Bohdan CywińskiKu dynamicznemu pojmowaniu tożsamości
Tożsamości się nie wybiera, ją się w sobie odkrywa. Tożsamość jest mi dana: mam nią gospodarzyć, by z niepozornego nasionka wyrosła w zdrową roślinę, współtworzącą rozmaitość przyrody, i by przyniosła plon. Jakość owoców rośnie, gdy zdecyduję się moje drzewko szczepić: coś w nim boleśnie rozciąć, coś z niego odrzucić, a w to miejsce wszczepić pęd inny, cudzy, który wzbogaci treści pierwotne. Dziecko nigdy nie jest tylko "moim": niesie w sobie także szczep drugiego współ-rodzica. Jest tożsamością nową, różną od nas obojga. I poprzez to właśnie - bogatszą. Przywołana tu metafora kieruje uwagę ku biologicznej genezie tożsamości. Znacznie ważniejsza jest jednak jej geneza społeczna i kulturowa. Bycia człowiekiem uczymy się od innych. Tak, najpierw od mamy i taty, ale zaraz potem od szerszego otoczenia: podświadomie naśladujemy jego znaki, gesty, zachowania, reakcje pozytywne i negatywne, przyjmujemy żywe w nim symbole wartości, w końcu uczymy się mówić, obracając się w kręgu usłyszanych wokół nas symboli i pojęć. Uczestniczymy w określonej kulturze: przychodzi ona do nas z zewnątrz, ale wkrótce uznajemy ją za jedynie naturalną, więc swoją. Staliśmy się ludźmi dzięki naszym rodzicom, ale dojrzeliśmy poprzez otaczającą nas kulturę i w charakterystycznym dla niej kształcie.
Własną tożsamość raczej się czuje, niż rozumie. Jestem sobą, jestem, jaki jestem.
Odkrywanie twarzy
Nazywanie, określanie siebie jest czynnością wtórną - intelektualną, a w końcu deklaratywną. I dokonuje się ono za pomocą symboli i pojęć mojej kultury. Ty odbierzesz mój komunikat poprzez symbole i pojęcia twojej kultury. Porozumiemy się tylko częściowo.
Nazwanie własnej tożsamości jest próbą umieszczenia siebie w czasie i przestrzeni świata, powiedzeniem czegoś istotnego o sobie i o swoich relacjach z innymi. To chyba początek dialogu traktowanego serio, rodzaj przedstawienia się przed rozmową. Jest w tym przestroga: uważaj, nie znasz mnie do końca, nie jesteśmy identyczni, jestem dla ciebie w jakiejś mierze tajemnicą. Ale jest tu równocześnie potwierdzenie bliskości: pod tym i innym względem jesteśmy do siebie podobni i teraz możemy wędrować razem. Dopiero w tym momencie spostrzegam w tobie rzeczywistą osobę, inną ode mnie, ale w czymś tam podobną; wcześniej byłeś tylko anonimowym zewnętrznym zarysem uogólnionego człowieka. Teraz zyskałeś twarz, a z nią status realnego, konkretnego bliźniego. Mogę rozmawiać i z anonimem, ale jeśli znam twoją tożsamość, nasza rozmowa będzie inna. Lepiej zrozumiem, co mówisz, i sam więcej ci powiem. Wspólna wędrówka potoczy się łatwiej: dokładniej dostrzeżemy, do którego miejsca gotowi jesteśmy iść razem, mniej będzie pomyłek i rozczarowań.
Warstwy tożsamości
Jestem, jaki jestem... Czy rozumieć to tak, że wbrew mym wszystkim deklaracjom osobistej wolności wewnętrznej w istocie pozostaję uwięziony w granicach mych niezbywalnych, a co najmniej bardzo trudnych do pozbycia się cech osobniczych? Nie przesadzajmy. Są w mojej tożsamości cechy dziedziczone przyrodniczo, a częściej kulturowo - tu właśnie ważni są mamusia, tatuś i parę innych, zmarłych dużo, dużo dawniej osób. Są cechy inne, nabyte w toku życia, jego momentów trudnych czy dramatycznych - choroba, inwalidztwo, przebyty głód, wojna czy zniewolenie, pokazują różne wymiary rzeczywistości i trwale uczą sposobów przetrwania w tym najmilszym ze światów. Są wreszcie cechy wypracowane (lub wyrosłe właśnie z zaniedbań, z odmów wysiłku): jestem, jakim sam się zrobiłem. Jutro będę taki, jakim się zrobię dziś. Coś pozostanie we mnie niezmienne, ale coś się odmieni. Tożsamość ma swoją dynamikę - mogę nią sterować. To czasem kosztowne, uciążliwe, ale wykonalne.
Może łatwiej o tym wszystkim nie myśleć, nie łamać sobie głowy i po prostu żyć z dnia na dzień? Cóż, można i tak - leniwy sen jest także rodzajem osobistej wolności... Tyle że jeśli nie pomyślisz o twej tożsamości sam, to tym żwawiej zajmą się nią inni.
