Marek SołtysikOszukany
- Achłoa! - Zemdlał. Ból tym razem tak ostro wwiercał się w twarz, przeszywał szyję, uderzał w głowę - że i krzyk towarzyszący atakowi wcisnął się do gardła, do środka.
Fiakier dopiero po dłuższej chwili podjął decyzję i zatrzymał konie. Zauważył, że zamożny pan, którego wiózł z jego domu do lecznicy doktora Gwiazdomorskiego, znikł.
Podobne przypadki zniknięcia w swojej praktyce widywał tylko wtedy, kiedy pasażer był pijany. Albo fiakier. Trzeźwy fiakier, zawsze gdy w tył obracał głowę, mógł wyraźnie zobaczyć, co się dzieje w pudle dorożki. Nawet przy gęstej mgle. No, ale ten krzyk. - Achłoa! - Wcześniej niczego tak rozdzierającego nie słyszał.
Zaciągnął ręczny hamulec, zeskoczył na ulicę. Zajrzał przez boczne okienko do wnętrza dorożki. W mdłym świetle, przesączającym się z gazowej latarni poprzez skłębione mgły, dostrzegł zarys głowy chorego. W pierwszej chwili odniósł straszne wrażenie, że temu półleżącemu człowiekowi pozostała już tylko głowa. Duża głowa, porządna; a reszta - to byle jak rzucone ubranie.
Otworzył drzwiczki, ostrożnie dotknął czoła w tej głowie. Suche i ciepłe. - Panie - powiedział. I po sekundzie, głośniej: - Panie!
Pan się ocknął, otworzył oko. Drugie - może było, ale nabrzmiała część twarzy wyglądała jak mokry obraz w jednym miejscu rozmyty wylanym przypadkowo olejem. Zerwał się sprawnie, o dziwo. Znów usiadł. Ręką, po omacku, wymacywał, czegoś szukał, podniósł jasny jedwabny fular. Przyłożył go do spuchniętej części twarzy. Jednak był bardzo chory.
Dobra jest ulga zaraz po odzyskaniu przytomności. Niedobra jest świadomość, że ból powróci - jako ciężar - albo już teraz, albo w nieoczekiwanym momencie. Nie ma czasu przewidzianego na kataklizm. Wczoraj się wyspowiadał. Po trzydziestu latach, no, no. Śmiał się sam z siebie w obecności księdza Stanisławka: - Król życia w sam raz na miarę Galicji, samozwaniec, co się przemycił w te strony z kijowskiej guberni!
- Via Paryż - powiedział ksiądz. - Nie pomijać istotnego szczegółu.
Poszedł wtedy do księdza sam, po zastrzyku morfiny. Z lecznicy do klasztoru na rogu Biskupiej i Krowoderskiej - niecały kwadrans; ciepłe wiosenne popołudnie - o, jakby cię musnęła dobra dłoń młodej kobiety. Pół twarzy osłaniał muślinową chustką. W czarnym kapeluszu i z tym powiewającym muślinem.
- Zawsze chciałem wyglądać jak kaukaski góral - dysząc, zwierzał się księdzu. Siedzieli na tyłach zabudowań klasztornych; mur, wysoki na jakieś trzy metry, rzucał cień na chorą część jego twarzy. Tego nie wolno wystawiać na słońce. - To, zdaniem doktora Gwiazdomorskiego, specjalnie złośliwy rodzaj bakterii - powiedział, a jednak trochę wysunął się z cienia. - Ta bakteria przepada za światłem słońca. Promień - i ona natychmiast się uaktywnia.
- I ty dlatego tak do słońca, co? - szepnął ksiądz.
- Ćma do lampy to ja - mruknął.
- Dotychczas nie miałeś takich skłonności - zaczął ksiądz, lecz Gustaw mu przerwał: - I nie mam! Ale nie mam także stuprocentowej pewności, czy mój doktor ma rację. On ze swoją świtą, ot! - dokończył z twarzą całą w niskim słońcu. - Uśmiechnąłbym się, gdyby nie te, tutaj, zesztywniałe mięśnie - dotknął okolic ust, przesunął dłoń w stronę miejsca, pod którym jeszcze jesienią była kość policzkowa.
Zaśmiali się jednocześnie, spostrzegłszy, że wspólnie obserwują ciężki lot pszczoły.
- Tak bez pokuty mnie puszczasz? - zapytał.
- Bez pokuty.
- Bo już pokutuję?
- A dajże pokój! - Gestem strzepnięcia muchy ksiądz Stanisławek szturchnął go w kolano. - Jesteś, nie wiem, czy pamiętasz o tym, artystą. Świadomie obrałeś taki styl życia. Bez żartów. Nie zgrzeszyłeś zakopywaniem talentów.
- Ale... a te moje, hm, fobie?
- Daj pokój, powiedziałem.
- Chyba nie bierzesz mojej winy na siebie?
- Nie jestem pewny, czy to wina. Czy można przed sądem odpowiadać za to, że się kocha? Za miłość?
- A! A za miłość grzeszną?
