Rozdział 1
Niecały rok wcześniej życie Marceliny nabrało nowych barw. Stało się intrygujące jak przepyszna potrawa, której skład nie jest nam do końca znany. Być może nawet zima w lipcu zaskoczyłaby ją odrobinę mniej niż to, co ją spotkało.
Karo wychodziła za mąż. Za chłopaka, którego poznała jeszcze w podstawówce i z którym była od gimnazjum. Marcelina przyjaźniła się z nimi od lat, więc wiadomość o zaręczynach nie stanowiła niespodzianki. Właściwie to nawet zalatywało nudą. Taki przechodzony związek, z kimś, kto po tak długim czasie jest już chyba bezpieczną opcją, a nie szaloną miłością. Choć z drugiej strony Karo naprawdę kochała narzeczonego i wydawała się bardzo zadowolona ze zbliżającego się ślubu. Bardziej niż Marcelina, która od dawna nikogo nie miała. Nie czuła z tego powodu żalu, ale stała się jedną z ostatnich singielek w towarzystwie. Dziewczyny ze studiów często żartowały, że czeka na miłość od pierwszego wejrzenia. Albo też na cegłę, która walnie ją któregoś dnia w głowę i wybije pomysł czekania na kogoś wyjątkowego. Być może po cichu jej zazdrościły, że uzbroiła się w tak wielką cierpliwość. Nie bierze pierwszego lepszego Zenka, który wciąż jest synkiem mamusi. Czy też Janka, który nie potrafi posprzątać skarpetek ani zrobić sobie kanapek do pracy. Albo, co gorsza, Artura, z którym było się od zawsze, zatem niczym nie może już zaskoczyć.
- Gotowa na wieczór pełen wrażeń, nagich mężczyzn i strumieni alkoholu? - Daria powiększyła i tak już głęboki dekolt i poprawiła diabelskie rogi, tkwiące na jej głowie niczym korona. Motywem przewodnim wieczoru panieńskiego stały się diablice. Kobiety z piekła rodem, które uwodzą samców, ale same za nic nie pozwolą się uwieść. Obowiązywały małe czarne, szpilki, czerwona szminka na ustach i oczywiście rogi, kupione wcześniej na Allegro. Rogi mogły świecić, co Daria uznała za dodatkowy atut diabelskiej stylizacji. Chciała dorzucić jeszcze czerwone soczewki, ale Donia i Łutka stanowczo zaprotestowały. Wkładanie czegoś takiego do oczu napawało je obrzydzeniem.
- No jasne, że jestem gotowa. Idziemy na imprezę, Karo musi się wyszumieć - zaśmiała się Marcelina, ruszając w stronę klubu. W środku czekała na nich loża, drinki, głośna muzyka i totalna dyspensa, jeżeli chodzi o wieszanie się na szyjach obcych facetów. Miały przykuwać uwagę, śmiać się głośno i zapamiętać tę noc jako beztroską zabawę bez końca. Oczywiście bez przesady, bo każda z nich była porządną dziewczyną. A Marcelina, w głębi duszy, wcale nie lubiła głośnych klubów. Kochała tańczyć, choć niekoniecznie w takich butach. Drażniło ją również, że sukienka niebezpiecznie podjeżdża do pośladków, odsłaniając smukłe, umięśnione uda. Miała się czym pochwalić, wolała jednak eksponować swoje ciało w inny sposób. Na przykład w stroju sportowym, kiedy jako instruktorka prowadziła zajęcia fitness w miejscowym klubie.
- Ej, laski, wbijamy. Karo, ty za nami. - Daria parła do przodu, przedzierając się przez gęsty tłum. - Ja i Cesia idziemy do baru - wrzasnęła, przekrzykując muzykę. - A wy siadajcie!
Barman polewał równo i ze stoickim spokojem. Wyglądał jak ktoś, kto pracuje w zupełnie innym miejscu - nie podrygiwał w rytm muzyki, nie flirtował z dziewczynami i nie zgrywał twardziela. Po prostu polewał, co kto chciał.
Parkiet wibrował, a duszne powietrze oblepiało skórę potem, choć klimatyzacja dmuchała chłodem. Marcelinie coraz mniej podobała się atmosfera, postanowiła jednak robić dobrą minę do złej gry. Na wieczorze panieńskim nie wolno stroić fochów.
Przez kolejne trzy godziny przekrzykiwała koleżanki, kołysała biodrami na parkiecie i od czasu do czasu zamawiała dla wszystkich drinki. Sama stroniła od alkoholu, głównie z powodu cukrzycy. Widząc jednak, jak Daria staje się coraz bardziej wstawiona, cieszyła się ze swojego wyboru. Zerknęła na Karo - na policzki przyszłej panny młodej wkradł się rumieniec, oczy jej błyszczały. Dobrze się bawiła, a więc zadanie zostało wykonane. Kamień z serca, przyjaciółka może iść do ołtarza z myślą, że niczego nie traci. Amen.
Marcelina znów z zaciekawieniem popatrzyła na barmana. Jak on mógł pracować w tak potwornym hałasie? Czy klub wypłacał jakiś ekwiwalent za uszczerbek na zdrowiu? I czy taką pracę można wykonywać do końca życia?
Z zamyślenia wyrwało ją światło. A właściwie blask. Na lewo od ich stolika, w odległości kilku kroków, stał mężczyzna. To od niego biła owa przedziwna, hipnotyzująca łuna. Marcelina wlepiła wzrok w jego twarz. Boże, co za ciacho, pomyślała, badając każdy szczegół. Nigdy nie widziała nikogo równie atrakcyjnego. Jego uroda była onieśmielająca i doskonała, a jednocześnie bardzo męska. Wysoki i dobrze zbudowany. Szczupły i wyprostowany, na luzie, choć z klasą. Szatyn. Twarz o proporcjach, jakich nie powstydziłby się sam Michał Anioł, a do tego piękny uśmiech. Takim uśmiechem otwiera się drzwi, wygrywa każdą sprawę, można nim kupować wszystko, nie mając grosza w portfelu.
Rozmawiał z kimś. Stał oparty o bar i spoglądał z uwagą na swoją rozmówczynię. Lekki zarost tylko podkreślał jego usta, zmysłowe i fascynujące, można było patrzeć na nie przez długie minuty. Marcelina straciła rachubę czasu. Ile już gapiła się na tego obcego faceta? To musiało dziwnie wyglądać. Właśnie zamierzała w końcu oderwać od niego wzrok, gdy nagle mężczyzna podniósł oczy i spojrzał prosto na nią. Uśmiech nie zniknął z jego ust, może nawet stał się jeszcze piękniejszy. Ten moment trwał kilka sekund. A może całą wieczność. Wystarczająco długo, by serce Marceliny zaczęło walić jak młotem. Tymczasem mężczyzna nie przestawał patrzeć, jakby chciał ją do czegoś sprowokować. Marcelina zebrała całą siłę woli, by wreszcie zerknąć na barmana, i ruszyła w jego stronę, zamierzając odebrać drinki.
Zapomniałaś, jak się chodzi? Najpierw jedna stopa, potem druga, upomniała się w duchu. Postanowiła udawać, że mężczyzny tam nie ma. Sęk w tym, że on nie tylko był, nadal wysyłał fale, ultradźwięki, które Marcelina odbierała ukrytymi, nieznanymi sobie wcześniej zmysłami. Jakaś podniecająca siła ciągnęła ją ku niemu, więc w akcie rozpaczy chwyciła się kurczowo blatu. Barman uniósł lekko brwi, bo nie wyglądała na pijaną. Może pomyślał, że zasłabła? Niewiele się pomylił.
