Twórczość 11/22 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

9.00 zł
7.47 zł (7,65 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 11/2022

W POPRZEDNIM NUMERZE

Mateusz Werner Parszywieńki Zachód, ruski mir i biedni Polacy

Ałła Bossart 20 kwietnia 2022

Ala Chajtlina Dzień pięćdziesiąty dziewiąty: Za Kirę

Wiera Pawłowa ?(Jedyny syn - źródło moich trwóg)

Dmitrij Strocew ?(rzecze Chrystus), ?(kapitan armii) przełożył Tomasz Mróz

Jakub Ciećkiewicz Nocny maraton tańca (fragment)

Wojciech Kass Zwiadowcy; Na przejściu; Żeby; Dzień Kancjoneli; Miasteczko; Kmin i kapary

Tomasz Dziedzic Ona i On

Teresa Tomsia Szkic do portretu; Lepszej pogody nie będzie; Pozostań przy wierszu; I było tak; Wiosenny deszcz

Janusz Dobieszewski Dostojewski na kwarantannę? Czy do usunięcia?

Aleksander Temkin O związku Oświecenia i Objawienia

Tomasz Kaźmierowski Dwie Rusie

Elżbieta Mikiciuk OPS Wschodnie i zachodnie "patrzenie obrazem". Ikona jako klucz do prawosławia

Aleksandr Owerczuk Skażony apokryf

KSIĄŻKA MIESIĄCA

Jacek Głażewski Wędrowiec i jego cień

[Andrzej Kramarz, Jacek Podsiadło Człowiek, który odjechał]

WŚRÓD KSIĄŻEK

Wojciech Kaliszewski Ciężar metafizycznego kamienia

[Wojciech Kass Kamyk metafizyczny. Wiersze i poematy z lat 1996-2021]

Tadeusz Bujnicki O poezji Lwowa

[Galicja w krainie czarów. Antologia poezji polskiej międzywojennego Lwowa, wybór i opracowanie Katarzyna Sadkowska]

Alicja M. Kubiak Świat się kurczy

[Anna Janko Finalistka]

Łukasz Saturczak Opowieści (post)galicyjskie

[Urszula Honek Białe noce]

Adrian Gleń Pochwała prostoty

[Leszek Bugajski Opowieści o powieści]

NA WIDNOKRĘGU

Andrej Chadanowicz Kołysanka z kindżałem przełożyła Joanna Bernatowicz

Aleksander Bondariew Rosyjska kultura czy ruski mir?

Wojciech Stanisławski Złom odznaczeń, strach pokoleń. Pochwała Siergieja Lebiediewa

PRZEGLĄD ZAGRANICZNY

Hanna Karpińska Bułgaria

NOTY

Radosław Romaniuk Niedyskrecje pocztowe. Pożegnanie Tołstoja

Paweł Chojnacki Podróżny między narodami. Fragment większej całości

Stanisław Dłuski "Cywilizacje są śmiertelne", czyli kilka uwag o poezji Władysława Sebyły

Karol Alichnowicz "Garść śniegu", "szkielet liścia". W 10. rocznicę śmierci Macieja Niemca

KSIĄŻKI NADESŁANE

COKOLWIEK DALÉJ

Przemysław Dakowicz Czarna lezginka albo animula russica

DZIENNIK 2022

Zbigniew Mentzel Doktoraty, których nie napisałem

Krzysztof BieleckiZsunęła się z krzesła.Ciennik (1)

Mamie

Cień pierwszy

Jedenaste: nie bądź!

Stała w blasku. Cała ze szkła. Sen i sens. Wyglądała jak góra lodowa. Swój taniec zaczęła spod kapliczki. Na rogu Konopnickiej i Orzeszkowej. Cofała wolno. To jakieś sto metrów do bramy, w którą próbowała się wcisnąć. Musiała uważać, bo była krucha. Trwało to dłużej, niż by się chciało. Przyszła noc. Koniec kwietnia nie oczekuje od nocy niczego wielkiego. Może być krótka i nad ranem chłodna. Ciężarówka łamała się niezgrabnie między ciągnikiem a naczepą. Była obca. Patrzyłem na jej zmagania ze słupkami bramy bez fascynacji. A przecież mogłem trzymać za nią kciuki. Z przyczyn osobistych. Mogłem chcieć, by słupki bramy się rozstąpiły i wpuściły ciężarówkę za pierwszym, a nie - jak uczyniły - za siódmym razem. Przymierzanie się ciężarówki jest niesprawiedliwe. Za dużej na małą bramę. Mocowanie się wielkości z małością może śmieszyć, zasmucać i trwożyć. Siedemdziesiąt siedem razy wrócimy tu do śmiechu, smutku i trwogi.

Ciężarówka miała dwanaście kół. Jedno z nich było większe od pozostałych i przejechało srebrnego żuka. Przejechało, ale nie zabiło. Żuk się zagapił, wracał na podwórko z dalekiego spaceru po Hoffmanowej. Nie był w parku, zrezygnował, miał dziwne przeczucia. Nie widział ani dwóch mniejszych kół poprzedzających to większe, ani samego większego, morderczego. Większe koło zamierzało rozłupać mu pancerz, ale żuk w ostatniej chwili zdążył się wśliznąć między dwie kostki bruku. Mnóstwo się dzieje w ostatniej chwili.

Tafle naczepy połyskiwały jak tafle lodu albo łuski ryby. Szklany kierowca uwijał się w świetlistej kabinie. Na jego twarzy malowało się szczęście - tak jeździć od nieszczęścia do nieszczęścia to szczęście. Lśniąca brokatem pilotka i kwadratowe okulary zastanawiały. Skąd był? W istocie, w istocie świata, pochodzenie nie gra roli i żuk niczym się nie różni od ciężarówki, kierowcy czy słonia. Wszystko podobnie żyje, starzeje się i ginie. Szklił się kontur ciężarówki, kontur kierowcy, kontur pilotki, kontur okularów. Linie, które wyostrzała ciemność, kłóciły się z plamą nocy. Rozrzedzeniem życia. Gdzie świat, człowiek i żuk są tym samym. Przyznaję: lubię doszukiwać się w tym zagrożeń i upadków.

Nie przypuszczałem, że umrę. I to za życia. Że odsunę się na odległość dostatecznie dużą, by nie czuć sekund ani miejsc. Zobojętnienie na czas i przestrzeń posuwało się wolno. Przypominało surrealistyczne cofanie się szklanej ciężarówki do bramy, tej sto metrów od kapliczki. Ale dobrze - odsunąłem się na dostateczną odległość. To mogło być równie daleko, co wtedy. Wtedy, kiedy miałem szesnaście lat i z czternastoletnim Michałem Stasinowskim, kolegą z dzieciństwa, wybraliśmy się rowerami do Krośniewic. Z Kutna do Krośniewic jest czternaście kilometrów. Naprawdę. To tylko zbieg okoliczności, że Michał miał czternaście lat, a z Kutna do Krośniewic jest czternaście kilometrów. Ja nawet nie życzyłbym sobie tego zbiegu okoliczności; literatura powinna unikać zbiegów okoliczności. Jednak stało się, jak się stało, i liczba czternaście prześladowała tamten letni dzień. Michał powiedział, że chciałby odwiedzić babcię, bo jest stara i kiedy indziej mógłby nie zdążyć. Były to pierwsze kroki w drodze do. Pamiętam skromny domek gdzieś w bok od drogi na Poznań, chyba z maleńkim jak pięć minut ogródkiem i tę staruszkę wciśniętą w fotel w kącie pokoju. Patrzyła. Wtedy nie było telefonów i powiadomień w rodzaju "Babciu, zajrzę do ciebie za dwie godziny, z kolegą będę". Nie, były inne możliwości. Możliwości zaskakiwania. Zaskakiwania ludzi, zwierząt, świata. Michał widocznie lubił babcię, skoro zdecydowaliśmy się na tak daleką wyprawę rowerami. Mogło tak się zdawać, bo po drodze był wiadukt i mozolny wjazd pod górkę. Powietrze było suche. Wiatr przemykał przez pola wokół. Samochody szumiały i przynosiły zbawienny powiew. Z górki na wiadukcie widziało się więcej, lecz nie było czasu na przystawanie i rozglądanie się dokoła, liczenie drzew, obłoków. Wtedy się myślało, że to, czego nie zobaczy się dziś, zobaczy się jutro. A to nieprawda. Wszystko, co miniesz, miniesz bezpowrotnie. Babcia Michała miała na sobie zgniłozielony sweter. Wtedy nie rozumiałem koloru zgniłozielonego. Nigdy wcześniej i nigdy potem jej nie widziałem. Mnóstwo ludzi nigdy wcześniej i nigdy potem się nie widzi. Są bezpowrotni. Widzenie jest czynnością jednorazową.

Wiesław RatajczakHańba niezatarta.O ważnej książce i o powrotach

Jacek Trznadel w posłowiu do jednego ze wznowień Hańby domowej zastanawiał się nad losami książek, które "napisane [...] także dla walki z systemem, stają się nieprzydatne, gdy system ten upadnie"1. Los zbioru wywiadów, opublikowanego w 1986 roku w paryskim Instytucie Literackim oraz w krajowym podziemnym wydawnictwie "Nowa", a później wielokrotnie wznawianego, oryginalnie wypełnia starożytną formułę habent sua fata libelli. Historia spotkań z pisarzami, przełamywania ich oporu we wspominaniu stalinizmu, ukrywanie maszynopisów i nagrań przed komunistycznymi służbami, przemyt zapisu na Zachód, konspiracyjny kolportaż i reakcja władz - wszystko to mogłoby być tematem sensacyjnego i wiele mówiącego o PRL opracowania. W III Rzeczypospolitej Hańba... bynajmniej nie stała się anachroniczną pamiątką minionej epoki, o nowym życiu tego zbioru rozmów można się przekonać, porównując jego losy z tomem Oni Teresy Torańskiej. Książka, której autorka, by ukazywać realia lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, posłużyła się konwencją wywiadów z komunistyczni decydentami, wydana została w podobnych czasach i okolicznościach (w 1985 roku w podziemnym "Przedświcie" i londyńskim "Aneksie"), była nagradzana, wznawiana i tłumaczona. Pisząc w podziemnym piśmie o Hańbie domowej, Marta Fik przekonywała, że Torańska "zwycięża" z Trznadlem "dzięki gorszemu przygotowaniu, wyrywkowej wiedzy, niemożności "wczucia się" w tok rozumowania tego, z kim rozmawia, dzięki bezceremonialności wreszcie" (Po co się spowiadać..., "Kultura Niezależna" 1987, nr 34, s. 102). Również w parze rozpatrywał obie książki Tadeusz Chrzanowski, publikując pod pseudonimem Anatol Kołek recenzję Lot Trznadla nad skalnym gniazdem. Jego zdaniem wspomniane publikacje to dwa klucze do "ciemnego zakamarka historii Polski" ("Miesięcznik Małopolski. Pismo społeczno-kulturalne" 1987, nr 17, s. 1). Oczywiście, dostrzec można poważne różnice, na przykład związane z tym, że rozmówcy Torańskiej na ogół kłamali, a uczestnicy dialogów z Trznadlem "koloryzowali lub mitologizowali". Jednak nawet mistyfikacje w obu przypadkach mają duży walor poznawczy dla czytelnika podejrzliwego i wnikliwego.

Dziś, jak się wydaje, książka Torańskiej jest jednak niemal nieobecna w świadomości czytelników. Co zdecydowało o tej różnicy między recepcją OnychHańby domowej? Można pół żartem założyć, że z perspektywy lat wybory pisarzy okazują się dużo ciekawsze i ważniejsze od perypetii wpływowych komunistów. Politycy i biurokraci byli bardziej od pisarzy biegli w sztuce asekuracji, zdradzając niewiele poufnych wiadomości, choć trzeba przyznać, że Torańska ostro stawiała pytania i była do rozmów dobrze przygotowana - na co zwróciła uwagę Kaja Rostkowska (Oni Teresy Torańskiej - między wywiadem a przesłuchaniem, "Studia Medioznawcze" 2014, nr 4 [59], s. 129-136). A może decydująca okazała się osobowość autora Hańby domowej, jego dociekliwość i wiedza o procesach, w które także on dał się wciągnąć? Albo to, że tytułowi "oni" byli podczas wywiadów Torańskiej politycznymi emerytami, raczej pozbawionymi wpływu na współczesność, a rozmówcy Trznadla nierzadko pozostawali poczytnymi pisarzami, autorami pozycji ze szkolnego kanonu i autorytetami nie tylko w dziedzinie literatury? Przebieg rozmowy mógł więc wpłynąć na ich usytuowanie w kulturze współczesnej, zmienić postrzeganie ich drogi twórczej w oczach czytelników, rzutować na miejsce ich utworów w praktyce polonistyki szkolnej i akademickiej.

 11/2022

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),

Izabela Korybut-Daszkiewicz (na widnokręgu, noty),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Antoni Winch (proza).

SEKRETARIAT:

Małgorzata Brodacka

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

PL ISSN 0041-4727 Copyright 2022 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Ceny na rok 2023: numer pojedynczy - 13 zł; numer łączony 7/8 - 20 zł; prenumerata półroczna - 75 zł; prenumerata roczna - 150 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 SWIFT CODE: GOSKPLPW Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską. za pośrednictwem RUCH S.A.: Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl WYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI" są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi) oraz nexto.pl i e-kiosk.pl (pdf).

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

Przemysław DakowiczJosef K., praski perypatetyk

Przed pięćdziesięciu pięciu laty, w roku 1967, wydawnictwo Mladá fronta opublikowało szczególną książkę. Nosiła ona tytuł Bohumil Hrabal uvádí i była autorską antologią najcelniejszych tekstów w historii czeskiej prozy. Na antologię złożyły się utwory Erbena, Nerudy, Demla, Herrmanna, Klímy, Holana, Weinera, Haška i... Franza Kafki. Hrabal włączył do zbioru jedną z najwcześniejszych Kafkowskich nowel, Opis walki (Beschreibung eines Kampfes). Opatrzył ją następującym komentarzem: "Wybór kończę tekstem [...], w którym Kafka poszukuje własnego stylu, siebie samego, tekstem, w którym więcej jest realności, więcej faktyczności; tekst ów to niemal przewodnik po Pradze, według którego można wędrować [...]".

Opis walki (a ściślej mówiąc: jego wcześniejsza redakcja, której autor dokonał prawdopodobnie w roku 1907) to nowela o kompozycji szkatułkowej - w ramy narracji głównej ujęte zostały opowieści Grubasa i Pokutnika. Losy tych dwóch "wewnętrznych" postaci są luźno (lub, pozornie, wcale nie są) związane z narracją "zewnętrzną". Przedstawia ona wspólny spacer dwóch mężczyzn, którzy tuż po północy wychodzą ze spotkania w jednym z praskich salonów. Kierując się w stronę Wzgórza Świętego Wawrzyńca (Laurenziberg - dziś Petřin), maszerują wzdłuż ulicy Ferdynanda (Ferdinandsstraße - dziś Narodní třída), skręcają w Bulwar Króla Franciszka (Franzensquai - Smetanovo nábřeží), mijają Wyspę Strzelecką, by chwilę później skręcić w lewo, tam, gdzie plac Krzyżowców styka się ze wschodnim krańcem Mostu Karola. Stąd widać już cel ich marszu - górujący nad Wełtawą Petřin.

Po ścieżkach niegdysiejszego Laurenzibergu wiele razy wędrował pisarz Josef Kroutvor. Jedną z takich spacerowych tur opisuje w książce poświęconej Hrabalowi (Setkávání s Bohumilem Hrabalem, Praha 2014). Tego dnia spotkali się obaj w Muzeum Sztuki Dekoracyjnej (gdzie Kroutvor przez trzy dekady był zatrudniony) i rozmawiali o twórczości. Autor Postrzyżyn przekonywał młodszego kolegę, że ten powinien zaryzykować pisanie literatury pięknej. Hrabal sądził, że w swojej pracy Kroutvor ogranicza się do eseju, że obawia się "wypłynięcia na głęboką wodę". "Nie może pan wciąż pisać o tym, o czym chrzanią inni" - argumentował - "musi pan także pisać od siebie". Nie wiedział, że przyjaciel już się na to poważył, że spod jego pióra wyszły już pierwsze wiersze i opowiadania. "Tych literackich wypowiedzi - wspominał Kroutvor po latach - Hrabalowi do czytania raczej nie dawałem. Nie chciałem z siebie robić pisarza, chwaliłem się raczej eseistyką, tekstami o literaturze, krytyką artystyczną i tego rodzaju rzeczami". Hrabal mówił wówczas o odwadze jako koniecznym warunku zajmowania się literaturą. "Siedział obok grzejnika centralnego ogrzewania, do dziś go słyszę. Ja zaś po pracy wyszedłem na Petřín i długo chodziłem po wzgórzu tam i z powrotem. Praga była strasznie daleko, a ja byłem strasznie sam".

Od tamtej rozmowy w muzeum upłynęły co najmniej trzy dekady. Osiemdziesięcioletni Josef Kroutvor jest dziś autorem blisko pięćdziesięciu książek, z których znakomita większość ukazała się po przełomie roku 1989. Na jego dorobek składają się wiersze, eseje, notatki itineraryjne, krótkie formy narracyjne, pisma diaruszowo-pamiętnikowe, zapiski krytyczne i filozoficzne, a nawet próba bestiariusza. To nie tylko jeden z najwszechstronniejszych i najwytrwalej pracowitych przedstawicieli środkowoeuropejskiej elity intelektualnej i literackiej - to również, jakby na przekór imponującemu i wielowymiarowemu dziełu, jeden z najskromniejszych pisarzy czeskich.

Zapytany, kim jest, zapewne najchętniej odpowiedziałby: sprawozdawcą, kronikarzem, świadkiem. W słowie wstępnym do wydanej przed trzema laty książki Poletování jednoho ptáčka stwierdzał: "ja tylko oglądam się za siebie, wspominam i przypominam sobie drobne historie, które inaczej przepadłyby w niepamięci". Jego pisarstwo wypełnione jest pracą pamięci - indywidualnej i zbiorowej. Kroutvor nie zgodziłby się z głównym narratorem Opisu walki, który poucza towarzysza wędrówki: "Tak, smutne jest już samo wspominanie, a cóż dopiero jego przedmiot! Niech się pan nie poddaje takim nastrojom, nie jest to zajęcie odpowiednie ani dla pana, ani dla mnie. Wskutek tego osłabiamy [...] swoją obecną pozycję i nie wzmacniamy wcale poprzedniej [...]" (przekład Alfreda Kowalkowskiego). Josefa Kroutvora nic a nic nie interesują "pozycja poprzednia" i "obecna". Od samego początku świadomie, choć nie ostentacyjnie, ustawia się poza szrankami literackiego "głównego nurtu". (Może właśnie dlatego tak długo przyszło nam czekać na uhonorowanie go Nagrodą im. Seiferta...)

Formułując definicję własnej metody pisarskiej, Bohumil Hrabal oświadczył kiedyś, że jest raczej zapisovatelem (zapisywaczem, protokolantem) niż spisovatelem (pisarzem). Jeśli się nie mylę, czeskim słowem zapisovatel można by także, choć z nieco innych względów, nazwać Josefa Kroutvora. To cierpliwy piechur, przemierzający wieki dziewiętnasty, dwudziesty i dwudziesty pierwszy, nowoczesność i ponowoczesność, Pragę mizerną i coraz bardziej mizerną Europę. Wiecznie pozostający w ruchu perypatetyk, który maszerując, prowadzi rozmowę z nieprzygodnymi towarzyszami - Máchą, Schielem, Demlem, Reynkiem, Hrabalem, Tigridem, Kocourkiem, Jirousem, Havlem i wieloma, wieloma innymi.

W epoce samizdatu pisarz posługiwał się pół-pseudonimem "Josef K.", wyjętym z jednego z najbardziej ikonicznych dzieł literatury. "Zżyłem się z tą rolą, Pragę, po której chodziłem, postrzegałem jako egzystencjalny labirynt". Bohater Procesu był, jak pamiętamy, prokurentem bankowym. Josef Kroutvor przed kilkudziesięcioma laty wziął na siebie rolę prokurenta w dziedzinie kultury, sztuki i obyczaju. Jest naszym, odbiorców literatury czeskiej, pełnomocnikiem wszędzie tam, gdzie zaniesie go jego niegasnąca ciekawość świata i ludzi - czy będzie to Wenecja, Petrkov, Wiedeń, Paryż czy Český Krumlov, Pejškovna, Hradeček, Moskwa czy Göteborg - gdzie akurat grana jest opera na podstawie Opisu walki Franza Kafki, do której Josef K.[routvor] ułożył libretto.

Adam KomorowskiOrbita Krzysztofa Karaska

Artur Nowaczewski: Challenger. Metamorfozy poety w twórczości Krzysztofa Karaska. Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2021, s. 432.

Książka, jak na krytyczną monografię o poecie, ma tytuł osobliwy: Challenger. Podtytuł, wydrukowany drobniejszą czcionką, Metamorfozy poety w twórczości Krzysztofa Karaska, wprowadza dysonans pogłębiony umieszczoną na okładce reprodukcją litografii Theodora Gericault. To Boqseurs z 1818 roku (ze zbiorów nowojorskiego Metropolitan), przedstawiająca walczących na gołe pięści w plenerze, przed liczną męską publicznością, bokserów (czarnego i białego). Autorem książki jest Artur Nowaczewski, a wydawcą jego uczelnia Uniwersytet Gdański. Zarówno tytuł, jak i okładka nie są przypadkowe ani nie są zabiegiem marketingowym. To jest jedna z najlepszych i najciekawszych książek o poezji, jakie ukazały się w ostatnich latach.

Jako "challengera" określił Karaska Zbigniew Herbert. W języku polskim próbuje się zastąpić angielski termin "pretendentem". Rzecz w tym, że pole semantyczne naszego pretendenta rozmija się z angielskim challengerem. Pretendent to ktoś ubiegający się o stanowisko, rękę kobiety czy tron, a nie wyzywający posiadacza tytułu mistrzowskiego w celu zmierzenia się w otwartej walce. Pretendent uważa, że jest w prawie do zastąpienia kogoś i zajęcia jego miejsca, challenger uważa, że takie prawo można i należy sobie wywalczyć. Herbert wiedział, co mówi.

Nie od rzeczy jest wspomnieć, że Karaskowi, absolwentowi warszawskiej AWF, zdarzyło się boks uprawiać, choć dyscypliny, z którymi najbardziej był związany, to skok o tyczce i szybownictwo. Wśród polskich pisarzy nie brakowało sportem interesujących się i o sporcie piszących (by wymienić tylko Józefa Hena, Krzysztofa Mętraka, Jerzego Pilcha czy Janusza Drzewuckiego). Mogących się sportowymi sukcesami chwalić jest niewielu. Przypuszczam, że Karaska troska o spuściznę Tomasza Gluzińskiego, którego obszerny wybór wierszy opracował dla Biblioteki Więzi, wynikała z podziwu dla godzenia narciarstwa z poezją.

Monografia Nowaczewskiego przypomniała mi o zapomnianych, a będących dla pokolenia Nowej Fali lekturą formującą Pamiętnikach Feliksa Sztama. Opracowane przez Kazimierza Gużewskiego wspomnienia Stamma, legendarnego trenera polskich bokserów i autora sukcesów polskiego boksu przed wojną i po wojnie, wydała Nasza Księgarnia w 1954 (tom 1) i 1955 roku (tom 2). Były ulubioną lekturą młodzieży szkolnej płci męskiej w tych mrocznych czasach. Uważam, że ukazanie się pamiętników Sztama (ponieważ był to czas uporczywego polonizowania nazwisk, Stamm stał się Sztamem) było większym wydarzeniem aniżeli ukazanie się Złego Leopolda Tyrmanda. W Złym wątek bokserski odgrywa skądinąd sporą rolę. Rzecz w tym, że w czasach stalinizmu zwycięstwa wychowanków Stamma nad reprezentantami Związku Radzieckiego czyniły z nich bohaterów zbiorowej wyobraźni, dowodziły, że Kraj Rad niepokonany nie jest.

Ukazanie się wspomnień Stamma otwierało drogę do Polskiego Października. Jak było możliwe, że zawodowy przedwojenny oficer (uczestnik wojny z bolszewikami) mógł po wojnie, w najtrudniejszym politycznie okresie, zachować stanowisko trenera kadry bokserskiej, pozostaje tajemnicą do rozwikłania przez IPN.

Epopeja polskiego boksu w latach pięćdziesiątych XX wieku kształtowała wyobraźnię pokolenia Herberta (Leszek Długosz, "czarodziej ringu", był jego rówieśnikiem) i pokolenia '68. Karasek jest jej konsekwentnie wierny i to dostrzegł Herbert.

Związki poezji ze sportem pojawiają się u źródeł poezji; to ody Pindara sławiące zwycięzców antycznych olimpiad. Wśród dyscyplin greckich olimpiad Pindar upodobał sobie szczególnie wyścigi kwadryg i zapaśnictwo. Ale Oda olimpijska siódma. Na zwycięstwo Diagorasa z Rodosu w boksie, jedyna poświęcona tej dyscyplinie ("wylądowałem tu z Diagorasem / By opiewać morską Rodos, Afrodyty córkę, / małżonkę Heliosa, / I chwalić rosłego, dzielnego bohatera, / zdobywcę wieńców zwycięskich w pięściarstwie / nad Alfejosem...", przeł. Mieczysław Brożek) należy do najlepszych. Dwa i pół tysiąca lat po tej walce znamy imiona zwycięzcy i pokonanego. Tak będzie, jak długo będzie trwała nasza cywilizacja, której poezja Homera, Hezjoda, Simonidesa i Pindara jest źródłowym fundamentem.

Herbert, nazywając Karaska challengerem, wskazał na istotny rys jego poezji: trudno wskazać drugiego współczesnego polskiego poetę równie uwikłanego w dzieje poezji Zachodu i nieustannie prowadzącego rozmowy i potyczki z jej reprezentantami. Nowaczewski, analizując miejsce poezji Karaska w obrębie Nowej Fali, za której czołowego reprezentanta jest powszechnie i słusznie uważany, pokazał jej differentia specifica. W dużym skrócie można powiedzieć, że polega ona na demonstracyjnym manifestowaniu ciągłości, nieustającym dialogu z poetami przeszłości, starszymi i rówieśnikami. Dla młodszych był promotorem. To dzięki niemu ukazały się debiutanckie tomiki m.in. Jarosława Mikołajewskiego, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Andrzeja Sosnowskiego. Można powiedzieć, że miał dobrą rękę.

Nowaczewskiemu udało się uniknąć pułapki, w którą wpadają piszący o poezji, gdy usiłują interpretować wiersze w kontekście historii idei czy filozofii. Ten rodzaj redukcjonizmu zapoznaje autonomię poetyckiego kosmosu, który w odróżnieniu od naszego świata, tzw. rzeczywistości, uwalnia się od podległości czasowi. Kosmos poezji to świat, w którym wieczność nieustannie o sobie przypomina, trwanie jest w nim bardziej widoczne aniżeli przemijanie, śmierć, zanikanie. Homer, poezja Pindara, dramaty Sofoklesa i Eurypidesa, poezja Kochanowskiego i Mickiewicza wymknęły się z czasu i historii. Zapisywanie Homera, Kochanowskiego czy Szymborskiej do pionierów jakieś filozofii jest pozbawione sensu.

W odróżnieniu od poezji filozofia i historia idei są częścią naszego świata, który próbują zinterpretować i zrozumieć. Oskarżenie filozofa o bycie mitotwórcą jest naganą, w przypadku poety jest zaś pochwałą. Karasek uczęszczał na zajęcia z filozofii na UW. Nowaczewski niejednokrotnie podkreśla erudycję poety. Ale ta niekwestionowana erudycja pozbawiona jest ostentacji. Jest sprawą prywatną.

Nowaczewski także unika erudycyjnych fajerwerków. Kontekstem wierszy Karaska są inne wiersze, a nie zawirowania mód filozoficznych. Przykładem jest analiza wierszy, spośród których Rewolucjonista przy kiosku z piwem, z tomu Drozd, uważany jest za pierwszą manifestację poetyki Nowej Fali. Nowaczewski pisze: "Pozostaje też Drozd uwikłany w ówczesne dyskusje o poezji. Bo czy można zlekceważyć fakt, że rok po zbiorze Karaska Drozd i inne wiersze ukazała się książka Jarosława Marka Rymkiewicza Co to jest drozd? Najogólniej można powiedzieć, że Rymkiewicz wzdragał się przed zerwaniem klasycznego związku poety ze śpiewakiem, poezji ze śpiewem. Nazywał to klasycyzmem. Mówił: "Poeta, jeśli ma opowiedzieć życie, musi je wyśpiewać - musi być, jak wszyscy jego natchnieni przodkowie śpiewakiem". I dodawał, że jeśli zamilknie śpiew poety, "słychać będzie tylko ryk i wycie tego świata"".

Natomiast u Karaska drozd popełnił samobójstwo ("Najważniejsza wiadomość nie została podana / SAMOBÓJSTWO DROZDA! SAMOBÓJSTWO DROZDA!"). Można powiedzieć, że drozd dołączył do słowika z Ody do słowika Johna Keatsa. Śpiewność była dla Karaska anachronizmem. Ptaki mogą uczyć poetów jedynie wolności. Choć, jak przypomniał w wierszu Studium ornitologiczne. Przekład z Juliana Kornhausera, będącym niepozbawioną humoru polemiką z Lekcją o przyimku tego drugiego, zdarza się, że "ptaszek wraca do klatki". Interpretacja ptasich wątków w polskiej poezji współczesnej jest popisem hermeneutycznych kompetencji Nowaczewskiego.

To, że ptaki śpiewają, jest czymś naturalnym, natomiast bycie poetą jest decyzją, którą musimy podjąć, pisząc kolejny wiersz. Ludzie nie są słowikami, drozdami czy kosami. Bycie poetą jest aktem woli. Ta nie-oczywistość bycia poetą będzie powracać nieustannie w twórczości Karaska. Zaczyna się od pytania:

Co ja tu robię, wśród tych ludzi,

wśród tego zgiełku, w kapeluszu mysio szarym [...].

Co ja tu robię?

Wśród tych książek, tego pokoju,

obudzony nagle tępym narzędziem,

gwarem pojazdów i walących się domów.

Przyjmując, że poezja jest poza czasem i historią, ponieważ zdarzają się takie utwory, które z czasu się katapultują (jak np. Ody Pindara), dla Karaska miejsce, w którym znajduje się poeta, jest istotniejsze od czasu, w którym pisze. Poetę przestał interesować historyczny czas. Miejsce stało się ważniejsze. Jego pierwsze wiersze wyraziście ukazały to, co miało być cechą charakterystyczną poezji Nowej Fali, czyli prymat miejsca przed historią. Rewolucjonista przy budce z piwem otworzył możliwość zawieszenia utopii i apokalipsy. Puls miejsca miał powiedzieć więcej aniżeli jego historia.

Magdalena Brodacka-DwojakEuropa (Środkowa) a sprawa czeska.W poszukiwaniu gruntu pod nogami

W 2004 roku Jáchym Topol, jeden z najważniejszych współczesnych pisarzy czeskich, wyznał:

Czuję zamęt i bezradność, ponieważ wszystko, czym była dla mnie Europa, odchodzi w zapomnienie i z tego powodu tracę grunt pod nogami. [...] Moja Europa to plac, knajpa, kościół, cmentarz, posterunek. I zmartwienia. Ruiny. Opuszczone domy. Zgniłe podłogi, szczątki zdechłych żmij, sekrety ziemi. Pozostałości po kimś, kto tu był przed wami. Po jakichś obcych, nieznanych ludziach. Odeszli stąd sami? Wywieźli ich? Uciekli za granicę?1.

Przywołuję tę dłuższą wypowiedź autora Siostry, ponieważ jak w soczewce skupia ona kluczowe dla czeskiej kultury problemy, które nieodłącznie wiążą się z pytaniem o własne miejsce na ziemi oraz wyjątkowe - bo centralne - położenie Czech na mapie Europy. Grunt pod nogami oznacza w tym kontekście zdolność poznania, zrozumienia i zaangażowania w rzeczywistość, której jesteśmy częścią. Zarysowana przez Topola przestrzeń prowincjonalnych miasteczek o określonym wyglądzie, czyli "Zjednoczonych Czeskich Wsi" - jak zwykł je nazywać pisarz Jiří Gruša, wpisuje się w tradycję dowartościowania tego, co małe i zwyczajne, skazane na zapomnienie w gąszczu wielkich wydarzeń historycznych. Czytelnik literatury czeskiej rozpoznaje ów kult przywiązania do prostej codzienności z prozy jej największego piewcy, czyli Bohumila Hrabala - twórcy hominizmu, "opowiadacza" losów zwykłego człowieka. Jednak rewersem narracji zwyczajności jest wielka Historia narodowa i społeczna Czech - wspólnotowe wysiłki i klęski, przywiązanie nie tylko do małej ojczyzny czeskiej wsi, lecz także do całej kultury europejskiej, z majestatem złotej Pragi, dziedzictwem Karola IV i historii, która na zmianę z Habsburgami, hitlerowskimi Niemcami i stalinizmem pukała do wrót Zamku na hradczańskim wzgórzu. Oto zmartwienia i sekrety, które chowa czeska ziemia, oto problematyczność mierzenia się z rzeczywistością historyczną, polityczną i wspólnotową; z historią narodu i państwa, które obecnie jest członkiem najważniejszych struktur europejskich i światowych oraz czynnym partnerem w procesie globalizacji.

Wyrażona przez Topola obawa przed utratą gruntu pod nogami wiąże się nie tylko z tempem zmian zachodzących we współczesnym świecie i narastającym uczuciem wykorzenienia. W tej wymownej metaforze odnaleźć można problem dużo głębszy, choć od wieków ciągle obecny w literaturze i filozofii czeskiej, a mianowicie namysł nad szczególnym położeniem geograficznym, które przynajmniej od czasów odrodzenia narodowego stanowiło wyzwanie dla samych Czechów, zmuszając ich do pytań o sens własnych dziejów. Dyskusję tę zapoczątkował Tomáš Garrigue Masaryk w 1895 roku w książce Česká otázka, a następnie rozwinęli ją między innymi Hubert Gordon Schauer i Josef Pekař. "Kwestia czeska" sprowadzała się w gruncie rzeczy do refleksji nad rolą małego narodu, a od 1918 roku małego państwa na mapie Europy. Po II wojnie światowej rozważania te podjęli między innymi Milan Kundera i Václav Havel, prowadząc ożywiony spór o "czeski los" na łamach czasopism wydawanych w okresie odwilży Praskiej Wiosny. Debaty te problematyzują ideę Europy i w jakiejś mierze nakłaniają Czechów do określania swojej tożsamości nie tylko względem przynależności państwowej czy narodowej, ale szerszej - (środkowo)europejskiej.

Być może najdonioślejszym głosem w tym filozoficznym sporze są pisma wybitnego fenomenologa i pierwszego sygnatariusza Karty 77 Jana Patočki. Swój słynny tekst z lat siedemdziesiątych o tytule Kim są Czesi? filozof rozpoczął od konstatacji: "Czesi są małym narodem środkowoeuropejskim"2, a ich dzieje podzielił na wielkie i małe. Wielkość historii Czech trwa, dopóki czeskość jest atematyczna, to znaczy skoncentrowana wokół idei, instytucji i celów w służbie zadań europejskich i szerzej - światowych. Taką rolę Czesi pełnili w średniowieczu, zwłaszcza za czasów panowania cesarza Karola IV, oraz w dobie reformacji, czyli husytyzmu. Mała historia Czech rozpoczyna się w XVII wieku wraz z przegraną bitwą z Habsburgami na Białej Górze. Jest to okres porzucenia zadań światowych na rzecz przetrwania narodowej tkanki - języka i tradycji - wśród najniższych warstw społeczeństwa, które w XIX wieku wykorzystało szansę i odrodziło się na bazie językowego nacjonalizmu. Rok 1918 przyniósł upragnione państwo, czyli demokratyczną Czechosłowację. Była ona tworem wielonarodowym i w tym świetle pytanie o tożsamość Czechów stało się jeszcze bardziej skomplikowane. Patočka nie bez przyczyny sięga do korzeni - metoda genealogiczna pozwala mu na zrozumienie miejsca, w którym Czesi znaleźli się w drugiej połowie XX wieku. Zdaniem filozofa obiektywizacja kondycji Europy i refleksja nad nią jest jedną z podstawowych cech człowieka historycznego, który uświadamiając sobie i problematyzując własne bycie w świecie, godzi się z nieprzewidywalnością przyszłości oraz jej wyzwaniami. Owo problematyzowanie, jak dowodzi Patočka, jest konieczne w procesie odnowy ducha europejskiego. Odnowy, która musi nadejść po wiekach "małej historii" i dwóch wojnach światowych, prymacie techniki oraz rozumu instrumentalnego.

W tym miejscu należy wprowadzić kluczową dla autora Esejów heretyckich metaforę, a mianowicie "troskę o duszę", która umożliwiłaby Czechom powrót na arenę zadań światowych. Zaczerpnięte z filozofii Sokratesa określenie "troska o duszę" oznacza dążenie do samopoznania zarówno jednostek, jak i całego narodu, przy jednoczesnym przezwyciężeniu fałszywego indywidualizmu. Samopoznanie bowiem, jak dowodzi Patočka, zawsze dokonuje się w słowie, a konkretnie w rozmowie - w sile stawianych pytań, problemów i prób odpowiedzi na nie: "Dialog kończy się zatem konsekwentną refleksją o uzasadnieniu wspólnego życia w społeczeństwie"3. Troska jest przeciwdziałaniem upadkowi, tragiczności i nudzie, to ruch oporu wobec zamknięcia w świecie jedynie indywidualnych problemów i skupieniu na przeżyciu. Przeżyciu, które w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku w Czechosłowacji odbywało się w cieniu totalitaryzmu. Projekt Patočki jest w gruncie rzeczy wezwaniem do przezwyciężenia czeskości właśnie - czeskości toczonej chorobą podporządkowania, która dla wielu oznaczała "los wyzwolonych sług". Zaniechanie rozpoznania własnego miejsca i roli w świecie, czyli nierozpoznanie gruntu pod nogami, to jeden z najpoważniejszych występków przeciwko duszy.

Inny orędownik (środkowo)europejskości, Václav Havel, ruch wyzwalania się z kontekstu codzienności, zwłaszcza tej, która nosiła twarz normalizacji, nazwał "życiem w prawdzie". Jest to odpowiedź byłego prezydenta Czech na kryzys tożsamości nie tylko jego rodaków, lecz także Europejczyków w ogóle. Havel sformułował ją w Sile bezsilnych (1978) - w swoim prawdopodobnie najważniejszym eseju, zadedykowanym pamięci Jana Patočki. Postulowane życie w prawdzie uznać można za kontynuację troski o duszę, która we współczesnym świecie ustąpiła prymatowi użyteczności i konformizmu. Dominacja cywilizacji technicznej, kult zysku, władzy i nadrzędność interesu w celu doraźnej poprawy codzienności były dla Havla symbolem przemian zachodzących na Zachodzie, do którego Czechy cywilizacyjnie i kulturowo od zawsze należały. Ustrój komunistyczny i podporządkowanie polityczne Moskwie nie anulują, a jedynie opóźniają dotarcie do Europy Środkowej tych dystynktywnych dla współczesności przemian. Co więcej, totalitaryzm tylko pogłębia stan ontologicznej nudy i obojętności w społeczeństwie skoncentrowanym jedynie na przeżyciu kolejnego dnia. Utrata wolności oraz perspektywy przyszłości skutkują dotkliwym przekonaniem, że człowiek nie jest i nie może być panem swojej sytuacji. Ruch utrzymania się przy życiu zarządzanym kłamstwem i samooszustwem Havel określił mianem samototalizmu. Życie w prawdzie byłoby więc próbą życia przedpolitycznego - w zgodzie z intencjami życia oraz horyzontem przyszłości, za którą należy wziąć odpowiedzialność. Owo przebudzenie duchowe, ustanowienie odpowiedniej hierarchii wartości, z godnością i wolnością na szczycie, jest niczym innym jak odzyskiwaniem własnej tożsamości - gruntu pod nogami, który daje oparcie w świecie nękanym kryzysami. Havel wyrażał nadzieję, że właśnie odnowa duchowa, która ma szansę dokonać się w środku Europy, podziała ocalająco również na państwa zachodnie.

Jan Čepprzełożył Andrzej Babuchowski

Podwójny dom

Kiedy wyszli na skraj lasu i droga zaczęła opadać wzdłuż zbocza pod Rampachem, rozważnie wiodąc szeroką równiną, Sarna ponownie obróciła swe jajowate oczy i przeciągle zamuczała. Wieśniak Roubal ciągnął ją za kantar, a jego żona, żeby uspokoić krowę, poklepywała ją po zadku: "Chodź, chodź, przecież przyzwyczaisz się do nas!".

Roubalka przewidziała swój smutny los beztroskiej pasterki z gór (sama spędziła panieńskie lata, kosząc trawę na górskich zboczach), i wolałaby raczej przemówić głaskaniem oraz pokornym pochyleniem głowy, ale jej mąż krzyknął w końcu szorstkim głosem i smagnął Sarnę świeżo uciętym kijem, aż na skórze zwierzęcia pojawiła się gruba pręga. Krowa podskoczyła ze strachu i Roubalka pożałowała w duszy swą nową towarzyszkę niedoli, powłócząc umęczonymi nogami w stronę wsi.

Roubal końcem kija zrobił znak krzyża na progu obory i wciągnął nową krowę w ciepły mrok, z którego na powitanie nowej koleżanki wydobywał się oddech dwóch szerokich nozdrzy Łaciatej. Sarna z początku się wzdragała, ale potem, wspomniawszy przenikliwą szorstkość głosu gospodarza, rzuciła się gwałtownie w nieznaną dziurę i drzwiczki zamknęły się za nią jak za topielcem.

- Nie chce pić - powiedziała przed kolacją Roubalka do męża, ale Roubal nawet nie wyjął fajki z ust.

Roubalka w ciszy pochyliła się nad zupą i woń pary unoszącej się znad kartofli przypomniała jej aż nazbyt dojmująco ogniska w górach, kiedy to udeptana droga pięła się po zboczu pod samo niebo, macierzanka pachniała po raz ostatni, a pod szczytem unosił się dym z domostwa. Dziś znów musiała iść znanymi drogami, dym znowu unosił się z ognisk, ale mąż się spieszył i nie pozwolił jej się zatrzymać, więc tylko z daleka mogła dojrzeć pochylony dach, pod którym mieszkają teraz obcy ludzie.

Roubalka długo połyka zupę, tęsknota ściska jej serce jak owego wieczora, kiedy to dom jej męża po raz pierwszy opustoszał, a ona chętnie wróciłaby do swoich gór.

Ledwie mąż wyszedł na podwórze, aby spojrzeć na niebo i zamknąć drzwi na zasuwę, Roubalka siadła na progu przy piecu; jej głowa, której od dawna nikt nie pogłaskał, zatrzęsła się na biednych kolanach. Tykot zegara i oddech śpiących dzieci przerywały jej szloch. Ale oto rozległy się kroki na przyzbie i Roubalka zabrała się za mycie naczyń, głęboko schylona nad szkopkiem.

Wieśniak wszedł, zdjął buty (glina sypała mu się z podwiniętych spodni) i rzucił niedbale: Sarna już leży. Jutro ją zaprzęgnę.

Noc miłosiernie pokryła ożywione blizny gojącym naskórkiem, a kiedy pierwszy wóz przejechał po wciąż jeszcze niebieskim ryneczku, Roubalka wstała z łóżka, wzięła pogrzebacz i zaczęła rozniecać ogień. Mury na podwórzu nie miały jeszcze swego codziennego wyglądu, więc kiedy otworzyła oborę, obie krowy zwróciły głowy w stronę drzwi i powitały ją wspólnym spojrzeniem.

No co, opowiedziałyście już sobie swoje tajemnice? - spytała Roubalka, uśmiechając się smutno i krowy wyciągnęły w jej kierunku języki; nie pozwoliła się jednak polizać. Nałożyła im do koryta koniczyny, usiadła na stołeczku i jasne strumienie mleka zadzwoniły o błękitny świt.

Tymczasem Roubal też już wstał, obszedł podwórze, nasmarował wóz, przygotował brony i naprawił chomąto przed nową robotą. W kuchni ogień skakał po podłodze, na blasze syczała para i dzieci zaczęły się przebudzać przy znajomym dźwięku młynka do kawy. Przybywało głosów i światła, okna brzęczały ciężkim turkotem wiejskich wozów, a nocne chmury, ruszywszy w stronę gór, zostawiły na niebie połowiczną twarz półksiężyca, wstydzącego się swojej nędzy przed olśniewającym świtem.

Roubal wyprowadza już krowy z obory (kłęby mokrego łajna wlokąc za sobą przez próg), i podczas gdy Roubalka zaprzęga Łaciatą po lewej stronie, jej mąż długo zajmuje się szczupłą i wysoką góralką, i z zadowoleniem ogląda jej wyprostowaną głowę z małymi różkami. W końcu wszystko jest gotowe. Roubal zwraca się do żony uroczyściej niż zwykle: Otwórz bramę!

Końcem bicza rysuje krzyż przed przednimi nogami krów, pogania je i wyjeżdża na plac. Żona współczującym wzrokiem odprowadza kroczącą ostrożnie górską piękność.

"Będzie ci ciężko przywyknąć do Roubalowego chomąta!" - myśli Roubalka i po cichu dodaje: "Ale musisz przywyknąć, ja też musiałam!".

Tak płynął czas, Sarna przywykała, i chociaż z początku mocno wabiły ją trawiaste brzegi wąwozów, napominana smagnięciem bata wracała posłusznie w koleiny biegnące wśród szeroko rozpostartych pól. Drogi w górach są inne, wiją się wśród rosy, często trzeba przechodzić bosymi nogami przez potok, a krowy są tam szczuplejsze; jakże piękny jest widok, gdy zbiegają ze wzgórza tańcując, nieświadome upływu czasu. Natomiast drogi na równinie mają ściśle określone miejsce w regularnym kształcie pól i trzeba iść posłusznie tam, dokąd nas wiodą, więc krowa nie może paść się, gdzie chce. Krowa wieśniaka nie może unikać chomąta (jej biodra są odrapane od postronków), od rana do południa, od popołudnia do zmroku ciągnie pług. Ile bruzd, tyle razy musi przemierzyć pole, a gdy dzwonią na Anioł Pański, na polu rozsianych jest już mnóstwo śladów rozszczepionych kopyt, w których jesienią spać będą kuropatwy swoim wylęknionym snem.

Zanim jednak została obłaskawiona i upodobniła się do krainy nisko przygarbionej starością, odważyła się po raz ostatni odtańczyć swój okrutny taniec na zaoranym polu, a ci, którzy byli w pobliżu, zaczęli protestować i wołali do Roubala: Człowieku, miej rozum, przecież to bydlę wam zdechnie!

Wieśniak wpadł jednak w szał, był blady, oczy miał wybałuszone i bił krowę odwrotną stroną bata, a kiedy w ręku został mu już tylko kikut, podniósł motykę i młócił krowę trzonkiem, aż zwierzę w końcu przestało się bronić.

Roubalka stała opodal z zaciśniętymi rękami i nie miała odwagi się odezwać. Wiedziała, że przed gniewem męża nie ma ucieczki, tak jak przed gromem lub powodzią.

Od tej chwili góralka była jak baranek, napinała postronki ze wszystkich sił i wszelki opór z niej uszedł. Zwieszała głowę nisko jak krowy innych wieśniaków, a kiedy rankiem ją wyprowadzano, nie przyszło jej nawet do głowy, żeby podskoczyć. Czas płynął, jej wygląd przystosował się do otoczenia i chałupy Roubala, i każdy, kto ją ujrzał, wiedział od razu: "To jest krowa Roubala!".

Zestarzały się obie, krowa i gospodyni, a urody im nie przybyło, i jeśli ktoś chciał na krowę zawołać "Sarno", czuł nazbyt wyraźnie, że jakoś to nie pasuje...

Aż pewnej nocy, dziwnie przenikniętej jesienną samotnością, kiedy liście spadają z drzew, wystraszona Roubalka zerwała się z łóżka i na próżno próbowała uchwycić ostatni skrawek szczęśliwego snu, który uczynił ją młodą dziewczyną, koszącą trawę w lesie nad rodzinną chatą. Jednak diabeł naszej dziecięcej wiary, co w czasie księżycowych nocy wyjeżdża na orkę z zaprzęgiem ludzkich straceńców, przerwał upiornym świstem bata błogi sen Roubalki, a biedna kobieta, myląc sobie czas i nie mogąc rozeznać, czy przebywa na tym, czy na tamtym świecie, siedziała chwilę na łóżku i wytrzeszczała oczy w noc przemienioną przez księżyc. Świadomość wprawdzie nagle się rozjaśniła i rzeczy stały się znajome, ale ta wiedza zrodziła tylko nowy lęk, że świat jest podwójny.

Roubalka założyła spódnicę i niechętnie wyszła na dwór. Roubal boso i w kalesonach stał na środku ogrodu i oganiał się batem. Sarna pędziła z podniesionym ogonem od studni do gumna, przerwany łańcuch zwisał jej u szyi, a noc była cicha i parna.

Długo trwało, zanim udało się im zamknąć rozjuszoną krowę i przywiązać ją do koryta; długo świecił księżyc, a spłoszone bydlę, brzęcząc łańcuchem, śmigało między drzewami i węsząc dokoła, budziło grozę. Dwie śmieszne ludzkie postacie w nocnych strojach trzęsły się, gdy krowa, która trzy raz na dzień pozwala się nakarmić i napoić, zionęła ogniem z oczu i nie poznawała ich głosu. W końcu spuściła głowę i weszła cicho do obory, z własnej woli. Roubal tym razem nie odważył się jej zbić.

Księżyc świecił i było jak za dnia. Roubalka długo nie mogła zasnąć, widziała chatę w górach pod lasem, sterczący z dachu wiecheć słomy i zasłonięty przez chwilę księżyc. Coś jednak na zawsze odeszło, ojciec i matka nie żyją, rzeczywistość jest gdzie indziej...

Nad ranem słońce było spokojne, a nocna przygoda wydawała się snem. Sarna szła cicho do wozu, cicho kroczyła drogą, równo biegnącą wśród szeroko rozłożystych pól.

Roubalka jednak tego dnia snuła się po chałupie, jakby była bez duszy, chwilami zatrzymywała się i poranionymi rękami podpierała siwiejącą już głowę. Sen o pierwszym domu, przeżyty niespodziewanie, pozostawił w jej duszy tęsknotę otwartą aż do śmierci.

Andrzej BabuchowskiMiędzy nagą egzystencją a Nadzieją.O znanym i mniej znanym obliczu literatury czeskiej

Śmiech jako siła rażenia

Kiedy organizowałem przed laty wieczór autorski młodego czeskiego poety, jeden z pracowników domu kultury spytał mnie, czy mógłbym na to spotkanie zaprosić także zespół Banjo Band, żeby zaśpiewał piosenkę Jožin z bažin (Józek z bagien), która robiła właśnie w Polsce prawdziwą furorę. Moje wpływy nie sięgały jednak aż tak daleko. Na szczęście. Bo ten skądinąd dowcipny i całkiem udatny przebój akurat do tematyki tamtego spotkania pasował jak pięść do nosa.

Tak się jednak jakoś składa, że na twórczość Czechów patrzymy głównie przez pryzmat tradycji satyryczno-parodystyczno-komediowych. Dobra czeska literatura, dobra czeska sztuka, dobry czeski film to - wedle naszych oczekiwań - takie dzieło, które powinno przede wszystkim bawić i śmieszyć, a w każdym razie nie zadawać pytań ostatecznych. Odnoszę niekiedy wrażenie, że Polacy przypisują czeskiej kulturze wyłącznie funkcje zabawowo-rozrywkowe. Nie tylko zresztą Polacy.

W takim zawężonym postrzeganiu "czeskości" decydującą rolę odegrało niewątpliwie arcydzieło Jaroslava Haška, najpopularniejsza w świecie powieść czeska i jej kultowy bohater - dobry wojak Szwejk, postać o wielkiej sile wyrazu. Z jej znaczeniem dla kultury i życia duchowego - zarówno w sensie pozytywnym, jak i negatywnym - nie potrafimy się do końca uporać. Z problemem tym zmagają się zresztą od dawna sami Czesi. Przypomnijmy, że nurt szwejkowski ma bardzo stare korzenie. Ciągnie się już bowiem od plebejskich bohaterów komedii Arystofanesa czy Plauta, przez Gargantuę i Pantagruela, Sancho Pansę, aż po czasy najnowsze. Nic więc dziwnego, że przy tak bogatym "rodowodzie" Szwejk nie przestaje intrygować nie tylko literaturoznawców (co wydaje się oczywiste), lecz także socjologów, psychologów, a nawet - i to w niemałej mierze - teologów.

W roku 1988 ukazała się w Rzymie niewielka, bo zaledwie czterdziestostronicowa, książeczka wybitnego czeskiego teologa Karela Vrány (1925-2004) pt. Teologia humoru, poświęcona w dużej części analizie postaci Szwejka i jej różnorakim implikacjom. Przyjrzyjmy się tej analizie nieco uważniej:

Szwejk wywołuje w nas sprzeczne uczucia. Jego obraz jest absolutnie niejednoznaczny i dlatego mamy dziś mnóstwo interpretacji tzw. szwejkowskiej filozofii życia. Z jednej strony nęci nas, drażni i przyciąga, tak jak może nas nęcić, drażnić i przyciągać nasze własne życie lub zdarzenie, w którym uczestniczymy. Przygody dobrego wojaka Szwejka mają wszystkie cechy opowiastki ludowej, ale też jakiegoś zapisu, protokołu. Protokół może być mniej lub bardziej pełny, nie może być jednak sam w sobie dobry lub zły. Dopiero moralne i charakterologiczne cechy ludzkie czynią zawarte w nim dążenia i postaci pięknymi bądź szpetnymi. Hašek jako autor nigdzie nie twierdzi, że przeciętny Czech powinien być kimś odmiennym od Szwejka. Dlatego też, z drugiej strony, to sam Szwejk, jego metoda, jego filozofia, a nie zapis Haška, wywołują w nas sprzeciw, krytykę i oburzenie. Nikt z nas nie chciałby być Szwejkiem. Protestujemy zupełnie słusznie, gdy ktoś nazywa nas narodem Szwejków. Uważamy to za śmiertelną obrazę. I natychmiast przywołujemy wielkie, świetlane postacie naszej narodowej historii. Szwejk jest w stanie podzielić naród na dwie części: na tych, co go podziwiają i z upodobaniem praktykują jego metodę walki, którzy widzą w jego filozofii drogę ocalenia nagiego życia przed przemocą potężnego wroga, czy to zewnętrznego, czy wewnętrznego. Druga część narodu widzi w nim swoje poniżenie i skrzywienie kręgosłupa. Odczuwa ukryty lub jawny wstyd w taki sposób, w jaki odczuwa się własne słabości i własne tchórzostwo.

Trzeba przyznać, że niezależnie od żywionych do niego uczuć Szwejk odzwierciedla dość typową i cenną dla swego narodu cechę: genialną umiejętność skrótowego, a przy tym niezwykle dosadnego  d e f i n i o w a n i a  otaczającego świata. Gdy przed kilkunastu laty, w czasie pobytu w Pradze, zmęczony upałem, podążałem "zamkowymi schodami" w stronę Hradczańskiego Wzgórza i snułem niewesołe myśli o współczesnych absurdach politycznej poprawności, moim oczom ukazał się nagle ogromny, wymalowany białą farbą na murze napis: SV?T SE POSRAL...

Ależ tak! Máš pravdu, Josefe, svět se posral - myślę sobie. To jest kwintesencja tego, o czym przed chwilą rozmyślałem, tyle że wyrażona w gnomicznej, a zarazem typowej dla Szwejka wulgarnej formie. A zatem - Szwejk powrócił! Tym razem jako sprzymierzeniec w walce z kolejnymi szaleństwami ludzkości.

Warto przypomnieć, że hermeneutyczne znaczenie epokowego dzieła Haška dostrzegali, choć nie bez subtelnej ironii, także niektórzy twórcy o orientacji chrześcijańskiej, np. Jaroslav Durych, który pisał, że powieść ta nie jest li tylko zwierciadłem czeskiego człowieka w jego ewolucyjnym ujęciu, przed wojną i w trakcie niej, ale najznakomitszym pomnikiem czeskiego ludu i wszystkich jego dążeń.

Wpływ Szwejkowego widzenia świata na rozwój współczesnej literatury czeskiej miał również dobroczynne skutki. Z jego "metody" korzystają bowiem pisarze, którzy się z nim totalnie nie zgadzają, ale - w przeciwieństwie do licznych epigonów (głównie w okresie socrealizmu) - potrafili tę metodę twórczo "przepracować", zachowując jednocześnie artystyczną i światopoglądową niezależność. Ciekawym przykładem takiej postawy, w której sacrum udatnie łączy się z profanum, a świat widziany "od dołu" nie przesłania chrześcijańskiego nieba, jest poezja Miloša Doležala, zwłaszcza jego tomik Obec (Gmina), który ukazał się przed kilkunastu laty także w Polsce. Takie dwubiegunowe ujęcie przewija się niekiedy, choć nieco rzadziej, w opowiadaniach niektórych prozaików okresu międzywojennego.