Prolog: Pajac
Wychodziłam wzburzona z warszawskiej restauracji. Wcale nie chodzi o to, że polałam się przed chwilą winem na oczach Augustyna, ponieważ byłam bardzo, ale to bardzo zestresowana (ja?, nigdy nie bywam zestresowana, więc czemu akurat teraz?). W końcu niecodziennie umawiam się z takimi osobnikami, a tym bardziej nie lansuję się w drogich restauracjach zapraszana przez facetów, bo zwyczajnie nigdy nie miewałam na to czasu. Nie chodziło też o to, że nie wiedziałam, jak mam to dziwaczne danie, które nam zaserwowano (zresztą megapyszne jedzenie!) nakłonić do tego, by nie zsuwało się z widelca! I nie chodziło też o to, że podczas posiłku musiałam przez przypadek rozmazać sobie szminkę, co sprawiło, że Augustyn uśmiechał się pobłażliwie, patrząc na mnie jak na dziecko, zamiast zwrócić mi delikatnie uwagę.
- Czemu nie powiedziałeś, że mi się szminka rozmazała? - zapytałam od razu po powrocie z toalety. Gdyby nie wymowne spojrzenie kelnera, pewnie nawet bym o tym nie wiedziała i nie poszła skontrolować w lustrze swojego wyglądu, a on by się tylko głupio uśmiechał.
- Wyglądałaś tak słodko, że nie chciałem cię denerwować... - odpowiedział.
Patrzyłam na jego zadowoloną twarz i pomyślałam, że coś tu nie gra. Jeżeli mam się spotykać z gościem i chodzić z nim do łóżka, a on ma mieć ze mnie tylko ubaw i dobrą zabawę, to ja jednak takiemu panu podziękuję.
Niestety, często nie potrafiłam zapanować nad swoimi emocjami. Jeśli wpadałam w złość, cały świat od razu to wiedział. Pracowałam nad sobą długimi latami. Niejednokrotnie dziękowałam sobie i gratulowałam rozwagi i spokoju, oddychając głęboko i licząc do dziesięciu, próbując powtarzać mantry, medytować, ale nigdy nie trwało to zbyt długo. Zawsze znalazł się bowiem kolejny facet, który niszczył spokój ducha, nad którym tak ciężko i usilnie pracowałam!
Teraz też wezbrała we mnie złość. Dosłownie gotowałam się w środku. Wstałam i złapałam torebkę. Podeszłam do niego i powiedziałam:
- Wiesz, że kiedy się tak uśmiechasz, wyglądasz jak zwykły PAJAC? - specjalnie zaakcentowałam ostatnie słowo, by usłyszeli goście siedzący w pobliżu nas.
A potem kopnęłam go w kostkę. Zawył z bólu, a ja się odwróciłam i skierowałam do wyjścia.
- Jesteś niezrównoważona psychicznie! - zawołał za mną, zwracając tym samym na nas uwagę niemalże całej restauracji, ale mnie już to nie dotyczyło. Pokazałam mu środkowy palec i zniknęłam za drzwiami.
Uspokoiłam się dopiero po jakimś czasie. Nawet nie wiedziałam, dokąd idę i jak długo, a potem usiadłam na jednej z ławek, pierwszej, która rzuciła mi się w oczy. Warszawa to miasto świateł, blichtru i życia. Ludzie biegali, chodzili, śmiali się, bawili i pili. Bary i restauracje pękały w szwach. Piątek w całym rozkwicie. Miasto, jak kochająca matka, znajdzie miejsce dla każdego: nakarmi, napoi, ukoi, pozwoli zapomnieć, zaśmiać się, popłakać. W swoim menu ma pełen zestaw do wyboru, od rana do nocy. I nigdy nie śpi.
Jakieś słowa mantry? Teraz nie mogłam sobie przypomnieć.
Tabletki na uspokojenie? Bez przesady, żadnych nigdy nie brałam.
Siedziałam sama na ławce. Kolejny dzień w Warszawie. Gdzie się podziały marzenia? Gdzie się ukrył jakiś normalny facet? Wydawało mi się, że to wspaniałe, całą dobę tętniące życiem miasto przyciągało do siebie wszelkie mendy, ofermy i gnojki z całej Polski.
Westchnęłam, uświadamiając sobie nagle, że wyschło mi w gardle. Wstałam i weszłam do pierwszego lepszego pubu.
- Poproszę piwo! - Usiadłam przy barze i rozejrzałam się po wnętrzu. Wszędzie pełno niezwracających na mnie uwagi facetów. Bardzo szybko zrozumiałam, że znalazłam się w gejowskiej knajpie. No i dobrze! Miejsce takie samo jak wszystkie inne. Wreszcie chwila spokoju! Wypiłam niemalże naraz piwo i zamówiłam następne.
Musiałam zastanowić się nad swoim życiem, a gdzie indziej jak nie przy piwie w miejscu, gdzie nie będzie mnie nagabywał żaden pajac i menda?
Pomyślałam o swoim życiu i westchnęłam.
Skąd się nagle wzięłam w Warszawie?