- Nie wiem. Jest mi znana miłość boska, jest mi znana miłość ziemska. Innej miłości nie znam. Jeżeli jest miłość, to nie może być grzeszna. Nie mam pojęcia, dlaczego bywam spowiednikiem.
Janusz ZalewskiO wpływie sztucznej (pół)inteligencji na dzieło literackie
Ludzkość zaczyna rozumieć, jak rozmontować i zrekonstruować najbardziej złożoną i nieprzewidywalną ze swoich maszyn: język. Italo Calvino, The Literature Machine (1980)
To chyba Italo Calvino jako pierwszy w pełni zrozumiał i wyartykułował możliwość użycia komputera jako twórcy dzieła literackiego, aczkolwiek sam problem autorstwa datuje się o wiele wcześniej, na przykład rozważany był przez Rolanda Barthes'a1 w eseju Śmierć autora (1968). Tak pisze Calvino w pierwszym rozdziale swoich esejów The Literature Machine (1980), które nie doczekały się jeszcze polskiego wydania: "Tak jak mamy już maszyny, które mogą czytać, maszyny dokonujące analizy lingwistycznej tekstów literackich, maszyny dokonujące tłumaczeń i podsumowań, czy będziemy także mieć maszyny zdolne do poczęcia i układania wierszy i powieści?".
Ze zdumieniem stwierdziłem, że Calvino sam odpowiada na to pytanie, w tym samym rozdziale swojej książki. I to odpowiada, doprecyzowując samo pytanie, "w jaki sposób dochodzi się do zapisywania stron?". W wielkim skrócie według Calvino wygląda to tak: "Maszyna pisząca, która otrzymała odpowiednie instrukcje, może też uformować dokładnie i nieomylnie "osobowość" autora lub też dostosować ją w taki sposób, aby rozwijała się lub zmieniała z każdym dziełem, które tworzy. Pisarze, tak jak byli nimi od zawsze do teraz, już są maszynami piszącymi". Nie ma więc żadnych wątpliwości, że oznacza to podkreślenie automatyzmu procesu pisarskiego. Już to jest niepokojące, ale naprawdę przerażające są jednak konsekwencje, które Calvino uwypukla z prawdziwą bezwzględnością: "Dzieło będzie nadal tworzone [...] To, co zniknie, to postać autora...". I dalej: "Tak więc autor - to zepsute dziecko ignorancji - znika, robiąc miejsce dla bardziej rozważnej osoby, osoby która będzie wiedzieć, że autor jest maszyną, i będzie wiedzieć, jak ta maszyna działa". Przez "osobę" Calvino rozumie tu, oczywiście, automat, komputer.
Imitacja tekstów znanych autorów
Aby rozwinąć to, o czym właściwie pisze Calvino, sięgam po najnowszy dostępny mi artykuł na ten temat, opublikowany na razie w formie tzw. preprintu2: Symulacja dzieła H.P. Lovecrafta za pomocą dużego modelu językowego ChatGPT. H.P. Lovecrafta i jego dzieło dobrze znamy w Polsce, więc może łatwiej będzie nam zrozumieć, o czym mowa.
Autorzy artykułu podają, że cel ich studium był dwojaki. Po pierwsze, próbowali generować tekst, który imituje unikalny styl i tematykę dzieł Lovecrafta, a po drugie - chcieli przetestować skuteczność inżynierskich technik podpowiedzi (ang. prompt) w celu naprowadzania modelu na generowanie poprawnych ciągów wyjściowych. Stosując metodę statystycznego testowania hipotez, oceniali zdolność studentów do rozróżnienia między prawdziwymi utworami Lovecrafta a utworami generowanymi przez model GPT. Otrzymane wyniki potwierdziły, że uczestnicy eksperymentu nie potrafili wiarygodnie rozróżniać tekstów, co dowodzi skuteczności użytego modelu GPT-4, jak też inżynierskich technik podpowiedzi w celu imitowania stylu literackiego wybranego autora. Około połowa z czterystu studentów zaangażowanych w projekt poprawnie rozpoznała Lovecrafta, a druga połowa wskazała teksty wygenerowane przez ChatGPT jako teksty oryginalne.
Wchodząc nieco bardziej w szczegóły, stosując metodę sztucznej inteligencji, autorzy wykonali dwa podstawowe kroki, które należy podjąć w takich sytuacjach, niezależnie od dziedziny zastosowań. Po pierwsze, trzeba nauczyć maszynę rozpoznawania (często mówi się - "rozumienia", choć jest to tylko skrótem myślowym) stosownej tematyki, w tym wypadku - stylu autora. Uczyniono to, przedstawiając programowi ChatGPT kilka prac krytycznych, które skupiały się na wybranych cechach charakterystycznych prozy Lovecrafta, np. miejscach akcji, użyciu epitetów, znaczeniu zmysłów w rozwoju sytuacji itp. Drugi krok, trochę łatwiejszy, polegał na sugestiach co do fabuły opowieści. Dokonano tego w kilku fazach, instruując ChatGPT, jakiego rodzaju zawartości oczekujemy (w której osobie opowiadać, jakie są główne postaci itp.). Rezultat jest niewątpliwie ciekawy, a może nawet zaskakujący, choć to tylko jeden z wielu przykładów użycia tego programu do generowania prozy literackiej.
Tu należy się wyjaśnienie, co to znaczy "nauczyć maszynę [...] stylu autora". Otóż, przedstawia się jej teksty charakterystyczne dla tego stylu, w większości napisane przez tegoż autora, ale też podobne innych autorów, z zaznaczeniem, że to nie są te, o które chodzi. Maszyna zapamiętuje ciągi słów z tych tekstów i poddając je obróbce statystycznej, wyciąga wnioski, które ciągi i ich warianty są najczęściej używane, a więc najbardziej prawdopodobne. Chodzi głównie o to, żeby przewidzieć, jakie ciągi słów mogą wystąpić po aktualnie rozważanym ciągu. Maszyna jest w tym doskonała, tyle tylko że ma jeden mankament: nie rozumie treści tych ciągów słów. A co to znaczy "zrozumieć treść" lub "zrozumieć tekst"? Znaczy to, że pod słowo można podstawić pojęcie, a maszyna tego nie potrafi, bo nie wie, co to jest znaczenie słowa.
Żeby dokładniej zgłębić niuanse, w jaki sposób sztuczna inteligencja może zagrozić literaturze i co o tym myślą inni, sięgam do wcześniejszych artykułów i trafiam na tekst3 równie intrygujący jak poprzedni, w którym analizie poddane jest dzieło dwojga ważnych pisarzy: Mayi Angelou i Hermanna Hessego - ściślej mówiąc, na warsztat wzięto ich poezję. Autorów badań nurtuje odpowiedź na pytanie: "Czy osobniki ludzkie są zdolne niezawodnie odróżnić dzieło twórcze wygenerowane przez algorytm od napisanego przez człowieka?". Wypada w tym miejscu ostrzec, że zawartość artykułu może być trudna do przetrawienia dla humanisty niespecjalnie lubiącego statystykę, ale warto podać wnioski, do jakich doprowadziły te badania.
Otóż autorzy badali cztery aspekty problemu. Po pierwsze, uczestnicy eksperymentu na ogół nie byli w stanie odróżnić poezji generowanej sztucznie od poezji naturalnej, nawet jeśli otrzymywali zachętę finansową przy trafnych odpowiedziach. Trzy pozostałe warianty badań dotyczyły czynników, które mogą wpływać na skuteczność rozróżniania. Jednym z tych czynników była wstępna ingerencja człowieka w dobór generowanych automatycznie tekstów przedstawianych do oceny, tak aby przedstawiano teksty lepsze. Stwierdzono, że tego rodzaju eksperymenty prowadziły do zmniejszenia niechęci uczestników do tekstów sztucznych oraz do zmniejszenia trafności oceny. Innym badanym czynnikiem była pewność siebie wśród uczestników co do trafności zgadywania źródła tekstu. Nieoczekiwanie okazało się, że ta pewność siebie redukowała się, gdy uczestnicy otrzymywali zachęty finansowe przy trafnych odpowiedziach. Wreszcie uczestnicy ujawnili własną niechęć do poezji generowanej sztucznie, ale ta niechęć nie wzrastała, gdy byli informowani o algorytmicznej genezie tekstu.
Andrzej NiewiadowskiTimeo Danaos et dona ferentes
Kiedy nauczycielka zadała synowi Stanisława Lema temat pracy domowej: "Jaki jest wspólny temat wszystkich utworów Słowackiego?", autor Solaris zadzwonił do przyjaciela, wybitnego polonisty, rektora UJ Jana Błońskiego. "Zwariowałeś? Nie ma takiego tematu! " - usłyszał w odpowiedzi. Lem odparł: "Nie chodzi o to, jaka jest prawda, którą komunikują uczeni w IBL-u i w PAN-ie, ale jakiej prawdy oczekuje ta Pani". "Nad prostym wypracowaniem łamała sobie głowę cała Polska Akademia Nauk, ale dostaliśmy piątkę" - wspominał Lem. "W tej anegdocie chodzi o to, że jeśli chcemy sprostać takiemu pytaniu, to należy wcielić się w pytającego i odpowiadać podług jego oczekiwań. Nie podług linii merytorycznej, ale wedle tego, co pytający chciałby usłyszeć" - wyjaśniał autor.
Dziś AI odpowiada na zamówienie całych grup społecznych. Analizuje pewien, umieszczony w internecie, zbiór literatury i produkuje to, czego pragnie odbiorca. Na ogół literaturę popularną: kryminały, romanse. Odbiorca jest klientem - trzeba się wczuć w jego kompleksy, urojenia, marzenia. Zestaw narzędzi AI rośnie z miesiąca na miesiąc. Możliwa jest analiza struktury historii, fabuły, rekomendacja zmian i decyzji. Rozwój AI w tej sferze staje się niepokojący.
Możliwości, jakie stwarza AI, wychodzą naprzeciw odbiorcy - ludzie w dzisiejszym świecie głupieją i obojętnieją, wiotczeją ich myśli, a sztuczna inteligencja zwykle ten proces przyśpiesza. Jeśli stan ignorancji ludzkiego umysłu oznaczyć rosnącą krzywą, to znajdujemy się w czasach, kiedy ta krzywa przecina się z drugą, także rosnącą - powszechną dostępnością AI. "Żyjemy w epoce straszliwej, jakiej dotąd nie znała historia ludzkości, a tak zamaskowanej pewnymi ideami, że człowiek dzisiejszy nie zna siebie, w kłamstwie się rodzi, żyje i umiera i nie zna głębi swego upadku" - pisał już Stanisław Ignacy Witkiewicz.
"Dotąd byliśmy skazani głównie na język i pismo przekazujące symbole przeżyć. Jednak technologie bezpośredniego transferu wrażeń zmysłowych pozwalają przekazywać same przeżycia. Przeżycia zyskują autonomię i stają się podmiotami, a człowiek ich igraszką" - twierdzi Jacek Dukaj, dodając: "Nadchodzi epoka postpiśmienna [...]. Życie żyje się poza nami, tylko od czasu do czasu przepływając przez nasze mózgi [...]. Kim będą ludzie całkowicie wyzwoleni z pisma i jego tworów: z logiki, idei, prawa, racjonalności? Czy człowiek stanie się szczęśliwą maszyną do przeżywania? Jakie wartości będą go zajmowały?".
Wraz z "człowiekiem postpiśmiennym", jak uważa Dukaj, "zmienia się świat: religia (która traci swoją prawomocność opartą na piśmie i Piśmie), filozofia (która tracąc podmiotowość fundowaną przez pismo, staje się swoim przedmiotem - praktykuje się ją poprzez bycie), polityka (która opiera się na postpiśmiennym równouprawnieniu prawdy i fałszu), ekonomia (która kreuje gospodarkę opartą na nośnikach przeżyć zamiast na wytwarzaniu dóbr materialnych). W tym świecie człowiek jest tylko "uniwersalnym przeżywaczem" - pozbawioną tożsamości, odpodmiotowioną "maszyną do przeżywania".
"Zdewaluowaniu ulegają kontakty międzyludzkie. Wiele powołań wymaga ludzkiego czasu i właśnie one ulegają odczłowieczeniu przez sieciowe automatyzmy. Myszą komputerową nie można odżywiać dziecka ani otoczyć opieką umierającego" - ostrzegał Lem.
"Homo deus" - ogłasza w transhumanistycznym manifeście Juval Noach Harari. A jeśli ten bóg jest ułomny? Zwiększenie technologicznych mocy nie świadczy o poziomie etycznym i moralności kreatora. Ponoć cywilizacyjnym eksperymentem kierują najbardziej odpowiedzialni: nauczyciele, eksperci, mędrcy. Naprawdę?
Literatura jest po stronie życia. Eseje Ryszarda KoziołkaBartosz Suwiński
Ryszard Koziołek: Czytać, dużo czytać. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023, s. 256.
Czytać, dużo czytać to już trzecia książka Ryszarda Koziołka - po Dobrze się myśli literaturą (2016) i Wiele tytułów (2019) - będąca apologią czytania i nauką krytycznego myślenia. Otwiera ją rozdział Gwoli pożytku wszelkich stworzeń, w którym profesor wyłuszcza nam swoją filozofię czytania i rozumienia literatury (i te dwa zagadnienia w niniejszym tekście interesować mnie będą najbardziej).
Zdaniem autora największy pożytek przynosi nam lektura, która staje się uzależnieniem i fizjologiczną potrzebą. Rzeczywistość bowiem najlepiej i najpełniej dostępna jest człowiekowi w języku, którego literatura jest najefektywniejszą formą reprezentacji. Literatura dostarcza nam zatem mądrości, inne dyskursy zaś - naukowe, publicystyczne, informacyjne - wiedzy. Czytanie to uporczywe studiowanie pojedynczego życia i zdobywanie kompetencji antycypujących to, co ku nam nadchodzi. Rozumienie jej przesłań szykuje nas do sporu i uczy negocjowania znaczeń. Pisze Koziołek: "Naprawdę nauczyły mnie myśleć literatura i dobrze napisana filozofia. W tej kolejności. Późno zrozumianym efektem tysięcy godzin czytania beletrystyki i poezji była pewność, że właściwe myślenie zaczyna się w chwili, kiedy coś stawia opór językowi [...]". Powtórzmy: właściwe myślenie zaczyna się wtedy, kiedy coś stawia opór językowi. Kiedy przychodzi nam angażować własne argumenty stojące za naszymi punktami widzenia. Literatura właściwie ma nam stale pomagać w rozumieniu i wyrażaniu tego, co nie ma swojego języka, na co brakuje słów. To nieustające ćwiczenie pomagające nam rozumieć siebie w świecie i świat w sobie. Koziołek to niestrudzony czytelnik i jak mało kto dzisiaj pokazuje lekturę jako afirmację istnienia, możliwość symulowania innego życia. To dzięki literaturze wyostrzają się nasze widzenie i percepcja świata. Czytanie wyposaża nas w kompetencje, które przydadzą się, kiedy przyjdzie rozsądzać spory. W świecie zdominowanym przez technologię czytanie staje się nauką indywidualnej wypowiedzi. Dzisiaj schowaliśmy się w swoich chmurach i informacyjnych bańkach, co powoduje inercję myślenia. Dobra literatura zwykle pomaga opuszczać sferę komfortu i pozwala na konfrontowanie się ze znaczeniami, wobec których przychodzi nam zajmować określone stanowisko - myśleć, dyskutować, polemizować. Literatura jest wciąż szansą na zawiązywanie wspólnoty zamiast zantagonizowanego zbiorowiska jednostek nie zainteresowanych niczym innym ponad to, co znają osobiście.
Zdaniem Koziołka to poloniści tworzą fundamenty życia publicznego, gdyż wszyscy funkcjonujemy w polszczyźnie i poprzez nią. Najbardziej zaniedbaną sferą w polskim modelu edukacji (od przedszkola po uniwersytet) jest kształcenie umiejętności wyartykułowania indywidualnej wypowiedzi na określony temat. Rolą humanistyki w ogóle jest zainteresowanie człowiekiem i jego odmiennością. Czytamy: "Szkoła i uczelnia mają przygotować młodych ludzi do życia na scenie publicznej z innymi, z którymi trzeba dochodzić znaczenia własnych i wspólnych spraw". Kluczowe wydaje się pokazanie uczniom, że umiejętne posługiwanie się językiem, wyobraźnia i społeczna wrażliwość należą do najważniejszych umiejętności wyniesionych ze szkoły. Dobrze napisana literatura pozwala stale rozmawiać o ważnych sprawach naszej współczesności. Multiplikuje punkty widzenia i pozwala lepiej rozpatrzyć się w sobie.
W swojej nowej książce Koziołek odwołuje się do najlepszych tradycji hermeneutycznych, czytając i interpretując kilka wątków biblijnych. Pokazuje też, jak wielkie narracje (darwinizm, luteranizm) organizują nasze myślenie, a w zasadzie jak organizowały je w przeszłości. Nie ma też książki, w której katowicki profesor nie odwoływałby się do Lalki - tak jest i tym razem. Szczegóły pozostawiam państwu w lekturze. O tych esejach można sporo pisać i interpretować je z różnych perspektyw. Całość podzielona jest na trzy działy, w każdym znajdziemy teksty o nieco odmiennej poetyce i optyce (od Greka Zorby po serial Homeland). Ale co najważniejsze: łączy je miłość do hermeneutycznego myślenia i krytycyzm poznawczy. Dwa najciekawsze teksty dotyczą pisarstwa innych autorów - Jerzego Pilcha i Olgi Tokarczuk. Zobaczmy, co ma o nich do powiedzenia Koziołek.
Pilcha uważa za największego stylistę od czasu Gombrowicza. Uważa, że pisarz wypracował styl tak rozpoznawalny, że zaczęła go naśladować żywa mowa. "Drugie dokonanie jest bardziej oszałamiające. Wpuścił mianowicie w krwiobieg swojej prozy tematykę i styl ksiąg biblijnych na taką skalę, na jaką od końca XIX wieku nie zrobił tego żaden polski pisarz". Dalej dowiemy się, że artysta słowa rodzi się dopiero wtedy, kiedy zaczyna widzieć język, że Pilch objawia się w swoich utworach jako moralista opowiadający o upadkach zeświecczonego człowieka, który w sztuce i hedonizmie szuka zachwytu, by zdławić rozpacz. To pisarz, zdaniem Koziołka, poważny i głęboki, dający niezrównane i niespotykane dotychczas literackie studium choroby Parkinsona, którego Dziennik jest w tym wypadku publikacją bez precedensu. W ogóle strofy o Pilchu napisane są z niebywała inwencją, polotem i swadą. Koziołek najlepszy jest wtedy, kiedy dzieli się z nami swoją fascynacją. I tak samo jest w drugim przypadku. O Oldze Tokarczuk mówi: "Literatura Tokarczuk to najbardziej ambitny, gościnny i inkluzywny projekt polityczny; ćwiczenie w wyobrażeniu sobie wspólnoty, w której możliwe jest powszechne, pokojowe współistnienie różnic". Za wiarę w nieograniczone możliwości rozumu zapłaciliśmy rozpadem świata jako całości. Autorka Biegunów pisze o innych możliwościach urządzenia świata i innej kondycji człowieka - jesteśmy wielością, która swobodnie mieści się w jednym człowieku. Koziołek z atencją wypowiada się o kolejnych wątkach tego pisarstwa, oddzielny tekst poświęcając Empuzjonowi. W tych szkicach znajdujemy również dwa zdania, które niechaj staną się codą niniejszego tekstu: "Potrzebujemy mowy, żeby żyć z innymi. Literatura jest jej najdoskonalszą postacią".
Przemysław DakowiczNazywam się Wiktoria Amelina. Nazywam się Wołodymyr Wakułenko
Dopiero po 24 lutego 2022 roku Wiktoria Amelina odbyła w Polsce kilka spotkań autorskich. Nie było to możliwe zaraz po ukazaniu się przekładu jej powieści Dom dla Doma - trwała wówczas pandemia. Wojna rosyjsko-ukraińska wzmogła zainteresowanie kulturą i literaturą naszych południowowschodnich sąsiadów, pilnie nadrabialiśmy więc pandemiczne zaległości. Ze spotkań w Gorlicach, Wrocławiu, Sejnach pozostały krótsze lub dłuższe nagrania. Uwagę widza przyciąga w tych filmach jeden szczegół - mimika pochodzącej ze Lwowa trzydziestosiedmioletniej pisarki, jej skupiona twarz, która pozostaje poważna nawet wtedy, gdy Amelina się uśmiecha. Czyni to rzadko i, by tak rzec, połowicznie czy fragmentarycznie, niejako pod przymusem - jakby ciężar niesiony przez tę jasną osobę był tak dotkliwy, że nigdy nie daje o sobie zapomnieć. Wiktoria Amelina, mimo że siedzi na krześle i z namysłem odpowiada na stawiane jej pytania, przebywa daleko stąd. I jest bezbrzeżnie smutna, smutna - nie wiem, jak to inaczej ująć - egzystencjalnie i historiozoficznie. Jakby była podmiotem jednego z jej ulubionych (bolesne musiało to być ulubienie) wierszy Wasyla Stusa, zaczynającego się od słów "Wokoło mnie - cmentarz dusz".
Stus, przez wielu uważany za najwybitniejszego spośród dwudziestowiecznych poetów Ukrainy, ostro przeciwstawiał się antyukraińskiej polityce ZSRR - skazano go za "agitację i propagandę antysowiecką". Wiersz, o którym mowa, napisał w roku 1976, gdy przebywał w łagrze w Mordowii. Po pięciu latach kolonii karnej i dwóch latach zesłania na Kołymę wrócił do Kijowa. Już w 1980 roku usłyszał kolejny wyrok. Skierowano go do obozu Kuczimo w Permie, gdzie pięć lat później zmarł. Jego obrońca z urzędu domagał się dla Stusa kary wyższej niż prokurator. Nazywał się Wiktor Medwedczuk. W formalnie niepodległej Ukrainie stanie się jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych oligarchów oraz politycznym reprezentantem opcji prorosyjskiej. Jego córkę Darię do chrztu będą trzymać Władimir Putin i żona Dmitrija Miedwiediewa, Świetłana.
Utwór ?(Wokoło mnie - cmentarz dusz...) traktuje o szczególnego rodzaju samotności. Człowiek świadomy "grozy wieków" daremnie szuka pocieszenia wśród rozległych pól północy, które dla tak wielu stały się miejscem ostatniego spoczynku. Jeśli w prostych (lecz symbolicznych) obrazach składających się na ten wiersz odnaleźć można jakiekolwiek pocieszenie, to tylko za sprawą gry intertekstualnej - chodzi o nawiązanie do jednego z najsłynniejszych wierszy Borysa Pasternaka, Noc zimowa, dobrze znanego wszystkim czytelnikom powieści Doktor Żywago. Daję tu zaledwie fragment tekstu poety tak bliskiego młodemu Stusowi (w przekładzie Seweryna Pollaka):
Po całej ziemi wciąż śnieżyło,
Wszędzie śnieg leciał,
Świeca na stole się paliła,
Płonęła świeca.
Jak gęste roje muszek w lecie
Lecą na płomień,
Tak płatków rój ze dworu leciał
Ku ramie w oknie.
Do szyby zamieć się lepiła
W kręgach i krezach,
Świeca na stole się paliła,
Płonęła świeca.
U Pasternaka światło świecy, stanowiące wątłą zaporę przed chłodem zewnętrznego świata, towarzyszy kochankom, oświetlając (i ocieniając zarazem) akt miłosnego zbliżenia. U Stusa Pasternakowsko-Żywagowska fraza zostaje powtórzona: "Świeca płonie. Płonie świeca" (Свіча горить. Горить свіча). Zyskuje wszakże odmienne znaczenie - wątły płomień staje się "świadkiem" zmagań z samotnością, jakie podejmuje jednostka postawiona wobec nieludzkiej historii i, niczym Diogenes z Synopy, poszukująca "człowieka" (który byłby zdolny pojąć jej doświadczenie, przyczyniając się w ten sposób do jej ponownego zakorzenienia w rzeczywistości, zadomowienia się w świecie).
Borys Pasternak, Wasyl Stus, Wiktoria Amelina - łączy ich doświadczenie przeciwstawienia się sowieckiemu (lub neosowieckiemu) imperializmowi, jednej z wielu w dziejach Europy Wschodniej i Środkowej prób podporządkowania indywidualnych losów ideologicznemu projektowi politycznemu ("Jednostka - zerem, jednostka - bzdurą"). Jest to lekcja bolesna, naznaczająca człowieka (i pisarza) niemożliwym do przezwyciężenia smutkiem. To właśnie dlatego autorka Syndromu listopada, nawet gdy się uśmiecha, pozostaje (śmiertelnie) poważna. Jakby przeczuwała przyszłość, jakby wi(e)działa, co się wydarzy.
Podczas jednego z zarejestrowanych spotkań z polskimi czytelnikami Amelina mówi: "Teraz nie mam zbyt wiele czasu na pisanie". Od lutego 2022 roku porusza się między Polską (gdzie schronili się jej bliscy, pośród nich dziesięcioletni syn) a Ukrainą, wyjeżdża na teren przyfrontowy, opiekuje się dziećmi wojny, dopomaga w ewakuacji, lecz przede wszystkim - zaczyna dokumentować rosyjskie zbrodnie. Widzi to, czego nikt nie powinien oglądać, na co nie można się przygotować i czego nie da się wyrzucić z pamięci. Mówią o tym jej oczy.
We wrześniu 2022 roku odwiedza Kapytoliwkę, wioskę w obwodzie charkowskim, graniczącą z miastem Izium - chce się spotkać z ojcem pisarza Wołodymyra Wakułenki, poety, autora książek dla dzieci (zaczął je pisać również przez wzgląd na swego cierpiącego na autyzm syna).
W pierwszych tygodniach wojny Izium i Kapytoliwka dostały się w ręce Rosjan. I było tak, jak bywa podczas wojen w tej części Europy (jak jesienią 1939 roku, gdy członkowie Volksdeutscher Selbstschutz, posługujący się egzemplarzami przywiezionej z III Rzeszy księgi proskrypcyjnej [Sonderfahndungsbuch Polen], wyłapywali przedstawicieli społecznych elit II Rzeczypospolitej) - zaczęły się rozpytywania i aresztowania. Kogo zidentyfikowano jako ukraińskiego patriotę, jako jednostkę aktywną w przestrzeni publicznej, mającą choćby niewielki wpływ na zbiorowość, po tego wysyłano uzbrojony patrol. Do drzwi Wakułenków zastukało kilku mężczyzn. Byli to Rosjanie oraz ludzie z obwodu ługańskiego, posługujący się surżykiem, mieszanką języków ukraińskiego i rosyjskiego; jeden z nich, niski, z rudą brodą, używał pseudonimu "Bies". Karabiny wycelowali w Wołodymyra, musieli wiedzieć, że - choć szczupły, ba, wątłej budowy - uczestniczył w kijowskiej rewolucji godności, w ulicznych walkach z tituszkami. Podobno rzucił im w twarz: Sława Ukrajini!, a ojcu powiedział, by się nie martwił, bo "jutro będą tu nasi". I dodał: "Umrę, ale za Ukrainę". Jego ciało znaleziono w maju, przy drodze z Kapytoliwki do Iziumu, leżało zniekształconą twarzą w dół, obrośnięte trawą i chwastami. Jakby był postacią z wiersza Topielec Bolesława Leśmiana (pod koniec XIX wieku ucznia gimnazjum klasycznego w Kijowie i studenta tamtejszego Uniwersytetu Świętego Włodzimierza oraz członka polsko-ukraińskiego Towarzystwa Literacko-Artystycznego), w którym mowa o "zbędnych sobie zwłokach", tonących "w zwiewnych nurtach kostrzewy, na leśnej polanie". W ciele Wakułenki tkwiły kule wystrzelone z należącego do czerwonowłosego "Biesa" pistoletu Makarowa.
Rosjanie przyszli po pisarza dokładnie miesiąc po rozpoczęciu inwazji - 24 marca. Wiedziony przeczuciem, kilkanaście godzin wcześniej zakopał w przydomowym sadzie swój okupacyjny dziennik. Ojcu powiedział, by oddał go "naszym", gdy tylko odbiją Kapytoliwkę. Ale kiedy Charkowszczyzna została wyzwolona przez armię ukraińską, krewni zmarłego nie mogli odnaleźć pliku kartek zawiniętych w ochronną folię. Udało się to dopiero Wiktorii Amelinie - choć przez kilka długich chwil bezskutecznego poszukiwania towarzyszyła jej obawa, że zostały bezpowrotnie utracone:
Podobnie jak w latach 30. XX w. ukraińscy artyści giną, znikają ich rękopisy i pamięć o nich zostaje wymazana. Ma się wrażenie, jakby epoki mieszały się ze sobą i zastygały w oczekiwaniu na to, co się wydarzy - szukam w słobożańskim czarnoziemie nie tylko notatek jednego z nas, lecz wszystkich na raz zaginionych tekstów ukraińskich: drugiej części Słonek Chwylowego, sztuk Kulisza, późnej poezji Stusa, dzienników z czasów Wielkiego Głodu, starodruków z kijowskiej biblioteki spalonych w 1964. Wszystkich naszych strat - od starodruków po zapiski Wołodymyra Wakułenki - niby jednego wielkiego tekstu, którego już nigdy nie przeczytamy. (Wiktoria Amelina, przedmowa do Wołodymyr Wakułenko, Я перетворююсь... Щоденник окупації. Вибрані вірші, Charków 2023, s. 10; przekład mój - PD)
Zapiski zamordowanego pisarza ukryte były w ziemi, pod drzewem wiśni, która od śmierci Wołodymyra zdążyła zakwitnąć, zrzucić białe płatki i urodzić słodko-cierpkie owoce. Czy w chwili, gdy Amelina natrafiła na cenny pakunek (na jej facebookowym profilu rychło pojawiła się fotografia prezentująca znalezisko), przypomniały jej się frazy z wiersza Wasyla Stusa ?(Wokoło mnie - cmentarz dusz...) - "Nad drzewa wiśni wzlata chrząszcz", "Stoją sady"? Była sobota, 24 września. Przed dwoma dniami, w czwartek rano, prezydent Ukrainy uroczyście ogłosił zwolnienie z rosyjskiej niewoli części spośród obrońców zakładów Azowstal w Mariupolu. Dwustu zakładników wymieniono za Wiktora Medwedczuka.
Większość biogramów Wasyla Stusa zawiera informację, że w obozie WS-389/36-1 Kuczino w Kraju Permskim, gdzie osadzono go jako "szczególnie niebezpiecznego recydywistę", poeta napisał przeszło dwieście pięćdziesiąt, może nawet trzysta wierszy. Dopełnił je podobną liczbą przekładów poetyckich, komponując w ten sposób tom Ptak duszy. Książka ta nigdy nie dotarła do rąk czytelników, wiersze skonfiskowało obozowe KGB, przepadły w "pomroce dziejów". Dziennik okupacji Wołodymyra Wakułenki udało się odzyskać i opublikować, wzbogacono go wierszami i tekstami poświęconymi zmarłemu, przedmowę do całości ułożyła Wiktoria Amelina. Zdążyła to zrobić. Sama, dobrze władając językiem angielskim, pracowała nad książką non-fiction - War and Justice Diary: Looking at Women Looking at War. Często podróżowała po wschodniej Ukrainie, gromadząc świadectwa uczestników wydarzeń i dokumentując rosyjskie zbrodnie. 27 czerwca 2023 roku z delegacją wspierających Ukrainę pisarzy kolumbijskich przebywała w Kramatorsku w obwodzie donieckim. Na kolację wybrali się do jednej z nielicznych w tym przyfrontowym mieście normalnie działających restauracji - pizzerii Ria Lounge, "przyklejonej" do hotelu Kramatorsk. O 19:50 w lokal wypełniony ludźmi uderzyła rosyjska rakieta. Zginęło dziesięć osób, przeszło sześćdziesiąt odniosło obrażenia. Wśród ciężko rannych była Wiktoria. Cztery dni później, 1 lipca, w dzień niedożytych pięćdziesiątych urodzin Wołodymyra Wakułenki, jej serce przestało bić. Stała się trzynastą ofiarą tamtego bombardowania.
Uroczystości żałobne odbyły się w dwóch miastach - w Kijowie i we Lwowie. Kiedy na nekropolii łyczakowskiej ziemia sypała się na trumnę z ciałem Wiktorii Ameliny, muzycy z grupy Pyrig i Batig zaśpiewali dla poetki drugiego w historii Ukrainy "rozstrzeliwanego pokolenia" wiersz Wasyla Stusa ?(Wokoło mnie - cmentarz dusz...). Wcześniej w kościele garnizonowym świętych Piotra i Pawła odprawiono nabożeństwo żałobne. Świątynię tę zaledwie kilka minut marszu dzieli od kamienicy przy Łepkiego 4, gdzie rozgrywa się większa część wydarzeń opisanych w powieści Dom dla Doma. Przed wojną ulica nosiła nazwę Brajerowskiej, a kamienica należała do rodziców Stanisława Lema, który urodził się właśnie tu, w mieszkaniu na drugim piętrze. Autorka opatrzyła swoją książkę mottem (nie potrafię rozstrzygnąć: ironicznym? pocieszającym? bezwzględnym? profetycznym?) zaczerpniętym z powieści Lema Głos Pana: "To, że ludzkie boleści, strachy, cierpienia rozpadają się ze śmiercią osobniczą, że nic nie pozostaje po wzlotach, upadkach, orgazmach i torturach, jest godnym pochwały darem ewolucji, która upodobniła nas do zwierząt. Gdyby po każdym nieszczęśliwym, umęczonym pozostawał choć jeden atom jego uczuć, gdyby tak rosło dziedzictwo pokoleń, gdyby choć skra mogła przeniknąć z człowieka do człowieka, świat byłby pełen ryku przemocą wydartego z kiszek".
10/2023
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (zastepca redaktora naczelnego,poezja, ksiazki poetyckie),
Wojciech Kudyba (eseje),
Wojciech Łysek (redakcja, korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI:00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16,tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52,e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl
WYDAWCA:Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2023 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Ceny na rok 2023:numer pojedynczy - 13 zł;numer łączony 7/8 - 20 zł;prenumerata półroczna - 75 zł;prenumerata roczna - 150 zł.Wpłaty na konto Instytutu Książki:81 1130 1150 0012 1269 2720 0001Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto:PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001SWIFT CODE: GOSKPLPW Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską.za pośrednictwem RUCH S.A.:Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl,e-mail: prenumerata@ruch.com.plWYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI" są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi)oraz nexto.pl (pdf) i e-kiosk.pl.
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.