Wróciła do stolika, gdzie dziewczyny właśnie wręczały Karo prezent, kusą bieliznę i piżamę z dziurą w kroczu. Zaśmiewały się do rozpuku, widząc zaczerwienioną twarz przyszłej panny młodej.
- Laska! Aż takie kolejki do barmana? Nie było cię chyba z pół godziny! - rzuciła Donia i natychmiast upiła spory łyk ze swojej szklaneczki.
Marcelina odpowiedziała jej uśmiechem i opadła na skórzany puf. Czuła się wyczerpana, jakby przetańczyła całą noc. A dopiero minęła pierwsza.
- O, ja pierdzielę, dziewczyny, widziałyście TO? - Daria wypięła pierś i wyprostowała plecy, przyjmując kolejną seksowną pozę.
Spojrzały wszystkie na parkiet, gdzie stał oczywiście nie kto inny, jak mężczyzna z baru. W ręku trzymał szklaneczkę z mocnym alkoholem, która pasowała do niego idealnie, jakby był właścicielem tego miejsca.
- Chyba raczej GO. Masakra. Ale ciacho. Nigdy nie widziałam tak zajebistego gościa. Aż się, normalnie, spociłam - sapnęła Donia.
- Bez kitu, startuję do niego. Raz się żyje. Taki to może mnie przelecieć i nawet potem nie zadzwonić. Niech stracę! - zachichotała Łutka, choć Marcelina dostrzegła, że tamta nie żartuje. Trochę ją to ubodło. Ba, nawet poczuła nutkę zazdrości. Ale czy można być zazdrosnym o kogoś obcego, kogo widziało się przypadkiem i przelotnie?
Nagle stało się coś, czego żadna nie mogła przewidzieć. Daria zakrztusiła się drinkiem, a Karo pisnęła:
- Dziewczyny, kto to? To jakaś niespodzianka? On tu IDZIE. Jezu, co za bóstwo!
- No przecież widzę, ślepa nie jestem. Dziewczyny, on jest mój - odparowała Daria.
- Masz męża, idiotko! - odkrzyknęła Donia.
Szybkim ruchem poprawiła wycięcie sukienki, by wyeksponować pełny biust. Marcelina siedziała sparaliżowana nieznaną sobie emocją. Dziewczyny zachowywały się jak napalone nastolatki, choć łatwo to było zrozumieć. Obecność nieznajomego oszałamiała. Może pracował jako anestezjolog i znieczulał pacjentów bez użycia żadnych środków medycznych? Tymczasem mężczyzna był już naprawdę blisko. I patrzył na nią, Marcelinę, co sprawiło, że nagle poczuła się dziwnie lekka. Muzyka ucichła, a paplanina przyjaciółek dobiegała do niej jakby z oddali. Usłyszała tylko jego głos. Wyraźny, głęboki, niski.
- Cześć. Dasz się zaprosić do tańca?
Wyciągnął rękę. Marcelina podała mu dłoń i pozwoliła przyciągnąć się zdecydowanym ruchem. Musiał mocno ją trzymać, bo w tym momencie jej nogi postanowiły odmówić posłuszeństwa.
Resztę nocy spędzili na parkiecie. On miał na imię Adam i zachowywał się jak dżentelmen. Nie próbował jej obmacywać, za to pozwalał czuć bliskość swojego ciała. Był od niej wyższy, więc ciągle miała wrażenie, że otacza ją ramionami. Pragnęła więcej. Bała się panicznie, że gdy tylko do klubu wpadnie blask świtu, Adam zniknie. Ty kretynko, jaki świt? Jaki blask? Tu nie ma okien!, pomyślała i poczuła gwałtowną falę radości. No przecież! Tu nie ma okien, a on nie jest wampirem czy zjawą, tylko żywym człowiekiem.
Na koniec przyciągnął ją do siebie. Blisko. Marcelina przywarła do niego, mając nadzieję, że zaraz poczuje smak pocałunku, ale tylko się uśmiechnął.
- Dasz mi swój numer? Chciałbym później zadzwonić.