Samuel Tchorek-BentallMonidło
14 maja 2002 roku, dokładnie pięć miesięcy po wypadku samochodowym, z którego uszedł z życiem wyłącznie dzięki niezwykłej czujności swojej córki, Winfried Sebald poleciał z Londynu do Tel Awiwu w towarzystwie Adama Czerniawskiego, tłumacza polskiej poezji i swojego kolegi z Brytyjskiego Centrum Przekładu Literackiego przy Uniwersytecie Wschodniej Anglii w Norwich. Miał nadzieję, że w Izraelu uda mu się zebrać materiały do tekstu o Lipschützu, zmarłym kilka lat wcześniej pisarzu, który, choć był mu znany prawie wyłącznie z paru trudno dostępnych przekładów niemieckich, angielskich i francuskich, od wielu lat go fascynował ze względu na pewne wątki, jak się domyślał, biograficzne, pojawiające się tu i ówdzie w jego utworach. Jeszcze zanim opuścił Norwich, przez wiele tygodni próbował rozpoznać ślady pozostawione przez Lipschütza w archiwach, względnie skromnych, uniwersyteckiej biblioteki. Dowiedział się na początek, że Lipschütz urodził się w Zurychu w roku 1917; ale okazał się ten szczątek informacji całkowicie bezużyteczny, ponieważ w notatkach, które po sobie pozostawił, a które Czerniawski starannie Sebaldowi przetłumaczył, słowem nie wspominał ani o Szwajcarii, ani o Wielkiej Wojnie. Dowiedział się też, że jego rodzina przeniosła się do Krakowa, zanim zdążył przyswoić sobie na trwałe język niemiecki; ale nie mógł dociec, pod jakim adresem zamieszkała ani czym się zajmowała, ani w ogóle czy dobrze jej się tam wiodło, czy źle. Tylko w jednym z zachowanych fragmentów literackich Lipschütz pisał o przedwojennym Krakowie - o ulicach, po których chodzili Tadeusz Peiper, profesor Rafał Taubenschlag i Joachim Metallmann, o manufakturze, sklepach rybnych, sklepikach spożywczych, Tempelu, bóżnicach, drewnianych platformach z okuciami na kołach, Żydówkach sprzedających groch, Żydówkach w karakułach, tłoku, belach towarów, ulicy Miodowej, domach mieszkalnych z klozetami zawsze na zewnątrz, suterynach, jamach i podwórzach wybijanych kostką. A także o pięcioletnim chłopcu i jego siedmiu siostrach, które mieszkały na poddaszu i miały wąskie, długie oczy pływające w niebieskiej glicerynie. Lipschütz nie pamiętał o tym chłopcu wiele, tylko tyle, że wstawał na poranną modlitwę, gdy był prawie świt, kiedy służący z bóżnicy wołali, budząc mężczyzn: "Jidiloch, jidiloch". Gdy usiłował go sobie przypomnieć, nie potrafił. Jego kontury drgały, był przezroczysty, miał wąską rękę, szarą jak u dwuletniego dziecka. Istniał kilka lat na rogu ulicy Bożego Ciała, koło kościoła Bożego Ciała, niedaleko, dopisał Lipschütz, Skałki.
Sebald domyślał się, że matka Lipschütza musiała umrzeć młodo, skoro w jego młodzieńczych zapiskach raz po raz pojawiał się wątek śmierci jednego z rodziców; ale nie potrafił ustalić, w jakim stopniu opierał się na własnym doświadczeniu, kiedy w swojej pierwszej powieści, Niespokojnych, napisał o Emilu, głównym bohaterze utworu, że trzy dni nie pokazał się w domu, gdy dowiedział się o śmierci swojej matki. Ojciec Lipschütza również rysował się jedynie w mglistych konturach. Filip, ojciec powieściowego Emila, zapytany przez syna, jak czuje się człowiek, który niebawem będzie musiał umrzeć, przypomniał sobie, pisał Lipschütz, że choć hitlerowcy cały czas rośli w siłę, to i tak został zaproszony do napisania artykułu o infekcji do "Handwörterbuch der Heilkunde", a w dodatku wyłącznie jego Akademia Umiejętności wysyłała na kongres mikrobiologii w Nowym Jorku; dlatego odnosił wrażenie, że życie jego było pełne i zamykało się jak obwód koła. Ale czym w rzeczywistości zajmował się Samuel Lipschütz, czy istotnie wyjeżdżał do Paryża na zjazdy bakteriologów i czy naprawdę miał na uszach słuchawki radiowe, pod słuchawkami filcowe poduszeczki, a pod poduszeczkami watę zanurzoną w oliwie, gdy w swoim gabinecie stał przy mikroskopie (jak można było przeczytać w Niespokojnych), tego już, dopóki pozostawał w Norwich, Sebald nie był w stanie potwierdzić.
Gdy po kilku dniach bezowocnych poszukiwań w uliczkach Jaffy i blokowiskach Tel Awiwu Sebald znalazł się za namową Czerniawskiego w klimatyzowanej elegancji Jad Waszem, postanowił rozpocząć swoje badania nie od osoby samego Lipschütza, który całkowicie, zdawało mu się, musiał rozsypać się w proch i rozwiać po pustkowiach Ziemi Świętej (co być może wiązało się z poczuciem winy, nigdy przez Lipschütza nie przezwyciężonej, że w trakcie wojny znalazł się tylko we wschodnich obozach, nic niemal nie wiedząc o zachodnich), lecz od jego przedwojennej narzeczonej Idy Elbinger. Gdyby Sebald przyjął, że na stronach Niespokojnych została wiernie sportretowana w osobie Ewy, z palców której, pisał Lipschütz, sypały się iskry w oczekiwaniu, mógłby tym samym uznać, że miał na jej temat stosunkowo liczne informacje. Wiedziałby na przykład, że jej ojciec prowadził sklep w tej samej brudnej i starej dzielnicy, w której mieszkał wraz z żoną i córkami, w której bachory były wyblakłe, złośliwe i mądre, i w której żebracy leżeli w słoneczne dni na trotuarze i spali. Wiedziałby, że jako sześcioletnia dziewczynka Ida Elbinger była tak brzydka i chuda, że trudno było cokolwiek w niej dostrzec poza oczami (choć jakiego były koloru, tego Lipschütz nie zdradził), a starszy pan z sąsiedztwa mógł ją bez problemu obnosić po ulicy w walizce. Pływać, wiedziałby, nigdy się nie nauczyła, ponieważ kiedy tylko wchodziła do wody, robiła się od razu blada i zielona. Wiedziałby, gdzie nad morzem miała swoje ulubione miejsce: pod pewną skałą, gdzie rósł mech. Wiedziałby wreszcie, w jakich okolicznościach zginęła, zważywszy, że w kulminacyjnym rozdziale swojej powieści Lipschütz zawarł opis śmierci Ewy, opatrując go przy tym mottem, którego znaczenia Sebald ledwo się domyślał:
Gwiazdy nad tobą
i gwiazdy pod tobą,
i dwa obaczysz księżyce.
Marcin Cielecki
Czytanie Auschwitz
Dzisiaj tak wydana książka okrzyknięta byłaby przesadą. Brakiem wyczucia smaku. Nadmierną egzaltacją, a może i tanim, teatralnym gestem. Trzech byłych więźniów obozu Auschwitz-Birkenau - Janusz Nel Siedlecki, Krystyn Olszewski, Tadeusz Borowski - pisze książkę, którą wydaje Anatol Girs. Czy to był pomysł Girsa, który też był więźniem Auschwitz, czy kogoś innego - dzisiaj nie sposób stwierdzić. Faktem jest, że część z dziesięciotysięcznego nakładu oprawiono w "pasiaki" wycięte z ubrań więziennych.
Jak to wyglądało? Czy tylko obwiązano książki fragmentem więziennej tkaniny, a może zrobiono obwolutę - trudno o jednoznaczne rozstrzygniecie. Wiadomo za to, że materiał miał naszyty czerwony trójkąt z wpisaną weń literą "P" oraz numerem obozowym Janusza Nela Siedleckiego. Ile było takich egzemplarzy? Prawdopodobnie dziesięć. Dodatkowo kilka z nich przewiązanych było drutem kolczastym. Ilekolwiek by ich jednak było, liczył się efekt książki "ubranej w pasiak" i "za drutami", który zostawał w pamięci. Podobnie jak to, że jeden (a to już wiemy konkretnie, bo policzalnie) egzemplarz oprawiony był w skórę z esesmańskiego płaszcza. Tom ten należał do Anatola Girsa.
Dzisiaj takiej książki pewnie nie wziąłbym do ręki z powodu towarzyszących jej artefaktów zła. Myślę o tym, trzymając wydanych właśnie Byliśmy w Oświęcimiu. Po raz pierwszy ukazali się w czerwcu 1946 roku w Monachium. Nakład był imponujący jak na powojenne czasy, ponieważ wynosił dziesięć tysięcy egzemplarzy. Zapewne wydawca, Anatol Girs (czyli Oficyna Warszawska na Obczyźnie), liczył, że książka, mówiąc językiem dzisiejszym, "chwyci". Z pewnością miał nadzieję na dodruk i kolejne wydanie, zapewne nie ostatnie. Były po temu szanse, ponieważ książka wydana została w amerykańskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Poza tym temat "robił swoje". Oto trzech byłych więźniów pisze swoje świadectwa, a robi to na bardzo wysokim poziomie literackim. Wreszcie: dla człowieka po Auschwitz, a takim był również Anatol Girs, który napisał wstęp i podpisał się także swoim obozowym numerem - 191250 - nie ma rzeczy istotniejszych, ciekawszych, ważniejszych, niż opisać doświadczenie obozu koncentracyjnego. To wszystko, na co liczył Anatol Girs, obróciło się przeciwko niemu. W połowie 1946 roku społeczność międzynarodowa była już znudzona procesem norymberskim, choć zakończyć się miał on dopiero kilka miesięcy później. Po pierwszych ekscytujących wyrokach nadeszło rozczarowanie i znużenie. Trzeba było jeść, pracować, odgruzowywać świat relacji wszelakich, a nie powracać wciąż i wciąż do śmierci. Jeśli się przeżyło, trzeba było mieć zmartwienia żywych, a te dotyczyły życia. Jeśli ocaleni z obozów koncentracyjnych mówili o swoim doświadczeniu, to słuchani byli w pierwszych miesiącach po wyzwoleniu. W kolejnych - nie chciano ich słuchać, zbywano ich relacje, a w wyścigu do życia (pracy, mieszkania, ubrań) często przegrywali z ludźmi, którzy nie dźwigali poobozowych traum, eksperymentów medycznych.
Byliśmy w Oświęcimiu powinni odnieść sukces już wtedy. Tak się nie stało, a ich autorzy rozjechali się. Tadeusz Borowski w maju 1946 roku wrócił do Polski, podobnie zrobił Krystyn Olszewski. Z kolei Janusz Siedlecki wyjechał do Anglii. Anatol Girs w 1947 roku wybrał zaś emigrację do Stanów Zjednoczonych. Nie wyjechał sam; zabrał ze sobą niesprzedany nakład Byliśmy w Oświęcimiu. Jeśli myślał, że to będzie jego kapitał, to nie mógł być w błędzie. Książka może i "nie chwyciła" w powojennych Niemczech, ale musiała się sprzedać w USA. Nie tylko dlatego, że stanowiła unikatowe świadectwo, lecz także z tego powodu, że była to rzecz po prostu wybitna. Amerykańskie społeczeństwo i Polonia amerykańska, wolne od obrazów drutów kolczastych, z pewnością okażą zainteresowanie. Girs nie znalazł jednak przez długi czas pracy, a brak pieniędzy wyznaczył kres wynajęciu magazynu, gdzie przechowywał nakład. Walczył o ocalenie książek aż do roku 1953. Byliśmy w Oświęcimiu, jedna z pierwszych książek o Auschwitz, poszła na przemiał. Wszelka ironia, złośliwy chichot historii, są tu dopuszczalne.
Adam KomorowskiŚnił mi się Franz Kafka
Franz Kafka: Dzienniki. Przełożył, komentarzami i posłowiem opatrzył Łukasz Musiał. Wydawnictwo Officyna, Łódź 2022, s. 592.
Być może naga prawda o świecie jest tak przeraźliwa, że wolimy się mu samodzielnie nie przyglądać. Niekoniecznie, jak twierdził Fryderyk Nietzsche, "potrzebujemy kłamstwa, żeby pokonać "prawdę", to znaczy, żeby żyć". Nie wydaje się możliwe kłamstwo całkowicie zabezpieczające przed chwilami, w których rozpacz nawiedza myśl. Skuteczniejsza jest fragmentacja "przeraźliwego oblicza prawdy". Najbardziej przeraźliwa prawda w momencie opisu/zapisu ulega fragmentacji, sformatowaniu.
Dzięki pismu/literaturze nie musimy się konfrontować z okrucieństwem świata całego, zostaje ono zredukowane do fragmentu. To, co jest poza zapisem, co nie zostało jako okrutne i pozbawione sensu opisane, pozostawia jakąś nadzieję.
Prawdopodobnie to jest powód nieustających powrotów do lektur Ksiąg Hioba i Koheleta, Piekła Dantego, Trenów Kochanowskiego, Pieśni Leopardiego, dramatów Becketta, poezji Celana i Różewicza. W tej konstelacji proza Franza Kafki zajmuje miejsce wyróżnione, potwierdzone niezliczoną ilością coraz to pojawiających się komentarzy i analiz. Kafka należy do tych pisarzy XX wieku, którzy nie tylko są czytani, lecz także sprawiają, że czytani i tłumaczeni są również ci, którzy odważą się o nim pisać.
Wymienienie tylko nazwisk piszących o Kafce myślicieli, krytyków i eseistów polskich i zagranicznych na polski przekładanych, którzy o nim pisali, niepomiernie wydłużyłoby ten tekst. Zadziwiająca jest nie tylko trwająca wiek atrakcyjność lektury jego prozy, lecz także stopień, w jakim wyzwala pragnienie dzielenia się jej doświadczeniem. Nie przypadkiem Kafka jest jednym z nielicznych pisarzy, którzy dali początek przymiotnikowi. Wielu, którzy zapewne nigdy Kafki nie czytali, potrafi określić sytuację czy zdarzenie jako kafkowskie.
W moim ulubionym (i Gabriela Garcíi Márqueza) słowniku języka hiszpańskiego (Ediciones SM) czytamy: " k a f k i a n o, k a f k i a n a (kafkowski, kafkowska), przymiotnik, w odniesieniu do sytuacji niepokojącej i absurdalnej. "Doświadczyłem kafkowskiej sytuacji, kiedy przypadkiem się zatrzymałem". Etym.: Aluzja do opresyjnego i nierealnego świata, który czeski pisarz Kafka opisuje w swoich powieściach". Dla wielu dyskusyjne, ale niepozbawione pewnych racji, będzie określenie "pisarz czeski". Warto w tym miejscu zauważyć, że Hiszpanie nie mają wątpliwości i uważają Jana Potockiego i Josepha Conrada za pisarzy polskich, wiedząc, że po polsku nie pisali. Jorge Luis Borges zasugerował, że Polacy powinni pisać w obcych językach, ponieważ wtedy tworzą arcydzieła. Choć mogła to być złośliwość adresowana do Witolda Gombrowicza.
Wojciech StanisławskiCięta mowa
Zyta Rudzka: Ten się śmieje, kto ma zęby. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2022, s. 256.
Język, język, cmokają wszyscy (językiem), mówiąc o najnowszej powieści Zyty Rudzkiej, i słusznie. Dostał nam się fenomen, arcydzieło akrobatyki, nieomylnego panowania nad artykulacją, nad wargami, policzkami i podniebieniem (nie są to szczegóły bez znaczenia, zważywszy na mięsistą cielesność tej prozy), intonacją i oddechem. Recenzje Ten się śmieje... bywają upakowane cytatami jak monografie językoznawców, a to dlatego, że trudno oprzeć się potrzebie przywoływania kolejnych technik, figli, uników, wszystkiego, co robi (mówi) Wera, niestrudzona narratorka; Wera, kobieta samotna, zdesperowana, owdowiała, dumna i niezłomna.
Nie mam potrzeby przywoływania wszystkich, którzy przez ostatnie półwiecze podobnie nasłuchiwali rzeczywistości, łapczywie, wścibsko albo beznamiętnie rejestrowali szumy, zlepy, ciągi, żargony, wulgaryzmy, sztuczności i organiczny charkot, spieszczenia i zgrubienia, szepty i ryki. Nie mam, bo nasłuch Zyty Rudzkiej jest osobny, wędruje ona w inne sfery (niebieskie i socjalne), odkrywa inne nienazwane. I nasłuch ten jest tylko jednym z przęseł mostu jej prozy: owszem, co i raz pojawi się fraza w rodzaju "rozpizgnąć w sześć dech", świeża jak struga trocin spod piły, albo małomiasteczkowy podskok ku retoryce inteligenckiej ("buty funeralne"), albo potworek powykrzywianej jak porost polszczyzny urzędowej ("Duży spadek wagi") czy rozróżnienia pochodzące, jak większość zresztą z argotyzmów Wery, z czasów jej życiowego akme, z późnego PRL: to wtedy funkcjonował podział na "zagraniczniaka czy krajowego" w klientach, autach i trunkach.
Jednak to, co zostało usłyszane, co zebrało się Werze przez pół wieku na języku, jest zaledwie surowcem, miażdżonym, destylowanym, spiekanym i ciętym. Żadna fryzjerka na świecie nie mówi tak jak Wera, której z ust sypią się perły, przysłowia i zaklęcia, płynie miód i ogień. Gdyby Wera naprawdę istniała, skradaliby się za nią z notesem nie badacze podmiejskich argotów, lecz dotknięci uwiądem talentu poeci, by to, co usłyszą, podcieniować trochę, wyrównać i wydawać za własne. To, co mówi Wera, to, co pisze Rudzka, to jest proza lingwistyczna w najlepszej odmianie, złote nożyce. To sentencja, że na portykach wypisuj, to metafora, że grubszej nie znaleźć, "w sińcach cały, jakby szambo na ciało wybiło", to kalambur iskrzący, "uroda leży głęboko w mojej naturze", takich cacek jest jak muszli na zanzibarskiej plaży, na którą Wera nigdy nie trafi.
Jeden ciąg, jeden zapis, bez wyróżniania dialogów, gonitwy myśli, wspomnień, a ile taktowań, jak biegów w samochodzie, jak rytmów miłosnych: Wera wylicza (krzywdy), ciska (wyzwania), zrywa się w zdaniu do biegu, jakby pędziła po stromych schodach na piętro, gdzie leży mąż-nieboszczyk, ale zaraz siada na krześle i uderza słowami one by one, jakby to kamienna Dulska (z mniej znanej noweli Śmierć Felicjana Dulskiego) polecała: "pana się wpierw ubierze, a potem się będzie jadło". Adagio, andante, presto, vivace i znów largo, lento, grave: ten zryw, trzepot i osadzenie się w miejscu, ściskanie siebie samego kolanami, to właśnie słychać w krokach, myślach i w mowie Wery, śmiertelnie zranionej i, jak się zdaje, nieśmiertelnej.
Gdyby ktoś był zupełnie głuchy na język, mógłby oczywiście czytać Ten się śmieje... jako świetną prozę realistyczną, obraz Wielkiego Niemowy czy może tylko wielkiego małomównego: "Większych rozmów w małżeństwie nie rozgrywało się, to nie dom kultury". Bo w takim szyku, z tym szykiem to życie się rozgrywało: tu nie Afryka, drzwi się zamyka, to nie dom kultury, bez większych rozmów. Ci małomówni, którzy nie czytają i nie zabierają głosu nawet na objazdowych spotkaniach polityków, są poza radarem czytaczy, inteligentów i chattering class w takim samym stopniu, w jakim te trzy grupy i ich sprawy są poza obszarem zainteresowania małomównych. To ekosystem nieznany Warszawie jak dark matter oceanicznych głębi, z których czasem wyławiana jest i obwożona po akwariach osobliwości żabnica czy inne dziwo, choć odległy o te kilkadziesiąt minut, w czasie których Koleje Mazowieckie mogą nas zawieść do Mrozów, Kołbieli czy Dobieszyna. Bywa zresztą obecny i na przedmieściach Warszawy, między Wawrzyszewem i Piaskami, tyle że w Kołbieli, gdzie czasem przegląda się "Superaka", zerka na Wiadomości czy Fakty, ale nie mówi o ich treści ani nie przywiązuje do niej wagi, ekosystem jest bardziej jednorodny. Jest to zresztą naprawdę ekosystem i w znaczeniu powiązań: niesłychana, rzadko utkana, lecz przecież realna sieć solidarności, której doświadcza Wera, stojąc na progu nędzy i uparcie organizując pogrzeb. Ktoś pożycza telefon, ktoś dorzuca się do trumny lub przymyka oko na kradzież puszki farby, to są małe rzeczy, ale są: gesty biednych ludzi.
Wera jest poza kołowrotem polskich miesięcy i nieszczęść, nie mówiąc już o Noblach i wyborach: jedynym wydarzeniem z jej życia, prywatną katastrofą, która wpisuje się w dzieje III RP spisywane przez inteligentów, jest utrata zakładu, a właściwie - umowy na wynajem lokalu, którą rozwiązano za jej plecami. Nie jest to niesprawiedliwość transformacyjna (zresztą Rudzka nigdy nie starała się być "pisarką od sprawiedliwości społecznej"), nie chodzi o upadek państwowej placówki: to raczej podjęty przez władze miasteczka lifting ciągu pawilonów usługowych, w którym straszył ręcznie malowany szyld i peruka nadziana na styropianowy łeb, a może i cwany myk, układ, deal, bo następca Wery w lokalu, barber Miłosz, "spec od trimingu, coveringu i stylizacji brody", na pewno i więcej inkasuje, i płaci wyższy czynsz.
Jednak to tak naprawdę mniej ważne, podobnie jak skupiająca uwagę i bardzo en vogue emancypacja Wery. "Emancypacja społeczna", śmiesznie sztywny termin na wyrwanie się z przemocowej, ciemnej, strasznej wsi, jakby wyrywało się z czarnej lodowatej wody, z błota, z niechcianych łap daleko, na wolność, na miastową dziewczynę. I emancypacja erotyczna. Werę dałoby się bez trudu zaklasyfikować jako biseksualną, ale gdyby przyszło szacować jej temperament, wywaliłaby skalę: "Byłam graca, wszystkich pod siebie zgarniałam". Nie wyciruch, "nie podpadam pod baby wersalki, co się szybko rozkładają. Komu chce, daję". Daje hojnie, czytelnikowi potnieją okulary, a wszystko to jest zgrzane, przaśne, a przede wszystkim szorstkie (nawet, jeśli śliskie). O dłoniach potrafi jeszcze Wera powiedzieć "dłonie", choć częściej "graby", ale niżej to już tylko cyc, piczka i tyłek na zmianę z zadem, po szóstym zadku straciłem rachubę, mięsiście tu i krwiście, jakby to był befsztyk, choć i z koniny.
Ważny, prócz języka i cięć języka, jest Wery głód pracy. To niesłychane, jak dalece praca tworzy ją i określa. Od lat, od dekad nie pisało się tak w Polsce o pracy: nie o pracy jako sytuacji, arenie korporacyjnych komeraży albo pracy ogłupiającej, niechcianej i koniecznej, pracy na kasie w Biedronce - gdzie siedzi, jak się wydaje, równie wiele bohaterek najnowszej polskiej prozy co bohaterek bieżącej publicystyki i bohaterek realnych, tych z bezrobotnym partnerem i dwójką synów w podstawówce. Nie, Wera po prostu istnieje (istniała) prócz miłości tylko przez pracę: "Za szewcem tak buty chodzą, jak za mną kudły. W nocy z tej chęci się obudzę, a tak mi się chce ścinać, wstaję z łóżka, do rana od ściany do parapetu". Czyli "Praca, praca, praca! - Byle jaka niech se będzie, ale niech będzie" - w sto lat po szewskich Czeladnikach. Jej argoty, jej metafory, w które uczesała ją Rudzka, całe utkane są z terminologii fryzjerskiej (albo dżokejskiej, po mężu), jakby ktoś pojedynczy włos w czuprynę rozmnożył. Wera nieraz podkreśla, że "za bogiem nie jest", pewnie i za Marksem nie była, kiedy jeszcze pojawiał się na plakatach ten klient ze źle przyciętą, gęstą brodą. Ale tak naprawdę trzeba by o niej mówić, choć takie to niepasujące, terminami z Laborem exercens (specjalnie to przecież piszę, jak palcem w oko, dziś nie te czasy, żeby takim tytułem byle akapit szpikować) albo Rękopisów ekonomiczno-filozoficznych z 1844, czyli z tekstów, które na serio mówią o pracy jako o trudzie, o męce ("Paluchy, duże, małe, średnie, podbicie, pięta, skórki, paznokcie - wszystko boli, piecze") i o spełnieniu. Między Norwidem a Hłaską piszącym o budowaniu mostu jest Wera, jeśli między Rękopisami... a encyklikami byłoby jej za podniebnie. Między Norwidem a Hłaską to i tak bardzo wysoko.
Jednak najistotniejszy jest język, a dokładniej - to jak Wera go tnie i przycina, niczym kudły, tylko krócej. Na zapałkę albo i do gołej ziemi, skóry. Ba, po własnym imieniu cięła - na swoją zgubę, na swoją przegraną. I mówi o tym wprost, kto ma oczy, niechaj czyta na stronie sześćdziesiątej: "Byłam Weronika. A Weroniką jak od ojcucha i w urzędowych kwitach być nie chciałam. Ścięłam się na Werę". No tak: Weronika, Berenika, od greckiego phero, czyli "niosę" i nike, zwycięstwo. Chlasnęła, nike zamiotła jak kłaki, tylko phero zostało; i krąży, krąży. "Wyprawiłam się po kwit na pochowanie", "Wyprawiłam się szukać dzieci", "Wyprawiłam się w noc", "Wyprawiłam się do Dawida", od tego refrenu zaczyna się co drugi rozdział i krąży tak, niesie ból niestrudzona żałobnica. "O tych, co nigdy nie odnajdą straty".
Wydawałoby się, że z tym językiem wszystko tak jest proste: jest w nim powściągliwa emancypantka z ludu, piękna i cielesna, niewolnica niższych pięter piramidy Maslowa, która nie jest za bogiem ani za domem kultury, tylko za tym, co istnieje realnie: a realnie istnieje (istniał) Dżokej, jego łapy, silne, mocne i wyżyłowane, ślepia, gały, nochal, bluzka ściągana przez łeb, soki i śluzy, jest też zakład, który trzeba trzymać w garści, podobnie jak mieszkanie i pieniądze, żeby się nie rozeszły ("Wykop w ziemi drogi. Pochowałabym na działce, gdybym działkę miała"), są papierosy, najbardziej, powiedziałbyś, eteryczna rzecz u Wery to dym szlugów: "nie ma / nic poza narodzinami i śmiercią nic tylko narodziny i śmierć / a wewnątrz krwawa miazga sekwoi", aż prosi się ten cytat, aż piszczy. Tyle że to nieprawda. Bo były trzy pogrzeby u Wery. Pierwszy był ojca, ojcucha, okrutnika. "Na pogrzebie nie płakałam. Tyle bab, tyle dzieci po nim mordę darło, wystarczy". Drugi był Zośki. ("W trumnie jej nie widziałam. Nie dali. A tak się darłam, tak wyłam, rwałam się, szarpali mnie, szarpali i wyszarpali"). I trzeci Dżokeja, na którym można zmierzyć okiem wykop w ziemi, po którym można pójść na tramwaj. I cała ta książka jest o zasznurowaniu ust, o panowaniu nad sobą, które jest zamknięciem jak u małży z oceanicznych głębi, betonujących się na śmierć w swojej skorupie. Bo gdyby powiedziało się słowo o wszystkim, co przeżyte i stracone, to od słowa do słowa wyłoby się, a serce szarpałoby się, aż by się wyszarpało. Więc largo, lento, grave i już ani słowa, najwyżej kudły, dupa, cyc. Nic o miłości do Waciaka, najpokraczniejszej na świecie, szczającej pod siebie znajdy ("Taka rasa, z mordy zbity pies"), ani do Dżokeja, do ojcucha ani do Zośki. Qui tacent clamant, opowiedziałaby Wera o wszystkim, co czuje, perły sypałyby się z jej ust, lał miód i ogień, gdyby tylko miała język. To książka o braku języka. Czy już wspomniałem o tym?
Z Tomášem Mazalem rozmawia Przemysław DakowiczHrabal, Havel, Clinton. O pewnym epizodzie z czasów transformacji.
Przemysław Dakowicz: Jeśli się nie mylę, czas od stycznia 1994 roku, gdy Bohumil Hrabal spotyka się U Zlatého tygra z Václavem Havlem i Billem Clintonem, do marca tego roku, gdy świętujecie jego osiemdziesiąte urodziny, stanowi jakiś jego szczyt. Szczyt popularności, szczyt sukcesu, ostatni wierzchołek całego życia. Zgodziłby się pan z takim stwierdzeniem?
Tomáš Mazal: Nie sądzę, aby był to jakiś wyraźny szczyt popularności. Był to ciąg wydarzeń, w gorączce, w pośpiechu - wszystko kulminowało tymi urodzinami Hrabala w Pradze, któreśmy zorganizowali, a których oczywiście się lękał i obawiał na długo wcześniej. W styczniu 1994 roku spotkał się U Tygra z Clintonem i Havlem (to znaczy: został na chwilę zaproszony do ich stołu), a następnie opisał to, różne elementy wyolbrzymiając, w ironicznym tekście Uśmiechający się Apollo. I w samo południe, który 22 stycznia ukazał się w magazynie "Rudégo práva" razem z powstałym chwilę wcześniej Partnerstwem dla pokoju albo czekaniem na Godota. Te dwa teksty niektórych czytelników wyprowadziły z równowagi, sprowokowały do reakcji. Hrabal otrzymał wiele listów od rozgniewanych ludzi, z grubymi oskarżeniami i obelgami. W reakcji na to 30 stycznia powstała Intymna toaleta kobiet (wydrukowano ją w "Rudym Pravie" dzień później) - w ten sposób Hrabal jeszcze dolał oliwy do ognia. W postscriptum do tego tekstu pisał: "Po wichurach teraz w gałęziach jest spokój. Niech się stanie Światło! Mea culpa! Czynię pokutę". Rzeczywiście, tamtego roku dużo się o Hrabalu pisało, był kontrowersyjny, a to znaczy oryginalny i osobny, jak zawsze.
PD: Jeśli pan pozwoli, do tych tekstów wrócimy nieco później. Proszę powiedzieć, jak doszło do spotkania pisarza z prezydentami w najsławniejszej praskiej gospodzie? Czy była to inicjatywa Havla? Kiedy i od kogo się pan o tym szalonym pomyśle dowiedział?
TM: To spotkanie Clintona z Hrabalem wymyślił Havel. Chciał zorganizować Clintonowi nieformalne, swobodne popołudnie i wieczór w Pradze. No więc wyszli pieszo z Zamku, przeszli przez Most Karola i dotarli do ulicy Husa, do Zlatého tygra. Tam zamówili najlepsze na świecie beczkowe piwo pilzneńskie, po czym Havel zaprosił do stołu Hrabala. On zaś powiedział Clintonowi, że jego "twarz przypomina mu Gary'ego Coopera w filmie W samo południe" i że z "apollińskim uśmiechem" Clinton "poleci dalej aż do Moskwy" z przesłaniem "partnerstwa dla pokoju".
Cóż, dzisiaj mamy chyba koniec tego partnerstwa...
PD: Obawiam się, że tak. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku Środkowoeuropejczycy chcieli jednak wierzyć, że wszystko będzie zupełnie inaczej - koniec historii, wieczny pokój, nieprzerwana konsumpcja i szczęście...
TM: Oczywiście Hrabal został o tym spotkaniu poinformowany wcześniej, powiedziano mu też, że może wziąć ze sobą paru przyjaciół. No więc byliśmy tam z Hrabalem - Václav Kadlec, Zdeno Pavelka, Vladimír Vodička i ja. Z zewnątrz wyglądało to, jakby gospoda normalnie pracowała, my jako sztamgaści, a prezydent Ameryki z prezydentem Czech wpadli tam przypadkiem, żeby rąbnąć piwko i iść dalej.
U Zlatého tygra, 1 stycznia 1994 roku. Fot. Tomáš Mazal.
Anna NasiłowskaDom Literatury - kilka migawek historycznych
Dom Literatury odbudowano w trakcie prac nad Trasą W-Z i jej bezpośrednim otoczeniem. Dwie kamienice - Leszczyńskich i Johna - połączono w funkcjonalną całość, ich elewacje utrzymano w stylu rokoko, według wzorów z obrazów Canaletta; w kamienicy Johna na parterze znalazły się pierwsze w Warszawie schody ruchome, a w środku nad schodami - aula. Oddanie Trasy W-Z świętowano uroczyście 22 lipca 1949 roku, na zdjęciach z tego dnia widać wychodzący z tunelu pochód ze sztandarami i transparentami. Stojące ponad tunelem domy znajdują się w fazie "surowej", bez wprawionej stolarki okiennej.
Jerzy Putrament przyjechał do Polski z Paryża, gdzie sprawował funkcję ambasadora, w kwietniu 1950 roku, aby uczestniczyć w plenum KC PZPR. Atmosfera była napięta, wkrótce odwołano go do Polski. W Pół wieku (t. 3, Zagranica) wspominał:
Było też wyjątkowo nieprzyjemnie w ogóle i dla mnie osobiście. Czekając na nie "na plenum", już zacząłem wstępnie zajmować się sprawami Związku Literatów. Właśnie miał dostać swój lokal. Była to bardzo ładna, mieszczańska kamieniczka - ale w jej parterze mieściło się hałaśliwe wyjście schodów ruchomych niedawno otwartej trasy W-Z.
Byłem wściekły, że ówczesne władze Związku zgodziły się na ten lokal. Wydawało mi się, że i ciasny jest, i właśnie hałaśliwy. Próbowałem znaleźć co innego. Ale lepsze lokale były już porozchwytywane.
Putrament usiłował szukać sojuszników, aby zablokować decyzję o przyznaniu ZLP kamieniczek, nie orientował się jednak dobrze w aktualnych kursach personalnych i swój problem nieodpowiedniego lokalu dla Związku Literatów Polskich powierzył "niejakiemu X". Tymczasem "X" szedł właśnie w odstawkę i usiłując walczyć o utrzymanie pozycji, zarzucił publicznie kierownictwu partyjnemu bałagan, z konkretów wymieniając właśnie owe hałaśliwe schody ruchome. Rozczarowanie Putramenta mogło wynikać z oczekiwań, że będzie jak w ZSRR. Oli Hnatiuk zawdzięczam przypuszczenie, że wzorem dla niego mógł być pałac Bielskich we Lwowie - już jesienią 1939 roku przekształcony w siedzibę sowieckiego związku pisarzy. Wyrzucenie hrabiów z pałacu, przejętego na rzecz pisarzy, przedstawiała sowiecka karykatura.
Pisarze nadzorowali budowę swojej siedziby, brały w tym udział Janina Broniewska i Ewa Szelburg-Zarembina; w tym czasie sprawą utworzenia Biblioteki ZLP zajmowali się Aleksander Maliszewski i Juliusz Gomulicki. W 1950 roku Zarząd Główny ZLP uhonorował 116 robotników nagrodami za ich trud, wręczając im wydanie Pana Tadeusza z dedykacją: "Budowniczemu Domu Literatury - Związek Literatów Polskich".
Gdy Dom Literatury zaczął działać, Stare Miasto było jeszcze w trakcie odbudowy, której pierwszy etap, polegający na oddaniu Rynku i najbliższych okolic, oficjalnie zakończono 22 lipca 1953 roku.
Legenda głosi, że obecne pomieszczenia Fundacji Domu Literatury i Domów Pracy Twórczej zajmowała Zofia Nałkowska. Z zapisów w dzienniku pisarki wynika, że chyba jej mieszkanie położone było wyżej, na trzecim piętrze.
Zofia Nałkowska po drugiej wojnie światowej mieszkała w Łodzi, często jednak przebywała na leczeniu w Krynicy. Do Warszawy - jak wynika z jej dziennika - przeniosła się w 1950 roku. Pierwszy "warszawski" zapis pochodzi z 6 lutego 1950 roku. Mieszkała tymczasowo na Brackiej, w trudnych warunkach, bez bieżącej wody. Towarzyszyła jej gosposia, Genia, ale pisarka narzekała na brak sekretarza. Dopiero pod koniec roku, w grudniu, mogła się przenieść do Domu Literatury. Nie była zachwycona tym mieszkaniem, lecz zdawała sobie sprawę, że osiądzie tu do końca swego życia:
Oto jeszcze jedno, ostatnie schronienie tej biografii. Odeszli najbliżsi teraz sąsiedzi - Brezowie. Połowa rzeczy została w mieszkanku na Brackiej. Leżę prowizorycznie - z chrypką, trochę kaszlu - na tapczanie, w pościeli własnej, która ze mną jechała taksówką. Część książek, powiązanych przez Genię, leży na półkach. Jutro przyjedzie biurko i moja sypialnia. [...] Tu jest rozlegle i staroświecko w tym nowo odbudowanym Domu Literatury. Czy na długo?
Nazajutrz, po pierwszej nocy, Zofia Nałkowska wróciła w dzienniku do tematu nowego mieszkania:
Rano mgliste. Zakratowane okna niewiele dają światła. Jestem sama. O siódmej nie zmęczona Genia i Łuczak jeszcze poszli spakować i jeszcze przywieźć tu resztę rzeczy.
Styl kamieniczki Johna - widzianej niegdyś co dnia z okien pokoju na ulicy Podwale 4 - został zachowany czy raczej odtworzony. Właśnie te okna sklepione z mnóstwem małych szybek, a także - ukośne ściany. To jest przykre. Nic nie zdaje się stać na swoim miejscu, biblioteka, nawet niski kredens, nawet tapczan. Bardzo nowoczesne, wielkie meble rażą w tym staroświeckim wnętrzu. A te śliczne, stare mahonie, które poszły z dymem, musiały zawsze stać we wnętrzach nowoczesnych.
Jestem samiuteńka w tej dość rozległej, pustej, zakurzonej przestrzeni. Nastawiłam wody na herbatę na maszynce elektrycznej, w kuchni na ziemi. Ta kuchnia jest wielka, sięga już w kamienicę sąsiednią i ma wielkie okna z dużymi szybami, zarówno jak pokój służbowy. Ale przynajmniej Genia jest zadowolona.
Samotność w tym tak obcym miejscu, w ruinie i rozsypce, w której jeszcze raz mam budować nowy ład i nową podjąć pracę - co za luksus, co za dziw! Myślę wszystko - od samych początków. Patrzę w te zgliszcza wszelkiej przeszłości - uhonorowana tym darem, uprzywilejowana... No, no!...
Wrażenie samotności musiały wzmagać ruiny Zamku i fakt, że Stare Miasto nie było jeszcze zamieszkane.
W Domu Literatury, krócej lub dłużej, mieszkało wielu pisarzy. Hanna Ożogowska napisała tu Głowę na tranzystorach. Był to też ostatni adres Arnolda Słuckiego przed wymuszoną emigracją z Polski po wydarzeniach 1968 roku. W odpowiedzi na mój wpis o Domu Literatury na Facebooku Elżbieta Ficowska napisała, że w tym czasie ona i jej mąż Jerzy Ficowski znaleźli się bez swojego kąta. Związek wyznaczył Ficowskiemu mieszkanie po Słuckim, z którym Ficowski był zaprzyjaźniony. Ficowski wpadł w furię, krzyczał: "Mienia pożydowskiego nie biorę!".
Dom Literatury szybko zaczął pełnić poważne funkcje, związane z ówczesną rolą ZLP. Z jednej strony - miejsce posiedzeń, licznych zebrań, które organizowane były z myślą podporządkowania pisarzy ideologii, z drugiej - miejsce nieoficjalnych spotkań, rozmów, a także zabaw.
1 stycznia 1956 roku Mieczysław Jastrun zapisał w swoim dzienniku:
Sylwester. Byliśmy u Sternów. Właśnie Anatol wrócił z Moskwy obarczony futrami i tryumfami. Później poszliśmy do Związku Literatów. Piłem trochę i to mi zaszkodziło.
Około 3 w nocy wymknęliśmy się - i do domu.
Zwyczaj organizowania w Domu Literatury zabaw sylwestrowych był kontynuowany w następnych latach. Opowiadał mi niedawno zmarły prozaik Andrzej Chąciński, że spędził tu Sylwestra 1959/1960. Był wówczas od pewnego czasu członkiem Koła Młodych i sekretarzem redakcji nowego pisma "Współczesność". Miejsca przy okrągłych, nowoczesnych stolikach ze szklanymi blatami zostały wyznaczone, jego przypisano do wspólnego stolika ze Sławomirem Mrożkiem i jego żoną Marą (Marią Obrembą), malarką. Mrożek niewiele wcześniej się ożenił i przeprowadził z Krakowa do Warszawy, jeszcze nie mając stałego mieszkania. Chącińskiemu bardzo pochlebił taki przydział - Mrożek był już sławny. Niedługo potem, latem 1960 roku poznał w Bristolu siostrę bliźniaczkę Mary, Gabrielę Obrembę, malarkę i śpiewaczkę, i został jej mężem. Dobrze zapamiętał swobodną atmosferę Sylwestra.
Dużo istotniejsze od zabaw okazjonalnych były codzienne obiady w stołówce, która mieściła się w podziemiu. Wnętrze było zastawione prostymi stołami i ławami z desek, a konieczność przesuwania się, przepuszczania i zajmowania miejsc obok siebie musiała nieco niwelować ostre spory, jakie od zawsze dzieliły środowisko literackie. Gdy byłam nastolatką, trafiłam z powodu powtarzających się angin do szpitala, na laryngologię. W tej samej sali leżała sympatyczna, prosta kobieta, która pracowała w kuchni dla literatów. Pamiętam, że najbardziej chwaliła Władysława Broniewskiego. Broniewski zmarł w 1962 roku, ja musiałam spotkać tę kobietę w połowie lat siedemdziesiątych, gdy miałam już tyle lat, by trafić do szpitala razem z dorosłymi. Opowiadała o nim jak o "dobrym panu", rozumiejącym i szanującym "człowieka pracy": zawsze, gdy mu smakowało, wchodził do kuchni, żeby pochwalić, lubił proste dania i lubił rozmowy z kucharkami. A ją lubił najbardziej. I to, że Broniewski ją chwalił, wystarczyło, żeby traktowała swoją pracę jako wyjątkową. Poza tym opowiadała dużo o tajemnicach kuchni, jak się robi panierkę do kotletów, gotując na wiele osób, jak zrobić, żeby było tanio i smacznie.
Potem towarzystwo przechodziło na górę, do kawiarni, gdzie przy stoliku nad herbatą zasiadali poeci i grali w szachy. Kto z kim grał - trzeba zapytać starszych, mnie się wydaje, że to byli przedstawiciele międzywojennej awangardy.
Ja pierwszy raz znalazłam się w sali na dole w latach osiemdziesiątych, w towarzystwie Tomasza Burka, który stał się moim starszym kolegą z Instytutu Badań Literackich. Był to moment zabawnego zetknięcia odmiennych doświadczeń dwóch pokoleń, o innym bagażu historycznym. W latach osiemdziesiątych, po stanie wojennym, do Domu Literatury się nie chodziło, ZLP został zawieszony, rozwiązany i utworzony jeszcze raz, PEN Club pozostawał w zawieszeniu do późnych lat osiemdziesiątych, gdyż trwały spory: władzom zależało na "odwieszeniu", ale stawiały warunek wprowadzenia swoich ludzi do zarządu.
Tomek Burek, zadomowiony w środowisku literackim, uważał jednak, że w zjedzeniu obiadu w stołówce nie ma nic złego. Ja - niewprowadzona w środowisko, z doświadczeniem opozycyjnym - byłam przerażona samym przekroczeniem progu złowrogiej siedziby reżimowego związku! Tomek mnie uspokajał, zapewne zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później nastąpi jakaś zmiana, być może wiedział już o krokach, które wreszcie złożyły się na utworzenie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Podczas obiadu siedziałam sztywna i z trudnością łykałam kolejne kęsy. Im więcej jadłam - tym wyraźniej spod zasmażanej kapusty rysował się napis zdobiący talerz: "Związek Literatów"... Horror! Rzecz w tym, że dla mnie była to wówczas złowroga nazwa reżimowej organizacji, z którą nie należało mieć nic wspólnego, a dla Tomka - utracona wspólnota, do której kiedyś należał.
Po 1989 roku to Burek "zapisał mnie" do SPP. Miałam obiekcje, że mój dorobek nie jest dość duży... Ale Tomek przedstawił sprawę Komisji Kwalifikacyjnej, której przewodniczył, a jej członkowie - jak opowiadał - tyko machnęli ręką: a, znamy ją, znamy i czytaliśmy! Potem widział dla mnie miejsce w Komisji Kwalifikacyjnej i dobrze zapamiętałam argument, jakiego użył: to pozwoli ci odkryć różne nieznane nazwiska i wyrobić sobie znacznie głębsze rozeznanie we współczesnej literaturze. Do dziś myślę o jego postawie z ogromnym szacunkiem. Zapamiętałam też Tomasza Burka przede wszystkim jako człowieka niezwykle wrażliwego. Iwona Smolka w książce Droga do Obór opisała proces jego przemiany, jego usztywnienia się, ale ja tego procesu już nie obserwowałam z bliska.
Legenda nie obroniła Domu Pracy Twórczej w Oborach przed reprywatyzacją, a potem przejściem w prywatne ręce. Miejmy nadzieję, że Dom Literatury, który od momentu odbudowy kamieniczek, czyli od ponad siedemdziesięciu lat, pełni tę samą funkcję, nie przepadnie.
Przemysław DakowiczElli i Valli jadą do Litzmannstadt
W roku 1918 Hermann Kafka, ojciec autora Procesu, kupił kamienicę przy ulicy Františka Bílka 4 w Pradze. Dom miał się stać rodową siedzibą Kafków - mieszkania otrzymały w nim trzy córki Julie i Hermanna Kafków. Dwie z nich, Gabriele (zwana Elli) i Valerie (zwana Valli) założyły już rodziny, trzecia, Ottilie, miała pójść w ich ślady w roku 1920. Senior rodu wyobrażał sobie może, iż za kilkadziesiąt lat cała pięciokondygnacyjna narożna kamienica z dwuczęściową fasadą (od strony ulic Bílka i Eliški Krásnohorskiej) zamieszkana będzie przez jego wnuki i prawnuki. W 1918 roku, gdy skończył sześćdziesiąt sześć lat, pan Kafka miał czworo wnucząt: Felixa i Gerti Hermann (dzieci Elli) oraz Mariane i Lotte Pollak (dzieci Valli). W kolejnych latach na świat przyjdą jeszcze Hanne Hermann i dwie córki Ottli i Josefa Davidów, Věra i Helena. Gdyby każde z owych siedmiorga wnucząt (urodzonych między 1911 a 1923 rokiem) miało dwoje dzieci (urodzonych, dajmy na to, między rokiem 1930 a 1945), a każde z tych dwojga własnych dwoje (urodzonych między rokiem 1950 a 1965), mieszkań w kamienicy przy ulicy Bílka chyba nie wystarczyłoby. Zresztą, może nie wszyscy chcieliby przebywać pod jednym dachem - przecież Valli i Josef Pollakowie wyprowadzili się stąd (prawda, że do mieszkania oddalonego o zaledwie trzy minuty piechotą) jeszcze przed II wojną.
To właśnie tam, do kamienicy numer 7 przy ulicy o złowieszczo brzmiącej nazwie Vězenská (Więzienna), doręczono wezwanie na transport, który miał wyjechać z Pragi 31 października 1941 roku. Nieco wcześniej podobne dokumenty trafiły do rąk najstarszej z sióstr, Elli, i jej córki Hanne, które wciąż mieszkały w kamienicy kupionej przez Hermanna Kafkę. One jako pierwsze z całej rodziny miały opuścić Pragę.
W czeskich archiwach zachowała się karta ewidencyjna potwierdzająca wyjazd Gabriele. Na górze napis: "ÚSTŘEDNÍ KARTOTÉKA - TRANSPORTY" (Kartoteka Centralna - Transporty). Niżej dwa pola ograniczone dwiema liniami poziomymi i jedną pionową. W lewym, szerszym polu cztery rubryki, w które czyjaś ręka wpisała dane: 1. [druk] "R. č." (Registrační číslo - Numer rejestracyjny), [pismo odręczne] 15.201; 2. [p. odr.] "Hermannová Gabriela"; 3. [druk] "Rodná data" (Data urodzenia), [p. odr.] "22.9.1889"; 4. [druk] "Adresa před deportaci" (adres przed deportacją), [p. odr.] "Praha V, Bílkova 4". Niżej kolejne dwa pola, o równej szerokości, z nagłówkami: "1. transport" i "2. transport". Tu większość informacji wprowadzono za pomocą pieczątek - po lewej data ("21.X.1941") oraz, niżej, wielka litera B, obok której odręcznie wpisany numer deportowanej ("52"); po prawej, w ostatniej z trzech rubryk: [pieczątka] "LODŽ".
Po latach Věra Saudková, starsza z córek Ottli, pamiętała krótki okres przygotowań do wyjazdu ciotki Elli i kuzynki Hanne jako czas niepewności i lęku. Gabriele wciąż płakała, jedyne pocieszenie stanowił dla niej fakt, że jej syn Felix zdołał opuścić Czechosłowację przed wybuchem wojny. Věra twierdziła, że dokładnie dzień przed opuszczeniem domu Elli otrzymała informację o śmierci Felixa oraz paczkę z jego odzieżą. Czy to możliwe? Felix zmarł na tyfus w niemieckim obozie w Belgii w sierpniu 1940 roku. Czy czekano by z powiadomieniem rodziny cały rok i jeszcze miesiąc? A może wydarzenia z lat 1940 i 1941 w pamięci Věry nałożyły się na siebie, jakby ktoś ujął dwa końce sznura nieszczęść, cierpień, strachu i zacisnął niemożliwy do rozsupłania, bolesny węzeł?
21 października 1941 roku Ottla, Věra i Helena odprowadzały Elli i Hanne do punktu zbornego, w pobliże praskiego Pałacu Wystaw. Tę samą drogę przebyły zapewne także dziesięć dni później, gdy "na Wschód" odjeżdżali Valli i jej mąż Josef. Tam, gdzie dziś stoi wielki hotel Mama Shelter, przed wojną działały tzw. Targi Radiowe. To tutaj zgłaszać się mieli wszyscy, którym doręczono wezwanie na transport.
Szczegóły procedury rejestracyjno-wyjazdowej znane są przede wszystkim dzięki spisywanej na gorąco relacji Helgi Weissovej. Tak jak Helga młodsze siostry Franza Kafki, pięćdziesięciodwuletnia Elli i o rok młodsza Valli, oraz ich krewni muszą się zerwać o piątej rano. Jeśli zdolni będą cokolwiek przełknąć, zjedzą może ostatnie we własnym domu śniadanie. Potem zakładanie płaszczy i dźwiganie walizek. Cała kamienica śpi jeszcze, w ciemności na zewnątrz ledwie słyszalny szum Wełtawy i podzwanianie najwcześniejszego z tramwajów; wsiąść można tylko do drugiego wagonu, który z każdym kolejnym przystankiem coraz szczelniej wypełnia się szarymi postaciami z żółtą gwiazdą na piersi. "Pałac Wystaw" - krzyczy konduktor i tłum wylewa się przez drzwi. Ostatnie uściski i pocałunki. Przed bramą targów olbrzymia kolejka, stoi się w niej, przesuwając bagaże o pół metra, o dwadzieścia centymetrów, by na koniec stanąć przed obliczem urzędnika. Człowiek za biurkiem pyta o numer, sprawdza dane w tabelach, wpisuje cyferki w odpowiednie rubryki. Teraz trzeba odnaleźć własne miejsce w hali, którą podzielono na kwadraty, dwa metry na dwa, na każdym kwadracie inny numer. Posiłek z kotła, stare materace rozciągnięte na betonie, latryna w postaci ławki z ustawionym za nią rzędem metalowych wiader, smród fekaliów i chloru. Dobę później apel, odliczanie i - zgodnie z kolejnością numerów - przemierzanie odcinka między budynkami targowymi a niewielkim dworcem Praga Bubny, ulicami, które na mapie z epoki Protektoratu noszą nazwy Bělský Strasse, Messe Strasse i Bubner Strasse (okolica, zamieszkana przez ludność niemiecką, nazywana jest Małym Berlinem).
Przed odjazdem w niewiadome ustawią ich jeszcze w równe szeregi i jakiś oficer Gestapo w skrupulatnie odprasowanym mundurze wygłosi dla nich pogadankę podobną do tej, której treść kilka tygodni później, w grudniu 1941 roku, zapisała w swoim zeszycie dwunastoletnia Helga (przekład Aleksandra Kaczorowskiego):
Wyjeżdżamy do nowej ziemi, gdzie nikt nie będzie nas prześladował i gdzie zaczniemy nowe życie. Będą się o nas troszczyć, będzie nam tam dobrze. Możemy być wdzięczni [...].
Zbigniew MentzelMieszanka firmowa
Poza czekoladą marki "Rival" (albo "Jedyna"), w siermiężnym socjalizmie Władysława Gomułki, czasie mojego dzieciństwa, wedlowska mieszanka firmowa była czymś więcej niż zwykłym przysmakiem, była symbolem luksusu. Pamiętam rodzinne spory o nazwę firmy "ZPC 22 lipca d. E. Wedel": czy świadczyła ona o zwycięstwie, czy o klęsce komunistów? Ojciec utrzymywał, że komuniści wygrali, bo data Manifestu Lipcowego wyparła nazwisko przedwojennego właściciela fabryki. Dziadek miał inne zdanie: bez Wedla ani rusz, nazwa komunistycznego święta nie dawałaby gwarancji, że słodycze mogą mieć dawną jakość. Mieszanka firmowa to były czekoladowe cukierki, każdy owinięty w szeleszczący papierek. Wszyscy wiedzieliśmy, że najlepiej smakują "Pierroty" i "Bajeczne", ale one trafiały się rzadko. Od wielkiego dzwonu dostawaliśmy wedlowskie bombonierki: duże, czasami bardzo duże tekturowe pudełka, w których czekoladki o różnych kształtach i smakach umieszczone były w osobnych przegródkach i każdy z nas miał swoją ulubioną. Być może dlatego tak przekonująca wydała mi się po latach metafora Leszka Kołakowskiego, że wśród sprzecznych ze sobą wartości nie można dowolnie przebierać jak w pudełku z czekoladkami.
Tym razem w mojej autorskiej rubryce - właśnie mieszanka firmowa. Oby czytelnik znalazł w niej dla siebie "Bajecznego" albo "Pierrota".
*
Najpierw o literach alfabetu.
W roku 1983 Najpotężniejszy Człowiek w Państwie, Wojciech Jaruzelski, powiedział szyderczo, że w języku polskim żadne słowo nie zaczyna się na "V". Ta pierwsza litera łacińskiego słowa Victoria - zwycięstwo, w latach wojny popularyzowana w Wielkiej Brytanii przez Churchilla, w Polsce stała się symbolem oporu społecznego i wiary w możliwość pokonania komuny. Przemawiając podczas Krajowej Narady Aktywu Młodzieżowego PZPR, Jaruzelski, wspominając ohydnie rozcapierzone według niego palce opozycjonistów, triumfował: "Bo nasze będzie zwycięstwo nie na "V", a na "Z", nasze, bo socjalistyczne i właśnie dlatego polskie".
Bez mała czterdzieści lat później Najpotężniejszy Człowiek w Państwie, Jarosław Kaczyński, na spotkaniu z mieszkańcami Radomia, zwolennikami swojej Partii, mówił: "Próbuje nam się siłą wmusić te wszystkie LGTB aż do 80 liter, chociaż nawet nie mamy tyle w alfabecie. Można skorzystać z innych alfabetów, w każdym razie musimy tutaj twardo powiedzieć "nie". Bo to jest rozbijanie fundamentów naszej cywilizacji, naszej polskości".
Znaczenie polityczne, partyjne, mogą mieć nie tylko litery alfabetu, ale nawet krój czcionek, jakimi są zapisywane. Kto ciekawy, niech zajrzy do książki Agaty Szydłowskiej Od Solidarycy do TypoPolo. Typografia a tożsamości zbiorowe w Polsce po roku 1989 (Wydawnictwo Ossolineum).
1/2023
W POPRZEDNIM NUMERZE
Czesław Mirosław Szczepaniak ?(Nie jestem delikatny...); ?(W chmurze internetowej...); ?(Są słowa jak ziarna,); ?(Wszystko, co ostateczne...); ?(Jestem jak nieśmiałek zdrowia...); ?(Wszelkie urazy i animozje...)
Krzysztof Bielecki Zsunęła się z krzesła. Ciennik (2)
Zbigniew Chojnowski Zamiejscowy; Tyle razy nie wiem; Marzec 1968; Grudzień 1970; Podrywa mnie z pościeli; Potrafisz wierzyć?; Spieszmy się modlić; "W lupie niepamięci"; Błąd stylistyczny
Marek G. Putowski Stan wojenny WRON i mojego psa
Artur Grabowski Chorąży Orfeusz; Tutaj, gdzie; Teologia apofatyczna; Ikona; Natura rzeczy; Pejzaż śródziemnomorski; Pójdziemy na rezurekcję; Układ ciała
Katarzyna Nowak Tysiąc
Kacper Płusa ręce pianisty; bałuty. beauty; źródło piękna; źródło energii; źródło ciepła; źródło światła
Adam Komorowski Aniołowie nie piszą wierszy
Szymon Wróbel Od stołu bilardowego do gorączki kwantowej
Rafał Węgrzyniak Le Louët jako anty-Gonzalo
Jarosław Petrowicz Kartki z Jeseníka
BYŁO I BYŁO
Andrzej Dąbrówka Sól (początek autobiografii)
KSIĄŻKA MIESIĄCA
Leszek Bugajski Inna przemiana
Wojciech Stanisławski Albo binarne, albo bizarne
[Olga Tokarczuk Empuzjon. Horror przyrodoleczniczy]
WŚRÓD KSIĄŻEK
Karol Maliszewski "Wszelkie definicje i takie widzenia"
[Robert Król Dixiland. Widzenia beskidzko-nowojorskie]
Olga A. Wiewióra Echolalie, algorytmy, repetycje
[Aleksander Wierny małe nowe ciała]
Magdalena Boczkowska Waldek i Pisarz w jednej wsi mieszkali
[Waldemar Bawołek Skrawki dla Iriny]
Alicja M. Kubiak Własnymi drogami
[Sebastian Nowak Powszednia historia]
Kamila Dzika-Jurek Obrzeża literatury
[Marcin Kołodziejczyk Wolnoć]
Wojciech Mazurek Schulz po Odcięciu
[Stanisław Rosiek Odcięcie. Szkice wokół Brunona Schulza]
NA WIDNOKRĘGU
Dariusz Bitner Spisek (39)
Ryszard Sawicki Przez gałęzie drzew
Sławomir Jankowski Sabinov
Lech Sokół Norwid i Baudelaire, poeci nowoczesności
PRZEGLĄD ZAGRANICZNY
Katarzyna Szal Finlandia
NOTY
Jolanta Kessler Biblioteka i "karnawał"
Witold Turant Józek
Stanisław Dłuski Romantyzm wiecznie żywy
KSIĄŻKI NADESŁANE
COKOLWIEK DALÉJ
Przemysław Dakowicz Ottla, siostra Kafki
DZIENNIK 2022
Zbigniew Mentzel Fortepiany z ulicy Mandelsztama
DODATEK
Bibliografia "Twórczości" za rok 2022
1/2023
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Mateusz Werner (redaktor naczelny),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Przemysław Dakowicz (poezja, książki poetyckie),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (redakcja, korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Antoni Winch (proza).
SEKRETARIAT:
Małgorzata Brodacka
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.pl www.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6,
DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2023 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: PiotR eL
PRENUMERATA "Twórczości" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI: Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52, tworczosc@instytutksiazki.pl Ceny na rok 2023:
numer pojedynczy - 13 zł;
numer łączony 7/8 - 20 zł;
prenumerata półroczna - 75 zł;
prenumerata roczna - 150 zł.
Wpłaty na konto Instytutu Książki:
81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
Prenumerata zagraniczna (roczna): 60? lub 80$. Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto:
PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
SWIFT CODE: GOSKPLPW
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską.
za pośrednictwem RUCH S.A.:
Zamówienia prenumeraty krajowej przyjmują zespoły właściwe dla miejsca zamieszkania klienta: www.prenumerata.ruch.com.pl,
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
WYDANIA ELEKTRONICZNE "TWÓRCZOŚCI"
są dostępne na Virtualo.pl (epub, mobi)
oraz nexto.pl (pdf) i e-kiosk.pl.
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może powierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne do złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.