Rzecz w tym, że nasza tożsamość nie jest jednolitym głazem. Składa się na nią co najmniej kilka warstw. Mówiąc o tożsamości własnej, często lubimy akcentować jej indywidualność i niepowtarzalność, widzimy w tym ostateczną ostoję zagrożonej ludzkiej godności i wolności. Ale ta moja niepowtarzalność, to tylko część prawdy. Dopełnia ją moje uczestnictwo, przynależność, świadome, a częściej podświadome, poczucie, że o jakiejś wspólnocie mogę myśleć czy mówić "my". O kim? Lista możliwości może okazać się długa: rodzina, grupa pokoleniowa, określony krąg społeczno-kulturowy, kraj lub jego region, dziś często nazywane dużą i małą ojczyzną, naród jako podmiot odrębnej kultury, społeczność religijna czy wyznaniowa, rodzimy kontynent - albo też całkiem inaczej: klasa socjalna, partie polityczne i cały szereg kategorii następnych. Przypisujemy im intuicyjnie cechy sympatyczne lub antypatyczne, ale to tylko pierwsze wrażenie.
Salon i prowincjaZ Tomaszem Kaźmierowskim rozmawia Mateusz Werner
Dlaczego mogłem byś "wcielony"? To już mądrość Matki. Po wcieleniu nas do Reichu, Ona to podpisała volkslistę. Ojca nawet nie proszono. Takich jak on po prostu wyrzucano tam, "skąd przyjechali". Pamiętam ich rozmowę, a raczej przemówienie Matki: "Nikt mnie z dziećmi nie będzie wypędzał z rodzinnego domu, wyrzucać z pociągu gdzieś za Wisłą i zostawiać w śniegu i na otwartym polu? Byli tu już inni. Byli nawet Tatarzy i sobie poszli. Byli Husyci i sobie poszli. Byli Prusacy, a potem się ich wypędziło. Teraz są hitlerowcy, ale ich też wypędzą. A jak ich wypędzą, to ja tu z dziećmi będę i zostanę. Co? My, ludzie tutejsi, co mieszkamy tu już od wieków, mamy się stąd wynosić. Nigdy!". Było tego więcej, ale jest to chyba summa summarum, esencja wszystkiego. U nas na Górnym Śląsku, w Poznańskiem, na Pomorzu i wszędzie w Polsce Zachodniej. Jan Darowski, Unsere
Mateusz Werner: Fundacja Identitas, której pan jest założycielem, to jedno z wielu środowisk wspierających refleksję nad lokalną i ogólnopolską tożsamością literatury polskiej, podobnie jak twórcy nagrody Orfeusza Mazurskiego, kaszubskie środowisko pisma "Zymk", Bukowiańskie Centrum Kultury "Dom Ludowy" na Podhalu czy środowisko samorządowe wspierające twórczość lokalną w powiecie bielskim, by wymienić kilka przykładów. Zacznijmy jednak od wątpliwości. Czy tożsamość zbiorowa jest dziś literaturze do czegoś potrzebna? A może należy dać sobie spokój z jej poszukiwaniem czy fabrykowaniem, bo literatura dzisiaj to wyłącznie spotkanie indywiduów - istnień poszczególnych autora i czytelnika?
Tomasz Kaźmierowski: To ciekawe zjawisko. Proszę zwrócić uwagę na to, że tendencja do porzucania budowy narracji dla wielkich zbiorowości o mniej lub bardziej zwartej tożsamości przypada na okres ekspresjonizmu i modernizmu w literaturze, a zatem na przełom XIX i XX wieku. A przecież w tym samym okresie idea państwa narodowego osiąga swoje apogeum. Wtedy też więcej Europejczyków niż kiedykolwiek wcześniej opisuje swoją tożsamość poprzez identyfikację narodową. Mamy zatem z jednej strony Nietzschego, Wilde'a, Bergsona, Wedekinda i Przybyszewskiego, a z drugiej - proszę wybaczyć to uproszczenie - i Kiplinga, i Tołstoja, i Zolę, i Manna, wreszcie Reymonta czy Sienkiewicza. Dziś, bez wątpienia, atomizacja narracji pisarskich postępuje i nie ma sensu się na to zjawisko obrażać. Jednocześnie przestrzeń dla rozwijania narracji skierowanych do zbiorowości i podejmujących ich problematykę wciąż istnieje. Więcej, ta przestrzeń ewoluuje bardzo szybko w wyniku ogromnych zmian kulturowych i technologicznych. Obraz jeszcze bardziej komplikują różnice pomiędzy obszarem cywilizacji zachodniej a dużymi częściami świata z dominującym islamem i buddyzmem, dziś znacznie lepiej ze sobą skomunikowanymi, ale i skonfliktowanymi. Prowokacyjnie można by też zapytać, czy kwestia tożsamości zbiorowej w literaturze jest aby na pewno obojętna dziś podzielonym w kluczowych kwestiach Belgom, Szkotom, Katalończykom czy Baskom? Czy nie przerabiają jej mozolnie i boleśnie Ukraińcy, a także Serbowie i Turcy? A Francja, kraj o bogatym i wysublimowanym doświadczeniu z literaturą, jakże intensywnie reagowała na bezpośrednio dotyczące tożsamości dzieła Raspaila, a ostatnio na powieść Uległość Houellebecqa? Wreszcie w Polsce - w sposób bardzo różny, ale wzbudzający duży rezonans, o dylematach związanych z tożsamością piszą Rymkiewicz, Koehler, Cichocki, Stasiuk, Twardoch, Rokita, a także, na swój sposób, Dukaj. Jestem przekonany, że zainteresowanie coraz bardziej różnicującymi się tożsamościami zbiorowymi także w Polsce jest ogromne, tyle że stosunkowo niewielu piszących i wydawców za nim nadąża, a może obawia się za nim podążać, choćby w związku z ryzykiem związanym z głębokimi podziałami światopoglądowymi.
MW: Czy istnieje dziś lokalna tożsamość polskiej literatury?
TK: Cóż, od kilku stuleci jest z bardzo różną intensywnością uprawiana. Moje zainteresowania najczęściej dotyczyły kultury polskich dzielnic zachodnich, dlatego posłużę się głównie tymi przykładami. Wielkopolska miała bogatą tradycję piśmienniczą, a do twórczości Janka z Czarnkowa, Janickiego, Ostroroga, Wujka, Twardowskiego czy ojca polskiego teatru Bogusławskiego w XIX wieku, a więc w epoce rozkwitu lokalnego piśmiennictwa Wielkopolan, sięgano tam bardzo chętnie, znajdując oparcie w przezwyciężaniu kompleksów, których ówczesna literatura niemiecka mogła nabawić. Podczas zaborów mieliśmy tam zatem do czynienia ze świetną, intensywną lokalnością w piśmiennictwie i oczywiście nie chodzi tu o znanych poza Wielkopolską Asnyka czy Dąbrowską. Rzadko jednak poza Wielkopolską wracamy do Morawskiego, Berwińskiego czy Hulewiczów, że o innych, nierzadko ważniejszych wśród współczesnych, nie wspomnę. Dziś, jak się zdaje, lokalnie zorientowane piśmiennictwo w mocno zespolonej z głównym nurtem i globalnymi trendami Wielkopolsce nie znajduje się w dobrej kondycji. O kim tu można mówić? - Przychodzą mi do głowy Blubry Juliusza Kubła, twórczość Krzysztofa Lisa, niektóre prace Dawida Junga i wiersze Marii Pocgat.
Oczywiście, od blisko dwustu lat mają się dobrze bogate polskojęzyczne narracje górnośląskie, od Jana Kupca przez Morcinka i Bednorza, po Kutza. I dziś trudno mówić o ich osłabieniu, jeśli wielu czytelników bez trudu wskaże - na marginesie zostawię stopień etnocentryzmu i "lokalności" w ich pisarstwie - takich autorów, jak Lysko, Waniek, Twardoch, Szymutko czy Rokita. Górny Śląsk, w odróżnieniu od Wielkopolski, Kujaw czy Pomorza Gdańskiego, utrzymuje wiele ze swojej kulturowej specyfiki, a nawet rzadziej niż kiedyś się jej wstydzi. Tamtejsze tarcia wokół tożsamości, choć złożone z politycznego punktu widzenia, należą - obok wielkiego potencjału ludnościowego z jego urozmaiceniem i tradycjami - do głównych katalizatorów zainteresowanego lokalnością pisarstwa.
Ogromnie ciekawa jest sytuacja lokalnego piśmiennictwa na zapewne bardziej odrębnych od głównego, polskiego, ale też i od pomorskiego nurtu, Kaszubach. Stosunkowo nieliczni Kaszubi - jest ich jakieś dwadzieścia razy mniej niż Górnoślązaków - pokazują, iż pomimo długotrwale niesprzyjających historycznie warunków nie tylko utrzymanie, lecz także rozwój własnej kultury z piśmiennictwem jest możliwy i ma również dziś dla niemałej grupy ludzi sens. A przecież położenie między odległymi etnicznie i cywilizacyjnie, lecz bogatymi i wytwarzającymi stałą presję kulturową, polityczną i gospodarczą Niemcami a bliskimi, od zawsze obecnymi i liczniejszymi Polakami mogło doprowadzić do zaniku kaszubskiej odrębności.
Literatura kaszubska, zaczynając wyłącznie od tradycji oralnej, w połowie XIX wieku zdołała w ciągu półtora stulecia rozwinąć się od prostych form do dojrzałego, urozmaiconego fenomenu, zbliżając się tu i ówdzie do standardów literatury ogólnonarodowej. Ostatnie dziesięciolecia, choć nierzadko nadal czerpiące z fundamentów położonych przez Ceynowę, Majkowskiego, Derdowskiego czy Labudę, z ciekawych prac ks. Peplińskiego, Knittera czy Nagla, pokazują, jak żywe, wcale nie kurczowo osadzone w tradycji piśmiennictwo może dobrze funkcjonować. Wcale nie jest mu łatwo, bo konkurencją jest nie tylko odległy o stuknięcie w ekran czy myszkę światowy tygiel, lecz także atrakcyjne pod wieloma względami Trójmiasto. To ostatnie wydaje przecież bardzo odmienny od kaszubskiego nurt w polskiej literaturze. Nawet jeśli niektórzy tamtejsi pisarze, jak Huelle, z rzadka wprowadzą jakieś kaszubskie wątki do swojej twórczości, to przecież zarówno ich doświadczenie, ogląd świata, ambicje, jak i docelowy czytelnik - są inne.
Możemy zatem mówić o lokalnych tożsamościach w polskiej literaturze. W niektórych regionach silniej wyrażonych, jak to ma miejsce na Kaszubach, Górnym Śląsku, w prezentujących wysokie aspiracje środowiskach krakowskim i gdańskim czy na Podhalu. Te literackie tożsamości nie zawsze można też ująć stosując kryteria stricte geograficzne. Małe ojczyzny literackie wiążą się zarówno z miejscem, jak i z czasem, co pokazuje i zasmucająca niektórych historia piśmiennictwa Wielkopolan, i piśmiennictwo Polaków z Wileńszczyzny rozsianych po świecie po 1945 roku, ale też fenomen polskich autorów wśród ponad dwumilionowej grupy stosunkowo świeżych emigrantów na Wyspach Brytyjskich. Globalizacja literatury nie musi oznaczać zniszczenia lokalnych tożsamości literackich. Pokazują to choćby twórcze środowiska regionalne w Niemczech czy w niektórych regionach Włoch. Do tego jednak potrzeba przekonania o własnej wartości, potencjale sprawczości i skierowanego lokalnie długofalowego wsparcia organizacyjnego i finansowego.
Leszek BugajskiW sensie ogólnym albo szczególnym
Jerzy Pilch: Autobiografia w sensie ścisłym, a nawet umownym. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021, s. 200.
W którymś momencie tej książki - wydanej pośmiertnie - Jerzy Pilch deklarował, iż nie chce mówić, że "nie sztuka pisać wspomnienia, jak się je ma", jakby uznawał, że to za łatwy bon mot. Dodał też od razu, sugerując swoje zdumienie brakiem zawartej w nim trafności: "Ale pisać, ale wspominać tylko to, co się pamięta? Pomijając trywialność, jest to też wyrzeczenie się swobody - pamięć więzi". I to jest coś na kształt jego pisarskiego credo. "Uwięziona" pamięć autobiograficzna banalnie ogranicza się do tego, co pamiętamy, ale to pisarzowi nie wystarcza.
Pilch, jak wiadomo, całą swoją twórczość obficie nakarmił autobiografią, w rozmaity sposób i w różnym (gatunkowym) trybie. Ba, autobiograficzność jego prozy i txt-wistyki była jego literackim znakiem firmowym, zrobiła z niego pisarza wyjątkowego. Ale też nigdy nie podzielił się ze swoimi czytelnikami takim wyznaniem, że pamięć zdarzeń, o których pisał, więziła go w tym, co zapamiętał, i sugestią, że udoskonalał i ubarwiał jej zawartość dla potrzeb tworzonej literatury. Niby nic w tym niezwykłego, bo przecież czytelnicy - nie chodzi tylko o jego czytelników - nie są tak naiwni, by wierzyć bezgranicznie w autobiograficzną "pamięć" autorów spisanych i wydawanych wspomnień. Każdy, kto czyta, zna wiele takich książek, w których widać, jak autor preparuje wspomnienia, mniejsza już o to, z jakich powodów (najczęściej ze zwyczajnej próżności, oczywiście). Ale o tym się na ogół głośno nie mówi w przypływie dobrej woli, uznając to za licentia poetica, a autobiografię za rodzaj autokreacyjnej literatury.
Pilch natomiast, gruntownie wykształcony polonista, zrobił z tych wszystkich okołogatunkowych kontrowersji rodzaj gry, może niebezpiecznej dla autora, bo łatwo przecież obsunąć się w przepaść ekshibicjonizmu, może momentami bolesnej dla postaci pojawiających się w jego tekstach, ale najczęściej pięknej i zabawnej. I jak przystało na polonistę, w przypisie (a jakże!) udaje, że wyjaśnia genologiczne uwikłania swojego pisania: "Autobiografia moja nie jest powieścią w sensie podstawowym, być może jest natomiast powieścią eksperymentalną, być może jest nią w zbyt mrocznym sensie, by lekkomyślnie dodatkowo pociemniać". Autobiografia, która może być powieścią eksperymentalną, to chyba jednak koncept dość zawiły, ale literatura wchłania spokojnie nie takie pomysły. Ba, są tacy, którzy twierdzą, że każdy utwór literacki w głębinowym sensie jest utworem autobiograficznym i jakiś sens w tym rzeczywiście jest.
I tu można przypomnieć powieść gwiazdy światowego dziennikarstwa Oriany Fallaci - Kapelusz cały w czereśniach, powieść zresztą niespodziewanie świetną, a może i wybitną. Fallaci opowiada w niej o swoich przodkach, ale nie po to, by odtworzyć drzewo genealogiczne, którego jest jednym z owoców, i zabawić czytelników mnóstwem barwnych historii, lecz po to, by sporządzić swój autoportret. Opisuje przodków po to, by pokazać, jakie ich cechy przetrwały w niej, albo może lepiej: jakie cechy jej charakteru mają korzenie w historii przodków. Po długoletnich przeszukiwaniach archiwów i bibliotek portretuje ich i z tych ich portretów stworzyła Fallaci jeden wielki portret własny. Wymyśliła sobie to, może patrząc na obrazy Arcimbolda, który budował portrety rozmaitych postaci z warzyw, książek itp. Z daleka to były konkretne osoby, z bliska - stosy przedmiotów. Z daleka powieść Fallaci jest precyzyjnym opisem tego, co składało się na jej charakter, co kierowało jej działaniami, z bliska - to tylko urocza wędrówka wzdłuż kolejnych konarów i korzeni jej drzewa genealogicznego. Może to jest jeden z możliwych modeli autobiografii, która jest powieścią eksperymentalną?
Pilch planując i pisząc swoją Autobiografię w sensie ścisłym, a nawet umownym, mógł mieć podobny pomysł. Wprawdzie nie zabrał się do gruntownego badania rodzinnej historii z takim rozmachem, jak Fallaci, ale tak jak ona, opisując swoich przodków i krewniaków z Wisły, wydobywał te ich cechy i słabości, które odnajdował w sobie - mówiąc inaczej: pokazał, skąd się wziął taki, jaki był.
Nie zbadał swojej rodzinnej historii tak jak Fallaci, bo pewnie mu się nie chciało, no i zdrowie mu nie pozwalało na jakieś badania terenowe, które - jak słyszę od licznych ostatnio zwolenników genealogii - wymagają podróży, zaglądania do ksiąg parafialnych i archiwów rozmaitych urzędów w miejscach, do których los rzucał przodków. Oparł się Pilch na swojej pamięci, więc poza dwa pokolenia w głąb rodzinnej historii nie pojechał, wspierając się przy tym na starej prawdzie, że "to, czego nie pamiętamy albo czego nie umiemy opisać - nie istnieje". Ale i tyle wystarcza, by się zakorzenić we własnej przeszłości. To zresztą zakres "badań" genealogicznych, który jest do ogarnięcia przez normalnego człowieka metodami - nazwijmy je tak - chałupniczymi. A poza tym nie mógł i nie chciał być zbyt rzetelny w tych "badaniach", bo ograniczyłby swoją wolność jako pisarza - z pewnością wtedy, gdy pisał Autobiografię... miał już dość wszystkich innych ograniczeń, którymi obdzielił go los.
Wtedy, gdy już chorował, a więc wtedy, kiedy również pisał ten utwór, miał do dyspozycji tylko pamięć i wyobraźnię. Dlatego ta pierwsza stanowiła grunt całej opowieści, ustanawiała punkt oparcia, a ta druga była jedyną możliwością swobodnego poruszania się po tym gruncie. To oczywiście w literaturze jest normalna rzecz, ale w książce autobiograficznej już nie tak bardzo. Kiedy na przykład wspomina Pilch szkołę, w której zaczął edukację po przeprowadzce rodziny z Wisły do Krakowa, wcale nie ukrywa, że opisuje ją, jak chce, bo autobiograficzne reguły gry regułami, ale on jest władcą tego, co i jak pisze. To dobry przykład, bo zaczyna się od zniecierpliwionego "ach, wiem", którym jakby opędzał się od nadchodzących zastrzeżeń purystów gatunkowych, bo chodzi jednak o budynek historyczny (szkoła przy ul. Oleandrów): "Ach, wiem, oczywiście, że w detalach to niezupełnie tak wyglądało, że pewne rzeczy zburzono, pewne dodano, że architektura jest i była trochę inna [...]. Ale mnie pasuje tak a tak, i to jest ważniejsze od świadectwa fachowca, który wie, że było tak a tak. Miejsce jest szczególne i motywowało do dzikich refleksji".
O strusiach, Nabokovych i nie tylkoGrażyna Obrąpalska
Wierna czytelniczka mickiewiczowskiej serii autorstwa Jarosława Marka Rymkiewicza Jak bajeczne żurawie, znalazłam w tomie Do Snowia i dalej interesującą informację, do której pozwalam sobie dodać kilka szczegółów.
Otóż na stronie pięćdziesiątej dziewiątej (wydanie Evviva L'Arte) pojawia się informacja o kolejnych właścicielach Naliboków. Zacznijmy od geografii. Przypominam tym, którzy serii nie znają - Do Snowia i dalej jest historią mickiewiczowskiej Świtezianki. Są głębie Świtezi i jest geografia. Są właściciele ziemscy i są opowiadacze. Jest fantazja i jest rzeczywistość. Jest ballada, ale są także fakty, księgi ziemskie, dokumenty. Jest realne miasteczko i, być może, realna Świtezianka. Jest Świteź, Płużyny, Tuhanowicze, rodzeństwo Wereszczaków. Jest Michał Wereszczaka, kłaniający się drzewom i całujący stuletnią lipę. Jesteśmy w latach dwudziestych XIX wieku.
Geograficznie jesteśmy bardzo blisko. Od Tuhanowicz, Nowogródka do Puszczy Nalibockiej jakieś trzydzieści kilometrów.
W książce Jarosława Marka Rymkiewicza pojawia się informacja o kolejnych właścicielach Naliboków, którzy kupili je około roku 1898. To rodzina Falc-Fein, w takiej formie nazwisko jest zapisane w źródłach z początku XX wieku. Autor Do Snowia i dalej sądzi, że powinno być zapisane jako Falzfein lub Felzfein. Otóż poprawna forma nazwiska to Falz-Fein.
