Kwiecień-sierpień 200* roku
Nigdy nie było nam łatwo żyć ze sobą. Paradoksalnie nie potrafiliśmy się też rozstać, bo jeszcze trudniej było nam żyć osobno. Szukać nowego partnera? Nie wiem, jak Den, ale ja nie chciałam nawet o tym myśleć. Samo znalezienie faceta do seksu to nie problem, ale jak zaufać mu do tego stopnia, by zawierzyć mu siebie, swoje zdrowie i życie? Na to potrzeba wielu lat, a zachłyśnięci "tematem" neofici nie rozumieją podstawowych zasad, na których opierają się takie związki. To mnie zniechęcało i przerażało, dlatego na pewne zachowania Dena patrzyłam przez palce. Kiedy po raz pierwszy zemdlałam z bólu, oświadczył z powagą:
- Zajączku, możesz mnie posłać do kicia z trzech paragrafów kodeksu karnego: sto szesnaście, sto siedemnaście i sto trzydzieści dwa, mówiąc prościej: znęcanie się i przemoc na tle seksualnym. Łącznie mogą mi wrzepić dożywocie. Chyba tego nie chcesz, prawda?
Kiwnęłam głową i pomyślałam w duchu: jaki zorientowany, nawet kodeks karny przeczytał... Ale wszystko okazało się znacznie bardziej złożone.
Top odpowiada za bottoma, to aksjomat. Bottom przenosi na niego wszystkie prawa do siebie i swojego ciała, dlatego top musi przez cały czas kontrolować i siebie, i jego. A to niewykonalne, kiedy bottomka, tak jak ja, zachowuje się bezmyślnie. Nie używam słowa "stop", ani razu go nie wypowiedziałam, by przerwać action. Dena przeraża to bardziej niż moje omdlenia. Tylko jak mam przerwać coś, co sprawia mi przyjemność? Lubię świst bata, lubię tę bezradność i niepewność, które czuję, nie widząc, co trzyma w ręce mój top, kiedy nie mam żadnego wpływu na to, co się dzieje. Wszystko we mnie zamiera z niepewności, a każde uderzenie przynosi seksualną rozkosz...
Filozofia, na której opierają się takie związki jak nasz, jest niemal groteskowo prosta: rób wszystko zgodnie z zasadami, wtedy nikomu nie stanie się krzywda - i wilk będzie syty, i owca cała. Tylko że ja zbyt często nie przestrzegam zasad. Zdaję sobie z tego sprawę, przepraszam i kajam się, ale nie potrafię nic na to poradzić.
O czym to ja mówiłam? Aha... Doznania... Gdy po raz pierwszy zgodziłam się spróbować, szczerze mówiąc, oczekiwałam czegoś zupełnie innego, a już na pewno nie tego, co poczułam. Nie wiedziałam, że coś takiego jest możliwe... Za tamten moment, kiedy cienki czarny bat po raz pierwszy smagnął moje ciało, oddałabym wszystko na świecie... To był początek miłości.
Oczywiście moje życie nie składa się wyłącznie z "tematu". Nie mam męża i wcale go nie szukam, nie chcę mieć dzieci, zresztą z pewnych powodów nie mogę ich mieć. Od kilku lat dosyć skutecznie zmagam się z ciężką chorobą, ale nie zamierzam się nad tym rozwodzić. Żyję - i chwała Bogu. Rodzice, którzy chyba stracili nadzieję, że się zmienię, są zajęci daczą i podróżami. Cieszę się, że ich na to stać, i często sama podsuwam im trasę kolejnej wycieczki.
Utrzymuję się z wynajmu myjni, warsztatu samochodowego i dużego lokalu handlowego. Kupiłam je przez przypadek, praktycznie za bezcen, i z czasem zaczęły mi przynosić spore zyski. Starannie wybieram najemców, dzięki czemu obywa się bez konfliktów. Puszczony w ruch mechanizm działa jak szwajcarski zegarek. Rzadko pojawiam się w małym biurze, większość spraw załatwia mój księgowy. Mogę żyć tak, jak chcę: podróżować, kupować dobre ciuchy i ulubione kosmetyki, bawić się i "marnować życie", jak mawia moja mama.
Sytuacja Dena przedstawia się mniej różowo. Jest lekarzem sportowym, ale straciwszy pracę w lokalnym klubie hokeja, zatrudnił się w przychodni, gdzie od rana do nocy bada pacjentów. Sporadycznie dorabia masażami i dyżurami na chirurgii urazowej. Żyje z matką swojego syna, ale z jakiegoś powodu nie formalizuje tego związku. Nie znam przyczyny, zresztą niezbyt mnie ona interesuje. Zawsze uważałam życie osobiste mojego topa za jego prywatną sprawę i nie mam ochoty w nie wnikać. Poza tym... przez te wszystkie lata nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, by przyjąć propozycję zamieszkania pod jednym dachem raz po raz ponawianą przez Dena. Nigdy, przysięgam. Potrzebuję przestrzeni, lubię być sama ze swoimi myślami, mieć absolutną swobodę. Den chciał mnie za wszelką cenę kontrolować, wkurzało go, że nie interesowała mnie relacja dom-subka. Nie wyobrażam sobie, by poza action ktoś podejmował za mnie decyzje, a w związku doma z subką tak właśnie jest: ten pierwszy rządzi całym życiem tej drugiej, która nie może samodzielnie nic postanowić, musi prosić o pozwolenie na wszystko. To zupełnie nie dla mnie...
Poza tym jak by to miało wyglądać? Jeśli lubisz cukierki i codziennie się nimi zajadasz, prędzej czy później będziesz mieć ich dosyć. Znienawidzisz je. To samo dotyczy "tematu". Nie chcę znienawidzić czegoś, co przynosi mi rozkosz.
To był fatalny tydzień. Nic nie szło tak, jak powinno. Wczoraj wybraliśmy z Denem do sex-shopu. Człowiek chciałby czasem wprowadzić jakieś urozmaicenie, nową zabawkę, świeże doznanie.
W naszym mieście sex-shop jest takim zjawiskiem, że... eee... krótko mówiąc, jest zjawiskiem. Chyba już rozpoznają nas tam po twarzach. Jednak dziś była nowa ekspedientka, chude dziewczę, około dwudziestopięcioletnie, z długimi czarnymi włosami i grzywką na pół twarzy. Den ogląda wystawione w gablocie gadżety, ja ze znudzoną miną grzebię w koszu z bielizną - lubię takie szmatki. Sprzedawczyni zerka z popłochem na Dena. Mój top zdejmuje z haka floggerek - ma do nich słabość - obraca go w dłoniach, kilka razy bierze zamach, odwiesza na miejsce. Oczy dziewczęcia są wielkie jak spodki. Nie umyka to uwadze Dena, któremu natychmiast zachciewa się żartów.
- Do mnie! - ryczy. - Ale już.
Wzdrygam się, porzucam bieliznę i biegnę do niego.
- Kładź się twarzą na ladzie.
Dusząc się z tłumionego śmiechu, wypełniam rozkaz. Ekspedientka robi się biała jak prześcieradło.
- Proszę pani, czy mógłbym wypróbować gadżet? - pyta Den dziewczynę zgoła innym, kulturalnym tonem.
Panna wygląda, jakby ją zemdliło.
- Jak to... wypróbować?
- Chciałbym sprawdzić, jak działa. Nie będę bił z całej siły, tylko ją leciutko wychłoszczę. - Unosi pejcz, zadziera mi płaszcz i strzela mnie w tyłek.
Przechodzi mnie dreszcz.
- Ach... Cudownie...
Wymierza mi jeszcze kilka razów, ale nie z całej siły, tylko dla żartów. Odwracam twarz, żeby ekspedientka nie zobaczyła, że prawie płaczę ze śmiechu, a ta nagle zrywa się z miejsca i z krzykiem ucieka na zaplecze. Zsuwam się z lady i siedząc w kucki, tak się zwijam ze śmiechu, że Den wpada w popłoch, chwyta mnie za rękę i ciągnie do wyjścia.
Uspokajam się dopiero w samochodzie. Zapalam papierosa i mówię ze złością:
- Powiedz, czy jesteśmy zboczeńcami albo trędowatymi? Czy ludzie naprawdę są aż tak zakompleksieni, by każdego, kto myśli inaczej, uważać za świra? I to jeszcze kto? Sprzedawczyni w sex-shopie! Owszem, lubię fizyczny ból, i co z tego? Jakoś inaczej przez to wyglądam czy co?
Den obejmuje mnie i przytula.
- Nie masz ich wszystkich w nosie, najdroższa? Liczymy się tylko ty i ja... Dobrze nam ze sobą, prawda? A reszta niech się pieprzy.
Uchodzę za niestandardową maso. Uległość to nie moja broszka. Dena to strasznie wkurza. Mam silniejszy charakter niż on i nie starcza mu determinacji, żeby mnie złamać. Jestem dominującą bottomką - tak to się u nas nazywa. A top, który słucha poleceń bottomki, to pewna rzadkość w "temacie". Muszę się hamować, żeby wszystkiego nie popsuć. Nie powinien dopuszczać, żebym to ja kontrolowała sytuację. Jak tylko wyczuwam słabość, wszystko się sypie.
Nawet związane ręce nie sprawiają, że przestaję być sobą, o czym regularnie przekonuje się Den. Niby wszystko zaczęło się dobrze i idzie jak trzeba: "Tak, panie... byłam niegrzeczna, panie... jak, panie, rozkażesz...". Aż nagle: "Ty durniu, nawet paska nie umiesz porządnie zaciągnąć?!". Kto by coś takiego wytrzymał? Czasem jednak to czysty instynkt samozachowawczy. Niedawno zerwałam się z węzła i wywichnęłam sobie ramię. Strasznie mnie irytuje, że muszę sama pilnować swojego bezpieczeństwa, chciałabym, żeby Denis podchodził do tego poważniej, a nie na zasadzie: "a tam, dobra, jakoś wytrzyma". Poprzednim razem nie wytrzymało i przez trzy tygodnie chodziłam z ręką na temblaku. Główna zasada "tematu" to BPZ - bezpieczeństwo, przytomność, zgoda - a Den za często ją lekceważy. I jeszcze się obraża się, że mu nie ufam. Ale też niewiele robi, żeby to zmienić.
- Wczoraj postanowiłem urozmaić rodzinny seks...
To już przesada, nie znoszę, kiedy Den skarży mi się na swoją konkubinę. Nie interesuje mnie to, nie kręci ani w żaden sposób nie wzrusza.
- Nazwała mnie zboczeńcem, wyobrażasz sobie?!
- A kim niby jesteś? - pytam bezczelnie.
Siedzę z nogami na łóżku i palę papierosa.
- Ostrożnie, dziewczyno, nie zapominaj się. Pan może się rozgniewać...
- O, już się boję!
- Proszę cię, nie wkurzaj mnie. Potrzebuję twojej rady. Jeszcze cię zdążę wychłostać.
Potwór!... Nie jestem "Ciocią Dobra Rada". Nie mam obowiązku wysłuchiwać opowieści o jego domowych perypetiach. Ale mój top już się odpalił... Próbuję się wyłączyć, nucę w głowie piosenkę, która przyczepiła się do mnie w marszrutce, staram się nie patrzeć na miotającego się po pokoju Dena. Jest mi absolutnie obojętne, jak mu się układa z jego kobietą.
- Poradź mi, co mam zrobić. Przecież jesteś mądra. Wszystko mi się chrzani, już prawie boję się kłaść z nią do łóżka. Ciągle mnie korci, żeby ją związać i wybatożyć!
- Nie powstrzymuj się. - Wzruszam ramionami, chociaż doskonale wiem, jak zareaguje na moją odpowiedź.
Nie mylę się. Den podchodzi do mnie i wymierza mi siarczysty policzek.
- Ja cię pytam poważnie, szmato, a ty żarty sobie stroisz?!
- Nie waż się mnie bić, kiedy ZWYCZAJNIE ze mną rozmawiasz! - Prostuję nogę i kopię go w biodro. - Albo chcesz sobie pogadać, albo bierzmy się do roboty. Mój czas nie jest z gumy! Nie mam go tyle, by wysłuchiwać twoich jęków! Nie chce tego z tobą robić, to znaczy, że ci nie ufa!
- Co to ma do... jak może mi nie ufać, przecież ze mną żyje!
- I co z tego?
- Nic!
- Mam rozumieć, że ty mi ufasz?
- Ja to ja. Nie myl daru od Boga z jajecznicą.
- Dar od Boga to niby ty? - prycha.
- Masz jakieś wątpliwości?
- Nie mam. Dlatego właśnie siedzisz teraz w takiej pozie i musisz trzymać papierosa oburącz, bo masz kajdanki na rękach - pokpiwa, zadowolony z siebie. - Coś mi się rozgadałaś, moja droga. Wiesz, co mnie najbardziej w tobie kręci? - Siada na łóżku i kładzie głowę na moich kolanach. - Twój nieustanny opór. Gdybyś cierpiała w milczeniu, nie brykała, dawno już bym się tobą znudził. Podnieca mnie, kiedy zmuszasz mnie, żebym cię karał.
- I właśnie dlatego tak lubisz przełamywać mój opór?
- A wiesz, to prawda. Gdybyś chociaż leżała jak kłoda, z zamkniętą buzią, nie skończyłoby się na jednym razie. Zwróć uwagę, że robimy tylko to, co doprowadza cię do szału.
Tu mnie miał. Niektórych rzeczy nie robiliśmy, mimo że on by chciał, bo ja nie miałam na nie ochoty. Ale w zasadzie się nie mylił. Moja konstrukcja psychiczna nie toleruje przymusu i gwałtu. Wszystko, tylko nie to. Za to kręci mnie fizyczny ból, chociaż i tutaj zdarza mi się protestować i wyrażać niezadowolenie. Czerpię rozkosz z samego faktu, że jest ktoś, kto potrafi mnie przekonać, żebym zmieniła zdanie.
- Chodź no tutaj - chwyta pasmo moich włosów i ciągnie, aż moja głowa znajduje się przy jego twarzy. - Pocałuj mnie.
Nie lubię się całować. Nigdy nie lubiłam, sama nie wiem dlaczego. Mam na ustach jaskrawoczerwoną szminkę, która natychmiast rozmazuje się po całej twarzy - mojej i jego.
- Skąd taka gniewna mina? Zmień wyraz twarzy... Natychmiast!
Nie udaje mi się to i nic na to nie mogę poradzić. Nie pomaga nawet kilka siarczystych policzków. Den ucieka się do swojego ulubionego sposobu. Kilka razów pejczem wyciska z moich oczu skąpe subkowe łzy.
- Zajebiście, nawet łzy! - Zrywa się z łóżka i staje pod ścianą. - Kapitalnie... No dalej, połóż flogger tak, żeby było go widać... Kurwa, Masza, coś ty dzisiaj taka niekumata? Połóż go sobie na kolanach!
- Może mam go gdzieś sobie wsadzić? - odgryzam się, bo naprawdę porządnie mnie zabolało.
- Nie trzeba - odpowiada, jak się zdaje, ze zdziwieniem.
Wraca na łóżko i znów kładzie głowę na moich kolanach.
Przysysa mi się ustami do brzucha. Wzdrygam się - jeśli się zapomni, zostawi malinkę, a ja tego nie lubię. Nie, dziś chyba wszystko w porządku. Odpina łańcuszek przy wezgłowiu łóżka i przyciąga mnie do siebie.
- Kładź się.
Zaraz zacznie co chwila szarpać mnie za ten łańcuch na wszystkie strony - pocałuj go tutaj, pocałuj go tam... Tresować mnie jak psa.
- Powiedz... Nigdy nie myślałaś, żeby ode mnie odejść?
- Po co?
- Nie wiem... Znaleźć sobie nowego topa?
- Oszalałeś. Gdzie go niby znajdę? To po pierwsze. A po drugie, sam pomyśl! Jesteśmy razem tyle lat, wszystko o sobie wiemy, nigdy nie przekraczasz granicy, wszystko odbywa się gładko i prawie bez ekscesów. A jak by było z nowym? I kto zniesie maso z takimi fanaberiami?
- Więc po prostu boisz się zmienić topa? - doprecyzowuje, a ja kiwam głową. - Suka z ciebie, Maszka. Myślałem, że mnie kochasz.
Wstaje i wychodzi z pokoju, zostawiając mnie samą, w kajdankach i obroży na szyi. Koszmar... Znowu gada o miłości... Nie rozumiem, do czego mu to potrzebne. Od kochania ma swoją kobitę, mnie trzeba rozkazywać.
- Tak... co... to... ma... być... twoją matkę!
Z każdym kolejnym słowem uderzenia przybierają na sile i są coraz bardziej bolesne, plecy płoną mi żywym ogniem, trzeba by to przerwać, zanim potnie mi skórę na strzępy.
- Mów!
- Nie...
- Suka!
Den odrzuca pejcz, obchodzi mnie dookoła i zagląda mi w twarz. Nie płaczę, choć sama nie wiem dlaczego.
- Czemu mnie wkurzasz? Co robię źle? Czym sobie zasłużyłem na takie taktowanie?!
Strasznie mi niewygodnie w tej pozycji - klęczę z rękami skutymi na plecach i odciągniętymi do tyłu długim sznurem, przywiązanym do haka w ścianie. Mam na sobie tylko sandałki; opieram się na obcasach i dźwigam do góry, chociaż wcale nie robi mi się przez to wygodniej. Patrzę w pociemniałe z gniewu oczy Dena i pochylam głowę ze skruchą. Nie mogę... no nie potrafię!
Rozpina dżinsy, nawija na dłoń mój koński ogon i przyciąga do siebie moją głowę. Jego wściekłość jest niemal fizyczna...
- Stój spokojnie, ja sam!
Doskonale wie, że nie lubię, kiedy "on sam".
- Powiedziałem ci, nie ruszaj się! O tak... właśnie... dobrze...
Zalewa mnie fala złości i poczucia krzywdy - znowu mnie zgwałcił, i to nie tyle fizycznie, ile moralnie, a tego nie znoszę. Lecz Den nigdy nie przepuszcza okazji, by wymierzyć klapsa mojej miłości własnej - to go uspokaja, przywraca mu koronę Wielkiego Doma, która spadła mu z głowy. Bardzo poważnie traktuje cały ten blichtr. Nie jestem dla niego idealna, nie pod każdym względem, co do tego nie ma wątpliwości. Nie patrzeć mu w oczy, pokornie spuszczać wzrok i drżeć od każdego muśnięcia skóry. Stale mu się sprzeciwiam i upieram przy swoim. Den jakoś to wytrzymuje, ale kiedy czara goryczy się przepełni, zdarza mu się stracić panowanie nad sobą i srogo zemścić za moje zachowanie. Najczęściej wtedy, kiedy nie jestem w stanie się bronić. To zawsze boli. I znów jesteśmy kwita.
Nigdy nie tęskniłam za urozmaiceniami. W tym sensie, że nie czułam potrzeby wprowadzania do naszej relację osób trzecich, chociaż to często praktykowany układ - na przykład dwie bottomki i jeden top. Den zaledwie raz o czymś takim napomknął, ale szybko tego pożałował. Nie urządziłam mu sceny, nie powiedziałam ani słowa, zabrałam tylko rzeczy i wyszłam. Wyszłam i zniknęłam na dwa miesiące. Spędziłam je u mojej "tematycznej" przyjaciółki Alki, która już dawno wyjechała na stałe z Rosji. Oczywiście elegancko zapomniałam poinformować o tym Dena. Nie wiem, co biedak musiał przeżywać, i wolę tego nie wiedzieć, bo jeszcze znów spadnie mu z głowy korona, ale kiedy wróciłam, mój top niemalże merdał ogonem z radości. Był tak usłużny, troskliwy i idealny, że zrozumiałam, iż jestem mu potrzebna jak powietrze. Przyzwyczaił się do mnie, niełatwo byłoby mu znaleźć nową maso. To wzajemne przywiązanie przeraziło mnie, i to znacznie bardziej niż propozycja sesji we troje. Nie można, nie wolno tak się przyklejać, tak się od kogoś uzależniać. Wystraszona, nawet nie o siebie, lecz o niego, wypaplałam coś, co długo udawało mi się utrzymać w tajemnicy. Powiedziałam mu o diagnozie.
Ta wiadomość była dla Dena prawdziwym gromem z jasnego z nieba. Przejął się chyba jeszcze bardziej niż moim zniknięciem. Przez moment żałowałam tego, co zrobiłam, ale szybko wytłumaczyłam sobie, że to dla jego dobra - będzie mógł stopniowo oswoić się z myślą, że prędzej czy później mnie przy nim zabraknie. I nic tego nie zmieni.
Otacza mnie ramionami, jakby jego wielkie napakowane ciało mogło mnie osłonić przed nieuchronnym.
- Maszka... Dlaczego nic nie mówiłaś?
- Co by to zmieniło?
- Wszystko! To zmienia wszystko!
- Właśnie tego się boję! - odpowiadam, próbując wyswobodzić się z jego objęć. - Nie chcę współczucia, rozumiesz? Przede wszystkim nie chcę twojego współczucia, brzydzę się nim! Będę żyć tak, jakby nic się nie działo, i zachowywać tak samo jak do tej pory. Jasne? Jeśli nie umiesz przyjąć moich warunków, to odejdź. Ale odejdź teraz, natychmiast i na zawsze.
Denis chwyta mnie za ramiona i z całej siły potrząsa.
- Będzie tak, jak chcesz - zapewnia cicho, patrząc mi w oczy. - Nie zostawię cię. Nie będzie mi łatwo z tym się pogodzić, ale spróbuję. Dla ciebie. Tylko już niczego przede mną nie ukrywaj, dobrze? Muszę wiedzieć. Obiecaj mi to.
Nie mogę obiecać, bo potem byłoby mi trudno złamać dane słowo, a z jakiegoś powodu nie mam wątpliwości, że do tego dojdzie. Ograniczam się do kiwnięcia głową, które od biedy można było uznać za zgodę, uwolniłam się z objęć Denisa i zapalam papierosa.
- Nawet nie zaczynaj! - mówię po chwili, widząc jego oburzone spojrzenie. - Nic się nie zmieniło. Obiecałeś.
Z westchnieniem kiwa głową.
Trzeba Denisowi przyznać, że nigdy nie złamał obietnicy. Nic się nie zmieniło w naszych relacjach i praktykach. Nie wiem, co czuł, kiedy chłostał zżerane - teraz o tym wiedział - nieuleczalną chorobą ciało, ale dzielnie sobie z tym radził. Byłam mu za to nieskończenie wdzięczna.
Prędzej czy później zdarza się coś, czego nie da się przewidzieć i nie można zmienić. Po prostu się zdarza i nic na to nie można poradzić. I tak w naszym życiu pojawił się Oleg.
Latem, w połowie deszczowego sierpnia, Denis nagle oznajmia, że chce mnie z kimś poznać. Nie widzę w tej propozycji niczego niezwykłego, więc się zgadzam.
Spotkanie odbywa w jednym z nocnych klubów, które od czasu do czasu organizują wieczory dla, nazwijmy to, określonych grup klienteli. Nie przepadam za takimi rozrywkami, uważam, że miejsce tego, co ludzie lubią robić w łóżku, jest w łóżku, i nie ma co się z tym obnosić ku uciesze gawiedzi. Ale oczywiście nikt mnie nie pyta o zdanie, zostaje postawiona przed faktem - idziemy i już.
Program artystyczny mnie nie zachwyca, co może być ciekawego w patrzeniu, jak inne topy chłoszczą swoje bottomki. W ogóle nie rozumiem, czemu to wszystko służy - seminaria, warsztaty i inne absurdy. Ludzie płacą, by ktoś ich uczył, jak "prawidłowo doznawać przyjemności". Gdybym trafiła na taką imprezę, pewnie chichotałabym od początku do końca, utrudniając pozostałym przyswajanie cennej wiedzy. Ale to oczywiście nie moja sprawa, każdy wydurnia się tak, jak uważa za stosowne.
Oglądając nudnawy program na scenie, przypominający raczej teatr niż sesję "tematyczną", nie zauważam, kiedy Oleg dosiada się do naszego stolika. Gdy w końcu odwracam się w jego stronę, przeszywa mnie dreszcz. Naprzeciw mnie siedzi zwalisty mężczyzna z blizną po lewej stronie twarzy. Nawet tutaj, w malowniczym tłumie domów, sado i topów w skórach oraz bottomów-maso-subów w obcisłych lateksach, wyróżnia się osobliwym wyglądem. Skórzane spodnie i buty motocyklowe w komplecie z barwnym bumerskim T-shirtem jeszcze jakoś przeżyje, nie to jest najgorsze... ma głowę ogoloną na zero, tylko z pozostawionego na czubku czaszki krążka włosów, średnicy mniej więcej trzech centymetrów, spływa na plecy cieniutki warkoczyk. Musiałam bezwiednie rozdziawić usta i wybałuszyć ze zdumienia oczy, bo zakłopotany Den kopie mnie boleśnie pod stołem.
- Poznajcie się. Olegu, to Masza - przedstawia mnie dziwnemu zjawisku.
Oleg kiwa głową i taksuje mnie spojrzeniem, które zdaje się przenikać ubranie. Zjeżyłam się, jakbym naprawdę siedziała przy stoliku nago.
- Oleg. - Mężczyzna wymawia swoje imię niskim gardłowym głosem i wyciąga do mnie dłoń, w której moja całkiem tonie. - Dużo o tobie słyszałem.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Czemu nagle zabrakło mi słów? Zwykle znajduję je bez problemu. Zmroził mnie przeraźliwy strach, jakby to miał być ostatni wieczór w moim życiu. Chyba już wtedy zaczęłam podejrzewać, po co Denis nas ze sobą poznał i co mu chodzi po głowie.
Odmówiam alkoholu, Oleg, ku zdumieniu Denisa, też. Obrażony Den zamawia sobie wódkę i oznajmia, że wrócimy taksówką. Odpowiada mi to - będę mogła po cichu zamówić transport i wrócić sama. Przez cały wieczór Oleg wpatruje się we mnie, zupełnie się nie przejmując obecnością mojego topa. Co jakiś czas odrywa się od omawiania z Denisem występów na scenie i zadaje mi pytania, na które odpowiadam bez większego sensu. Z tego, co sam mówi, wnioskuje, że jest topem, a do tego sadystą. pierwszej wody. Wcale mnie to nie uspokaja. Ostro pracuje pejczem. To akurat nie budzi we mnie lęku. W głębi duszy od dawna marzyłam o tym, by Denis zakończył swoje eksperymenty w dziedzinie dominowania i skupił się na biciu. Ma do dyspozycji cały arsenał różnorodnych narzędzi, mógłby się długo nie powtarzać, a moja wytrzymałość dawała pole do popisu. Praktykowanie uległości przychodzi mi z najwyższym trudem, jest niezgodne z moim charakterem, ale Denis nalegał, więc od czasu do czasu jakoś się zmuszam. Jednak w głębi duszy tęsknię za czymś innym.
Denis szybko się upija. Ma bardzo słabą głowę jak na lekarza. Oleg obrzuca krytycznym spojrzeniem zwłoki Denisa, który leży na stole z twarzą wspartą na skrzyżowanych ramionach.
- Co robimy? - pyta.
- Nie wiem, co ty będziesz robił, ale ja wzywam taksówkę i poproszę bramkarzy, żeby go zataszczyli do samochodu.
- Widzę, że to stała procedura - zauważa z uśmieszkiem Oleg.
- Nie. Den rzadko pije i źle reaguje na alkohol.
Robi mi się nieprzyjemnie. Czuje się jak jedna z tych dziewczyn, których top nawala się na imprezach do nieprzytomności, a one muszą potem odstawiać go do domu dosłownie na własnych plecach. To bardzo poniżające.
- No to posłuchaj, jak zrobimy - mówi Oleg bardzo powoli, patrząc mi w oczy w taki sposób, że się cała zjeżyłam. - Ty zamawiasz taksówkę, ja biorę Denisa, najpierw odwozimy do domu ciebie, a potem jego. Jasne?
Taki wariant idealnie mi pasuje. Kiwam głową i sięgam po telefon.
Kiedy podjeżdża samochód, Oleg bez najmniejszego wysiłku przerzuca sobie Denisa przez ramię i kieruje się do wyjścia, odprowadzany zdumionymi spojrzeniami tych nielicznych gości, którzy jeszcze są w stanie skupić na czymkolwiek wzrok. Ruszam za nim.
W taksówce Oleg siada z tyłu razem z Denisem, a mi gestem wskazuje miejsce z przodu. Cicho podaje kierowcy swój adres i jedziemy.
- Zobaczymy się jutro? - pyta mnie Oleg.
- Nie mnie o tym decydować.
- Daj spokój. Doskonale widzę, że nie jesteś subką i umiesz sama podejmować decyzje.
Jego przenikliwość mnie nie zachwyca. Widocznie dałam mu jakiś powód, żeby tak o mnie myślał, a to niedobrze - nie powinnam poniżać Dena w oczach jego przyjaciół ani tym bardziej innego topa.
- Powiedziałam: nie mnie o tym decydować.
- Dotarło do mnie - przytakuje kpiąco Oleg. - W takim razie spytam Denisa, kiedy się ocknie. Chciałbym cię znowu zobaczyć. Nie przyjechałem na długo.
- Zobaczysz mnie, jeśli Denis tak postanowi - mruczę niechętnie, z przykrością stwierdzając, że się zafiksowałam na tej frazie. W kółko "jak Denis postanowi, jak Denis zdecyduje".
Kiedy taksówka zatrzymuje się przed moim domem, pospiesznie się żegnam i wysiadam, jednak z jakiegoś powodu nie kieruje się prosto do bramy, tylko wstępuje do pawilonu po papierosy. Potem długo siedzię na ławce wśród krzaków bzu, palę fajkę za fajką i odtwarzam w pamięci twarz Olega. Zauważyłam, że ma kompleks na punkcie swojej blizny, stara się zwracać do rozmówcy prawym profilem. Rozbawiło mnie to - top z kompleksami, bardzo zabawne.
Do naszego następnego spotkania dochodzi w jeszcze mniej romantycznych okolicznościach. Den postanawia zaznaczyć, kto tu rządzi, i oznajmia, że za kilka dni zrobimy sobie sesję z dwoma topami. Od razu zrozumiałam, co i kogo ma na myśli. Urządzam histerię, jakiej nie powstydziłaby się dama z wyższych sfer. Klnę na mojego topa, wypadam z jego mieszkania, łapię taksówkę i jadę gdzie oczy poniosą. Przytomnieję na ławce w parku Gorkiego. Nie mam pojęcia, jak się tam znalazłam, po prostu nagle stwierdzam, że siedzę na ławce w jednej z niezliczonych alejek i trzymam w ręce lody. Luka w pamięci porządnie mnie przeraża, zwłaszcza że nie lubię lodów. To oznacza, że stres był silniejszy, niż sądziłam...
Telefon w kieszeni dzwoni jak opętany, ale wyłączyłam dźwięk, nawet nie zerknąwszy na wyświetlacz. Nie mam ochoty rozmawiać z Denem, bo o czym gadać z człowiekiem, który chce się tobą podzielić ze swoim kumplem? Owszem, w "temacie" to częsta praktyka, ale nie ze mną te numery. Niech sobie znajdzie inną idiotkę, która będzie spijać słowa z jego ust i wypełniać wszystkie jego zachcianki. Na mnie niech więcej nie liczy.
Ukrywam się przez trzy dni, nie odbierając telefonów i nie otwierając drzwi, do których ciągle ktoś się dobijał. Wiem, kto mnie szuka. Rodzice wyjechali nad Bajkał, więc nie mam wątpliwości, że rozwścieczony moim nieposłuszeństwem Den na zmianę wydzwania i szturmuje drzwi. Nie mam zamiaru się poddać.
Trzeciego dnia wieczorem ktoś dzwoni do mnie z nieznanego numeru. Uznaje, że to może mieć związek z pracą, i odbieram.
- Masza, nie rozłączaj się, to ja, Oleg - rozlega się głos w słuchawce.
Drgam, o mało co nie upuszczając komórki do wanny, przy której stałam, zastanawiając się, czy nie powylegiwać się w gorącej wodzie z pianą.
- Czego chcesz? - pytam ze złością.
- Niepokoiliśmy się o ciebie. Wszystko w porządku?
- A co cię to obchodzi?
- Skoro pytam, to znaczy, że obchodzi. Możemy się spotkać? Tylko we dwoje, bez Denisa.
- Po co?
- Chcę ci coś wyjaśnić.
- Nie musisz mi niczego wyjaśniać.
- Mylisz się. A więc? Powiedz, kiedy i gdzie.
- Jeśli przyjdziesz z Denisem, nie będzie żadnej rozmowy - zastrzegam, doszedłszy do wniosku, że nie zgwałci mnie przecież na ulicy.
- Powiedziałem już, tylko ja i ty. Powiedz gdzie.
- Dobrze. Niedaleko mojego domu jest park.
Podaje nazwę ulicy na tyłach dzielnicowej komendy policji. Rzeczywiście znajduje się tam park, w którym nawet wieczorem zawsze jest pełno ludzi.
- Wobec tego jesteśmy umówieni - stwierdza spokojnie Oleg. - Będę na ciebie czekał o siódmej przy bramie.
Kiedy się rozłącza, siadam na brzegu wanny i popadam w zadumę. O czym on chce ze mną rozmawiać? Co mi zamierza tłumaczyć? Że fajne jest spać z dwoma mężczyznami naraz? Że Den bardzo przeżywa moją ucieczkę? To interesuje mnie najmniej ze wszystkiego. Dobrze, pójdę i posłucham. W końcu nie sprawia wrażenia szaleńca, w krzaki mnie nie zaciągnie - za starzy jesteśmy na takie rzeczy.
Zgodnie z obietnicą Oleg czeka na mnie przy wejściu na skwer. Okazuje się, że w normalnym życiu ubiera się dokładnie tak samo jak na wieczór w klubie. Zabawne.
Nie pada, a nawet jest dosyć słonecznie, więc w parku roi się od ludzi z wózkami, rowerami, deskorolkami i wszelkimi możliwymi sprzętami rekreacyjnymi. Działa kawiarenka, w której nie sprzedają nic mocniejszego od piwa. Oleg wita mnie skinieniem głowy.
- Przejdźmy się - proponuje. - Poszukajmy wolnej ławki.
- Mała szansa, żebyśmy znaleźli.
- Nie szkodzi, najwyżej po prostu pospacerujemy.
Przez chwilę idziemy w milczeniu, obrzucani zdziwionymi spojrzeniami innych amatorów wieczoru na świeżym powietrzu.
- Ludzie zawsze dziwnie patrzą na motocyklistę bez motocykla - zauważa Oleg, którego najwyraźniej to denerwowało.
Domyślam się, że w kasku na głowie czułby się bezpieczniej.
- Jesteś motocyklistą?
- Tak, można tak powiedzieć. Nie fanatycznym, po prostu lubię wyskoczyć gdzieś z chłopakami. Ale to nie o mnie mieliśmy rozmawiać.
- Dlaczego? Chętnie porozmawiam o tobie - wyrywa mi się mimo woli.
Oleg ze zdziwieniem unosi prawą brew.
- Tak? Schlebiasz mi. Może później. Najpierw pogadamy o tym, co wykręciłaś Denowi.
- Może raczej o tym, co Den wykręcił mnie?
- Zawrzyjmy umowę: ja mówię, ty słuchasz, a pytania będziesz zadawała potem, jeśli uznam, że są konieczne - rzuca ostro, mocno ściskając moje ramię powyżej łokcia.
Nie wiedzieć czemu, nagle tracę ochotę na kłótnie i przekomarzanki.
- Dobrze.
- O, taka odpowiedź mi się podoba. Bądźmy szczerzy, Mario. Wiem, że nie lubisz, kiedy obcy nazywają cię Maszą. Dopóki jestem dla ciebie obcy, będziesz Marią, a później zobaczymy.
Wyrażenie "dopóki jestem dla ciebie obcy" nie robi na mnie dobrego wrażenia - wygląda na to, że poważnie planuje się do mnie "zbliżyć". Widziałam jego ręce i bary i nie ma wątpliwości, że mimo moje fenomenalnej wytrzymałości na ból nie chcę mieć z nim do czynienia. Nie ma mowy, koniec tematu.
- Więc tak - ciągnie Oleg, ukradkiem zerkając na moją twarz - kazałem ci przyjechać, żeby porozmawiać z tobą o tym, o czym nie potrafił porozmawiać z tobą Denis. Doskonale rozumiem, jak się poczułaś, kiedy złożył ci swoją propozycję. Wierz mi, nie miałem zamiaru cię wystraszyć. Chcę ci tylko pokazać, jak daleko możesz się posunąć, bo zdaje się, że nie zdajesz sobie z tego sprawy, chociaż wewnętrznie jesteś już na to gotowa. Dostrzegłem to w tobie od razu, już wtedy, w klubie.
Spuszczam oczy i przygryzam dolną wargę. Ma rację... i to jeszcze jak. Wyczuwam w nim to, czego tak bardzo brakuje mi u Denisa - władzę. Niczego jeszcze nie powiedział ani nie zrobił, a już wiem, że będzie tak, jak zechce. Podporządkowuję mu się bez wahania, bo wiem, że przy nim nic złego mnie nie spotka. Ufam mu, chociaż jeszcze nie do końca rozumiem, jak to się dzieje.
- Dlaczego milczysz? Nie zgadzasz się?
- Z czym?
- Nie udawaj głupiej, Mario, to do ciebie nie pasuje. Jesteś mądrą kobietą i doskonale rozumiesz, że mam rację. Chcesz poznać więcej, niż może ci dać Denis. Mogę ci w tym pomóc. Jeśli masz wątpliwości moralne, pozwól, że cię uspokoję: nie dotknę cię niczym prócz akcesoriów. Nie interesujesz mnie w sensie seksualnym.
Policzki płoną mi żywym ogniem, jestem nawet lekko obrażona. Jak to? Ale odpowiada mi taki układ.
- Więc jesteś umówieni?
- Na co?
- Nie słuchałaś, co do ciebie mówię? Zapytałem, czy zgadzasz się na moją propozycję. Żadnego seksu, czyste action? Nie musisz się niczego bać, Denis też przy tym będzie.
- Do czego ci to potrzebne?
- Jestem sadystą, dziecinko - odpowiada z pełnym spokojem. - Jestem ciekaw, co z ciebie za zwierzątko, że Denis tak ciągle się zachwyca.
- Lubisz preparować zwierzątka?
- Utrzymywałem się z tego za młodu. - Nie rozwija tematu, a ja nie dopytuję. - Więc jak? Dogadaliśmy się? Będziesz mogła w każdej chwili powiedzieć "stop", przecież wiesz.
- Problem w tym, że nigdy go nie używam.
- Zgadzam się, że to problem. Ale uwierz, przy mnie to się zmieni.
Coś w jego tonie nie pozostawia wątpliwości, że mówi prawdę i że jeszcze nie raz wypowiem to nieszczęsne słowo bezpieczeństwa... Ale ciekawość, pragnienie nowych doznań i chęć utarcia nosa zadowolonemu z siebie motocykliście biorą górę nad rozsądkiem.
- Tak, zgadzam się - mówię zdecydowanym tonem. - Tylko pamiętaj, że coś mi obiecałeś.
- Zawsze dotrzymuję słowa. Najważniejsze, żebyś ty też nie zawiodła - pokpiwa. - Spotkamy się jutro o ósmej. Rozumiem, że nie musisz wracać do domu na kolację?
- Nie.
- Cudownie. Chodź, odprowadzę cię.
Następnego dnia wstaje z łóżka z takim uczuciem, jakbym się urodziła jeszcze raz. Den chciał sprawdzić, jak to jest? Świetnie, będzie miał okazję się przekonać. Tylko żeby się potem nie skarżył. Swoją decyzją zwalnia mnie z ewentualnych wyrzutów sumienia. Doznam rozkoszy bez jego udziału, chociaż na jego oczach. Tym gorzej dla niego. Uważa się za mistrza i rzeczywiście dużo umie, ale przecież może się znaleźć się lepszy od niego, a mnie coś mówiło, że to właśnie ten moment. Nie ulega wątpliwości, że Oleg jest lepszy w "temacie", ma więcej pewności siebie. Den popełnił błąd. Wcześniej nie miałam porównania, a teraz sam daje mi atut do ręki. No cóż, trudno go za to winić.
Nigdy dotąd nie szykowałam się na spotkanie z Denisem z taką maniacką starannością, uważnie operując pędzelkiem do makijażu, żeby w trakcie action nie rozmazała się żadna kreska. Owszem, nie płaczę - nigdy nie płaczę, potrafię wcisnąć łzy bólu do środka, ale nie wiadomo, jak będzie dzisiaj, dlatego muszę się naprawdę postarać, żeby potem nie wyglądać jak dziwka z rozmazanym makijażem. Sama nie wiem, dlaczego aż tak mi zależało, żeby zrobić wrażenie na Olegu...
Denis przyjeżdża po mnie sam. Czeka w samochodzie, z posępną miną gryząc kostkę palca wskazującego. Ledwo wsiadam, wymierzył mi siarczysty policzek.
- To za to, że zniknęłaś. - Poprawia z drugiej strony. - A teraz za to, że nie zapytałaś mnie o zdanie w sprawie Olega.
Przyciskam dłonie do płonącej twarzy.
- Kompletnie ci odbiło? Przecież to był twój pomysł! Sam siebie bij po twarzy.
- Co on ci powiedział? - syczy Den, chwytając mnie za nadgarstki. - Co ci takiego powiedział, że się zgodziłaś?
- To, co tobie nie przyszło do głowy. Top jest topem nie dlatego, że tak sobie wymyślił, a dlatego, że bierze na siebie odpowiedzialność za wszystko, również za informacje! Gdybyś raczył mi wszystko wytłumaczyć, od razu byłoby inaczej. Ale nie, rozmawianie ze mną jest poniżej twojej godności! Szkoda ci czasu na gadanie! I masz gdzieś moje emocje i uczucia.
- Nie wrzeszcz! - Potrząsa mną z całej siły, żeby mnie uspokoić. - Na co komu to całe gadanie?
- To po co zaczynałeś? Sam chciałeś wiedzieć, co mi powiedział Oleg. Wyobraź sobie, że Oleg ze mną rozmawiał. Czaisz? Nie jestem dla niego tylko kawałkiem mięsa, tuszką do rypania.
- Aha! Myślisz, że dostrzegł w tobie człowieka i jeszcze partnerkę intelektualną - wysila się na sarkazm Den. - Nie bądź naiwna. Dzieli kobiety na śmieci i mięso, z tymi pierwszymi się nie zadaje, a drugie rżnie i chłoszcze. Oleg niczego nie robi ani nie mówi bez konkretnego celu. Nie mam pojęcia, co tym razem wykombinował.
- Nie sądź wszystkich swoją miarą. Nie każdy ciągle coś kombinuje, nawet jeśli to przekracza twoją wyobraźnię.
- Och, dosyć już tego paplania. Jedziemy.
Odpycha mnie od siebie i włącza silnik.
Po tej wymianie zdań robi mi się nieprzyjemnie. Naprawdę nie uważa mnie za równą sobie, i to nie tylko w "temacie", ale też w życiu. On, który z trudem skończył medycynę i do dziś pisał z błędami, uważa mnie za gorszą od siebie... Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.
Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, kiedy wchodzimy do mieszkania, to strój Olega, jeszcze dziwaczniejszy niż zwykle. Nie wiem, jakim cudem powstrzymałam się od śmiechu. Scena jak z trzeciorzędnego pornosa - skórzane szorty, rękawiczki i maska, spod której zupełnie nie widać twarzy. Dławię wesołość w zarodku, żeby nie narazić swojego życia na zupełnie realne zagrożenie - kto wie, jak zareagowałby Oleg.
- Śmieszy cię to? - pyta ze stoickim spokojem. - Proszę bardzo, możesz się pośmiać.
- Nie...- odpowiadam niepewnie. - Nie, żeby...
- Tak właśnie myślałem. Siadaj, musimy obgadać parę rzeczy. - Zajmuje miejsce na kanapie i klepie ręką siedzenie, zapraszając mnie, żebym usiadła obok.
Patrzę pytająco na Denisa, który teatralnie przewraca oczami.
- Tak, tak, nie zwracajcie na mnie uwagi. Kim ja tu jestem? Gospodarzem? Wielkie mi halo.
- Przestań - upomina go Oleg i choć nie widzę pod maską jego twarzy, wyczuwam, że się skrzywił. - Nie mam przed tobą żadnych tajemnic. Chcę jej przedstawić podstawowe zasady, żeby potem nie było niespodzianek. Nie cierpię przerywać przez jakieś omdlenia czy inne pierdoły. Jeśli poczujesz, że już nie możesz, mówisz "czerwony" i robimy przerwę. Mam nadzieję, że to dla ciebie jasne?
Bez przekonania kiwam głową. Nigdy, ani razu przez cały czas, odkąd razem z Denem zaczęliśmy się zajmować "tematem", nie wypowiedziałam słowa "stop". Zazwyczaj ponosiły mnie emocje: ile zdołam wytrzymać, jak daleko się posunąć, czy uda mi się przetrzymać Denisa? Zawsze mi się udawało, chociaż czasem mdlałam z bólu. Ale coś czuję, że dziś może być inaczej...
- Idziemy dalej. Masz jakieś preferencje co do gadżetów?
Wzruszam ramionami. Nie mam żadnych preferencji, pasuje mi dowolne narzędzie chłosty, od packi po ciężki pejcz z dziewięcioma rzemieniami. A propos gadżetów. Wiele osób żywi błędne przekonanie, że w sex-shopach sprzedają prawdziwe narzędzia pracy. Nic podobnego. To, co mają tam w gablotach, nadaje się dla waniliowych panienek, którym zachciało się "ostrego seksu". Wszystkie te obszyte futerkiem kajdaneczki i biczyki z różowym puszkiem to nie narzędzia, a akcesoria walentynkowe. Prawdziwy top zamawia floggery i baty u najlepszych mistrzów, których jest dosłownie garstka. Wszystkie bicze, pejcze, knuty albo packi są wykonywane na wymiar, kosztują majątek i nieźle ważą. I oczywiście dają zupełnie inne rezultaty niż podróbki z sex-shopów. Chociaż dobry top z odpowiednim doświadczeniem potrafi "robić rzeczy" nawet zwykłym paskiem do spodni.
Jak już mówiłam, nie mam preferencji co do gadżetów. Oleg wstaje z kanapy i przynosi niedużą staroświecką torbę podróżną z czarnej skóry. Otwiera ją i gestem przywołuje mnie do siebie. Charakterystyczne rękojeści, które dostrzegam w czeluściach sakwojaża, dowodzą ponad wszelką wątpliwość, że Oleg nie żałował pieniędzy na sprzęt. Wszystko pochodzi z mistrzowskiej pracowni jednego z najbardziej znanych w kraju wytwórcy narzędzi do batożenia.
- Wybieraj - proponuje Oleg.
Pokręciłam głową.
- Ufam ci.
- I to mi się podoba. Dobrze, później wybiorę. Dokończmy rozmowę.
Kiedy wracamy na kanapę, zauważam, że Denis, który obserwuje nas ze swojego fotela w kącie pokoju, dosłownie dusi się ze śmiechu. To mnie porządnie zezłościło - co jest śmiesznego w tym, że człowiek chce postąpić prawidłowo, by nie zaszkodzić sobie i mnie? Żeby sesja przyniosła tylko przyjemność, a nie problemy?
Oczywiście Denisowi nigdy nie przyszło do głowy pytać mnie o preferencje, bo i po co? On jest topem i on decyduje. Tak, akceptowałam wszystko, co robił, ale co by mu szkodziło zapytać?
- Ostrzegam cię - mówi tymczasem Oleg - jeśli poczujesz, że już nie możesz i nie dasz mi znaku, ukarzę cię. Zrobię coś, czego nie cierpisz. Ale najpierw pozwolę ci wybrać rodzaj kary.
Znowu wzruszam ramionami. Zasady "tematu", które wypracowaliśmy wspólnie z Denisem, obejmowały tylko jedno tabu: pozostawianie śladów na skórze. Nie miałam z czego wybierać.
- Rozumiem. W takim razie oto co zrobimy. Jeśli nie dasz mi znaku, że odpadasz, sam cię wyłączę ciosem w szczególnie bolesne miejsce. Nie spodoba ci się to, więc radzę ci, nie kuś mnie do złego.
Cóż, myślę sobie, dam radę wytrzymać taką karę, tym bardziej że nie zamierzam odpadać. Muszę się z nim zmierzyć i wygrać, bo z Denisem zawsze wygrywałam. Oleg nie będzie wyjątkiem, za nic w świecie nie dam mu poczucia wyższości nade mną.
Omawiamy jeszcze kilka drobiazgów i w końcu Oleg klepie się dłońmi po udach.
- To już chyba wszystko - mówi. - Przebierasz się?
Kiwam głową.
- Mam swoje preferencje. Pończochy kabaretki, rękawiczki i szorty, jeśli oczywiście masz. Myślę, że rozumiesz, w jakim celu.
Rozumiem. Chce dotrzymać obietnicy, że nie dojdzie do seksu, i woli nie oglądać mnie zupełnie gołej. No cóż... szacun.
Wychodzę do małego pokoju, gdzie stoi szafa z moimi strojami, wybieram czarne lateksowe szorty, czerwone rękawiczki i czarne pończochy oraz parę czerwonych striptizerskich sandałków. Przebieram się i wracam do salonu. Nawiasem mówiąc, normalne maso nie wkładają na sesję wysokich obcasów, tym bardziej striptizerskich, w których łatwo skręcić albo złamać nogę, ale gdzie normalne, a gdzie ja? Denisowi też się podobał taki zestaw.
Oleg taksuje mnie wzrokiem, a potem podchodzi i kładzie dłonie na moich piersiach. Jego skórzane rękawiczki są nieprzyjemnie chłodne i szorstkie. Zadrżałam.
- Nie podoba ci się? - pyta Oleg, nie zabierając rąk i uważnie wpatrując się w moją twarz.
- Nie wiem.
- No dobra. Den, mocujemy.
Nagle oblatuje mnie taki strach, jakby mi powiedziano, że za pięć minut umrę. Uspokajające zapewnienia Olega przestają działać, jestem kompletnie przerażona. Co ja najlepszego robię? Przecież nie mam pojęcia, nie jestem w stanie przewidzieć, jak on się zachowa. Po co się na to zgodziłam, idiotka?
Denis podchodzi do mnie z nieprzyjemnym uśmiechem, łapie mnie za ręce, wygina je do tyłu i spina kajdankami. Na sekundę, na mgnienie oka przyciska mnie do siebie i czuję, jak pod białą koszulą z zakasanymi do łokci rękawami tłucze się jego serce.
I w tym momencie dzwoni zostawiona przez Olega na stole komórka. Bierze ją do ręki i zerka na wyświetlacz.
- Potrzebuję pół godziny, ważny telefon - oznajmia.
Wychodzi z pokoju, słyszę, jak zamyka za sobą drzwi sypialni. Zostajemy z Denisem sami. Nagle zaczynam się trząść.
- Boisz się, jakbyś miała stracić dziewictwo - chichocze Denis.
- Odczep się!
- Nie pyskuj, bo cię ukarzę...
Mam na końcu języka słowa: "Ukarz mnie, ukarz mnie, jak chcesz, tylko nie dopuszczaj do mnie tego mutanta, bo wiem, że nie dam rady", ale powstrzymuję się, bo zdaję sobie sprawę, że już za późno. Den nie ma zwyczaju ustępować. Zresztą sama obiecałam...
- Rozluźnij się trochę, patrzeć na ciebie nie można.
Nie mogę się rozluźnić, jestem zbyt spięta. Den całuje mnie w policzek, potem w usta i proponuje, żebyśmy wykorzystali wolną chwilę na seks. Szczerze mówiąc, jakoś nie mam nastroju... Czy to coś pomoże? Kręcę głową. Atmosfera w pokoju jest tak gorąca i gęsta, że niemal fizycznie wyczuwa się strach, doprawiony erotycznym napięciem. Boję się tak, że drży mi broda. Pewnie byłoby mi łatwej, gdyby nie ten niespodziewany telefon - zaczęłoby się i jakoś poszło. A teraz... Czekanie na kaźń jest straszniejsze od samej kaźni. Próbuję się jakoś wykręcić.
- Denis... przecież wiesz, że chcę być tylko z tobą. Wiesz, że nikogo innego nie potrzebuję, bo mam ciebie. Powiedz, co mam zrobić, żeby cię zadowolić. Niczego więcej nie pragnę...
- Nie wysilaj się - odpowiada spokojnie i dobitnie. - Nie uda ci się mnie zagadać. Nie ma co teraz kombinować, za daleko już to zaszło. Czego ty się boisz? Przecież nie zostawię cię z nim samej, będę obok. Nie będziesz chciała, to seksu nie będzie.
Boże, jak mu wytłumaczyć, że po pierwsze, Oleg sam powiedział, że nie będzie, a po drugie, że to nie seks mnie przeraża? Jestem maso, ale nie do takiego stopnia! Przeraża mnie wizja "tematycznej" sesji z nieznajomym mężczyzną o ewidentnych skłonnościach sadystycznych - bo widać gołym okiem, że jest sadystą. Przecież opowiadał o preparowaniu zwierzątek... Tylko to mnie przeraża... I obecność Dena niczego nie zmieni.
- Powiedz mi, po co to robisz.
- Dla ciebie. Po to, żebyś zrozumiała, że nie można mieć przez cały czas wszystkiego pod kontrolą. Ciśniesz mnie, a powinno być na odwrót. Naruszasz wszystkie zasady, jakie tylko się da.
- Już nie będę...
- Będziesz, Masza, będziesz - stwierdza, niemal pieszczotliwie poklepując mnie po głowie. - Będziesz, po prostu masz taki charakter.
Kiedy Oleg wreszcie wraca, jestem półprzytomna ze strachu.
- Musiałem odebrać, dzwonił mój chiński partner, kontrakt wisi na włosku, nie mogłem tego odłożyć - usprawiedliwia się, zaglądając mi głęboko w oczy. - Co, im dużej czekasz, tym bardziej się boisz? - pyta.
Kiwam głową, czując, że jego spojrzenie przyprawia mnie o gęsią skórkę.
- Przepnij jej ręce do przodu, zafiksujemy do góry - poleca Denisowi.
Denis bez słowa przekłada kajdanki do przodu, mocuje je do przełożonej przez bloczek w suficie linki i podciąga tak, że ledwie sięgam sandałkami podłogi.
- Zapamiętaj dobrze, niech ci nie przyjdzie do głowy nie odpowiadać na pytania. Spróbujemy... - Przyciąga mnie za talię do siebie i ściska palcami mój sutek. - Jaki kolor?
- Zielony - odpowiadam obojętnie, bo to naprawdę nie boli.
- A teraz? - Zaciska palce mocniej, pojawia się krew. Boli. Ale nie śmiertelnie.
- Zielony.
Zabiera rękę.
- Nie czerwony?
- Nie. Zielony.
- Zostałaś uprzedzona. Jak coś, ukarzę. Den, uczestniczysz czy tylko się przyglądasz?
Na Dena już przykro patrzeć, ale zgrywa twardziela.
- Uczestniczę.
Ej, chwileczkę, nie tak się umawialiśmy! Nim zdążę miauknąć, Oleg trochę luzuje linkę, żebym mogła stanąć na obcasach, dokładnie ogląda kajdanki, które nawet przez rękawiczki wrzynają mi się w skórę. Kątem oka widzę Dena, który potrząsa floggerkiem i patrzy na Olega.
- Kto zaczyna? Ja czy ty? - pyta.
- Obojętne. - Oleg się uśmiecha. - Możesz ty, tylko nie od razu z całej siły...
Liczę w głowie uderzenia - mam taki idiotyczny nawyk, to jakiś koszmar... pięć... siedem... dziewięć... dziesięć... koniec...
- Kolor? - warczy mi do ucha Oleg.
Podnoszę głowę.
- Zielony...
- Jedziemy dalej.
Pięć... sześć... boli... siedem... Boże, boli... dziesięć... koniec...
- Kolor? Jaki kolor?!
- Zie... zielony.
Obrzuca mnie zdziwionym spojrzeniem, oczy w otworach maski błyszczą.
- Den, knebel. Będziesz pokazywała na palcach. Raz, dwa, trzy. Zrozumiałaś?
Den ma lodowate ręce. Muska palcami mój policzek, szuka łez. Jeszcze nie płaczę...
- Nie dotykaj jej, załóż knebel i się odsuń! - wrzeszczy Oleg.
Koniec, nie będę mogła krzyczeć, a pojękiwaniem się brzydzę... Zaczynają znowu... Pięć... siedem... z prawej, gdzie pracuje Oleg, boli bardziej... dziesięć... Trzy palce - zielony... Nie gap się tak na mnie, trzy, trzy!!!
- Mocniej? Jeśli się zgadzasz, kiwnij głową.
Kiwam. Obchodzi mnie, pokazuje mi harap - niech to diabli, będę miała ślady... Przenoszę wzrok na jego szorty, tak, jest już gotowy... Mimo to...
- Odpoczęłaś? Jedziemy dalej.
Nie po dziesięć uderzeń, tylko po sześć, po prostu więcej nikt nie wytrzyma... tracę rachubę... cisza - to znaczy, że już koniec... Trzy palce.
Znowu... Mam mroczki przed oczami, wszystko mi się miesza w głowie, zęby wbijają się w knebel tak, że czuję jego smak. Trzy palce... Oleg wsuwa mi dłoń między uda, gdzie jest ślisko i gorąco. Chyba jest zadowolony...
- Dalej?
Czuję, że jeśli najpierw pracował "z nadgarstka", a potem "z łokcia", to teraz już "z ramienia", bo bardzo boli... Zaraz umrę... Z tej strony, gdzie stoi Den, boli mniej, ale z prawej... Jak ich poprosić, żeby zamienili się miejscami? Nagle tracę przytomność, niczego nie czuję. Nie wiem, jak długo to trwa, otwieram oczy - knebla nie ma, leżę na brzuchu na podłodze, obok mnie walają się harap i pusta butelka po wodzie mineralnej. Ręce mam wolne... Dotykam głowy - mokra, jakbym wyszła spod prysznica. Z wysiłkiem przekręcam się na bok. Oleg siedzi w fotelu i patrzy na mnie z uwagą. Den stoi przy oknie i pali papierosa. Słyszy, że się poruszam, i odwraca się w moją stronę.
- Odbiło ci? - pyta.
- Cicho, zaczekaj - powstrzymuje go Oleg. - Ja prowadzę. Dlaczego nie zasygnalizowałaś, że się źle czujesz?
Nie czułam się źle, tylko nagle mnie wcięło. Milczę.
- Słyszysz mnie?
Kiwam głową.
- Dlaczego okazałaś nieposłuszeństwo? Muszę cię za to ukarać. Wstań i podejdź.
Niestety nie mogę wstać.
- To podpełznij...
Podpełzam i wspieram się czołem o jego kolana. Chwyta mnie za włosy i podnosi moją głowę.
- Ty w ogóle jesteś normalna? Po co zrobiłem ci półgodzinny wykład? Żebyś potem wycięła mi taki numer? Przy mnie piszczą, klną, płaczą, błagają, ale nigdy nie tracą przytomności.
Wpisz mnie do swojej książeczki pod numerem jeden.
Rozpina szorty... O kurwa, nie tak się umawialiśmy... Za późno. Próbuję oprzeć się dłońmi o jego biodra, ale uderza mnie w ramię. No tak - "bottomka nie obciąga...". Przepraszam, zapomniałam... Nie czuję i nie widzę nic oprócz pobladłej twarzy Denisa, który siedzi obok w fotelu. Patrzę na niego i czuję, że po policzkach ciekną mi łzy. Odwraca głowę. Widocznie zwrot "żadnego seksu" nie obejmuje takiego intymnego pocałunku.
Koniec... Oleg jest zadowolony, doszedł prawie do końca i przerwał, odpychając mnie od siebie.
- Gotowa? Kontynuujemy?
- Tak.
- Jesteś pewna?
- Tak.
- Zwiąż jej ręce sznurkiem, Den. Od kajdanek ma już ślady na nadgarstkach.
Denis chwyta moje ręce i zaczyna okręcać je sznurkiem. Czuję, że jego palce drżą.
- Może się położysz? - proponuje Oleg, oglądając metalowe pierścienie na ścianie.
- Nie.
- To zrobimy tak. Den, stań tak, żebyś widział jej twarz. Jak zacznie mdleć, od razu mi mów.
Den jest niezadowolony - takie ustawienie wyklucza go z gry. We dwóch mocują mnie za ręce do pierścieni. Zawisam nad podłogą.
- Mogę knebel?
- Nie! Dobre sobie!
Do diabła.
Den chwyta za łańcuszek od obroży, żebym nie mogła oprzeć się czołem o ścianę i milczeć.
Wszystko zaczyna się od początku... Liczę, odpowiadam na pytania... znowu liczę... Oleg się rozkręcił, bije z pełnego zamachu, każde uderzenie pali skórę jak ogień. Chyba mi cieknie po nogach - tak mi dobrze. Zaczynam odpływać.
- Oleg, czerwony! Czerwony! - słyszę.
"Po kiego grzyba się wcinasz, jest mi cudownie..."
- Masza... Ocknij się, Masza, już po wszystkim...
- Wystarczy, Den, coś za często mdleje. Dłużej się boję.
Oleg odrzuca harap i dosłownie na sekundę przyciska moje omdlałe ciało do spoconej piersi.
- Uffff. Oto twoja maso. Nie kłamałeś. Prawie mnie wykończyła.
Denis przekręca karabińczyk, odwracając mnie twarzą do siebie. Wtula twarz w moje piersi i oplata się moimi nogami. Porusza się wolno... Tak wolno, że zaczynam jęczeć. Trwa to bardzo długo - prawie do rana. Nie chcę nawet iść pod prysznic, tylko od razu spać. Przez sen czuję, jak Denis przyciąga mnie do siebie i mruczy mi do ucha:
- Kocham cię... Słyszysz...?
Od tamtej podwójnej sesji unikam Denisa. I oczywiście Olega. Nie wiem czemu, ale ilekroć sobie przypomnę, co działo się wtedy w mieszkaniu Denisa, rumienię się ze wstydu. Ale co się tak naprawdę stało? Spałam tylko z Denisem, wszystko odbyło się na jego oczach i przy jego bezpośrednim udziale. W kategoriach "tematu" nie przekroczyłam żadnej granicy. A mimo to czuję się wstrętnie. Brzydzę się sobą. W takim nastroju dla odzyskania równowagi wybieram się na miasto po nową sukienkę. Kupuję ją i już idę w kierunku postoju taksówek, gdy nagle ktoś łapie mnie za rękę i szarpie, odwracając twarzą do siebie. Podnoszę wzrok i widzę Olega w jego zwykłym skórzanym stroju.
- Cześć, ślicznotko. Chodzisz sobie po sklepach? Gdzie się podziewałaś? - pyta przyjacielskim tonem.
- Mam swoje sprawy.
- Sprawy? No, no. Posłuchaj, Mario... Chcę ci coś zaproponować.
- Czyżby? Co?
- Wierz mi, potem będziesz żałowała, ale na pewno ci się spodoba.
Nagle chwyta moje dłonie i przyciska je do piersi. Czuję zakłopotanie.
- No co ty?
- Pojedź ze mną - prosi cicho, patrząc mi prosto w oczy.
W jego spojrzeniu nie ma groźnego ognia, który widziałam wtedy, w czasie sesji, przez otwory maski.
- Po co?
- Mogę cię porwać siłą, wiesz przecież? Ale chcę, żebyś sama... Z własnej woli. Przecież widziałem, że było ci ze mną dobrze. Gdyby nie obecność Denisa, rozluźniłabyś się i rozkosz nabrałaby zupełnie innego smaku.
- Zwariowałeś - odpowiadam mechanicznie.
Rozumiem, że wszystko jedno, co powiem, jest zdecydowany dostać to, czego chce. Nawet jeśli będzie musiał mnie w tym celu porwać - wepchnie mnie do samochodu i po krzyku. O, tam stoi jego dżip, wielki zdezelowany wóz terenowy...
- Tak, zwariowałem. To twoja wina. Obiecuję, że jeśli zgodzisz się z własnej woli, doznasz rozkoszy, jakich nigdy nie dał ci Denis. Jedźmy, Marie...
- Co będzie, jeśli nie pojadę?
- Nie pozostawisz mi wyboru - oznajmia rzeczowo. - Twoje pięćdziesiąt kilogramów to dla mnie żadna przeszkoda. Nie zdążysz nawet krzyknąć. Dość dobrze opanowałem techniki walk Wschodu i mogę cię wyłączyć tak, że nikt niczego nie zauważy. Nie kuś mnie do złego.
Nic więcej nie zdążyłam powiedzieć - wypuścił moją dłoń, przejechał mi kciukiem po kręgosłupie i spowiła mnie ciemność.
Nie wiem, po jakim czasie odzyskuje przytomność. Budzę się na szerokim łóżku bez nóżek - sama baza z wezgłowiem, postawiona bezpośrednio na podłodze, i rzucony na nią materac. Pokręciwszy głową na różne strony, stwierdzam, że nie jestem u Denisa, tylko w jakiejś piwnicy o ścianach z gołej cegły. Na drugim końcu pomieszczenia znajduje się prawdziwy kominek, obok stały wiązka drew i fotel. Oleg siedzi na krześle, przodem do oparcia, na którym opiera skrzyżowane ręce.
- Obudziłaś się? Wybacz, trochę przesadziłem, mam rękę wyregulowaną na mężczyzn. Nie boli cię głowa?
Głowa mnie nie boli, za to czuje taki ból w plecach, jakby ktoś wbił mi gwóźdź w kręgosłup.
- Po co to zrobiłeś? - pytam zachrypłym głosem.
- Nie lubię tracić czasu na przekonywanie.
- Łamiesz...
- Nie musisz mnie uczyć zasad BHP. Nie zgwałcę cię, sama poprosisz.
- Jesteś tego pewien?
- Marie, gdybyś nie chciała, to teraz darłabyś się wniebogłosy, licząc na to, że ktoś cię usłyszy. Przecież nie wiesz, że ta piwnica znajduje się pod garażem w najdalszym kącie kompleksu parkingowego, gdzie prawie nigdy nikt nie zagląda.
W tym momencie dociera do mnie, gdzie jesteśmy. Piwnica należy do Odrażającego Andrew, starego kumpla Denisa. Dlatego wydaje mi się, że znam te ściany... Andrew wynajmował czasem swoje studio różnym topom, którzy mieli ochotę poeksperymentować - jest wyposażone we wszystko, co potrzebne do urozmaicenia "tematu". Dyby, krzyż Świętego Andrzeja, kozły do chłosty, pierścienie do rozciągania, bloczki do podwieszania... Słowem, zabawek nie brakuje.
- Denis wie?
- Co za różnica? Po co miałby o tym wiedzieć? Jeśli będziesz chciała, sama mu opowiesz, a ja potwierdzę twoją wersję. Zrobisz, jak zechcesz.
- Widzę, że wszystko sobie przemyślałeś. Do ciebie nie będzie miał pretensji, to jasne, jesteście przecież przyjaciółmi. A co ze mną? Pomyślałeś o tym?
- Pomyślałem. Jeśli zdecydujesz się go zostawić, zawsze chętnie cię przyjmę.
Chichoczę histerycznie.
- A to dobre... - stękam w końcu, skręcając się ze śmiechu. - Myślisz, że Denis pozwoli mi odejść? Raczej mnie potnie, niż wypuści od siebie.
Na twarzy Olega widać smutek.
- Nie pozwolę mu na to.
- Nie będzie cię pytał o pozwolenie. Jestem jego bottomką.
- Zważywszy, co widziałem, to mu jeszcze nie daje prawa do ciebie. Jesteś bottomką, a nie subką, to zupełnie nie dla ciebie. Chcesz dostawać to, co lubisz: ból, i nic więcej cię w "temacie" nie interesuje. Ten, kto ci to da, dostanie najlepszą maso, jaką można sobie wyobrazić.
- Jesteś pewien, że to będziesz ty?
Zamiast odpowiedzieć, zrywa się z fotela, podchodzi do łóżka i zaczyna zdejmować ubranie. Instynktownie przyciągam narzutę, chociaż nie jestem naga. Najdziwniejsze, że nie mogę oderwać od niego oczu - od jego ciała, rąk zakładających na twarz wyjętą z torby maskę, od pewnych, gospodarskich ruchów, którymi mnie rozbiera. Nie protestuję... Bierze mnie na ręce i niesie do krzyża, odwraca plecami do siebie i przywiązuje.
- Nie musimy, Oleg...
- Jestem pewien, że w ciągu pięciu minut zmienisz zdanie. - Odchodzi kilka kroków, staje przy kominku i zapala papierosa.
- Nie lubię, kiedy ktoś mnie łamie psychicznie, a ty właśnie próbujesz to zrobić. Usiłujesz mnie upokorzyć, sprawić, żebym poczuła się nikim.
- Czy to nie jest główna zasada uległości? Poczuć się nikim i w pełni zawierzyć się drugiej osobie?
Rozgniata niedopałek w popielniczce i przysuwa bliżej swoje krzesło. Nie widzę go i z jakiegoś powodu mnie to podnieca.
- Marie, przecież i tak sprawia ci to, może niewielką, ale jednak przyjemność. Przyznaj się... Przecież widzę: chciało ci się płakać, ale nie powiedziałaś ani słowa, a twoje "nie musimy" zabrzmiało jak "tak... chcę...". Czyżbym się mylił? - Czymś zimnym i skórzanym gładzi tył moich nóg.
Wzdrygam się.
- Nie zaprzeczaj. Niczego nie zrobię, umawialiśmy się przecież, pamiętasz? Nie łamię obietnic, chyba że sama mnie o to poprosisz.
Moja pewność, że nie poproszę, słabnie z każdą chwilą...
Oleg nadal gładzi mnie po nogach, jego dotyk przypomina masaż, rozluźnia...
- Powiedz mi, czy jest ci teraz dobrze. Jeśli odrzucisz wszystko, co masz w głowie, czy nie jest ci w tej chwili dobrze?
Jest mi dobrze...Jest mi tak dobrze, że twój dotyk przyprawia mnie o zawrót głowy... - myślę, ale nie zamierzam tego mówić.
- Marie... powiedz... często uprawiacie seks poza "tematem"? Ty i Den?
- Często...
- Lubisz to?
- Nie wiem... Nie zastanawiam się nad tym.
- To błąd... Właśnie to ci przeszkadza.
- Dlaczego?
- Dlatego że kiedy się kochacie, oczekujesz, że będzie ostro, a on nie spełnia tego oczekiwania. I nie bardzo ci się to podoba. Chcesz, żeby cię brał brutalnie, chcesz się zwijać z bólu, bo tego właśnie potrzebujesz: żeby iskry strzelały z oczu. Właśnie dlatego w czasie sesji nie wypowiadasz słowa "stop". To ci się po prostu podoba...
- Możliwe...
Szczerze mówiąc, sama często się nad tym zastanawiałam. I mniej więcej tymi samymi słowami... Coś podobnego, psycholog się znalazł... Pewnie top powinien taki być. Den czasem w ogóle mnie nie wyczuwa. Strasznie mnie to złości. Mógłby być bardziej brutalny, wtedy wszystko byłoby cudnie...
- Marie... Dlaczego nie chcesz spróbować ze mną? Mam na myśli "temat", a nie seks... Dlaczego nie chcesz, żebyśmy to zrobili we dwoje? Tylko ja i ty? Pierwsze pół kroku mamy już za sobą. Doprowadziłem cię do subspace'a, transu, o jakim z Denem nie mogłabyś nawet pomarzyć... Podobasz mi się, Marie, z przyjemnością bym z tobą popracował... Marie... słyszysz? - Wstaje, odwraca do siebie moją twarz i bez ostrzeżenia wpija się ustami w moje wargi.
Rozpływam się i pozwalam mu się całować.
- Widzisz? - szepce. - Sama tego chcesz, Marie... Zaufasz mi? Pokażę ci coś takiego, że odlecisz do nieba...
Resztka rozumu każe mi natychmiast powiedzieć "stop", ale już nie mogę.
- Tak... - Wzdycham. - Tak... Możesz zrobić ze mną wszystko, co chcesz...
Oleg wytrząsa na łóżko zawartość sakwojaża, bierze zaciski i knebel z kulką. Obejmuję kulkę wargami, starając się jak najwygodniej ułożyć ją w ustach. Oleg w tym czasie zapina pasek. Przyczepia oba zaciski do sutków i łączy je łańcuszkiem. Zauważyłam, że to jego ulubiona sztuczka - będzie ciągnąć za ten łańcuszek, zmuszając mnie do przesuwania się za klamrami, żebym sobie niczego nie uszkodziła.
- Zmarzłaś? - Gładzi moje plecy. - Zaraz cię troszkę rozgrzeję.
Chwyta pejcz, zbiera rzemienie w garść, bierze zamach i smaga mnie po plecach.
Oprócz bólu czuję lekkie podniecenie i wilgoć między nogami. Oleg chłoszcze mnie dalej. Za każdym razem uderzam piersiami o krzyż, co jest bardzo bolesne. Napinam całe ciało i opieram się zaciskami o deski krzyża, co nadaje doznaniom zupełnie nowy smak. Oleg przerywa, odrzuca pejcz i obchodzi mnie dookoła.
- I? Jesteś gotowa? - Wsuwa mi dłoń między nogi, wciska do środka. - Świetne... Już mi się podoba... że jesteś taka szybka... Rozłóż szerzej. - Siada i dotyka mnie językiem, wydobywając ze mnie jęk. - O nie! - reaguje błyskawicznie. - Na razie to nie dla ciebie.
Odchodzi, siada na stołku i zapala papierosa.
- Chcesz zapalić, Marie?
Kręcę głową. Nie mam ochoty na papierosa, ale napiłabym się wody, bo zupełnie mi zaschło w gardle. Nie wiem dlaczego, ale tak się właśnie dzieje, kiedy jestem bardzo podniecona. Den o tym pamięta i zawsze ma pod ręką butelkę mineralnej. Olegowi oczywiści nikt o tym nie powiedział. Gałki oczne podjeżdżają mi do góry. Oleg to zauważa, podchodzi i odpina knebel. Moje policzki zdrętwiały, bo kulka jest trochę za duża. Przez chwilę nie mogę dojść do siebie. Oleg klepie mnie po twarzy - nie bije, a właśnie klepie, przywracając czucie.
- Odpłynęłaś?
- Pić...
- Zaraz.
Jaki zapobiegliwy, wziął ze sobą wodę. Czyżby Den go uprzedził? Może jednak Oleg został wtajemniczony w plan. Urządzę mu za to piekło, przy którym moje dzisiejsze cierpienia wydadzą się rajem na ziemi. Nie wybaczę mu tej zdrady, zwłaszcza że to nie pierwsza ...
Woda ścieka mi po twarzy i piersiach. Oleg dla zabawy chlupie na sutki i ciągnie za łańcuszek, patrząc, jak strużka wody wpływa pod łapki zacisku.
- Zmęczona, Marie?
- Nie... Po prostu już nic więcej nie chcę...
- Zróbmy tak: prześpisz się, nawet cię tu i tam rozwiążę, a potem zaczniemy od nowa. Chcę ci udowodnić, że Den nie jest tym, czego potrzebujesz. Szkoda marnować taki potencjał. Jesteś idealna, masz bardzo wysoki próg bólu... W twoim przypadku ograniczanie się do głupich igraszek nie ma sensu.
Odpina kajdanki, ale mi ich nie zdejmuje.
Układa mnie na łóżku i wyciąga spode mnie narzutę. Wzdrygam się na myśl o tym, że zaraz znajdę się na brudnym prześcieradle, na którym nie wiadomo co, z kim i jak wyczyniał ten cuchnący satyr Andrew. Oleg uśmiecha się, właściwie odczytując wyraz mojej twarzy.
- Nie bój się. Kazałem mu zmienić pościel. Trochę nam tu zejdzie, nie będziemy przecież leżeć na brudnej. Nie znoszę tego. Pośpij sobie. Coś nie najlepiej wyglądasz...
Szczerze mówiąc, jestem niezbyt przytomna i połowa jego słów w ogóle do mnie nie dociera... Jest mi wszystko jedno... Zamykam oczy i zwijam się w kłębek, zaczepiając o prześcieradło zaciskami, o których zdążyłam już całkiem zapomnieć. Krzyczę bólu i siadam. Oleg wpija się spojrzeniem w moją twarz.
- Mów! Kolor, Marie? Jaki kolor?
- Zielony - sapię, bo ból już minął.
- Przecież kłamiesz - zauważa z westchnieniem i zdejmuje klamerkę.
Z bólu robi mi się ciemno przed oczami, ale po sekundzie jest już po wszystkim. Drugi zacisk - tak samo...
- Już, kładź się. Tylko o jedno cię proszę: przestań mnie okłamywać. Obojgu nam będzie wtedy łatwiej. Boję się, że za tobą nie nadążę, a twoje słynne omdlenia jakoś mnie nie podniecają...
Kładę się i zastanawiam, jak długo Oleg zamierza mnie tu trzymać. Ogarnia mnie senność, jednak oczy nie chcą się zamknąć. Rozglądam się po pomieszczeniu. Ohyda, ale właściwie całkiem wygodnie - w każdym razie z punktu widzenia przydatności do "tematycznych" sesji. Tylko strasznie brudno...
Ciekawe, czy Den wie, że tu jesteśmy. Może później do nas dołączy? Robi mi się niedobrze - tak bywa, kiedy długo czekasz na coś, czego się boisz. Strasznie chce mi się zapalić. Znów siadam w pościeli. Oleg siedzi wygodnie w fotelu przy kominku, w którym buzuje już ogień.
- O co chodzi? - Odwraca się w moją stronę.
- Potrzebuję papierosa...
- Wstań i sobie weź.
Podnoszę się z łóżka i podchodzę do wieszaka w kącie pomieszczenia, gdzie wisi moja torebka, w której mam papierosy. Ale telefonu w niej nie ma - zabrał go Oleg.
Wracam, sięgam po zapalniczkę, lecz Oleg wyławia mi ją z rąk i podnosi do koniuszka papierosa. Nie odsuwa jej, chociaż już przypaliłam, tylko zwiększa płomień. Ledwie zdążam się odchylić. Wybucha śmiechem.
- Rozczarowujesz mnie, Marie. Wszystkiego się boisz. Co z ciebie za maso! Wstyd!
- Nie chcę wyglądać jak osmalona kura - mamroczę, zaciągając się dymem. Przysiadam na brzegu stołu, bo w tej norze nie ma więcej krzeseł.
- Boisz się, że Den już cię nie zechce? - pyta z uśmiechem i sama nie wiem dlaczego, nagle robi mi się przykro. - Zechce, o to się nie martw. Podobasz mu się w każdym wydaniu, szaleje za tobą, wczoraj przez pół nocy nie mówił o niczym innym.
Dziwna sprawa - siedzę na stole przed praktycznie obcym mężczyzną, zupełnie goła, jeśli nie liczyć prześcieradła, którym się owinęłam, palę papierosa i nie odczuwam najmniejszego skrępowania.
- Dopaliłaś? Możemy kontynuować.
Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, co jeszcze mógłby ze mną zrobić - plecy palą mnie żywym ogniem, mam wrażenie, że całą skórę mam posiekaną na strzępy.
- Jak wyglądają moje plecy? - pytam i widzę, że ręka Olega drga.
- W jakim sensie?
- No, dużo śladów?
- Nie masz żadnych śladów.
- Kpisz sobie?
- Nie, to raczej ty sobie kpisz. Jakie ślady, przecież umówiłaś się z Denem, że nie będzie śladów, i to samo powiedziałaś mnie - powtarza z niedowierzaniem.
Oho... Den nie przejmował się takimi przykrymi drobiazgami jak ślady bicza na skórze - rozcięcia, głębokie rany. No cóż, trochę go poniosło, każdemu mogło się zdarzyć. Oleg podchodzi do tego inaczej. Dziwne tylko, że jego zdaniem tak silne uderzenia mogły nie zostawić śladów.
- Widzę, że mi nie wierzysz. Dobrze, chwileczkę.
Bierze do ręki komórkę, obchodzi dookoła stół, na którym dalej sobie siedzę, odsuwa prześcieradło, robi kilka zdjęć i wręcza mi telefon.
- Sama zobacz. I nie zadawaj mi więcej takich pytań. Ślady będą tylko wtedy, kiedy sama o nie poprosisz.
Z zakłopotaniem oglądam fotki - plecy są zaczerwienione i tyle. Za dwie, trzy godziny nic już nie będzie widać. Tylko dlaczego czuję się, jakby odbił mi od kości wszystkie mięśnie?
Milcząc, oddaję mu telefon.
- No i jak? Chcesz zobaczyć, co jeszcze potrafię?
Wyciąga ze sterty akcesoriów jakiś czarny zwój, odchodzi w najdalszy róg garażu i wykonuje gwałtowny ruch nadgarstkiem - rozlega się tak przeraźliwy świst, że aż podskakuję. Na podłodze ciągnie się długi, prawie półtorametrowy knut.
- Ja... my nigdy...
- Wiem. Denis tego nie umie. Knut nie zalicza się do łatwych narzędzi, ale tutaj akurat jest dosyć miejsca. I co? Chcesz?
Ciekawość walczy we mnie ze strachem. To ciężki bat, może spowodować poważne urazy. Widocznie mam to wypisane na twarzy, bo Oleg odkłada knut na fotel, podchodzi do mnie i bierze w dłonie moją twarz.
- Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy. Długo się tego uczyłem ze starych specjalistycznych książek. Rozumiem twoje obawy. Knutem można złamać kręgosłup albo tak odciąć musze skrzydełka, że odpełznie żywa.
- Mimo wszystko mam nadzieję, że nie spotka mnie los muchy - mamroczę pod nosem.
Oleg przygląda mi się bacznie przez rozcięcia maski, która zaczyna mnie irytować. Wyciągam rękę i ściągam mu ją. Przez sekundę na jego twarzy maluje się zakłopotanie.
- Oddaj - mówi.
- To niepotrzebne... Nie zakładaj jej, proszę.
Wyraźnie zmieszany, pociera oszpecony policzek wierzchem dłoni.
- Lepiej założę.
- Mnie to nie przeszkadza.
Pod wpływem nagłego impulsu przyciągam go do siebie i całuję bliznę na policzku. Naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, nie wywołuje ani lęku, ani odrazy. Oleg przyciska twarz do moich piersi, czuję jego ciężki oddech. Toczy się w nim jakaś walka, stara się ukryć emocje. Lecz to właśnie one pokazują mi go od innej strony. Z jakiegoś powodu moje serce rwie się do niego...
- Dosyć tego, Marie. Podejdź do ściany.
Zsadza mnie ze stołu i popycha w stronę wbitych w mur haków. Ustawia mnie między nimi i zakłada na nadgarstki skórzane bransoletki z karabińczykami, które mocuje do haków. Tak samo krępuje mi nogi w kostkach, a potem odchodzi.
- Tylko nie próbuj mnie oszukiwać.
Nie mam szansy go oszukać - wytrzymuję raptem osiem uderzeń i wydaje mi się, że za chwilę umrę. Wydusiwszy z siebie "czerwony", zawisam bezwładnie na hakach, dysząc ciężko od zalewu niespodziewanych doznań. Czuję się lekka, jakby moje ciało straciło cały ciężar, szumi mi w głowie, jak zawsze przed omdleniem. Tym razem jednak nie odpływam - Oleg pospiesznie odpina mnie od haków, zanosi na łóżko i kładzie się obok. Czuję, że on też cały drży. Otwieram oczy i wpadam w popłoch: leży na plecach, z zamkniętymi oczami i oddycha ciężko, a jego ciałem wstrząsają dreszcze. Dom space, ten trans...
Przysuwam usta do jego ucha:
- Wszystko w porządku? - pytam, bo jego czoło pokryło się potem, a serce łomoce tak, jakby chciało połamać żebra.
- Wszystko dobrze - odpowiada niemal spokojnie. - Połóż się obok.
Spełniam jego prośbę, kładę się przy nim i milczę. Dom space trwa jeszcze pięć minut, potem Oleg gwałtownie przewraca się na bok, patrzy na mnie i wysapuje:
- Wybacz... Nie mogę...
I wtacza się całym ciałem na mnie.
Nie opieram się, chociaż nie byłam przygotowana na taki rozwój wypadków. W podobnych sytuacjach najmądrzej jest się odprężyć, żeby własnym oporem nie zrobić sobie krzywdy. Zresztą tym razem i tak jestem spokojna, a nawet osiągam rozkosz, ponieważ Oleg okazuje się dobrym kochankiem. Jestem zdumiona tym odkryciem - zupełnie na takiego nie wygląda. Przy całej swojej szorstkości ani na chwilę nie zapomina o mnie. Kończymy jednocześnie. Boże, jak mi dobrze...
Oleg stacza się ze mnie, bez najmniejszego wysiłku wrzuca mnie na siebie i szepce:
- Wybacz... Nie mogłem się powstrzymać... Nic ci nie jest?
Przywieram do niego ustami w długim pocałunku. W końcu odrywam się i mówię szeptem:
- Na całym świecie nie ma lepszego niż ty.
Od tamtego wieczoru jestem "Marie" dla Olega i wszystkich wokół.
Sama przyznaje się do wszystkiego Denisowi i co gorsza, robię to w najmniej odpowiednim momencie - po wyjeździe Olega z miasta. Den słucha nachmurzony, a potem długo milczy. W końcu podnosi wzrok i pyta:
- I co ja mam teraz z tym zrobić?
- Co chcesz.
- Widzę, że nawet nie jest ci wstyd.
- Daj spokój, Den. Jesteśmy dorosłymi, wolnymi ludźmi...
Podrywa się z miejsca i wrzeszczy:
- Nie! Nie jesteś wolna! Jesteś ze mną! Jesteś moją bottomką!
- Właśnie dlatego lekką ręką podsunąłeś mnie koledze.
Doskakuje do mnie i wymierza mi taki policzek, że spadam z krzesła. Czuję, że pękła mi warga, krwawi, a to bardzo niedobrze - jeśli Den to zobaczy, wpadnie w furię, której nic nie zdoła okiełznać. Korzystając z tego, że Den chwyta paczkę papierosów i drżącymi rękami próbuje przypalić fajkę, szybko przewracam się twarzą do podłogi. Zaciąga się głęboko kilka razy i trochę się uspokaja.
- Wstań - mówi.
Boję się pokazać mu zakrwawioną twarz, boję się, że na widok krwi dostanie szału i mnie pobije. A action i prawdziwe życie to dwie różne rzeczy i nie życzę sobie bicia w tym drugim.
- No, co tak leżysz?
- Rozkrwawiłeś mi wargę.
Kuca przy mnie i odwraca do siebie moją twarz.
- Do diabła... Wybacz, kochana, idiota ze mnie. Chodź, umyjemy się i opatrzymy rankę.
Ta troskliwość sprawia, że mam ochotę rozorać mu paznokciami twarz. Hamuję się jednak. Zmywam krew i przykładam do rany wacik nasączony wodą utlenioną, a potem sadowię się z nogami na kanapie i czekam, co dalej.
Denis chyba nie wie, jak się powinien zachowywać. Pierwszy raz od lat nie jest panem sytuacji. Czuje, że nie może sobie pozwolić na błąd, bo wtedy od niego odejdę. A nic na świecie nie przeraża go bardziej od wizji, że mógłby mnie stracić. Wiem o tym doskonale. Boi się, bo jest uzależniony. Już kilka razy zachciewało mu się nowej bottomki. Nie protestowałam. Po tygodniu, góra po dziesięciu dniach przypełzał na brzuchu, niemal z płaczem, błagając, żebym do niego wróciła, bo żadna inna nie umie dać mu tego, co ja. Niespecjalnie przeszkadzało mu nawet to, że dostawał ode mnie niewielki "zwrot". Raczej go to dodatkowo podkręcało. "Zwrot" to emocje, jakie dom dostaje od suba. A ja... najczęściej w ogóle ich nie okazuję, siłą woli tłumię je w sobie. Dziwne, że z Olegiem wyszło inaczej - albo straciłam kontrolę, albo znacznie silniej na mnie działa, bo dostał to, czego chciał. Den bardzo rzadko ma takie szczęście. Lecz nawet to nie pozbawiało mnie atrakcyjności w jego oczach. Możliwe, że w tej chwili, patrząc na mnie, przypomina sobie wszystko, co między nami było, i się śmiertelnie boi. Rozumiem go, ale co mogę na to poradzić? Jeśli każe mi odejść, wstanę i wyjdę. Jednak w głębi duszy wcale tego nie pragnę. Denis musi podjąć decyzję, jak mamy dalej żyć - razem czy osobno.
Kuca przy mnie i składa głowę na moich kolanach.
- Nie puszczę cię.
- Nigdzie nie idę.
- Umówmy się, że zapomnimy o tym, co się stało. Nie ma żadnego Olega. Tylko ty i ja.
- Dobrze.
Mówię to absolutnie szczerze. Ukradkiem zaznałam nieziemskiej rozkoszy, ale nie widzę sensu w ciągnięciu tego dalej. Również odległość jest argumentem przeciwko ewentualnemu związkowi z Olegiem. Byłoby nam trudno, po co cierpieć?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki