I
Nazbyt często bowiem widziałem, jak litość obiera mylną drogę. Ale my,
rządząc ludźmi, nauczyliśmy się zgłębiać ich serca, aby życzliwością
otaczać tylko zasługujących na nasze względy. Odmawiam natomiast litości
ranom wystawianym na widok publiczny, które dręczą serca kobiece; tak
jak umierającym, a także zmarłym. I wiem, dlaczego odmawiam.
W pewnym okresie młodości litowałem się nad owrzodzonymi ciałami
żebraków. Opłacałem dla nich uzdrawiaczy i kupowałem balsamy. Karawany
przywoziły dla mnie z pewnej wyspy maści sporządzane z domieszką złota,
które zabliźniają skórę na chorym ciele. Aż do dnia, kiedy przyłapawszy
ich na tym, jak drapiąc się wdychają odór wydzieliny, podobni do
człowieka, co wdycha zapach ziemi, aby wyrwać z niej purpurowy kwiat,
pojąłem, że cuchnące rany są dla nich szczególnym bogactwem. Pokazywali
jedni drugim zgniliznę ciała z dumą, pyszniąc się otrzymaną jałmużną, bo
ten, co dostawał najwięcej, równy był we własnym mniemaniu wielkiemu
kapłanowi, okazującemu wiernym najpiękniejszego idola. Jeśli godzili się
na porady mojego lekarza, to w nadziei, że ciało tak zżarte złośliwym
wrzodem obudzi zdumienie.
Tak więc kikutami torowali sobie drogę w świecie, a poddając swoje
członki ablucjom, które zaspokajały ich dumę, wszelkie starania
przyjmowali jako należny sobie hołd; skoro jednak choroba została
opanowana, odkrywali, że są niczym, czuli się zbędni, i od tego momentu
starali się przede wszystkim o nawrót choroby, aby karmić ją dalej
własnym ciałem. Kiedy zaś znów mogli okryć się szatą nieszczęścia, w chwale i w pysze ujmowali w rękę żebraczą miseczkę i ruszali szlakiem
karawan, w imię swoich nieczystych bóstw naprzykrzać się podróżnym.
Był także okres, kiedy litowałem się nad zmarłymi. Sądziłem, że
człowiek, którego jak ofiarę pozostawiałem na pustyni, pogrąża się w rozpaczliwą samotność, póki nie pojąłem, że dla umierających samotność
nie istnieje. Póki nie stanąłem bezsilny przed ich zgodą na śmierć.
Widywałem natomiast, jak egoista lub skąpiec, dotąd pomstujący na
wszelkie marnotrawstwo, w ostatniej godzinie prosi, aby zeszli się
dokoła niego wszyscy domownicy, a potem ze wzgardliwą sprawiedliwością
dzieli swoje dobra niby pomiędzy dzieci zabawki i cacka. Widziałem, jak
ciężko ranny, dotąd lękliwy, który wielkim głosem wołał pomocy w wątpliwym niebezpieczeństwie, do końca odrzucał wszelką pomoc, jeśli
mogłaby ona narazić towarzyszy na zgubę. Sławimy takie wyrzeczenie. A przecież i tu widzę jedynie przejaw wzgardy. Znam takich, co sami
wypaleni pragnieniem, dzielili się zapasem wody albo skórką chleba - w najcięższym głodzie, gdyż człowiek nie odczuwa już wtedy potrzeby i pełen królewskiej obojętności innemu rzuca kość do ogryzania.
Widziałem kobiety opłakujące martwych wojowników. A przecież to my sami
je oszukujemy! Ci, co przeżyli, wracają w chwale i zamęcie, krzykliwie
głosząc swoje czyny i jako porękę własnego ryzyka przynosząc śmierć
innym, śmierć okrutną wedle ich opowiadania, bo mogła być ich własną
śmiercią. I ja także, w młodości, lubiłem nad czołem aureolę błysków
szabli i ciosów, co ugodziły innych. Wracałem, niosąc martwych
towarzyszy i ich straszliwą rozpacz. Ale ten, którego śmierć wybrała,
wymiotując krwią albo przytrzymując wnętrzności, sam odkrywa prawdę -
odkrywa, że śmierć nie ma w sobie grozy. Własne ciało wydaje mu się
narzędziem bezużytecznym, które przestało służyć i które odrzuca. Ciało
poszarpane, ukazujące swoje zużycie. A jeśli to ciało odczuwa
pragnienie, umierający widzi, że pragnienie jest przypadłością, od
której dobrze będzie się uwolnić. I zbędne stają się wszelkie dobra,
służące ozdobie, wyżywieniu i świetności ciała, już na wpół obcego,
które jest tylko mieniem, jak uwiązany do palika osioł.
Wtedy zaczyna się agonia, która jest falowaniem świadomości, przyborem
pamięci i wspomnień, a potem ich wygasaniem. Biegnące po sobie fale,
niby przypływ i odpływ morza, niegdyś niosące bogactwo obrazów,
przynoszą teraz wszystkie muszle wspomnień, wszystkie szumy słyszanych
niegdyś głosów. Pojawiają się znowu i znowu opływają zewsząd serce, jak
woda opływa algi, i odżywają wszystkie dawne tkliwe uczucia. Ale
nadchodzi moment zrównania dnia z nocą, a wraz z nim odpływ ostateczny,
serce pustoszeje, a wielka fala i wszystko, co niosła, wracają do Boga.
Prawda, widziałem ludzi, którzy uciekali przed śmiercią zdjęci trwogą na
myśl o jej spotkaniu. Ale w umierającym nie dojrzałem nigdy lęku i myli
się, kto by sądził inaczej!
Dlaczego zatem miałbym ich żałować? Dlaczego miałbym opłakiwać ich
koniec? Zbyt blisko poznałem doskonałość umarłych. Cóż lżejszego niż
śmierć owej branki, którą chciano rozweselić mnie szesnastoletniego, a która - gdy mi ją przyprowadzono, już zajęta była umieraniem; miała
oddech urywany i krótki jak zdyszana gazela i tłumiła kaszel połą szaty,
już pokonana, ale jeszcze tego nieświadoma, bo uśmiechała się chętnie.
Ale ten uśmiech był jak powiew na rzece, ślad snu, bruzda, która
zostawia jakiś znak, z dnia na dzień coraz czystsza, coraz bardziej
bezcenna i trudniejsza do zatrzymania, aż - kiedy znak uleciał - stała
się tylko przeczystą linią i niczym więcej.
Pamiętam także śmierć mojego ojca. Ojca, który odnalazł swoją pełnię i stał się kamieniem. Powiadają, że włosy mordercy pobielały, kiedy
ujrzał, jak z przebitego sztyletem śmiertelnego ciała uchodzi życie, ale
ono nie pustką się napełnia, a majestatem. Ukryty w królewskiej komnacie
zbój znalazł się twarzą w twarz nie z ofiarą, ale z ogromnym granitowym
sarkofagiem, schwytany w pułapkę ciszy, której sam był sprawcą;
znaleziono go o świcie, zdruzgotanego samą tylko nieruchomością śmierci.
Tak oto mój ojciec, którego królobójca jednym ciosem przeniósł do
wieczności, ostatnim wstrzymanym oddechem zawiesił oddech innych na
przeciąg trzech dni. Do tego stopnia, że języki rozwiązały się, a ramiona wyprostowały dopiero wtedy, gdyśmy go złożyli w ziemi. Ale ten,
co nie panował, ale odciskał swoją pieczęć, zdawał się ważyć tyle, że
kiedy spuszczaliśmy go na trzeszczących sznurach w głąb cmentarnego
dołu, mieliśmy wrażenie, że nie trupa grzebiemy, ale chowamy skarb.
Wisząc na sznurach ciążył tak, jakby był pierwszą płytą budowanej
świątyni. Nie zakopaliśmy go, ale złożyliśmy w ziemi, zasklepiając nad
nim mur, i stał się wreszcie tym, czym był naprawdę - fundamentem.
To on nauczył mnie śmierci i zmusił mnie, jeszcze w młodości, patrzeć
jej prosto w twarz, bo sam nigdy nie spuszczał oczu. Mój ojciec był z rodu orłów.
Było to tego roku przeklętego, który nazwano "Ucztą Słońca", bo słońce
tego roku poszerzyło przestrzeń pustyni. Jaśniało na piasku widocznym
pomiędzy kośćmi, suchym cierniem, przejrzystymi skórami martwych
jaszczurek i wielbłądzią trawą, którą zmieniło w ostrą sierść. Dzięki
niemu wznoszą się łodygi kwiatów, a przecież teraz to ono pożarło
wszystkie stworzenia i tronowało na ich bezładnie leżących zwłokach jak
dziecko wśród zniszczonych przez siebie zabawek.
Wchłonęło nawet podziemne zasoby wody i wypiło nieliczne studnie.
Wchłonęło nawet pozłocistość piasków, które stały się teraz tak puste i białe, żeśmy ochrzcili tę krainę imieniem Zwierciadła. Bo zwierciadło
nie zawiera w sobie nic, a obrazy, które je napełniają, nie mają ni
wagi, ni trwania. Bo i zwierciadło czasem pali oczy niby jezioro soli.
Jeśli czasem zabłąkani wielbłądnicy wpadną w taką pułapkę - która nigdy
nie zwraca schwytanej ofiary - nie rozpoznają jej zrazu, bo nic jej nie
odróżnia od innych miejsc, i wloką się po owym pustkowiu jak cień w słońcu, jak widmo własnej obecności. Zdaje się im, że idą, ale uwięźli w kleistym blasku; zdaje im się, że żyją, ale wieczność już ich wchłonęła.
Kierując się ku nieistniejącej studni, radują się świeżością zmierzchu,
a przecież to tylko zbędne odroczenie wyroku. Może, naiwni, skarżą się,
że noc mija zbyt wolno, a przecież noce będą nad nimi niebawem mijać tak
szybko jak trzepotanie powieki. I kiedy schrypłym głosem rzucają na
siebie przekleństwa, narzekając na jakieś błahe niesprawiedliwości, nie
wiedzą, że sprawiedliwość już im została wymierzona.
Wydaje ci się, że ta karawana dokądś śpieszy? Wróć zatem, kiedy
dwadzieścia wieków minie, i popatrz!
Rozpłynięte w czasie, zamienione w piasek widma, wyssane przez
zwierciadło: tak ich zobaczyłem, kiedy ojciec, chcąc mnie nauczyć, czym
jest śmierć, posadził mnie za sobą na siodle i zawiózł w pustynię.
- Tutaj - powiedział - była studnia.
W głębi jednego z tych pionowych skalnych kominów, tak głębokich, że
odbija się w nich tylko jedna gwiazda, zakrzepło nawet błoto i uwięzła w nim gwiazda zgasła. Ale brak jednej gwiazdy potrafi powalić całą
karawanę tak niezawodnie jak nagły atak wroga.
Wokół tego wąskiego otworu, jak dookoła zerwanej pępowiny, ludzie i zwierzęta skupili się nadaremnie, aby z brzucha ziemi dobyć wody - krwi
dla ich ciał. Ale najlepsi robotnicy, spuszczeni aż na dno tej otchłani,
na próżno drapali twardą skorupę. Podobna do owada przebitego za życia
szpilką, który w przedśmiertnym drżeniu sypie dookoła siebie jedwabisty
złoty pył skrzydeł, tak karawana przygwożdżona do ziemi jedną pustą
studnią, zaczynała już bieleć w bezruchu połamanych zaprzęgów,
rozwiązanych troków, diamentów rozsypanych wśród gruzu i tonących w piasku ciężkich sztab złota.
Kiedy patrzyłem na nich, ojciec tak przemówił:
- Wiesz, jak wygląda weselna uczta, kiedy odejdą biesiadnicy i kochankowie. O świcie bije w oczy pozostawiony nieład. Stłuczone dzbany,
poprzewracane stoły, wygasły żar - na wszystkim odciśnięty i zakrzepły
znak minionego tumultu. Ale odczytując te ślady - ciągnął ojciec - nie
dowiesz się niczego o miłości.
- Człowiek nieuczony - mówił dalej - nie dojdzie istoty prawdy, jeśli
będzie trzymał i obracał w dłoni księgę Proroka, jeśli zaprzątnie go
zarys liter i złoto ozdób. Bo istotą nie jest przedmiot próżny treści,
ale mądrość Boża. Tak jak istotą świecy nie jest wosk, choć on zostawia
ślady, ale jej światło.
A kiedy drżałem, widząc na szerokiej pustynnej równinie, podobnej do
dawnych ofiarnych stołów, te ślady boskiego posiłku, ojciec dorzucił:
- Tego, co naprawdę ważne, nie dojrzysz w popiele. Odwróć oczy od tych
trupów. To tylko wozy, które utknęły w drodze ku wieczności, a którym
zabrakło woźniców.
- Kto więc mnie nauczy? - krzyknąłem. A ojciec odparł:
- To, co istotne w karawanie, odkryjesz, gdy czas ją strawi. Odrzuć
próżny dźwięk słów i patrz: jeśli przepaść stanie na jej drodze,
karawana wyminie przepaść, jeśli skała stanie, obejdzie skałę, jeśli
piasek będzie zbyt miałki, poszuka piachu twardego, ale iść będzie wciąż
w tym samym kierunku. Jeśli pod ciężarem objuczonych zwierząt
zatrzeszczy sól słonego rozlewiska, widzisz, jakie zamieszanie, jak
wyciągają bydlęta z błota, jak szukają na wszystkie strony pewnego
gruntu, ale za chwilę wszystko się uspokaja i karawana ciągnie w tym
samym co przedtem kierunku. Jeśli padnie zwierzę juczne, zarządza się
postój, zbiera potłuczone skrzynie, ładuje na inne zwierzę, a przywiązując zaciąga mocno węzły, aż sznur trzeszczy; po czym karawana
rusza w dalszą drogę. Czasem umiera ten, który był przewodnikiem.
Wszyscy go otaczają. Zakopują w piasku. Rozprawiają. Potem innego
wypychają na miejsce przywódcy i z powrotem ruszają w kierunku
wyznaczonym wciąż tą samą gwiazdą. Tak nieodmiennie kroczy karawana, a kierunek drogi jest od niej silniejszy, albowiem przypomina ona kamień
toczący się po niewidocznym stoku.
Sędziowie miejscy skazali młodą kobietę, która popełniła jakieś
przestępstwo, na to, aby słońce zdjęło z niej miękką powłokę ciała, i kazali ją po prostu przywiązać do słupa pośród pustyni.
- Pokażę ci - powiedział mi ojciec - ku czemu zmierzają ludzie.
I znowu wziął mnie ze sobą.
Zanim dojechaliśmy na to miejsce, przetoczył się nad skazaną cały dzień
i słońce wypiło jej ciepłą krew, ślinę i pot jej pach. Z oczu wypiło
wilgoć światła. Zapadła już noc i krótkie wytchnienie, jakie daje nocny
chłód, kiedyśmy dotarli, ojciec i ja, do skraju tego wzbronionego
ludziom płaskowyżu, gdzie ona, biała i naga, wyłaniała się z piedestału
skał; bardziej krucha od łodygi żywiącej się wilgocią, ale odciętej już
od zasobów ciężkiej wody, które w głębi ziemi zalegają gęstą ciszą,
łamała ręce jak kłos, który już trzeszczy w ogniu, i wołała o litość do
Boga.
- Słuchaj jej - powiedział ojciec. - Odkrywa to, co istotne... Ale ja
byłem lękliwym dzieckiem:
- Może ona cierpi - mówiłem - i może też się boi...
- Ona już przeszła - odparł ojciec - granicę cierpienia i strachu, które
są chorobami stajennymi i na które zapada ludzkie stado. Ona odkrywa
prawdę.
I usłyszałem jej skargę. Objęta bezkresną nocą przyzywała ku sobie
wieczorną lampę swego domu i izbę, w której się gromadzono, i drzwi,
które się już za nią na dobre zamknęły. Wydana całemu wszechświatowi,
który nie ukazywał swojej twarzy, wzywała dziecka pieszczonego przed
snem, istoty, w której streszcza się świat. Oddana na tym bezludnym
płaskowyżu niewiadomemu, które już nadchodziło, śpiewała kroki małżonka
dźwięczące wieczorem na progu, rozpoznawane i niosące pokój. Sama w tym
ogromie i niemająca się czego uchwycić, błagała, aby zwrócono jej te
wały obronne, które pozwalają żyć: motek wełny do przędzenia, miskę - tę
jedną, jedyną do zmycia, dziecko, które trzeba uśpić - to właśnie, żadne
inne. Wołała ku wieczności swego domostwa, nad którym unosiła się ta
sama co nad całą wioską wieczorna modlitwa.
Kiedy głowa skazanej opadła na ramię, ojciec posadził mnie z powrotem na
końskim zadzie. I ruszyliśmy w wiatr.
- Będziesz słyszał dziś wieczór - mówił ojciec - jak w namiotach ludzie
szemrają i wyrzucają mi okrucieństwo. Ale wszelką próbę buntu wepchnę im
z powrotem w gardła: ja wykuwam człowieka.
A przecież odgadywałem w nim dobroć!
- Chcę, żeby kochali żywe źródlane wody - ciągnął. - I jednolitą
powierzchnię zielonego jęczmienia pokrywającą spękaną latem ziemię.
Chcę, żeby wysławiali powroty pór roku. Chcę, żeby jak dojrzewające
owoce żywili się powolnością i ciszą. Chcę, żeby długo opłakiwali tych,
co odeszli, i długo czcili zmarłych, bo dziedzictwo z wolna przekazuje
się z pokolenia na pokolenie i nie chcę, żeby trwonili po drodze należny
im miód. Chcę, żeby byli jak gałązka oliwna. Taka, co czeka. A wtedy
poczują w sobie to potężne kołysanie ręki Bożej, które nadchodzi jak
podmuch uderzający w drzewo. Ono ich będzie prowadzić, a potem powiedzie
od świtu aż do nocy, od lata do zimy, od zbóż kiełkujących po zboża
sprzątane do stodół, od młodości ku starości, a potem od starości ku
nowym dzieciom.
Bo podobnie jak o drzewie, nic nie wiesz o człowieku, jeśli go
podzielisz na momenty trwania i pokawałkujesz wedle tego, co go
odróżnia. Drzewo to wcale nie nasienie, a potem łodyga, potem pień
gibki, wreszcie suche drewno. Nie trzeba go dzielić, by poznać. Drzewo
to ta potęga, co wolno zaślubia niebo. Podobnie i ty, mały człowieku.
Bóg sprawia, że rodzisz się, rośniesz, że wypełniają cię kolejno
pragnienia, żale, radości i cierpienia, wściekłość i przebaczenie - a potem bierze cię do siebie z powrotem. Nie jesteś jednakże ani uczniem,
ani małżonkiem, ani dzieckiem, ani starcem. Jesteś tym, który szuka
swojej pełni. A jeżeli będziesz umiał zobaczyć, że jesteś gałązką
kołysaną wiatrem, ale mocno wszczepioną w drzewo oliwne, poruszany
powiewem zakosztujesz wieczności. I wszystko dookoła ciebie stanie się
wieczne. Wieczne będzie śpiewające źródło, co poiło twoich przodków,
wieczny blask oczu, kiedy się będziesz uśmiechał do ukochanej, i wieczny
chłód, i rzeźwość nocy. Czas nie jest wtedy klepsydrą przesypującą
piasek, ale żniwiarzem, co wiąże snopy.
X
Moje oddziały były zmęczone, jakby dźwigały wielki ciężar. I przyszli do
mnie kapitanowie:
- Kiedy wrócimy do domu? Czar kobiet w zdobytych oazach nie dorównuje
czarowi naszych kobiet.
Jeden z nich mówił tak:
- Śni mi się, panie, ta, która jest uczyniona ze wspólnie przeżytego
czasu i z naszych kłótni. Chciałbym wrócić i w spokoju uprawiać ziemię.
Taka jest prawda i nic więcej nie umiem powiedzieć. Pozwól mi wzrastać w ciszy mojej wioski. Muszę przemyśleć moje życie.
Zrozumiałem wtedy, że potrzebują ciszy. Bo tylko w ciszy prawda każdego
człowieka daje zalążek i wypuszcza korzenie. Bo najważniejszy jest czas,
podobnie jak u dziecka karmionego piersią. I sama miłość matczyna z tego
karmienia głównie się bierze. Bo kto zobaczy w określonym momencie, że
dziecko rośnie? Nikt. Ci, co przychodzą do domu, mówią: "Jak urosło!".
Ale ni matka, ni ojciec nie widzieli, jak rośnie. Staje się razem ze
stającym się czasem. A w każdej chwili było tym, czym miało być.
Otóż ludzie z mojego oddziału potrzebowali czasu, choćby po to, żeby
zrozumieć, czym jest drzewo. Żeby siadać codziennie na progu domu
naprzeciw tego samego drzewa, o tych samych gałęziach, a wtedy drzewo
powoli odsłania siebie.
I poeta, który na pustyni opowiadał przy ogniu, opowiadał po prostu o swoim drzewie. A słuchali go moi ludzie, z których wielu nie widziało w życiu nic poza wielbłądzią trawą, karłowatymi palmami i cierniem. "Nie
wiecie - opowiadał - co to jest drzewo. Widziałem takie, które wyrosło
przypadkiem w opuszczonym domu, zwalonej ruderze pozbawionej okien, i które wybiegło w górę w poszukiwaniu światła. Jak człowiek musi oddychać
powietrzem, jak ryba oddycha w wodzie, tak drzewo musi oddychać
światłem. Korzeniami wrośnięte w ziemię, konarami wrastające w gwiazdy,
jest drogą, którą dokonuje się wymiana pomiędzy nami a niebem. To drzewo
urodziło się ślepe i w ciemnościach prężyło swoje muskularne ciało,
omackiem, od muru do muru, i chwiało się, a w jego skrętach wyrażał się
cały jego dramat. Potem, poprzez lukarnę, przebiło sobie wylot w kierunku słońca i trysnęło prosto w górę jak kolumna, a ja, znając jego
historię, widziałem, jak chwieje się teraz zwycięsko.
Jaki cudowny był to kontrast z wygiętym wysiłkiem węźlastego ciała.
Rosło teraz w spokoju, rozkładając szeroko jak stół swoją koronę, gdzie
słońce było posiłkiem - samo niebo karmiło go mlekiem, bogowie żywili go
hojnie.
I widziałem, jak codziennie budziło się o świcie, od wierzchołka aż po
podstawę pnia. Bo było pełne ptaków. Więc od świtu zaczynało żyć i śpiewać, a potem, kiedy słońce już wzeszło, rozpuszczało swoje stadko po
niebie jak stary poczciwy pasterz: moje drzewo-dom, drzewo-zamek, puste
potem aż do wieczora...".
Tak opowiadał poeta, a myśmy myśleli, że trzeba długo patrzeć na drzewo,
żeby tak narodziło się w człowieku. I każdy z nas zazdrościł mu, że ma w sercu taką masę listowia i ptaków.
- Kiedy - pytali mnie - kiedy się wreszcie skończy wojna? My także
chcielibyśmy coś zrozumieć. Już pora na nas, żebyśmy zaczęli się
stawać...
A jeśli któryś z nich złowił lisa pustynnego, jeszcze młodego, którego
można było karmić z ręki, chował go; albo gazele, jeśli udało się je
utrzymać przy życiu. Lis z każdym dniem stawał się dla człowieka
cenniejszy: tak jakby wzbogacał go własną jedwabistą sierścią i przemyślnością, a przede wszystkim potrzebą pokarmu, która tak
bezwzględnie wymagała opieki ze strony wojownika. I żył on jakimś
szczególnym złudzeniem, że coś z niego samego przechodzi w to
zwierzątko, jak gdyby ono żywiło się, rosło i przybierało kształt jego
miłości.
A potem, pewnego dnia, wołany instynktem miłości lis znikał wśród
piasków pustyni i serce człowieka nagle stawało się puste. Widziałem,
jak jeden z takich ludzi umarł, bo zbyt opieszale bronił się, kiedy
wpadł we wrogą zasadzkę. Kiedy dowiedzieliśmy się o jego śmierci,
przypomniało mi się zagadkowe zdanie, które wypowiedział po ucieczce
obłaskawionego lisa, kiedy towarzysze, widząc jego smutek, radzili mu,
żeby schwytał innego. "Za dużo potrzeba cierpliwości - odparł im - nie
po to, żeby schwycić lisa, ale żeby go pokochać".
Dlatego też znużyli się lisami i gazelami: zrozumieli bezpłodność tych
związków, bo lis kochany, który im uciekł, nie wzbogacał pustyni ich
miłością.
- Mam synów - powiadał inny. - Rosną, a ja ich niczego nie mogę nauczyć.
A zatem nic im z siebie nie daję. A gdzież pójdę po śmierci?
A ja, obejmując ich w milczeniu miłością, widziałem, jak moje oddziały
zaczynają ginąć w piasku i wsiąkać weń, podobnie jak rzeki zrodzone po
burzach, których nie chroni gliniaste podglebie i które mrą bezpłodnie,
nie zamieniwszy się w rosnące nad wodą drzewa ani w trawę, ani w pokarm
dla ludzi.
Moje wojsko chciało przemienić się w oazę w imię interesów królestwa,
dla upiększenia mojego pałacu i żeby ludzie mówiąc o nich wspominali:
"Jakiejż wartości dodają mu jeszcze te palmy, świeżo posadzone gaje
palmowe, wioski, w których rzeźbi się kość słoniową...".
Ale walczyliśmy już bez przejęcia i każdy myślał o powrocie. I wizerunek
królestwa gasł w nich jak twarz, w którą już nie potrafimy patrzeć i która gaśnie w różnorodności świata.
- Jakie ma znaczenie - powtarzali - że będziemy bogatsi o tę nieznaną
oazę. Czegóż nam ona przysporzy? W czym wzbogaci, kiedy wróciwszy do
kraju zamkniemy się w naszych wioskach? Tylko temu przyda się ona, kto
tu zamieszka i będzie zbierał daktyle z tych palm i prał bieliznę w żywej wodzie tutejszych rzek...
XI
Nie mieli racji - ale cóż mogłem na to poradzić? Kiedy wygasa wiara, Bóg
umiera i staje się czymś zbędnym. Kiedy wyczerpuje się ludzki zapał,
samo królestwo się rozpada, bo jest uczynione z ich zapału. To nie
znaczy, aby samo w sobie było oszustwem. I jeśli nazywam ojcowizną rzędy
oliwek i szopę dającą ludziom schronienie, to dlatego, że człowiek
patrzący na nie czuje miłość i zbiera je w swoim sercu w jedną całość;
jeśli zaś będzie widział tylko oliwki, takie same jak tysiące innych, a wśród nich jakąś zagubioną szopę, której zadaniem jest tylko chronić go
przed deszczem - kto obroni ojcowiznę przed tym, by nie została
sprzedana lub poszła na marne? Skoro sprzedaż nie zmieni nic w losie
drzew oliwnych i szopy?
Popatrzcie na pana tej ziemi, jak idzie sam jej drogami, w rosie przed
świtem, sam i niemający przy sobie nic z jej bogactwa. Czy ma z niej
jakie korzyści? Ta ziemia mu w danym momencie nie służy: jakby jej nie
posiadał wcale; jeśli padało, idzie po błocie jak każdy z robotników i laską rozchyla mokre ciernie jak najzwyklejszy włóczęga. A idąc dnem
parowu, drogą wymytą deszczami, nawet wzrokiem nie może objąć swojej
posiadłości - po prostu wie, że jest jej panem.
Kiedy go jednak spotkasz, a on spojrzy na ciebie, zobaczysz, że to
właśnie on, nikt inny. Spokojny i pewny siebie, zdaje się wsparty o swoją odpowiedzialność, z której w danym momencie nie ma żadnego
pożytku. Nie użytkuje niczego, ale niczego mu nie brakuje. Jest mocno
wsparty o ten fundament, jaki tworzą pastwiska, pola jęczmienia i oliwne
gaje. Pola odpoczywają. Stodoły jeszcze śpią. Nad młócącymi zboże nie
ulatuje jeszcze światło. Ale on ich wszystkich zawarł w swoim sercu. To
nie byle kto idzie tędy, to pan tych miejsc przechadza się z wolna wśród
swoich pól lucerny...
Ślepy ten, kto człowieka dostrzega tylko w jego czynach, kto sądzi, że
tylko czyn go ukazuje albo określone przeżycie, albo wykorzystanie
pewnych przywilejów. Liczy się nie to, czym człowiek w danym momencie
dysponuje, bo ten, o którym mówię, idąc wśród pól, może wziąć w rękę
zaledwie garść kłosów, żeby je zetrzeć w palcach, albo zerwany owoc.
Inny, towarzyszący mi w wojennej wyprawie, przepełniony jest pamięcią o ukochanej, której nie może zobaczyć ani dotknąć, ani wziąć w ramiona, i która nawet o nim nie myśli, bo o tej porannej porze, kiedy on oddycha
bezmiarem powietrznym i czuje gniotący go ciężar, ona, na swoim dalekim
posłaniu, jeszcze jest nieobecna. Jest nieobecna i jakby nieżywa.
Uśpiona. A przecież ten człowiek pełen jest jej bytowania, pełen
bezużytecznej czułości, śpiącej w zapomnieniu jak ziarno przechowywane w spichrzu; pełen jest tych woni, których nie czuje, szmeru fontanny -
serca domostwa - którego nie słyszy, a także ciężaru królestwa, który go
odróżnia od innych.
Albo spotkany przyjaciel, noszący w sobie chore dziecko. Chore i oddalone od niego. Nie trzyma jego rozgorączkowanej rączki, nie słyszy
jego skargi. To dziecko w danym momencie nie zmienia nic w jego życiu. A przecież wydaje się jakby przytłoczony niesionym w sercu ciężarem.
Tak jest z człowiekiem, który czuje się związany z królestwem, choć nie
mógłby ani go ogarnąć spojrzeniem, ani korzystać z jego skarbów, ani
mieć żadnej korzyści; ale podobnie jak właściciel ziemi, jak ojciec
chorego dziecka albo człowiek, którego bogactwem jest ukochana, nie
tylko oddalona, ale śpiąca - tak on wzrasta w swoim sercu za sprawą
królestwa. Dla człowieka ważny jest jedynie sens, jaki mają rzeczy.
Znam, owszem, kowala z mojej wioski, który przychodzi do mnie i powiada:
- To, co mnie nie dotyczy, to mnie i nie obchodzi. Kiedy mam herbatę i cukier, osła, któremu mam co dać jeść, i kobietę obok siebie, jeśli moje
dzieci rosną i postępują w cnocie, to jestem szczęśliwy i nic mi więcej
nie potrzeba. Po co się męczyć?
Ale czy byłby szczęśliwy, gdyby żył samotny? Gdyby zamieszkał z rodziną
w namiocie zagubionym wśród pustyni? Każę mu się zastanowić:
- Przecież wieczorem szukasz przyjaciół pod innymi namiotami, może oni
ci coś opowiedzą i przyniosą nowiny z pustyni...
Bo pamiętajcie, że widziałem was! Widziałem was nocą dokoła ognisk, jak
piekliście barana czy kozę, i słyszałem wasze głosy. Zbliżałem się do
was powoli i w ciszy miłości, którą was obejmuję. Mówiliście, to prawda,
o waszych synach, o tym, co rośnie, i o tym, co choruje, mówiliście też
o domach, ale nie było to najważniejsze. Ożywialiście się dopiero wtedy,
kiedy siadał wśród was podróżny, wracający z dalekiej wyprawy, który
ukazywał waszym oczom widziane tam daleko cuda, białe słonie jakiegoś
księcia i ślub, który się odbył o tysiąc kilometrów stąd, ślub
dziewczyny, której imienia nawet nie znaliście. Albo opowiadał o zamieszkach we wrogich oddziałach. Albo o komecie, czyjejś obrazie,
miłości lub odwadze w obliczu śmierci, albo o nienawiści, albo o życzliwości. Byliście wtedy otwarci na przestrzeń i powiązani z mnóstwem
rzeczy, a wasz namiot, kochany lub znienawidzony, zagrożony lub otoczony
opieką, stawał się czymś ważnym.
A wy - pochwyceni w jakąś czarodziejską sieć, przemieniającą was w coś
nieporównanie szerszego...
Bo potrzebna jest wam przestrzeń i tylko język potrafi tę potrzebę
zaspokoić.
Pamiętam, co się stało, kiedy mój ojciec umieścił trzy tysiące
berberyjskich uciekinierów w obozowisku na północ od miasta. Nie chciał,
aby ci przybysze przemieszali się z naszymi ludźmi. Ponieważ był dobry,
więc ich żywił i zaopatrywał w odzienie, cukier i herbatę. Ale w zamian
za te wspaniałomyślne dary nie wymagał od nich żadnej pracy. Nie musieli
się zatem troszczyć o to, jak będą żyć, i każdy mógł sobie powiedzieć:
"To, co mnie nie dotyczy osobiście, niewiele mnie obchodzi. Jeżeli mam
dość herbaty i cukru, i osła, któremu mam co dać jeść, i kobietę obok
siebie, i dzieci, które rosną i postępują w cnotach - to jestem zupełnie
szczęśliwy i niczego więcej nie chcę...".
Ale któż by uznał, że są szczęśliwi? Chodziliśmy czasem odwiedzić ich,
gdyż ojciec chciał, aby mnie to czegoś nauczyło:
- Popatrz - mówił - stają się jak bydło i zaczyna się rozkład... Nie w ich ciałach, ale w sercach.
Albowiem nic już nie miało dla nich znaczenia. Jeśli nie grasz w kości o cały majątek, to w każdym razie kości powinny w wyobraźni oznaczać dla
ciebie ziemie i stada, upragnione sztaby złota albo diamenty. Znajdujące
się gdzieś daleko. Ale nadchodzi pora, kiedy kości już nic nie
wyobrażają. I wtedy gra przestaje być możliwa.
Otóż ci ludzie pozostający pod królewską opieką nie mieli już sobie nic
do powiedzenia. Sprzykrzyły się im już opowieści o rodzinach, wszystkie
do siebie podobne. Już nie opisywali sobie namiotów, bo wszystkie były
takie same. Nie lękali się już i nie spodziewali niczego, nie obmyślali
też niczego. Język był im jeszcze potrzebny do najprostszych celów.
"Pożycz mi piecyk" - mógł powiedzieć któryś z nich, a inny spytał:
"Gdzie jest mój syn?". Czego by jeszcze pragnęli ci ludzie leżący na
posłaniu, przed korytem z jadłem? W imię czego jeszcze by walczyli? O chleb? Dostawali go. O wolność? Ależ w granicach ich świata byli
najzupełniej wolni. Nawet zatopieni niejako tą nadmierną wolnością,
podobnie jak niektórzy bogacze - puści od wewnątrz. Po to, żeby
zatryumfować nad nieprzyjacielem? Ależ oni nie mieli nieprzyjaciół.
A ojciec powiadał:
- Mógłbyś przyjść z batem i chodzić sam po obozowisku, smagając ich po
twarzy: nie obudziłoby się w nich nic więcej niż odruch psiej zgrai,
która warczy, cofając się i chciałaby ukąsić. Ale żaden się nie odważy,
żaden cię nie ugryzie. Stajesz przed nimi ze skrzyżowanymi ramionami. I gardzisz nimi...
- To są manekiny - ciągnął. - Ale ludzi tu już nie ma. Mogą zamordować
kogoś podle, za twoimi plecami, bo takie męty bywają niebezpieczne. Ale
nie wytrzymają twojego spojrzenia.
Jednakże wybuchły wśród nich - niby choroba - niesnaski. Niesnaski
nieokreślone, które nie dzieląc ich na dwa obozy, podburzały każdego
przeciw wszystkim; bo zdawało im się, że każdy, kto zjada przypadającą
sobie część, ograbia ich z czegoś. Pilnowali jedni drugich jak psy
kręcące się dokoła miski i w imię jakiejś szczególnej sprawiedliwości
popełniali przestępstwa, ponieważ ta ich sprawiedliwość była przede
wszystkim wymaganiem równości. A ktokolwiek odróżniał się czymkolwiek
bądź, podlegał mściwości tłumu.
- Masy ludzkie - mówił mi ojciec - nienawidzą obrazu człowieka. Masa
jest bowiem niespójna, dąży równocześnie w wielu sprzecznych kierunkach
i nie dopuszcza do wysiłku twórczego. Z pewnością to źle, kiedy jeden
człowiek gnębi stado. Ale nie tu doszukuj się największego zniewolenia:
dochodzi do niego, kiedy stado gnębi człowieka.
Tak oto, w imię jakichś ciemnych praw, sztylety przebijały ludzkie
trzewia i każda noc przynosiła żniwo trupów. I podobnie jak wyrzuca się
odpadki, o świcie wywlekano je na granicę obozu, a służba miejska
wywoziła je na taczkach niczym odpadki z rzeźni. A ja przypominałem
sobie słowa ojca: "Jeśli chcesz, żeby stali się sobie braćmi, zmuś ich,
aby budowali razem wieżę. Ale jeśli chcesz, żeby się znienawidzili,
sypnij im ziarna...".
Stwierdziliśmy także z czasem, że ci ludzie zagubili sens słów, którymi
się przestali porozumiewać. Ojciec przechadzał się pośród nich, a oni
patrzyli na nas nie poznając, o otępiałych, jakby pustych twarzach. Z ust wydobywało się tylko jakieś nieokreślone warczenie, domagające się
pokarmu. Żyli życiem roślinnym, bez żalu i bez pragnień. A niebawem
przestali się nawet myć i nie walczyli z robactwem. A ono się mnożyło.
Potem zaczęły się pojawiać wrzody i wyrzuty na ciałach. A wreszcie całe
obozowisko zaczęło zatruwać powietrze cuchnącym wyziewem. Ojciec lękał
się zarazy. A także rozmyślał o ludzkim losie.
- Muszę zbudzić archanioła, który śpi przyduszony tym gnojowiskiem.
Ponieważ nie ich szanuję, ale poprzez nich - Boga...
XII
- Oto bowiem - powiadał ojciec - wielka tajemnica ludzi. Zaprzepaszczają
to, co istotne, i nie wiedzą, co zaprzepaścili. Podobnie nie wiedzą tego
plemiona osiadłe, które w oazach żyją wokół swoich zapasów. To, co
utracili, nie wyraża się, oczywiście, w dobrach materialnych, które nie
ulegają zepsuciu. I ludzie z wiosek i z gór, ale którzy nie budują już
ojcowizny...
Jeśli królestwo utraci dla nich swój sens, nie pojmują tego, że
wysychają wewnętrznie i stają się puści, a rzeczy tracą w ich oczach
znaczenie. Przedmioty na pozór się nie zmieniają, ale czym jest diament
albo perła, jeśli nikt ich nie chce? Szlifowanym szkiełkiem.
I dziecko, które kołyszesz, utraci coś z siebie, jeśli nie jest zarazem
twoim darem dla królestwa. Ale nie od razu się o tym dowiesz, bo jego
uśmiech będzie taki sam.
Podobnie ludzie nie widzą swojego zubożenia, gdyż przedmioty, które im
służą, nie zmieniają się na pozór. Ale do czego służy diament? I czym
jest ozdoba stroju, jeśli nie ma związku z jakimś świętem? I czym jest
dziecko, jeśli nie ma żadnego związku z królestwem, jeśli nie marzysz o tym, żeby zostało zdobywcą, władcą wydającym rozkazy albo budowniczym?
Jeśli nie jest niczym więcej jak okruszyną ciała?
A oni nic nie wiedzą o istnieniu niewidzialnej piersi, która nocą i dniem żywi ich swoim mlekiem; gdyż królestwo dostarcza pokarmu sercom
podobnie jak ukochana, która śpi gdzieś daleko od ciebie, i choć leży
bez ruchu, jak martwa, karmi cię swoją miłością i odmienia dla ciebie
sens otaczających rzeczy. Tam daleko tylko jej lekki oddech, który nawet
nie dobiegnie tutaj, a świat dla ciebie staje się cudem. Podobnie
gospodarz przechadzający się o zroszonym świcie po swoich włościach,
mieści je całe w swoim sercu, nawet sen śpiących jeszcze pracowników.
Ale tajemnica człowieka, który rozpacza, gdy odejdzie ukochana albo gdy
sam przestaje kochać, albo też przestaje szanować królestwo: nie
podejrzewa on nawet, jak zostaje zubożony... Powiada sobie po prostu:
"Ona była nie tak piękna i nie tak pociągająca jak w moich
marzeniach..." i zadowolony z siebie idzie, gdzie go oczy poniosą. Ale
świat przestaje być dla niego cudem. A świt nie jest już świtem powrotu
albo świtem przebudzenia w jej ramionach. Noc nie jest już ogromną
świątynią miłości. Ani też - dzięki tej, co cicho oddycha we śnie -
okrywającym ich luźnym płaszczem pasterskim. Wszystko nagle przygasło.
Wszystko zakrzepło. A człowiek nie wie nawet, jakie nieszczęście go
dotknęło, i nie płacze nad utraconą pełnią. Cieszy się z odzyskanej
wolności, która jest wolnością nieistnienia.
Podobnie dzieje się z człowiekiem, dla którego królestwo przestało być
czymś żywym. "Mój zapał był głupim zaślepieniem", powiada sobie. Ma
rację, oczywiście. Nie ma teraz dokoła nic więcej - tylko luźne
zbiorowisko kóz, owiec, domostw i gór. Królestwo było tworem jego serca.
Gdzie jest bowiem piękno kobiety, jeśli nie ma mężczyzny, który by się
nim wzruszył? Lub wartość diamentu, jeśli nikt go nie pragnie posiadać?
Lub królestwa, jeśli zabraknie tych, co królestwu służą?
Albowiem człowiek, który umie odczytać obraz i nosi go w swoim sercu, i czerpie z niego życie, jak niemowlę z piersi matczynej, człowiek, dla
którego ów obraz jest zwornikiem, sensem i znaczeniem, drogą do
wielkości i pełni szerokich horyzontów, gdy utraci to źródło życia,
staje się rozdzielony w swojej istocie, poćwiartowany, i umiera z niedostatku powietrza jak drzewo, któremu odcięto korzenie. Nie zdoła
się już odnaleźć. A przecież nie cierpi, kiedy ów obraz ginie w nim
powoli, a wraz ginie i on sam, i nieświadomie przywyka do własnej
przeciętności.
Dlatego wiecznie trzeba budzić w człowieku to, co w nim jest wielkością,
i nawracać go na jego własną wielkość.
Bo podstawowym pokarmem nie są dla niego rzeczy, ale związek łączący
rzeczy pomiędzy sobą. Nie sam diament będzie mu pożywieniem, ale
określony związek pomiędzy diamentem i ludźmi. Ani piasek pustyni, ale
pewien określony związek pomiędzy piaskiem i wędrującymi przezeń
plemionami. Nie słowa książki, ale określony związek pomiędzy takimi
słowami, jak miłość, poezja i mądrość Boża.
Dlatego, jeśli wzywam was, żebyście wspólnie pracowali i tworzyli razem
wielką całość, wzbogacającą każdego i obejmującą wszystkich, nawet
dziecko ofiarowane królestwu, jeśli ogarniam was i zamykam w granicach
mojej miłości, jakżebyście mogli nie wzrastać, jakżebyście mogli stawiać
mi opór? Piękno ludzkiej twarzy istnieje tylko dzięki temu, że każdy jej
szczegół znajduje jak gdyby echo we wszystkich pozostałych. I wzrusza
was jej widok. Podobnie wiersz, który wyciska wam łzy. A oto gwiazdy,
źródła i wspomnienia. Nie ma tu nic więcej. Ale posłuszny mojemu
natchnieniu buduję z nich całość i ona posłuży jako piedestał bóstwu,
które będzie panować nad całością, a które nie mieści się w żadnym z tych poszczególnych elementów.
I wtedy ojciec posłał w to rozkładające się ludzkie zbiorowisko
śpiewaka. Wieczorem zasiadł on na placu i zaczął śpiewać. Śpiewał o rzeczach, które - jak echa - łączą się jedne z drugimi. Śpiewał o cud-księżniczce, do której dojść można tylko wędrując dwieście dni w słońcu przez piaski wyschłe, bez jednej studni. I ów brak wody staje się
ofiarą i miłosnym upojeniem. A woda w bukłakach staje się jakby
modlitwą, bo prowadzi do ukochanej. "Tęskniłem za gajem palmowym i łagodnym deszczem - recytował - ...ale najmocniej za tą, którą
spodziewałem się ujrzeć czekającą na mnie z uśmiechem... i nie umiałem
już rozróżnić miłości i dręczącej mnie gorączki...".
A oni wtedy zapragnęli pragnienia i wyciągając pięści ku mojemu ojcu,
krzyczeli: "Zbrodniarzu! Odebrałeś nam pragnienie, które jest upojeniem,
jakie daje ofiara składana miłości!".
Śpiewał także o szerzącej się w czas wojny niewypowiedzianej grozie,
która piasek przemienia w kłębowisko żmij. Każda wydma nabiera wtedy
mocy, wyrokuje o życiu i śmierci. A oni zapragnęli śmiertelnego
niebezpieczeństwa, które pustyni nadaje życie. Śpiewał także o potędze
nieprzyjaciela, którego wygląda się zewsząd, jak horyzont długi i szeroki, podobnego słońcu, którego wschodu nie sposób przewidzieć! I zapragnęli nieprzyjaciela, który by ich objął swoją mocą, niby morze.
A kiedy zapragnęli miłości, ujrzanej na krótką chwilę, jak twarz, co
mignęła i znikła, sztylety wyskoczyły z pochew. A oni, pieszcząc klingi
szabel, zaczęli płakać! Ta broń zapomniana, zardzewiała, zhańbiona,
stała się nagle w ich oczach utraconą męskością, bo tylko ona pozwala
człowiekowi stwarzać świat. A to stało się sygnałem buntu, który był tak
piękny jak pożar!
I wszyscy zginęli jak mężczyźni.
XIII
Tak więc próbowaliśmy śpiewem poetów oddziałać na armię, która zaczynała
się rozpadać. Ale zdarzał się czasem i taki dziw, że głos poetów nie
wywierał żadnego wrażenia, że żołnierze wyśmiewali się z nich.
- Niech nam śpiewają o tym, co w naszych oczach jest prawdą. O fontannie
tryskającej na dziedzińcu naszego domu i zapachu zupy gotowanej na
wieczerzę. Te ich bzdury nic nas nie obchodzą.
Wtedy otwarły mi się oczy na nieznaną dotąd prawdę: że władzy utraconej
odzyskać nie sposób. I że obraz królestwa utracił już moc życia.
Albowiem obrazy umierają, podobnie jak rośliny, kiedy ich moc wyparuje i kiedy się staną podobne do martwego budulca ścian, gotowych rozpaść się
za chwilę, albo do próchnicy, na której wyrosną nowe pędy. Bo nie ma
rzeczy prawdziwszych ani mniej prawdziwych. Są tylko skuteczniejsze albo
mniej skuteczne. A ja nie czułem już w ręku cudownego splotu różnorakich
nici. Wszystkie wymykały mi się z dłoni. I moje królestwo jakby samo z siebie waliło się w gruzy; albowiem kiedy burza łamie konary cedru, a wiatr miecący piasek powleka go twardą skorupą, aż drzewo ustąpi przed
siłą pustyni, to nie dlatego, aby wzmogły się siły pustyni, ale dlatego,
że cedr się poddał i otworzył swoje wrota na przyjście barbarzyńców.
Kiedy śpiewak śpiewał, wyrzucano mu czasem, że wyolbrzymia swoje
uczucia. To prawda: patos zdał się brzmieć fałszywie i zdawał się
przynależeć do jakiejś innej epoki. Czyż nie on sam się łudzi,
powiadano, kiedy wyraża gorące uczucia w stosunku do kóz i owiec, domów
i gór, gdy każde z nich jest oddzielną cząstką? Niepowiązaną z innymi.
Czy nie łudzi się miłością do rzecznych zakoli, którym nie zagrażają
przecie niebezpieczeństwa wojny i za które nie warto przelewać krwi? A śpiewacy rzeczywiście czuli wyrzuty sumienia, jakby opowiadali bajdy
dzieciom, które przestały już we wszystko wierzyć...
Poważni a tępi generałowie przychodzili do mnie z wyrzutami. "Ci
śpiewacy śpiewają fałszywie!", powiadali. A ja rozumiałem, dlaczego
fałszują - bo śpiewali chwałę Boga, który już nie żył.
Wtedy poważni a tępi generałowie zapytywali mnie: "Dlaczego nasze wojsko
nie chce już się bić?". Tak jakby zgorszeni przedstawiciele innego
zawodu pytali:
"Dlaczego ci ludzie nie chcą pracować przy żniwie?". Ale ja zmieniłem
brzmienie pytania, bo w takim kształcie nie prowadziło do niczego. Tu
nie chodziło o wykonywanie zawodu. Bezsłownie i z miłością zadawałem
sobie pytanie: "Dlaczego oni nie chcą umierać?". I szukałem mądrej
odpowiedzi.
Bo nie umiera się za owce ani za kozy, ani za domy, ani za góry.
Albowiem rzeczy trwają nawet wtedy, kiedy nic nie jest za nie składane w ofierze. Umiera się zaś po to, żeby ocalić tę niewidzialną więź, która
je wiąże i przemienia w jedną ojcowiznę, w królestwo, w znajomą,
rozpoznawalną twarz. Człowiek daje siebie w zamian za tę jedność,
ponieważ buduje ją nawet umierając. Śmierć jest tu opłacalna, bo za nią
stoi miłość. A także ten, co powoli dawał swoje życie za dobrze wykonaną
pracę, trwalszą od jego życia, za świątynię, która wędruje przez
stulecia, przyjmuje swoją śmierć, jeżeli jego oczy potrafią odróżnić
pałac od bezładnej masy budulca i jeśli potrafi go olśnić świetność i pragnienie, aby się z nim stopić. Gdyż obejmuje go coś, co jest od niego
większe, a on oddaje się swojej miłości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
II
Tak więc ze szczytu najwyższej wieży twierdzy ujrzałem, że nie trzeba
żałować ani cierpienia, ani śmierci, która jest powrotem na łono Boga,
ani nawet żałoby. Bo ten, co odszedł, jeśli czcimy jego pamięć, jest
potężniejszy i bardziej obecny od żywych. I zrozumiałem lęk ludzi i użaliłem się nad nimi.
I postanowiłem ich uzdrowić.
Ulitowałem się tylko nad tym, który budzi się wśród ogromnej
patriarchalnej nocy, przekonany, że jest bezpieczny pod Bożymi
gwiazdami, i nagle czuje, że czeka go podróż.
Zabroniłem, aby go o cokolwiek pytano, bo wiem, że żadna odpowiedź nie
przyniesie ulgi. Ten, co pyta bowiem, szuka przede wszystkim otchłani.
Potępiam niepokój, który złodzieja popycha do przestępstwa, gdyż
nauczyłem się czytać w tych ludziach i wiem, że nie ocalę ich, ocalając
ich od nędzy. Albowiem mylą się, jeśli sądzą, że pożądają złota, które
należy do innych. Złoto lśni jak gwiazda. To miłość, która nie zna samej
siebie, zwraca się ku światłu, które na zawsze pozostanie nieosiągalne.
A oni wykradają niepotrzebne skarby, biegnąc od jednego lustrzanego
odbicia do drugiego jak szaleniec, który chcąc schwycić przeglądający
się księżyc, czerpałby czarną wodę ze studni. Więc rzucają w nagły ogień
rozpasania ten nędzny proch, który wykradli. I znów, bladzi jak przed
miłosnym spotkaniem, rozpoczynają swe nocne wigilie, znieruchomieli w obawie, by nie spłoszyć tego, co czeka i co być może kiedyś ich nasyci.
Jeśli wypuszczę na wolność takiego człowieka, dalej pozostanie wierny
temu, co czci, a moja straż, łamiąc gałęzie, przyłapie go znów jutro w cudzym ogrodzie, z bijącym sercem, przekonanego, że tej nocy los okaże
mu się łaskawy.
Wiem, ile w nich żaru, i rzeczywiście kocham ich bardziej niż
cnotliwych, co siedzą w swoich straganach. Ale ja jestem budowniczym
miast. Postanowiłem położyć podwaliny mojej twierdzy. Powstrzymałem
idącą karawanę. Bo była tylko jak ziarna na łożu wiatru. Wiatr unosi,
jak woń, nasiona cedru. Ja opieram się wiatrom i rzucam nasiona w ziemię, aby cedry rozrastały się na chwałę Boga.
Miłość musi znaleźć przedmiot miłości. Ocalę tylko tego, kto kocha rzecz
prawdziwie istniejącą, tego, kogo można nasycić.
Dlatego także kobietę zamykam w małżeństwie i każę kamienować cudzołożną
żonę. Doprawdy, rozumiem jej pragnienie i to, jak wielka jest ta
obecność, której ona przyzywa. Potrafię czytać w niej, kiedy
urzeczywistnia się cud wieczoru, a ona na tarasie, wsparta na łokciu, ze
wszystkich stron zamknięta wezbranym morzem horyzontu, wydana jest, niby
dłoniom kata, męce narastającej czułości.
Czuję, jak drży, wyrzucona niby pstrąg na piasku, czekająca, niby na
przybór morza, na błękitny płaszcz rycerza. Swoje wołanie rzuca całej
ogromnej nocy. Ktokolwiek się z niej wyłoni, ten ją wysłucha. Ale na
próżno będzie przechodzić od jednego płaszcza do drugiego, bo nie ma
człowieka, który by ją zaspokoił. Podobnie przybrzeżna ławica, pragnąc
ochłody, woła nadmiaru morza, a morze bez końca wysyła swoje fale; jedna
po drugiej przybiega i traci u brzegu siłę. Po cóż więc uprawomocniać
zmianę małżonka: kto przede wszystkim kocha miłość nadchodzącą, nie
pozna, czym jest spotkanie.
Tylko tę ocalę, która potrafi stawać się i budować swój ład wokół
wewnętrznego podwórca, podobnie jak cedr rozwija się wokół swojego
ziarna i we własnych granicach znajduje siłę wzrostu. Ocalam tę, która
nie kocha przede wszystkim wiosny, ale kształt tego jednego kwiatu, w którym jest zawarta wiosna. Tę, która nie kocha przede wszystkim
miłości, ale jedną jedyną twarz, którą przybrała miłość.
Dlatego też kobietę, którą wieczór rozprasza, chcę oczyścić i scalić z powrotem. Ustawiam dokoła niej, niby granice, ruszt z płonącym węglem,
czajnik i tacę ze złocistej miedzi, ażeby poprzez te przedmioty
odkrywała po trochu znajomą, wciąż poznawaną twarz i uśmiech, który tu
tylko się pojawia. To będzie dla niej powolne objawianie się Boga. Wtedy
dziecko zawoła, aby je nakarmić, wełna czesana upomni się o jej palce,
żarzące węgle będą się domagać jej oddechu. Odtąd będzie już schwytana i gotowa służyć. Albowiem jestem tym, co kształtuje urnę, aby woń w niej
pozostała na trwałe. Jestem pradawnym nawykiem, co nadaje pełnię owocom.
Zmuszam kobietę, aby uformowała się i prawdziwie istniała po to, bym
później w jej imieniu przekazał Bogu nie ciche westchnienia rzucane z wiatrem, ale jej własny płomień i jej czułość, jej niepowtarzalny ból...
Długo medytowałem nad tym, czym jest pokój. Dają go tylko dzieci
narodzone i żniwa dokonane, i dom, w którym nareszcie zagościł ład. Daje
go wieczność, w którą wracają rzeczy, gdy osiągną swoją pełnię. Pokój
pełnych stodół i śpiących owiec, i złożonej bielizny, pokój tego, co -
jeśli dobrze wykonane - staje się darem dla Boga.
Albowiem wydawało mi się, że człowiek jest taki właśnie jak twierdza.
Kruszy mury, żeby zapewnić sobie wolność, ale wtedy staje się fortecą
zburzoną i wydaną gwiazdom. Wtedy rodzi się lęk nieistnienia. Niech
przyjmie jako swoją prawdę tę woń, jaką dają palone odrostki winorośli i czekająca postrzyżyn owca. Prawda drąży się w głębokości jak studnia.
Kiedy spojrzenie się rozprasza, traci z oczu Boga. Więcej niż niewierna
żona wsłuchująca się w obietnice nocy wie o Bogu ten mędrzec skupiony,
który zna tylko wagę wełny.
Twierdzo, zbuduję cię w sercu człowieka.
Bo jest czas wybierania pośród nasion, ale i czas, kiedy wybrawszy raz
na zawsze, człowiek cieszy się wzrastaniem zbóż. Jest czas stwarzania,
ale i czas istoty stworzonej. Jest czas na piorun szkarłatny,
rozwierający upusty nieba, ale i czas, gdy wody wylane gromadzą się w cysternach. Jest czas podbojów, ale nadchodzi czas umacniania cesarstw:
ja jestem sługą Boga i znam smak wieczności.
Nienawidzę tego, co się zmienia. Zduszę tego, który powstaje w nocy i wiatrom rzuca swoje proroctwa niby drzewo, zapłodnione grotem nieba, co
trzaska, łamie się i od którego płonie cały las. Lękam się, kiedy Bóg
porzuca swą nieruchomość. On - niewzruszony, niechże zasiądzie z powrotem w wieczności! Bo jest czas wielkich narodzin, ale i czas, czas
błogosławiony, na to, co wyznacza obyczaj!
Trzeba nieść pokój, uprawiać go i wygładzać. Ja jestem ten, co zasklepia
szczeliny spękanej ziemi i ukrywa przed ludźmi ślady wulkanów. Jestem
trawą, co porasta na miejscu przepaści. Jestem piwnicą, która wyzłaca
złożone w niej owoce. Jestem promem, który od Boga otrzymał w zastaw
całe pokolenie i przewozi je z jednego brzegu na drugi. Bóg na koniec
przejmie je znowu z moich rąk, takie, jakie mi przekazał, może
dojrzalsze, mądrzejsze, piękniej zdobiące srebrne dzbany na wodę, ale
nie odmienione. Zamknąłem mój lud w mej miłości.
Dlatego wspomagam tego, kto w siódmym pokoleniu podejmuje dawny trud
ojców - wygięcie żeber łodzi albo wypukłość tarczy - aby samemu z kolei
wieść ten kształt w doskonałość. Wspomagam tego, kto od przodka śpiewaka
przejął w dziedzictwo bezimienną pieśń i powtarzając ją z kolei, i myląc
się w powtarzaniu, wzbogaca ją o własny smak, barwę i piętno. Kocham
kobietę ciężarną i tę, co karmi piersią, kocham stado, co się odnawia i trwa, kocham powracające pory roku. Bo jestem nade wszystko tym, co
zamieszkuje. O cytadelo, moja siedzibo, ocalę cię przed zakusami lotnych
piasków i przydam jako ozdobę trębaczy wokół twych murów, by ostrzegali
przed nadejściem barbarzyńców!
III
Albowiem odkryłem wielką prawdę. A mianowicie, że ludzie zamieszkują i że sens rzeczy zmienia się dla nich w zależności od tego, jaki sens ma
dom. I że droga, pole jęczmienia i wypukłość wzgórza są czymś innym dla
człowieka w zależności od tego, czy tworzą, czy też nie - jedną
ojcowiznę. Bo oto rozproszona materia składa się nagle w całość, w coś,
co jest bliskie sercu. A także nie w tym samym świecie mieszka ten, kto
mieszka albo nie mieszka w królestwie Bożym. Jakże się mylą niewierni,
ci, co się z nas śmieją i którym zdaje się, że dążą do bogactw
namacalnych, których przecież nie ma. Bo jeśli pożądają na własność
stada, to już kieruje nimi pycha. A już i radości pychy nie są
namacalne.
Podobnie ci, którzy dzieląc moje ziemie, sądzą, że je poznają. Są tam -
powiadają - owce i kozy, pola jęczmienia, domostwa i góry - i co więcej?
I ubodzy są, bo nie posiadają nic więcej. I czują chłód. I odkryłem, że
podobni są do człowieka, który kraje trupa. Pokazuję wszem wobec -
powiada - czym jest życie: to tylko mieszanina kości, krwi, mięśni i wnętrzności. A tymczasem życie było owym światłem oczu, nieodczytywalnym
już w popiele. A tymczasem moja ojcowizna to zupełnie co innego niż
owce, pola, domostwa i góry, ale to, co nad nimi panuje i co je wiąże ze
sobą. Ojczyzna mojej miłości. I szczęśliwi ci, którzy to wiedzą, gdyż
zamieszkują w moim domu.
A obrzędy są w czasie tym, czym w przestrzeni domostwo. Bo dobrze, jeśli
nie mamy wrażenia, że płynący czas pożera nas i rozmiata jak garść
piasku, ale że nadaje nam pełnię. Dobrze, jeśli czas ma swą wewnętrzną
strukturę. Tak i ludzie wtedy przechodzą od święta do święta i od jednej
rocznicy do drugiej, jak dzieckiem przechodziłem z sali obrad do sali
przeznaczonej na odpoczynek w głębi pałacu mojego ojca, gdzie każdy krok
miał swój wewnętrzny sens.
Narzuciłem więc prawo, które jest niby mury i kształt mojego domostwa.
Nierozumny przyszedł i powiedział mi: "Wyzwól nas od narzuconego nam
przymusu, a staniemy się więksi". Ale ja wiedziałem, że wtedy utracą
najpierw świadomość własnego oblicza, a nie kochając go już - świadomość
samych siebie i - wbrew nim - postanowiłem, że ubogacę ich własną ich
miłością. Ponieważ oni, chcąc się przechadzać swobodnie, proponowali mi
zburzenie murów ojcowskiego pałacu, gdzie każdy krok miał swój sens.
Była to rozległa siedziba ze skrzydłem zastrzeżonym dla kobiet i z ogrodem, zakrytym dla oczu, gdzie śpiewała fontanna. Nakazuję też, aby
każdy dom miał takie serce bijące, tak aby można było zbliżać się lub
oddalać od jakiegoś punktu, aby można było wychodzić i wracać. W przeciwnym razie człowiek jest nigdzie.
A nie na tym polega wolność, aby nie być wcale. Były tam także stodoły i stajnie. Zdarzało się, że stodoły były puste, a stajnie - niezajęte. Ale
mój ojciec nie zezwalał, aby używać ich niezgodnie z przeznaczeniem.
Stodoła, powiadał, jest przede wszystkim stodołą i nie zamieszkujesz
wcale domu, jeśli nie wiesz, gdzie się sam znajdujesz. To nieważne,
dodawał, czy użytkowanie jest mniej lub bardziej owocne. Człowiek nie
jest tucznym bydlęciem i miłość jest dla niego ważniejsza niż pożytek.
Nie może kochać domu, który nie ma swego oblicza i gdzie kroki nie
znajdują swojego kierunku i sensu.
Była sala przeznaczona wyłącznie do przyjmowania znakomitych poselstw,
którą otwierano tylko w te dni, kiedy wzbijał się kurz spod kopyt
rycerzy, a na horyzoncie pojawiały się ogromne proporce, w których wiatr
falował jak na powierzchni morza. Stała pusta, kiedy przyjeżdżali
książęta o pomniejszym znaczeniu. Była sala, gdzie wydawano wyroki
sądowe, a także inna, do której wnoszono umarłych. I była także pusta
izba, której przeznaczenia nie znał nikt - a może nie miała go w ogóle,
może była tylko nauką tajemnicy i tego, że nigdy nie przenikniemy
wszystkiego bez reszty.
A niewolnicy, którzy obładowani przebiegali korytarzami, przenosili
zwoje tkanin do ozdoby ścian, kołyszące się na ich ramionach. Wspinali
się po schodach, otwierali jakieś drzwi, znów schodzili po stopniach w dół i im byli bliżej serca domu - owej fontanny - tym bardziej milkli; u granic zaś królestwa kobiet, których nieuważne przestąpienie mogłoby
kosztować ich życie, stawali się wręcz niespokojni. A kobiety, w zależności od tego, jakie miejsce zajmowały w domu, były spokojne,
zuchwałe albo dyskretne.
Słyszę, jak mówi głupi: "Ile miejsca roztrwonionego, ile niewyzyskanych
bogactw, ile wygody utraconej przez niedbalstwo! Trzeba zburzyć te
zbędne mury, zrównać poziom, usunąć owe schodki utrudniające poruszanie
się. Człowiek stanie się wówczas wolny". A ja odpowiadam na to: "Wówczas
ludzie staną się bydłem przeganianym po miejscach publicznych, a lękając
się nudów, wymyślą głupie gry, też rządzące się regułami, ale będą to
reguły pozbawione wielkości. Tymczasem taki pałac sprzyja powstawaniu
poezji. Ale jakie poematy pisać o płaskiej głupocie rzucanych kości do
gry? Długo może jeszcze ludzie będą żyć w cieniu owych murów, a poezja
będzie mówić o tęsknocie za nimi, a potem nawet cień się rozwieje i ludzie przestaną rozumieć poezję".
I w czym odtąd będą szukać radości?
Tak jest z człowiekiem zagubionym w tygodniu, który nie składa się z określonych dni, w roku pozbawionym świąt i własnego oblicza. Tak z człowiekiem pozbawionym poczucia hierarchii, który zazdrości sąsiadowi,
jeśli ten przewyższa go czymkolwiek, i stara się go sprowadzić do
własnych wymiarów. Jakiej radości dostarczy im potem ta płaska kałuża,
nad którą razem będą żyli?
Ja odtwarzam pola napięć i energii. Buduję tamy w górach, aby
zatrzymywać wody. Przeciwstawiam się im, jakby niesprawiedliwy w stosunku do naturalnych pochyłości. Ustanawiam z powrotem hierarchie
tam, gdzie ludzie połączyli się jak wody, gdy pomieszane stają się
płaskim rozlewiskiem. Przerzucam łuki mostów.
Z dzisiejszej niesprawiedliwości tworzę jutrzejszą sprawiedliwość.
Ustanawiam na powrót kierunki tam, gdzie każdy tkwi na jednym miejscu i szczęściem nazywa ten bezwład. Gardzę stojącymi wodami ich
sprawiedliwości i wyzwalam tego, co ustanowił piękną niesprawiedliwość.
Tak nadaję godność mojemu królestwu.
Gdyż znam rozumowanie ludzi. Podziwiali człowieka, którego ukształtował
mój ojciec. "Któż by się śmiał natrząsać - mówili - z tak doskonałych
osiągnięć?". Po czym, w imię człowieka, którego przymus ukształtował,
odrzucili ów przymus. Póki trwał jeszcze w sercach ludzkich, póty
jeszcze działał. Potem powoli o nim zapomniano. A ten, którego chciano w ten sposób ocalić, zmarł.
Dlatego nienawidzę ironii, która nie ludzką jest rzeczą, ale właściwa
jest łobuzom. Bo to łobuz powiada: "Gdzie indziej ludzie mają inne
obyczaje. Czemuż by naszych nie zmienić?". Albo też: "Któż to wam każe
zboże sprzątać do stodoły, a bydło trzymać w oborze?". Ale on sam pada
ofiarą słów, bo nie rozumie tego, czego słowa nie są w stanie wyrazić.
Nie rozumie, że ludzie zamieszkują własny dom.
A ci, co padają jego ofiarą, też nie potrafią już rozpoznać, czym jest
dom, i zaczynają go rozbierać. W ten sposób ludzie trwonią swoje
najcenniejsze dobro: sens, jaki mają rzeczy. A w dni świąteczne pysznią
się tym, że nie ulegają obyczajom, że zdradzają tradycje i że święcą
chwałę nieprzyjaciela. To prawda, że dopuszczając się tego
świętokradztwa czują jeszcze jakiś wewnętrzny niepokój. Póki jest to
jeszcze świętokradztwo. Póki opierają się czemuś, co jeszcze nad nimi
ciąży. Żyją dzięki temu, że ich wróg jeszcze oddycha. Jeszcze na tyle
zawadza im ów cień prawa, że czują swój opór wobec prawa. Ale niebawem
znika nawet ów cień. Wtedy nie czują już nic, bo zapomnieli nawet smaku
zwycięstwa. Ziewają. Zamienili pałac na plac publiczny, ale kiedy
przejadła się im przyjemność deptania go z samochwalczą butą, przestają
wiedzieć, co robią na tym targowisku. I oto zaczynają snuć niejasne
marzenia o tym, aby zbudować dom o tysiącu drzwi, o gobelinach ciążących
ramionom, o sieniach, gdzie rozbrzmiewa powolny krok. Zaczynają marzyć o tajemnej komnacie, dzięki której tajemnicze stałoby się całe domostwo. I nie wiedząc o tym, zapomniawszy, opłakują pałac mojego ojca, gdzie każdy
krok miał swój sens i znaczenie.
I dlatego, pojąwszy to wszystko, przeciwstawiam swoją niezłomną wolę
owemu kruszeniu się rzeczy i nie słucham tych, którzy mi mówią o naturalnej pochyłości. Bo aż nadto dobrze wiem, że naturalne pochyłości
zasilają płaskie rozlewiska wodą z topniejących lodowców, ścierają ostre
wierzchołki gór i powstrzymują rzeczny nurt, kiedy rzuca się w morze i staje się tysiącem sprzecznych prądów. Bo aż nadto dobrze wiem, że
naturalne pochyłości rodzą podział władzy i zrównanie ludzi. Ale ja
rządzę i wybieram. Wiedząc, że i cedr odnosi zwycięstwo nad czasem,
który powinien by go zamienić w proch, i wbrew tej sile, co ciągnie w dół, rok po roku, wznosi dumną świątynię listowia. Tak i ja wbrew
interesom rozlewisk wznoszę strome lodowce. To nic, jeśli żaby skrzeczą,
że to niesprawiedliwość. Z powrotem daję broń w ręce człowieka, aby się
stał sobą.
I dlatego też nie dbam o głupiego gadułę, który palmie wyrzuca, że nie
jest cedrem, cedrowi, że nie jest palmą, i mieszając zawartość ksiąg
zdąża do chaosu. Dobrze wiem, że gaduła ma rację wedle swej absurdalnej
wiedzy, gdyż cedr i palma, gdyby nie żyły, złączyłyby się w jedno i rozsypały w proch. Ale życie przeciwstawia się nieładowi i naturalnym
pochyłościom. I z prochu podnosi ku górze cedr.
Z prawdy moich nakazów narodzi się człowiek. Więc nie szukam bynajmniej
znaczenia w samych obyczajach, prawach i języku mojego cesarstwa. Wiem
aż nadto dobrze, że gromadząc razem kamienie tworzy się ciszę. Ciszę,
której z kamieni nie dawało się odczytać. Wiem aż nadto dobrze, że
miłość ożywia się poprzez ciężary i skrępowania. Że nie wie nic ten, kto
poćwiartował trupa i zważył jego kości i wnętrzności. Bo kości i wnętrzności same w sobie na nic się zdadzą, podobnie jak atrament i papier, które się składają na książkę. Liczy się tylko mądrość, którą
książka przynosi, ale ona w swej istocie jest czymś całkiem innym.
Odmawiam na ten temat dyskusji, bo nie ma tu nic, co mogłoby być
dowiedzione. Ocalę od zgnilizny język mojego ludu. Przypominam sobie
tego niedowiarka, który odwiedził mojego ojca:
- Nakazujesz, aby twoi ludzie modlili się na różańcach o trzynastu
paciorkach. Jakie znaczenie ma trzynaście paciorków - pytał - czy jeśli
zmienisz ich liczbę, nie ten sam będzie zbawienny pożytek?
Po czym wysuwał subtelne argumenty za różańcem o dwunastu paciorkach.
Ja, będąc dzieckiem wrażliwym na zręczność argumentacji, obserwowałem
ojca, zastanawiając się, czy jego odpowiedź będzie równie błyskotliwa;
albowiem błyskotliwe były przytaczane przez przybysza argumenty.
- Powiedz mi - upierał się tamten - czy różaniec o trzynastu paciorkach
ma większą wagę...
- Różaniec o trzynastu ziarnkach - odparł ojciec - waży tyle, ile
wszystkie głowy, które w jego imię już kazałem ściąć...
Wtedy Bóg oświecił niedowiarka i ten nawrócił się.
IV
Siedzibo ludzka, kto cię zbuduje na sile rozumu? Kto cię zdoła postawić
zgodnie z logiką? Istniejesz i nie istniejesz zarazem. Jesteś uczyniona
z przeróżnych materiałów, ale żeby cię odkryć, trzeba cię stworzyć
wyobraźnią. Podobnie jak ten, kto zburzył własny dom, sądząc, że go zna,
ma przed sobą tylko kupę kamieni, cegieł i dachówek, ale nie znajduje
ani cienia, ani ciszy, ani schronienia, którym one służyły, i nie wie,
na co mógłby się zdać ten stos cegieł, kamieni i dachówek, bo brakuje im
inwencji, która by nad nimi panowała, duszy i serca architekta. Bo
kamieniowi brakuje duszy i serca ludzkiego.
Ale skoro nie ma tu rozumu, tylko cegła, kamień i dachówka, skoro dusza
i serce wymykają się prawom logiki i prawom liczb, pojawiam się ja i moja wolna wola. Ja - architekt. Ja - posiadający duszę i serce. Ja
jeden posiadam moc, aby kamień przemienić w ciszę. Przychodzę miesić tę
glinę, którą jest materia, zgodnie z obrazem stwarzania pochodzącym od
samego Boga i dalekim od wszelkiej logiki. Buduję moją kulturę,
wiedziony tylko smakiem, jaki w niej czuję, podobnie jak inni budują
wiersze, zmieniając jedno słowo na inne, i nikt im nie każe
usprawiedliwiać się, dlaczego taki tok dali wierszowi i takie słowo
zmienili, bo wiedzie ich ten smak, który wiersz będzie miał i który
znają zawczasu.
Albowiem jestem przywódcą. Układam prawa i stanowię święta, i nakazuję
ofiary, i z owiec, kóz i ludzkich domostw składam kulturę, podobną do
pałacu mego ojca, gdzie każdy krok ma sens i kierunek.
Bo cóż by beze mnie zrobili z tej kupy kamieni, przekładanych z lewa na
prawo ?- chyba inną kupę kamieni, jeszcze bardziej bezładną. Ja rządzę i wybieram.
I rządzę sam. I ludzie mogą modlić się w ciszy i w cieniu, który
zawdzięczają ułożonym przeze mnie kamieniom. Ułożonym wedle obrazu
mojego serca.
Jestem przywódcą. Jestem władcą. Jestem odpowiedzialny. A ich wzywam,
aby mi pomagali. Gdyż rozumiem, że przywódca to nie ten, co ocala
innych, ale ten, który ich wzywa, aby jego ocalili. Bo to dzięki mnie,
dzięki obrazowi, jaki w sobie noszę, powstaje jedność, którą
wyprowadziłem, sam jeden, z moich owiec i kóz, z domostw i gór; i oto
oni zakochani w nich, tak jak byliby zakochani w młodej bogini,
otwierającej w słońcu swoje ramiona, a której w pierwszej chwili by nie
poznali. Oto kochają dom, który moja wyobraźnia stworzyła zgodnie z moim
pragnieniem. A poprzez dom kochają i mnie, architekta. Tak jak ten, kto
kocha posąg, nie kocha gliny ani cegły, ni brązu tylko zamysł
rzeźbiarza. Ludziom z mojego plemienia daję przywiązanie do domu, ażeby
umieli go rozpoznać wśród innych. A rozpoznają go dopiero pod warunkiem,
że go żywili własną krwią. I przystroili własnym poświęceniem. Dom
będzie od nich wymagał nawet krwi i ciała, bo będzie ich własnym sensem.
Nie będą wówczas mogli nie rozpoznać tej boskiej struktury, która będzie
niby znajoma twarz. I wtedy obudzi się w nich miłość do niego. I pełne
żaru będą ich wieczory. I ojcowie będą się starali ukazać go swoim
synom, skoro tylko otworzą się dziecięce oczy i uszy, aby nie zatonął w różnorodności wszelkich rzeczy.
Potrafiłem zbudować domostwo tak ogromne, aby nawet gwiazdom nadać sens,
toteż jeśli ludzie wyjdą nocą na próg i podniosą głowy, będą chwalić
Boga, że tak dobrze prowadzi te niebieskie statki. A jeśli zbuduję dom
trwały, aby mógł zawrzeć w sobie trwanie życia, ludzie iść będą od
święta do święta jak z jednej sieni w drugą, wiedząc, dokąd idą, i w różnorodności życia odkrywając twarz Boga.
Zbudowałem cię więc, twierdzo, jak buduje się statek. Dałem maszty i wszelki osprzęt potrzebny i puściłem na fale czasu, to jest na wiatr
sprzyjający.
Ludzki statku, bez którego nie dopłynęlibyśmy do wieczności!
Ale znam także niebezpieczeństwa wiszące nad moim statkiem. Z zewnątrz
naciera wciąż na niego ciemne morze. I znam inne oblicza tego, co
możliwe. Bo to zawsze możliwe: zburzyć świątynię, a kamienie zabrać na
budowę innej świątyni.
A ta inna nie jest ani prawdziwsza, ani bardziej fałszywa, ani
sprawiedliwsza, ani bardziej niesprawiedliwa. I nikt nie będzie nawet
wiedział, do jakiej katastrofy doszło, bo w kupę zwalonych kamieni nie
jest wpisana wartość ciszy.
Dlatego pragnę, aby robotnicy mocno wiązali główne wiązania statku. Aby
trwały z pokolenia na pokolenie: bo nie uczynię świątyni piękną, jeśli
wciąż będę ją budował od nowa.
V
Dlatego pragnę, by ludzie mocno wiązali główne wiązania statku. To
ludzka konstrukcja. A dookoła statku przecież natura ślepa, nieujęta w reguły i potężna. A kto zapomina o potędze morza, temu grozi, że
wypoczywać zechce za długo. Wydaje mu się, że domostwo, które zostało
dane, jest czymś niepodważalnym. Skoro to, co oczywiste, zostało już
wykazane. Mieszkając na statku, nie widzi się już groźnego morza. A jeśli się je nawet dostrzega, to tylko jako tego statku ozdobę. Taka
jest właściwość umysłu. Morze wydaje się po to stworzone, aby niosło
statek.
Ale to złuda. Rzeźbiarz ukazał patrzącym jedno kamienne oblicze. Ale
drugi może mógłby ukazać inne. Widziałeś także konstelacje: to jest
Łabędź. Ale ktoś inny mógłby ci pokazać, że to leżąca kobieta. Za późno.
Nie odejdziemy już od tego łabędzia. Zmyślony łabędź pochwycił nas.
Aż uwierzywszy nierozumnemu, że jesteśmy w błędzie, nie będziemy już
bronić naszej wiary. Ja jednak wiem, czym zagraża człowiek nierozumny. A także ten, co ma zręczność żonglera i z łatwością modeluje swymi palcami
różne twarze. Ci, którzy patrzą na tę zabawę, gubią sens, jaki ma ich
ojcowizna. Dlatego ja rozkazuję chwycić go i rozerwać końmi. Nie
dlatego, oczywiście, że moi sędziowie dowiedli, iż jest w błędzie. Bo
nie jest w błędzie. Ale nie ma także racji i dlatego nie pozwalam mu
uważać się za mądrzejszego i sprawiedliwszego od moich sędziów. I jest w błędzie, jeśli sądzi, że ma rację. Bo on także proponuje jako
bezwzględnie prawdziwe te świetne, bogate, zrodzone w jego rękach
kształty, którym brakuje jednak wagi, czasu i z dawien dawna idącej
ciągłości, jaką mają religie. Proponowana przez niego struktura jeszcze
nie zaistniała. Moja już istnieje. Oto dlaczego potępiam żonglera i ocalam przez to mój lud przed zgnilizną.
Bo ten, co nieostrożny, nie pamięta już, że mieszka na statku, z góry
jest niejako skazany na zniszczenie i niebawem zobaczy, jak podnosi się
morze, którego fale zaleją jego głupie igraszki.
Taki obraz mojego cesarstwa pokazano mi kiedyś, kiedy byliśmy na pełnym
morzu, ja i niektórzy z mojego ludu, a była to pielgrzymka.
Byliśmy więc zamknięci na pokładzie pełnomorskiego statku. Czasem
milcząc, spacerowałem wśród moich ludzi. Stali się mieszkańcami statku:
jedni przykucnąwszy, otaczali naczynia z jadłem, inni karmili dzieci
albo pogrążeni w modlitwie przesuwali paciorki różańca. Statek stał się
ich domostwem.
Ale pewnej nocy żywioły podniosły bunt. Przyszedłem odwiedzić ich i ogarnąć ciszą mojej miłości i zobaczyłem, że nic się wśród nich nie
zmieniło. Cyzelowali pierścienie, przędli wełnę albo rozmawiali cicho,
tkając nieznużenie więź ludzkiej wspólnoty, tę sieć sprawiającą, że
jeśli jeden z nich umrze, wszystkim coś zostaje wyrwane. A ja w ciszy
mojej miłości słuchałem, jak mówią, ale nie przykładając większej uwagi
do tego, o czym mówią; były to opowieści o chorobach czy jakieś historie
czajników; jednakże nie w temacie zawierał się sens opowieści, ale w sposobie mówienia. Oto jeden, uśmiechając się z powagą, czyni z siebie
samego dar innym... a drugi nudzi się, nie wiedząc, czy to z lęku, czy z braku Boga. I tak patrzyłem na nich w ciszy mojej miłości.
A tymczasem ciężkie ramię morza, o którym nic nie wiedzieli, unosiło ich
ruchem powolnym a straszliwym. Zdarzało się, że na szczycie wznoszącej
się fali wszystko chwiało się jakby objęte niebytem. Cały statek drżał
wtedy, jakby już pękały jego wiązania, jakby już rozsypywał się w kawałki, a oni, w tych momentach nierzeczywistych, przestawali się
modlić, rozmawiać, karmić dzieci i zdobić srebrne naczynia. Ale za
każdym razem jakiś trzask twardy niby grom przeszywał drewniany kadłub
na wskroś. Statek zdawał się zapadać w siebie ciężko, jakby za chwilę
miały się rozpęknąć jego burty, a ten wstrząs powalał ludzi na ziemię i wyrywał z ich ust wymioty.
I cisnęli się jedni do drugich, niby w trzeszczącej szopie, pod mdlącym
kołysaniem oliwnych lamp.
Lękając się, że niepokój ogarnie ich bez reszty, kazałem ogłosić:
- Niech ci, co pracują w srebrze, wykonają dla mnie dzbanek na wodę. Ci,
co przyrządzają posiłek, niech się przyłożą do roboty. Niech zdrowi
zatroszczą się o chorych. Niech ci, co się modlą, głębiej się pogrążą w modlitwie...
A temu, co blady, oparty o jakąś belkę, nasłuchiwał przez szpary
uszczelnione pakułami niespokojnej pieśni morza, powiedziałem:
- Idź pod pokład i policz martwe barany. Bo bywa, że tłocząc się w strachu, duszą się nawzajem...
A on mi odparł:
- Bóg położył na morzu swoją ciężką dłoń. Jesteśmy zgubieni. Słyszę, jak
trzeszczą wiązania okrętu... Nie widzimy ich, bo są to liny stalowe i okucia. Podobnie trzeszczą fundamenty globu ziemskiego, któremu
zawierzyliśmy nasze domy i sady oliwne, i miękkie wełniste owce,
wieczorem skubiące powoli świeżą trawę. Dobrze jest zajmować się we
własnym domu oliwkami, owocami, codziennym posiłkiem i miłością. Ale
niedobrze, jeśli niepokój płynie z tego, co nas otacza. Kiedy to, co
zostało zrobione, staje się robotą do wykonania. Tak i tu odzywa się to,
co powinno milczeć. Co stanie się z nami, jeśli góry zaczynają
pomrukiwać? Słyszałem już kiedyś taki pomruk i nie potrafię go
zapomnieć...
- Jaki to pomruk? - spytałem.
- Mieszkałem kiedyś, panie, w wiosce zbudowanej na spokojnym grzbiecie
wzgórza, wrośniętej w ziemię i w niebo, wiosce przeznaczonej do trwania
i która rzeczywiście trwała. Na cembrowinach studni, na kamiennych
progach, na kolistym obmurowaniu źródeł leżał ten cudowny blask, który
rodzi się z wiekowego użycia. Ale pewnej nocy coś się zbudziło w podziemnych fundamentach tej krainy. Zrozumieliśmy, że ziemia pod
naszymi stopami ożyła nagle i zaczęła się poruszać. To, co było
wykonane, stawało się z powrotem robotą do wykonania. Przelękliśmy się.
Przelękliśmy się nie tyle o nas samych, co o przedmiot naszych starań. O to, w co zamieniało się nasze życie z biegiem lat. Ja byłem złotnikiem i zląkłem się o moją dużą karafkę na wodę, nad którą pracowałem od dwóch
lat. W którą przemieniły się dwa lata mojego czuwania. Kto inny drżał o swoje dywany ze szlachetnej wełny, które tkał z radością i co dzień
rozwijał na słońcu. Był dumny, że zamienił odrobinę swego ciała - swych
zrogowaciałych palców - na to głębokie falowanie wełnianej powierzchni.
Jeszcze inny zląkł się o posadzone przez siebie oliwki. I wiem, że żaden
z nas nie lękał się śmierci, ale wszyscyśmy drżeli o te małe głupie
przedmioty. Odkryliśmy, że życie tylko wtedy ma sens, kiedy się je
przemienia po trochu w coś, co jest poza nami. Śmierć ogrodnika w niczym
nie zagraża drzewu. Ale jeśli drzewo będzie zagrożone, ogrodnik umiera
dwukrotnie. Był pomiędzy nami stary bajarz, który znał najpiękniejsze
opowieści naszej pustyni. I sam je jeszcze upiększał. A znał je tylko on
jeden, bo nie miał syna. I kiedy ziemia zaczęła się obsuwać, drżał o te
biedne opowieści, których nikt już więcej nie wyśpiewa. A tymczasem
ziemia wciąż zdawała się jak żywa albo jak ugniatana niewidzialną dłonią
i zaczynała spływać w dół wielką rudawą falą błota. Jak myślisz: czy
można przemienić siebie w coś, co by upiększało to sunące błoto, które
przewala się powoli i wszystko pochłania? Co można zbudować na tym, co
samo się porusza?
Pod tym naporem domy chwiały się powoli, a skręcone niedostrzegalną siłą
belki trzaskały nagle jak baryłki czarnego prochu. Albo ściany zaczynały
drżeć, aż rozsypywały się nagle. A ci spośród nas, którzy zostali przy
życiu, utracili sens istnienia. Tylko bajarz śpiewał dalej, postradawszy
zmysły.
A ty gdzie nas wieziesz? Ten statek pójdzie na dno razem z dziełem
naszych rąk. Tu, na pokładzie, czuję, jak czas upływa nadaremno. Nie
powinien upływać w sposób tak wyczuwalny, ale twardnieć, dojrzewać i wzbierać latami. Powinien gromadzić po trochu dzieła ludzkich rąk. A teraz, czy może utrwalić się w nim coś, co byłoby z nas i co by
przetrwało?
VI
I przyznałem rację mojemu ludowi, myśląc o tej przemianie, niemożliwej
już, kiedy nic stałego nie trwa poprzez pokolenia, i o czasie, który
upływa wówczas nadaremnie, jak w klepsydrze. I myślałem także: to
domostwo nie jest jeszcze dość obszerne, a dzieło, w które ten lud się
przemienia, nie jest jeszcze dość trwałe. I myślałem o faraonach, którzy
kazali sobie budować wielkie niezniszczalne mauzolea o ostrych
krawędziach, płynące przez ocean czasu, a on je ściera powoli i zamienia
w pył. Myślałem o rozległych, nietkniętych szlakiem karawan piaskach, z których czasem wyłania się dawna świątynia, zanurzona już w nich do
połowy, jakby niewidzialna błękitna burza strzaskała jej maszty, a ona
płynie jeszcze, chociaż skazana na zagładę. Myślałem też: nie dość
trwała jest jeszcze ta świątynia, ładowna złoceniami i klejnotami, które
kosztowały długie ludzkie żywoty, jak miód składany przez tyle pokoleń:
filigranowe wyroby ze złota, złociste insygnia władzy kapłańskiej, w które przemieniało się życie starych rzemieślników, i te obrusy
haftowane, nad którymi staruszki po kres życia traciły oczy, aż
poczerniałe, kaszlące, zduszone już dłonią śmierci, odchodziły
zostawiając za sobą ów królewski tren. Kwietną łąkę. A ci, co je
oglądają dziś, powiadają: "Ach, jakiż to piękny haft! Jaki piękny...". I zrozumiałem, że staruszki wplotły siebie w ten jedwab i przemieniły go.
Nie wiedząc, że są czarodziejkami...
Trzeba więc zbudować wielkie skrzynie, żeby pomieścić w nich to, co
zostało z owych haftów. I jakiś pojazd, który by je przewiózł. Bo ja
szanuję przede wszystkim to, co trwa, bardziej niż ludzi. I ocalam w ten
sposób ich przemienione życie. Wznoszę wielkie tabernakulum, w które oni
składają wszystko, czym są.
Jeszcze odnajduję czasem te statki sunące wolno przez pustynię. Jeszcze
nie ustają w swojej podróży. I pojąłem, co najważniejsze, a mianowicie,
że trzeba najpierw zbudować statek i okulbaczyć karawanę, i zbudować
świątynię trwającą dłużej od człowieka. Odtąd ludzie będą się radośnie
przemieniać w to, co cenniejsze od nich samych. Wtedy rodzą się malarze,
rzeźbiarze, rytownicy i złotnicy. Ale nie oczekuj niczego od człowieka,
jeśli pracuje tylko na swoje życie, a nie dla wieczności. Bo wtedy
niepotrzebnie bym ich uczył architektury i jej zasad. Jeśli budują domy
po to, żeby w nich żyć, po cóż by mieli przemieniać swoje życie w domy?
Skoro ten dom ma służyć ich życiu i niczemu więcej? A oni mówią, że ich
dom jest użyteczny i nie traktują go jako wartości samej w sobie, widząc
tylko jego użyteczność. I dom im służy, a oni zajmują się tym, żeby się
wzbogacić. Ale umierają w nędzy, bo nie zostawiają po sobie ani
haftowanego obrusa, ani złocistej szaty kapłańskiej ukrytej w kamiennym
statku. Byli powołani do tego, żeby swoje życie w coś przemienić, a chcieli być tylko obsłużeni. Więc kiedy odchodzą, nie zostaje po nich
nic.
I tak, chodząc pomiędzy ludźmi mojego plemienia, zamieszkującymi deltę
rzeki, wieczorem, kiedy wszystko wydaje się przemienione, patrzyłem na
nich, jak w starej wystrzępionej odzieży, zaprzestawszy swojej pszczelej
pracowitości siedzieli na progach nędznych lepianek; bardziej zajmująca
od nich samych była doskonałość tego plastra miodu, przy którym przez
cały dzień się trudzili. Rozmyślałem zwłaszcza na widok jednego, który
był ślepy, a do tego utracił jedną nogę. Tak stary, że stał już u progu
śmierci, i zdawało się, że skrzypi przy każdym poruszeniu jak stary
wiatrak; odpowiadał na moje słowa powoli, bo był posunięty w latach i tracił już jasność mowy; ale stawał się coraz bardziej świetlisty i jasny, i coraz lepiej rozumiał, w co przemienia się jego życie. Drżącymi
dłońmi pracował nadal nad ażurowymi cackami, które były jak coraz
subtelniejszy eliksir. On zaś, odchodząc w tak cudowny sposób od swego
starego wyschłego ciała, stawał się coraz szczęśliwszy, coraz bardziej
niedotykalny. Coraz bardziej niezłomny. I umierał, nie wiedząc o tym, z rękoma pełnymi gwiazd...
Tak więc ci ludzie całe życie pracowali dla jakiegoś bezużytecznego
ubogacania przedmiotów, przemieniając się bez reszty w niezniszczalny
haft... Przeznaczając tylko część swojej pracy na to, co użyteczne, a całą resztę - na cyzelowanie, na zbędną świetność metalu, na doskonałość
rysunku, miękkość wygięcia, które nie służy niczemu poza tym, że w nim
zawiera się przemienione życie i dając w wyniku coś trwalszego od ciała.
Wieczorem więc przechadzam się powoli pomiędzy moim plemieniem i obejmuję je ciszą swojej miłości. Niespokojny jestem tylko o tego, co
płonie bezpłodnym blaskiem, o poetę pełnego ukochania wierszy, ale
niepiszącego własnych, o kobietę zakochaną w miłości, ale która nie
umiejąc dokonać wyboru, nie może stać się sobą, o tych wszystkich, w których jest lęk; i wiem, że uleczyłbym ich z tego lęku, gdybym im
udzielił daru, który wymaga ofiary, dokonania wyboru i zapomnienia o całym świecie. Bo jeden określony kwiat jest przede wszystkim odmową
wobec wszystkich innych kwiatów. A przecież tylko pod tym warunkiem
staje się piękny. Podobnie jest z przedmiotem, w który przemienia się
życie.
I głupi, kto tej staruszce będzie wyrzucać, że haftuje, pod pretekstem,
że mogłaby utkać co innego - bo taki człowiek wyżej stawia nicość nad
tworzenie. Toteż chodząc czuję, jak ponad dymy ludzkiego obozowiska
wznosi się modlitwa, jak wszystko tu dojrzewa i tworzy się w ciszy,
powoli, niemal nieświadomie. Gdyż owoc, haft czy kwiat, aby stać się
sobą, muszą być najpierw zanurzone w czasie.
W ciągu tych długich spacerów pojąłem w pełni, że wartość kultury w moim
królestwie nie opiera się wcale na wartości pożywienia, ale na
wymaganiach i zapale do pracy. Nie opiera się na posiadaniu, ale na
dawaniu. Cywilizowany jest przede wszystkim ten rzemieślnik, o którym
mówię, a który stwarza się na nowo w wykonywanym przedmiocie, i w zamian
za to staje się sam wieczny i nie lęka się śmierci. Cywilizowany także
ten, co walczy i siebie przemienia w królestwo. Ubogi zaś ten, kto
okrywa się świetną szatą kupioną u handlarzy i jeśli nawet pasie oczy
doskonałością barw, sam nic nie stworzył. Znam takie plemiona
zdegenerowane, które nie piszą już wierszy, tylko je czytają, nie
uprawiają ziemi, ale odwołują się przede wszystkim do pracy niewolników.
W piaskach południa, wśród płodnej nędzy rodzą się wiecznie inne
plemiona - żywe - które wyruszą na podbój tamtych martwych bogactw. Nie
lubię tych, co mają serca osiadłych. Ci, co w nic się nie przemieniają,
nie stają się sobą. Życie nie da im dojrzałości. A czas przepływa dla
nich jak piasek przez palce i niesie zgubę. I cóż mogę w ich imieniu dać
Bogu?
Poznałem ich nędzę w tych chwilach, kiedy naczynie pęka, nim zostało
dopełnione. Bo śmierć starca, który cały przemienił się i stał się
ziemią, jest tylko cudem: to tak jakby składano w ziemię niepotrzebne
już narzędzie. Wśród moich ludzi widziałem także dzieci zagrożone
śmiercią, dyszące bez słowa, z półprzymkniętymi oczami, w których pod
osłoną ogromnych rzęs kryła się resztka żaru. Bo zdarza się, że Bóg,
podobny do żniwiarza, ścina kwiaty wmieszane w jęczmień. A przyniósłszy
snop bogaty w ziarno, znajduje w nim także ten nadmiar daremny.
Ludzie mówili, że umiera dziecko Ibrahima. Poszedłem więc, nierozpoznany
przez nikogo, powoli do domu Ibrahima, wiedząc, że ten, kto zamyka się w milczącej miłości, poprzez złudzenia ludzkiej mowy, zaczyna rozumieć. A oni tak byli zajęci wsłuchiwaniem się w to, jak dziecko umiera, że nie
zwrócili na mnie uwagi.
W domu mówiono cicho i stąpano ledwo suwając papuciami, jakby był tu
ktoś bardzo wylękniony, kogo by mógł spłoszyć każdy głośniejszy dźwięk.
Ludzie nie śmieli poruszać się, otwierać czy zamykać drzwi, jakby
chroniąc drżący płomyk zapalony w lampce oliwnej. Kiedy zobaczyłem
dziecko, wiedziałem od razu, że odchodzi, bo oddech miało krótki,
piąstki zaciśnięte, jakby czepiało się kurczowo galopującej w nim
gorączki, i oczy uparcie zamknięte, które nie chciały patrzeć. I dojrzałem ludzi dokoła, jak próbowali je oswoić, tak jak oswaja się małe
dzikich zwierząt. Drżącą ręką podsuwano mu czarkę z mlekiem. Może
zapragnie mleka i powstrzyma je ten miły zapach i zacznie pić. Wtedy da
się nawiązać z nim kontakt jak z gazelą, która skubie trawę z ręki. Ale
ono było wciąż poważne i niewzruszone. Nie mleka potrzebowało. Wtedy
staruszki cicho, cichutko, tak jak wabi się synogarlice, zaczęły mu
nucić jego ulubioną piosenkę - tę o dziewięciu gwiazdach, co się kąpały
w źródle - ale ono widocznie było już za daleko i nie słyszało. Uciekało
i nie zamierzało zawrócić z drogi. Takie było niepoczciwe: umierało.
Zaczęto wtedy żebrać u niego o jeden bodaj gest, o spojrzenie, które
podróżny, nawet śpiesząc się, rzuca przyjaciołom..., o jakiś znak
wdzięczności. Obracano je na łóżku, ocierano mu twarz z potu, zmuszano,
aby piło - a to wszystko być może po to, aby je zbudzić ze śmierci.
Odszedłem od nich, a oni wciąż byli zajęci zastawianiem pułapek,
czyhaniem na nie, żeby wróciło do życia. Ach, jak łatwo dali się podejść
temu dziewięcioletniemu dziecku! I podsuwali mu zabawki, żeby je spętać
szczęściem. Ale ono, nieubłagane, odsuwało je małą rączką, kiedy
kładziono je za blisko, jak ktoś, kto rozchyla gąszcze, żeby mu nie
przeszkadzały w pędzie.
Cofnąłem się zatem na próg. Był to taki przelotny moment, jeden błysk,
jedno, wśród tylu innych, spojrzenie na miasto. Jakieś dziecko zawołane
tu przez pomyłkę uśmiechnęło się, odpowiedziało na wołanie. I za chwilę
znów odwróciło się do ściany. Obecność dziecka, kruchsza niż obecność
ptaka... a ja patrzyłem, jak milkną, żeby oswoić tamto dziecko, które
umiera.
Szedłem wzdłuż uliczki. Słyszałem przez drzwi, jak kłoś łaje służące.
Porządkowano, szykowano bagaże w innym domu, gdzie ktoś wyruszał nocą w podróż. Nie interesowało mnie, czy łajania były słuszne, czy nie.
Słuchałem tylko namiętnego głosu. A dalej, pod studnią, płakała mała
dziewczynka, zakrywając sobie ramieniem twarz. Położyłem jej łagodnie
dłoń na włosach i podniosłem ku sobie twarzyczkę, ale nie spytałem o powód smutku, bo wiedziałem, że ona go znać nie może. Bo smutek rodzi
się zawsze z czasu, który upływa, a nie zostawia owocu. Jest smutkiem
uciekających dni albo zgubionej bransolety: czasu zabłąkanego, albo
smutkiem po śmierci brata, to jest czasem, który jest już nieprzydatny.
A ona, kiedy będzie starsza, będzie się smucić odejściem kochanka, które
- choć o tym wiedzieć sama nie będzie - oznacza zagubioną drogę do
rzeczywistości, do czajnika z wodą i zamkniętego domu, i dzieci, którym
trzeba dać jeść. A czas zacznie nagle przepływać przez nią,
bezużyteczny, jak piach w klepsydrze.
Wtem ukazała się na progu kobieta promieniejąca uśmiechem i spojrzała mi
w twarz, pełna radości, może dlatego, że dziecko usnęło albo że zupa
jest smaczna i wonna, albo po prostu, że ktoś wrócił do domu. Cały czas
stał się nagle jej własnością. A ja idąc dalej, minąłem znajomego szewca
bez nogi, który ozdabiał papucie cienką złotą nitką, i zrozumiałem, że
choć głosu mu już braknie, on śpiewa.
- Czymże się tak radujesz, człowieku?
Ale nie czekałem na odpowiedź, wiedząc, że odpowie nie to, co trzeba, że
zacznie mi opowiadać o zarobionych pieniądzach, o czekającym go posiłku
albo o odpoczynku. Bo nie wie, że jego szczęście płynie z tego, że swoje
życie przemienia w złociste papucie.
VII
Odkryłem także i inną prawdę. Oto że próżne jest złudzenie ludzi
osiadłych, którym zdaje się, że mogą spokojnie zamieszkiwać swoje
domostwa - a przecież wszelkie domostwo jest zagrożone. I tak świątynia,
którą zbudowałeś na górze, wydana północnemu wiatrowi, zniszczyła się z biegiem czasu jak stary drewniany dziób statku i zaczyna się zapadać.
Inną oblegają zewsząd piaski i powoli wezmą ją w posiadanie. Kiedyś
ponad jej fundamentami zobaczysz pustynię płaską jak morze. Podobnie
dzieje się z każdą budowlą, a przede wszystkim z moim niewidzialnym
pałacem, na który składają się owce i kozy, domostwa i góry; jest to
przede wszystkim dzieło mojej miłości, ale jeśli umrze król, którego
oblicze w nim się zawiera, gmach rozsypie się znowu w góry, owce,
domostwa i kozy. I zagubiony odtąd w różnorodności rzeczy będzie tylko
stosem bezładnie rzuconego budulca, możliwością dla trudu nowych
artystów. I ludzie z pustyni przyjdą odtworzyć nowe oblicze gmachu.
Przyjdą niosąc we własnych sercach to oblicze i zgodnie z nowym
znaczeniem ułożą dawne litery księgi.
I ja zrobiłem to samo.
Nie potrafię wyśpiewać całej waszej chwały, wspaniałe noce moich
wojennych wypraw. Zbudowawszy na dziewiczym piasku obóz w kształcie
trójkąta, szedłem na wzgórze czekając, aż zapadnie noc, i obejmując
wzrokiem tę czarną plamę niewiele większą od wioskowego placu, gdzie
pomieściłem moich żołnierzy, juczne zwierzęta i broń, rozmyślałem przede
wszystkim o jej kruchości. Istotnie, cóż nędzniejszego od tej garstki
półnagich ludzi pod niebieskim płótnem; grozi im nocny przymrozek, w którym zakrzepły już gwiazdy, grozi pragnienie, bo trzeba oszczędzać
wodę w bukłakach, przeznaczoną aż na dziewięć dni, grozi wiatr niosący
piasek, który zrywając się okazuje siłę buntu, a wreszcie grożą ciosy,
pod którymi ciało ludzkie okazuje się kruche jak owoc. I człowiek wtedy
do niczego jest już nieprzydatny. Cóż nędzniejszego niż te zawiniątka
niebieskiego płótna, tyle że twardsze, bo broń jest wewnątrz, nagie i wydane wrogiej równinie.
Ale cóż z tego, że tak kruche? Ja je związałem i nie pozwoliłem
rozproszyć się i zginąć. Już tym samym, że nakazałem na noc trójkątną
formę obozowiska, wyodrębniłem je pośród pustyni. Mój obóz był
zaciśnięty jak pięść. Widziałem też cedr wznoszący się pośród skalnych
usypisk, chroniący przed zagładą rozłożyste konary, bo cedr nie zna snu
i walczy nocą i dniem w głębi swego ciała, znajdując pokarm we wrogim
świecie fermentów grożących zniszczeniem. Cedr w każdej chwili buduje
swoje istnienie. Ja w każdej chwili budowałem moje domostwo, aby było
trwałe. l z tego zbiorowiska, które zwykły powiew gotów był rozproszyć,
kładłem podwaliny surowe i niezdobyte jak wieża obronna i odporne jak
dziób statku. A z obawy, aby obozowisko nie usnęło przysypane
niepamięcią, otoczyłem je strażami, które nasłuchiwały szmerów z pustyni. I podobnie jak cedr wchłania w siebie gruz usypisk, aby go
przemienić w drewno cedrowe, tak mój obóz żywił się nadchodzącymi z zewnątrz zagrożeniami. Niech będzie błogosławiona nocna wymiana pomiędzy
ludźmi; owi milczący posłańcy, których nikt nie widział, którzy
pojawiają się dokoła ognisk i przykucnąwszy opowiadają, jak jedne
plemiona kierują się na północ, inne, z południa, wyruszają w poszukiwaniu skradzionych wielbłądów, inne jeszcze rzuca na drogi
pogłoska o jakimś zabójstwie, a ci, co milczą pod płótnami namiotów,
snują plany i dumają nad nadchodzącą nocą. Błogosławieni ci, co
pojawiają się wokół naszych ognisk tak niespodziewanie i mówią swoim
milczeniem! A ich słowa są tak złowieszcze, że ogniska w jednej chwili
giną przysypane piaskiem, a ludzie rzucają się do strzelb i leżąc na
brzuchach, otaczają obozowisko wieńcem prochu.
Gdyż noc, ledwie zapadnie, już niesie ze sobą cuda!
I tak każdego wieczora patrzyłem na swój oddział tkwiący na wielkiej
równinie niczym statek, ale znieruchomiały; i widziałem, że w nowy dzień
wejdzie nietknięty i jak koguty o świcie pełny radosnego gwaru. W tym
momencie, kiedy kulbaczy się juczne zwierzęta, słychać jasne głosy
dzwoniące o chłód poranku jak miedź. A ludzie są wtedy jak pijani
likworem rodzącego się dnia, nabierają w płuca nowego powietrza i czują
ostry smak rozległych horyzontów.
Prowadziłem ich ku oazie, którą mieliśmy zdobyć. Ten, kto nie rozumie
ludzi, w samej oazie szukałby wyjaśnienia religii oazy. Ale ci, którzy
mieszkają w oazie, nic nie wiedzą o swojej siedzibie. Odnaleźć je trzeba
wśród bezdomnych nomadów, utrudzonych marszem przez piaski. Ja ich
uczyłem tej miłości.
Mówiłem im:
- Znajdziecie tam wonną trawę, szmer źródeł i kobiety o długich barwnych
welonach, które będą uciekać zalęknione jak stado zręcznych saren, które
będą jednak słodkie w uściskach, bo są stworzone na branki...
Mówiłem im dalej:
- Sądzą, że was nienawidzą, będą was odpychać i bronić się zębami i paznokciami. Ale żeby je poskromić, wystarczy dłoń owinąć w błękitnawe
sploty ich włosów!
Wystarczy - mówiłem - z łagodnością okazywać siłę, a przestaną się
wyrywać. Jeszcze będą zamykać oczy, żeby was nie widzieć, ale wasze
milczenie padnie na nie ciężarem jak cień orła. A wreszcie otworzą oczy,
żeby wam spojrzeć w twarz, a pod waszym spojrzeniem te oczy napełnią się
łzami.
Wy będziecie ich bezmiarem, jakże by więc was mogły zapomnieć?
A na koniec, i żeby ich upoić wizją tego raju, mówiłem:
- Zobaczycie tam gaje palmowe i różnobarwne ptaki... Oaza podda się wam,
bo macie w sercu cześć dla niej, a tymczasem ci, których z niej
wygnacie, nie są już jej godni. Nawet ich kobiety piorące bieliznę w strumieniu, który śpiewa na krągłych i białych kamykach, traktują to jak
smutną, przez wszystkich wykonywaną pracę, gdy w rzeczywistości jest to
święcenie święta. Ale wy, stwardniali wśród piasków i spaleni słońcem, o skórze słonej od palącej skorupy słonych bagien, poślubicie je i trzymając się pod boki będziecie patrzeć, jak piorą bieliznę u błękitnej
wody, i nasycać się będziecie swoim zwycięstwem.
Dzisiaj trwacie wśród piasków niby cedr, dzięki nieprzyjaciołom, co was
otaczają, i twardniejecie w bojach z nimi, ale zdobywszy oazę, będziecie
trwać w oazie, gdyż ona nie jest dla was schronieniem, w którym człowiek
zamyka się i zapomina o wszystkim, ale ustawicznym zwycięstwem nad
pustynią.
Zwyciężyliście tych ludzi, bo oni, zadowoleni z posiadanych bogactw,
zasklepili się w swoim egoizmie. W wieńcu piaskowych wydm, które
napierały na nich zewsząd, widzieli tylko ozdobę oazy i kpili ze
śmiałków, którzy chcieliby ich stąd usunąć, aż w końcu od granic tej
ziemi bogatej w źródła odwołano senne straże. Oni zastygli w złudzeniu
szczęścia, jakim napełniały ich posiadane dobra. A przecież szczęście to
tylko namiętne czyny i ta satysfakcja, którą daje tworzenie. Ci, co nie
przemieniają swego życia w nic poza sobą i od innych otrzymują
pożywienie, choćby najdelikatniejsze i najwyborniejsze, ci o wytwornych
umysłach, którzy słuchają obcych poematów nie pisząc własnych,
korzystają z oazy, ale nie dają jej życia i korzystają z tworzonych
przez innych pieśni, ci ludzie sami się przywiązują do koryt stajennych
i nie różniąc się już od bydła, gotowi są przyjąć los niewolników.
Powiedziałem im też:
- Kiedy zdobędziecie oazę, nic istotnego nie zmieni się w waszym życiu.
To tylko inny sposób obozowania na pustyni. Bo moje królestwo jest
zewsząd zagrożone. Jego tworzywo to nie zwykłe zbiorowisko kóz, owiec,
domów i gór; lecz jeśli zerwie się ta więź, która je łączy w jedno, nie
zostanie nic, tylko części oddzielne, wydane na łup.
VIII
Wydało mi się, że ludzie mają mylne zdanie na temat szacunku. Gdyż ja
zajmowałem się wyłącznie prawami Boga poprzez człowieka. Oczywiście,
nawet żebraka, nie przeceniając jego znaczenia, traktowałem zawsze jak
ambasadora Boga.
Ale nie uznawałem praw żebraka i jego wrzodów, i jego szpetoty,
czczonych w sobie tylko jak idole.
Nie spotkałem czegoś równie odrażającego jak pewna dzielnica miasta
zbudowana na stoku wzgórza, która jak ściek spływała aż ku morzu. Z wychodzących na uliczki korytarzy wylewało się w bezkształtnych kłębach
tchnienie zarazy. A zamieszkujące tu męty wyłaniały się z tej gąbczastej
głębi tylko po to, żeby wzajemnie się przeklinać, ale głosem zdławionym
i pozbawionym prawdziwej złości, podobnie jak lekkie bańki pękają od
czasu do czasu na powierzchni bagna.
Widziałem trędowatego, jak śmiał się grubym śmiechem i ocierał oko
brudną szmatą. Był przede wszystkim wulgarny i nikczemnie drwił sam z siebie.
Mój ojciec postanowił podpalić tę dzielnicę. Wtedy to stado, przywiązane
do swoich zgniłych poideł, zaczęło się burzyć i powoływać się na swoje
prawa. Prawa do trądu i zgnilizny.
- To naturalne - powiedział ojciec - bo według nich sprawiedliwość jest
utrzymywaniem tego, co było.
A oni krzyczeli o swoich prawach do życia w brudzie.
- Jeśli pozwolisz, by robactwo się rozmnożyło - ciągnął ojciec - rodzą
się prawa robactwa. Oczywiście. I rodzą się piewcy, którzy będą je
wysławiać. Będą śpiewać o tym, jak potężny patos jest w zagrożeniu
robactwa jego wyniszczeniem.
- Sprawiedliwość... - powiadał ojciec - trzeba wybierać: sprawiedliwość
dla archanioła czy dla człowieka? Sprawiedliwość dla rany czy dla
zdrowego ciała? Dlaczego miałbym słuchać tego, kto przemawia do mnie w imieniu trawiącej go zarazy?
- Natomiast będę go leczył ze względu na Boga. Bo i on jest mieszkaniem
Boga. Ale nie wedle jego pragnień, które wyrażają tylko jego chorobę.
- Kiedy go obmyję, oczyszczę i nauczę, wówczas jego pragnienie odmieni
się, a on sam zaprze się tego, czym był przedtem. I dlaczego miałbym być
sojusznikiem tego, czego on sam z czasem się wyprze? Dlaczego miałbym
spełniać pragnienie trędowatego o niskim umyśle i wzbraniać mu, żeby się
odrodził i wypiękniał?
Dlaczego miałbym przyznawać rację temu, co jest, przeciw temu, co
będzie? Temu, co wegetuje, przeciw temu, co rośnie w moc?
- Sprawiedliwość - ciągnął dalej ojciec - wedle mnie jest poszanowaniem
człowieka, który otrzymał skarb, w imię tego skarbu. Tak samo szanuję
samego siebie. Bo on, jak i ja sam, jest odbiciem tego samego światła.
We mnie jest ono równie mało widoczne jak w nim. Sprawiedliwe jest
traktować go jako narzędzie i jako drogę. A miłosierne - pomagać mu, aby
zrodził sam siebie.
A pośród tych ścieków spływających w morze, pośród tej zgnilizny,
ogarnia mnie smutek. Obraz Boga jest tu tak zniekształcony... Oczekuję
od nich jakiegoś znaku, że są ludźmi, i nie otrzymuję go.
- A przecież widziałem i takich - odparłem ojcu - co dzielą się chlebem,
pomagają jeszcze bardziej choremu dźwigać jakieś worki albo litują się
nad słabującym dzieckiem.
- Wszystko jest u nich wspólne - odparł ojciec - i z tego zmieszania
czynią miłosierdzie. To, co nazywają miłosierdziem. Dzielą się między
sobą. Ale pakt, do którego są zdolne także szakale zebrane wokół
ścierwa, wielbią jako wzniosłe uczucie. Chcieliby nas przekonać, że to
jest wielki dar! Ale wartość daru zależy od tego, komu się go daje. Tu
daje się temu, kto najniższy. Jak alkohol pijącemu pijakowi. Tu dar jest
chorobą. Ja natomiast daję zdrowie, odcinam chore członki ciała... i odpowiada mi nienawiść.
- Zdarza się także - dodał ojciec - że pełni miłosierdzia opowiadają się
za zgnilizną... Ale jeśli ja opowiadam się za zdrowiem?
- Kiedy ktoś ci ocali życie - mówił dalej - nie dziękuj nigdy. Nie
wyolbrzymiaj wdzięczności. Gdyż jeśli ten, co cię ocalił, oczekuje
twojej wdzięczności, musi mieć niską duszę; cóż on bowiem myśli? Że
tobie służył? Jeśli jesteś coś wart, to on broniąc cię służył przecież
Bogu. A ty zbyt mocno wyrażając wdzięczność, okazujesz zarazem brak
skromności i brak dumy. Bo ważne jest nie to, że tamten ocalił twój
błahy osobisty los, ale dzieło, z którym ty współpracujesz i które się
opiera na tobie. A ponieważ on jest poddany temu samemu dziełu, nie masz
mu co dziękować. On podziękowanie znajdzie we własnym trudzie, którym
cię ocalił. Na tym polega jego współdziałanie z owym wielkim dziełem.
Brakuje ci także dumy, jeśli ulegasz najniższym uczuciom. Jeśli
pochlebiasz jego miłości, czyniąc z siebie niewolnika. Bo gdyby był
szlachetny, odrzuciłby twoją wdzięczność.
- Nie obchodzi mnie nic więcej - powiadał ojciec - poza tym cudownym
współdziałaniem jednych poprzez drugich. Posługuję się tobą tak, jak się
posługuję kamieniem. Ale czy kto wyraża wdzięczność kamieniowi za to, że
stał się fundamentem świątyni?
Oni nie współdziałają w niczym, zajęci tylko sobą. Ten wylewający się do
morza ściek nie żywi pieśni ani nie rodzi marmurowych posągów, ani
żołnierzy przyszłych podbojów. Im chodzi tylko o to, żeby jak najlepsze
pakty zawrzeć dla podziału zapasów. Ale nie daj się oszukać. Te zapasy
niosą większe niebezpieczeństwo niż głód.
Oni wszystko podzielili na dwie pory: porę podboju i porę cieszenia się
zdobyczą. Czy widziałeś, żeby drzewo rosło, a wyrósłszy pyszniło się, że
jest drzewem? Drzewo zwyczajnie rośnie. Powiadam tobie: ci, co
dokonawszy podboju prowadzą teraz życie osiadłe, są już martwi...
W moim królestwie miłosierdziem jest współdziałanie.
Nakazuję więc, żeby chirurg w męce przebywał pustynię, jeśli komuś tam,
daleko, może przywrócić sprawność ciała, które jest narzędziem. Nawet
jeśli chodzi o zwykłego kamieniarza, ale któremu do tłuczenia kamieni
potrzebna jest sprawność muskułów. I nawet jeśli chirurg jest mistrzem w swoim zawodzie. Bo nie chodzi o to, aby czcić przeciętność, ale żeby
naprawić narzędzie. Oni obaj zaś są w służbie jednego mistrza. Podobnie
jest z tymi, którzy chronią kobiety brzemienne i pomagają im. Niegdyś
było to ze względu na oczekiwanego syna i one jemu służyły swoimi
wymiotami i bólami. I kobieta nie dziękowała, chyba że w imieniu syna.
Ale dziś domagają się pomocy ze względu na własne wymioty i bóle. Gdyby
tylko o nie chodziło, oddaliłbym je, bo wymioty są czymś szpetnym. Ale
naprawdę ważne jest tylko jedno: to, co się nimi posługuje; i dlatego
nie mają za co dziękować. Bo i ten, co im pomaga, i one same, służą
tylko sprawie narodzin i podziękowania nie mają tu sensu.
Podobnie generałowi, gdy ten go przyszedł odwiedzić, ojciec mój rzekł:
- Ciebie samego mam za nic! Jesteś wielki tylko ze względu na królestwo,
któremu służysz. Każę ci oddawać cześć, ażeby poprzez ciebie ludzie
oddawali cześć królestwu.
Ale widziałem także dobroć ojca.
- Nie wolno - powiadał - upadlać kogoś, kto odgrywał znaczną rolę i spotykał się z ludzką czcią. Nie wolno wyzuwać z panowania kogoś, kto
panował, ani zamieniać w żebraka kogoś, kto żebrakom dawał jałmużnę, bo
czyniąc tak niszczysz jakby szkielet i kształt twojego statku. Dlatego
stosuję karę wedle miary winnego. Tych, którym nadałem szlachectwo,
skazuję na śmierć, jeśli przewinili, ale nie zamieniam ich w niewolników. Pewnego dnia spotkałem księżniczkę, która była teraz
praczką. Towarzyszki wyśmiewały się z niej: "Gdzież twoje królestwo,
praczko? Mogłaś kazać nam głowy pościnać, a teraz my możemy bezkarnie
obrzucać cię brudnymi przekleństwami... To jest sprawiedliwość!". Bo
sprawiedliwość według nich to zrównanie.
Praczka milczała. Upokorzona we własnym imieniu, ale przede wszystkim w imieniu czegoś większego niż ona sama. Zmartwiała i blada pochylała się
nad praniem. A towarzyszki bezkarnie potrącały ją i szturchały. Nie było
w niej nic, co by prowokowało do takiej złości, bo była ładna, spokojna
w ruchach i cicha. Zrozumiałem, że towarzyszki nie z tej kobiety drwiły,
ale z jej upadku. Bo człowiek gotów rozszarpać tego, komu zazdrościł,
jeśli mu wpadnie w pazury. Wezwałem ją przed swoje oblicze:
- Nie wiem o tobie nic poza tym, żeś kiedyś panowała. Poczynając od dziś
będziesz miała prawo życia i śmierci nad twoimi towarzyszkami z pralni.
Oddaję ci twoje panowanie. Idź.
A kiedy odzyskała dawne swe miejsce, wywyższona ponad zwykły tłum, nie
raczyła nawet pamiętać o doznanych obrazach. A kobiety z pralni, nie
mogąc już żywić niskich uczuć widokiem jej poniżenia, żywiły odtąd
podziw dla jej szlachetności i szanowały ją. Urządziły wielką
uroczystość na cześć jej powrotu do panowania, a kiedy przechodziła,
skłaniały się, czując się szlachetniejsze przez to, że niegdyś ją
dotykały.
- Dlatego - mówił ojciec - nie będę wydawał książąt na wyzwiska tłuszczy
ani na brutalność więziennych strażników. Każę ich ściąć w wielkim
amfiteatrze, przy dźwiękach złotych trąb.
- Jeśli kto poniża drugiego - powiadał mój ojciec - sam ma niską duszę.
Mówił mi także:
- Nigdy władca nie będzie poddany sądom swoich poddanych.
IX
Mówił mi także ojciec:
- Każ im budować razem wieżę, a uczynisz z nich braci. Ale jeśli chcesz,
żeby się znienawidzili, rzuć im ziarna.
I tak mówił:
- Niech mi przede wszystkim przynoszą owoc swojej pracy. Niech rzeka
ziarna przez nich zebranego popłynie do moich szop. Niech we mnie
pobudują swoje spichrze. Chcę, żeby to na moją chwałę młócili zboże, aż
tryskać będzie dokoła złota plewa. Bo wtedy praca, która była czynnością
dla zdobycia pożywienia, staje się pieśnią. Bo wtedy mniej się trzeba
użalać nad tymi, co zgięci wpół dźwigają ciężkie worki do młyna. Albo
odnoszą je z powrotem, ubieleni mąką. Ciężar worka nadaje im większy
wymiar: wymiar modlitwy. A jak radośnie się śmieją, niosąc snop niby
kandelabr, najeżony kłosami, sypiący złotem. Albowiem cywilizacja
zbudowana jest na tym, czego od ludzi wymaga, a nie na tym, czego im
dostarcza. Tak jest i ze zbożem: ludzie wracają ze żniw utrudzeni i żywią się nim. Ale nie to jest istotne dla człowieka. Nie ze zboża się
bierze to, co jest pożywieniem serc. Ale z tego, co zbożu dają z siebie.
Bo jeszcze raz powiadam: godne pogardy są ludy, które deklamują wiersze
przez innych ułożone lub sprowadzają płatnych architektów, aby budowali
im miasta. Nazywam je ludami osiadłymi. I nie widzę nad ich głowami tej
aureoli złotego pyłu, jaki sypie się z młóconego zboża. Bo słuszne jest,
abym równocześnie dostawał i dawał, przede wszystkim po to, żebym dalej
mógł dawać. Błogosławię wymianie darów, bo ona pozwala iść dalej i dawać
więcej. I choć ciału pozwala trwać to, co jest nam zwracane, serce żywi
się samym dawaniem.
Widziałem, jak tancerki komponują swoje tańce. To jasne, że taniec w jakimś momencie jest stworzony i zatańczony, i że nikt nie może wziąć
owocu tej pracy i uczynić z niego zapasu. Taniec mija jak pożar. A jednak uważam za cywilizowany lud, co układa swoje tańce, chociaż nie
przynoszą one zbiorów, które można by złożyć w spichrzach. A za
prymitywny uważam lud, który ustawia na półkach choćby najwytworniejsze
przedmioty zrodzone z cudzej pracy, podczas gdy on jest zdolny tylko
upajać się ich doskonałością.
- Człowiek - mówił mi ojciec - jest przede wszystkim twórcą. A braćmi są
tylko ci, co wspólnie pracują. I żyć będą tylko ci, którzy nie znajdują
pokoju w nagromadzonych zapasach.
Pewnego dnia ktoś wyraził wątpliwość:
- Co nazywasz tworzeniem? Bo jeśli chodzi o znaczące wynalazki, tylko
niewielu jest do tego zdolnych. Mówisz więc o nielicznych. A inni?
Na co ojciec odparł:
- Tworzyć to czasem również pomylić krok w tańcu albo błędnie ciąć
dłutem w kamieniu. Przydatność gestu niewielkie ma znaczenie. Ślepcze,
co przytykasz nos do oglądanego dzieła: wysiłek twórcy wydaje ci się
jałowy; ale odstąp parę kroków do tyłu. Spojrzyj z większej odległości
choćby na ruch uliczny w pewnej dzielnicy miasta. Widzisz tylko jedno:
wielkie ożywienie i złoty pył pracy. Nie dostrzegasz tych gestów, które
nic nie dały. Gdyż ludzie, pochyleni każdy nad swoją robotą, każdy jak
potrafi, budują pałace i cysterny, i wiszące ogrody. Dzieła rodzą się
niezawodnie z czarodziejstwa ich palców. I powiadam ci, że rodzą się
zarówno z ruchów niezręcznych, jak i ze skutecznych: bo nie można
dzielić człowieka i jeśli będziesz chciał mieć tylko wielkich
rzeźbiarzy, nie będziesz miał wielkich rzeźbiarzy. Kto byłby tak
szalony, żeby wybierać zawód dający równie mało szans na zdobycie
środków do życia. Wielki rzeźbiarz rodzi się z tej gleby, którą tworzą
pośledni rzeźbiarze. Oni są dla niego jak schody, oni go wynoszą w górę.
A zapał tańca wymaga, aby tańczyli wszyscy - nawet ci, co tańczą kiepsko
- w przeciwnym razie nie ma zapału, tylko skamieniałość i sztuczność, i spektakl pozbawiony większego znaczenia.
Nie potępiaj błędów tak, jak to robi historyk, który osądza minioną
epokę. Kto będzie robił wyrzuty cedrowi, że jest dopiero nasieniem albo
łodyżką, pochylonym pędem? Poczekaj. Spośród pomyłek i błędów wyrośnie
cedrowy las, z którego w wietrzne dni jak dym kadzidła będą ulatywać
ptaki. Na koniec zaś ojciec mówił mi jeszcze tak:
- Powiedziałem ci przecież: Jeden się myli, drugiemu się udaje - niech
cię te różnice nie trapią. Naprawdę żyzne jest bowiem wielkie
współdziałanie: jedno stające się dzięki drugiemu. Ruch nieudany służy
temu, który jest bezbłędny.
A udany - pokazuje cel, do którego oba wspólnie dążyły. Ten, kto
znajduje Boga, znajduje go dla wszystkich. Bo moje królestwo podobne
jest do świątyni, do której wszystkich wezwałem. Zaprosiłem, aby ją
budowali. Jest to więc ich świątynia. A jej narodziny dobywają z ludzi
ich najgłębszy sens. Obmyślają, jak ją przyozdobić złotem. A ten, co
myślał nad tym, ale bez skutku, też jest wynalazcą. Bo przede wszystkim
z zapału rodzi się nowa świetność świątyni.
Kiedy indziej mówił mi tak:
- Nie obmyślaj królestwa, w którym wszystko by było doskonałe. Wytrawny
gust to cnota strażnika muzeum. Jeśli będziesz lekceważył zły gust, nie
doczekasz się ani malarstwa, ani tańca, ani pałacu, ani ogrodów.
Będziesz jak ten, co się brzydzi i boi brudnej pracy na ziemi. Uwolnisz
się od lęku, ale za cenę doskonałości i pustki. Obmyślaj takie
królestwo, w którym wszystko byłoby po prostu przeniknięte zapałem.