Cień na Łuku triumfalnym
Z okna paryskiego hotelu "Regina" roztaczała się zamglona panorama
wielkiego miasta. Generał zmrużywszy oczy witał jak co dzień znajomy
widok. Nie opodal spowite w niebieskawe opary wyłaniały się gotyckie
fasady Notre-Dame i Sainte Chapelle. Powiało ożywczym chłodem. Ulatywało
gdzieś zmęczenie nieprzespanej nocy. Silniejszy powiew zaszeleścił
kartkami na stole. Tej nocy zrodził się plan organizacyjny nowej
jednostki wojskowej, którą generał ofiarował Francji na jej obronę.
Sikorski teraz dopiero spostrzegł, że na stoliku pali się lampka. Była
jakąś bez sensu pozostałością nocy - do okien bowiem dotarły już
pierwsze promienie słońca.
Dnia 2 kwietnia 1940 roku generał Władysław Sikorski zapoznał oficerów
dowództwa ze swoimi planami zorganizowania na Bliskim Wschodzie polskiej
brygady.
W dziesięć dni później szef sztabu podał Sikorskiemu do podpisu tajny
rozkaz organizacyjny dla Brygady Strzelców Karpackich oznaczony numerem
1058. Brygada miała się formować w Syrii. W jej skład miały wejść dwa
pułki piechoty liczące po dwa baony, zorganizowane według etatów
jednostek górskich, dyon artylerii 65 mm, dyon rozpoznawczy, kompania
łączności telefonicznej i radiotelegraficznej oraz służby. Przewidywano,
że Brygada Strzelców Karpackich uformowana zostanie z ewakuowanych do
Bejrutu szeregowych, a częściowo i oficerów z obozów na Węgrzech i Rumunii. Rozkaz stwierdzał, że grupowanie i szkolenie oddziałów brygady
odbywać się miało w obozie Homs, oddanym do jej dyspozycji. Sprzęt,
oporządzenie i uzbrojenie dostarczyć miało Commandement Superieur des
Troupes du Levant2, a zaopatrzenie zapewnić miejscowe władze
francuskie.
14 kwietnia w gmachu Sztabu Generalnego Armii Francuskiej przy placu
Inwalidów zameldował się pułkownik Kopański, dowódca istniejącej na
razie tylko na papierze Brygady Strzelców Karpackich. Przyjął go bawiący
w Paryżu głównodowodzący wojsk francuskich na Bliskim Wschodzie, generał
Maxime Weygand.
Sławny z okresu pierwszej wojny światowej, stary generał powitał
polskiego pułkownika bez oznak większej serdeczności czy nawet
życzliwości. Po zapoznaniu się z treścią rozkazu generała Sikorskiego
zażądał, aby przedłużyć termin organizacji obozu w Homs do 1 maja 1940
roku. Drugie żądanie dotyczyło trybu załatwiania wszystkich spraw
brygady. Dwukrotnie powtórzone Tout doit marcher
militairement3 twardo brzmiało w ustach Weyganda. Po
klęsce wrześniowej generał wyraźnie nie dowierzał dyscyplinie żołnierza,
który dał się pokonać w ciągu paru tygodni. Doświadczenia z własną armią
dopiero go oczekiwały.
Rankiem 21 kwietnia z pasa startowego lotniska Le Bourget samolot
komunikacyjny Air France odlatuje w daleką drogę. Wśród pasażerów
dowódca Brygady Strzelców Karpackich. Srebrzysty douglas ląduje kolejno
w Tunisie, Aleksandrii, wreszcie dociera do Bejrutu.
W upalny dzień, 23 kwietnia, do ruchliwego portu w Bejrucie zawija duży
pasażerski statek "Athos II". Wśród schodzących po trapach raz po raz
rozlegają się nawoływania i rozmowy w nieznanym tu języku.
Na nabrzeżu uważnie przygląda się przybyszom jakiś obdarty doker.
Ciekawe, że nikogo nie dziwi, iż ten sam człowiek kręci się w pobliżu
portu dzień w dzień. Spędza tu czas w błogim nieróbstwie. Czasem tylko,
gdy nikt nie widzi, wydobywa z kieszeni spodni wymiętoszony notes i coś
tam z przejęciem notuje. W ciągu paru tygodni zebrał już sporo
lakonicznych zapisków: 23. IV. Marsylia - Bejrut, bandera francuska,
"Athos II" - pięćdziesięciu; 15. V. Pireus - Bejrut, pięćset
sześćdziesięciu, bandera polska "Warszawa"; 21. V. bandera grecka
"Patris"; około sześciuset, Constanza - Bejrut, rumuńskie statki
"Bessarabia", "Lorcen", "Transilvania" itd.
Przesyłane do berlińskiej centrali Abwehry wiadomości zastanawiały szefa
oddziału bliskowschodniego. Czegóż, u licha, chcą ci Polacy w Syrii?
"Niedaleko Damaszku...
...siedział diabeł na daszku", zaczyna się wierszyk 14-letniego
Mickiewicza. W rzeczywistości okazało się, że zamiast piekielnego
jegomościa przy drodze do tegoż bajecznego miasta znajdował się obóz
wojskowy Legii Cudzoziemskiej, który władze francuskie wspaniałomyślnie
podarowały Polakom. Na terenie obozu w Homs już w kwietniu 1940 roku
rozlokowała się szczupła kadra oficerska brygady, przybywali pierwsi
ochotnicy. Ci ostatni, pytani na punkcie zbornym o uprzednie miejsce
postoju, odpowiadają różnie: obóz internowanych na Węgrzech lub w Rumunii, pobliska Persja, chiński Charbin, północne departamenty
Francji, Argentyna. Przybywali sztubacy z meszkiem sypiącym się pod
nosem i weterani pierwszej wojny światowej, górnicy z Bretanii i zabijaki z Legii Cudzoziemskiej. Z fałszywymi paszportami, po
karkołomnych ucieczkach ze stalagów i oflagów, przekradając się przez
zielone granice, mogli wreszcie po trudach podróży ułożyć skołataną
głowę na barakowej pryczy obozu wojskowego w Homs. Pierwsze spotkanie z klimatem i krajobrazem syryjskim było dla wielu szokujące...
Wokół pustynne wydmy. Od Doliny Wiatrów, z podnóża gór Libanu, docierał
gorący powiew. Przed upałami trudno było uciec. Niejeden widząc
połyskującą w pobliżu rzeczkę szerokości Wisłoki czy Dunajca obiecywał
sobie rozkosze kąpieli. Jakież było jednak gorzkie rozczarowanie, gdy
już na początku komendant obozu ogłosił kategoryczny zakaz wstępu do
kuszącej chłodem rzeki. Bynajmniej nie z powodu głębokości lub
zdradliwych wirów. Nawet nie krokodyle były największym
niebezpieczeństwem czyhającym na amatora kąpieli, lecz drobne,
niewidoczne gołym okiem żyjątka zwane uczenie: schistosoma. Taki
intruz, jak opowiadali miejscowi, upodobał sobie wątrobę ludzką jako
największy przysmak. Brr... Toteż najbardziej nawet zapamiętali pływacy
musieli odwracać oczy od leniwie płynącej strugi.
Nad górami Libanu wstaje słońce. Godzina 3.30. Nad uśpionym obozem
rozlega się ostry dźwięk pobudki. Żołnierze, przecierając zaspane oczy,
wpółprzytomnie patrzą na zegarki, jakby chcąc sprawdzić, czy nie zostali
oszukani. Jednak trębacz jest punktualny jak
schaffhausen4. Dziwne tu w Homs panują porządki. Pobudka o 3.30, koniec zajęć przedpołudniowych - 9.30, przerwa południowa 9.30 do
15.00, potem zajęcia popołudniowe do 19.30, capstrzyk - 20.30. Tak
rozplanowany dzień ćwiczeń jest podyktowany gorącym klimatem. W południe
bowiem żar bije z bezchmurnego nieba, termometry wskazują w słońcu
temperaturę ponad 60 stopni. O kanikule natomiast wyraźnie zapomniała
intendentura, ponieważ przydzieliła ciężkie francuskie mundury sukienne,
sznurowane buty skórzane, bryczesy i owijacze.
Przez pierwszy miesiąc żołnierze Brygady Karpackiej ćwiczą bez broni,
potem przydzielono im stare karabiny lebel i krótkie berthiery. Pod
koniec maja dywizjon artylerii otrzymuje pierwsze działo górskie, do
którego jako siła pociągowa dostały "przydział służbowy" muły. Od tego
czasu codziennym widokiem były karkołomne przeprawy z kłapouchami. Nie
wiadomo bowiem, czy istnieją jeszcze gdzieś na świecie bardziej uparte
stworzenia od mułów syryjskich.
Adieu, General Mittelhausser!
Pod trzeszczącym niemiłosiernie głośnikiem z dnia na dzień coraz więcej
gromadziło się żołnierzy Brygady Karpackiej. Wieści z dalekiej Europy
były coraz bardziej niepokojące. 10 maja dywizje Hitlera ruszyły do
gwałtownej ofensywy na Belgię, Holandię, Luksemburg. Oddziały desantowe
zajęły Kanał Alberta. 14 maja oddziały niemieckie przełamały front pod
Sedanem. 15 maja o godzinie 11.00 holenderski generał Winkelman
podpisuje akt kapitulacji swych wojsk. W cztery dni później następuje
dymisja naczelnego dowódcy Sprzymierzonych generała Gamelina - na jego
miejsce przechodzi generał Maxime Weygand. Każdy dzień przynosi teraz
przykre nowości. 26 maja szybkie jednostki nieprzyjaciela osiągnęły
brzeg kanału La Manche. Na przedpolach linii Maginota prześnił się
szybko "cud nad Marną".
W samo południe 3 czerwca 300 heinkli i dornierów zrzuca bomby na Paryż.
Premier Paul Reynaud w mowie radiowej do narodu woła podekscytowanym
głosem: "Sytuacja jest poważna, lecz nie beznadziejna". Jednak
wydarzenia najbliższych dni wskazują niezbicie, że sytuacja jest i poważna, i beznadziejna. 14 czerwca powiewają sztandary ze swastyką nad
Paryżem. Reynaud ustępuje, a stary gracz Pétain obstawia już nowe karty.
Il faut cesser le combat5 nawołuje do kapitulacji.
Wieczorem 19 czerwca odbiornik radiowy doniósł żołnierzom Brygady
Karpackiej wieść o kapitulacji Francji. W dwa dni później w historycznym
lasku Compiegne generał Huntziger podpisuje francusko-niemiecki układ o zawieszeniu broni. Generał Weygand, który jeszcze przed paru miesiącami
lekce sobie ważył polskiego żołnierza, przegrał Francję w ciągu
trzydziestu kilku dni.
- Weygand skapitulował, a przecież Brygada Karpacka wchodzi w skład
francuskiej Armii Lewantu... Co się stanie z nami? - zastanawiali się
żołnierze.
Na wieczornym apelu pododdziały samorzutnie zaintonowały "Rotę". Była to
pierwsza odpowiedź Pétainowi.
Nazajutrz wczesnym rankiem samochód dowódcy brygady pędził
dwustukilometrową szosą do Bejrutu. W Bejrucie znajdował się sztab TOMO
(Theatre d'Opérations de la Méditerranée Orientale6),
którego dowództwo po generale Weygandzie objął generał Mittelhausser.
Polak nie czekał długo na rozmowę. Dowódca TOMO robił wrażenie bardzo
opanowanego - nie dawał poznać po sobie ogromnego zdenerwowania, które
owładnęło nim pod wpływem ostatnich wydarzeń. Jakby z góry miał
przygotowane i obmyślone oświadczenie dla swego gościa.
- Mogę pana zapewnić, że zawieszenie broni nie będzie obejmowało Armii
Lewantu. Wierzę bowiem, że nowy rząd, w którego skład wchodzi znany panu
osobiście gen. Weygand, nie narazi na szwank interesów imperium.
Gdybyśmy nawet przypuścili, że Armia Lewantu otrzyma rozkaz kapitulacji,
ja - tu generał podniósł głos - pozostanę wierny Francji. Nigdy nie
złożę broni, brygada polska będzie więc mogła u boku armii francuskiej
walczyć ze wspólnym przeciwnikiem.
Pokrzepiony na duchu wrócił dowódca do swej brygady i na odprawie zdał
relację ze swojego pobytu w sztabie TOMO. Tego samego dnia wieczorem
radio Londyn nadało rozkaz naczelnego dowódcy polskich sił zbrojnych na
Zachodzie nakazujący wszystkim oddziałom przejście do jednostek
angielskich. I znów rankiem następnego dnia samochód z proporczykiem
Brygady Karpackiej pędził do Bejrutu. Dowódca poinformował szefa sztabu
TOMO, pułkownika de Larminat, o rozkazie radiowym generała Sikorskiego i przesłał przez pułkownika Salisbury-Jonesa, brytyjskiego oficera
łącznikowego przy TOMO, depeszę:
21 VI. 1940 roku, naczelny wódz Armii Polskiej - Londyn.
Proszę o natychmiastową decyzję, czy brygada musi przejść pod dowództwo
brytyjskie. Miejscowe dowództwo francuskie dało zapewnienie, że w żadnym
wypadku broni nie złoży. Oceniam, że mogę zostać pod jego rozkazami...
Dnia 24 czerwca przyszła odpowiedź:
Brygada będzie mogła pozostać pod dowództwem francuskim pod wyraźnym
warunkiem, że Francuzi nie skapitulują. W innym wypadku brygada będzie
musiała koniecznie przejść pod dowództwo brytyjskie...
Sikorski
Tymczasem nazajutrz następuje oficjalna kapitulacja Armii Lewantu.
Żarliwe zapewnienia generała Mittelhaussera były słowami rzuconymi na
wiatr. Generała francuskiego wcale nie trapiły z tego powodu głębsze
wyrzuty sumienia. Wiedział, że w tajnych zakamarkach pancernych szefa
sztabu generalnego leżą "ściśle tajne" plany operacyjne, które
bynajmniej nie zajmowały się sprawami walki z niemieckim najeźdźcą. W planach tych Armia Lewantu, jako jednostka położona najbliżej
południowych rubieży ZSRR mogła, gdyby zaszła tego potrzeba, być użyta
dla "zabezpieczenia" radzieckiego zagłębia naftowego nad Morzem Czarnym
lub nawet zaatakowania obszaru Kaukazu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki