Rozdział 2
Sinann
W myślach przeklęłam samą siebie. Zaciskałam mocno usta, aby nie wyszły przez nie słowa, przez które ludzie wezmą mnie za wariatkę - w końcu nikt normalny nie mówi sam do siebie. Moje ramiona zaczęły się buntować od ciężaru książek, a wszystko to dlatego, że nie chciało mi się poszukać materiałowej torby w bagażniku. Manewrowałam między studentami, których roześmiane twarze tylko dodatkowo mnie irytowały.
Zatrzymałam się, by przesunąć brodą książkę, która stopniowo zsuwała się ze szczytu sterty w moich rękach. Nagle poczułam mocne uderzenie w głowę, a następnie zapanowała ciemność.
Ciężkie powieki nie chciały się rozchylić. Musiałam powalczyć z nimi siłą woli. Kiedy mi się udało, dostrzegłam nad sobą czyjąś twarz. Nie miałam pojęcia, co się wydarzyło, ale mogłam przypuszczać, że trafiłam do nieba i właśnie witał mnie jeden z aniołów. Wisiała nade mną przystojna męska twarz. Jej delikatne rysy z subtelnie zarysowaną szczęką sprawiły, że przyjemnie się na nią patrzyło. Normalnie nie zwracałam uwagi na kolor tęczówek, jak dla mnie były mało znaczącym detalem, lecz tym razem nie sposób było je przegapić. Jasnoszara barwa kontrastowała z intensywnie czarną otoczką. Usta mężczyzny - o ile anioła można było nazwać mężczyzną - również były ładne i chyba powinny wydobywać się z nich jakieś dźwięki, bo poruszały się energicznie, lecz ja nic nie słyszałam.
Sekundy błogości szybko ustąpiły na rzecz bólu głowy. Zdecydowanie coś było nie tak.
- Powiedz coś, abym wiedział, że nie doznałaś uszkodzenia mózgu.
Nie byłam pewna, ale chyba głos wydostał się z ust anioła. Choć przez tętniący ból w mojej głowie traciłam nadzieję, że znalazłam się w niebie - tam chyba powinno być przyjemnie.
Zacisnęłam mocno oczy. Gdy je otworzyłam, powoli podniosłam się do siadu. Rozejrzałam się, dostrzegając gapiących się na mnie ludzi. Wszyscy, z wyjątkiem szarookiego, trzymali się na dystans.
- Co się stało? - spytałam zdezorientowana.
- Dostałaś w głowę piłką do kosza, i to całkiem mocno - powiedział, gdy ukucnął przede mną.
Mój umysł w końcu zaczął normalnie pracować, więc dotarło do mnie, że chłopak nie był aniołem, a ja, zamiast przechodzić przez niebiańską bramę, siedziałam na trawie kampusu uniwersyteckiego. Książki, które zamierzałam zwrócić do biblioteki, zostały rozrzucone wokół mnie, tak jak zawartość mojej torby.
- Wezwać pogotowie?
Mój wzrok wrócił do chłopaka. Zamiast odpowiedzieć, wydałam z siebie głośny krzyk, który ustał, dopiero gdy zakryłam usta dłonią. Patrzyłam na Haydena Collinsa, a on patrzył na mnie. Jakim cudem nie zauważyłam tego wcześniej?
- Sinann, wszystko w porządku? - spytał.
- Skąd znasz moje imię? Skąd w ogóle się tu wziąłeś? - wyrzuciłam z siebie oskarżycielsko.
Wpatrywałam się w chłopaka niczym w zjawę z koszmaru. Wróciły do mnie wspomnienia z ostatniego wieczoru, a konkretnie głupia zabawa z urokiem, za którą stały moje siostry.
Gwałtownie podniosłam się do pionu. Zrobiłam to za szybko, bo zakręciło mi się w głowie, a moja czaszka zapulsowała nieprzyjemnie.
- To przeze mnie dostałaś piłką. Graliśmy z chłopakami i włożyłem za dużo siły w rzut. - Przesunął dłonią po brązowych włosach.
Obejrzałam się za siebie, gdzie za wysoką - widocznie za mało wysoką - siatką rozciągało się boisko do koszykówki.
- Znam twoje imię, bo... - Zawahał się. - W końcu studiujemy razem czwarty rok. - Chłopak wyprostował się, przez co mocno nade mną górował. - Przepraszam. Pomogę ci pozbierać rzeczy i zaprowadzę do gabinetu lekarskiego.
- Nie! - krzyknęłam, czego nie planowałam. Odskoczyłam w tył, aby zwiększyć dystans między nami.
Ponad trzy lata mijaliśmy się na salach wykładowych i korytarzach, nie wymieniając ze sobą ani słowa czy nawet spojrzenia, i akurat dziś Hayden Collins musiał stanąć na mojej drodze. To był zbieg okoliczności. Wczorajsze wygłupy nie miały z tym nic wspólnego, powtarzałam w myślach.
- Nie potrzebuję lekarza. Ból przechodzi, a z tym bałaganem poradzę sobie sama.
Zaczęłam od zbierania rzeczy do torby.
- Pomogę ci - naciskał. Podniósł z trawnika Marketing Philipa Kotlera i Kevina Lane'a Kellera.
- Nie musisz. - Wyszarpałam mu książkę.
Chciałam jak najszybciej zakończyć to spotkanie. Nawet ból nie doskwierał mi tak bardzo jak obecność tego chłopaka.
- Jest mi strasznie głupio. - Popatrzył na mnie ze skruchą, co nie pasowało do wiecznie pewnego siebie spojrzenia, z którym go kojarzyłam. - Chcę ci to jakoś zrekompensować.
- Nie ma takiej potrzeby.
- Niesiesz te książki do biblioteki? - Nie odpuszczał.
- Tak. - Sięgnęłam po kolejną lekturę.
- W takim razie odniosę je za ciebie.
Collins był szybszy, bo nim zdążyłam odmówić, on już trzymał w rękach trzy książki.
Irytowało mnie jego zachowanie. Nie potrzebowałam pomocy, zwłaszcza od niego. Chciałam, aby się ode mnie odczepił, i widziałam tylko jedną drogę, jak to osiągnąć.
- Dobrze. Odnieś za mnie książki do biblioteki. - Wcisnęłam mu te, które sama trzymałam. - Przyjmuję twoje przeprosiny i życzę miłego dnia. - Zarzuciłam torbę na ramię i szybkim krokiem ruszyłam przez kampus.
Skrzywiłam się, gdy przypomniałam sobie, jak w chwili słabości rozpływałam się nad twarzą Collinsa. Nie był żadnym aniołem, tylko chłopakiem, który odziedziczył dobre geny i chętnie to wykorzystywał.
Dotarłam do auli, w której miałam zajęcia z marketingu. Dopiero gdy się wyciszyłam, poczułam, że ból głowy jednak nie minął. Nie był tragiczny, ale siniak, który formuje się po prawej części mojej czaszki, jeszcze długo będzie mi przypominał o tym, co się wydarzyło.
Kolejne zajęcia miałam z Tiną. Czekała na mnie w jednym ze środkowych rzędów dużej auli.
- Cześć - przywitałam się.
Zamierzałam pominąć wątek o tym, co się stało. Wolałam nie kusić losu i nie wspominać przyjaciółce o Collinsie.
- W nocy sporo myślałam o... - rozejrzała się, w końcu otaczało nas sporo osób - chłopaku od uroku. Są tylko dwa wyjścia: albo do niego zagadam, albo go sobie odpuszczę.
- Świetna myśl.
- Mamy razem kilka zajęć, więc muszę tylko poszukać pretekstu, aby do niego podejść. Może uda mi się być z nim w jednej grupie przy jakimś projekcie lub... - Urwała, zawieszając wzrok na czymś po mojej prawej.
Powędrowałam za jej spojrzeniem, aż natrafiłam na Collinsa. Stał przy wejściu do naszego rzędu, czyli tuż obok, wpatrując się we mnie z lekkim uśmiechem.
- Melduję, że oddałem wszystkie książki. Jak głowa?
- Dzięki - wydukałam. - Z głową dobrze. - Zwróciłam się w kierunku przodu auli, gdzie prowadzący rozpakowywał się przy biurku.
Chłopak nadal stał przy mnie, nie rozumiejąc, że chciałam go spławić.
- Mogę tu usiąść? - Miał na myśli miejsce, na którym stała moja torba.
- Nie.
Usłyszałam szept mający swoje źródło za moimi plecami. Padło w nim nazwisko chłopaka oraz "ta ruda", co tyczyło się mnie.
- Szanowni państwo - zaczął prowadzący.
Na szczęście Collins tym razem załapał moją aluzję i ruszył schodami do wyższych rzędów, gdzie zazwyczaj siedział razem ze swoją kliką.
- Co to było? - Tina bardzo mocno chwyciła mnie za lewą dłoń. - Dlaczego Hayden Collins odniósł twoje książki i pytał o głowę?
Chciałam się skupić na zajęciach, bo należały do jednych z najciekawszych w tym semestrze. Prowadzący analizował sukcesy i porażki amerykańskich przedsiębiorstw na realnych przykładach. Nie był wyłącznie teoretykiem, ale również praktykiem, ponieważ na co dzień pracował w firmie doradztwa strategicznego.
- Sinann... - wyszeptała Tina, przysuwając się bardzo blisko.
- Dostałam piłką w głowę. Chyba straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam, Collins stał nade mną. Chciał się zrekompensować, więc zaniósł mi książki do biblioteki. Koniec - wyrzuciłam z siebie na jednym oddechu. - A teraz cisza, bo chcę słuchać.
Przez kolejny kwadrans czułam na sobie spojrzenie przyjaciółki. Kilka razy otworzyła usta, aby coś do mnie powiedzieć, lecz szybko je zamknęła. W końcu odpuściła i skupiła się na wykładzie.
- Dostaniecie zadanie do zrobienia na przyszłe zajęcia - oświadczył prowadzący. - Będziecie musieli przeanalizować, a następnie opisać powody bankructwa danego przedsiębiorstwa. Nie są to firmy realne, choć przy tworzeniu profili zainspirowałem się kilkoma przykładami. Popracujecie w parach. Aby nie było za łatwo, sam was w nie dobiorę. Od razu zaznaczam, nie ma wymiany. Musicie nauczyć się pracy z różnymi ludźmi. Numer jeden z listy uczestników zajęć jest w zespole z numerem dwa, numer trzy z numerem cztery i tak dalej. Gdy skończą się zajęcia, będziecie mogli podejść i sprawdzić, z kim będziecie w parze.
Zapanowało chwilowe poruszenie, które prowadzący szybko opanował.
- Wiesz, kto jest przed tobą lub po tobie na liście? - spytała Tina.
- Przede mną może Lewis Evans, ale nie jestem pewna, czy chodzi na te zajęcia. - Rozejrzałam się, lecz nigdzie nie dostrzegłam wspomnianego chłopaka. - Natomiast za mną jest Veronica Fitzgerald. - Blondynka siedziała dwa rzędy przed nami.
Gdy tylko ogłoszono zakończenie zajęć, ludzie poderwali się i ruszyli w kierunku biurka, na którym leżała lista z nazwiskami. Na razie nie było szans, aby się do niej dostać, więc cierpliwie zaczekałyśmy, aż w auli się przerzedzi. Na twarzach osób, które opuszczały salę, widziałam zarówno zadowolenie, jak i zawód. W moim przypadku, jeśli padłoby na Fitzgerald, nie byłabym zła. Pracowałyśmy razem w zeszłym roku i skończyło się to bardzo owocnym projektem.
W końcu zebrałyśmy się z Tiną z zamiarem dotarcia do biurka. Przód się przerzedził, lecz napierała na nas fala tylnych rzędów. Po chwili byłyśmy wręcz pchane, więc nawet nie było mowy o odwrocie.
- Jestem z Goodwinem - powiedziała Tina. - A ty...
Sama również zerknęłam na listę. Byłam parzystym numerem, więc został mi przypisany wcześniejszy, nieparzysty.
- Collins - oświadczyła w tym samym momencie, gdy mój wzrok trafił na to nazwisko.
Jeszcze raz prześledziłam listę od pierwszego numeru, po czym zrobiłam to ponownie.
To nie mogła być prawda.
Jak bumerang, po raz kolejny tego dnia, wróciło do mnie wspomnienie z rzucania uroku.
To nie miało z tym nic wspólnego.
Wzięłam odwrót i mało delikatnie zaczęłam się przedzierać do wyjścia.
Oczywiście, że był to zbieg okoliczności. Od początku lista na te zajęcia wyglądała właśnie w ten sposób, więc tak musiało być. Tylko dlaczego cały czas myślałam o wczorajszych głupotach i o tym, że to ja spaliłam kartkę z imieniem Haydena Collinsa?
Gdy wydostałam się na korytarz, odeszłam jeszcze kawałek. Zatrzymałam się, czując szarpnięcie za T-shirt. Odwróciłam się, napotykając wzrok przyjaciółki, który mówił więcej niż słowa. Ona również myślała o tym, co zrobiłyśmy wczoraj.
- To nie ma nic wspólnego z tym głupim urokiem - zaczęłam. - Mamy do czynienia ze zwykłym zbiegiem okoliczności.
- Przez trzy lata nie mieliście ze sobą styczności, a dzień po tym, jak rzuciłyśmy urok, ty rzuciłaś - podkreśliła to - nagle on zagaduje do ciebie, a teraz będziecie robić razem projekt...
- O jakim uroku mówicie?
Collins zatrzymał się przy nas, a my momentalnie zamilkłyśmy. Tina, jak zawsze, na widok chłopaka zrobiła maślane oczy. Uśmiechnęła się przesadnie szeroko niczym w reklamie pasty do zębów.
- Tak sobie żartujemy. - Machnęła ręką, chichocząc przy tym głupkowato.
- Dobrze widziałem, że jesteśmy razem w parze?
- Tak, ale spodziewam się, że przez koszykówkę nie masz wiele czasu na tego typu projekty, więc zrobię go sama. Oczywiście podpiszę pod nim również ciebie. Nie martw się.
- Nie wiem, jakie masz doświadczenie z innymi sportowcami, ale ja studiuję, aby się czegoś nauczyć. Dlatego chcę wziąć udział w tym projekcie.
- Ona nie ma doświadczenia z innymi sportowcami... - palnęła Tina, nie odrywając wzroku od Collinsa.
Wytrzeszczyłam oczy, a moje ręce ruszyły w kierunku szyi dziewczyny, jednak we właściwym momencie nad nimi zapanowałam.
- Jutro u mnie czy u ciebie? - Chłopak wsunął dłonie w kieszenie spodni.
- Jutro jestem zajęta - skłamałam.
- Czym jesteś zajęta?
- No właśnie, czym? - Tina postanowiła przetestować moją cierpliwość.
- Dobrze, jutro kończę zajęcia o czwartej. Spotkamy się w bibliotece.
- Chyba bardzo lubisz biblioteki? - Uśmiechnął się, na co Tina cicho westchnęła.
Zlustrowałam Collinsa od góry do dołu i wróciłam do jego twarzy. Szukałam w nim tego, co widzą wszystkie heteroseksualne kobiety.
Tak, był przystojny.
Tak, miał ładne ciało, choć jak na razie widziałam go wyłącznie w ubraniach, ale długie nogi i rozbudowane ramiona stanowiły dobry początek.
Tak, miał ładny uśmiech.
I co dalej?
Patrzyłam na ładne opakowanie, lecz wnętrze mogło nie być już tak ciekawe.
Zawibrował mój telefon, który trzymałam w dłoni. Instynktownie go odblokowałam i od razu dostrzegłam wiadomość od Tethry z listą zakupów.
- Pożyczę na moment. - Collins wyrwał mi z rąk urządzenie.
- Ej... - Tylko tyle zdążyłam z siebie wykrztusić.
- Zapiszę ci swój numer, w razie gdybyśmy mieli jutro problem z odnalezieniem się. - Bez mojej zgody skorzystał z telefonu. Wyjął również swój, który zaświecił się, gdy zadzwonił ode mnie do siebie. - Teraz nie spławisz mnie łatwo, Everstone. - Oddał mi urządzenie. - Dobrego dnia.
- Dobrego dnia - odpowiedziała za mnie Tina.
Chłopak uśmiechnął się na pożegnanie, po czym dołączył do grupki kolegów, którzy czekali kawałek dalej.
- Tylko spróbuj powiedzieć, że nie wierzysz w magię. - Tina splotła ramiona na piersi.
- Nie wierzę. I nigdy nie uwierzę - zaznaczyłam ostro.
- W takim razie jak to wytłumaczysz?
- Normalnie. Studiujemy razem. Już kiedyś miałam być z nim w grupie, ale...
- Wymienił się, bo chciał być z kumplami - dokończyła za mnie.
Nieważne, co powie Tina, ja i tak nie zamierzam uwierzyć w magię.
- Zmieńmy temat. - Nie mogłam dłużej rozmawiać o Haydenie Collinsie. - Idziemy dziś na spotkanie naszego roku w barze?
- Możemy iść.
Ruszyłyśmy korytarzem w kierunku auli, gdzie miałyśmy kolejne zajęcia.
- Collins na pewno się pojawi - powiedziała Tina.
Czy każdy temat musiał sprowadzać się do tego chłopaka?
- Tak jak wiele innych osób - zauważyłam.
- Czy jeśli okaże się, że jest tobą zainteresowany, to...
Przerwałam jej.
- Tina, on nie jest mną zainteresowany. - Zaszłam jej drogę. - Nie chce mi się tego powtarzać, ale najwyraźniej muszę. Rzucanie uroku to nic innego jak głupia zabawa. Magia nie istnieje. Cerri i Tethra lubią się powygłupiać. Myślisz, że gdyby bzdety z tych ksiąg były skuteczne, to obie nadal byłyby singielkami?
Spojrzenie dziewczyny zdradziło, że moje słowa powoli zaczęły do niej docierać.
- Ale i tak chyba muszę odpuścić sobie Collinsa. - Westchnęła ciężko. - Ani w auli, ani przed chwilą nawet na mnie nie spojrzał.
- Jak uważasz.
Zaczęłyśmy kolejne zajęcia, po których poszłyśmy na obiad. Cały czas bacznie obserwowałam otoczenie, aby uniknąć Collinsa. Musiałam maksymalnie ograniczyć nasz kontakt.
Po siódmej wieczorem wylądowałyśmy w barze. Panował tłok, bo sporo osób z naszego roku postanowiło wpaść. Lily i Stella pojawiły się wcześniej, więc się do nich dosiadłyśmy, a po godzinie dołączyli do nas Jasper i Leo.
- Sinann, to prawda, że razem z siostrami dostałyście imiona po celtyckich boginiach? - Lily ściszyła głos i nachyliła się do mnie nad stolikiem, jakby mówiła o wstydliwej tajemnicy. - Tina coś kiedyś wspomniała.
- To prawda - odparłam zdawkowo. - Moje imię pochodzi od Sionny, bogini rzeki. Zapisywane było w różnych kombinacjach, ale rodzice zdecydowali się na Sinann.
- Twoi rodzice interesowali się pogańskimi wierzeniami?
Nie miała tego na myśli, ale zabrzmiała, jakby sugerowała, że moi rodzice w każdą pełnię czcili w ogródku boginię księżyca.
- Mój ojciec był lekarzem, więc bliżej było mu do faktów i nauki. Natomiast mama prowadziła razem z babcią sklep zielarski, którym teraz zajmują się moje siostry. Żadne z nich nie interesowało się celtyckimi wierzeniami. To babcia zasugerowała te imiona, a rodzicom się spodobały.
Starałam się przedstawić moją rodzinę w jak najbardziej normalnym świetle. Pominęłam wątki o ciąganiu popiołem, amuletach, które miały chronić mnie przed złymi mocami, czy o leczeniu wszystkich chorób ziołami.
Na szczęście przy stoliku zrobiło się zamieszanie, bo Jasper zbierał zamówienia na alkohol, po czym razem z Leo wyruszyli do baru.
- Myślałyście już o kostiumach na Halloween? - spytała Stella.
- Widziałam w second handzie... - Tina urwała, gdy wszyscy skupili się na głośnej grupie, która właśnie wkroczyła do lokalu.
Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie tak bardzo pragnęli uwagi. Ci, w których teraz wpatrywali się klienci baru, walczyli o nią na wszelkie możliwe sposoby. Przewodził im Hayden Collins kroczący niczym król po swoich włościach. Obejmował ramieniem swojego przyjaciela, Olivera Walkera, a tuż za nimi szli Landon Prescott i Jax Sterling. Razem tworzyli grupę nazywaną "Czterema Asami". Nie miało to nic wspólnego z ich wynikami w nauce, a wyłącznie z przystojnymi buziami i dużą zasobnością portfeli ich rodziców.
- Tina, mówiłaś coś o second handzie. - Starałam się wrócić do rozmowy, bo nie należałam do kółka adoracji tej czwórki.
- Co? Jak...? - Tina zamrugała, jakbym wybudziła ją z głębokiego snu.
- Myślicie, że plotki o Walkerze i Madison Beer są prawdą? - Rozmarzone spojrzenie Stelli zdradziło, że ona również wykazywała niezdrową fascynację chłopakami. - Spotykali się rok temu? A może nadal się spotykają?
- Rozważałam, aby przebrać się za królową Elżbietę Tudor - palnęłam, aby nasza rozmowa wróciła na właściwy tor. - Co myślicie? - Sięgnęłam po butelkę z resztką piwa.
- Moim zdaniem powinnaś wybrać coś innego.
Prawie się zadławiłam, gdy przy naszym stoliku pojawił się Collins ze swoją świtą. Zakryłam usta dłonią, żeby nie opluć siedzącej naprzeciwko Lily.
- Podobno była brzydka i do tego dziwna. Są spekulacje, że w rzeczywistości Elżbieta zmarła jako dziecko, a jej miejsce zajął jakiś mężczyzna - powiedział Collins.
- Nie powinieneś wierzyć wszystkiemu, co czytasz - oświadczyłam, gdy już bezpiecznie przełknęłam zawartość ust.
- Możemy dołączyć? - spytał.
Nim zdążyłam odmówić, Hayden i Oliver zajęli miejsca Jaspera i Leo, a Landon wraz z Jaxem przysunęli sobie krzesła. Między nami zapanowała cisza. Badawcze spojrzenia krążyły przy stoliku. Chyba tylko Collins wiedział, co właściwie tu robił, dlatego to właśnie on przełamał milczenie.
- Wszystkie studiujecie zarządzanie?
- Tak - odparła Stella.
- Na czwartym roku?
Oczywiście, że ich nie kojarzył.
- Tak.
W przeciwieństwie do moich koleżanek, które wydawały się onieśmielone, ja zaczęłam odczuwać złość. Nie zależało mi na towarzystwie chłopaka, wręcz miałam ochotę powiedzieć, aby sobie poszedł, zwłaszcza że ludzie zaczynali się na nas gapić.
- Przynieśliśmy... - Leo urwał, gdy zobaczył, że skład stolika nieco się zmienił.
- Świetnie, stary. - Walker wstał i zaczął opróżniać tacę z piw, rozdając najpierw każdej z nas, a dwie ostatnie butelki stawiając przed Collinsem i Prescottem. - Przynieście jeszcze dwa.
Pomimo że Leo był zdezorientowany tym, co się wydarzyło, to i tak odszedł, aby spełnić polecenie Walkera. Jasper ruszył za nim.
- Nie - oświadczyłam głośno, wstając na równe nogi. - Oni sami się obsłużą. Wracajcie. Poza tym te miejsca należą do was. - Wskazałam na krzesła zajęte przez Haydena i Olivera. - Chyba powinniście pójść do stolika swoich znajomych - zwróciłam się do intruzów.
Mój stanowczy głos zatrzymał Leo i Jaspera, którzy z jeszcze większym skonfundowaniem wpatrywali się to we mnie, to w Walkera.
- To właśnie jest stolik naszych znajomych. - Hayden obdarzył mnie dziwnie łagodnym spojrzeniem.
- Od kiedy jesteśmy waszymi znajomymi? - Nieco ściszyłam głos, aby nie robić przedstawienia, choć na to było już za późno.
Collins również wstał, jakby chciał podkreślić swoje ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Dzielił nas blat stołu, choć miałam wrażenie, jakby znajdował się zdecydowanie bliżej.
- Od teraz. - Uśmiechnął się, czemu akompaniowały westchnięcia moich koleżanek.
Poczułam na sobie ciężar spojrzeń nie tylko osób przy naszym stoliku, ale również większości ludzi w barze. Collins i jego kumple byli kimś w rodzaju celebrytów na naszym wydziale - nie mam pojęcia dlaczego. Tam, gdzie się pojawiali, stanowili centrum zainteresowania, a więc i ja znalazłam się w polu ich rażenia.
- Możemy porozmawiać na osobności? - Posłałam chłopakowi mocne spojrzenie.
- Bardzo chętnie. - Wskazał ręką, abym szła pierwsza.
Z ramionami skrzyżowanymi na piersi odeszłam od stolika. Rozejrzałam się po lokalu, lecz nie dostrzegłam zacisznego miejsca, którego nie dosięgnęłyby spojrzenia gapiów. Dlatego poprowadziłam nas przed lokal. Odeszliśmy kawałek, po czym odwróciłam się do chłopaka.
- O co ci chodzi? Przez trzy lata nawet nie zamieniliśmy ze sobą słowa, a teraz zachowujesz się, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi. Nie musisz mi niczego rekompensować za to, co wydarzyło się rano - wyrzuciłam z siebie.
- Nie lubisz poznawać nowych ludzi?
- Lubię, ale...
- To dlaczego nie możemy się lepiej poznać? - Zrobił krok w moją stronę, przez co się cofnęłam.
- Bo nazywasz się Hayden Collins i ty nie poznajesz się z takimi zwykłymi osobami jak ja.
- Kto powiedział, że jesteś zwykła?
Wytrzeszczyłam oczy.
- Żartuję, Sinann. Powiedziałaś, bym nie wierzył we wszystko, co czytam. To ja dam ci radę, abyś nie wierzyła we wszystko, co słyszysz.
Przyglądając się mu, zmrużyłam lekko oczy. Starałam się zrozumieć, co dokładnie krążyło mu w myślach. Nie wierzyłam w bezcelowe działanie. Każdy z nas robi wszystko po coś. Mamy cel i do niego dążymy. Więc jaki cel ma Hayden Collins?
- Czy zrobiłem coś nie tak, że starasz się mnie unikać? - Ponownie zbliżył się do mnie, więc odpowiedziałam krokiem w tył. - Poza wypadkiem z piłką powinienem mieć u ciebie czystą kartę.
Nie spodobała mi się intensywność jego spojrzenia. Czułam się przytłoczona, szczególnie że z jakiegoś powodu zależało mu na zmniejszeniu dystansu między nami. Cofałam się, bo on napierał od przodu, aż wpadłam na ścianę.
- Nic nie zrobiłeś, ale...
- Kurwa! - Jego wzrok uciekł gdzieś w bok.
Coś wywołało zmianę nastroju Haydena, bo zauważyłam, jak bardzo spięły się mięśnie jego twarzy.
- Musisz mi pomóc. - Spojrzenie chłopaka wróciło do mnie.
- Hayden! - rozległ się kobiecy głos.
Chciałam się odsunąć, lecz Collins naparł na mnie, opierając się dłońmi o ścianę. Uwięził mnie między swoimi ramionami. Zdecydowanie naruszył granicę dystansu, jaka powinna obowiązywać między dwiema obcymi osobami.
- Co robisz? - spytałam zdezorientowana.
- Sinann, bardzo potrzebuję twojej pomocy. Później ci wyjaśnię - wyszeptał.
Otworzyłam szerzej oczy, widząc, że usta chłopaka zbliżają się do moich. Czułam jego zapach, a w źrenicach Haydena mogłam dostrzec swoje odbicie.
On zamierzał mnie pocałować.
Odwróciłam głowę w bok, przez co usta chłopaka wylądowały na linii mojej żuchwy. Nie odsunęły się, tylko cmoknęły skórę. Przez moje ciało przebiegł dziwny dreszcz, który wywołał gęsią skórkę. Nie bałam się, więc jakie jest jego źródło?
- Haydenie Collinsie! Co ty wyprawiasz?
To z moich ust powinny wydobyć się te słowa, lecz wypowiedziała je jakaś brunetka, która stanęła tuż za chłopakiem.
Collins odsunął się, posyłając mi błagalne spojrzenie.
- Cześć, Miranda - zwrócił się do dziewczyny. - Co ty tu robisz?
Brunetka przyjrzała mi się w nieprzyjemny sposób. Zlustrowała mnie od góry do dołu, krzywiąc się przy tym. Może nie miałam na sobie kremowej sukienki ledwo zasłaniającej tyłek i wysokich szpilek, ale jeansy, biały T-shirt i trampki były adekwatne do lokalu, w którym spędzałam wieczór.
- Przyszłam do ciebie. Oliver wrzucił na Instagram relację, że wybieracie się do tego baru, więc postanowiłam dołączyć - wyjaśniła. - Kim jest twoja znajoma?
Już miałam się ulotnić, ale Collins splótł nasze dłonie, wyciągając mnie do przodu.
- Mirando, poznaj Sinann. - Jego głos był przesadnie energiczny.
- Cześć. - Nieśmiało uniosłam wolną dłoń, usiłując wyswobodzić z uścisku prawą.
- Od jakiegoś czasu spotkamy się z Sinann - oświadczył niczym prawdę znaną całemu światu.
Miałam wrażenie, że znowu ktoś uderzył mnie czymś ciężkim. Tak samo się czułam, gdy ocknęłam się na trawie po tym, jak moja głowa zaliczyła spotkanie z piłką do koszykówki. Dlatego liczyłam, że się przesłyszałam.
- Spotykacie się? - Z ust dziewczyny wydobyło się coś zbliżonego do jęku.
- Tak, spotykamy się. - Dłoń Collinsa jeszcze mocniej zacisnęła się na mojej.
Nie wiedziałam, kto z nas był bardziej zaskoczony: Miranda, w której oczach rodził się również gniew, czy ja - z kompletną pustką w głowie.
- Spotykasz się z nią? - Dziewczyna z niedowierzaniem wskazała na mnie palcem.
Z niewyjaśnionych dla mnie powodów uważała się za lepszą. Może nie byłam obwieszona markami jak ona, a moje włosy nie lśniły, jakbym dopiero co wyszła od fryzjera, ale nie widziałam powodów, aby patrzyła na mnie z góry.
- Zabierz ten palec - powiedziałam do brunetki.
- Serio, Hayden? Ona...?
- A niby dlaczego nie ja? - Zadarłam hardo głowę, ciekawa, co ma mi do powiedzenia.
- Obniżasz poziom - zwróciła się do niego, odgarniając czarne pasma włosów ze swojego ramienia.
Wkurzała mnie ta wypindrzona lala.
- Najwyraźniej mój poziom jest dla niego wystarczający. - Złapałam chłopaka za ramię, bo miałam ochotę jej dopiec.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy, mocno zaciskając przy tym zęby. Podejrzewałam, że pod mocnym makijażem jej skóra zrobiła się czerwona.
- Nie będę marnowała swojego czasu, a my jeszcze sobie porozmawiamy. - Wydęła usta. - Jesteśmy w kontakcie, Hayden. - Podeszła na skraj chodnika, starając się przywołać taksówkę.
Zaczekaliśmy, aż zniknie, co na szczęście nie trwało długo. Jak tylko odjechała, odskoczyłam od chłopaka.
- Co to było? - spytałam ostro, marszcząc brwi.
Collins spojrzał na mnie z rozbawieniem błyszczącym w oczach. Jakby ta cała sytuacja była dla niego zabawną grą. Wsunął dłonie do kieszeni czarnych spodni i rzucił niedbale:
- Miranda de Montfort. Kobieta, która nie zna słowa "nie". Spotykaliśmy się przez kilka miesięcy. Rozstaliśmy się, ale ona chyba tego nie rozumie.
- Na przyszłość: nie wykorzystuj mnie w swoich porachunkach z byłą.
- Czyli mamy jakąś przyszłość, panno Everstone? - Kącik jego ust powędrował w górę.
Sposób, w jaki to powiedział, był mieszanką pewności siebie i drwiny. Bardzo pracował na to, aby doprowadzić moją cierpliwość na skraj wytrzymałości.
- Jesteś dziwny.
- Słyszałem wiele na swój temat, ale tego jeszcze nie.
- Masz powiedzieć jej prawdę. Wygląda na taką, co będzie drążyć, a ja więcej nie zamierzam brać udziału w twoim teatrzyku. Nie chcę, aby ktokolwiek myślał, że się spotykamy.
- Dlaczego nie możemy się spotykać?
- Odbiło ci?! - krzyknęłam, nie zważając na to, że nie byliśmy sami przed lokalem. - Jeszcze dziesięć godzin temu praktycznie się nie znaliśmy.
- Życie jest krótkie. Po co marnować je na niepotrzebne etapy? - Chciał się do mnie zbliżyć, ale go ominęłam i ruszyłam w kierunku wejścia do baru.
Nie nadążałam za tym, co się działo. Hayden Collins był wariatem, który na oślep pędził przed siebie, albo... rzucony na niego urok zadziałał... Druga opcja była nieprawdopodobna. Nie chciałam w nią wierzyć, ale jak inaczej należało wytłumaczyć jego zachowanie?
Musiałam się otrząsnąć, bo mój umysł zaczęły infekować bzdury.
Wróciłam do baru z zamiarem odesłania Collinsa i jego kolegów do innego stolika. Pojawiłam się za późno, bo ci rozprzestrzenili swoje macki na moich znajomych. Roześmiana Tina stała przy barze w towarzystwie Olivera, sięgając po kolejnego szota tequili. Lily z książką do ekonomii tłumaczyła coś Jaxowi, natomiast Stella, Jasper i Leo wraz z Landonem grali w rzutki.
- Chyba twoi znajomi dobrze się bawią w towarzystwie moich przyjaciół... - Collins pojawił się tuż za moimi plecami. - My też możemy się razem dobrze bawić - wyszeptał mi do ucha.
Machnęłam ręką, aby się odsunął.
- Tina! - krzyknęłam do przyjaciółki i podeszłam do niej. - Może zmienimy lokal? Zrobiło się... tłoczno.
Collins niczym mój cień stanął obok.
- No co ty... Jest super. Oliver właśnie opowiadał mi o imprezie halloweenowej. Mamy zaproszenie. - Jej wzrok spoczął na Collinsie.
- Świetnie - oznajmiłam bez entuzjazmu.
- Podobno masz dobre notatki z marketingu. Pożyczysz? - Walker uśmiechnął się przesadnie szeroko.
- Nie - odparłam od razu. - Nie jestem twoją asystentką. Było chodzić na wykłady i notować.
- Sienna, nie daj się prosić.
- Sinann - poprawiłam go. - Najpierw naucz się mojego imienia, a potem proś o notatki.
- Ale z ciebie złośnica. To idzie w parze z kolorem włosów?
- A twoja pusta głowa idzie w parze ze wzrostem? Najwyraźniej całą energię organizm musiał przeznaczyć na długie nogi, bo na umysł nic nie zostało.
W przeciwieństwie do mnie chłopak wyglądał, jakby dobrze się bawił. Cały czas uśmiechał się głupkowato.
- Rozejść się do narożników. - Collins stanął pomiędzy nami.
Poczułam mocny uścisk prawej dłoni, a gdy na nią spojrzałam, dostrzegłam palce Tiny kurczowo uczepione moich. Jej oczy mówiły jeszcze więcej. Nie byłam pewna, co dokładnie komunikowały, ale chyba chciała, bym zamilkła.
Nagle mnie olśniło. Tina szukała sposobu, aby Collins ją zauważył, i właśnie zyskała taką szansę.
- Zaraz wracam, muszę coś załatwić - powiedziałam już zdecydowanie spokojniej. Głupek Walker zszedł na drugi, jeśli nie na trzeci plan.
Oddaliłam się w kierunku Jaspera grającego w rzutki. Chwyciłam go za nadgarstek, odciągając na bok.
- Gdy Walker do was podejdzie, spraw, aby dołączył do gry - zażądałam.
- Nie potrzebujemy kolejnego gracza.
- To zrób tak, abyście potrzebowali. - Naciskałam spojrzeniem.
Gdy chciałam, potrafiłam być bardzo przekonująca.
Zostawiłam chłopaka z zadaniem i wróciłam do Tiny, która nie siląc się na dyskrecję, wpatrywała się w Collinsa niczym w dzieło sztuki.
- Podobno Landon czegoś od ciebie chce. - Wskazałam głową grupkę grającą w rzutki.
- Ode mnie? - Walker wskazał na siebie palcem.
- Tak, od ciebie.
- Okej. - Wzruszył ramionami i oddalił się od nas.
- Siostra do mnie dzwoniła, więc na chwilę wyjdę na zewnątrz, bo tutaj nic nie słychać - skłamałam i wyszło mi to bardzo wiarygodnie.
Jeżeli tych dwoje zostanie samych, Tina otrzyma szansę, aby zainteresować sobą Haydena. Bardzo liczyłam na jej skuteczność. Latynoska uroda potrafiła zdziałać cuda. Niczego jej nie brakowało, a jedynym problemem było jej obsesyjne spojrzenie skupione na chłopaku. Trzymałam kciuki, aby się opamiętała.
Wyszłam z baru, udając, że rozmawiam przez telefon.
Zamierzałam dać im więcej czasu niż pięć minut, więc odeszłam kawałek dalej i usiadłam na ławce przystanku autobusowego. Odpaliłam najnowszy odcinek serialu, na który czekałam cały tydzień, i wkręciłam się w kolejną zbrodnię, jaką mieli do rozwiązania bohaterowie.
Od ekranu oderwał mnie dopiero głośny śmiech. Uniosłam głowę, dostrzegając dwie dziewczyny z mojego roku przebiegające przez ulicę. Jedna z nich zgubiła but i chyba właśnie to było przedmiotem ich rozbawienia.
Uznałam, że trzydzieści minut serialu powinno Tinie wystarczyć, więc wróciłam do baru, aby sprawdzić, jak ma się sytuacja. Rozejrzałam się po wnętrzu, nie zastawszy jej przy barze. Nie było tam również Collinsa. W zasadzie to nigdzie ich nie dostrzegłam, tak samo jak jego kumpli.
- Widziałyście Tinę? - spytałam Stellę siedzącą przy naszym stoliku w towarzystwie Jaspera i Leo.
- Jest w łazience. Źle się poczuła.
Nie taki był plan.
- A Collins i reszta?
- Około dwudziestu minut temu wyszli z baru.
- Co?!
- Poszli na jakąś imprezę i tyle. - Jej głos sugerował, że nie była z tego powodu zadowolona. - Szkoda, że nie zabrali nas ze sobą.
Dalsza część wieczoru upłynęła mi na odholowaniu Tiny do jej mieszkania i na powrocie do domu. Gdy znalazłam się w swojej sypialni, byłam na tyle zmęczona, że jedynie wzięłam szybki prysznic, a następnie położyłam się do łóżka. Wystarczyło kilka minut, abym zasnęła.