Twórczość 10/21 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

7.00 zł
5.81 zł (5,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zbigniew ChojnowskiPoezje zebrane, Notatnik okaleczony

Anna Kamieńska: Poezje zebrane. Tom 1. Tom 2. Tom 3, red. Wojciech Kruszewski, Muzeum Narodowe w Lublinie, Lublin 2020, s. 660, 556, 576.Anna Kamieńska: Notatnik. red. Wojciech Kruszewski, Muzeum Narodowe w Lublinie, Lublin 2020, s. 720.

Sto lat po narodzinach, a trzydzieści cztery lata po śmierci Anny Kamieńskiej ukazały się trzy opasłe tomy jej Poezji zebranych i tom Notatnika z lat 1965-1979. To dobry początek, aby w niedalekim czasie ukazały się kompletne wznowienia jej tłumaczeń, esejów, prozy, twórczości dla dzieci i młodzieży, a także słuchowisk, publicystki, recenzji. Najwyższy już czas, aby wydobyć z archiwów korespondencję tej niesłychanie pracowitej pisarki. Przed rokiem otrzymałem około pięćdziesięciu jej listów adresowanych do Henryka Syski z lat 1946-1947. Są one w równym stopniu zapisem autobiograficznym, jak i na bieżąco utrwalanym dokumentem tej części pokolenia 1920, która pozwoliła uwieść się nowemu ustrojowi. Obietnicom ideologii komunistycznej ówczesna studentka filologii klasycznej na KUL uwierzyła już w lipcu 1944 roku, kiedy to na Lubelszczyźnie został ogłoszony Manifest PKWN.

Jak to pokazują chronologicznie ułożone w Poezjach zebranych wiersze, a zasadniczo książki poetyckie, Kamieńska pisała już jako nastolatka. Dziewczynie z Lublina patronował Józef Czechowicz. Przedstawiciel jego szkoły poetyckiej, Jan Śpiewak, został mężem Kamieńskiej. Poetka swoje małżeństwo przeniosła w mit. Śmierć małżonka podzieliła życie na epokę, gdy żył, i tę po jego zgonie. On w roku odejścia, czyli w 1967, wydał poemat Anna, ona zapisała swoją żałobę w cyklu trenów Biały rękopis (1970). Redaktor Poezji zebranych przedrukował go, chyba nie wiedząc, że miał szansę sprostać edytorskim oczekiwaniom autorki, aby każdy wiersz z tej książki poetyckiej oddzielała biała, niezadrukowana strona. Anegdota głosi, że wydawcy przestraszyli się niezaczernionej drukiem papierowej bieli i nie pozwolili na symboliczny zabieg edytorski. Nie chcieli dawać pola do domysłów, że "białe plamy" są jawnym dowodem ingerencji państwowej cenzury? A może zadziałały względy ekonomiczne, związane z niedoborem papieru? Biały rękopis wydany według zamysłu poetki liczyłby dwukrotnie więcej kartek.

W krótkim wstępie i Nocie wydawniczej do Poezji zebranych nie znajdziemy informacji o wpływie urzędników z biura cenzury na zmiany, korekty, tekstowe wykluczenia w pierwszych wydaniach zbiorów wierszy Anny Kamieńskiej. Uwaga ta jest krytyczna, ale zgłaszam ją nie po to, aby deprecjonować ogromny i czasochłonny wysiłek redaktorski, jakiego wymagało przygotowanie trzech tomów Poezji zebranych, z których każdy liczy około sześciuset stron. Wyliczanie zastrzeżeń jest o tyle nie na miejscu, że wydawcy przyświecał cel, aby miłośnikom poezji Kamieńskiej przekazać edycję całościową o charakterze popularnym. Objętość tomów znacznie by się powiększyła, gdyby każdy wiersz był opatrzony stosownymi objaśnieniami, informacjami o jego różnych wariantach, genezie, kontekstach, a także deszyfracjami.

Jeden wiersz LemaMagdalena Saganiak

Nie wiem, czy ręka ślepca i czułek ślimaczy

Kiedy rzecz w sobie zamkną, czują tak, jak ja

Kiedy palce i pięść mą zaciskam, gdy znaczy

W niej istnienia spoistość nagły kształt, i trwa.

Nie wiem, jakie atomów obroty i loty

Powrozami unerwień rozpędzają dzwon

Lany z gwiazd, lotu ptaków, żelaza, tęsknoty

I z wielkiego spokoju. Jestem jego sercem.

             1948

1. "Nie wiem" - ta fraza otwierająca młodzieńczy wiersz Lema może posłużyć za motto całej jego twórczości, naznaczonej agnostycyzmem. "Nie wiem, czy..." i "Nie wiem, jakie..." - dwie strofy i dwa obszary wątpienia przeciwstawiają się temu, co pewne: "Jestem".

Pierwszy obszar wątpienia zamyka się we fragmencie ciała, w czynnej ludzkiej ręce, najpierw należącej do człowieka ślepego i połączonej w dziwny wspólny podmiot z czułkiem ślimaka, a potem należącej do mnie - to skala makro, skala ludzkiego działania, widzenia i - ślepoty. Drugi obszar wątpienia - jak to u Lema bywa - rozpina się między wymiarami najmniejszymi (atomów obroty) i największymi (gwiazdy), łączy mikrokosmos ze sferą Kosmosu - obejmując całą rzeczywistość.

Ów pierwszy obszar wątpienia - zaciśnięta pięść - to obręb wrażeń, zda się, czysto sensualnych, lecz połączonych w jedno z czynnością, jaka niewątpliwie nie należy już do samego ciała, lecz do umysłu, który okazuje się zdolny do uchwycenia - bagatela - nagłego "kształtu spoistości istnienia". Obszar niewiedzy zawiera w sobie jądro specyficznej wiedzy, wyrażonej - jak to w poezji bywa - szczególnym połączeniem leksemów: "istnienia spoistość znaczy kształt". W zaciśniętej pięści istnienie przechodzi w znaczenie i daje się poznać w swojej spoistości, ma kształt, określony jako nagły, lecz zdolny do zachowania w takim czy innym wrażeniu czy doznaniu cielesnym, skoro trwa.

Pierwsza strofa, rozpoczęta frazą-deklaracją "Nie wiem", zawiera w sobie wiedzę, aczkolwiek daną tylko w odczuciu kształtu, jakie bywa udziałem ślepca zaciskającego rękę na rzeczy, którą chce poznać, i ślimaka, dotykającego poznawanego obiektu swoim delikatnym czułkiem, będącym - być może - ewolucyjną zapowiedzią ręki.

Choć już coś wiemy, i to wcale niemało, drugą strofę otwiera znowu deklaracja niewiedzy, przeniesiona z makroskali do skali Kosmosu. Ponieważ jednak "to samo" nigdy nie jest w poezji tym samym, owa niewiedza zyskuje w drugiej strofie nie tylko inny zasięg, lecz także inny profil, charakteryzujący się odmiennym ukształtowaniem przestrzeni oraz obecnych w niej obiektów i oddziałujących na nie sił. Najłatwiej to zauważyć, analizując tak zwany dobór leksemów. Dobór to szczególny, prowadzący z pozoru do dysonansu estetycznego. Pojawiają się niemetaforycznie użyte "atomy", słowo należące do fizyki, z którymi wiąże się ruch określony jako "obroty" - co żywo przypomina tytuł dzieła Kopernika O obrotach (sfer niebieskich), wprowadzając elementy astronomii, bo każdy przecież wie, że tak zwany planetarny model atomu Bohra przypomina model układu słonecznego. Siły wiążące atomy zostają określone słowem pochodzącym z doświadczenia codziennego "powrozy", wzbogacone określeniem "powrozy unerwień", należącym do biologii (anatomii). Tak realizuje się włączenie w obręb mowy poetyckiej śladów języka fachowego kilku dyscyplin nauk przyrodniczych. Prozaizm "powrozy" okazuje się ściśle związany z budowanym stopniowo obrazem poetyckim. Na powrozach unerwień poeta zawiesza dzwon, lany z pierwiastków ziemskich (żelazo) i wielkich obiektów kosmicznych: gwiazd.

Żelazo, pierwiastek budujący wnętrze ziemi i ludzką cywilizację, zespala się w tym wierszu w jedną masę z ingrediencjami z pozoru zupełnie obcymi: lotem ptaków, tęsknotą i wielkim spokojem. Można by sądzić, że młody poeta nigdy nie słyszał o tak zwanej synchronizacji metafor, które powinny pochodzić z tych samych pól semantycznych i z podobnego kręgu wyobrażeń. Jednak nie taką spójność chce osiągnąć ten, który później stał się jednym z najwybitniejszych na świecie pisarzy science fiction i filozofów nauki.

Wybór żelaza - jako jedynego wymienionego tu z imienia pierwiastka z tablicy Mendelejewa - nie jest przypadkowy. Lem, zwykle tak dokładny we wszystkim, co dotyczy nauki i techniki, zastępuje żelazem spiż (stop miedzi, cyny, cynku i ołowiu), z którego zwykle wyrabia się dzwony, przywołując inny ciąg skojarzeń. Wiadomo, iż jądro Ziemi wypełnia płynne żelazo, żelazo jest osnową komórki krwi ludzkiej, wykuwanie narzędzi z żelaza stało się dźwignią cywilizacji ziemskiej, z niego człowiek zaczął wyrabiać narzędzia, wytwarzając własną przemyślnością w piecu hutniczym najwyższe osiągalne na ziemi temperatury, zbliżając się do warunków, które panują we wnętrzu naszej planety i do warunków, w których rodził się świat. Z takiego żelaza powstaje Lemowski dzwon. W procesie wytapiania to, co najbardziej wewnętrzne, płynne i bezkształtne, staje się tym, co zewnętrzne i posiadające określony kształt. Jak wiadomo, wszystko, co składa się na masę dzwonu, wpływa na jego ton: niepowtarzalny, indywidualny i rozpoznawalny (dzwony mają swoje imiona), zdolny do propagacji tak daleko, jak sięga ośrodek przenoszący falę dźwiękową: pięknie uporządkowaną wibrację powietrza. Dzwon, czyli to, co skupione i zamknięte w określonym kształcie, buduje się po to, by wprawiane w ruch ludzką ręką, wytwarzało ekspandującą uporządkowaną energię - potencjalnie - w nieskończoność. I choć w bezgłośnym dźwięku Lemowskiego dzwonu dałoby się może usłyszeć echo armeńskich i europejskich legend o ludwisarzach, którzy dla uzyskania pięknego tonu gotowi byli poświęcić ludzkie życie, wrzucając do gorącej masy metalu żywe serce, nie ten ton dominuje w konstrukcji całego wyobrażenia.

Do leksemów wziętych z języka zjawisk przyrody nieożywionej Lem dokomponowuje zjawisko z przyrody ożywionej: lot ptaków - i - zupełnie nieoczekiwanie - zjawisko z wewnętrznego życia człowieka: tęsknotę. Te należące do różnych pól wyrażenia łączy więź na wysokim piętrze abstrakcyjnych skojarzeń: zarówno lot, jak i tęsknota wiążą odległe w przestrzeni punkty - wyobraźnią, pragnieniem pokonania przestrzeni, przyciąganiem, widzeniem, wolą, wysiłkiem. Ptak to poprzednik człowieka w locie, w pokonywaniu ogromnych przestrzeni i w tęsknocie do nieznanego.

Wszystkie wyrażenia, użyte w drugiej strofie, budują nieskończoną przestrzeń wypełnioną rozmaitymi oddziaływaniami: ruchem wywoływanym przez rękę pociągającą za powróz, siłami wiążącymi obroty wewnątrz atomu, dalekosiężnymi oddziaływaniami grawitacyjnymi wiążącymi materię w Kosmosie, lotem ptaków, które prawdopodobnie mają zmysł pozwalający orientować się w polu magnetycznym Ziemi, impulsami nerwowymi. Ale jako określenie podporządkowujące sobie cały ten układ sił wprowadza Lem słowo "spokój", a określając pozycję myślącego podmiotu w tej przestrzeni, mówi: "Jestem jego sercem".

Dwie krytyki nawracaniaJakub Gomułka

Dzienniki gwiazdowe, czyli seria przygód kosmicznego podróżnika Ijona Tichego, to jedna z najbardziej znanych i lubianych pozycji w dorobku Stanisława Lema. Tajemnica jej sukcesu tkwi być może w groteskowej formie, która jednak w wielu przypadkach okazuje się dość zwodnicza, ponieważ kryje całkiem poważne treści będące owocem filozoficznych przemyśleń krakowskiego pisarza. Jednym z takich przypadków jest wątek celowości ewangelizacji pojawiający się w Podróży dwudziestej pierwszej oraz Podróży dwudziestej drugiej. To ostatnie opowiadanie należy do najstarszych z cyklu, powstało jeszcze w 1953 roku, gdy Lem przygotowywał zbiór Sezam i inne opowiadania. Z kolei Podróż dwudziesta pierwsza dołączyła do Dzienników gwiazdowych dopiero w wydaniu z 1971 roku. Niniejszy tekst poświęcam analizie różnic ujęcia problemu religijnego nawracania w obu opowiadaniach, rozpoczynając od starszego z nich. Wskazuję przy tym, że układ utworów - wynikający z przyjętej w latach pięćdziesiątych numeracji podróży - był do tego stopnia rażący dla samego Lema, że skłaniał go do działań autocenzorskich.

W Podróży dwudziestej drugiej Ijon Tichy poznaje przypadkiem ojca Lacymona, dominikanina kierującego katolicką ewangelizacją w odległych rejonach kosmosu. Zakonnik opowiada mu o trudnościach, z jakimi zmagają się misjonarze próbujący szerzyć wiarę katolicką wśród różnych inteligentnych mieszkańców odległych planet. Lem osiąga efekt komiczny, przeciwstawiając sobie dążenie do indywidualnego zbawienia i nakaz miłości bliźniego, a także uniwersalistyczne pretensje katolicyzmu i uwikłanie jego doktryny w przypadkową biologię homo sapiens (kilkadziesiąt lat później Jacek Dukaj potraktuje ten ostatni problem dużo bardziej serio w opowiadaniu In partibus infidelium).

Pod koniec historii dochodzi jednak do głosu inny wątek. Oto jedna z kosmicznych cywilizacji znajdujących się na obszarze misyjnym okazuje się całkowicie odporna na próby nawracania. Wysłannicy Kościoła spotkawszy jej przedstawicieli, ponoszą totalną klęskę: nie dość, że nie potrafią przekonać ich do swojej wiary, to jeszcze sami ją tracą i stają się ateistami. Choć Watykan - korzystając z pomocy specjalistów z USA - produkuje fałszywe świadectwa, jakoby ateizacja katolickich ewangelizatorów była prowadzona za pomocą tortur, hipnozy i prania mózgu, to rzeczywistość, jak przyznaje ojciec Lacymon, jest dla Kościoła znacznie bardziej ponura: "Oni nie męczą, nie przymuszają do niczego, nie torturują ani nie wkręcają do głowy śrubek, tylko po prostu uczą, co to jest Wszechświat, skąd się wzięło życie, jak się rodzi świadomość i jak stosować naukę na sposób powszechny. Mają dowód, z którego pomocą potrafią wykazać, jak dwa a dwa jest cztery, że cały świat jest wyłącznie materialny". Najdalej idąca ingerencja kosmicznych ateistów polegała na wysłaniu mistyczki na psychoterapię przez ogrodnictwo i zabawę lalkami.

Wymowa opowieści jest oczywiście jawnie antyreligijna - punktem wyjścia Lema jest tutaj wyraźnie myśl, którą Jowita Guja określa mianem ateizmu nurtu oświeceniowego>1: religia, a mówiąc ściślej wiara w Boga wynika z fałszywych przekonań o świecie, z niedoboru rzetelnej wiedzy naukowej i stanowi przejaw intelektualnej niedojrzałości. Zasadniczo nie ma powodu, by uważać, że autor sprzeniewierza się w Podróży dwudziestej drugiej swoim ówczesnym poglądom na temat religii, starając się przypodobać władzy, choć tekst został napisany w czasach, w których musiał składać hołdy socrealistycznej stylistyce (zob. Wojciech Orliński Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017). Satyra wymierzona w Kościół katolicki, Watykan i Stany Zjednoczone nie musiała być dlań żadnym wielkim moralnym kompromisem, zresztą wykorzystywał ją jako złośliwą zaczepkę w towarzyskich gierkach z wierzącymi przyjaciółmi>2. Innymi słowy, można przyjąć, że Lem z pierwszej połowy lat pięćdziesiątych podzielał pogląd, wedle którego ateizm jest prostą konsekwencją "odwagi myślenia" i rozwoju nauki>3.

Bez względu na swoje ideologiczne przesłanie, opowieść o problemach ojca Lacymona napisana jest lekko, zgrabnie i zabawnie. Dotyczy to również końcówki utworu, z której czytelnik dowiaduje się między innymi, że jednym ze środków walki z ateizmem jest zalepianie mapy nieba papierem. Okazuje się jednak, że o porażkach katolickich misjonarzy w konfrontacji z cywilizacją kosmicznych ateistów nie wszyscy mają szansę przeczytać. W przekładzie Dzienników gwiazdowych dokonanym przez Michaela Kandla Podróż dwudziesta druga kończy się opisem nieszczęśliwej przygody ojca Orybazego, który został zamęczony przez nawróconych przezeń altruistycznych Memnogów, przekonanych, że spełniają w ten sposób wielkie marzenie swego misjonarza i włączają go w poczet katolickich świętych>4. Tłumacz urywa wątek w połowie zdania, zręcznie sklejając ze sobą akapity odległe od siebie o parę stron, tak że trudno dostrzec, że czegokolwiek w historii brakuje. Nie czyni tego samowolnie, lecz za wiedzą, zgodą, a nawet zaleceniem samego Lema. W liście z 25 kwietnia 1974 roku ten ostatni proponuje Kandlowi usunięcie kilku opowiadań z angielskiego wydania Dzienników gwiazdowych, w tym Podróży jedenastej, Podróży osiemnastejPodróży dwudziestej czwartej (pierwsza z nich została ostatecznie włączona do zbioru, natomiast dwie pozostałe faktycznie nie ukazały się w języku angielskim). Dodatkowo Lem pisze: "z 22 podróży usunąłbym co najmniej ostatnie strony, tak aby rzecz się kończyła opisem tego, co zrobili Memnogowie z O. Orybazym" (zob. Stanisław Lem, Sława i fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013).

Włodzimierz PaźniewskiWyspa i Wielki Limitrof

Odkrywcą Rosji-Wyspy był filolog klasyczny, filozof i rosyjski badacz geopolityki Wadim Cymburski (1957-2009), który jest także autorem pojęcia Wielki Limitrof, jak nazywa długi pas obszarów pogranicza, oddzielających wyspę od reszty świata, zaczynając od Bałtyku, poprzez Europę Środkową, Naddniestrze, Zakaukazie, kraje Azji Centralnej, po brzegi Oceanu Spokojnego, ponieważ Rosję uważa za osobną cywilizację, zupełnie niepodobną do innych, co ma swoje liczne konsekwencje polityczne, gospodarcze i geokulturowe.

Dla przypomnienia, podobnie sądził przed wojną twórca nauki porównawczej o cywilizacjach, polski historyk Feliks Koneczny z Uniwersytetu Stefana Batorego, dla którego Rosja pozostaje odrębną, powstałą w rozległych stepach cywilizacją turańską, będącą w stałym konflikcie z pozostałymi, ponieważ, czego dowodził wileński profesor, cywilizacje nigdy nie zmieniają swojego charakteru.

Z tego powodu absurdalna pozostawała, zdaniem rosyjskiego geopolityka, nadzieja, którą bardzo długo pielęgnowało w latach dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia wielu polityków europejskich i amerykańskich, że w miarę upływu czasu Rosja zeuropeizuje się pod wpływem zachodniej demokracji. Niestety prawda wygląda zupełnie inaczej i ma niewiele wspólnego z rzeczywistością społeczną i polityczną. Rosja, według Cymburskiego, w Europie nie ma czego szukać. Mało tego, modne hasło powrotu Rosji do Europy to bzdura. Posiadając gigantyczne obszary za Uralem, powinna przede wszystkim zająć się sama sobą, bo ma nieograniczone możliwości, praktycznie we wszystkich dziedzinach życia, z czego nie zawsze korzysta w całej pełni.

Dlaczego Limitrof okazuje się tak ważny dla Rosji? Ponieważ jest strefą buforową jej bezpieczeństwa od wielu lat. Z tego powodu próbuje go stale kontrolować i mieć w jego obrębie swoich ludzi. Takie postępowanie nakazuje przezorność oraz logika. Fakty historii pod tym względem pozostają nieubłagane. Większość obcych inwazji na Rosję wychodziła z Limitrofu. W pobliżu Limitrofu armia rosyjska staczała swoje najważniejsze bitwy. Właśnie te obszary zasługują, aby zwracać na nie szczególną uwagę. Ostatnie swoje wojny stoczyła Rosja na obszarach Limitrofu lub w rosyjskiej strefie przygranicznej.

Cymburski urodził się we Lwowie w roku 1957. Kim był i co robił jako badacz geopolityki? Przebieg jego kariery naukowej okazał się bardzo oryginalny. "Z wykształcenia był filologiem klasycznym. Po ukończeniu w 1981 r. Wydziału Filologicznego Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego im. Łomonosowa przez kolejne cztery lata pracował jako asystent w Katedrze Filologii Klasycznej MGU, a następnie po obronie doktoratu z filologii przeniósł się do Akademii Nauk ZSRR, gdzie zatrudniono go w Instytucie Stanów Zjednoczonych i Kanady. Po upadku ZSRR pracował w Instytucie Wschodoznawstwa Rosyjskiej Akademii Nauk, a następnie - aż do śmierci - w Instytucie Filozofii RAN. W swojej pracy badawczej oprócz zagadnień filologicznych (głównie twórczość Homera), zajmował się przede wszystkim filozofią, a także myślą geopolityczną. Szczególnie upodobał sobie obszar badawczy nazywany w literaturze nauką o cywilizacji oraz geokulturą, czyli badaniem odrębności przestrzeni kulturowych. Zmarł w roku 2009 w Moskwie".

Wielki Limitrof ma olbrzymie znaczenie dla istnienia państwa rosyjskiego obecnie i w przyszłości, i to się nie zmieni. Jego zdaniem składa się z obszarów, które nazywa cieśninami i strumieniami. Samo pojęcie wyprowadza Cymburski z języka łacińskiego w którym słowo "limitrophus" oznacza właśnie pogranicze. Z jednej strony samo istnienie Limitrofu gwarantuje odrębność cywilizacyjną Rosji w jej "geopolitycznej niszy etnicznej" i wpływa na jej wyspiarskość, z drugiej - zwłaszcza w Europie - staje się w niektórych sytuacjach wygodnym instrumentem izolowania Rosji od obszarów cywilizacji romańsko-germańskiej, co wielokrotnie było stosowane w przeszłości z różnych powodów politycznych oraz gospodarczych.

Rosyjski geopolityk zdecydowanie odrzuca tezę o jedności cywilizacyjnej Europy Środkowej i Europy Zachodniej, co w Polsce uważa się za obowiązkową mantrę. Argumentuje w ten sposób, że centralne obszary kontynentu w żadnym wypadku nie przynależą do świata gospodarki Zachodu, ani tym bardziej nie przejęły wschodniego modelu państwowości. Znajdują się więc w sytuacji paradoksalnej pewnego zawieszenia pomiędzy: jak na Zachód są za mało zachodnie, lecz dla Wschodu okazują się w pewnym sensie również obce, gdyż niezbyt wschodnie geokulturowo.

Jeśli chodzi o Europę, bezwzględnie doradzał utrzymanie wpływów rosyjskich na linii Kaliningrad-Krym. Cymburski pisał i mówił o tym w czasie, gdy Putin jeszcze nie zajął półwyspu, i to bez żadnych strat ze swej strony. Cała operacja okazała się podręcznikowa i niezwykle tania dla państwa rosyjskiego. Czy scenariusz zastosowany do sprawnego opanowania Krymu wzięto z prac Cymburskiego? Sporo na to wskazuje.

Aby lepiej zrozumieć źródła decyzji politycznych wschodniego sąsiada musimy dokładniej studiować prace Cymburskiego i książki Aleksandra Dugina. To nam nie zaszkodzi. Niestety, większość współczesnych polityków polskich to lenie. Niczego nie czytają. Dlatego w naszym kraju wygłasza się opinie o Rosji z nadąsanymi emocjami, po amatorsku i dyletancko. Większość mówi i pisze z głowy, czyli z niczego.

Piotr KępińskiWolna Republika San Lorenzo

Mało kto wie, że w Rzymie oprócz Watykanu istnieje jeszcze jedno małe państwo: Libera Repubblica di San Lorenzo, czyli Wolna Republika San Lorenzo. Nie ma prezydenta ani premiera, na granicy nikt nie wbija stempli. Włochy nie mają tutaj swojej ambasady, ale nawet gdyby chciały to zrobić, mieszkańcy San Lorenzo zbiorowo by odmówili, albowiem założyli to państwo, żeby od Italii nieco się odseparować.

San Lorenzo to w istocie dzielnica Wiecznego Miasta. Malownicza, położona w zasadzie w centrum, graniczy z jednej strony z cmentarzem Verano, z drugiej zaś z dworcem Termini. Charakteryzuje się tym, że na murach tutejszych kamienic, podobnie jak to było w latach osiemdziesiątych, królują głównie sierpy i młoty, Che Guevara, ewentualnie Fidel Castro. Aczkolwiek nie tylko. Street art w tej dzielnicy to w przeważającej większości arcyciekawe wielkoformatowe freski, poświęcone sprawom społecznym, komentujące życie nie tylko we Włoszech, lecz także na świecie.

To tutaj na via dei Sardi znajduje się jeden z najbardziej przejmujących murali, jaki widziałem w życiu, poświęcony zamordowanym kobietom. To rząd białych postaci ("białych dusz") namalowanych na betonowym murze, ciągnący się w nieskończoność. W roku 2012, kiedy Elisa Caracciolo kończyła swoją pracę, sylwetek było sto siedem. Teraz jest ich dwieście sześćdziesiąt dziewięć.

Naturalnie, jak to w Rzymie, mural był wielokrotnie zamalowywany, niszczony, ale jako że znajduje się w Wolnej Republice San Lorenzo, objęty był specjalną ochroną wspólnoty, która regularnie go odnawia.

Nawet podczas pandemii bywało tutaj tłoczno w ciągu tygodnia. Ale w przeciwieństwie do prawdziwie mieszczańskich rzymskich dzielnic, gdzie maseczki noszą wszyscy, w San Lorenzo prawie wszyscy ostentacyjnie je zdejmowali.

Dzisiaj jest sobota, godzina szesnasta. Martwa pora, po obiedzie, a to oznacza, że mieszkańcy w domach albo squatach, których jest zatrzęsienie. Co ciekawe, o ile w innych rzymskich dystryktach poparcie dla squattersów jest znikome, o tyle w Wolnej Republice - bardzo duże.

San Lorenzo jest Rzymem a rebours. Kiedy Rzym mówi tak, San Lorenzo mruczy pod nosem: nie. Kiedy stolica Italii czyści mury kamienic, tutaj się je zamalowuje.

Podobnie jak w Testaccio, marihuana jest na każdym kroku. Czy twarde narkotyki? Tego nie wiem.

Wiem jedno, to dzielnica dosyć modna, aczkolwiek nieco zapyziała i ciągle zdewastowana. Do licznych restauracji przychodzą ludzie z całymi rodzinami. Atmosfera należy do najlepszych w mieście.

Antonella, znajoma archeolożka, która fascynuje się San Lorenzo od lat, nie zgadza się ze mną, że kwartał jest zaniedbany. - Są zrujnowane miejsca, to fakt, ale całość robi coraz lepsze wrażenie. Oprócz alternatywnych pubów znajdziesz tutaj też eleganckie restauracje wegetariańskie, odnowione lofty, piękne dziedzińce, unikalne w Rzymie i otwartych ludzi z klasy średniej, którzy zaczynają coraz częściej szukać tutaj mieszkań.

I większej niezależności od państwa. Niektórzy pamiętają jeszcze jak w latach 60-tych niedaleko Rimini, na Morzu Adriatyckim powstała słynna Wyspa Róży (przypomniana całkiem niedawno w udanym filmie "L'incredibile storia dell'Isola delle Rose" w reżyserii Sydneya Sibilii).

1 maja 1968 roku niejaki Giorgio Rosa ogłosił się prezydentem wymyślonego państwa, po krótkim czasie wprowadził w obieg własną walutę, uruchomił pocztę, ba, nawet sklepy. Językiem urzędowym Wyspy Róży został esperanto a oficjalna nazwa państwa brzmiała: Repubblica Esperantista dell'Isola delle Rose.

Czy inżynier Rosa chciał faktycznie stworzyć republikę idealną, całkowicie niezależną od państwa, czy bardziej zajmowało go unikanie podatków i zarabianie na turystach? Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Cynikiem chyba nie był.

Podobnie zresztą jak twórcy Wolnej Republiki San Lorenzo, którzy wprost odżegnują się od Republiki Włoskiej, uważając ją na twór niewydolny i niezdolny do obrony praw obywateli. Dlatego chcą sami dbać o swój status, rozwój intelektualny. Decyzje podejmują kolegialnie, blokują nielegalne wycinki drzew, zakładają nowe skwery miejskie, chronią te istniejące, popierają zajmowanie opuszczonych kamienic, sami organizują remonty. Zapowiadają, że w przyszłości wyemitują własną walutę.

Spekulanci finansowi nie mają tutaj wstępu. Marzeniem mieszkańców, wśród których są nie tylko lewicujący studenci, lecz także rzemieślnicy i właściciele sklepów, jest federacja ich republiki z innymi, które mają wkrótce powstać w różnych częściach kraju.

Jak napisali w swoim manifeście: "Jesteśmy starymi i nowymi mieszkańcami San Lorenzo. Dopiero co się urodziliśmy, ale nie możemy się doczekać zjednoczenia z innymi Wolnymi Republikami. Jesteśmy realistami. Chcemy niemożliwego".

Jednak San Lorenzo to nie tylko przyszłość, to także interesująca przeszłość i historia, którą czuje się na każdym kroku.

Stare kamienice pamiętają ciężkie alianckie bombardowania Rzymu, w wyniku których San Lorenzo z uwagi na pobliski strategiczny dworzec kolejowy zostało poważnie pokiereszowane. Pamiętają emigrantów, którzy zasiedlali okoliczne kwartały. Pamiętają przemarsze faszystów i walki komunistów z nimi.

A w trakcie trwania pandemii koronawirusa San Lorenzo było dzielnicą, którą policjanci lubili patrolować najbardziej. Powód był prosty. Tutaj nikt nie przestrzegał pandemicznych przepisów. Przyjechać tutaj oznaczało mieć natychmiastowy sukces. Premia za wydajną pracę była gwarantowana. Stróże prawa w ciągu zaledwie paru godzin potrafili ukarać mandatami kilkadziesiąt osób. Tyle tylko, że nikt ich potem nie płacił. Bo San Lorenzo, to przecież już nie Włochy...

 10/2021

Jarosław Jakubowski wiersze

Zbigniew Dmitroca Farciarze i pechowcy

Ewa Elżbieta Nowakowska wiersze

Łukasz Stec Świetliki; Rdza; Trzecia trzydzieści

Grzegorz Walczak wiersze

Łukasz Saturczak Chłystowie. Historia rodzinna (fragmenty)

Hanna Kacewicz-Sygidus wiersze

Krzysztof Mrowcewicz Ta mara

Józef Franciszek Fert Norwidowskie rozważania o czasie

Tadeusz Zielichowski Norwid i Nowy Jork

Od traumy do zachwytu. Z Ryszardem Schubertem rozmawia Krzysztof Szymaniak

Ryszard Schubert Świtezianka (memuary emeryta z Osiedla Lecha!!)

było i było

Zbigniew Mentzel Dziennik 2021

książka miesiąca

Leszek Bugajski Na chwilę przed

Sławomir Buryła Zapach wojny

[Andrzej Stasiuk Przewóz]

wśród książek

Karol Płatek [Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki Ciało wiersza]

Anna Mochalska [Adam Leszkiewicz Apokalipsa psa]

Magdalena Boczkowska [Wioletta Grzegorzewska Dodatkowa dusza]

Piotr Wojciechowski [Andrzej Horubała Wdowa smoleńska albo niefart]

na widnokręgu

Adam Czerniawski "Rozebraną" rozbieram ponownie

Samuel Tchorek-Bentall Podlegli nicości

Jacek Antoni Zieliński Siedem objawień

Jerzy Olek Dziura i kwadrat

przegląd zagranicznynoty - książki nadesłane

mój temat - rzymskie strony

 10/2021

Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

REDAGUJĄ:

Mateusz Werner (redaktor naczelny),

Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),

Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),

Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),

Wojciech Łysek (korekta),

Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),

Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).

Małgorzata Brodacka (sekretariat)

ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl

WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,

DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,

tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,

e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl

FORMAT: 160,3×240,4 mm - PL ISSN 0041-4727 Copyright 2021 by "Twórczość"

Projekt typograficzny: PiotR eL

Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.

CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.

PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat.ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia przyjmują zespoły prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl

Andrzej NiewiadowskiLem nie pozostawia złudzeń

Medice, cura te ipsum.       Ewangelia św. Łukasza, 4,23

1.

Ludzie skolonizowali niemal cały pobliski Wszechświat. I oto stają przed potężnym wyzwaniem: spotkaniem z cywilizacją nekrosfery, efektem ewolucji martwej materii, miliardowymi kryształkami "czarnej chmury". W apokaliptycznej wymianie ciosów obie strony prowadzą wyniszczającą walkę. Porozumienie nie wchodzi w grę. Chociaż...

Rohan, bohater Niezwyciężonego (1964), idący na spotkanie Obcych, pozbawiony broni, widzi w skalnej pieczarze tajemnicze misterium: "miliardy czarnych kryształków nekrosfery tworzące ogromną postać ludzką, jego własne oblicze zawieszone w pustce między zwisami chmury". Nie zdoła poznać rzeczywistego sensu tego "przedstawienia". Obserwuje jedynie "cień rzeczywistości" rzucany przez odbicie "czarnej chmury", doznając silnego przeżycia estetycznego. Nie dopuści do zniszczenia obcej cywilizacji. Jak w "platońskiej pieczarze" widzi odbicie świata, którego nigdy nie będzie w stanie poznać. Czy był świadkiem próby porozumienia? Czy tylko swoistego "lustra", jakie ukazała człowiekowi inna cywilizacja? Jesteśmy podobni do jeńców uwięzionych w jaskini, zwróconych twarzami do jej wnętrza. Z tego, co dzieje się na zewnątrz, możemy widzieć jedynie cienie. Znamy tylko rzeczy, a te są cieniami idei.

Czy jesteśmy sami we Wszechświecie? To pytanie od zarania dziejów towarzyszy człowiekowi wpatrzonemu w gwiazdy. Spragnionemu socjalnego dialogu. Wymiany doświadczeń. Zaspokojenia ciekawości. Poznania.

"W fizyce istnieje termin eksperymentu myślowego. Chciałbym przenieść go na pisarstwo, na literaturę. Jedno z najbardziej fascynujących zagadnień polega na tym, czy możemy wykroczyć poza człekokształtny tryb myślenia, czy też jesteśmy, jako gatunek, zamknięci naszą antropologiczną, ludzką normą myślową i językową" - pisał Lem w 1974 roku.

A zatem: czy możliwe jest międzygwiezdne "porozumienie"?

"Nie" - odpowiada Lem. Po pierwsze dlatego, że na drodze obiektywnego poznania nie możemy wyjść poza nasze wyobrażenia, nie wnikniemy do wnętrza obserwowanych zjawisk. Imperatyw Immanuela Kanta rozszerza Lem o kolejne przesłanie: obarczeni naszą wizją świata, tak naprawdę poszukujemy samych siebie, "lustra", które odbija nasz antropocentryzm.

Dialog cywilizacji jest niemożliwy, ponieważ Kosmos jest zdeterminowany optyką narzędzi poznawczych Obserwatora, a Partnerzy zostają uwięzieni w swoich zamknięciach kulturowych.

"Mamy się za Rycerzy Świętego Kontaktu. Lecz nie szukamy niczego prócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Chcemy znaleźć własny, wyidealizowany obraz: to mają być cywilizacje doskonalsze od naszej, w innych spodziewamy się ujrzeć wizerunek naszej prymitywnej przeszłości" - twierdzi dr Snaut (Solaris, 1961).

Co więcej: nie wiadomo, czy inne cywilizacje przechodzą podobne etapy ewolucji jak na Ziemi. Natura - uważa Lem - mogła przecież wytworzyć i zapewne wytworzyła nieskończone ilości form życia, a Ziemianie są tylko jedną z takich projekcji. Cała nasza wiedza opiera się na swoistej rezygnacji, skoro tak naprawdę nie wiemy, jaka jest natura otaczających nas rzeczy.

I wreszcie, gdyby doszło do takiego "kontaktu", to co zaoferowałby człowiek Innym? Wymianę doświadczeń, wiedzy? Bzdura. Nie szukamy jej poza Ziemią. Antropocentryzmem przeniknięte są nawet wytwory naszej kreacji. W Fiasku (1987), w Bajkach robotów (1964) Lem ujawnia coś niezwykle ważnego: w szaleńczym wyścigu technologicznym człowiek konstruuje myślące maszyny, ale te roboty myślą i przeżywają świat również w antropocentryczny sposób. O jakim doskonaleniu mowa, skoro myślące mózgi podpowiadają człowiekowi zniszczenie obcych cywilizacji, kierując się tymi samymi destrukcyjnymi pobudkami, co ich kreatorzy? Czy z tego piekła jest wyjście?

2.

"Człowiek jest skażony niedoskonałością". Te słowa Boga zostały zapisane w Starym Testamencie.

"Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości" ("Przymierze Boga z Noem", Pismo Święte, Pallottinum, Warszawa 1990)

Natura człowieka jest zła. Jak pisze Lem, "ewolucja wstrzykuje nam niejako radosną gotowość życia i dojrzewania, a gdy zaczyna się dostrzegać zło, człowiek powoli smutnieje". W miarę poznawania świata, a także wejścia w kulturę - stajemy się coraz bardziej pochmurni i nieszczęśliwi. Losów człowieka - zdaniem Lema - nie determinuje prometeizm, bo nawet i on jest dwuznaczny, skoro "prometejskim ogniem podpala się domy i miasta". Losy człowieka to dzieje niszczenia, gwałtów, wykorzystania sił postępu nie tyle dla dobra społecznego ile dla zniewolenia i destrukcji. To pewna "stała rozwoju" na planecie Ziemi. Jeśli człowiek posiądzie broń masowego rażenia, to bądźmy pewni, że kiedyś tej broni użyje. Pesymizmu dopełnia fakt, że Lem zdaje sobie sprawę z faktu, iż postępu technologicznego zatrzymać nie można, że jesteśmy jego zakładnikami i że im jest szybszy, tym szybciej zmierzamy do zagłady.