Rozdział 1
Góra-dół. Góra-dół.
Piana. Strumień wody.
Góra-dół. Góra-dół.
Tłumię ziewnięcie. Jędrne piersi w rozmiarze C podskakują rytmicznie przed moimi oczami. Poprawka, to raczej duże D.
Obserwuję, jak rozpłaszczają się na przedniej szybie mojego żółtego camaro bumblebee. Oczywiście to nie ja za niego zapłaciłem. Ojciec wie, jak bardzo lubię kinowe wersje Transformersów, więc gdy ładnie poprosiłem, znalazł dla mnie to cacko.
Ponownie patrzę przed siebie. Sterczące sutki napierają na materiał stroju kąpielowego tak mocno, że lada chwila go rozerwą. Wyglądają na naprawdę zdesperowane. Jakby przyjęły sobie za punkt honoru przebić się przez przednią szybę mojego wozu.
Jaskrawozielony kolor bikini podkreśla czekoladową opaleniznę jego właścicielki, typową dla dziewczyn, w których płynie hiszpańska krew. Nie straszne im teksańskie palące słońce. W przeciwieństwie do mnie, bo codziennie zużywam pół tubki kremu z filtrem, by jakoś funkcjonować.
Wpatruję się w szybę. Te cycki muszą być magiczne. Zgarniają wodę lepiej niż najdroższe wycieraczki.
Lewo-prawo. Prawo-lewo.
Poruszają się rytmicznie do lecącego w tle Candy Shop. Przewracam oczami, bo to niezbyt oryginalny dobór repertuaru. Dziś jestem wyjątkowo wybredny w przeciwieństwie do moich kumpli, którzy wyglądają na wniebowziętych.
Zerkam w bok. Trent - najprzystojniejszy skurwiel w całym Teksasie - wzdycha zadowolony i cmoka ustami. Robi tak tylko w dwóch przypadkach: gdy pochłania podwójnego cheeseburgera z sosem BBQ w knajpie U Jeffreya albo gdy jakaś panna ssie mu fiuta. No i jeszcze teraz: gdy Kiana Navarrez pucuje moje auto. W mikroskopijnym bikini. Ze zdecydowanie nie mikroskopijnymi zderzakami.
Ziewam znudzony.
To samo przedstawienie oglądaliśmy wczoraj. I w zeszły piątek też. Trent ma na jej punkcie obsesję. Chce ją przelecieć, ale zamiast podejść, zagadać i zbajerować, woli zapłacić i kupić kilka minut na seksmyjni.
Kompletnie nie rozumiem, dlaczego komplikuje sobie życie. Przecież dziewczyny takie jak Kiana tylko czekają, aż któryś z nas zwróci na nie uwagę. Trent i jego pokrętna logika.
Gwoli ścisłości, seksmyjnia jest seksmyjnią tylko z nazwy, którą zresztą sami wymyśliliśmy. Tak naprawdę to tylko trójka dziewczyn myjących auta w skąpych ciuszkach, w rytm tandetnej muzyki. Nie ma mowy o seksie. Chociaż podejrzewam, że żadna by nam nie odmówiła.
- Brałbym ją. Spójrzcie tylko na te skarby. - Randy. - Największy świr, jakiego znam, który dziennie jara więcej blantów niż ma dredów na głowie, siedzi z tyłu i chwyta się kurczowo mojego fotela.
Oglądam się za siebie. Wygląda jak dzieciak, którego rodzice pierwszy raz zabrali do kina na Toy Story. Jego źrenice przysłaniają niemal całe tęczówki. Albo wziął dobry towar, albo tak jak Trent ubóstwia cycki Kiany.
Nie rozumiem tych zachwytów. Czy tylko ja czuję się tak, jakbym oglądał dziesiąty raz to samo porno? A najgorsze jest to, że nie można wcisnąć przycisku "przewiń" ani zmienić platformy streamingowej. Jestem skazany na tę dziewczynę przez kilka kolejnych długich minut.
Randy oblizuje usta. Ze swoją podłużną lisią twarzą i wąskimi oczami przypomina kojota. A jednak panny na niego lecą. Pewnie dlatego, że ma gadane, dużego fiuta i gruby portfel. Podejrzewam, że dwa ostatnie powody są tutaj kluczowe.
- Poczekaj tylko na bliźniaczki. Stary, bliźniaczki, czaisz to?! Mokry sen każdego faceta! - Trent pochyla się i prawie przyciska nos do przedniej szyby. Jeszcze tego brakowało, by spuścił się na deskę rozdzielczą.
- Ana i Bella! Ich matka musiała być stuknięta, skoro tak je nazwała. - Randy rechocze jak dureń.
- Raczej genialna. Gdy je wołała, to brzmiało jak jedno imię. Anabella, rozumiecie? - Finn, kolejny kutas, który się ze mną wozi, w końcu się odzywa.
Jak zwykle siedzi skulony z tyłu i udaje nerda. Poprawia ciemne okulary na nosie i podnosi głowę znad ekranu smartfona. Wiem, że ogląda japońskie hentaje. Nawet nie patrzy w stronę Kiany. Typowe. Jest najspokojniejszy z nas wszystkich i zgrywa największego ważniaka, ale prawda jest taka, że on też ma swoją mroczną, popierdoloną stronę.
- Co ty nie powiesz, Einsteinie? Naprawdę, dzięki za wyjaśnienie. W życiu byśmy na to nie wpadli. - Randy trzepie go po głowie. - Ana-Bella, Ana-Bella! Tak będę krzyczał, gdy zacznę dochodzić, a one będą ssać mi fiuta - dodaje.
- Nie będą. Wcześniej zakrztuszą się moim - odzywa się Trent z nutą wyższości w głosie.
- Swoją drogą kutas ich ojca musi być magiczny, skoro spłodził takie cuda. - Randy kiwa głową, jakby się nad czymś zastanawiał. Myślenie nie jest jego mocną stroną.
Uśmiecham się krzywo. Hektor Navarrez? Jedyne, co się mu w życiu udało, to córki i warsztat samochodowy. Ale i jedno, i drugie niedawno poszło się jebać i to na jego własne życzenie. Jest skończony, a ja i mój ojciec będziemy gwoździami do jego trumny.
To właśnie dlatego tu jestem. Nie dla cycków Kiany. Nie dla bliźniaczek. Nie dlatego, że mój wóz wymaga czyszczenia. To wszystko to tylko wymówki.
- A gdzie tak właściwie są jej siostry? Zapłaciłem za full serwis, za całą trójkę. - Trent brzmi jak obrażone dziecko, ale nadal wpatruje się w Kianę.
Trzeba przyznać, że dziewczyna się stara. Ściera pianę z mojego samochodu tak, jakby od tego zależało jej życie. Coś w tym jest. Gdyby nie napiwki z mycia aut, warsztat jej ojca już dawno by splajtował.
Uśmiecha się do nas, a na jej czole lśnią kropelki potu. Mogłaby zostać pracownicą miesiąca, ale pracuje dla swojego starego, który ma ją głęboko gdzieś i na pewno nie docenia jej starań.
Obserwuję, jak przerywa na moment, schodzi z maski mojego wozu i majstruje coś przy stojącym na ziemi starym boomboksie. Włącza jakiś kolejny shitowy kawałek, który tylko udaje rap.
Randy wyje na całe auto i mam wrażenie, że naprawdę jest kojotem. Naćpanym, napalonym kojotem, któremu brakuje piątej klepki.
Kiana nie spoczywa na laurach. Ciężko "pracuje" mimo lejącego się z nieba żaru i faktu, że napiwki, które dostaje, uwłaczają jej godności. Przez trzy długie sekundy wypina się i pokazuje nam swój tyłek. Dół jej bikini to malutkie stringi. Właściwie równie dobrze mogłaby ich nie mieć. Może dorzucić jej za to kilka dolców? Ludzi trzeba doceniać i motywować, prawda?
Randy jęczy i jestem prawie pewny, że właśnie spuścił się w spodnie. Takim jak on niewiele potrzeba do szczęścia. Po chwili Kiana odwraca się, bierze gąbkę w dłoń i ponownie wchodzi na mój wóz. Z jej oczu bije determinacja. Wie, że mam ją gdzieś, a jednak bardzo się stara. Przykleja się do szyby jak wielki glonojad. Tym razem to jej cipka, ukryta pod zielonym skrawkiem materiału, porusza się w rytm muzyki i zmazuje pianę.
Gdybym był normalnym dwudziestoparolatkiem, który obraca się w normalnym towarzystwie i ma normalnych rodziców, pewnie właśnie by mi stanął. Jednak na mnie trudno zrobić wrażenie, choć potrafię docenić czyiś trud. Gdybym był szefem Kiany, dałbym jej premię. Albo chociaż karnet na depilację brazylijską.
- Wszedłbym w jej busz jak Rocky w amazońską dżunglę! - wykrzykuje Randy i oblizuje usta.
- Fuj, jesteś obleśny! - odzywa się Finn, nie odrywając oczu od swojego telefonu. Słyszę stłumione jęki Azjatek. Nadal ogląda to, co lubi najbardziej.
- Obleśny?! Chłopaki, sprawdźcie, czy Finn ma nadal fiuta, czy może wyrosła mu cipka, bo gada jak laska! - Randy wybucha śmiechem.
- Poza tym Rocky nie buszował w dżungli. On był bokserem. Pomyliłeś filmy. Miałeś pewnie na myśli Rambo. Swoją drogą on też nie buszował w dżungli, a już na pewno nie w amazońskiej. Zdjęcia do Pierwszej krwi kręcono w Kanadzie... - Finn mówi typowym dla siebie tonem ważniaka.
Kłócimy się o Sylvestra Stallone, a cipka Kiany na moment schodzi na dalszy plan. Tak jak mówiłem, jesteśmy popierdoleni. I zjarani, bo Randy kazał pozasuwać wszystkie szyby i zamienił moje camaro w drogie i bardzo luksusowe bongo. Jedynie Trent stał się dziwnie milczący. Siedzi z założonymi na piersi rękami i patrzy na Kianę spod zmarszczonych brwi.
Spoglądam na nią. Ciągle robi swoje. Nie wstydzi się. Jej ruchy są płynne, seksowne, ale mechaniczne. Pewnie śmiertelnie się nudzi, bo przecież wszystko ma wyćwiczone i opanowane do perfekcji. Jest jak kasjerka w supermarkecie, która przeciąga przez czytnik piwo i paczkę nachosów. Uśmiecha się przy tym, ale marzy tylko o jednym - by wygrać kilka milionów na loterii i rzucić tę nędzną robotę.
Na moment spojrzenia moje i Kiany się krzyżują. Widzę w jej oczach nadzieję. Znam ten wzrok. Tak patrzą dziewczyny, które czegoś od nas chcą. Tak patrzy na nas dziewięćdziesiąt procent dziewczyn mieszkających na tym zadupiu zwanym Floresville. Pozostałe dziesięć to lesbijki i emerytki.
Kiana uśmiecha się do mnie, sprzedając całą siebie. Trochę mi jej szkoda. Każdy z czterech sukinsynów siedzących w tym camaro jest jej potencjalną przepustką do lepszego życia.
Nadzieja umiera ostatnia, skarbie. Jeśli któryś z nas cię zechce, to tylko po to, by wziąć cię na tylnym siedzeniu tego samochodu. Nie po to, by uratować cię niczym książę na białym koniu. Książęta nie są skurwielami, z zasady. A my nimi właśnie jesteśmy. Liczy się tylko nasza przyjemność. Życie jest krową, którą doimy, podczas gdy inni tylko się jej przyglądają.
To nie są żadne pseudofilozoficzne brednie. Taki światopogląd wyssaliśmy z mlekiem naszych matek, dokładnie w momencie, gdy nasi ojcowie zakładali nam fundusze powiernicze i zapewniali dostatnią przyszłość. Nigdy nie musieliśmy martwić się o własne dupy i pewnie przez to jesteśmy tak bardzo bezczelni.
Fakt, niektórzy mieszkańcy tego miasta nazywają mnie księciem. W końcu jestem synem Roberta Dowella - jednocześnie najbogatszego i najbardziej znienawidzonego człowieka w tym mieście. Króla części zamiennych. Imperatora motoryzacji. Lucyfera, który śpi na kasie. Człowieka, który otwiera nowoczesne warsztaty samochodowe, pozbawiając dochodów lokalnych mechaników.
A, przepraszam, pozostał jeszcze Hektor Navarrez. Jednak to tylko kwestia czasu, aż ojciec pokona także i jego.
Ludzie nie lubią, gdy ktoś się bogaci. A jeśli ktoś bogaci się ich kosztem, wtedy zaczynają go nienawidzić. Ale przecież mój ojciec gra uczciwie. Po prostu wykorzystuje prawo rynku: to u niego jest taniej, szybciej i najbardziej profesjonalnie.
Ludzie wolą wspierać słabych. Lubią poklepywać po ramieniu nieudaczników, takich jak Hektor Navarrez, którym posypało się życie. Mogą im współczuć i mówić "będzie dobrze", a za plecami cieszyć się, że to oni mają lepiej. Bo to nie ich córki myją auta w skąpym bikini, zarabiając przy tym nędzne grosze. To nie ich żona popełniła samobójstwo i to nie ich warsztat podupada. Ludzie to dwulicowe kurwy. Z tym że ja, w przeciwieństwie do nich, wcale się z tym nie kryję.
Mój ojciec też nie kryje się z tym, że chce wykosić konkurencję. A Hektor Navarrez sam jest sobie winien. Gdy on się staczał, mój staruszek piął się na szczyt. Zresztą zalazł mu za skórę już wcześniej, kiedy tuż pod jego nosem otwarł nowiutki, pachnący świeżością i profesjonalizmem warsztat samochodowy, pełen wykwalifikowanych mechaników.
Sytuacja Navarreza skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy kilka lat temu jego żona wjechała rozpędzonym autem w barierki i poszybowała w przepaść, ginąc na miejscu. Bianca Navarrez to największe tabu Floresville. Rozmowy o niej to jak gadanie o Chupacabrze, Strefie 51 i romansach prezydenta. Ludzie patrzą na ciebie dziwnie i dają ci do zrozumienia, że lepiej, abyś zmienił temat. Lokalne władze do dziś utrzymują, że to był nieszczęśliwy wypadek, choć w miasteczku nikt w to nie wierzy. Podobno Hektor miał układy z komendantem i prosił, by ten chronił dobre imię jego rodziny.
Koniec końców Navarrez pozostał z czterema córkami, bo poza Kianą i bliźniaczkami jest jeszcze jedna - najmłodsza.
Facet miał na głowie warsztat, cztery małe wrzeszczące kobiety i opinię człowieka, przez którego żona targnęła się na własne życie. Nie dziwię się, że w końcu popadł w depresję. Zamiast wymieniać chłodnice w autach klientów, opróżniał kolejne puszki z piwem i zalegał przed telewizorem. Staczał się, a mój ojciec to wykorzystał i otworzył w okolicy kolejne dwa warsztaty. Aktualnie ma sieć składającą się z siedmiu dobrze prosperujących punktów. Jednym słowem trzyma w szachu Floresville i sąsiadujące miasteczka, przynajmniej jeśli chodzi o naprawę aut. Kolejnym jego celem jest otwarcie warsztatu w San Antonio i jestem pewien, że mu się uda. Skurwiel zawsze dostaje to, czego chce.
Szanuję go i podziwiam jego dryg do interesów, ale niewiele ma to wspólnego z przywiązaniem i miłością. Szczerze mówiąc, odkąd matka wyprowadziła się z domu, przestałem wierzyć w relacje międzyludzkie. Zostaliśmy z ojcem sami, ale żaden nas nie tracił czasu na zabawę w rodzinę. On zarabiał, ja miałem w przyszłości przejąć jego firmę. Świat kręcił się dalej. Mieliśmy dobrze prosperujący biznes i tłustą sumkę na koncie. Jak dla mnie - całkiem dobre perspektywy.
A Navarrez? Nie zrobił nic, by wydostać się z dołka, w który wpadł. Mój ojciec kradnie mu klientów, a on przygląda się temu wszystkiemu ze swojego wysłużonego fotela.
Może i Hektor ma doświadczenie i wzbudza sympatię mieszkańców, ale jego czas nieuchronnie dobiega końca. Nie wyrabia się z terminami, a ludziom zależy na szybkim sprowadzaniu części i równie szybkiej naprawie. Właśnie to im dajemy. W dodatku mamy promocje dla stałych klientów i niższe ceny. Nasi mechanicy są młodzi, pełni zaangażowania i profesjonalizmu. I nie żłopią piwa, gdy tylko nadarza się ku temu okazja.
Całe miasto wie, że to tylko kwestia czasu aż Robert Dowell wraz z synem położą łapy na interesie Navarreza. Mój ojciec mówi, że każdy ma swoją cenę. A już na pewno podstarzały pijak, który ledwo wiąże koniec z końcem.
Warsztat Hektora ma świetną lokalizację, a ojcu podoba się pomysł z dziewczynami w bikini, które myją samochody. Postanowił wykupić Navarreza po cichu i łaskawie pozwolić mu nadal pracować pod swoim szyldem i kręcić tyłkami jego pięknym córkom. Oczywiście Hektor dostawałby za to marne grosze. Tylko tyle, by mógł utrzymać siebie i rodzinę. Całą śmietankę spijałby mój przedsiębiorczy staruszek. Mimo wszystko to nadal bardzo dobra propozycja dla kogoś, kto stoi nad przepaścią. Nikt inny nie oferowałby tyle szmalu za starą, podupadającą dziuplę.
Prawda jest taka, że mojemu ojcu nigdy nie chodziło o pieniądze. To raczej kwestia honoru, bo warsztat Hektora jest ostatnim bastionem, który się opiera. Mimo tragicznej sytuacji Navarrez trzyma się twardo i konsekwentnie odrzuca jego oferty. Akurat w przypadku Hektora nie chodzi o honor, raczej o ośli upór. Honor stracił już dawno, gdy kazał swoim córkom włożyć bikini i zarabiać na utrzymanie, bo jemu nie chciało się ruszyć dupy z fotela.
Nie szanuję tego człowieka i to nie dlatego, że jest konkurentem mojego ojca. Navarrez już dawno stracił jaja, a ja mam respekt tylko do ludzi z jajami. Gdybym miał córki, w życiu nie pozwoliłbym im się tak zeszmacić.
Podejrzewam, że to właśnie w głowie Hektora zrodził się pomysł seksmyjni. I nawet jeśli dziewczyny mają tylko tańczyć, a nie rozkładać nogi przed klientami, to wystarczający powód, bym uważał go za skończonego dupka.
- Kiana, do kurwy nędzy! Przestań już kręcić tyłkiem, zgarnij napiwek i chodź tu z łaski swojej!
O wilku mowa.
Z uchylonych drzwi domu dobiega do nas tubalny głos Hektora Navarreza. Słyszymy go wyraźnie, mimo zasuniętych szyb.
- Znowu poprzestawiałyście kanały! Nie chcę oglądać Salonu sukien ślubnych, do cholery! Chcę Buddy'ego Valastro! I znajdźcie w końcu tego przeklętego pilota!
Kiana spogląda na nas spanikowana, jakby obawiała się, że po tym, co usłyszeliśmy, nie damy jej napiwku.
- Trzymaj, piękna. I leć do tatuśka, zanim się zdenerwuje. - Opuszczam szybę i wciskam jej w dłoń zwitek banknotów. Uśmiecha się promiennie i mam wrażenie, że z wdzięczności chce mnie pocałować. Szybko zasuwam szybę.
- Kiana, głucha jesteś?! Czy na stare lata nie mogę obejrzeć pieprzonego programu o robieniu tortów?! Przyjdź i znajdź ten kanał, do cholery! Ja tego za ciebie nie zrobię!
Dziewczyna z prędkością błyskawicy okrąża nasz samochód, a jej cycki podskakują rytmicznie z każdym krokiem. Patrzymy, jak wbiega do domu. W samochodzie panuje cisza. Nawet Randy, który zazwyczaj dużo gada, jest zażenowany.
Może i jestem bez serca, ale wiem, że Hektor Navarrez to kawał leniwego chuja. Załamać się z powodu śmierci żony to jedno, ale nie ogarnąć swojego życia dla dobra własnych dzieci to zupełnie co innego. Nawet nie zadrży mi powieka, gdy razem z ojcem położę łapy na jego warsztacie.
Odpalam silnik, bo chcę opuścić to depresyjne miejsce i wrócić do swojego świata. Do świata pełnego lśniących, drogich samochodów, włoskich mebli, których nikt nie ma czasu używać, ale według ojca zajebiście wyglądają w salonie. Do świata ładnych cipek, które są jak automat - otwierają się przed tobą, gdy wyciągniesz z portfela kilka banknotów. Ten świat jest zepsuty, nudny i plastikowy. Każdy udaje w nim kogoś, kim nie jest. A jednak to właśnie moje życie - moje błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie.
Rozdział 2
Ej, Jax, spierdalajmy stąd. - Trent szturcha mnie w ramię. - Mam ochotę wyruchać coś lepszego niż hiszpańska dziwka w bikini. - Milknie, zapala papierosa i wydmuchuje dym na moją luksusową skórzaną tapicerkę. Planuję prędzej czy później mu za to przywalić.
Może i wygląda niewinnie, jak słodziutki Leo DiCaprio z Titanica, ale to kawał chuja. Nie szanuje kobiet, nie szanuje własnych starych i nie szanuje siebie. Choć wydaje mu się, że jest inaczej.
Już mam odjeżdżać z piskiem opon, gdy tuż przed moją maską przemyka jakaś drobna postać. Zauważam ją w ostatniej chwili, bo jest szybka i zwinna niczym pieprzony ninja.
- Skipper, jesteś tam?! Zanim pójdziesz zerknąć na tamtego cadillaca, skocz do kuchni i podaj mi piwo z łaski swojej! - Głos Navarreza dobiegający z domu sprawia, że postać momentalnie nieruchomieje.
Widzę, jak spogląda na dom. Trzyma skrzynkę z narzędziami. Pojemnik jest ogromny i wygląda na bardzo ciężki, szczególnie w tak drobnej dłoni.
Teraz, gdy ten ktoś stoi nieruchomo, mogę się mu lepiej przyjrzeć. To na pewno żadna z bliźniaczek, bo nie ma nóg do nieba, złotej opalenizny i długich włosów. Kimkolwiek jest ta osoba, posturą przypomina niskiego czternastoletniego chłopca. Może Navarrez zatrudnił pomocnika? Ciekawe, skąd miałby na to pieniądze?
Nie widzę dokładnie twarzy, bo nieznajomy ma na głowie czarną czapkę z daszkiem, nasuniętą mocno na oczy. Do tego szarą bluzę z długimi rękawami i dżinsowe ogrodniczki, o jakieś dwa rozmiary za duże. Idealny strój na upały, nie ma co.
Dostrzegam tylko dłonie: drobne i blade. Zupełnie inne niż u Navarreza i jego hiszpańskich córek, których skóra jest śniada i wysuszona od słońca.
- Klient przyjedzie dziś wieczorem. Muszę to skończyć! - Postać w końcu się odzywa. A raczej krzyczy w stronę domu.
Gdyby nie fakt, że w jej głosie pobrzmiewa wkurwienie, to byłaby najpiękniejsza melodia, jaką w życiu słyszałem - delikatna, subtelna i... dziewczęca.
Tak, to dziewczyna. Choć trudno mi w to uwierzyć, biorąc pod uwagę, co ma na sobie.
- Nie podasz staremu ojcu piwa?! - Navarrez bierze ją na litość, a ja przewracam oczami. Leniwy skurwiel. Nawet nie chce mu się ruszyć dupy z fotela, tylko wydziera się na cały dom.
- Masz dwa kroki do lodówki, padre! - Ostatnie słowo w ustach dziewczyny brzmi jak obelga.
Obserwuję, jak stawia na ziemi skrzynkę i rozmasowuje swoją drobną dłoń. Potem poprawia na głowie czapkę i właśnie wtedy mnie zauważa. A raczej mój wóz. Wzdryga się, jakbym siedział w stercie krowiego łajna, a nie w camaro za kilkadziesiąt tysięcy.
Dostrzegam jej usta: niewielkie i bladoróżowe, aktualnie wykrzywia je grymas obrzydzenia. Nie wiem dlaczego, ale wstrzymuję oddech.
- Skipper, kwiatuszku! Miejże litość dla starego ojca!
- Jesteś miły, tylko jak czegoś potrzebujesz. Niech Kiana poda ci piwo - odburkuje i mam wrażenie, że ciągle na nas patrzy. Schyla się po skrzynkę z narzędziami i rusza w stronę warsztatu.
- Kiana nie może. Naprawia telewizor. Przecież wiesz, że bolą mnie kolana na zmianę pogody! Ledwo chodzę! - Navarrez nie daje za wygraną.
- To dziewczyna, czaicie to?! - wydziera się Randy. Jego mózg jak zwykle ma spóźniony zapłon.
- Skipper? Czy to nie imię tego pingwina z Madagaskaru? - Trent parska śmiechem. - To pewnie ta najmłodsza. No wiecie, najmłodsza córka Hektora. Słyszałem, że ma dryg do samochodów. Ludzie gadają, że jest lepsza niż jej ojciec. Ponoć gdyby nie ona, już dawno musiałby zwijać interes.
Mrużę oczy, by lepiej się jej przyjrzeć. Jeśli wierzyć temu, co mówi Trent, ta dziewczyna ratuje dupę Navarrezowi. Innymi słowy, gdy ojczulek wyżłopie za dużo piwa, ona odwala za niego brudną robotę w warsztacie.
Patrzę na nią i nie mogę uwierzyć, że ktoś o tak drobnej budowie może poradzić sobie z ciężką pracą. W tym momencie zaczynam nienawidzić tej całej Skipper, czy jak jej tam. Gdyby nie ona, warsztat Hektora już dawno byłby nasz.
- Pewnie jest tak brzydka, że nie może pracować na seksmyjni, bo odstraszyłaby klientów. - Randy śmieje się tym swoim rechotem szalonego, seryjnego mordercy. - Albo jest płaska. Płaska z przodu, płaska z tyłu. Pewnie wygląda jak chłopak i ojciec ją przed wszystkimi ukrywa.
Nagle wpadam na pewien pomysł. Czas zobaczyć, jakiego asa w rękawie chowa przed nami stary Navarrez.
- Hej, mała! Zapłaciliśmy za całą trójkę, ale bliźniaczki nie przyszły! - Opuszczam szybę i krzyczę w stronę dziewczyny, która jedną nogą jest już w warsztacie. Na dźwięk moich słów zatrzymuje się i choć nie widzę jej oczu, jestem pewien, że właśnie rzuca mi mordercze spojrzenie.
- Jakiś problem, kwiatuszku? - Stary Navarrez wydziera się ze swojego domu, ale oczywiście nie ma siły ruszyć dupska i wyjść sprawdzić, co jest grane. Nie mam pojęcia, skąd wie, o czym rozmawiam z jego córką, skoro siedzi w swoim fotelu i gapi się w telewizor.
- To on ma problem, nie ja! - odpowiada dziewczyna i brzmi tak, jakby chciała nas wszystkich pozabijać.
- No to zajmij się panem, zapytaj, czego mu trzeba. Musimy dbać o klientów. A ty, Kiana, idźże mi w końcu po to piwo!
Gdy głos Navarreza cichnie, dziewczyna chyba uświadamia sobie, że jest na straconej pozycji, bo zwiesza ramiona i powoli drepcze w naszą stronę. Uśmiecham się triumfalnie. Lubię patrzeć na porażki ludzi. To tylko przypomina mi o tym, jakie mam kurewskie szczęście w życiu.
- Kotku, twoje siostry nie wywiązały się z umowy, więc musisz je zastąpić. Rusz tyłek i zrób, co do ciebie należy. - Wystawiam łokieć przez okno, opieram się nonszalancko i taplam w blasku swojej zajebistości.
Jestem bezczelny i pewny siebie. I użyłem zwrotu: "kotku". To połączenie zawsze działa na dziewczyny.
Ale najwidoczniej nie na nią. Stoi niewzruszona, a jej blade, różowe usta zaciskają się w wąską linię.
- Dziurawy tłumik. Zjechane klocki. A, no i pasek klinowy do wymiany. Twój wóz piszczy jak zarzynana świnia.
- Co? - Patrzę na nią zbity w z tropu.
- Powiedziałeś, że mam robić, co do mnie należy. Naprawiam samochody, więc moim obowiązkiem jest ocena stanu pojazdu. Mówię ci, co jest nie tak z twoim wozem. Klocki, pasek i tłumik. Powinieneś to wiedzieć, w końcu jesteś synem Dowella. - Dziewczyna nazwisko mojego ojca wymawia tak, jakby było najgorszym przekleństwem.
W aucie na moment zapada głucha cisza, ale po chwili moi kumple parskają śmiechem. Randy rży tak, że zaraz zasika mi siedzenie. Problem w tym, że nie śmieją się z niej. Mają ubaw ze mnie. Nawet Finn odłożył telefon, a na jego ważniackiej twarzy błąka się uśmiech.
- Czego rżycie?! Przecież wiem, że mam do wymiany tłumik. Pasek też miałem sprawdzić, po prostu... nie było czasu. A z klockami na pewno ściemnia! Tego nie da się sprawdzić na odległość - tłumaczę się, ale to tylko pogarsza sytuację. Moi kumple umierają ze śmiechu. Robię wszystko, byleby tylko nie wyjść na ignoranta w kwestii motoryzacji, choć prawda jest taka, że wszelkie naprawy zlecam ludziom mojego ojca.
- Nieźle, stary. Porobiła cię jak dzieciaka! - Trent klepie mnie po ramieniu i puszcza oko do dziewczyny.
Idiota. Jeśli myśli, że podziała na nią jego urok osobisty, to jest w błędzie. Nie znam jej, ale wiem jedno: jest wkurwiona i zimna jak lód. Nawet tekstańskie słońce nie jest w stanie jej stopić.
Łapię się za nasadę nosa, przymykam oczy i głośno wzdycham. Nikt w tym mieście nie będzie mi się stawiał i mnie pouczał. A już na pewno nie córka Navarreza.
- Skoro jesteś taka mądra, to jutro z samego rana zjawię się tutaj, a ty naprawiasz mi pieprzone klocki, pierdolony pasek i skurwiony tłumik, jasne?! - wydaję jej polecenie nieprzyjemnym tonem.
- Możesz to naprawić w warsztacie swojego ojca. Będzie szybciej. Sprowadzenie części zajmie nam kilka dni - odpowiada ze stoickim spokojem.
Denerwuje mnie, bo ja, w przeciwieństwie do niej, jestem jak tykająca bomba. Poza tym nie lubię, gdy ktoś mnie ignoruje albo traktuje tak, jakbym był kimś zwyczajnym. To ona jest zwyczajna i wkrótce jej to uświadomię.
- Poczekam. Dużo zapłacę. Twój ojciec byłby niezadowolony, gdybyś spławiła tak dobrego klienta, prawda? - Staram się brzmieć miło, ale cały gotuję się ze złości.
Dziewczyna znów zaciska usta, bo wie, że została pokonana. Mój fiut drga na ten widok, a ja tłumaczę to sobie faktem, że nie zamoczyłem od jakiś czterdziestu ośmiu godzin.
Każdy inny mechanik odmówiłby naprawy auta komuś, kto pochodzi od konkurencji. A tym bardziej jeśli tym kimś jest taki zarozumiały dupek jak ja. Ale nie Hektor. Dla niego liczy się tylko kasa. I jego córka doskonale o tym wie, bo nawet nie próbuje się ze mną dalej kłócić.
- Trzy, może cztery dni. Wtedy powinny przyjść części. Musisz wpłacić zaliczkę na wypadek, gdybyś się wycofał. Jakoś ci nie ufam - mówi tonem wypranym z emocji, a potem odwraca się do mnie plecami i jak gdyby nigdy nic idzie do warsztatu.
I bardzo dobrze, że mi nie ufasz, kotku. Wszystkie dziewczyny, które do tej pory mi zaufały, wybiegały rano zapłakane z mojego domu. Ale przynajmniej były zaspokojone po upojnej nocy. Cóż, patrzę na ciebie i wiem jedno: w moim łóżku nie ma dla ciebie miejsca.
- Kiana, podejdź do klienta! Zainkasuj zaliczkę i daj pokwitowanie. Ja nie mam czasu! - Skipper krzyczy tak głośno, że z pewnością słychać ją w domu.
Nie mija kilka sekund, a naszym oczom ukazuje się dziewczyna w zielonym bikini, która niedawno pucowała moje auto. Jest uśmiechnięta od ucha do ucha, jakby fakt, że wszyscy nią pomiatają, był czymś najnormalniejszym na świecie. Wręczam je pieniądze, biorę kwit i rozglądam się za jej młodszą siostrą, ale ona najwidoczniej nie zamierza wysunąć nosa z warsztatu.
- To jak? Zjawiamy się tutaj w czwartek, żeby zobaczyć, jak ta mała męczy się z twoim wózkiem? - Trent patrzy na mnie z nadzieją, a jego oczy przypominają wzrok proszącego o kość szczeniaczka. Ten chory skurwiel uwielbia zabawiać się kosztem innych.
- Poprawka, brachu. Zjawiamy się tu jutro, pojutrze, w środę i w czwartek też. Zjawiamy się tu codziennie. Niech te hiszpańskie dziwki pucują mój wóz tak, jakby pucowały moje jaja. Ma lśnić czystością. A ja pooglądam sobie tę młodą przy pracy. W końcu nie oddam mojego camaro byle komu, prawda? - Uśmiecham się jak Joker, a Trent od razu aprobuje mój diabelski plan i przybija mi piątkę.
- Cycki Kiany dzień w dzień? Mnie pasuje! - Randy czochra moje włosy, choć wie, jak bardzo tego nie znoszę.
Finn znów wpatruje się w ekran swojego smartfona i po cichu nazywa nas bandą pojebów. Cóż, jak zwykle ma rację.
Ojciec kazał mi tutaj przyjeżdżać pod pretekstem mycia auta i gapienia się na seksowne ciała dziewczyn, ale tak naprawdę chodziło o coś innego - miałem węszyć. Miałem znaleźć słaby punkt Navarreza. Coś, co sprawi, że odda swój warsztat w nasze ręce za grosze.
Ale ja odkryłem coś znacznie lepszego - jego czarnego konia. Jego ostatnią deskę ratunku, której prawdopodobnie wcale nie docenia. Kogoś, kto ubiera się tragicznie, ale ma całkiem mocną gadkę. Kogoś, kto sprawia, że ten cały bajzel jeszcze jakoś funkcjonuje. Tym kimś jest dziewczyna. A ja muszę zrobić tylko to, co zawsze świetnie mi wychodzi - zachwiać jej pewnością siebie. Muszę pokazać, gdzie jest jej miejsce w szeregu, uzmysłowić, że bez naszej "pomocy" warsztat jej ojca będzie tylko wspomnieniem.
Umiem urabiać dziewczyny i sprawiać, że jedzą mi z ręki. Nawet te najbardziej niewinne zamieniają się przy mnie w napalone suki. Problem w tym, że nie chcę zdobywać Skipper. Odrzuca mnie i najchętniej trzymałbym się od niej z daleka. Ale czego się nie robi dla własnego ojca? Tym bardziej że kiedyś odziedziczę po nim cały ten interes.
Może i jestem obrzydliwym sukinsynem, ale w końcu kupił mi camaro. Pokryte lakierem Rally Yellow i czarnymi pasami. Z logo Autobot. I z czarną, skórzaną tapicerką szytą żółtymi nićmi. Identyczny jak w Transformersach.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że warto się poświęcić i jeśli będzie trzeba, dotknąć najmłodszej córeczki Hektora. Podobno cel uświęca środki.
Odpalam silnik i wsłuchuję się w jego ryk jak w najpiękniejszą muzykę. Potem patrzę na warsztat Navarreza, tak jakby już był moją własnością. Uśmiecham się, ignoruję paplaninę Randy'ego, a potem ruszam przed siebie z piskiem opon.
Do zobaczenia jutro, Skipper.