Wojciech KudybaTrzy słowa o Różewiczu
Jakie to słowa? I czemu tylko trzy? Ta książka już od paru ładnych miesięcy leży w moim pokoju wśród tych, na które natrafia się wzrokiem w najmniej odpowiednim momencie; których nie da się zbyć machnięciem ręki; które uwierają i prowokują do myślenia. Mane, Tekel, Fares. Jej autorem jest Józef Ruszar1.
Więc czemu tylko trzy? I to akurat niewymyślone przez Różewicza, ale takie, które - jak podaje Księga Daniela - zobaczył przerażony Baltazar, król Babilonu. Może zresztą było trochę inaczej. Może naprawdę to nie on je zobaczył, ale to one go zobaczyły i wydały o nim sąd. Jak tłumaczy nam biblijny autor, pierwsze z nich oznacza przecież: "policzył Bóg i zakończył dni królestwa twego". Dalej było już tylko gorzej: Tekel - "zostałeś zważony i znaleziony zbyt lekkim". Fares - "rozdzielone jest królestwo twoje i oddane Medom i Persom". Trudno przypuszczać, że nie znał ich znaczenia autor wiersza serce podchodzi do gardła, gdy kończył swój utwór słowami: "moja głowa / rozleciała się na cztery strony świata / na ścianie zobaczyłem / napis Mane Tekel Fares / w Babilonie nóż na gardle człowieka". Jeszcze trudniej nie zauważyć, że interpretator tego i wielu innych tekstów Tadeusza Różewicza rozpina swój wywód na kanwie biblijnego archetekstu, a rozmaite postacie i sytuacje ze Starego i Nowego Testamentu ustawia w roli zwierciadła, które ma ukazać twarz Różewiczowego bohatera.
Byłbyż więc on naprawdę Kainem? Zabójcą swego brata? Odpowiedzi dostarcza analiza Lamentu - obszerna, uwikłana w wiele kontekstów (zwłaszcza biograficznych) wypełniająca cały pierwszy rozdział. Kto jednak pohamuje się w tym momencie przed odruchem znużenia? Któż zdoła powstrzymać westchnienie, że znów ten biedny Lament, znów ten smętny tekst przepuszczony tyle razy przez rozmaite interpretacyjne wyżymaczki na użytek licealnych lekcji języka polskiego, tak często stemplowany dobrze brzmiącymi sloganami... Tymczasem czeka na nas niespodzianka: pod piórem Ruszara liryk znów nabiera mocy, znów zachęca do dyskusji. Bo, jak czytamy, "z początkowych słów Lamentu można by [...] wywnioskować, że samooskarżenie wypowiada nie jakiś partyzant walczący w obronie najbliższych i swojego kraju, ale raczej żołnierz Waffen-SS, który nagle zrozumiał, że przez pięć lat był mordercą. Penitent nie zasłania się żadnym prawem ludzkim czy boskim, teorią wojny sprawiedliwej lub prawem do obrony własnej. Nic nie wskazuje także, by stosował maksymalistyczne zasady ewangelii nakłaniające do niesprzeciwiania się złu lub skrajnie interpretował przykazanie "nie zabijaj"" (s. 32). Trudno o lepszą prowokację do wmyślenia się w Różewiczową skargę.
Krystyna Czerni "Piec ognisty zwątpienia". Fenomen Ryszarda Przybylskiego (1928-2014)
"Miał niezwykle fascynującą, zaskakująco bogatą osobowość. Rozporządzał tą niezwykłą mądrością, którą posiadają tylko ludzie głęboko doświadczeni przez historię i jednocześnie wspaniale oczytani. Którym wiedza historyczna pozwala lepiej rozumieć własną epokę, a znój współczesnego życia pogłębia znajomość dawnej kultury. Kiedy trzeba, był spokojny i z godnością czekał na każdy cios. Kiedy trzeba, był gwałtowny i niecierpliwy. [...] Niekiedy bywał niesprawiedliwy. Zawsze był szlachetny. Dlatego nie można go było nie kochać. Był stronniczy, śmiały i jednocześnie godny. Dokonał ogromnego dzieła"1. Te słowa, dedykowane pamięci zmarłego właśnie Marka Żywowa - wybitnego znawcy literatury polskiej i jej tłumacza na język rosyjski - zapisał w 1962 roku trzydziestoczteroletni wówczas, początkujący badacz literatury Ryszard Przybylski. Najważniejsze książki i dokonania były jeszcze przed nim, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że to czułe, a zarazem patetyczne epitafium wyznaczało także pułap jego osobistych planów i ambicji. Dlatego te słowa można także zapisać w nekrologu zmarłego z górą pół wieku później ich autora.
Ryszard Przybylski, urodzony 1 czerwca 1928 roku w Równem na Wołyniu, zmarły 10 maja 2016 roku w Warszawie, był historykiem literatury polskiej i rosyjskiej, profesorem Instytutu Badań Literackich PAN, tłumaczem, myślicielem religijnym i filozofem kultury - jednym z najwybitniejszych polskich humanistów drugiej połowy XX wieku. Dzieciństwo i młodość spędzone na Wołyniu, w otoczeniu różnych tradycji i narodowości, wyposażyły go w otwartość i niegasnący sentyment do wielokulturowości, ze szczególnym uwzględnieniem kultury rosyjskiej. Eseje Przybylskiego weszły do kanonu polskiej kultury, każda jego książka była wydarzeniem, wzbudzając emocje i kontrowersje, budząc światopoglądowe i ideowe spory, a także stając się przewodnikiem kolejnych pokoleń intelektualistów.
Jeśli wierzyć słynnej maksymie greckiego historyka, Dionizjusza z Halikarnasu: "Styl to człowiek" - mało komu można by ją przypisać z takim przekonaniem, jak właśnie Przybylskiemu. Profesor wypracował oryginalny, niekonwencjonalny styl, będący połączeniem ogromnej erudycji i osobistych emocji, dyscypliny naukowej i literackiej dezynwoltury. Swoje przekorne, nierzadko bulwersujące tezy - dotyczące zawsze spraw zasadniczych, ideowych, wykraczających poza historię literatury - formułował w sposób atrakcyjny dla czytelnika, pisząc porywająco i jasno o sprawach trudnych i nieoczywistych, zderzając patos z ironią, tragizm z groteską, wylewną uczuciowość z trywialnością i dosadnością języka. Już po jego śmierci Maria Janion nazwała go "wirtuozem myśli nieposkromionych"2.
Przybylski pisał nie tylko o tym, co przeczytał, ale przede wszystkim o tym, co przeżył i co dotknęło go osobiście. U źródeł jego pisarstwa zawsze było wzruszenie, przeżycie - stąd styl: emocjonalny, silnie wartościujący, nie kryjący wstrętu ani zachwytu. Stąd żarliwość i pasja, ostre, niekiedy ryzykowne sądy, słynne jeremiady i anatemy, które miotał w kaznodziejskim niemal uniesieniu.
Jak trafnie zauważył Dariusz Czaja - "dla Przybylskiego humanista to nie jest urzędnik nauki, wyniosły badacz, ani nawet przenikliwy analityk. To raczej ktoś, kto przychodzi do tekstu z własnymi pytaniami, z własnym bólem i z własnymi ciemnościami. To ktoś, kto nie wie (przecież gdyby wiedział, toby nie pytał!) [...]. Tylko humanistyka uprawiana z żarliwością ma jakikolwiek uchwytny sens, teksty pisane bez wewnętrznego ognia i poznawczej namiętności prędzej czy później okażą się masą upadłościową tej czy innej dyscypliny"3. Uznany za czołowego przedstawiciela metody hermeneutycznej w polskiej krytyce literackiej - Przybylski rozumiał hermeneutykę szeroko, jako aktywne uczestnictwo w kulturze, rodzaj więzi z przodkami, "pozaczasową, wielką rozmowę". "Biblioteka to Pola Elizejskie, a czytanie to rozmowy z umarłymi - tłumaczył na spotkaniu autorskim w 1983 roku. - Nie interesuje mnie prawda naukowa o tekście. Interesuje mnie to, co Stary Testament nazywa mądrością. Tego szukam w literaturze, albowiem oni nie pisali dla uczonych, którzy popisują się sprawnością jakiejś wypichconej przez siebie naukowej metody badań. Literatura to przesłanie do najzwyklejszych ludzi i trzeba ją tak czytać, jak czytają ją najzwyklejsi ludzie"4.
Model krytyki rozumianej jako "ćwiczenie duchowe" kazał Przybylskiemu stawiać literaturze własne, egzystencjalne pytania, szukać jej związków z życiem. Stąd jego głębokie przekonanie, że postulat "humanistyki obiektywnej" jest urojeniem, stąd żywiołowa niechęć do metodologicznych nowinek i schematów. W swojej praktyce pisarskiej i interpretacyjnej Przybylski przeciwstawiał się wszelkim utopiom naukowej ścisłości, prowadzącym do jałowości refleksji i monotonii rezultatów. Idolatrii bezosobowych metod, takich jak strukturalizm czy neoformalizm, które stwarzały rozdźwięk między czytaniem badaczy a czytaniem ogółu - przeciwstawiał hermeneutykę jako myślenie medytujące, żywą refleksję nad tekstami kultury, lekturę osobistą, angażującą czytelnika. Swoje metodologiczne credo sformułował bardzo wcześnie, przy okazji polemiki wokół artykułu o Albercie Camusie: "Wyznaję pogląd - pisał w 1958 roku - że ustalający, spokojny, informacyjny, wyważony artykuł nie jest jedynym gatunkiem krytycznym, do jakiego ma prawo publicysta. Szanuję gust mojej oponentki, ale nie jestem w stanie się mu podporządkować. Osobiście o wiele bardziej cenię krytykę zaangażowaną uczuciowo, nawet impulsywną, skazaną poniekąd na dezaktualizację"5.
Janusz DrzewuckiŻycie daje nam te same myśli
Ryszard Przybylski, Tadeusz Różewicz: Listy i rozmowy 1965-2014. Podała do druku, opracowała i wstępem opatrzyła Krystyna Czerni. Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2019, s. 612.
1. Ilekroć czytam tekst znanej mi osobiście pisarki, znanego mi osobiście pisarza, tylekroć słyszę jej lub jego głos. Raz wystarczyło mi usłyszeć czytającą swoje wiersze Wisławę Szymborską, raz udało mi się w moich czasach studenckich zamienić z nią w legendarnym domu pisarzy przy ulicy Krupniczej w Krakowie kilka przelotnych zdań, abym, gdy czytam jej poezje, miał wrażenie, że nie tyle czytam poetkę, ile jej słucham. Nie inaczej w przypadku twórczości Ryszarda Kapuścińskiego, którego miałem zaszczyt i szczęście znać osobiście przez wiele lat, chociaż po prawdzie nigdy nie słyszałem, aby na jakimkolwiek spotkaniu autorskim czytał fragmenty swoich reportaży. Ale z licznych rozmów z nim na mansardzie domu przy ulicy Prokuratorskiej w Warszawie znam doskonale tak wielce charakterystyczny timbre jego głosu. Kiedy dzisiaj czytam - niezależnie od tego, czy jest to Busz po polsku, czy Podróże z Herodotem - ciągle słyszę go wyraźnie; tyle lat po jego śmierci.
Tadeusza Różewicza znałem przez ćwierć wieku. Dzięki temu, że dopuścił mnie do bliskiej znajomości, a nawet zażyłości, której nie śmiem jednak nazwać przyjaźnią, rozmawiałem z nim przez te lata wielokrotnie, bywało, że raz na tydzień - i telefonicznie, i face to face. Nie raz i nie dwa, i nie trzy - słuchałem, jak podczas spotkań z czytelnikami czytał swoje wiersze, poematy, a nawet krótkie szkice. Ilekroć brałem do ręki nową jego książkę, tylekroć w trakcie lektury słyszałem, jak wypowiada poszczególne słowa, kolejne zdania, strofy. Ryszarda Przybylskiego poznałem przez Różewicza, któremu towarzyszyłem kilka razy podczas wizyt u profesora w jego mieszkaniu przy Akermańskiej w Warszawie. Parę razy odwiedzałem go sam, dzwoniłem do niego. Nigdy nie słyszałem go czytającego swoje błyskotliwe i erudycyjne eseje - a jednak gdy dzisiaj wracam do jego rozpraw i studiów, zawsze słyszę jego głos. Mógłbym spróbować opisać ich głosy - Różewicza i Przybylskiego - ale jednak nie spróbuję, nie zrobię tego. Wiem, że w którymś momencie zabraknie mi słów, a nawet jeśli nie zabraknie, to i tak mój opis nie będzie się zgadzał z tym, co ciągle słyszę: jak ze sobą rozmawiają, jak się nawzajem przepytują, czasem żartem, czasem jak najbardziej poważnie.
Od ich głosów nie jestem w stanie się uwolnić, ale też uwolnić się nie chcę, gdy czytam ich obejmującą - bagatela! - pół wieku korespondencję. W trakcie lektury słyszę ich, jakby do siebie nie tyle pisali, co mówili, ze sobą rozmawiali. Gdy mniej więcej w połowie tego opasłego tomu trafiłem na zdanie Przybylskiego: "[...] widzieć i słyszeć. Dotychczas, kiedy czytałem tekst znajomej osoby, zawsze słyszałem jej głos. Ciebie również widzę. I bardzo przypadł mi do gustu ten styl, który - jak odczuwam - jest objawem "ja" w sposób naturalny, najprostszy" (3 maja 1999 roku), utwierdziłem się w przekonaniu, jakie żywię od dawna: jeśli w trakcie lektury jakiegokolwiek tekstu, w tym także tego użytkowego, jakim jest przecież list, słyszę głos jego autora i nadawcy w jednej osobie, traktuję to jako rękojmię jego autentyczności i szczerości; chociaż zdaję sobie sprawę, że zajmując się literaturą, nie wypada pojęciem szczerości przesadnie szermować.
Dariusz BitnerWędrowiec
...Próbował chwycić roztrzepotane ptaszysko, kilka kartek wyfrunęło na bok, okładka, jak zmęczone skrzydła, machnęła raz i drugi. Nie zdążył podnieść ręki, Kajet przeleciał obok jego głowy. Zachrzęścił kręgosłup, gdy przekręcił odruchowo tułów, wyciągając rękę.
Nieproszeni goście zniknęli bez śladu.
Leżał na łóżku, trzymając w objęciach swój wehikuł w czarnej okładce. Przepełniało go uczucie tryumfu. Tak rozległej, bezgranicznej satysfakcji, że aż otaczało go białe światło.
W nieskończoności
Można wszystko. Gdy już dojdzie się najdalej, wespnie najwyżej, wszystkie niemożliwości pokażą swoją uległość, a czas zniknie. To, co było, wciąż będzie, to, co nadejdzie kiedyś, będzie teraz. Będzie wciąż. Więc wszystko zależy od ciebie. Ode mnie wszystko zależy.
Eugeniusz notował jedynie skrótowe słowa. Całość jest jednością. C=1. Panuje bezruch. Pb. Święte aureole, prawda z prawieków. ŚwAu-Pra2x. Zawarł w tym zapisie też zasadę prawa mechanizmu kul. Kula, doskonałość z czasów starożytnych, tak doskonała, że nikt nie miał czelności budować kulistych pomników. Totalna równowaga wszechświata, zakłócana wyłącznie przypadkową destabilizacją. Ana/Aba. Odkrycia archeologiczne, niczego nie wyjaśniające, pozostające zagadką samą w sobie. Efekt zapętleń lub wirów czasu. Zatopione posągi o niewyjaśnionych przez racjonalny umysł kształtach, zaginione w przestrzeni cywilizacje, ślady Atlantydy, będące znakiem z przyszłości, czasów, które nadejdą, a jednocześnie już były. UA, czyli Uniwersum Atlantydy. Każda myśl jest słuszna, każda sprzeczność buduje nowe wartości. Bez końca. Bez początku. Bez środka. 3×B. Zasada Stephena Hawkinga, regulująca czas i wszechświat, ustalająca niezmienną kolejność: przyczyna, potem skutek, jest odwracalna. P-S ?. Tajemnicze miejsca na Ziemi, Rów Mariański. Tajemnicze przedmioty, spotkania z niezwykłymi istotami, domniemane lub udokumentowane spotkania z obiektami w przestrzeni nad Ziemią i w kosmosie. [a-c-b]. Kłębowisko energii, niewyobrażalne, stwarzające iluzję miejsca i czasu, materii i ducha.
Możliwości ludzkie są ograniczone. Możliwości energii nie mają ograniczeń. Trzeba więc opanować energię. Mądrość ezoteryczna, duchowość. Wstąpić w doskonałość energii, ale po śmierci. Po odrzuceniu powłoki ciała. Mózgu. Umysłu i emocji. Nieskończoność jest stanem powszechnym. ?. Żyjemy na skraju nieskończoności, poza jej obecnością, dopiero umysł negujący materię przeskakuje do bezmiernego oceanu, jakim jest nieskończoność. Jeśli jest. Wątpienie to kula u nogi. Trzyma nas w głębokim parowie, w piaszczystej pułapce. Zniszczyć wszelką wątpliwość, usunąć ograniczenia. Łatwo powiedzieć. Zapisał to tak: W=N. Wiedział, co muszą przypomnieć mu ten i inne skróty, gdzie ma podążyć myśl. Nad czym myśleć. Co pamiętać.
- Genuś, zapomniałeś?
Ocknął się, nabrał powietrza. Jak zwykle udawał, że jest obecny duchem i w pełni panuje nad sobą, chociaż prawdopodobnie zasnął na chwilę. A już na pewno zamyślenie wyłączyło go z rzeczywistości.
- Półeczkę miałeś zawiesić, obiecałeś. Miałeś... Genusiu...
Prawie miesiąc temu, z jej inicjatywy, kupili w markecie budowlanym deskę, którą im od razu przycięli do odpowiednich rozmiarów, i niezbędne, gotowe już wsporniki. Reszta była prosta.
- Tu ją zawiesimy - powiedziała Marcelina, dotykając palcem ściany przy wersalce. Potrzebowała jej dla doniczek z paprotkami i z asparagusem, i jednym skrzydłokwiatem, może i jeszcze geranium się zmieści.
- Ale gdzie dokładnie? Nad wersalką?
- Tak, tu... część nad wersalką, a część na stołem.
- Dobrze, Marcelko.
Obiecał, to prawda. Prosta robótka. Ale zapomniał. Jakoś też nie miał nastroju. Siedział w fotelu przed telewizorem. Nie oglądał, stwarzał tylko takie pozory, oczy miał przymknięte. Zatopiony w rozmyślaniach albo we śnie. W płytkiej, lecz niezwykle soczystej drzemce. Na stoliku obok - wystygła herbata w jego ulubionej filiżance. Zawsze wypijał całą jej zawartość na jednej sesji, kilkoma tęgimi łykami. Tak lubił najbardziej. Nie uznawał innej procedury pod nazwą "wypicia herbaty", nie bawiło go siorbanie wrzątku z wierzchniej tafli płynu, gdzie stygł w pierwszej kolejności. Zupełnie wzgardzał popijaniem herbaty letniej, a letniość następowała tuż po temperaturze idealnej, tej do łyknięcia wszystkiego na raz. Dwa-trzy. Jednak, przyznać trzeba, letnią, a nawet chłodną popijał dla świętego spokoju, dobra sprawy czy jak tego nie nazwać, dla zaspokojenia potrzeby popijania, gdyż herbata zaparzona winna być wypita, skoro już jest. Popijanie realizowało powyższą maksymę, nie należało więc zaparzać nowej, dopóki nie wyssało się resztek gorzkiej esencji z herbacianych fusów przyklejonych do dna. Inna rzecz, że od dawna, od pewnego czasu, herbata w filiżance niezmiennie stygła, nim sobie o niej przypomniał.
- Ja wiem, że to nie twoja zła wola, wiem, Genuś, wiem, że jesteś zmęczony.
- Zawieszę, to naprawdę nie jest problem.
- Ale może byśmy to jakoś zbadali, bo ty tak dużo śpisz, tak zapadasz się głęboko, czasem trudno cię obudzić. Kiedyś tak nie było chyba?
Odpływał na delikatnej, czułej fali, łódka unosiła dziób do góry łagodnie, kolebała na prawo i lewo, siedział w zamyśleniu, drzemał, nie miał do tego serca, cierpliwości, po prostu zapominał o półeczce, chociaż całkiem uczciwie chciał ją dla Marceliny powiesić. Lubił, gdy była zadowolona, zwłaszcza z takich prozaicznych powodów. Tym bardziej że tak pięknie okazywała wdzięczność, jak gdyby dla niej zabił smoka trzygłowego. A jednak półeczka...
- Przysnąłem - sapnął, przetarł oczy. - Dziś już nie będę hałasował, wieczór blisko.
Marcelina tylko pokazała mu czuły uśmiech. Ach, Marcelina... Uśmiech wyrozumiały.
Wciąż zapominał, coraz więcej zapominał. Marcelina. Bagatelizował to, a ona cierpliwie otulała go matczyną wyrozumiałością, ach, Genuś, Genuś.
Zapominał płacić na czas rachunki, zapominał, po co poszedł do sklepu, gdy zapisywała mu na kartce, zapominał ją zabrać. Nie pamiętał tego, co było poprzedniego dnia na obiad, nie mógł sobie przypomnieć słów, istotnych dla jakiegoś wywodu, przerywał mówienie, poszukując właściwego określenia i nieoczekiwanie zapominał, o czym mówił, a nawet, że mówił w ogóle. Odlatywał w błogość. Ciepłą obojętność. Tam było lepiej.
O dziwo jednak, nigdy nie mówił dwa razy tego samego. A przecież prowadził takie życie, że mógłby po raz kolejny opowiadać anegdotę albo zdarzenie, albo i myśl jakąś, szczególnie według niego zabawną, czy wreszcie pasujące akurat do opowiadania w gronie bliskich czy znajomych, jakieś zabawne wspomnienie. Tylko raz mówił.
Nie powtarzał anegdot, opowieści o czymś niezwykłym, nawet te same zbitki wyrazów niepokoiły go na tyle, że unikał ich, a gdy użył z rozpędu, w zapalczywości, od razu ostentacyjnie zaznaczał ich niestosowność, nieelegancję powtórzenia. Męczyły go spotkania z ludźmi, którzy potrafili opowiadać jedno i to samo przez miesiące, wciąż i wciąż, nierzadko, gdy spotykał ich po roku, dwóch, mówili dalej to samo, z entuzjazmem i pieczołowitością, jakby odsłaniali właśnie nieznane, tajemnicze historie, które dopiero teraz mogły ujrzeć światło dzienne. Z takimi ludźmi zrywał kontakty. Zadręczali go opowieściami, które słyszał właśnie od nich, i nie zamierzali odstąpić od szczegółowej narracji, nawet gdy usiłował przerwać im słowami: tak, tak, mówiłeś wczoraj, wiem, mówiłeś tydzień temu, wiem, że to, tamto i owamto, mówiłeś już kilka razy. Tak? Mówiłem? Rozmówca ignorował go. Bo, uważasz, wtedy... i kontynuował całkiem banalne anegdoty do końca, do tej samej puenty. Oto więźniowie czasu, zapętleni w swoich myślach i wspomnieniach. Oto ci z doskonałą pamięcią, niestrudzeni w odtwarzaniu, powtarzający wszystko do znudzenia, może na tym właśnie polega doskonała pamięć. Tak więc inni, ci z doskonałą pamięcią, powtarzali wszystko do znudzenia, może na tym właśnie polega doskonała pamięć, nie na tym, by pamiętać, że wszystko zostało powiedziane.
Zapomniał, Marcelina już nie miała o to pretensji.
Zapomniał o opłatach, o obietnicach, zapomniał, po co poszedł do sklepu; wstawał od stołu i nawet nie zrobił jednego kroku, bo zapomniał, po co wstał. Postał chwilę i siadł. Marcelinę w końcu zaczęło to wzruszać.
- Pamiętam, maleńka, pamiętam o tej półeczce. To raz-dwa, w sobotę przed obiadem, ile to czasu, pół godzinki, godzinka, nie dłużej. Pójdę pobiegać, zanim się ściemni.
Dominika SłowikNawet
Ostatnio pewien znany publicysta napisał w swojej zagranicznej relacji, że "reżimowi nie udało się zastraszyć nawet 14- i 15-letnich dziewczynek". NAWET. Nawet dziewczynek!
Bo, jak wiadomo, jeśli trzeba by sobie wyobrazić w imię retoryki - szybko, przecież relacja niemalże na żywo - najbardziej tchórzliwą, najniewinniejszą, najsłabszą istotę, to redaktorowi do głowy przychodzi oczywiście czternastolatka.
Tak się składa, że między piszącym te słowa dziennikarzem a czytającą mną jest jedna fundamentalna różnica - jedno z nas było kiedyś czternastoletnią "dziewczynką". I chociaż działo się to już prawie dwie dekady temu, ciągle całkiem sporo pamiętam, bo, proszę mi uwierzyć - bycie nastoletnią dziewczyną we współczesnym świecie wymagało i wciąż wymaga niemałej odwagi.
Widzę dzisiaj na protestach te dziewczyny - tak, dziewczyny, nie dziewczynki! - mądre, dzielne, empatyczne, w sytuacjach opresji ryzykujące zwykle więcej niż chłopcy i mężczyźni (przemoc cielesna, którą dyscyplinuje się kobiety, ma inny wymiar niż ta stosowana wobec heteroseksualnych mężczyzn i wszyscy doskonale o tym wiemy). Wygadane dziewczyny w Internecie, świadome własnych praw, gotowe bronić praw innych, obyte z najnowszymi technologiami i trendami, zdolne ośmieszyć wszelkie rzekome autorytety (wiwat k-poperki!). Aktywistki, sygnalistki, działaczki, obywatelki.
Język jest ważny, kreuje ramę naszej rzeczywistości - a jeśli ktoś nie dowierza mi, prozaiczce, niech poczyta sobie wydaną niedawno przez Karakter niezwykle ważną książkę autorstwa Caroliny Criado Perez Niewidzialne kobiety.
Na podstawie liczb i przykładów, ukochanych tak przez wszelkich moich adwersarzy statystyk, w oparciu o wiele badań i szczegółowych opracowań Criado Perez pokazuje, w jaki sposób męskoosobowa narracja o świecie formuje nieprzyjazną i dyskryminującą dla kobiet rzeczywistość. Jedną z wielu odnóg tego problemu jest brak kobiet w narracjach historycznych - niewiele jest kobiet-bohaterek, kobiet-postaci historycznych. Czy dlatego, że ich nie było? Połowy ludzkości nie było?
W Polsce doskonałym przykładem jest historia "Solidarności". Uczono mnie o "Solidarności" na lekcjach WOS-u i historii. Dorastając, słuchałam rozmów dorosłych przy imieninowych stołach, debat w telewizji, kłótni w stacjach radiowych, czytałam artykuły w prasie, wywiady - to przecież wciąż była taka świeża sprawa - i nabierałam przekonania, że "Solidarność" tworzyli właściwie sami mężczyźni. Dopiero będąc już dorosłą kobietą, odkryłam, że czołowe solidarnościowe działaczki, w wielu aspektach fundamentalne dla rozwoju ruchu, zostały już w 1989 roku skrupulatnie wyrzucone poza nawias głównych wydarzeń, a potem trzymane w ryzach marginalnej narracji o "kobietach w "Solidarności"", jak w apendyksach do "głównego", męskiego ruchu.
I gdy ktoś na bieżąco, oglądając z bliska dramatyczne protesty na ulicach, niemal automatycznie używa tego słówka "nawet", a potem jeszcze upupiającego zdrobnienia (czy o czternastoletnich chłopcach redaktor napisałby, że "reżimowi nie udało się zastraszyć nawet 14-letnik chłopczyków"?) - to jest to ten początek, kiedy dziewczyny wymazuje się z głównego nurtu i przerzuca na stronę przypisów, a jeśli ktoś się o nie upomni, jak zwykle usłyszy wtedy, że "to temat zastępczy" i "akurat im te zaimki [sic!] pomogą".
O tak, te "zaimki" nie tylko im pomogą - nam wszystkim pomogą.
W czternastoletnich dziewczynach cała nadzieja.
Miłosz WaligórskiPrzeciwko. Z
Canetti : Fiodorow : Wogułow : Miłosz : Topol
Śmierć to skandal! Trudno się nie zgodzić, lecz jeszcze trudniej na tym poprzestać. Bo od razu do muru przypiera pluton pytań. OK, spełnimy marzenia, umorzymy ją, uspokoimy, jak On, gdy rozkazał wichrom i jezioru - ale co dalej? Będzie nas coraz więcej. Rozum przestanie być sejsmografem prawd uniwersalnych, Bóg rzuci w diabły zadanie wszechczasów, miłość zerwie z poezją, a poezja, utraciwszy perspektywę eschatologiczną, przejdzie na stronę twierdzeń. I nikt już nie napisze "W moim początku jest mój kres". Rację istnienia stracą podróż i przekład. Krajobraz zostanie zachwaszczony sensem. Naraz zrobi się gorąco. Przy udziale szalonego inżyniera Wogułowa wysadzimy Himalaje i ogrzejemy wieczną marzłoć. Globalne ocieplenie wskrzesi dodatkowo sto miliardów ludzi. W jakiej postaci wyjdą ze skorupy i z płaszcza? Użyją dostępnej na pasku DNA opcji reload i złożą się sami, z pieśnią na ustach przeciwko śmierci, albo im w tym dopomożemy, sklecimy ich tak, jak robiły to Lekarka i Karla w Drodze do Bugulmy Jáchyma Topola - zszywając atomy do taktu czczej gadaniny. Nikt nie zapyta, czy chcą tej powtórki, nikt nie pomyśli, czy warto ich budzić. Miejsca ubędzie, nas przybędzie. Sto siedem i pół miliarda żywych ludzi na kuli kulącej się z przegrzania. Stłoczeni na szmatce Ziemi, na przestrzeni dziejów, bez chwili do stracenia. Z nadzieją spojrzymy na Marsa, na Księżyc. Czym tam dolecieć? Raczej nie trabantem. Czterysta tysięcy kilometrów od Ziemi. Ćwierć miliona mil. Pomijam szczegół, jakim jest wyjście z atmosfery, przebicie błony, która chroni brud Hominis fetoris przed najczystszą czernią. Z tylu osób można zbudować żywą drabinę i oprzeć ją o Słońce, a co dopiero o Czerwoną Planetę czy Srebrny Glob. Na dole zostaną gapie, dziesięć milionów gapiów. Policzyłem ich na palcach wszechrąk:
Homera, Brodskiego, Stryjkowskiego, Wittlina, Marinettiego, Miłosza.
A Bóg ma tylko jeden palec, liczy do jednego. Dlatego trzeba się spieszyć. (Księżyc ma czas, Mars też, my go nie mamy). Bo jakie znamy alegorie Ziemi, co para się z przeludnieniem? Jej powierzchnia, jak skóra, w paroksyzmie duszących uścisków strząsa z siebie obce ciała. Stwórca, chcąc uwolnić świat od nadmiaru dusz, rozpętuje surowcochłonną wojnę. (Człowiek to brykiet z biomasy. Z człowieka można robić nowe cegły. Z cegieł wznosi się budynki. Budynki się burzy. I od nowa). Jak to czyni? Prosto, kobietą. Tagowi z Austerii - powieści, będącej apologią zamyślenia, bezruchu w zawierusze - Wielki Buchalter zsyła Jewdochę, Ukrainkę od krów i od kreciej roboty sumienia. Cierpiącemu "za francuskie grzechy pradziadów" Piotrowi Niewiadomskiemu z Soli ziemi Zeus (nie mylić z Franciszkiem Józefem) nastręcza sierotę Magdę. Niewiadomski, który jej nie kocha - za to rzeczy martwe tuli tak, jak tonący tuli koło ratunkowe, kiedy rzuci mu się je w niepokonany nurt - żyje z nią na wiarę, czyli na kocią łapę. Nie ma pojęcia, że właśnie w ten sposób, "na łapkach kota", nadchodzi kres kresów. Tak oto wielkie siły wysługują się jednostką, a historia herosów staje się historią niepiśmiennych kobiet. To nimi Bóg krzewi cichy grzech - ten grzech, najgorszy z najgorszych, woła o pomstę do nieba. Gdy świat ma za dużo na głowie, włosy przerzedza mu wojna-fryzjerka, "jedyna higiena świata" (goli tylko tych, co się sami nie golą). Podobnie było z Troją. Kto pamięta? Syn Kronosa posłał Eris, by na stole weselnym Peleusa i Tetydy rozlała nektar, a o posadzkę roztrzaskała naczynia z ambrozją, której zapach ponoć tłumi smród. On wiedział, że w wonnych oparach jedzenia i picia dobrze widać, komu odbija palma pierwszeństwa. Doszło do szarpaniny, prób przekupstwa (weź władzę, sławę, dmuchaną lalę), sądu kapturkowego, a w końcu [...] do wojny.
Orbán - Trump - Platon - Mumonkan - Schrödinger - Lipska
Tak to jest, jak ludziom zachciewa się pokarmu skądinąd. Amwrosia, czyli nieśmiertelność, grozi konfliktem na skalę międzygwiezdną. Najpierw zaczniemy uciekać ku biegunom (i nie pomogą płotki na granicach), potem damy nogę w kosmos, lecz przez jego brzegi też się przelejemy. Co dalej, aż boję się myśleć. Wolę napisać. Kryska, pionowa, z krzyżyka. Poziomą są myślniki, dwukropki... te wieszczki ciągłości. Zapiski, fragmenty, paseczki i strzępki. Kto chce pożyć trochę, zużywać się w takim czy innym tempie, niech stawia na kropkę, na formę zamkniętą. Może być ich wiele, ale nie za wiele, abyśmy nad każdą mogli się pochylić. Albowiem, jak powiada Platon, "z długotrwałego obcowania z przedmiotem, na mocy zżycia się z nim, nagle, jakby pod wpływem przebiegającej iskry, zapali się w duszy światło i zapłonie, już odtąd samo siebie podsycając". Rzeczy nastawione na długie trwanie kotwiczą nas w "zżyciu" - mamy je przeżywać, ale nie w tym pierwotnym sensie. Są rdzeniem rzeczowników, lecz ulgi nie przynosi rdzeń (niezmiennik), tylko to, co go obrasta, skończoność (zmiana). Na śmierć da się, co najwyżej, ogłosić moratorium. Niekonsekwencją, brakiem logiki. W sobie jej nie przezwyciężymy, możemy jednak zbijać ją z trupa. Dawać jej "znaki" gestami wypisanymi z tożsamości. Raczyć ją anty-wskazówkami, żeby jak najdłużej krążyła po manowcach ciała. Mniej więcej tak to jest w koanie, gdzie mnisi spierali się o kota:
Podnosząc zwierzę do góry, Nansen rzekł: - Mnisi, jeśli potraficie znaleźć właściwe słowo, oszczędzę kota, jeśli nie, zabiję go! - Nikt nie potrafił odpowiedzieć i [...] kot został zabity. Wieczorem, kiedy wrócił Joshu, Nansen opowiedział mu, co się wydarzyło. Wtedy Joshu zdjął sandały, położył je sobie na głowę i wyszedł. - Gdybyś tam był - powiedział Nansen - oszczędziłbym kota.
Joshu śmierć przyjmuje do wiadomości, lecz donikądinąd. Wychodząc z sandałem na głowie, krzyżuje szyki ostateczności. Jej triumf jest niepełny. W takim układzie kot staje się kotem Schrödingera, metaforą tych, których nie ma, a są. Jak w wierszu. "Znowu pijemy. / Litr umarłych na stole. / Już nie ma nikogo, / kto jest".
A! Jeszcze jedno. Mówiąc o tym słowie, Nansen blefował.
10/2020
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ: Bohdan Zadura (redaktor naczelny, proza),
Elżbieta Baniewicz (teatr),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),
Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Małgorzata Brodacka (sekretariat)
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6, DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2020 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: Piotr eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl PRENUMERATA NA ROK 2019: Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł; prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł. Wpłaty na konto Instytutu Książki: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 Prenumerata zagraniczna (roczna): ? 60 lub $ 80. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE: GOSKPLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowych opłat. - ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa: Zamówienia na prenumeratę przyjmują zespoły prenume-raty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, - e-mail: prenumerata@ruch.com.pl Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75, www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl