Leszek BugajskiNieuleczalny przypadek
Roman Wysogląd: Chorzy na Polskę. Fundacja Kultury AFRONT, Bukowno 2020, s. 286.
"Znajdowałem się w Ośrodku rehabilitacyjnym przeznaczonym dla ludzi uznanych przez władze za nieodpowiedzialnych, ponieważ w przeszłości podobno każdy z nas zachował się niezgodnie z dzisiaj panującymi wartościami i musiał zostać poddany oczyszczeniu, i tylko personel, który miał tego oczyszczenia dokonać, sam był niekompetentny, zdemoralizowany i po prostu śmieszny" - tak pod koniec nowej powieści Romana Wysogląda jej bohater objaśnia swoje położenie. Właściwie to jednak nie wiadomo, jak dalece ta powieść jest nowa, bo na jej końcu natrafimy na informację, że powstała wiosną 2006 roku. Jeśli to prawda, a czemu nie miałaby być, to Wysogląd jest wybitnym profetą, który kilkanaście lat temu wyobraził sobie z wieloma szczegółami, jak będzie się rozwijał narodowy obłęd, który łatwo napędzić, ale o wiele trudniej wskazać, czemu ma służyć. Jeśli natomiast pisarz tak sobie zażartował, datując powieść, to chciał nam pewnie przypomnieć o tym, co oczywiste, ale łatwo zapominane, czyli o tym, że "choroba na Polskę" jest stale w nas, tylko jej objawy raz są mniej, a raz bardziej wyraźne. Oczywiście nie definiuje jej ani narrator jego powieści, ani żadna z pojawiających w niej postaci, bo raz, że tę chorobę rozumiemy, ale nie potrafimy jej jednoznacznie opisać, a dwa - przecież Wysogląd nie napisał rozprawy na ten temat, a jedynie zwariowaną powieść, która może mieć ambicje bycia przypowieścią, ale - jak to zwykle u tego pisarza - niczego w niej nie można być pewnym.
Przede wszystkim czytelnik nie może być do końca pewien tego, w jakim świecie się znajduje. Jaki - że sobie dla żartu lekko zabełkotam - jest status ontologiczny świata przedstawionego. Wiesław Myśliwski już w 1985 roku, po przeczytaniu debiutanckiego tomu opowiadań Wysogląda Przekrętka, trafnie napisał: "Świat tych tekstów [jest] skrajnie absurdalny, ufikcyjniony aż do zaprzeczenia wszelkiej logice przyczynowo-skutkowej, wytłumaczalny jedynie w poetyce koszmaru sennego, okazuje się przy odrobinie dobrej woli poznawczej całkowicie sprawdzalny w planie naszych codziennych doświadczeń. Można by powiedzieć, że nie ma w nim niczego, co by nie było z życia wzięte". Minęło trzydzieści pięć lat i to samo można by było napisać o teraz wydanej powieści Wysogląda. Znów jej narrator wciąga nas w senny koszmar i znów świat tego koszmaru poskładany jest z elementów rzeczywistych, no bo z jakich innych, i jednocześnie wszystko w nim jest nierzeczywiste według właśnie poetyki snu. W takim mieszaniu nam w głowach Wysogląd jest mistrzem. Nic więc dziwnego, że lata płyną, a on jest wierny temu, jak zbudował swoje literackie światy jako młody pisarz.
W Chorych na Polskę co jakiś czas przypomina o niepewnym statusie świata, jaki opisuje. Bohater a to w półśnie uświadamia sobie, że "chciał się obudzić, lecz widać sen silniejszy był od rzeczywistości", a to mówi: "Sen jest też pewną rzeczywistością i chociaż doszliśmy do porozumienia, że umowną, to jednak", kiedy indziej zaś wzywany na spotkanie, tłumaczy: "miałem nieprzyjazny sen i muszę go czymś zmyć. Rzeczywistość faktyczna nie istnieje, więc nie muszę się spieszyć". I tak możemy sobie cytować, bo Wysoglądowi chodzi o to, byśmy - jako czytelnicy - trwali w zawieszeniu, w niepewności jak bohater jego powieści. Choć on to się już nawet nie dziwi temu, że w roli kamerdynera pojawia się w jego pobliżu chory na astmę pan Witold, pisarz z Argentyny, który mądrze oraz ironicznie wypowiada się na różne tematy - pan Witold, jeden z filarów naszej literatury, o którym z pewnością śni wielu piszących z podziwem i z zazdrością. W oniryczno-realnym świecie powieści Wysogląda jest kamerdynerem, ale nie w rozumieniu służącego, ale osoby służącej pomocą i próbującej zaprowadzić porządek, czyli ład w tym świecie, w którym znalazł się bohater powieści. To funkcja odpowiedzialna, a nie deprecjonująca. Zresztą on sam mówi: "Egzystuję poza czasem, a wiec także jakby poza rzeczywistością". Nie dotyczą go więc takie kategorie, jak funkcja społeczna czy wartościowanie i ocena według niej. Jest w tym senno-realnym świecie, bo interesuje go, co się dzieje z Polską, co z nią robimy i ku czemu jest ta kraina prowadzona. I co jakiś czas wypuszcza z siebie wiązankę przytomnych jej ocen, bo jest ponad tą rzeczywistością i odwiedza ją, gdy mu się zachce. Jak duch nad wodami. Jest postacią z innego świata, może nawet jakimś bogiem. Co by potwierdzało to, że kiedy pakuje się i wyjeżdża, powieściowy świat zaczyna się kruszyć, rozsypywać. Obrazy tracą ostrość, zamazuje je jakaś mgła.
To właśnie powieściowy pan Witold, siedząc z bohaterem Chorych na Polskę w knajpie, rzucił sentencję: "Oto Polska w pigułce [...]. Pełno miejsca do tańczenia, tylko orkiestry brakuje. Dość czytelna metafora". I dalej rozwija swój wywód: "Człowiek naprawdę dużo może [...] tylko musi mieć do tego odpowiednie warunki, także umysłowe, ale z tym, jak wiadomo, bryndza". I tu dochodzimy do najważniejszego punktu powieści: jej bohater przebywa właśnie w specjalnym sanatorium, które ma mu stworzyć warunki do umysłowej odmiany. Został bowiem wyłowiony przez służbę zdrowia (cierpiał na bóle głowy) jako ten, który kwalifikuje się do "leczenia" w sanatorium, bo jest "zakałą społeczeństwa", bo lata płyną, a on wciąż tęskni za PRL-em. Rzekomo tęskni, bo na koniec okazuje się, że "leczono" go przez pomyłkę, ponieważ na jakimś etapie biurokratycznej procedury pomylono go z kimś innym. Lekarka wyjaśnia mu sprawę na tyle jasno, na ile jasno da się wyjaśnić bzdurę: "Nas nie interesują badania opinii społecznej, media czy rady światłych Europejczyków. Mamy zadanie do wykonania, a nazywa się ono: zbudowanie nowego społeczeństwa, bez zbędnych naleciałości". Bardziej precyzyjnie sprawę wyłożył bezimiennemu bohaterowi powieści i innym pensjonariuszom prelegent, z którego przemówienia wynikało, że cały proces, jakiemu zostaną poddani, ma na celu przestawienie ich "psychiki ugruntowanej w PRL-u" na nowe tory, czyli na "dobrodziejstwa płynące z życia w wolnym, katolickim i bezpiecznym państwie".
Ten szczytny plan mają jednak w sanatorium - jak należy rozumieć - dla najbardziej opornych osobników prowadzić ludzie przypadkowi, jakieś typy awansujące nie wiadomo z jakiego poziomu umysłowej indolencji albo skorumpowani wysokimi pensjami fachowcy, którzy nie wierzą w skuteczność planowanego "leczenia", ale wierzą w okazałe dochody i możliwości awansu. Więc od razu trafia bohater do jakiej super PRL-owskiej fikcji, która ma walczyć właśnie z PRL-owskimi złogami, jak to określił jeden z geniuszy naszego realnego życia. Bohater powieści, który okazuje się pisarzem pogrążonym w twórczej zapaści ("chronicznym pesymizmie"), przytomnie to wszystko, co go spotyka, analizuje i bez trudu dostrzega, że "przecież to wszystko już miało miejsce wiele lat temu, a teraz działa się jedynie dość nieudolna powtórka poprzedniej sytuacji". Historia kilku ostatnich dziesięcioleci w tym sennym koszmarze zapętla się, choć zmieniła się retoryka, mechanizmy pozostały te same co dawniej i ten sam żałosny bałagan i nieudolność. Jak zwykle, konstatuje bohater powieści, "grupa idiotów stara się manipulować nastrojami dla swoich doraźnych celów i to wszystko. Jak zwykle z wielkiej chmury mały deszcz albo żadnego".
Nic więc dziwnego, że ujawniając takie opinie, bohater powieści Wysogląda nie ma łatwo, bywa wręcz w trakcie "terapii" nazywany gnidą. Zresztą z punktu widzenia władzy nadzorującej sanatorium, w którym przebywa, całkiem słusznie. Z papierów, jakie na niego zgromadzono, wynika, jak mu to referuje jeden z "opiekunów", że stale obnosi się z biernym oporem, zarówno dawniej, jak i teraz, że nie podobał mu się Gomułka, ale także Gierek, Olszewski i Wałęsa, KOR i Solidarność; Moczar, ale i "aktualnie nam panujący minister spraw wewnętrznych". Z punktu widzenia "terapeutów" jest więc przypadkiem szczególnie niebezpiecznym, bo zdystansowanym do wszystkiego, co go otacza, nieufnym i krytycznym. Jest więc, w skrócie to ujmując, modelowym przypadkiem inteligenta zdroworozsądkowego, którego najtrudniej przekształcić w nowego człowieka, bo w trakcie indoktrynacji zawsze zacznie ironizować, zawsze będzie szukał przysłowiowej dziury w całym czy analogii w przeszłości i teraźniejszości. Bo ma krytyczny umysł, który prędzej zaprowadzi go do cynizmu niż entuzjazmu.
I nie wiadomo, jak by się potoczyły jego losy w sanatorium, gdyby nie to, że spajający tę rzeczywistość pan Witold po prostu opuścił ją - "jednak pewnie zmęczyło go pieprzenie ciągle na ten sam temat". Odchodząc, zostawił bohatera z przesłaniem: "W tak zwanym życiu wszystko bywa rzeczą umowną [...], więc nie przejmuj się majakami. Lepiej wyjedź stąd jak najszybciej i staraj się zapomnieć. O wszystkim". I majak zaczyna się rozmywać - bramy sanatorium nikt już nie pilnuje, w pobliskim miasteczku nikt sobie nie przypomina, by ono istniało, autobusy nie kursują. Bohater powieści pogrąża się w jakimś nowym niebycie, w którym przynajmniej nie ma absurdu, jest tylko niedookreślenie i pojawiają się znajome elementy, które zawsze tworzą naszą rzeczywistość. I jest kobieta, do której może wrócić. Przy niej chyba znajdzie uspokojenie, choć nie wiadomo, co z tego spokoju ma wyniknąć. Początek niewiadomego, jak to zwykle bywa. A może jednak jakiś nowy absurd?
Gdybym teraz miał najkrócej, jak to jest możliwe, powiedzieć, czym jest ten absurdalny świat, w który swoich czytelników uwikłał Wysogląd, to powiedziałbym, że jest to mimo wszystkich zawartych w powieści żartów i złośliwości całkiem poważny krzyk rozpaczy inteligenta, który chce żyć po swojemu, a nie może, bo wciągany jest w idiotyczne gry przez tych ogarniętych żądzą naiwniaków, groźnych naiwniaków, którzy myślą, że coś wiedzą i coś mogą.
Czytając Różewicza (1)Janusz Drzewucki
Jeśli potrafię jako tako przewidzieć swoją przyszłość, to w Nowy Rok 2021 obejrzałem w telewizji - jak co roku od pół wieku - koncert noworoczny ze Złotej Sali Musikverein w Wiedniu i gdy orkiestra pod dyrekcją (tym razem) Riccarda Mutiego wykonała na koniec tradycyjnie Marsz Radzetzky'ego, podjąłem stosowne do chwili (ale te same, co dwanaście miesięcy temu, więc pożal się boże) postanowienia noworoczne: mniej palić, mniej pić, mniej oglądać w telewizji piłki nożnej, więcej spacerować i biegać, regularnie i systematycznie pisać, co dzień przynajmniej stroniczkę. Do tego dodałem: przeczytać na nowo i od początku całego Tadeusza Różewicza, w roku 2021 bowiem przypada jubileusz setnych urodzin tego pisarza.
Zastanawiając się nad Różewiczem, mówiąc o nim, pisząc o nim, przypominam sobie i nie sobie wyłącznie, że był on rówieśnikiem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego (oraz Jana Bytnara, pseudonim "Rudy"; kim był "Rudy" starsi czytelnicy "Twórczości" wiedzą doskonale, młodsi niech sobie poszukają w Wikipedii). Ta paradoksalna zbieżność - paradoksalna, o ile bowiem Baczyński, odkąd zacząłem go czytać, należał w naszej szkolnej i licealnej świadomości do nieomal zamierzchłej przeszłości, o tyle Różewicz był zawsze jednym z głównych bohaterów mojej teraźniejszości - pokazuje swego rodzaju tragizm nie tylko historii, ale po prostu życia; zarówno w szczególe, jak i w ogóle. Tajemnicy tego tragizmu - o którym decyduje już to przypadek, już to wyjątek, już to nie wiadomo co, może los, może przeznaczenie, bo przecież nie jest to jedno i to samo - dotknęła młodsza od nich raptem o dwa lata Wisława Szymborska w pamiętnym wierszu W biały dzień (dla świętego spokoju przypominam: w zbiorze Ludzie na moście z 1986 roku).
Zastanawiając się nad Baczyńskim i Różewiczem, nie zapominam nigdy, że ich równolatkami byli poeci: Julia Hartwig i Tymoteusz Karpowicz, ale także historyk sztuki Mieczysław Porębski, który po przyjacielsku zaprojektował okładkę debiutanckiego tomiku Różewicza Niepokój, oraz pisarz SF i za młodu sam poeta Stanisław Lem, który był jednym z pierwszych recenzentów tego zbioru wierszy (na łamach katolickiego "Tygodnika Powszechnego"!), a także Wanda Laskowska, która wyreżyserowała debiutancką sztukę pisarza Kartoteka w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, wreszcie Karl Dedecius, najważniejszy jego tłumacz na język niemiecki. W tym samym 1921 urodzili się prozaicy: Roman Bratny, Danuta Mostwin, Jerzy Pomianowski, Jerzy Stefan Stawiński, Witold Zalewski oraz poeta i malarz Jan Winczakiewicz. A ponadto muzykolodzy Michał Bristiger i Mieczysław Tomaszewski, reżyserzy filmowi Stanisław Lenartowicz i Andrzej Munk oraz aktorzy: Wieńczysław Gliński, Stanisław Jasiukiewicz, August Kowalczyk, o czym przypominam, mając na uwadze fascynację pisarza teatrem i filmem. Wśród rówieśników Różewicza znajdują się również: dyrygent i skrzypek Karol Teutsch, piosenkarz Jerzy Michotek, podróżnik Tony Halik, autorka satyrycznych słuchowisk (wiem, wiem, że nie tylko) Ewa Szumańska, słynna seksuolożka Michalina Wisłocka, aktor i piłkarz w jednej osobie Marian Łącz oraz legendarny trener Kazimierz Górski, któremu polska piłka nożna zawdzięcza historyczne sukcesy; o czym dla odmiany przypominam, mając na uwadze nie tylko młodzieńczą fascynację autora Rozmowy z księciem futbolem.
Szukając rówieśniczych powinowactw Różewicza, nie mogę nie przypomnieć, że jego równolatkami byli: dramaturg Friedrich Dürrenmatt, James Clavell - autor Króla szczurów, James Jones - autor Stąd do wieczności oraz Cienkiej czerwonej linii; poeci Erich Fried i Richard Wilbur, pisarze Wolfgang Borchert i Ilse Aichinger (jej nazwisko wymieniam z czułością także dlatego, że byłem wydawcą jednej z jej książek), autorka powieści kryminalnych Patricia Highsmith, rzeźbiarz Joseph Beuys, reżyser filmowy Miklós Jancsó, politycy Alexander Dubček i Aleksander Sacharow, wreszcie - jak to się mówi za Krzysztofem Teodorem Toeplitzem - "mieszkańcy masowej wyobraźni": Giulietta Masina, Dirk Bogarde, Georges Brassens, Yves Montand, Peter Ustinov.
A z drugiej strony - na drugą stronę przeszli tamtego 1921 roku: poeta Aleksander Błok, śpiewak operowy Enrico Caruso, filozof i anarchista Piotr Kropotkin, kompozytorzy Camile Saint-Saëns i Władysław Żeleński, a także Gabriela Zapolska oraz Maria Piłsudska. W tym samym roku Marszałek Józef Piłsudski przyjął godność doktora honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, a w Rydze podpisano traktat pokojowy, kończący wojnę polsko-bolszewicką. Rok 1921 to rok, w którym wybuchło III powstanie śląskie i bunt marynarzy w Kronsztadzie, Mussolini założył Narodową Partię Faszystowską, a Hitler został führerem w strukturach NSDAP, poza tym Irlandia ogłosiła niepodległość, a także powstała Irlandia Północna, w Szwecji zniesiono karę śmierci, natomiast w Rosji Radzieckiej skazano na śmierć poetę Nikołaja Gumilowa, męża Anny Achmatowej. Nie sposób nie wspomnieć ponadto: José Raúl Capablanca został mistrzem świata w szachach, Charlie Chaplin wyreżyserował Brzdąca, Coco Chanel wyczarowała w Paryżu perfumy, które przejdą do historii pod nazwą Chanel No. 5, a w Londynie założony został PEN Club (to jedyna organizacja, do której miałem zaszczyt należeć obok Tadeusza Różewicza, a nawet razem z nim).
Co jeszcze? Otóż, upadł wtedy pierwszy rząd Wincentego Witosa, rozpoczęto budowę miasta i portu Gdynia, odbyły się pierwsze Międzynarodowe Targi w Poznaniu, reprezentacja Polski w piłce nożnej rozegrała pierwszy mecz międzypaństwowy (przegraliśmy 0:1 z Węgrami w Budapeszcie, a jakże), a we Wrocławiu (gdzie w przyszłości Różewicz będzie mieszkał i tworzył, aż do śmierci zresztą) zanotowano rekordowy upał: 39 ?C! Albert Einstein został laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, a w dziedzinie literatury Anatol France. Anatol Stern i Bruno Jasieński wydali jednodniówkę "Nuż w bżuhu", a Jasieński na dodatek ogłosił But w butonierce. Leopold Staff wydał Szumiącą muszlę, Kazimierz Wierzyński Wróble na dachu, Stanisław Młodożeniec Kreski i futureski. No i na dodatek: Edith Warthon dostała Pulitzera za Wiek niewinności, Luigi Pirandello opublikował Sześć postaci scenicznych w poszukiwaniu autora, Sergiusz Jesienin Spowiedź chuligana, Carl Gustaw Jung Typy filozoficzne; ukazał się też wtedy Traktat logiczno-matematyczny Ludwika Wittgensteina, dzieło do którego autor Zielonej róży miał zaglądać przez niemal całe swoje dorosłe życie.
Jaki wszystkie powyższe informacje mają związek z Tadeuszem Różewiczem? Odpowiadam z ręką na sercu: nie wiem. Może nie mają, a może jednak mają większe lub mniejsze znaczenie. Po prostu nie wiem tego, chyba nikt tego nie wie.
W swoich wspomnieniach pani Stefania Różewicz, z domu Gelbard, zapisała: "Tadeusz urodził się 9 października 1921 r. w Radomsku, ulica Reymonta 12, koło rzeczki Radomki"; ale także: "Troszkę byłam rozczarowana, bo bardzo pragnęłam córki. Dzieciak urodził się zdrowy, tłuścioch. Miał długie czarne loczki, które sięgały prawie do połowy szyi. Dziecko było nadzwyczaj spokojne" oraz "Syn nowo narodzony taki był spokojny, spał świetnie; nieraz wstawałam w nocy i zaglądałam do kołyski, czy aby się nie udusił, że nic go nie słychać". W książce Matka odchodzi, w której znalazły się te wspomnienia, Tadeusz Różewicz we wstępnej prozie Teraz wyznał zaś: "teraz jest rok 1999... i mówię tak cicho, że Rodzice nie mogą dosłyszeć moich słów "Mamo, Tato, jestem poetą"... "wiem Synku" mówi Matka "zawsze to wiedziałam", "mów wyraźniej, nic nie słyszę", mówi Ojciec...".
A zatem przystępuję do lektury Tadeusza Różewicza od początku. Nie zaczynam jednak od wydanych w 1944 roku na partyzanckim powielaczu Ech leśnych ani od zbioru utworów satyrycznych W łyżce wody z 1946 roku, ale od wspomnianego wcześniej Niepokoju (Kraków 1947, Nakładem Wydawnictwa "Przełom" - spisuję ze strony tytułowej). Wszak wszystko zaczęło się od Niepokoju. Gdyby nie Niepokój, nie byłoby niepokoju Tadeusza Różewicza, ale także niepokoju współczesnej i nowoczesnej (bo to jednak nie jest jedno i to samo) poezji polskiej; co tam poezji, literatury polskiej by nie było. Rzecz jasna i oczywista, byłaby, ale przecież nie taka, jaka jest dzisiaj. O tym jednak opowiem następnym razem.
Włodzimierz PaźniewskiŻagle łopoczące na wietrze
Mieszkańcy Europy jeszcze nigdy nie byli tak ciekawi świata, wyglądu obcych mórz i nieznanych lądów, jak pod koniec piętnastego wieku i stuleci następnych, gdy nad historią kontynentu słychać było łopoczące żagle karawel i galeonów, wychodzące z portu lub powracające z dalekich podróży. Z oddali patronowała ówczesnym ludziom odwaga i wytrwałość. Słusznie nazywa się te lata epoką odkryć geograficznych. Puste miejsca na dotychczasowych bardzo niedokładnych mapach nawigacyjnych zyskiwały swoje nazwy i od tej pory przestawały być anonimowe.
Dalekie wyprawy morskie kusiły wielu śmiałków. Opiekę nad swoim życiem niezmiennie powierzali Matce Boskiej Szczęśliwego Powrotu, której liczne obrazy miały wyraz tęsknoty utrwalony w niebieskich oczach. Wszystko musiało się zgadzać. Dlatego nawet oczy Madonn miały wszelkie odcienie morza i pasowały do takiej podróży. Podobno Vasco da Gama nigdy się nie rozstawał z miniaturką obrazu kupioną w Lizbonie. Z dobrym skutkiem zawsze trzymał ją przy sobie. Towarzyszyły tym obrazom wielkie tajemnice. Jedna z nich sprawiła, że również ówczesna Rzeczpospolita, o czym niewiele się wie w naszym kraju, pośrednio bardzo wydatnie przyczyniła się do powodzenia pierwszej podróży Vasco da Gamy do Indii i wytyczenia szlaku morskiego do tego kraju.
Ta postać w historii Portugalii figuruje pod dwoma nazwiskami: jako Gaspar (czyli Kacper) da India i Gaspar da Gama. W wielkiej encyklopedii portugalsko-brazylijskiej występuje jako Gaspar da India, za to w Portugalii ta sama osoba to Gaspar da Gama, bo to bardziej kojarzy się z nazwiskiem szefa wyprawy. Pierwsze nazwisko sugeruje jego liczne związki z Indiami, drugie, a więc swoje, nadał mu na chrzcie Vasco da Gama, którego stał się doradcą i przewodnikiem. Obydwóch musiały ze sobą łączyć dość bliskie związki. Imię Kacper wzięto od jednego z trzech króli. Istnieją dwie wersje, gdzie odbył się jego chrzest. Jedna wspomina Indie, druga Lizbonę, dokąd przybył z Vasco da Gamą i został nawet dworzaninem króla Portugalii. Jak było naprawdę? Nie wiadomo.
Kim zatem był Gaspar da Gama i skąd wziął się w Indiach? Urodził się prawdopodobnie w połowie XV wieku na terenie Polski, w Poznaniu. Daty nie są pewne. Niektóre źródła podają rok 1444 jako datę jego urodzenia. Był z pochodzenia Żydem. Kiedy rodzina, a wraz z nią Gaspar, opuściła Polskę, nie bardzo wiadomo. Zajmował się żeglarstwem, podróżami i handlem. W swoich wędrówkach zahaczył o Palestynę i Aleksandrię. Jakiś czas przebywał w Granadzie, gdzie opanował język hiszpański. Do Indii prawdopodobnie dotarł wraz z kupieckimi karawanami i zatrzymał się w tym kraju na dłużej. Był pośrednikiem nie tylko handlowym. Opanował biegle kilka języków europejskich i parę języków używanych w Indiach, co potem bardzo się przydało. Łatwo nawiązywał kontakty z miejscowymi władcami. Gdy w Indiach pojawił się Vasco da Gama, Gaspar przekroczył czterdziestkę.
Przez cały wrzesień 1998 roku przebywałem w Portugalii. Mieszkałem tam w małym miasteczku Feijó pod Lizboną, po drugiej stronie Tagu w Quinta das Romazeiras, rezydencji położonej pośrodku ni to dużego ogrodu, ni to parku, domu polskiej pisarki emigracyjnej Marii Danilewicz Zielińskiej (1907-2003) który zbudował po wojnie drugi mąż pisarki Adam Zieliński, dyplomata rządu generała Sikorskiego. Literackim plonem tego dość długiego pobytu były moje rozmowy z sędziwą gospodynią o jej pracy pisarskiej i dorobku naukowym, gdy zajmowała się nowo odnalezionymi rękopisami Adama Mickiewicza, które pojawiały się w antykwariatach na całym świecie.
Był również drugi obszar moich zainteresowań, bardziej związany z historią najnowszą Polski - studiowanie papierów, jakie po sobie pozostawił pierwszy mąż pani Marii, inżynier Ludomir Danilewicz, który odegrał jedną z kluczowych ról poznania przez wywiad polski tajemnic supernowoczesnej niemieckiej maszyny szyfrowej "Enigma". Danilewicz był znawcą radiotechniki i to on odniósł pierwszy spektakularny sukces w kwestii "Enigmy", zbudował w Warszawie polską kopię tej maszyny, którą nazwano Lacida. Był to skrót nazwisk ludzi związanych z tą sprawą.
Mieszkając nad Tagiem, pani Maria dużo pisała o mało znanych związkach polsko-portugalskich w przeszłości, a były one w pewnych latach bardzo intensywne. W kręgu jej zainteresowań znajdował się również Gaspar da Gama.
Gaspar był w Indiach kimś w rodzaju naczelnika ceł, doradcą handlowym i tłumaczem. To on namówił Portugalczyków, by swoje kantory ulokowali w Goa, gdzie miejscowy władca był do nich przychylnie nastawiony. Skłonił ich również do umocnienia wysepki Andżediwy. Był doradcą w sprawie handlu zamorskiego króla Portugalii. Towarzyszył również wyprawom Cabrala, którego zainteresował Koczimem. Podczas drugiej podróży do Indii zaproponował mu zmianę kursu na kierunek bardziej zachodni. W ten sposób w 1500 roku Cabral wskutek pomyłki przebył Atlantyk i odkrył Brazylię.
Data śmierci podróżnika z Polski jest niepewna. Miał zginąć podczas oblężenia Kalikutu. Jest to mało prawdopodobne. Według drugiej wersji zmarł śmiercią naturalną w Indiach ok. roku 1510. Dlaczego wiemy o nim tak mało? Ponieważ sprawozdania z podróży Vasco da Gamy i Cabrala uległy całkowitemu zniszczeniu. Stało się to podczas wielkiego trzęsienia ziemi w Lizbonie 1 listopada 1755 roku.
Szczury z via VenetoPiotr Kępiński
Na przystanku autobusowym nieopodal Wielkiej Synagogi, skąd dwa kroki na Wyspę Tyberyjską, zobaczyłem trzy martwe szczury. Wśród żółtych liści, obok wiaty. Z daleka prawie niewidoczne, z bliska robiły wrażenie zamrożonych albo nagle unieruchomionych przez jakiś kataklizm, tak mogłyby wyglądać szczury zaskoczone przez wybuch Wezuwiusza. Ale w Rzymie nie ma wulkanów, są natomiast coraz zimniejsze zimy i to chyba niskie temperatury przyczyniły się do ich śmierci.
Kiedy następnego dnia przechodziłem obok tego miejsca, truchła nadal leżały. Banglijczycy palili papierosy, Filipinka przytaszczyła ładne małe biurko, którego nogę postawiła na ogonie martwego szczura. Świat przepływał nad gryzoniami swobodnie i delikatnie, jakby ich w ogóle nie było. Było dosyć chłodno, ale przyjemnie, świeciło słońce, ale nie za mocno, wiatr było czuć na twarzy, ale liście drzew były nieruchome.
- Lepszy martwy szczur niż żywy - mówi ze stoickim spokojem mój znajomy, który mieszka w okolicach Garbatelli, gdzie ich zatrzęsienie. - To normalne, że idąc do metra czy na przystanek autobusu widzę, jak grasują, jedzą, i to bynajmniej nie pod osłoną nocy.
Szczury rzymskie na żer wychodzą w dzień. Ostatnio pojawiły się na via Veneto, symbolu włoskiej zamożności. Kiedy byłem tam ostatni raz, zaledwie miesiąc temu, obraz najsłynniejszej rzymskiej ulicy był żałosny. Z jednej strony eleganckie (jeszcze) sklepy z jasnymi witrynami, z drugiej ciemności egipskie i żebracy z biało-niebieskimi parcianymi torbami, takimi jakie widujemy czasami w Warszawie na Wschodnim, które po brzegi wypełnione są odpadkami i podartymi ubraniami.
Przed paroma laty zamknięto tutaj słynną Cafe de Paris, po tym jak stołeczni kontrolerzy zauważyli, że miejsce stało się pralnią pieniędzy dla 'Ndranghety.
W lutym zeszłego roku znajomy zrobił zdjęcie szczura wchodzącego swobodnie do Hotelu Excelsior. Kiedyś w tamtych okolicach paparazzi "cykali" fotki Avie Gardner i Frankowi Sinatrze. Dzisiaj do obiektywów zęby szczerzą gryzonie.
Włoscy reżyserzy, którzy kręcili tutaj swoje filmy jak najęci, dzisiaj tych miejsc unikają, bo ani już reprezentacyjne, ani piękne. Zapuszczają się do Prati i Parioli, a jeżeli szukają czegoś naprawdę paskudnego, to do Ostii. Życie artystyczne zamarło. Młodsi twórcy wolą dzielnicę San Lorenzo, gdzie szczurów zatrzęsienie, ale tam zawsze tak było, więc nie ma o czym mówić.
Według szacunków specjalistów w Wiecznym Mieście mieszka więcej szczurów niż ludzi, bo około dziesięciu milionów. Podobno w latach dziewięćdziesiątych było ich aż trzydzieści milionów. Jedna z włoskich gazet podała, że Francesco De Gregori (słynny piosenkarz, poeta) doliczył się ich aż trzysta milionów. Jak to zrobił? Tego dziennikarze nie wyjaśnili. A sprawa jest prosta. Otóż De Gregori wcale gryzoni nie liczył, nie zatrudnił też żadnej firmy, żeby sprawę zbadała, nie zajmował się nimi naukowo ani też po amatorsku, można powiedzieć, że oszacował liczbę rzymskich szczurów artystycznie. Napisał bowiem piosenkę pod tytułem 300 milionów szczurów, z bardzo znaczącym fragmentem:
Ci sono topi tutti intorno, topi in Via Frattina,
Traversavano la strada tranquillamente, alle undici di mattina.
W wolnym przekładzie mógłby on zabrzmieć:
Wokół nas szczury, szczury na via Frattina,
Przechodzą przez ulicę cicho, kiedy dzień się zaczyna.
Tłumaczenie, rzecz jasna niedokładne, ale oddające istotę inwazji dokonującej się na moich oczach, której fama w bardzo krótkim czasie dotarła nawet do Moskwy.
Tam bowiem, w kremlowskiej gazecie "Sputnik" słynny w Italii senator Antonio Razzi ogłosił, że ma genialny pomysł, jak we względnie łatwy sposób można sobie z plagą poradzić. Otóż, wymyślił on, żeby do Wiecznego Miasta sprowadzić pięćset tysięcy azjatyckich (czy może syberyjskich?) kotów i po problemie. Podobno znalazł nawet dostawcę tychże. Skąd miał wziąć pieniądze na tę transakcję? Tego gazeta nie wyjaśniła.
No a kim jest ów Razzi? Skończonym idiotą, dla którego wzorem demokracji jest Korea Północna. Przed laty wsławił się wywiadem, w którym ogłaszał, że nigdzie na świecie nie widział ulic tak czystych i ładnych, jak w Pjongjang. Nigdzie na świecie nie widział przywódcy tak mądrego, jak Kim. Obozy pracy? Wolne żarty. Tam nikt nie siedzi w więzieniach i wszystko jest cacy.
Podobne brednie Razzi sadzi teraz o Moskwie, Syrii i Białorusi.
A zapowiadane przez niego azjatyckie (czy też syberyjskie) koty w Rzymie oczywiście się nie pojawiły. Honoru miasta bronią grube i brzydkie koty lokalne, które grasują albo wylegują się na Largo Argentina.
I tam, faktycznie, szczurów nie ma. Niewykluczone, że to jedyne miejsce w stolicy wolne od gryzoni.
W czasie pandemii wszyscy bali się, że to one zamiast ludzi opanują ulice i aleje. Nic takiego nie miało miejsca. Zapewne dlatego, że początek roku 2020 był w Wiecznym Mieście dosyć mroźny.
Temperatury w nocy spadały nawet poniżej zera. Śniegu jak w Alpach nie było, ale bez czapki i ciepłej kurtki nie można było wychodzić. To zresztą nic nadzwyczajnego, takie zimy się zdarzają i tutaj, więc Romowie, którzy mieszkają w kamperach po drugiej stronie via Flaminia, dokąd mam z domu pięć minut na piechotę, zaczęli wieczorami palić ogniska pod wiaduktem, tuż przy Carrefourze.
Dzisiaj kiedy pytam ich o szczury, wytrzeszczają oczy ze zdziwienia. "Ale jaki problem? Naprawdę nie masz większego? Przecież to normalne, że w mieście muszą być gryzonie. Człowieku! Skąd ty się wziąłeś?"
1/2021
Czasopismo patronackie Instytutu Książki wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
REDAGUJĄ:
Elżbieta Baniewicz (teatr),
Leszek Bugajski (książki pozapoetyckie),
Janusz Drzewucki (poezja, książki poetyckie),
Rajmund Kalicki (na widnokręgu, noty),
Wojciech Kudyba (zastępca redaktora naczelnego, eseje),
Wojciech Łysek (korekta),
Małgorzata Pieczara-Ślarzyńska (korekta),
Aneta Wiatr (sekretarz redakcji).
Małgorzata Brodacka (sekretariat)
ADRES REDAKCJI: 00-490 Warszawa, ul. Wiejska 16, tel./faks +48 22 628 95 07, tel.+48 22 627 15 52, e-mail: tworczosc@instytutksiazki.plwww.tworczosc.com.pl
WYDAWCA: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6, DZIAŁ WYDAWNICTW: 01-699 Warszawa, ul. Parandowskiego 19,
tel. +48 22 697 05 32, +48 22 697 05 34,
e-mail: czaspatron@instytutksiazki.pl
PL ISSN 0041-4727 Copyright 2021 by "Twórczość"
Projekt typograficzny: Piotr eL
Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i zmiany tytułów.
CENY OGŁOSZEŃ: cała kolumna - 800 złotych, pół kolumny - 500 złotych z doliczeniem VAT. Ogłoszenia wewnątrz numeru i na trzeciej stronie okładki; za treść ogłoszeń redakcja nie przyjmuje odpowiedzialności.
PRENUMERATA "TWÓRCZOŚCI" ZA POŚREDNICTWEM REDAKCJI:Informacje: tel./faks +48 22 628 95 07, tel. +48 22 627 15 52,tworczosc@instytutksiazki.pl prenumerata na rok 2021:Cena pojedynczego numeru - 9 zł; numer łączony 7/8 - 18 zł;prenumerata półroczna - 54 zł; prenumerata roczna - 108 zł.Wpłaty na konto Instytutu Książki:81 1130 1150 0012 1269 2720 0001Prenumerata zagraniczna (roczna): ? 60 lub $ 80.Wpłaty dokonywane z zagranicy na konto: PL81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 - SWIFT CODE : GOSK PLPWZamówione egzemplarze poczta dostarcza bez dodatkowychopłat. - ZA POŚREDNICTWEM RUCH S.A.: Prenumerata krajowa:Zamówienia na prenumeratę przyjmują zespoły prenumeratywłaściwe dla miejsca zamieszkania klienta, www.prenumerata.ruch.com.pl, - e-mail: prenumerata@ruch.com.plPrenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę: Informacjęo warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania możnauzyskać pod nr tel. +48 22 693 67 75,www.ruch.com.pl, e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego6 jako administrator danych informuje, że Państwadane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacjiprenumeraty czasopism patronackich. W związku z przetwarzaniemAdministrator może powierzyć dane osobowepodmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępudo treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięciazgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianymoraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danychdo organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony DanychOsobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędnedo złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawachzwiązanych z danymi osobowymi można kontaktować sięz inspektorem ochrony danych: iod@instytutksiazki.pl
Maciej LibichPorządek. Kanon
Nie chcę przecież robić w życiu kariery, chcę tylko żyć, żeby to miało odrobinę sensu. Nic więcej. Właściwie chcę tylko dożyć zimy, a kiedy już spadnie śnieg i przyjdzie zima, będę wiedział, jak żyć dalej, przyjdzie mi to do głowy, co najlepiej zrobić z życiem. Bardzo lubię tak podzielić życie na małe, proste, łatwe zadania rachunkowe, które nie wymagają łamania głowy, które same się rozwiązują. Robert Walser, Rodzeństwo Tanner, przeł. Małgorzata Łukasiewicz
Założenia. Podstawa
Wyjątkowo podniosłem się tego dnia o dziewiątej zamiast o ósmej, co wybiło mnie nieco z rytmu i zaskoczyło, jednak nie pozwoliłem, żeby zepsuło resztę dnia. Była niedziela, więc nie musiałem od razu szykować się do wyjścia z domu. Wziąłem kąpiel i przygotowałem śniadanie, a gdy skończyłem, była już pierwsza. Pomyślałem wtedy, że móc zjeść tak obfity pierwszy posiłek to naprawdę duży komfort, na który nie mógłbym sobie pozwolić w innych okolicznościach, tyle że wyjątkowość tego dnia - dziwnie sztuczna, jeśli wziąć pod uwagę zwyczajność pozostałych dni tygodnia - wydała mi się nieznacząca. Nie pomniejszało to mojej radości, skądże znowu, było mi błogo. Po prostu w tamtej chwili dotarło do mnie, że pojedynczość to tylko wymysł, który prędko traci na wartości, jeśli zderzyć go z prawdziwą wielością. Tak czy owak do późnego popołudnia przeglądałem gazetę, choć polityką nie interesowałem się już od dawna.
Zwrot. Moment
Spacerując po mieście, doszedłem do wniosku, że podoba mi się znaczna większość budynków, które mijałem. Jeden z nich - było to nieopodal centrum miasta, choć jednocześnie jak gdyby na uboczu, w cichej alejce - szczególnie przyciągał wzrok swoją fakturą, mienił się bowiem w południowym słońcu jak piasek na plaży. Gdybym nie wolał samotnych spacerów, z pewnością podzieliłbym się tym widokiem z pewną kobietą, którą poznałem wiele lat temu, jeszcze na studiach. Była to kobieta, która pachniała jak czysta słodycz - jak miód. Trudno o tym zapomnieć. Cóż, same słowa nie sprawią jednak, że nagle się tu zjawi. Kolejne potwierdzenie ich wielkiej niemocy.
Zniechęcenie. Horyzont
Pamiętam: był taki czas, że wiele podróżowaliśmy. W tamtym okresie wydawało mi się, że to jedyne, co może robić człowiek, który chciałby coś osiągnąć. Jednak gdy wracaliśmy do naszego rodzinnego miasta, uczucie to prędko znikało, a ja znowu miałem wrażenie, że nigdy nie wyściubiłem nosa poza obręb dzielnicy, w której mieszkaliśmy.
Anna Arno
Billie
Nie wiedziałam, ile miała lat. Pewnie po sześćdziesiątce. Chodziła w obcisłych getrach i sportowej bluzie. Miała umięśnione nogi i dziwnie uformowane pośladki - ciało starego biegacza, połączenie uporczywego wysiłku i nieubłaganego czasu. "Więcej niż myślisz" - mówiła z kokieteryjnym uśmiechem. Codziennie rano na ogoloną głowę zakładała stroik ze sztucznych kwiatów i wychodziła pobiegać w parku. Nad jej łóżkiem wisiały dyplomy i medale nowojorskich maratonów od połowy lat siedemdziesiątych. Central Park był jej domem - "to jest mój ogródek, moje podwórko" - mówiła. Studentom wynajmowała najlepszy pokój, z szerokim widokiem. Przez dwa lata to moim ogrodem był Park, moim dywanem Aladyna. Z góry patrzyłam na miękkie korony drzew, zimą podziwiałam zarys gałęzi i perspektywę, którą odsłaniały. O świcie widziałam ostre słońce w czarnej fasadzie Mount Sinai Hospital. You're an angel - codziennie mówiła mi Billie. Ale ja nie byłam aniołem. Po prostu siedziałam w swoim pokoju, czytałam i pisałam albo rozmawiałam przez Skype'a z rodziną.
To nie była gadatliwa staruszka, która potrzebowała słuchacza. Mówiła zawsze to samo. Że Bóg jest dobry i wielki. Mówiła tak, jakby codziennie go spotykała w Central Parku. God bless you, sweetheart - powtarzała dziesiątki razy. Może jej modlitwa zyskała moc i przez ten czas byłam błogosławiona. Mieszkanie Billie było nieskazitelnie czyste, wypełnione światłem i wyłożone zwierciadłami. Była dumna ze swoich luster i szklanego stolika. Lubiła kolor zielony i fioletowy, gładziła aksamitną kanapę, żeby cień się układał w odpowiednią stronę. Na ścianach i podłodze skakały zajączki, małe tęcze tworzyły się tam, gdzie słońce odbijało się od wyszlifowanych krawędzi. Przez dwa lata mieszkałam twarzą w twarz z własnym odbiciem. Lustra poszerzały przestrzeń, ale też powielały moją sylwetkę. Byłam ciągle sama, sama ze sobą, tej postaci nie mogłam zasłonić, nie umiałam się od niej uwolnić. Przed lustrem stał wazon, a w nim szklane kwiaty: to był martwy punkt, w którym mogłam się ukryć.
Czasami jednak Billie potrzebowała porozmawiać. Kiedy już po raz dziesiąty mnie błogosławiła, wskazywałam na biurko, komputer i mówiłam, że na jutro muszę coś skończyć do szkoły. Billie to rozumiała, nie chciała przeszkadzać. Rób, co masz do zrobienia - zgadzała się ochoczo. You have to do what you have to do - wykładała ten problem przy pomocy poetyckiej tautologii.
Czasami Billie pokazywała mi swoje nogi. Mocne łydki i stopy: naznaczone kontuzjami, zdeformowane, stopy maratonki. Zakładała specjalne skarpetki, zaklejała plastrami, żeby nie bolało. "Chodzisz szybciej, niż ja biegam" - mówiła, kiedy spotykała mnie w parku. Teraz już raczej truchtała, właściwie szła, pochylona do przodu, w postawie biegacza-weterana.
Kiedy nie biegała, oglądała telewizję. Nigdy przy tym nie siadała na zielonej kanapie. Tkwiła przycupnięta na stacjonarnym rowerku w swoim lustrzanym salonie. Przy telewizji głośno się śmiała. I na głos komentowała. Chyba głównie baseball i koszykówkę. Raz nawet próbowała mi coś tłumaczyć: Yankees, Red Socks, Giants. Co, kto i komu. Ale to przekraczało moje możliwości. Tego jesiennego wieczoru, kiedy prezydentem został Obama, śmiała się i płakała przed telewizorem.
Jadła ziemniaki polane oliwą, jadła zieloną sałatę. Kiedyś przyniosła strąki czerwonej papryki i pytała, czy to można jeść na surowo. Nie lubiła kuchennych zapachów. Nie lubiła bałaganu. Marszczyła nos, kiedy gotowałam. Pytała, co to jest, po co i dlaczego. Raz zrobiłam bigos. Billie bała się tego zapachu. Bała się o swoją tapetę w fioletowo-złote paski.
Nigdy do końca nie zrozumiałam, jakim cudem mała, czarna Billie z Karoliny Północnej zamieszkała w apartamencie z widokiem na Central Park. Miałam jednak swoją hipotezę. Pewnego razu Billie pokazała mi nekrolog niejakiej pani Kayser, którą się kiedyś opiekowała. A potem pani Kayser zaopiekowała się Billie. Zostawiła jej w spadku mieszkanie. Ale Billie nie zdradzała szczegółów. Bała się zarazków, brudu i nie miała zaufania do ludzi. Pani Kayser zostawiła też Billie kilka pięknych strojów. Kreacje Diora i Yves'a Saint-Laurenta z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Pewnego dnia zastałam Billie przed lustrem: przymierzała suknie z atłasowym gorsetem, z falbanami, z aksamitu i połyskliwej tafty. Byłam ciekawa, na jaką to okazję: może bankiet stowarzyszenia New York Road Runners postanowił wyróżnić seniorów? Wręczyć nagrodę za Lifetime Achievement? Billie pokazała mi ulotkę sklepu RadioShack, który zaprosił ją na ekskluzywną promocję. Wybrała zieloną suknię i odpowiednie nakrycie głowy. Odetchnęłam z ulgą, kiedy tydzień później oznajmiła, że zrezygnowała, bo woli unikać zgromadzeń.