej pokusy Krasiński obawiał się najbardziej: konieczności podjęcia dyplomatycznej kariery, a więc wejścia na drogę zaprzaństwa, zdrady Umiłowanej: położonej w grobie, przebitej trzema sztyletami. Los mu tego oszczędził, zsyłając nań błogosławieństwo choroby oczu. Ale pod słabo widzącymi oczami, jak wspominałem, wewnętrzny wzrok romantyka przechował petersburskie obrazy. Przekuwając je na myśli o carze-kusicielu, diable w ludzkiej skórze, którego perfidia jest niewidoczna za blaskiem złota i drogich kamieni, którymi zapłaci za służbę i wierność sobie.

W Pokusie pojawia się jeden z najtrwalszych fantazmatów wyobraźni i myśli politycznej Krasińskiego zarazem. Z jednej strony pamięć o "trumnie Matki", czyli dziedzictwie i depozycie wolnościowym przodków. Polskość - i Polska złożona w grobie. Z drugiej strony - kuszenie inną przyszłością "ogromną, wyrytą w księgach przeznaczenia" (RA, 152), słowem: obietnica kariery imperialnej. Co znaczy: rozpłynięcie się w morzu infernalnego państwa, przyjęcie innej religii, narodowa apostazja. Tę myśl Krasiński będzie rozpisywał w listach i traktatach politycznych, zwłaszcza w roku 1848, kiedy dostrzeże realne niebezpieczeństwo w dziwnym sojuszu carskiego samodzierżawia i ruchów rewolucyjnych. Ale o tym w dalszych rozważaniach. W tym miejscu warto pozostać jeszcze przy Pokusie.

"Oto skarbiec mój - rzekł mocarz - patrz i uwierz we mnie!" (RA, 153). Uwierzyć w splendor władzy, to dać się oszołomić blaskiem złota i srebrnymi tęczami łuków z ametystu. Wszakże oko kuszonego młodzieńca dostrzeże coś więcej - skarbiec zostanie przyrównany do kopalni, w których "odzywał się jakoby krzyk konających, jakoby szczęk kajdan z głębi" (RA, 153), a dusze zatraconych pozostają niemym wyrzutem zbrodniczej potęgi, wspartej na niewolniczej pracy. Kulminacją carskiego fantazmatu kuszenia - jako literackie przetworzenie "realnej" sytuacji audiencji - są następujące słowa: "Pan życia i śmierci, nachylając się ku niemu, uśmiechnął się łaskawie: "Gościu biesiady mojej - rzekł - czas, byś mi przysiągł na służbę i wyrzekł się starożytnego imienia!" - i rzucił mu przez stół garść diamentowych krzyżów, dodając: "Noś to na pamiątkę moją!..."" (RA, 156). Jak wspominałem, pokusa okazała się dla młodzieńca zbyt trudna do odrzucenia. Powtórzył słowa przysięgi na wierność carowi, stając się jednym z rzeszy niewolników władcy, pana życia i śmierci. Wiernopoddańczy gest wszakże sprawił, że młodzieniec - jako jeden z milionów niewolników - wypadł z orbity carskiej łaski. W słabo czytelnej dziś alegorii - ale jakże wymownej w XIX stuleciu, znanej chociażby ze Snu Senatora z III części Dziadów - dochodzi do sprzęgnięcia w jedno: diabolicznego planu kuszenia i natychmiastowego odrzuceniu pokuszonego w chwili, gdy składając przysięgę, odrzuca depozyt wolności. Tak działa mechanizm władzy w państwie carów. ""Sługo sług moich - zawołał - śmierć od powrozu kata cię czeka, jeśli kiedy złamiesz przysięgę..." - potem rozśmiał się gardłem całym. - Podniósł się nieszczęśliwy, a za pierwszym spojrzeniem spotkał urnę Matki - lecz miasto jej nagrobku inne tam już słowo stało. "Hańba!", krzyknął, zrywając się z miejsca ostatkiem sił. - "Hańba!", odrzekły mu tysiące z tyłu, z przodu, z boków. - [...] a jedni spośród tłumu zaczęli nań wołać jego nowym, cudzoziemskim imieniem; drudzy, skacząc naokoło, przypinali mu krzyże. - Inni kazali mu, by się im kłaniał; inni, by deptał po Matki nie dopalonych popiołach" (156-157).

W jakimś groteskowym zagęszczeniu obrazu dworskiej, służalczej i bezwzględnej kamaryli przenika na powierzchnię obraz - zaiste - bluźnierczy. Deptanie "po Matki nie dopalonych popiołach" to grzech najcięższy, zbrodnia nie do odpuszczenia - i Stwórca zbrodni tej młodzieńcowi nie wybacza. Przetwarzając "realne" w fantazmat, Krasiński jest tu sędzią bezwzględnym, okrutnym w sprawiedliwości sięgającej starotestamentowej relacji narodu wybranego z Bogiem. Paralela ta nie pojawia się wprost, lecz jest oczywista w świetle ostatecznego - "starotestamentowego" - potępienia. Sacrum ojczyzny jest wyraźnie stylizowane na więź religijną między Jahwe a Izraelitami, stąd kara jest również bezwzględna, jak trafnie określił przesłanie Krasińskiego w Pokusie i Nocy letniej Jerzy Fiećko, autor monumentalnej pracy Rosja Krasińskiego. Dopiero po odzyskaniu wolności przez ojczyznę możliwe będzie pełne łaski wybaczenie - tym, którzy uwiedzeni blichtrem fałszu zdradzili depozyt wolnościowy Matki: jej święte prochy, które mają moc odrodzenia.

Krasiński - wyznawca porozbiorowej maksymalistycznej etyki wolnościowej - nie dostrzega możliwości cieniowania postaw. Tak albo nie. Służba satrapie i wysłannikowi piekieł - albo odrzucenie pokusy, trwanie przy ojczyźnie i patriotycznym testamencie czynu, kończące się zatratą w sybirskich minach. Dlatego syberyjski poemat Ostatni - swoistą odpowiedź na Anhellego - rozegrał w rzeczywistości wyobrażonego piekła na ziemi. O ile w infernalnym poemacie, wedle celnej formuły Jerzego Fiećki, "Słowacki "kąsał" niezabliźnione rany", o tyle "Krasiński [...] przykładał na nie mesjanistyczny balsam" (Fiećko, Rosja Krasińskiego, s. 289). Uczyniwszy bohaterem swego poematu więźnia od dwudziestu lat gnijącego bez wyroku w carskich kazamatach ("Życiam wiek cały przemarnił w więzieniu, / W nędzy - w chorobie - w ciemności - w milczeniu!"; RA, 68), w monologach którego pobrzmiewają echa autorskich rozpoznań historiozoficznych, łagodzących coraz częstsze chwile rozpaczy ("Twardsza dłoń wrogów niźli śmierć - bo ima / Żywego jeszcze - i w trumnie go trzyma / Z której dla ducha Zmartwychwstania nie ma!"; RA, 70), autor Ostatniego przedstawił Rosję jako bezkres: "straszne gubernie". W tym bezkresie gubią się ludzie i ich dusze, poddane doświadczeniu rozpaczy:

Lecz jam się dalej wlókł pustym błoniem,

Wciąż za tym katem i knutem, i koniem,

A gdy na nogach i rękach kajdany

Coraz mi głębsze wyżerały rany, [...] (RA, 75)

Bezimienny "ostatni" więzień za swą niezłomną postawę uzyskał w nagrodę wizję ostatecznego zwycięstwa Polaków nad moskiewskim złem. W obręb utworu literackiego Krasiński wprowadza rozwijaną w publicystyce politycznej wizję przywództwa niewinnej i szlachetnej Polski, która zwycięsko przeszła próbę grobu i przewodząc Słowiańszczyźnie - zadaje ostateczny cios Bestii, jak będzie konsekwentnie, sięgając po Apokalipsę, nazywał Rosję (zwłaszcza w roku 1848 i potem). Ostatni więzień ma wizję owego zwycięstwa, wszakże polscy wojownicy, zadawszy ostateczne ciosy rosyjskiemu przeciwnikowi metafizycznemu - tak, bo gra toczy się o przyszłość etycznie przeformułowanej i religijnie utwierdzonej Europy, wolnej od carskich, zatruwających miazmatów ideologicznych - nie wyzwalają z niewoli ostatniego więźnia caratu, gdyż zostali okłamani przez strażników, że oto w kazamatach gnije pospolity przestępca. Uwięziony patriota staje na skraju rozpaczy, marzy o zatarciu swego imienia, wszakże uwznioślony historiozoficznym zwycięstwem Polski, godzi się ze swym losem i z Bogiem. Umiera spokojny, uzbrojony w mesjanistyczne spełnienie początku "trzeciej epoki":

Nad rodem ludzkim zawiśnie Duch Święty!

Bo z głębi czasów idzie Wyjawiciel,

Obiecan niegdyś idzie Pocieszyciel;

Wszystkich krzywd ludzkich archanielski Mściciel!

I w nim myśl Pańska jak jasno zaświeci,

Że da planecie wiek planety trzeci!

[...]

A my, Polacy - my dobrze wiedzieli,

Że tą postacią powtórną Mesjasza

Nikt inny jedno święta Polska nasza -

Bo z mąk jej krzyża tyle krwi wyciekło,

Że ta krew - ziemskie odkupiła piekło! (RA, 77-78)

Publicystyczny tryb wyłożenia racji historiozoficznych razi, być może, naszą wrażliwość literacką. Ale w czasach Krasińskiego było inaczej - te poręczne hasła mesjanistyczne jako hasła właśnie miały unieść w wyrazistych formach ów balsam historiozoficznej nadziei, ale co ważniejsze: były rękojmią skuteczności rozpoznań politycznych romantycznego konserwatysty. Widział on bowiem Zło, potrafił je nazwać - oraz zdawał sobie sprawę, że trzeba je pokonać, unicestwić raz na zawsze, by Bestia się nie odrodziła. Zagraża ona bowiem zarówno obecnemu, jak przyszłemu porządkowi europejskiemu. Pisał o tym w traktatach. W czasach współczesnych - przebiegła polityka rosyjska, sprzymierzając się taktycznie z siłami rewolucyjnymi, pragnie podkopać i zniszczyć fundament europejski, oparty na idei wolności i religii. W niedalekiej przyszłości religijnie odnowiony kontynent, pod politycznym przywództwem dwóch sióstr: Francji i Polski, musi - zdaniem Krasińskiego - odrzucić za granice Europy rosyjskie samodzierżawie, wsparte na pierwiastku azjatyckim (mongolskim) i bizantyjskim, gdyż inaczej porządek europejski runie pod naporem tych sił. Przed knowaniami carskiej przebiegłej polityki skutecznie ma bronić (niczym dawne przedmurze Rzeczypospolitej) odnowiona religia, na której fundamencie zostanie zbudowany przyszły europejski gmach. Stabilność dadzą mu: Polska (odrodzona dzięki Chrystusowej próbie grobu) i Francja (nowożytny depozytariusz idei wolności). O tych kwestiach przyjdzie jeszcze powiedzieć więcej w dalszych rozważaniach. W tym miejscu zwróćmy uwagę na jedną, acz kluczową kwestię. Krasiński wyraża się jasno i dobitnie: Rosja musi zostać pokonana, wymazana w tym kształcie, w którym istnieje, gdyż żadne umowy i układania się z państwem carów nie dają gwarancji europejskiego pokoju. Przeciwnie - porządkowi Europy zagrażają, gdyż Rosję cechuje przebiegła polityka fałszu i podstępnych knowań. Przeczytajmy fragment Ostatniego:

Ponad tą Giełdą, od lodów północy

Wzrastał już wtedy cień tego olbrzyma,

Który mnie dotąd w tych okowach trzyma!

A oni wszyscy - miasto dziarsko, razem,

Uderzyć w wroga ogniem i żelazem,

Z żelaza tylko kuli dróg koleje

I w parach wodnych pokładli nadzieje! - (RA, 73)

O czym mówi Krasiński? Otóż mówi wyraźniej i dobitniej niż w traktatach politycznych: Rosję trzeba pokonać wspólnym europejskim wysiłkiem, walcząc aż do unicestwienia wroga. Jednakowoż pesymizm wyrasta z rozpoznania niewłaściwych dążeń europejskich - wyobraźnię mieszkańców kontynentu zasiedliła Giełda, czyli mieszczański etos dorobkiewiczostwa i brak woli wspólnego działania. Europa, jeśli chce istnieć, musi pokonać Rosję, to jedno. Ale drugie zadanie z tym pierwszym sprzęgnięte - powrócić musi do idei christanistas. W czasie Wiosny Ludów i później w wyobraźni autora Irydiona trwale zapisze się wyobrażenie Rosji jako apokaliptycznej Bestii. A Bestię, jak wiemy z Objawienia Janowego, pokonać można tylko ostatecznie, jak przystało na czasy ostateczne, ścierając ją na proch. Wymazując z mapy jako byt polityczny niegodny istnienia. Nakładają się tu na siebie - jak widzimy - idee religijne i rozpoznania polityczne. Ten, który widzi więcej i wie lepiej, pragnie przekonać Europę do wspólnego działania w imię pokonania bastionu Zła, infekującego cały kontynent. Europa wszakże, wybierając drogę modernizacji, hołduje mieszczańskim wartościom (ich symbol to Giełda) i nie jest zdolna do działania. Konserwatywny hrabia z nieistniejącej Polski, dostrzegłszy konieczność zmiany, tworzy - jednoosobową na razie - krucjatę ocalenia kontynentu od niebezpieczeństwa, które mu zagraża. Warunkiem wyzwolenia jest pokonanie Rosji i restytucja Polski. Umiłowana, która wzorem Chrystusa zwycięsko przechodzi próbę grobu, jak On zmartwychwstanie i stanie się przewodniczką odnowionej moralnie Europy w jej przedefiniowanym mesjanistycznie rozumieniu wolności.

Jak na konserwatystę przystało, Krasiński stara się ureligijnić politykę, czyli - tak to rozumie - oprzeć ją na odnowionym fundamencie chrześcijańskich wartości, które uzyskują konkretną wykładnię politycznych działań. Tego samego, acz formułował to odmiennie, chciał Mickiewicz - widzący w rewolcie ludów europejskich swoiste "wymuszenie" zmiany dotychczasowej zimnej, gabinetowej polityki, którą oprzeć należy nie na morderczych dla wielu narodów sojuszach silnych monarchów, lecz na przyrodzonej każdemu człowiekowi idei wolności, której horyzonty określili Chrystus, apostołowie i żar religijny pierwszych chrześcijan. Do tej pierwotnej, zapomnianej idei odnowienia polityki dzięki chrześcijańskiej afirmacji wolności jednostkowej i zbiorowej należy powrócić, zmieniając przy tym mapę polityczną Europy. Także Mickiewicz postrzegał Rosję jako żandarma tłumiącego wolnościowe aspiracje i zrywy (podobnie widział pozostałe państwa zaborcze, monarchów hołdujących Świętemu Przymierzu i papiestwo, rozmijające się podczas Wiosny Ludów z pragnieniami zrewoltowanych tłumów). Krasiński, pragnąc tego samego, widząc ten sam cel co Mickiewicz, inaczej formułuje własne diagnozy. Owszem, jest konserwatystą. Ale jest też eschatologicznie zorientowanym mesjanistą i jeśli nie widzimy owego podwójnego uwikłania myśli politycznej hrabiego, niewiele zrozumiemy z jego projektu.

Tomasz GarbolTriumf ilości?

Étienne Gilson: Społeczeństwo masowe i jego kultura. Przeł. Agnieszka Kuryś. Teologia Polityczna, Warszawa 2022, s. 162.

Kłopotliwy kontekst

We wrześniu 1964 roku Étienne Gilson wygłosił w Wenecji trzy wykłady na zaproszenie przyjaciela, profesora filologii Vittore Brancy. Trzy lata później w wydawnictwie Librairie Philosophique J. Vrin ukazała się książka złożona z tekstów tamtych wykładów, do których autor dodał esej o katolickiej liturgii posoborowej. Książka powstała więc w czasie kulturowego przełomu - tuż przed wydarzeniami rewolucji 1968 roku, której zwiastuny były już wówczas dostrzegane przez wrażliwe umysły. Kontekst jeszcze bliższy czasowo i bardziej ważki myślowo - to obrady Soboru Watykańskiego II (1962-1965). To wydarzenie - projektujące i dekretujące wiele zmian w Kościele katolickim, którego filozof był gorliwym wiernym - stanowiło dla niego bardzo ważny punkt odniesienia. Świadczy o tym fakt, że rozdział ostatni - Liturgie masowe - jest najobszerniejszy i najbardziej żarliwy.

Ramą pojęciową rozmyślania nad przemianami w kulturze jest dla Gilsona zjawisko rozpoznane jako społeczeństwo masowe. Dwadzieścia lat po zakończeniu drugiej wojny światowej mass society - termin użyty przez francuskiego filozofa ukuty w języku angielskim - było określeniem cechującym się intelektualną świeżością. Ujęcie zaproponowane przez amerykańskiego socjologa Edwarda Shilsa - "Nowe społeczeństwo jest społeczeństwem masowym właśnie w tym znaczeniu, że masa ludności została włączona w społeczeństwo" - wydało się Gilsonowi klarowne i przekonujące.

To zrozumiałe, że w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku filozof traktował problem "umasowienia" neutralnie - jako swego rodzaju efekt uboczny procesów zachodzących w świecie. Z niepokojem zastanawiał się, jak w nowej sytuacji ocalić stare poczciwe cnoty chrześcijańskie, na przykład roztropność (choćby w korzystaniu z telewizji) czy pobożność (wystawioną na ciężką próbę przez słuchanie i oglądanie transmisji z liturgicznych celebracji). Nie rozdzierał jednak szat, unikał tonu katastroficznego. Z cierpliwością właściwą ludziom znającym historię przyjmował dokonujące się na jego oczach przemiany świata. W wykładach weneckich wybrzmiewa więc chrześcijańska nadzieja - nie wolna od obaw, ale kierująca wzrok ku przyszłości, która pozostaje w rękach Boga. Wynikało to zapewne w niemałej mierze z tegod, że Gilson z uwagą wsłuchiwał się w głos własnej wspólnoty kościelnej. Ona zaś oznajmiała swoim wiernym ustami ojców soborowych, że co prawda dostrzega różne niebezpieczeństwa nowej epoki, ale ostatecznie uznaje, iż zakończona dwadzieścia lat wcześniej wojna będzie wystarczająco skuteczną lekcją, aby świat uniknął starych błędów. Znamienne jest na przykład stwierdzenie w punkcie 26 konstytucji soborowej Gaudium et spes: "Z coraz ściślejszej zależności wzajemnej, z każdym dniem ogarniającej powoli cały świat wynika, że dobro wspólne - czyli suma warunków życia społecznego, jakie bądź zrzeszeniom, bądź poszczególnym członkom społeczeństwa pozwalają osiągać pełniej i łatwiej własną doskonałość - staje się dziś coraz bardziej powszechne i pociąga za sobą prawa i obowiązki, dotyczące całego rodzaju ludzkiego. Każda grupa społeczna musi uwzględnić potrzeby i słuszne dążenia innych grup, co więcej, dobro wspólne całej rodziny ludzkiej". Optymizm wynikał - oprócz motywacji ściśle teologicznej, to znaczy wiary w to, że Bóg jest Panem historii - z mocnego przekonania, że troska o dobro wspólne wzmocni prawa jednostki, ugruntuje prawną ochronę godności osoby ludzkiej. Gaudium et spes przybrało ostateczny kształt już po wygłoszeniu wykładów w Wenecji, a przed oddaniem książki do druku, ale był to dokument czerpiący z tych nurtów myśli chrześcijańskiej, które Gilson dobrze znał.

Po sześciu dekadach od powstania książki, która dopiero niedawno ukazała się w polskim tłumaczeniu, kontekst socjologicznej refleksji nad masowością wprawia jednak czytelnika w pewną konfuzję. Po latach wyraźnie dostrzegamy, że "umasowienie" społeczeństwa staje się na naszych oczach narzędziem służącym powstaniu koszmarnej struktury, którą inny katolicki myśliciel na progu Wielkiej Wojny profetycznie określił jako "państwo niewolnicze". W książce z 1913 roku zauważył on, że anarchia moralna kapitalizmu doprowadziła do powszechnej biedy oraz utraty wolności. Istotnej przyczyny zniewolenia Hilaire Belloc - bo to o nim mowa - upatrywał jednak w "utracie wolnego umysłu". Przenikliwie zauważył, że "Państwo kapitalistyczne generuje z siebie teorię kolektywistyczną, która w swoim działaniu wytwarza coś całkowicie różnego od kolektywizmu. A mianowicie państwo niewolnicze". W ten sposób dokonuje się cywilizacyjny regres do pierwotnego pogaństwa opartego na niewolnictwie. Książka Belloca to memento dla naszej współczesności. Pytanie o użyteczność mas ludzkich - formułowane w poczuciu prawa do zarządzania nimi - weszło już na dobre do retorycznego repertuaru nie tylko debaty akademickiej, lecz także technokratycznego żargonu władzy. Nietrudno usłyszeć w nim skrzeczące echo starego maltuzjańskiego zaklęcia mającego oczyścić planetę z rzekomo nadmiarowej części ludzkości.

Jarosław ŁawskiKlucz na grani

Wojciech Kass: Otwarte na klucz. Iskry, Warszawa 2023, s. 56.

Jawienia

Twórczość Wojciecha Kassa już dawno wkroczyła do przedsionka dojrzałości.

Bezpowrotność utraty tego, co znamionowało fazę wcześniejszą - fazę młodości, eksperymentu, ekstazy twórczej - zapisują kolejne książki poety stworzone po przełomowym, "objawionym" tomie 41 (2010), aż po Ufność. Trzy poematy (2018) i Metaf. Dwadzieścia wierszy o położeniu (2020). Postępom poetyckiego dojrzewania - procesu, który nie jest nieuchronny - towarzyszy u liryka wzmagające się pragnienie wypowiedzenia poza poezją, w eseju, tego, co jego zdaniem jest istotą poezji: "Bądź łagodnym, cierpliwym, pobłażliwym. Puść wolno strofę, puść wolno katastrofę. Twórz własną strofę, która być może doprowadzi ciebie na najwyższy pułap swojej krawędzi, to jest wyjaśnienia i wybaczenia" (WK, s. 51)1. Wyjaśnienia czego? Przebaczenia komu? A katastrofa - skąd?

Konkluzja oznacza podsumowujący wniosek z rozumowania. W odniesieniu do Kassa-eseisty konkluzją nazywam wniosek spisany, będący efektem procesu poetyckiego przeżywania świata. To inne conclusio. Oparte na przekonaniu, że poezja jest, jej zaś "jest" stanowi mocny rdzeń naszego istnienia, jest czymś ważnym, głębinnym, przemieniającym, o-jaw-iającym (nie mam siły już pisać o "objawieniach", "epifaniach" współczesnych, niebędącym tym, za co chcą się uważać), przenoszącym "w" i "poza". Bo, jak powiada autor Ba!, "Wiersz dokonuje wewnętrznej przemiany schodzącej głęboko w organizm i niepochwytnie, w skali mikronowej, narusza delikatny i koronkowy skład jego komórkowej budowy. Zysk z tych naruszeń i przeróbki dziedziczą przyszłe pokolenia" (WK, s. 51).

Przekonanie o tej przemieniającej mocy podtrzymują najwnikliwsi interpretatorzy liryki Kassa, przekonując, że "Poezja staje się [...] obrazem quasi-mistycznego doświadczenia, które znosi granicę między podmiotem a przedmiotem, między słowem a odpowiadającą mu naturą rzeczy" (KA, s. 28), wyraża "świadomość ontologicznej transcendencji", która "nie pozwala pochłonąć się nicości" (TP, s. 177). Więcej: tu "cud scalenia tego, co było rozsypane, możliwy jest dzięki Słowu, które stało się Ciałem" (JN, s. 210). Inny badacz słów dodaje, pisząc o dykcji lirycznej Kassa: "Mówi jednoznacznie, z powagą" (JS, s. 23).

Napisałem, że poezja Kassa wskoczyła do przedsionka dojrzałości. Oznacza to, że jest poezją w pełni dojrzałą, pełną i spełniającą się. Jednak dojrzałość oznacza też czekanie, otwarcie, zawiśnięcie na grani, oscylację między punktem życia i twórczości, który się właśnie osiągnęło, a tym, co zostało za nami, i tym, co jawi się przed lub ponad nami. Oznacza oscylację, związanie i zawiśnięcie. Dojrzałość to stąpanie po linie. Z jednej strony linoskoczka utrzymuje w równowadze przekonanie, że wszystko już było (on wie, że przeżył, doświadczył), z drugiej - wiara, że jeszcze coś się wydarzy i powinno się wydarzyć. Że dla stąpającego po linie jest jakieś przejście ku temu, co ani niedojrzałe, ani dojrzałe. Ku temu, co Inne. Czy poezja może wyjść z przedsionka dojrzałości? Może, ale nie musi. Wiele wskazuje na to, że taka ścieżka istnieje - trzeba może uwierzyć poetom, którzy utrzymują, że postąpili o krok dalej. Taki ruch nie jest jednak koniecznością, lecz ewentualnością.

Tom Otwarte na klucz stanowi apogeum dojrzałej poezji Kassa. Jest zarazem zbiorem z przedsionka dojrzałości, to jest z przedsionka Innego. To wyjątkowy przejaw poezji metafizycznej, lecz też zbiór wierszy pisanych z ciemności. Na co wskazuje sam tytuł: zawierający nieprosty, celny kalambur (kontaminację fraz zamknięte na klucz i otwarte na oścież). Sama idea, by połączyć otwarcie z zamknięciem, zoksymoronizować światoczucie i jego zapis, wskazuje na dykcję ciemności. Otwarte na klucz - co znaczy: to otwarcie, domknięcie, podsumowanie, początek, koniec, zagubienie, wskazanie kierunku? Świadome?

Są to wiersze o Ciemności. O poezji, która chwaląc splendor istnienia i mrok śmierci, wspiąwszy się na wysoką grań, przygotowuje się - by użyć alpinistycznej metafory - do ataku na szczyt. Ale może już ten szczyt zdobyła, uznając, że grań, na której znalazł się poeta, jest szczytem, a o-jaw-iająca się, jawiąca się mu z wysokości rzeczywistość nie prowadzi już nigdzie indziej: zamyka się w metaforze, oksymoronie, jest na sto zamków... otwarta. Nie chcę się bawić w grę słowami. Zamknięte na klucz znaczy tyle co "zamknięte", "zaryglowane", "zablokowane", "związane", "niedostępne". A otwarte na... to... otwarte na oścież, otwarte na świat..., na wszystko. Zamknięcie i otwarcie poetycko udanie spotykają się w przyimku "na". Co to znaczy? To może znaczyć, że żyjemy w ujętym przez poetę świecie, który jest nieodwołalnie zamknięty i równie nieodwołalnie otwarty. Może też znaczyć, że jest "otwarty na oścień" ("Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?"; 1 Kor, 15, 55).

Można sobie wyobrazić różne sposoby czytania tej wielopoziomowej liryki: można widzieć w niej zachwyt światem, który był, jest i pozostać musi oksymoronem złączonych ze sobą otwartości i zamknięcia. Wolno też odbyć inną lekturę: gdzie raczej oścień, a nie oścież widać z grani, z której patrzy poeta. Ale najpierw o pięknie.

Józef Hen i podróż do Jokohamy - na setne urodziny pisarzaLeszek Bugajski

Wszechstronność pisarska Józefa Hena zadziwia od lat. Od wielu - pisarz właśnie obchodzi setne urodziny. Przez dekady aktywności zawodowej stworzył imponujący dorobek, na który składają się powieści wojenne i miłosne, historyczne i młodzieżowe, a także biografie postaci historycznych, wreszcie wiele tomów utworów sylwicznych. Poza tym wiele scenariuszy filmowych.

Z tego wielkiego dorobku wyłuskaliśmy powieść nieco dzisiaj zapomnianą, może dlatego, że odmienną od wszystkiego, co Hen napisał. Osobną. Nawet tytuł ma wyjątkowy - Yokohama. Autor napisał ją w pierwszej połowie 1972 roku i przemknęła jako ciekawostka pośród innych utworów Hena, do których słabo pasowała tematem, scenerią, także swoją wieloznacznością. A dzisiaj zyskała nieoczekiwaną aktualność, ba, można ją nawet nazwać utworem profetycznym. Tyle tylko, że mało kto o tym wie i pamięta.

Zresztą ta powieść stara się wprowadzić czytelnika w błąd już na pierwszej stronicy, gdy jej narrator, pisarz imieniem Józef (!), oznajmia, że nic mu się nie udawało i że od tej pory ma zamiar zajmować się tylko swoimi sprawami. Czyli człowiek najwidoczniej rozczarowany swoją dotychczasową karierą i ktoś zgorzkniały, kto stawia na egoizm. Kilkadziesiąt stronic dalej do tej smętnej autocharakterystyki dodaje jeszcze zdanie: "Z ambicji artystycznych pozostała mi tylko jedna, żeby utrzymać jakoś rodzinę".

Pisarz Józef nerwowo oczekuje na telefony albo sam dzwoni i nie dowiaduje niczego dobrego: w wydawnictwie, gdzie na wydanie czeka jego książka, okazuje się, że dalej będzie czekała, bo taka jest rzeczywistość PRL, w innym wydawnictwie jego opowiadania się nie ukażą, zespół filmowy, który ma skierować jego scenariusz do produkcji, też coś kręci. Bohater powieści nie załamuje się, nie jest mu obca okołoliteracka rzeczywistość lat siedemdziesiątych XX wieku - ma spore doświadczenie, ale jest w depresyjnym nastroju, bo rodzinny budżet mu się ledwo spina. Ówczesny czytelnik miał prawo pomyśleć, że dostał do rąk jeszcze jedną powieść o użalającym się na swój los pisarzu, której akcja rozegra się w SPATiF-ie i na Trakcie Królewskim, że zapowiada się ironiczna i złośliwa powieść środowiskowa o autorze, któremu nie wpadł do głowy lepszy pomysł niż wylewanie na głowę czytelnika swoich żalów. I tu by się pomylił, co powinna mu uświadomić scenka rozgrywająca się właśnie w SPATiF-ie, tyle że wbrew obiegowej opinii - kompletnie wyludnionym.

Pisarz spotyka na warszawskiej ulicy dziwaczną postać - Amerykankę z futrzanym ogonkiem i koszem wypełnionym ciuchami. Ni to podstarzała hipiska, ni to uliczna "wariatka". Okazuje się, że to artystka uprawiająca pantomimę, która jest w podróży do Jokohamy. Absurdalne, ale takie powinno być. Artystka chce występować - w Paryżu jej się nie udało, jedzie więc na wschód, bo tam ma podobno otrzymać jakiś kontrakt. Ale nie ma pieniędzy, zawrócono ją z rosyjskiej granicy, bo nie ma rosyjskiej wizy, w ambasadzie amerykańskiej nie znalazła pomocy, bo właśnie zaczął się weekend.

I tak oto rozpoczyna się kilkudniowa gehenna. Bohater powieści, mimo wstępnej deklaracji zajmowania się tylko swoimi sprawami, udziela Amerykance pomocy, poruszony jej artystycznym "szaleństwem" - stara się przeprowadzić ją przez biurokratyczny labirynt rozciągający się pomiędzy ambasadami ZSRR i Stanów Zjednoczonych, Pałacem Mostowskich, biurem Orbisu, bankiem i czymś tam jeszcze. Z determinacją stara się skruszyć mur urzędowej obojętności oraz sztywnych przepisów, które nie przewidują przypadku amerykańskiej artystki podróżującej do Chabarowska, Nachodki i dalej statkiem do Japonii.

Józef wciąga w akcję pomocową swoją rodzinę i przyjaciół warszawskich, a także moskiewskich, wykorzystuje znajomości i to, że sam też jest znany, przynajmniej niektórym. Rodzina pozbywa się na rzecz Amerykanki nawet osiemdziesięciu dolarów z dna szuflady, w której czekały na wycieczkę do Wenecji. Nagle odnajduje w sobie siłę solidarności, ulegając sile Amerykanki naiwnie i straceńczo dążącej do mglistego celu, mimo że - jak inni - uważa, iż jej podróż źle się skończy. Ale pisarzowi jakoś to imponuje, a na dodatek przypomina sobie solidarność ludzką, jakiej sam doświadczył w czasie wojennego zesłania.

To najciekawszy wątek powieści Hena. Wyraźnie pisał ją, by trochę dla zabawy, trochę z frustracji zderzyć zmęczonego artystę PRL-owskiego z kolorowym artystycznym "ptakiem" z Zachodu, który przemyka przez Polskę. Jednak dzisiaj czyta się Yokohamę jak zapowiedź niedawnego zrywu pomocowego dla Ukraińców, którego nikt nie oczekiwał i który też był kłopotem dla udzielających pomocy, no, ale jak to mówi bohater powieści Hena, "jakaś solidarność nas, k..., obowiązuje". Nagle opis tych zabiegów zmęczonego życiem pisarza Józefa z powieści staje się czymś w rodzaju lustra, w którym przegląda się dość powszechne doświadczenie, może nie aż tak uciążliwe, może pozbawione humorystycznych scen, ale jednak podobne.

Czy to powieść o solidarności? Tak, dzisiaj taka jej lektura jest nieunikniona, mimo że w gruncie rzeczy jest to również pamflet na biurokrację, ukryty atak na zamknięcie, w jakim upływało życie obywateli państwa, i wyraz frustracji, że tutejszy pisarz nie był "obywatelem świata", który mógł po prostu ruszyć w podróż przez pół świata bez skomplikowanych przygotowań i lęku. A jeśli jest ta powieść także wyrazem frustracji, to można ją też odczytać jako grę wyobraźni - narrator mógł sobie taką osobę i taką jej podróż po prostu wymyślić jako coś niemożliwego dla niego, przywiązanego do codzienności i nią udręczonego. Może to była gra wyobraźni, której celem było zniechęcenie samego siebie do marzeń, bo podróż poprzedzona tyloma kłopotami urzędowymi nie jest warta aż takiego wysiłku. Podpowiada to decyzja o pozbyciu się dolarowych "zaskórniaków", które były znakiem nadziei na przyszłą wycieczkę do Wenecji.

Hen to wszystko pół wieku temu świetnie opowiedział.

Wszystkiego dobrego, panie Józefie.

11/2023

W POPRZEDNIM NUMERZE

Jerzy Plutowicz Ton pożegnania; Światło popołudnia; Bibeloty; Alarm; Przyjście; Krzątanina

Marek Sołtysik Oszukany

Adrian Gleń dasz wiarę; bez korekty; pal

Monika Orlińska Wczoraj

ks. Jan Sochoń Dobra śmierć; Bóg i ja; Łza wieczorna; Grom z nieba; Dom

Elżbieta Wojnarowska To nie jest raj dla dzikich zwierząt (fragmenty powieści)

Krzysztof Joniak Poncjusz; Być może; Gałczyńskiemu; Pandemia; Odcisk; Mokre ślady; Gesty; ?(Nocą chodzę po lesie...)

Mikołaj Szmurłło O kilka ciastek za dużo

Adam Poprawa Funda

Krzysztof Bielecki Książko, pomóż

Janusz Zalewski O wpływie sztucznej (pół)inteligencji na dzieło literackie

Andrzej Niewiadowski Timeo Danaos et dona ferentes

Łukasz Kucharczyk Życie w erze Po piśmie

Jakub Beczek Pałuba. Sny Maryi Dunin. Dziennik lektury

KSIĄŻKA MIESIĄCA

Kamila Dzika-Jurek Chłopcy od Heraklita

[Tomasz Różycki Złodzieje żarówek]

WŚRÓD KSIĄŻEK

Andrzej Zieniewicz Pamięć, koncepty, wyznania

[Jerzy Jarniewicz Bagaż]

Kamil K. Pilichiewicz Między

[Alicja Rosé morze nocą jest mięśniem serca]

Agnieszka Kostuch Raport z "namiotu normalności"

[Magdalena Miecznicka Szczęście]

Tomasz Kornaś Poleski zestaw dań

[Paweł Rzewuski Syn bagien]

Bartosz Suwiński Literatura jest po stronie życia. Eseje Ryszarda Koziołka

[Ryszard Koziołek Czytać, dużo czytać]

Zbigniew Chojnowski Rozplątywanie pnączy

[Robert Papieski Oblicza Iwaszkiewicza]

NA WIDNOKRĘGU

Tomasz Rowiński Kapitulacja profesor Delsol

Adam Poprawa Notatki z cywilizacji parapiśmiennej

Dariusz Żółtowski Wokół Po piśmie. Sens czytania i pisania

PRZEGLĄD ZAGRANICZNY

Agnieszka Kumor Francja

Janina Januszewska-Skreiberg Norwegia

NOTY

Bronisław Świderski Nie opuszczajmy Nordbrandta

Joanna Ruszczyk Miasto w szczelinie

Paweł Chojnacki Gest awiatorskiej tradycji

Dariusz Bitner Spisek (41)

KSIĄŻKI NADESŁANE

COKOLWIEK DALÉJ

Przemysław Dakowicz Nazywam się Wiktoria Amelina. Nazywam się Wołodymyr Wakułenko

DZIENNIK 2023

Zbigniew Mentzel Pisane w wieży z kości słoniowej

11/2023

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Przemysław Dakowicz (zastepca redaktora naczelnego,poezja, ksiazki poetyckie),

Wojciech Kudyba (eseje),

Wojciech Łysek (redakcja, korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Antoni Winch (proza).

SEKRETARIAT:

Małgorzata Brodacka

ADRES REDAKCJI:00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16,tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52,e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl

WYDAWCA:Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2023 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Ceny na rok 2023:numer pojedynczy - 13 zł;numer łączony 7/8 - 20 zł;prenumerata półroczna - 75 zł;prenumerata roczna - 150 zł.Wpłaty na konto Instytutu Książki:81 1130 1150 0012 1269 2720 0001Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto:PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001SWIFT CODE: GOSKPLPW Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską.za pośrednictwem RUCH S.A.:Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl,e-mail: prenumerata@ruch.com.plWYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI" są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi)oraz nexto.pl (pdf) i e-kiosk.pl.

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.