Rodzina Falz(Phalz)-Fein osiedliła się na Ukrainie w końcu XVIII wieku. Ich wielka fortuna powstała głównie dzięki hodowli merynosów, a raczej ich wełnie. Dwaj bracia Falz-Fein, Fryderyk i Karol, w roku 1890-1891 kupili od niemieckiej gałęzi książąt Hohenlohe za bardzo niską cenę czterdzieści tysięcy dziesięcin ziemi. Ziemia była marna, ale las wspaniały.
Lubczę wraz z Puszczą Nalibocką jeden z nich, Fryderyk, wykupił od Karola, drugiego z braci. Ich siostra Lidia Falz-Fein kupiła od Fryderyka ponad cztery tysiące dwieście hektarów, jej własnością stał się także zamek w Lubczy. Pierwszym mężem Lidii Falz-Fein był Dimitri Dimitrewicz Nabokov, starszy brat Vladimira, ojca pisarza. Rozwiódłszy się po dwóch latach małżeństwa, którego owocem był Nicolas Nabokov, Lidia poślubiła sąsiada, Nicolasa von Peuckera.
Stryjeczny brat Vladimira Nabokova urodził się 17 kwietnia 1903 roku w Lubczy nad Niemnem, o dwadzieścia pięć kilometrów od Nowogródka. Jak wspominał, był świadom, że bardzo blisko przyszedł na świat wielki polski poeta. W odbudowanym domu Mickiewicza w Nowogrodku spędził nawet jedną zimową noc. Było to w 1910 roku, a dom Mickiewiczów wynajmowano aż do roku 1914.
Do Nicolasa jeszcze wrócę.
Niezwykle ciekawą postacią był Fryderyk Falz-Fein (1863-1920). Był założycielem Askanii Nowej - największego ścisłego rezerwatu stepowego na Ukrainie. Przeznaczył na to trzydzieści tysięcy hektarów nietkniętego pługiem stepu. Prace rozpoczęły się już w roku 1883. Jej założyciel sprowadził między innymi strusie, kangury, bizony, konie Przewalskiego. W 1889 roku na Wystawie Światowej w Paryżu Askania Nowa uzyskała nagrodę za walory krajobrazowe i system nawadniający.
Mamy więc strusie. Jarosław Marek Rymkiewicz umieszcza te ptaki nad samym brzegiem Świtezi. W chwili, kiedy burzą się wody jeziora, pojawiają się dwa strusie, które, hodowane w Nalibokach, uciekłszy z klatki, patrzą z ciekawością na niezwykłe widowisko. Z głębin Świtezi wynurza się córka Tuhana - i jeśli jest to możliwe, możliwe są także te dwa ptaki. Jeśli możliwe jest zawieszenie konieczności, która włada czasem przeszłym i tym, co się wydarzy w przyszłości, to wszystko jest i możliwe, i prawdopodobne. Naliboki mogły być kupione już wcześniej, przez ojca braci Falz-Fein, Edwarda.
Michał Wereszczaka kłania się drzewom, obejmuje je, całuje, a kilkadziesiąt ledwie lat później Fryderyk Falz-Fein kupuje olbrzymi kawał Puszczy Nalibockiej. Codziennie kłania się przyrodzie, to pewne. Wygnany ze swojego raju, umiera w Belinie w 1920 roku. Podobno pękło mu serce z tęsknoty i troski o dzieło swojego życia.
Coś musiało krążyć w powietrzu, jakiś dobry duch, bo Askania Nowa przetrwała do dnia dzisiejszego. Wydaje się to niewyobrażalne, prawie cud, aby w warunkach rewolucji, straszliwego głodu i klęsk, które przetoczyły się przez Ukrainę, rezerwat przetrwał. Obecnie, nieznacznie okrojona Askania Nowa uzyskała status rezerwatu biosfery, jednego z najstarszych na świecie. Być może są tam ciągle strusie.
Kolejna nitka prowadzi do Nicolasa Nabokova. Po szczęśliwym dzieciństwie i wczesnej młodości Nicolas budzi się w innym świecie. Burzliwy okres rewolucji rodzina spędza na Krymie, w jednej z posiadłości babki Sofii Falz-Fein. Sytuacja polityczna się komplikowała, Krym był coraz mniej bezpieczny. Emigracja była jedynym wyjściem. Opuszczenia majątku odmówiła Sofia Falz-Fein. Po wkroczeniu bolszewików została natychmiast zastrzelona.
Nicolas Nabokov krąży po świecie. Po dłuższym przystanku w Berlinie osiada na kilka lat w Paryżu. Nabokov jest początkującym kompozytorem. Na jednym z jego koncertów opisanych w "Revue Musicale" jego dwie pieśni wykonuje Marguerite Baba?an, z pochodzenia Ormianka. Jest tam Iwaszkiewicz.
Iwaszkiewicz pisze do żony 20 maja 1925 roku: "Zaprzyjaźniłem się z tym małym Nabokovem, wczoraj znowu się z nim widziałem. Bardzo rozumny chłopak, tylko trochę za młody. Może przyjedzie do Warszawy, bo jego rodzice polscy poddani i mają majątek w woj. Poleskim (3000 tys. dziesięcin lasów!!), ale on nie przyjął poddaństwa i nie wie, czy dostanie wizę.
Jego kuzyn (Siergiej Nabokov, młodszy brat Vladimira) to przyjaciel Józia Czapskiego [...]".
Między początkującym kompozytorem a Iwaszkiewiczem natychmiast nawiązuje się wieloletnia przyjaźń. W czasie licznych podróży do Paryża pisarz kilkakrotnie zatrzymuje się w pokoju Nicolasa, w pensjonacie Madame de la Porte-Rose. W tym samym domu pod numerem 3 przy rue de L'Estrapade mieszkał niegdyś Denis Diderot. Iwaszkiewicz poznaje także matkę przyjaciela, panią von Peucker.
Na mocy Traktatu Ryskiego z 1921 roku Puszcza Nalibocka z Lubczą znalazła się w granicach terytorialnych Polski. Matka Nicolasa sprzedaje Lubczę i część lasu. Lidia von Peucker primo voto Nabokova kilka lat przed śmiercią przenosi się do Wilna i tam umiera w 1937 roku.
Nicolas Nabokov widuje się często z Iwaszkiewiczem. Liczne ślady można znaleźć w jego listach do Anny. W 1927 roku odwiedza Warszawę. Gości na śniadaniu wydanym przez Iwaszkiewicza w mieszkaniu ojca Anny przy ulicy Górnej. Poznaje między innymi Karola Szymanowskiego, Stefanię Dubiską, Stanisława Balińskiego, Grzegorza Fitelberga.
Od 1933 roku Nabokov osiada w USA. Po wojnie zostaje szarą eminencją europejskiego życia kulturalnego. Jest sekretarzem Kongresu Wolności Kultury. Komponuje znacznie mniej, głównie jest animatorem kultury, twórcą wielu bardzo ważnych festiwali i kongresów.
Historia Kongresu Wolności Kultury była skomplikowana. Ufundowany jako przeciwwaga dla agresywnej sowieckiej propagandy przez długi czas wspierał hojnie europejskie i światowe elity kulturalne i naukowe. Specjalnie to nie pomogło, zwłaszcza we Francji, gdzie panował neurotyczny antyamerykanizm przy nieukrywanych sympatiach dla komunizmu.
Po publikacjach prasowych w 1966 roku i otwarciu archiwów okazało się, że za wszystkim stały pieniądze CIA - to Amerykanie za pomocą licznych fundacji finansowali między innymi Radio Wolna Europa i wspierali Fundację Forda.
Nabokov twierdzi, że nic o tym nie wiedział.
Zna doskonale wielu Polaków - Józefa Czapskiego, Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza, Konstantego Jeleńskiego. Zachował się list Nabokova do amerykańskiego Departamentu Stanu przedstawiający trudną sytuację Miłosza, z prośbą o interwencję.
Kiedy Gombrowicz przyjeżdża do Berlina 16 maja 1963 roku, następnego dnia Nabokov wydaje przyjęcie na jego cześć. Pomaga mu także w duchowej aklimatyzacji. Jak sam pisze, nigdy nie opuścił go dar zjednywania sobie ludzi.
Umiera w 1978 roku w jednym z nowojorskich szpitali po banalnym zabiegu urologicznym.
Na jego pogrzebie pojawiły się wszystkie żony, a miał ich w sumie pięć.
Nicolas Nabokov zagościł bardzo silnie w pamięci Jarosława Iwaszkiewicza. Jego nazwisko pojawia się w jednym z ostatnich zapisów w Dziennikach.
Sailly, 4 lutego 1980
Te jej [Anny Iwaszkiewiczowej] rozmowy z Nabokovem [...] to były przecież fajerwerki.
I z tego Nabokova nic nie wyszło - umarł, nawet nie wiem, kiedy i jak, a taki był niezwykły.
I jak tu nie wierzyć w możliwość pewnego zaprowadzenia porządku, rozplątania nici. Askania Nowa przetrwała, być może są tam ciągle strusie.
Tomasz TitkowBrr
Opowiedzieć wam mój najstraszniejszy sen?
No dobra.
W pewnej starej dzielnicy w Warszawie jest fosa. Otacza fort, jeden z wielu zbudowanych dawno temu, gdy Jego Wieliczestwu Aleksandrowi III zamarzyła się krepost' Warszawa. Ukazem carskim fortalicje wzniesiono, zużywając miriady cegieł i megatony ziemi. Tylko jakoś tak wyszło, że w momencie powstania były już przestarzałe.
Ale nie o tym teraz.
Ulice miasta, które z czasem wkroczyło w ten zakątek, towarzyszyły fosie, powielały jej nienachalne, łukowate wygięcie.
Na zdjęciach z lat trzydziestych zeszłego stulecia fosa rozlewa się jeszcze szeroko, niemal po arkadyjsku. W jej wodach przegląda się kameralna zabudowa i moczą swe gałęzie wierzby. Szumią tataraki i kwaczą zadowolone kaczki.
I tego już nie ma. Pozostał podmokły, zaśmiecony dół. Gliwiejący i smutny. Budzi niemiłe skojarzenia, wiecie, coś tam o mylnych drogach przez bagna, o trujących miazmatach rodem z piekielnych czeluści... Takie tam.
A swoją drogą - kurczę, tyle wody! Co się z nią stało? Tak po prostu wyparowała? Wsiąkła w ziemię? A może cały czas tam jest - pod spodem, pod cienką skórą podgniłej trawy, przelewa się i pęcznieje w ciemności, dając dom ślepym, zmutowanym rybom... Brr. Sami widzicie.
Z dawnych czasów ostały się w tej dzielnicy łukowato wygięte uliczki, gdzieniegdzie kocie łby i ze trzy latarnie typu pastorał.
We śnie idę jedną z takich uliczek. Jest noc, późna jesień, na drzewach nie ma już liści. Po prawej stronie mam fosę, po lewej stoją domki i wille otoczone ogródkami. W oknach nie palą się światła. Jest strasznie zimno. Nie pada deszcz, ale w powietrzu wisi przejmująca, lodowata wilgoć - tak zawiesista, że widać, jak promienie światła z latarni znaczą przez nią swoje ścieżki. Idąc chodnikiem, mijam zaparkowane tu i tam przy krawężnikach samochody. Jeden przyciąga moją uwagę. Jakiś taki inny. Zmurszały? Podchodzę bliżej. Dziwię się - nie ma szyb. Nie ma też tapicerki na fotelach. Tak naprawdę z samochodu został jedynie metalowy szkielet i blachy. To wrak. Ale dziwny... Nie tyle zardzewiały, ile jakiś taki wyblakły, te kolory wytrawione, zgasłe. Zauważam, że wewnątrz wraku coś paruje, wydając ledwo słyszalny syk. Jakoś zaczyna do mnie docierać, że to paruje
c a ł y s a m o c h ó d.
I to nie dlatego, że jest gorący.
Dlatego, że jest przeraźliwie, niewyobrażalnie z i m n y.
I wtedy zza samochodu wychodzi wysoki mężczyzna. Ma na sobie wyblakły prochowiec z postawionym kołnierzem, który zasłania mu pół twarzy. Drugie pół zakrywa zsunięty kapelusz. Borsalino? Fedora? Mężczyzna przystaje. Zamieram. Gdy odzywa się do mnie, w jego głosie brzmi jakieś szydercze politowanie. I nieludzki chłód. Cedzi: - W tym samochodzie... ogrzewanie przestało działać... dawno temu. - Niby nic, ale wtedy obudziłem się, wrzeszcząc, przerażony jak nigdy w życiu.
Przypomniałem sobie ten sen, przemierzając zastygłe w zimowej martwocie północne marchie naszego kraju. Był luty 1998 roku, minus pięć, a ja jechałem na Mazury, gdzie moja żona z dziećmi, w chałupie pod lasem, hen na wietrznym pagórku, zażywała zimowych wywczasów. Z prognozy pogody w raczkującym wówczas internecie wiedziałem, że gdzieś przed Niborgiem wjadę w burzę śnieżną, która właśnie nadciągnęła z północy i zaczęła szaleć sobie w tamtym rejonie. No nic, przejdziemy ten most, jak do niego dojdziemy, myślałem sobie. Jakby co, mam przecież łańcuchy na koła. Do domniemanej strefy burzy miałem jeszcze około stu kilometrów.
I jakoś właśnie wtedy w samochodzie na dobre wysiadło ogrzewanie.
Super. Ekstra. Nożeż kurwa. Dlaczego ja. Dlaczego zawsze mi. Coś takiego. Takie mniej więcej, odkrywcze formacje myślowe przemykały mi przez głowę, ale co było robić. Robiąc palcami u nóg wygibasy wewnątrz butów - w nogi ziąb dokuczał najbardziej - jechałem dalej.
I śpiewałem na cały głos.
Śpiewałem z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nie zasnąć.
Z niewiadomych powodów standardowy koktajl pobudzający, składający się z Red Bulla i cukierków kofeinowych Kopiko, tym razem nie zadziałał. Stosowałem go zwyczajowo, ponieważ drogę znałem na pamięć i mniej więcej trzydzieści kilometrów za Warszawą byłem już przymulony i śpiący.
Wiedziałem, jak będzie. Na hajłeju do Płońska będę gazował, przed Glinojeckiem będę przy lesie uważać, bo tam często łapie policja, a na rondzie spróbuję myknąć jakiegoś tira zawalidrogę, który przez ostatnie kilkanaście kilometrów złośliwie nie dawał się wyprzedzić. Wszystko było mniej więcej do przewidzenia.
Drugi powód był nieco bardziej pokrętny. Śpiewałem, gdyż w trakcie jazdy samochodem lubię słuchać muzyki. Ale nie mogłem jej słuchać, bo dwa dni wcześniej jak ostatni jełop zgubiłem gdzieś panel od radia. No to delegowałem siebie do roli źródła muzyki. Zacząłem - jeśli nie na wesoło, to przynajmniej z impetem - od Spanish Bombs i White Riot, a nawet zahaczyłem o Death or Glory The Clash. Gdy zmęczyłem się wydzieraniem, przerzuciłem się na Nicka Cave'a. Uczciwie fałszując, przebrnąłem przez większość materiału z niedawno wydanej, a już mojej ukochanej płyty Boatman's Call. A potem jakoś tak zacząłem sobie nucić Riders on the Storm Doorsów. Riders on the storm... there's a killer on the road... Oho, chyba mamy przebój tej wyprawy. ...If you give this man a ride, sweet family will die... riders on the storm...
11/2021
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Małgorzata Brodacka (sekretariat)
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
FORMAT: 160,3×240,4 mm - PL ISSN 0041-4727 Copyright 2021 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl