Twarze Marilyn Monroe - Sarah Churchwell

-
Proszę czekać

WPRO­WA­DZE­NIE

"Sta­le zde­rza­my się z podświa­do­mo­ścią in­nych lu­dzi".

Ma­ri­lyn Mon­roe, wy­wiad dla "Life",3 sierp­nia 1962

Ma­ri­lyn Mon­roe, 1956.

.

W nocy 4 sierp­nia 1962 roku Ma­ri­lyn Mon­roe zma­rła w wy­ni­ku przedaw­ko­wa­nia bar­bi­tu­ra­nów. Sta­ło się to w sy­pial­ni jej no­we­go domu - pierw­sze­go, któ­ry na­le­żał tyl­ko do niej - w Bren­two­od w Ka­li­for­nii, przy Fi­fth He­le­na Dri­ve nu­mer 12305. Bez­pre­ten­sjo­nal­ny bun­ga­low w sty­lu hisz­pa­ńskim ku­pi­ła nie­wie­le wcze­śniej. La­tem 1962 roku, po trzech roz­wo­dach, miesz­ka­ła sama. Jej na­gie cia­ło le­ża­ło w łó­żku. Nie zo­sta­wi­ła żad­ne­go li­stu, jed­nak na sto­li­ku obok po­sła­nia zna­le­zio­no kil­ka­dzie­si­ąt, w wi­ęk­szo­ści pu­stych, opa­ko­wań po pi­gu­łkach. Kie­dy na miej­sce do­tar­li po­li­cjan­ci, po­ko­jów­ka Mon­roe wła­śnie ro­bi­ła pra­nie. Wkrót­ce za­częły się po­ja­wiać sprzecz­ne wer­sje tego, co wy­da­rzy­ło się po­mi­ędzy go­dzi­ną dwu­dzie­stą 4 sierp­nia a czwar­tą dwa­dzie­ścia pięć rano 5 sierp­nia, gdy we­zwa­no po­li­cję.

Wraz z upły­wem cza­su i ko­lej­ny­mi ze­zna­nia­mi ta i tak za­gma­twa­na hi­sto­ria sta­wa­ła się co­raz bar­dziej nie­ja­sna i cha­otycz­na. Ni­g­dy nie roz­wi­kła­no tych sprzecz­no­ści, dla­te­go wci­ąż się sze­rzą, fak­ty mie­sza­ją się ze spe­ku­la­cja­mi, opi­nia­mi i oska­rże­nia­mi. Ko­ro­ner jako przy­czy­nę śmier­ci po­dał "praw­do­po­dob­ne sa­mo­bój­stwo", jed­nak mit po­szu­ku­je pew­no­ści. Wci­ąż po­ja­wia­ją się nowe przy­pusz­cze­nia i obiet­ni­ce osta­tecz­ne­go usta­le­nia praw­dy - in­nej niż do­tych­cza­so­wa. Naj­częściej pro­wa­dzi to do dal­sze­go za­gęsz­cze­nia sie­ci aneg­dot i hi­po­tez, a kon­ku­ru­jące ze sobą mity sta­ły się je­dy­ną praw­dą, jaką zna­my.

We­dług nie­któ­rych opo­wie­ści Ma­ri­lyn za­bi­ła się z roz­pa­czy - przy­czy­ną miał być ko­niec ka­rie­ry lub nie­szczęśli­wy ro­mans. Inni twier­dzą, że ni­g­dy nie czu­ła się szczęśliw­sza: jej ka­rie­ra kwi­tła, a ona pla­no­wa­ła ślub. Wi­ęk­szo­ść hi­sto­rii za­wie­ra jed­nak wątek kry­mi­nal­ny, a to­żsa­mo­ść spraw­cy sta­le się zmie­nia. Naj­częściej wska­zu­je się na mężczyzn z rodu Ken­ne­dych (nie tyl­ko Joh­na i Ro­ber­ta, lecz ta­kże ich ojca, Jo­se­pha), ale jako po­ten­cjal­ni spraw­cy wy­stępu­ją ta­kże: ma­fia, Jim­my Hoff, CIA, J. Ed­gar Ho­over i FBI albo ko­mu­ni­ści (jed­ni ob­wi­nia­ją Chrusz­czo­wa, inni - Ca­stro). We­dług nie­któ­rych wer­sji za­bój­cą był psy­chia­tra ak­tor­ki, a we­dług in­nych - po­ko­jów­ka. To mor­der­stwo. Nie, to wy­pa­dek. Znisz­czy­li ją po­tężni mężczy­źni, któ­rzy nią ma­ni­pu­lo­wa­li. Ależ nie, sama oka­za­ła się swo­im naj­wi­ęk­szym wro­giem.

Od­mien­ne za­ko­ńcze­nia hi­sto­rii, ró­żni­ących się w klu­czo­wych ele­men­tach - wszyst­kie one jed­nak sta­wia­ją so­bie za cel uka­za­nie praw­dzi­wych lo­sów Ma­ri­lyn Mon­roe.

Au­to­rzy tych opo­wie­ści wca­le nie mu­szą być zwo­len­ni­ka­mi teo­rii spi­sko­wych. Naj­wa­żniej­sze bio­gra­fie Mon­roe uwzględ­nia­ją ró­żne wer­sje jej śmier­ci, a wie­lu sza­no­wa­nych au­to­rów bie­rze pod uwa­gę wa­riant, że Ma­ri­lyn mo­gła zo­stać za­mor­do­wa­na. Po afe­rze Pro­fu­mo, Wa­ter­ga­te, po Wiet­na­mie, Iran-Con­tras i ro­man­sie Clin­to­na z Le­win­sky oska­rże­nia o tu­szo­wa­nie skan­da­li na naj­wy­ższych szcze­blach wła­dzy sta­ły się ele­men­tem ży­cia po­li­tycz­ne­go - nikt już nie uwa­ża, że to tyl­ko wy­my­sły pa­ra­no­ików. W swo­jej "bio­gra­fii ro­dem z po­wie­ści" z 1973 roku, za­ty­tu­ło­wa­nej Ma­ri­lyn, Nor­man Ma­iler roz­wa­żał wer­sję mor­der­stwa Mon­roe i ana­li­zo­wał jej śmie­rć pod kątem "po­li­tycz­nej staw­ki", by osta­tecz­nie przy­znać, że trud­no zna­le­źć do­wo­dy na za­bój­stwo. Nie­mal trzy­dzie­ści lat pó­źniej w po­wie­ści bio­gra­ficz­nej Blon­dyn­ka Joy­ce Ca­rol Oates ob­ci­ąża od­po­wie­dzial­no­ścią za śmie­rć Mon­roe "snaj­pe­ra" pra­cu­jące­go dla "Agen­cji", któ­ry nie wie, dla­cze­go ma ją za­bić, i zresz­tą nie dba o to. Mor­der­stwo zle­ci­li przy­ja­cie­le "R.F." albo jego wro­go­wie (na­zwa­nie za­bój­cy "snaj­pe­rem" ma się za­pew­ne ko­ja­rzyć ze śmier­cią J.F.K., po­nie­waż snaj­per u Oates do ni­ko­go nie strze­la, tyl­ko za­bi­ja Ma­ri­lyn śmier­cio­no­śnym za­strzy­kiem. Au­to­rzy, któ­rzy wie­rzą w wer­sję z mor­der­stwem - albo przy­naj­mniej gra­ją tą mo­żli­wo­ścią - upa­tru­ją mo­ty­wu w ro­man­sie z Ro­ber­tem Ken­ne­dym, cho­ciaż ta teo­ria ni­g­dy nie zo­sta­ła udo­wod­nio­na i część bio­gra­fów Mon­roe od­rzu­ca ją jako bez­pod­staw­ną.

Co wy­da­rzy­ło się na­praw­dę? I jak to mo­żli­we, że nie wie­my wszyst­kie­go o jed­nej z naj­wi­ęk­szych gwiazd w hi­sto­rii?

Ni­ko­go nie dzi­wi, że śmie­rć Ma­ri­lyn Mon­roe po­zo­sta­je spra­wą kon­tro­wer­syj­ną. Bar­dziej za­ska­ku­je fakt, że oko­licz­no­ści zgo­nu nie są je­dy­nym nie­ja­snym ele­men­tem tej hi­sto­rii. Bio­gra­fia Ma­ri­lyn Mon­roe pe­łna jest nie­pew­no­ści: wie­my o niej mniej, niż mo­gli­by­śmy przy­pusz­czać. Cho­ciaż była to jed­na z naj­słyn­niej­szych, naj­częściej fo­to­gra­fo­wa­nych i opi­sy­wa­nych osób w dwu­dzie­stym stu­le­ciu, jej ży­cie sta­no­wi dla nas wi­ęk­szą ta­jem­ni­cę niż losy wie­lu po­sta­ci hi­sto­rycz­nych sprzed wie­ków.

Nie cho­dzi tyl­ko o to, że bio­gra­fo­wie Ma­ri­lyn Mon­roe nie są zgod­ni co do od­po­wie­dzi na naj­bar­dziej dra­żli­we py­ta­nia do­ty­czące jej ży­cia, cha­rak­te­ru i do­świad­czeń. Często w ogó­le nie ak­cep­tu­ją ist­nie­nia od­mien­nych wer­sji. Uzna­ją za do­wie­dzio­ny fakt to, co inni na­zy­wa­ją kłam­stwem, i przed­sta­wia­ją do­my­sły jako pew­no­ść. Do­pie­ro po po­rów­na­niu kil­ku re­la­cji mo­że­my do­strzec te kon­tro­wer­sje, a po prze­czy­ta­niu wie­lu za­czy­na­my poj­mo­wać isto­tę spo­ru.

Po któ­rąkol­wiek z bio­gra­fii Ma­ri­lyn Mon­roe by­śmy nie si­ęgnęli, za­wsze po­ja­wia się ta­jem­ni­cza i za­gu­bio­na oso­bo­wo­ść, wo­kół któ­rej pe­łno jest nie­ja­sno­ści. Au­to­rzy obie­cu­ją, że roz­pro­szą wąt­pli­wo­ści, ujaw­nią ta­jem­ni­ce i od­szu­ka­ją za­gu­bio­ną du­szę. Jed­nak to wła­śnie licz­ne wer­sje hi­sto­rii ży­cia Ma­ri­lyn po­wo­du­ją to za­gma­twa­nie.

"Dla­cze­go by nie przy­jąć, że wszel­kie pro­ble­my zwi­ąza­ne z pi­sa­niem bio­gra­fii uświa­da­mia­my so­bie wła­śnie dzi­ęki Ma­ri­lyn Mon­roe?"[1] - pyta Nor­man Ma­iler z cha­rak­te­ry­stycz­ną dla sie­bie mie­szan­ką aro­gan­cji i wni­kli­wo­ści. Dla Ma­ile­ra pro­blem po­le­ga na tym, "czy czło­wie­ka mo­żna zro­zu­mieć dzi­ęki fak­tom z jego ży­cia". W przy­pad­ku Ma­ri­lyn nie mo­żna jed­nak na­wet bez­sprzecz­nie usta­lić tych fak­tów. Wie­le z tego, co wie­my o Mon­roe jako o oso­bie, wy­ni­ka z na­sze­go po­strze­ga­nia po­sta­ci Ma­ri­lyn.

Mit Ma­ri­lyn nie jest uni­ka­to­wy: mo­żna ją po­rów­nać (i rze­czy­wi­ście się to robi) do in­nych słyn­nych osób, któ­re uma­rły mło­do, któ­rych wi­ze­ru­nek sta­le jest po­wie­la­ny i o któ­rych ży­ciu krążą wci­ąż nowe opo­wie­ści. Wy­mie­nia­ny bywa Elvis, a nie­kie­dy do­łącza do nich Ja­mes Dean. Ale Ma­ri­lyn, iko­nę nad­ko­bie­co­ści, naj­częściej ze­sta­wia się z in­ny­mi ko­bie­ta­mi, a ra­czej to one są do niej po­rów­ny­wa­ne. Na przy­kład kie­dy w sierp­niu 1997 roku zgi­nęła ksi­ężna Dia­na, na ła­mach "New Sta­te­sman" na­pi­sa­no: "Umie­ra­jąc mło­do, u szczy­tu sła­wy, za­jęła miej­sce w świ­ętej trój­cy nie­śmier­tel­nych blon­dy­nek. Pi­ęk­niej­sza od niej Ma­ri­lyn Mon­roe przedaw­ko­wa­ła, odzia­na tyl­ko w Cha­nel nu­mer 5. In­te­li­gent­niej­sza Sy­lvia Plath uma­rła z gło­wą w ga­zo­wej ku­chen­ce, jak nie­dziel­na pie­czeń"[2]. Za ka­żdym ra­zem, gdy umie­ra wspa­nia­ła mło­da ko­bie­ta, po­rów­nu­je się ją do Ma­ri­lyn Mon­roe, nie­za­le­żnie od tego, czy była blon­dyn­ką - i idiot­ką - czy nie. Plath, któ­ra mia­ła blond wło­sy tyl­ko przez jed­no lato i ode­szła pół roku po Mon­roe, często na­zy­wa­na jest "Ma­ri­lyn Mon­roe li­te­ra­tu­ry". Na­wet Ja­nis Jo­plin, choć trud­no uznać ją za ja­sno­wło­są i choć z pew­no­ścią nie by­ła­by za­do­wo­lo­na z ta­kich pa­ra­le­li, z ja­kie­goś nie­ja­sne­go po­wo­du sta­ła się człon­ki­nią tego sto­wa­rzy­sze­nia zma­rłych ko­biet, któ­re za­ska­ku­jąco często łączy się z Ma­ri­lyn. Ana­li­za Bren­dy R. Si­lver Vir­gi­nia Wo­olf: Icon ko­ńczy się roz­dzia­łem za­ty­tu­ło­wa­nym Okrop­ne zwi­ąz­ki Vir­gi­nii Wo­olf z Ma­ri­lyn Mon­roe. Ma­ri­lyn po­rów­ny­wa­no z Evą Per­ón i Ma­ri­ną Cwie­ta­je­wą. A kie­dy zgi­nęła Dia­na, po­wró­ci­ły nie tyl­ko ze­sta­wie­nia obu ko­biet, lecz ta­kże me­lo­dia prze­wod­nia mitu, pio­sen­ka Can­dle in the Wind.

Ma­ri­lyn z sym­bo­lu sek­su zmie­ni­ła się w sym­bol ża­ło­by, z obiet­ni­cy wy­zwo­le­nia swo­jej płci - w prze­stro­gę przed za­gro­że­nia­mi wy­ni­ka­jący­mi z sa­mot­no­ści i bra­ku męskie­go wspar­cia. Trans­for­ma­cja ta do­ko­na­ła się głów­nie za spra­wą przed­sta­wia­nia wci­ąż na nowo hi­sto­rii jej ży­cia.

Licz­ne bio­gra­fie Ma­ri­lyn Mon­roe ró­żnią się nie­mal wszyst­kim, co mo­gło­by ją cha­rak­te­ry­zo­wać, po­cząw­szy od tego, w ja­kiej ska­li na­le­ży pi­sać o niej "pi­ęk­na i sław­na". Po­da­ją od­mien­ne wer­sje jej na­zwi­ska i ró­żną to­żsa­mo­ść ojca, nie zga­dza­ją się co do tego, czy fak­tycz­nie zo­sta­ła zgwa­łco­na w dzie­ci­ństwie, czy jej mat­ka - i ona sama - były zdro­we psy­chicz­nie, jaką mia­ła orien­ta­cję sek­su­al­ną, ilu do­ko­na­ła abor­cji, czy do­ta­rła na szczyt przez łó­żko, co łączy­ło ją z po­tężny­mi mężczy­zna­mi - Di­Mag­giem, Mil­le­rem, Ken­ne­dy­mi - oraz oczy­wi­ście jak zma­rła. W swo­jej ksi­ążce nie zaj­mu­ję się te­ma­ta­mi, co do któ­rych pa­nu­je zgo­da, ale kwe­stia­mi spor­ny­mi. To po­przez nie opo­wia­dam hi­sto­rię ży­cia Ma­ri­lyn, przy­gląda­jąc się new­ral­gicz­nym punk­tom, w któ­rych po­szcze­gól­ne wer­sje nie mogą albo nie chcą się zgo­dzić. Zaj­mu­je mnie nie­bez­piecz­na i za­ra­zem fa­scy­nu­jąca gra­ni­ca mi­ędzy fak­tem a fik­cją, mi­ędzy po­żąda­niem a po­gar­dą, mi­ędzy wie­dzą a wąt­pli­wo­ścia­mi. Przede wszyst­kim zaś bio­rę na cel wy­świech­ta­ne fra­ze­sy.

Bio­gra­fie Ma­ri­lyn obie­cu­ją praw­dę, ale zde­cy­do­wa­nie częściej na nowo prze­twa­rza­ją zna­ne in­for­ma­cje, opo­wia­da­jąc to, co już wie­my, za­spo­ka­ja­jąc ocze­ki­wa­nia czy­tel­ni­ków. Pro­po­nu­ją ob­ra­zy roz­po­zna­wal­ne i za­ko­rze­nio­ne w na­szej świa­do­mo­ści, któ­rym to­wa­rzy­szy z góry okre­ślo­na nar­ra­cja, sche­ma­tycz­ny wi­ze­ru­nek, słu­żący bu­do­wa­niu ste­reo­ty­pów do­ty­czących w tym przy­pad­ku jed­nost­ki, a nie gru­py. Pod­czas gdy obiek­ty kul­tu za­zwy­czaj są ide­ali­zo­wa­ne, ste­reo­ty­py mogą sta­no­wić re­cep­tę na lęk, nie­pew­no­ść i pro­blem tabu. Ist­nie­je sil­ny zwi­ązek mi­ędzy ste­reo­ty­pem a ob­ra­za­mi pa­to­lo­gii, cho­rób i bru­du (dla­te­go we­dług ste­reo­ty­pów an­ty­se­mic­kich Ży­dzi są nie tyl­ko chci­wi, lecz ta­kże "ośli­zgli"; we­dług ho­mo­fo­bicz­nych - ho­mo­sek­su­ali­ści są nie tyl­ko roz­wi­ąźli, ale umie­ra­ją na AIDS, a w ra­mach ste­reo­ty­pów mi­zo­gi­nicz­nych ko­bie­ty, któ­re zbyt często upra­wia­ją seks, na­zy­wa­ne są "szma­ta­mi", co rów­nież su­ge­ru­je brud, i tak da­lej). Wi­ze­ru­nek Ma­ri­lyn Mon­roe to po­łącze­nie przed­mio­tu po­żąda­nia oraz pa­to­lo­gicz­nej ko­bie­co­ści. Żądza i śmie­rć za­ra­zem.

Ste­reo­ty­py, fra­ze­sy i iko­ny to uprosz­cze­nia zwal­nia­jące nas z my­śle­nia. Wal­ka ze ste­reo­ty­pa­mi po­le­ga nie tyl­ko na ich od­wró­ce­niu, po­nie­waż ka­żdy ste­reo­typ sam w so­bie su­ge­ru­je prze­ci­wie­ństwo (na przy­kład "dzie­wi­ca/dziw­ka") i jest na tyle ela­stycz­ny, by oprzeć się kontr­przy­kła­dom. Ktoś, kto mówi: "Jak na blon­dyn­kę je­steś za­ska­ku­jąco mądra", ra­czej nie zmie­nia swo­je­go sto­sun­ku do blon­dy­nek.

Ma­ri­lyn Mon­roe uczest­ni­czy­ła w two­rze­niu swo­je­go wi­ze­run­ku, sta­ra­ła się do nie­go do­sto­so­wać, a po­tem bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła od­rzu­cić. Ste­reo­ty­py osta­tecz­nie oka­za­ły się sil­niej­sze.

Ma­ri­lyn Mon­roe nie sta­no­wi­ła przed­mio­tu mo­ich za­in­te­re­so­wań i wca­le nie wy­gląda­ło na to, żeby sy­tu­acja ta mia­ła się zmie­nić. Moje na­sto­let­nie ży­cie zdo­mi­no­wa­ły dwie ob­se­syj­ne mi­ło­ści (nie­ste­ty, żad­na nie do­ty­czy­ła ży­wej oso­by): do ksi­ążek oraz do sta­rych czar­no-bia­łych fil­mów. Kie­dy mia­łam czter­na­ście lat, Ma­ri­lyn w tech­ni­co­lo­rze w ogó­le mi się nie po­do­ba­ła: jej fil­my spra­wia­ły, że czu­łam się nie­swo­jo, cho­ciaż ni­g­dy tak na­praw­dę nie za­sta­na­wia­łam się dla­cze­go. Wie­dzia­łam tyl­ko, że wolę wy­ga­da­ne, dow­cip­ne, ubra­ne w spodnie bo­ha­ter­ki lat trzy­dzie­stych i czter­dzie­stych: Ka­tha­ri­ne Hep­burn, Ro­sa­lind Rus­sell, Ca­ro­le Lom­bard, Ire­ne Dun­ne. Ma­ri­lyn Mon­roe była tępa, roz­sz­cze­bio­ta­na i bez­rad­na. A poza tym dziw­nie ob­na­żo­na.

Kie­dy jed­nak za­częłam ba­dać po­stać Sy­lvii Plath i od­kry­łam, że rów­nie cie­ka­we, jak jej twór­czo­ść, jest to, co o niej pi­sa­no, za­uwa­ży­łam, że po­stać Ma­ri­lyn Mon­roe po­ja­wia się do­słow­nie na ka­żdym kro­ku. Jak na ko­goś tak try­wial­ne­go i ba­nal­ne­go oka­za­ła się za­ska­ku­jąco nie­ustępli­wa. Prze­czy­ta­łam jed­ną z jej bio­gra­fii, ale na wie­le py­tań nie zna­la­złam od­po­wie­dzi, prze­czy­ta­łam na­stęp­ną i po­ja­wi­ły się ko­lej­ne wąt­pli­wo­ści. Wkrót­ce sta­ło się ja­sne, że te luki i sprzecz­no­ści two­rzą wła­sną hi­sto­rię, a im wi­ęcej czy­ta­łam, tym sta­wa­ła się ona po­tężniej­sza i bar­dziej na­tar­czy­wa. W ko­ńcu prze­sło­ni­ła na­wet Plath.

Kie­dy lu­dzie do­wia­du­ją się, że pi­szę o Mon­roe, za­zwy­czaj za­kła­da­ją, że chcę jej bro­nić, po­ka­zać, że była nie­zro­zu­mia­nym ge­niu­szem, wy­bit­ną ak­tor­ką, fe­mi­nist­ką i ofia­rą. Nie je­stem pew­na, czy pa­su­je do niej któ­re­kol­wiek z tych okre­śleń. Z cza­sem za­częłam po­dzi­wiać jej fil­my i wi­ęk­szo­ść ak­tor­skich do­ko­nań (Pół żar­tem, pół se­rio już wcze­śniej sta­no­wił wy­jątek - ale w ko­ńcu to czar­no-bia­ły ob­raz, a rola Ma­ri­lyn w Jak po­ślu­bić mi­lio­ne­ra za­wsze mnie ba­wi­ła; w pew­nym mo­men­cie po­lu­bi­łam ta­kże kre­acje Ma­ri­lyn w Ksi­ęciu i ak­to­recz­ce oraz Przy­stan­ku au­to­bu­so­wym, cho­ciaż nie są to dzie­ła wy­bit­ne; poza tym wzru­sza­jąco za­gra­ła w Skłó­co­nych z ży­ciem, fil­mie, któ­ry uwa­żam za nie­zno­śnie okrut­ny). Mam na­dzie­ję, że by­cie nie­co spó­źnio­ną, a na­wet mało en­tu­zja­stycz­ną fan­ką po­mo­że mi w uczci­wy spo­sób oce­nić Mon­roe. Ale pod jed­nym względem je­stem szcze­gól­nie dra­żli­wa: nie­na­wi­dzę po­gar­dy, z jaką trak­tu­ją Ma­ri­lyn ci sami lu­dzie, któ­rzy pró­bu­ją sko­rzy­stać na jej po­pu­lar­no­ści. Dla­te­go mam na­dzie­ję, że przy­wo­łam ten aspekt po­sta­ci Ma­ri­lyn Mon­roe, któ­ry za­gu­bił się mi­ędzy jej wie­lo­ma ży­cio­ry­sa­mi, a któ­ry mnie za­sko­czył, po­nie­waż nie jest obec­ny w fil­mach: oka­zu­je się, że Ma­ri­lyn Mon­roe ta­kże by­wa­ła wy­ga­da­na, dow­cip­na i no­si­ła spodnie.

A może tyl­ko chcia­ła­bym tak my­śleć? Jesz­cze bar­dziej cie­ka­wią mnie bo­wiem wstyd, po­ni­że­nie i lęk, ja­kie sami wno­si­my do hi­sto­rii ko­bie­ty, któ­rą po­dob­no uwiel­bia­my. Z oso­bą Ma­ri­lyn Mon­roe wi­ąże się wie­le pro­ble­mów, a ta ksi­ążka, choć może ich nie roz­wi­ązu­je, przy­naj­mniej pró­bu­je je ob­ja­śnić.

Opo­wie­ść Ta­jem­ni­ce Ma­ri­lyn Mon­roe jest po­dzie­lo­na na dwie części: Two­rze­nie i Prze­two­rze­nie. Część pierw­sza to omó­wie­nie roz­wo­ju wi­ze­run­ku i bio­gra­fii Ma­ri­lyn Mon­roe. Roz­dział Two­rze­nie wi­ze­run­ku: 1946-1962 przed­sta­wia krót­ką hi­sto­rię Ma­ri­lyn jako gwiaz­dy. Za­czy­na się od ana­li­zy "Ma­ri­lyn" - sym­bo­lu - i uka­zu­je hi­sto­rię jego in­ter­pre­ta­cji (jako wcie­le­nia sła­wy, sek­su, re­kla­my), a ta­kże spo­sób kre­owa­nia w ów­cze­snych cza­so­pi­smach głów­ne­go nur­tu, zwłasz­cza "Life", "Time" i "Play­boyu". Wi­ze­ru­nek Ma­ri­lyn zo­stał stwo­rzo­ny przez dwa wi­zu­al­ne me­dia: fo­to­gra­fię i film. Roz­dział ko­ńczy się omó­wie­niem ich ewo­lu­cji.

Two­rze­nie ży­cia: 1946-2003 trak­tu­je o obec­no­ści fik­cji w ży­cio­ry­sach Ma­ri­lyn, po­cząw­szy od stu­dyj­nych bio­gra­fii z 1946 roku, przez pierw­szą "au­to­ry­zo­wa­ną" z 1960 roku, na­pi­sa­ną jesz­cze za ży­cia Mon­roe, aż po naj­now­sze po­zy­cje. Roz­dział opo­wia­da ta­kże o in­nych dzie­łach, któ­re mają przed­sta­wiać praw­dzi­wy wi­ze­ru­nek Ma­ri­lyn: au­to­bio­gra­fii, sztu­ce te­atral­nej, wspo­mnie­niach i po­wie­ściach. Pro­ble­ma­tycz­na "au­to­bio­gra­fia" My Sto­ry zo­sta­ła na­pi­sa­na przez ko­goś in­ne­go i wy­da­na po­śmiert­nie w 1974 roku. Jej były mąż, Ar­thur Mil­ler, stwo­rzył kil­ka wer­sji Ma­ri­lyn, a nie­któ­re fik­cyj­ne opo­wie­ści o jej ży­ciu, zwłasz­cza te au­tor­stwa Nor­ma­na Ma­ile­ra i Joy­ce Ca­rol Oates, po­zwa­la­ją so­bie na jesz­cze wi­ęk­szą swo­bo­dę.

Część dru­ga, Prze­two­rze­nie, sku­pia się na ży­cio­ry­sie Ma­ri­lyn, któ­ry wy­kre­owa­no po jej śmier­ci. Roz­dział Do wi­dze­nia, Nor­mo Je­ane: 1926-1946 ana­li­zu­je spo­sób, w jaki w bio­gra­fiach Ma­ri­lyn Mon­roe pi­sze się o pierw­szej po­ło­wie jej ży­cia, od na­ro­dzin w 1926 roku do zmia­ny imie­nia w 1946 - wy­da­rze­nia ze wszech miar sym­bo­licz­ne­go. Przy­glądam się zwłasz­cza kon­tro­wer­sjom do­ty­czącym jej praw­dzi­we­go na­zwi­ska, ro­dzi­nie po stro­nie ojca, po­gło­skom do­ty­czącym dzie­dzicz­nych cho­rób psy­chicz­nych, opo­wie­ściom o gwa­łcie bądź mo­le­sto­wa­niu w dzie­ci­ństwie oraz pierw­szym ma­łże­ństwie w wie­ku szes­na­stu lat. Po­mi­mo fa­scy­na­cji bio­gra­fów po­sta­cią Ma­ri­lyn duch Nor­my Je­ane wci­ąż na­wie­dza tę opo­wie­ść.

Od­kąd Ma­ri­lyn Mon­roe przej­mu­je ster, li­czy się tyl­ko jej cia­ło. Roz­dział czwar­ty, Naga praw­da: 1946-1952, za­czy­na się od po­bie­żne­go przyj­rze­nia się opi­som cia­ła Mon­roe, zwłasz­cza tym, w któ­rych jej pi­ęk­no uwa­ża­ne jest za fa­łszy­we, a nar­cyzm - za au­ten­tycz­ny, by na­stęp­nie sku­pić się na po­strze­ga­niu cie­le­sno­ści Mon­roe w pierw­szych la­tach ka­rie­ry, a zwłasz­cza na kon­tro­wer­sjach do­ty­czących jej sek­su­al­no­ści, mi­ędzy in­ny­mi na opo­wie­ściach o zdo­by­wa­niu ról przez łó­żko, sek­sie oral­nym, pro­sty­tu­cji, bi­sek­su­al­no­ści oraz ogól­no­kra­jo­wym skan­da­lu, jaki wy­wo­ła­ło od­kry­cie, że po­zo­wa­ła nago do ni­szo­we­go ka­len­da­rza.

Roz­dział pi­ąty - Ko­bie­ce pro­ble­my: 1952-1961 opo­wia­da o kon­flik­cie po­mi­ędzy ży­ciem za­wo­do­wym i oso­bi­stym Mon­roe, o wza­jem­nym wpły­wie jej ma­łże­ństw i ka­rie­ry. Ist­nie­je wie­le sprzecz­nych opo­wie­ści o mężach Ma­ri­lyn oraz ich sto­sun­ku do jej za­wo­do­wych am­bi­cji i zo­bo­wi­ązań. Le­gen­dar­ne nie­mal eks­ce­sy na pla­nach fil­mo­wych, zwłasz­cza bi­twy to­czo­ne z re­ży­se­ra­mi, nie tyl­ko za­chęca­ją, by po­da­wać w wąt­pli­wo­ść pro­fe­sjo­na­lizm ak­tor­ki, ale skła­nia­ją bio­gra­fów do szu­ka­nia w tym pro­ble­mów na­tu­ry psy­chicz­nej. Roz­dział ko­ńczy się ana­li­zą za­in­te­re­so­wa­nia, ja­kie w bio­gra­fach wzbu­dza łono Ma­ri­lyn: mie­si­ącz­ki, ci­ąże, abor­cje i po­ro­nie­nia.

Roz­dział szó­sty, Fem­me fa­ta­le: 1961-1962, sku­pia się wy­łącz­nie na kon­tro­wer­sjach wo­kół śmier­ci Mon­roe, zwłasz­cza na opo­wie­ściach o jej ro­man­sach z bra­ćmi Ken­ne­dy i utrzy­mu­jących się plot­kach o za­tu­szo­wa­nym mor­der­stwie. Co cie­ka­we, fa­scy­na­cja bio­gra­fów na­gim cia­łem Mon­roe prze­kła­da się ta­kże na za­in­te­re­so­wa­nie jej zwło­ka­mi, któ­rym po­świ­ęca się mnó­stwo uwa­gi. Na ko­ńcu po­dej­mu­ję kwe­stię sa­mo­bój­stwa i teo­rii spi­sko­wych oraz za­sta­na­wiam się, dla­cze­go śmie­rć pi­ęk­nej ko­bie­ty po­zo­sta­je, zgod­nie ze sło­wa­mi Ed­ga­ra Al­la­na Po­ego z 1846 roku, "naj­bar­dziej po­etyc­kim te­ma­tem na świe­cie".

W krót­kim po­sło­wiu przed­sta­wiam swo­ją wer­sję wi­ze­run­ku Ma­ri­lyn, ze­pchni­ętą na obrze­ża mitu.

Po­wta­rzal­no­ść bywa przy­jem­na: kreu­je i za­ra­zem spe­łnia ocze­ki­wa­nia oraz daje złu­dze­nie kon­tro­li. Otrzy­mu­je­my to, cze­go się spo­dzie­wa­my i cze­go pra­gnie­my. Na tym po­le­ga sa­tys­fak­cja pły­nąca z fik­cji: wie­my, że za­gad­ka zo­sta­nie roz­wi­ąza­na, dziew­czy­na zdo­będzie chło­pa­ka, bo­ha­ter za­bi­je zło­czy­ńcę. Dzie­je się tak za ka­żdym ra­zem, zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi. Po­wta­rza­nie, na­śla­do­wa­nie i wspo­mi­na­nie mitu Ma­ri­lyn daje nam przy­jem­no­ść i sa­tys­fak­cję, ale jed­no­cze­śnie do­tkli­wie wi­ęzi nas w sche­ma­cie, w ob­se­sji lub ża­ło­bie, nisz­czy­ciel­skim na­ło­gu, któ­re­go nie po­tra­fi­my się po­zbyć (dla­te­go dla Freu­da po­wtó­rze­nie to część pro­ce­su ża­ło­by). Sama ska­la nie­słab­nące­go za­in­te­re­so­wa­nia ży­ciem Ma­ri­lyn od­zwier­cie­dla za­rów­no roz­kosz, jak i lęk, któ­re wy­wo­łu­je w nas jej hi­sto­ria.

Nie spo­sób osza­co­wać siły tego mitu. Poza dzie­si­ąt­ka­mi bio­gra­fii (w za­ło­że­niu nie­be­le­try­stycz­nych) do­stęp­ny­mi obec­nie w sprze­da­ży i mnó­stwem ko­lej­nych sto­jących na pó­łkach an­ty­kwa­ria­tów po­wsta­ły po­wie­ści bio­gra­ficz­ne, fa­bu­la­ry­zo­wa­ne bio­gra­fie i fa­bu­la­ry­zo­wa­ne au­to­bio­gra­fie opo­wia­da­jące o jej ży­ciu. Ist­nie­ją nie­zli­czo­ne pu­bli­ka­cje ze wspo­mnie­nia­mi, zbio­ry zdjęć, aneg­dot, cie­ka­wo­stek i cy­ta­tów. Ksi­ążki, w któ­rych Ma­ri­lyn wy­po­wia­da się "wła­sny­mi sło­wa­mi" lub "w swo­im imie­niu", a ta­kże bar­dziej kon­wen­cjo­nal­ne wy­wia­dy, wy­da­nia łączące tekst ze zdjęcia­mi, aby "opo­wie­dzieć jej ży­cie ob­ra­za­mi", oraz fik­cja li­te­rac­ka z Ma­ri­lyn Mon­roe jako głów­ną bo­ha­ter­ką, uka­zu­jąca jej dal­sze losy. Są to­mi­ki wier­szy pi­sa­nych przez nią i o niej, ese­je i ele­gie, ar­ty­ku­ły na­uko­we, an­to­lo­gie oraz dwie aka­de­mic­kie mo­no­gra­fie trak­tu­jące o Ma­ri­lyn oraz jej sym­bo­licz­nym zwi­ąz­ku z ko­bie­co­ścią i sek­su­al­no­ścią, Hol­ly­wo­od i sła­wą. Stwo­rzo­no po­pu­lar­ny pod­ga­tu­nek ksi­ążek opo­wia­da­jących wy­łącz­nie o jej śmier­ci. Re­gu­lar­nie po­wsta­ją fil­my do­ku­men­tal­ne - nie­któ­re za­wie­ra­ją re­kon­struk­cje wy­da­rzeń, inne wy­ko­rzy­stu­ją tyl­ko ma­te­ria­ły ar­chi­wal­ne - a po­nad dwa­dzie­ścia opo­wia­da fik­cyj­ną, ale roz­po­zna­wal­ną wer­sję hi­sto­rii ży­cia Mon­roe. Po wpi­sa­niu na­zwi­ska "Ma­ri­lyn Mon­roe" do in­ter­ne­to­wej wy­szu­ki­war­ki otrzy­mu­je­my po­nad mi­lion sie­dem­set dwa­dzie­ścia ty­si­ęcy wy­ni­ków. Jak pi­sze Adam Vic­tor w The Com­ple­te Ma­ri­lyn: "o Ma­ri­lyn Mon­roe na­pi­sa­no wi­ęcej ksi­ążek niż o ja­kim­kol­wiek in­nym ar­ty­ście. We­dług naj­bar­dziej ostro­żnych sza­cun­ków mo­że­my mó­wić o kil­ku­set po­zy­cjach, ale jest ich za­pew­ne po­wy­żej sze­ściu­set, a ka­żde­go roku tyl­ko w języ­ku an­giel­skim wy­da­je się kil­ka­na­ście no­wych ksi­ążek o Ma­ri­lyn"[3].

Wszyst­kie te tek­sty bu­du­ją i roz­po­wszech­nia­ją mit Ma­ri­lyn Mon­roe. Częściej jed­nak od­wo­łu­je­my się do nie­go, niż go tłu­ma­czy­my, jak­by­śmy wszy­scy wie­dzie­li, czym on jest. Za po­wsta­nie mitu Ma­ri­lyn Mon­roe od­po­wia­da oso­bli­wo­ść tych re­la­cji: ich wąt­pli­wa au­ten­tycz­no­ść, pró­by usta­le­nia praw­dy o mi­tycz­nej po­sta­ci, skłon­no­ść do ho­łdo­wa­nia kul­tu­ro­wym do­gma­tom (i to w świ­ętosz­ko­wa­ty spo­sób), ten­den­cja do schle­bia­nia zbio­ro­wym gu­stom: wszyst­ko to czy­ni opra­co­wa­nia o Ma­ri­lyn Mon­roe apo­kry­fa­mi i sama często okre­ślam je wła­śnie ta­kim mia­nem (to, któ­re re­la­cje są "ka­no­nicz­ne", a któ­re apo­kry­ficz­ne, za­le­ży od in­ter­pre­ta­cji, dla­te­go nie ma cze­goś ta­kie­go jak ka­no­nicz­ny wi­ze­ru­nek Ma­ri­lyn; w pew­nym sen­sie apo­kry­fy są ka­no­nem).

Re­li­gij­na me­ta­fo­ra, jak cho­ćby "apo­kry­fy", wy­da­je się od­po­wied­nia w wy­pad­ku Ma­ri­lyn, na­szej bo­gi­ni, iko­ny i idol­ki. Jej hi­sto­ria jest mi­tem nie tyl­ko dla­te­go, że pe­łno w niej po­dej­rzeń, plo­tek i spe­ku­la­cji. Jest mi­tem w sta­ro­żyt­nym zna­cze­niu tego sło­wa - opo­wie­ścią wy­my­ślo­ną w celu wy­ja­śnie­nia tego, cze­go nie da się wy­ja­śnić, sku­pia­jącą się na przy­kła­do­wych po­sta­ciach (bo­gów lub he­ro­sów), któ­re od­zwier­cie­dla­ją - i wzmac­nia­ją - kul­tu­ro­we war­to­ści. Ka­żda kul­tu­ra stwo­rzy­ła wła­sne mity: Ma­ri­lyn jest jed­nym z na­szych ulu­bio­nych. Mity za­wsze pro­wo­ku­ją py­ta­nia o praw­dzi­wo­ść i zna­cze­nie opo­wia­da­nych hi­sto­rii; pro­po­nu­ją wia­rę za­miast wie­dzy. Ta­kże mit Ma­ri­lyn przede wszyst­kim po­ka­zu­je, w co wie­rzy­my, a nie - co wie­my.

Te re­li­gij­ne prze­no­śnie do­star­cza­ją za­rów­no me­ta­fo­rycz­nych wi­ze­run­ków, jak i do­słow­nych opi­sów: są za­ra­zem tro­pem i mar­twą me­ta­fo­rą. Ta ostat­nia to nie tyle fra­zes, ile me­ta­fo­ra, któ­ra stra­ci­ła moc i jest ro­zu­mia­na do­słow­nie. Ma­ri­lyn Mon­roe sta­ła się taką me­ta­fo­rą.

Siła mar­twej me­ta­fo­ry wpły­wa na spo­sób opo­wia­da­nia o jej ży­ciu: pe­łen sche­ma­tów, przy­pusz­czeń, fa­łszu i ra­dy­kal­nych osądów. Hi­sto­ria Ma­ri­lyn Mon­roe za­czy­na się od bli­skie­go nie­uświa­do­mio­ne­go zwi­ąz­ku mi­ędzy prze­ra­że­niem a mi­ło­ścią, sek­sem a śmier­cią, tak wa­żne­go dla Freu­da, a ko­ńczy się po prze­nie­sie­niu do świa­do­mo­ści, do­słow­no­ści, zmia­nie w to, co mo­że­my zo­ba­czyć, z czym po­tra­fi­my się zmie­rzyć, co chce­my wie­dzieć. Ale jak po­wie­dzia­ła sama Mon­roe: "sta­le zde­rza­my się z podświa­do­mo­ścią in­nych lu­dzi". Pod tymi hi­sto­ria­mi "opar­ty­mi na fak­tach" kry­je się nie­upo­rząd­ko­wa­ny, sym­bo­licz­ny, me­ta­fo­rycz­ny świat podświa­do­mo­ści, głębo­ko za­ko­rze­nio­nych lęków i pra­gnień. To nie przy­pa­dek, że wi­ęk­szo­ść bio­gra­fów po­le­ga na któ­re­jś z po­cie­sza­jących i nie­wy­ma­ga­jących wer­sji "psy­cho­ana­li­zy", aby oswo­ić te lęki i prze­nie­ść na­sze re­ak­cje na po­stać Ma­ri­lyn z podświa­do­mo­ści do świa­do­mo­ści, ze świa­ta prze­no­śni do świa­ta do­słow­no­ści. Licz­ne ży­cio­ry­sy Ma­ri­lyn Mon­roe to le­kar­stwo na na­sze tęsk­no­ty, upo­rczy­we lęki do­ty­czące sek­su, wie­dzy, ko­bie­ce­go cia­ła i śmier­ci.

Sze­ść ty­go­dni przed śmier­cią Ma­ri­lyn zgo­dzi­ła się na se­sję zdjęcio­wą dla cza­so­pi­sma "Vo­gue". Przez de­ka­dę była jed­ną z naj­wi­ęk­szych świa­to­wych gwiazd kina. Nie­dłu­go wcze­śniej zo­sta­ła ofi­cjal­nie zwol­nio­na przez stu­dio 20th Cen­tu­ry Fox i roz­po­częła kam­pa­nię wi­ze­run­ko­wą, któ­ra mia­ła na celu zde­men­to­wa­nie plo­tek, że sta­cza się po rów­ni po­chy­łej, nie da się z nią pra­co­wać, a na­wet że jest sza­lo­na. Do­pie­ro co prze­szła ope­ra­cję wo­recz­ka żó­łcio­we­go, uda­ło jej się zrzu­cić kil­ka ki­lo­gra­mów, któ­re przez ostat­nie trzy lata wy­ty­ka­ła pra­sa, wró­ci­ła do smu­kłej fi­gu­ry, jaką szczy­ci­ła się na po­cząt­ku ka­rie­ry (a na­wet sta­ła się jesz­cze szczu­plej­sza). Fo­to­graf Bert Stern umó­wił się z Mon­roe na kil­ka dłu­gich dni zdjęcio­wych. Se­ria fo­to­gra­fii, któ­re wte­dy po­wsta­ły, jest zna­na jako "Ostat­nia se­sja" i zy­ska­ła mi­tycz­ny sta­tus ele­gij­nej po­że­gnal­nej se­sji zdjęcio­wej.

Stern zro­bił nie­mal 2600 zdjęć. Nie­któ­re z nich, uka­zu­jące Mon­roe, jak trzy­ma w ustach sznur­ki ko­ra­li­ków albo przy­sta­wia do warg prze­chy­lo­ny kie­li­szek szam­pa­na, sta­ły się nie­mal rów­nie zna­ne, jak luk­su­so­we fo­to­gra­fie z po­cząt­ku lat pi­ęćdzie­si­ątych, na któ­rych stoi z dło­ńmi na bio­drach w bro­ka­to­wej zło­tej suk­ni z du­żym de­kol­tem, albo, ubra­na w fio­le­to­wą sa­ty­no­wą suk­nię bez ra­mi­ączek, po­dzi­wia wła­sne od­bi­cie w wie­lu lu­strach, a na­wet jak por­tre­to­we zdjęcia Ma­ri­lyn, uwo­dzi­ciel­sko spo­gląda­jącej w obiek­tyw, któ­rych re­pro­duk­cje w po­sta­ci si­to­dru­ku Andy War­hol wy­ko­rzy­stał po jej śmier­ci jako me­men­to mori, za­ty­tu­ło­wa­ne Ko­lo­ro­we Ma­ri­lyn. Lecz zdjęcia z "Ostat­niej se­sji" uka­zu­ją Mon­roe jako ka­me­le­ona, ko­goś bar­dziej nie­do­okre­ślo­ne­go i dy­na­micz­ne­go niż ste­reo­ty­po­wa kul­to­wa "Ma­ri­lyn". Stern przy­nió­sł do stu­dia re­kwi­zy­ty, któ­re umo­żli­wi­ły Mon­roe wy­ko­rzy­sta­nie umie­jęt­no­ści ak­tor­skich: ko­lo­ro­we sza­le, czar­ne we­lo­ny, na­szyj­ni­ki z bia­łych ko­ra­li­ków, kie­li­szek do szam­pa­na. Nie­któ­re zdjęcia są czar­no-bia­łe i przed­sta­wia­ją Mon­roe w wie­czo­ro­wej suk­ni, z wło­sa­mi upi­ęty­mi w kok i od­sło­ni­ęty­mi ple­ca­mi, na in­nych ma wło­sy spi­ętrzo­ne na czub­ku gło­wy i kry­je się pod fu­trem z szyn­szy­li, a do ko­lej­nych ujęć wło­ży­ła czar­ną pe­ru­kę, w któ­rej trud­no ją roz­po­znać.

Tak jak jej wi­ze­ru­nek, ży­cio­rys Ma­ri­lyn był od­twa­rza­ny aż do znu­dze­nia. Może wy­da­wać się, że nie po­zo­sta­ło już nic do do­da­nia, ale wci­ąż cze­ka na nas kil­ka nie­spo­dzia­nek. Au­to­rzy wi­ęk­szo­ści ksi­ążek opo­wia­da­jących hi­sto­rię Ma­ri­lyn Mon­roe twier­dzą, że uka­zu­ją praw­dzi­we ob­li­cze kry­jące się za wy­kre­owa­nym wi­ze­run­kiem, praw­dę prze­sło­ni­ętą mi­tem. Ale to za­pew­nie­nie sta­no­wi pod­sta­wo­wą część sa­me­go mitu: hi­sto­ria Ma­ri­lyn za­wsze nie­sie ze sobą obiet­ni­cę od­sło­ni­ęcia praw­dzi­wej ko­bie­ty.

Ta ksi­ążka nie skła­da ta­kiej obiet­ni­cy. To opo­wie­ść o opo­wie­ściach o Ma­ri­lyn Mon­roe. Zdjęcie przed­sta­wia­jące Ma­ri­lyn z chu­s­tą w zębach nie jest "praw­dziw­sze" od fo­to­gra­fii Ma­ri­lyn sto­jącej w bia­łej su­kien­ce na kra­cie wen­ty­la­cyj­nej, ma­lu­jącej się przed lu­strem za ku­li­sa­mi albo sie­dzącej na ka­na­pie i szcze­rze się śmie­jącej. Praw­da jest skła­do­wą tych ele­men­tów i to samo mo­żna po­wie­dzieć o wie­lu ży­cio­ry­sach Ma­ri­lyn.

Od chwi­li śmier­ci Ma­ri­lyn Mon­roe jej hi­sto­rię wie­lo­krot­nie opo­wia­da­no i prze­twa­rza­no. Nie­mal ka­żda ksi­ążka za­czy­na się od tego sa­me­go py­ta­nia: "Kim była ko­bie­ta, któ­ra sta­ła się Ma­ri­lyn Mon­roe?". Ta ksi­ążka sta­wia jed­nak inne py­ta­nie. Kim była ko­bie­ta, któ­rą sta­ła się Ma­ri­lyn Mon­roe?

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki