1. Asieda jest gotowa. Radość ogólnoomonalna
- Czervelko, odetnij. Duka!
Nianiobotta o twarzy matki zjawiła się natychmiast, niemal bezszelestnie. Wyłączyła grawitację i złapała dłoń Asiedy, zanim obie uniosły się beztrosko. Ragacja, wtulona w opiekunkę, rozluźniała każdy nerw i mięsień, poddając się bez ruchu sile bezwładu.
- Skąd mam wiedzieć, że jestem gotowa na felixa? - Asieda uwielbiała zadawać pytania Duce, choć miała pełną świadomość, że nianiobotty służą do innych zadań, niż udzielanie odpowiedzi. Zwłaszcza na tematy odczuć ludzkich. Od tego są rodzice albo czervelka. Ale Duka daje takie przyjemne ciepło i poczucie lekkości bytu...
- Mama tłumaczyła ci to wiele razy. Wciąż się wahasz?
- Wiesz, że to bardzo ważne. Nie mam dylematów w kwestii... no, na przykład rozszerzania konceptualnej wielkości zmiennych pseudobolicznych czy znakowania podgenualnych marbinów odpowiedzialnych za cechy odmienne ragacji i bojka, ale felix nie jest naukową zagwozdką. To kwestia odczuć. I nie da się jej przyswoić czervelalnie.
- Zrobisz to pięknie i bezbłędnie, jak wszystko inne. Jesteś stworzona do wspaniałego życia.
Duka, oprócz twarzy, miała też głos mamy i Asieda, przymykając wewnętrzne powieki ogromnych, niebieskich oczu, poczuła błogi spokój. Zadała pytanie, ale tylko tak, aby zapytać. Już nie potrzebowała odpowiedzi, więc - zamiast rozmawiać z mamą - wtulała się w Dukę i nieważkość, przywołując w myślach twarz Bonikara, jego czarne, wielkie, lekko skośne oczy, wpatrujące się w nią z dziwnym wyrazem; powiększającą się podczas wymian tych długich spojrzeń wypukłość w jego dresce i cudowne uczucie pod skórą, które w tych momentach jej towarzyszyło. Doznała go także teraz, na samo wspomnienie ciemnej twarzy Bonikara, jego uśmiechu i dźwięku głosu, gdy wspólnie pracowali nad projektem spowalniania dermazji, nieuniknionej dotąd przyczyny pożegnań starszych osobników, niedawno przez Asiedę odkrytej. Tak, już podjęła decyzję.
- Bojki mają łatwiej, nie sądzisz? - Spytała jeszcze, przedłużając odrobinę rytualną czynność nieważkiego relaksu. Już niedługo podczas podobnych chwil Duka przestanie być potrzebna.
- Bo?
- Im wszystko jedno, czyją twarz ma ich felicita.
- Nie każdemu.
- Och, większości. A kiedy ragacja zdecyduje się na feliksa z twarzą obojętną, nigdy nie będzie matką, nawet jeśli jej ovulsje zostaną wykorzystane. Nikt sobie nie zada trudu, aby ją poinformować. Wiem, bojki, którym brak powodzenia u ragacji, też nie znają poplonów swoich matozoi. Po co tak komplikować? Wszyscy powinni mieć felixjaty na życzenie, a o efektach dopasowań informowałoby się dawców, aby każdy mógł cieszyć się rodzicielstwem.
- Omony lubią swoje tradycje.
Asieda powoli otworzyła oczy, dając Duce sygnał, że czas wracać do zajęć. Lekko opadły na podłoże po włączeniu grawitacji.
- Duka, czerwona dreska.
- Jednak podjęłaś decyzję. - Uśmiechnęła się swoim botowym grymasem, coraz bardziej udoskonalanym przez kolejne pokolenia twórców.
Asieda nacisnęła klik obecnej, jasnożółtej dreski, a ta natychmiast w nim znikła. Przyłożyła do ramienia klik podany przez Dukę, który po naciśnięciu odział ją po raz pierwszy w czerwień, kolor zastrzeżony wyłącznie na wybór twarzy dla felixa i późniejsze, związane z tym uroczystości. Jej jasna skóra i wielki błękit oczu pięknie kontrastowały z dreską, przylegającą ściśle do tułowia i kończyn.
- Trzeba zawiadomić rodziców.
- Nie! - Asieda przerwała Duce, zanim ta uruchomiła czervelkową funkcję uskutecznienia tego zadania. - Żadnych świadków. Jeśli odmówi, chcę łykać porażkę w samotności.
- Byłby straceńcem, gdyby odmówił. - Duka jednak nie nalegała.
Asieda stała chwilę, przywołując znów w myślach słodką twarz Bonikara, jakby chciała się upewnić, że robi dobrze. Uniosła głowę.
- Czervelko, połącz z Bonikarem.
Stanął przed nią po maleńkiej chwilce, a lekki wyraz zdumienia na widok jej czerwonej dreski szybko ustąpił miejsca głębokiemu poruszeniu i radości. Obdarzał ją swym gorącym wzrokiem, czekając na jej ruch cierpliwie.
- Czy Bonikar zgodzi się, aby mój felix miał jego twarz? - Spytała głośno, powoli i spokojnie, jak nakazywała tradycja.
Ciemnoskóry, młody i piękny bojek skłonił się do samego podłoża i trwał chwilę w tym zgięciu, radując Asiedę niewymownie, bowiem ten gest oznaczał aprobatę i zadowolenie z bycia wybrankiem. Prostując się, spojrzał znów z ogniem w oczach i sam zabrał głos.
- Czy Asieda zgodzi się, aby moja felicita miała jej twarz?
Ragacja ochotnie skłoniła się głęboko, choć wielkie zdziwienie próbowało wybić ją z równowagi. Bojki, które dysponowały już felicitami, mogły udzielać swojej twarzy, ale nie miały prawa prosić ragacji o udostępnienie jej, ten przywilej należał się tylko pierwocinom. Bonikar już dawno przestał być bambinem, a jednak czekał na felicitę aż do tej chwili... To wielka radość dla każdej ragacji.
Asieda nie zdążyła jednak nacieszyć się owym przywilejem, rozległ się bowiem dźwięk, którego Ziemia nie słyszała od kilku pokoleń, piękny, donośny, oznajmiający wszystkim pięciu landeriom i każdemu mieszkańcowi planety, że oto mamy stuprocentowe dopasowania. Natychmiast ukazały się twarze wszystkich omonów, a obok młodych stanęli ich rodzice. Dumni. Niebywale dumni. Bardziej nawet, niż skojarzona przed chwilą para, która okazała się być dopasowana w stu procentach. Szum radości i aprobaty zanikał stopniowo, czas bowiem na informację, ile poplonów z tego powstanie. Ekran czervelki centralnej ukazywał ovulsje Asiedy i matozoje Bonikara, które łączyły się pięknie, jak przystało na stuprocentowe dopasowanie. Jedna, dwie, trzy... Szum wzmagał się znów, bowiem trzech poplonów nie zanotowano u jednej pary od dwóch pokoleń, ale to jeszcze nie był koniec. Tak powstały ragacje, więc wszyscy zaczęli wznosić okrzyki, bowiem wiadomo było, że dołączą do nich jeszcze trzy bojki. Gdy na ekranie pojawił się komplet poplonów, rozmieszczony w osobnych cieplarnikach, wiwatom nie było końca. Sześć poplonów z jednej pary! Asieda i Bonikar patrzyli na siebie z gorącym uśmiechem. Wiedzieli, co to oznacza. Już do końca życia będą mieli przywileje, o których nikomu innemu nawet się nie śniło. Każda, najbardziej ukryta w czervelce informacja, zostanie im udostępniona. Będą mogli zajmować się wszystkim, na co tylko przyjdzie im ochota. Albo nie robić nic, co było przywilejem największym.
Uśmiechnięci, z błyszczącymi oczami, odbywali wirtualny spacer wśród rzędów całej ziemskiej nacji. Nikt nie mógł odpuścić sobie takiej okazji i każdy chciał zobaczyć wybrańców, bo mogła to być jedyna okazja w życiu. Jako uprzywilejowani bowiem nie będą dla nikogo dostępni na wezwanie, oprócz siebie nawzajem i bambinów, które wyrosną z właśnie powstałych poplonów. Nawet rodzice będą potrzebowali ich zgody na kontakt. Już czervelka tego skwapliwie dopilnuje. Najbardziej dumni byli mieszkańcy Europiny, w której żyła Asieda i Afrylii, domownika Bonikara, ale cieszyli się wszyscy, bowiem poplony wzrastać będą w każdej landerii, a w Europinie nawet dwa. Takiej radości ogólnoomonalnej nikt nie pamiętał. I nikt też nigdy nie miał tak długiej przerwy w pracy i nauce, tylko po to, aby cieszyć się stuprocentowymi dopasowaniami sześciu poplonów, które to szczęście tak niespodziewanie spadło na całą planetę.
3. Jak bambina napawają dumą rodziców? Mianujemy statek
Riona obserwowała grupę ragacji i bojków, maleńkich, ledwo zaczynających chodzić, wszystkich jeszcze na biało, jak przystało bambinom, uczących się zawzięcie cyklu biologicznego i budowy omonów. To pierwszy temat naukowy, który każdy sobie przyswajał, krótko po tym, jak cieplarniki przestają być potrzebne, a w ich miejsce pojawiają się nianiobotty o twarzach mam lub ojców i bezpośredni kontakt z czervelką. Bambina zwykle są ruchliwe i niechętne nasadowni, nianiobotty w tym okresie mają wiele zajęć. Ileż jednak słodyczy zawiera się w drobnych twarzyczkach o wielkich oczach, głodnych wiedzy i nianiobottowych objęć, zwłaszcza podczas seansów pozbawionych grawitacji, bez umiaru pochłaniających każdy temat przedstawiany przez czervelkę i wciąż próbujących dotykać swoich rówieśników, choć wiedzą, że fizycznie ich przy nich nie ma. A obrazu wygenerowanego przez czervelkę dotknąć nie sposób. One jeszcze nie kojarzą, że nianiobotta to nie mama czy tata, trudno im odróżnić omona od bota. Ale już niedługo. Bambina z wyselekcjonowanych starannie ovulsji i matozoi są perfekcyjne i bardzo szybko się uczą. Tylko takie służą rozwojowi omonalności, dlatego wszelkie słabe czy uszkodzone ovulsje i matozoje nigdy nie zostaną poplonami, a tym bardziej bambinami czy omonami dojrzałymi.
Riona podziwiała kolejne pokolenie bambin, choć coraz mniej wśród nich zdarzało się rodzeństw z dopasowania. Tradycja wspólnego felixjanizmu pewnie zaniknie, skoro tak trudno o dobre dopasowanie podgenualnych marbinów odpowiedzialnych za perfekcję budowy pojedynczego omona. Jeszcze parę pokoleń i poplony nie będą miały żadnego związku z felixjanami. Tak, jak marzy się Asiedzie. Każdy wybierze sobie twarz, jaką zechce, nawet bez zgody ragacji czy bojka, a rodzicielstwo zaplanuje za nich czervelka. Całkowicie. Od początku do końca. Cóż... W zasadzie nic się nie zmieni, jeśli chodzi o poplonalność. Ale jedna z ostatnich pięknych tradycji pożegna się i odejdzie w niebyt. Szkoda.
Wkrótce też zniknie podział na kolorystykę skórną i oczną. Riona była orędowniczką powstrzymania tendencji. Redagowała wiele prac w tym temacie, wszak wystarczyłoby w każdym pokoleniu choć kilka dopasowań zrobić wewnątrz danej kolorystyki, resztę krzyżować do woli, ale nikt nie wsparł jej działań. W ogólnym rozrachunku liczy się przetrwanie omonów, o które tak zawzięcie walczą, więc zaniechano podobnych fanaberii. I tak coraz trudniej o dobre dopasowania. Riona miała szczęście, że wybrany przez nią bojek Masuar dopasował się na dwójkę pięknych poplonów, to absolutna rzadkość od kilku pokoleń. I oba są jasne, niebieskookie. Cóż. Asieda wybrała skośnookiego, ciemnoskórego bojka i choć mają aż sześć dopasowań, w dodatku stuprocentowych (wciąż trudno w to uwierzyć), to z pewnością zabraknie wśród nich jasnych poplonów. A na Temikara jeszcze żadna ragacja nie zwróciła uwagi, więc jeśli nawet zostanie ojcem, nikt się o tym nie dowie.
W grupie uczących się bambin był tylko jeden jasny bojek o niebieskich oczach. Pozostałe miały ślicznie wymieszane podgenualne marbiny, odpowiedzialne za każdy detal omonalnego ciała. W grupie Asiedy rosło ich troje. A kiedy Riona była bambinem, miała koło siebie czwórkę innych niebieskookich jasnych twarzy, między innymi Masuara. Wyraźna tendencja spadkowa.
- Matka Bonikara zwołuje spotkanie obojga rodziców. - Zaanonsowała czervelka.
Cała trójka stanęła przed nią, a roześmiana Giadona od razu zaczęła mówić.
- Słuchajcie, mam pomysł. Na pewno zostanie przyjęty, ale chcę, abyśmy wszyscy go poparli. Jako rodzice uprzywilejowanej pary będziemy mieli pierwszeństwo.
- W kwestii? - Stemor przymknął wewnętrzne powieki skośnych oczu, co zwykle robił, gdy nie wykazywał większego zainteresowania tematem.
- Kończymy budowę statku kosmicznego, który poleci na Termazjanę w układzie Vorceliata. Złóżmy wniosek, aby dostał miano "Asieda i Bonikar", a główne boty, odpowiedzialne za kontakt z Termazjananami, zaopatrzono w twarze naszych bambin.
- Miał się nazywać "Termazjana", aby okazać szacunek mieszkańcom planety.
- Taki był plan, ale przecież nawet nie wiemy, czy tam jest jakieś życie. Samo miano planety też jest nasze. Nikt jeszcze tak daleko nie latał, a i w bliższej okolicy zbyt wielu organizmów nie znaleźliśmy.
- Racja - kiwnął głową Masuar. - A nasze bambina, jako bezapelacyjni bohaterowie, powinny zostać w taki sposób uhonorowane.
- Nikt jeszcze nie firmował swoim mianem statku kosmicznego. - Rionie bardzo spodobał się pomysł, ale nie wierzyła, że dojdzie do jego realizacji. - I boty kosmiczne mają inne kształty, nieomonalne.
- Nikomu jeszcze się to tak nie należało, jak im. Już wcześniej mówiono o tym, że para botów powinna być omonalna. Ma nawiązywać kontakt z potencjalnymi mieszkańcami Termazjany w naszym imieniu, więc czemu nie dać im twarzy naszej uprzywilejowanej pary?
- Rozmawiałaś z Asiedą i Bonikarem? Muszą wyrazić zgodę.
- Na pewno wyrażą. To ogromny zaszczyt! - Giadona patrzyła z lekkim niedowierzaniem na pozostałą trójkę. - Jakoś trudno u was o mocniejsze zaangażowanie w ten projekt. Nie chcecie uhonorować własnych, uprzywilejowanych bambin?
- Ależ chcemy! - Masuar postanowił skończyć spotkanie jak najszybciej. - Pewnie, że to zaszczyt. Składajmy wniosek. Czervelko, są szanse?
- Są, nawet spore. Można powiedzieć, że jeśli Asieda i Bonikar nie wyrażą sprzeciwu, sprawa już załatwiona. Nikt inny tego nie zrobi.
- Świetnie. To spotkamy się na uroczystości.
- Gdzie się tak śpieszysz? - Riona spojrzała na swego felixjana z lekką przyganą w błękicie wielkich oczu.
- Mam projekt do uskutecznienia. Fantastyczny. Chcę mu się jak najszybciej oddać.
- Rozmijanie intergalaktycznych fiomin antymolekularnych?
- Nie, to już prawie na ukończeniu. Nowy dotyczy czasoprzestrzeni i jej trójmianowanych skrętów obosiecznych. Jeśli wytyczę transpresyjną ścieżkę uliamin podczasowych, odpowiedzialnych za dwumianowane skręty jednobarwiste i podprowadzę je pod trójmianówkę nadsieczną, będzie otwarta furtka do...
- Naddania mianowanego skrętów czasoprzestrzennych! - Wykrzyknęła chórem pozostała trójka.
- Fantastyczne. Żaden zakątek kosmosu już się przed nami wówczas nie ukryje. - Dodał Stemor, szeroko otwierając oczy. - Powodzenia. A może potrzebujesz pomocy? Chętnie dołączę. Właśnie skończyłem swój projekt i szukam nowego zajęcia.
- Każda się przyda. Czervelko, pracownia skrętowa.
Obaj znikli.
- Jestem pełna podziwu dla Asiedy. - Giadona miała tylko jedną dopasowaną ovulsję, więc szóstka, z którą dopasowały się matozoje jej bambina, stanowiła dla niej nie lada zagwozdkę.
- Bonikar też się spisał. - Zaśmiała się Riona. - Oboje są wspaniali. Choć Asieda uważa, że nie ma w tym żadnej ich zasługi, tylko natura powinna hołdy odbierać.
- Może i tak. Jednak za taki dar natury każdy z nas byłby niewymownie wdzięczny. Cóż za przywileje! Wiesz już, co wybierze Asieda? Bo Bonikar nic jeszcze nie mówił.
- Asieda też nie. Ma wiele pomysłów, więc i wybierać będzie w czym. Mogliby jednak nie odrzucać dalszych prac nad dermazją, świetnie sobie radzili. Jako pierwsi zdołali dorzucić starszym dwadzieścia procent czasu, to niebywałe osiągnięcie. Słabo nam wychodzi tworzenie poplonów, moglibyśmy choć żyć dłużej, aby utrzymać omonalność na ziemi.
- Racja. Może poprosimy ich o to?
- Nie. Sami muszą podjąć decyzję. Jeśli przerwą prace nad dermazją, ktoś inny je poprowadzi, oby równie skutecznie.
- Nikt przed Asiedą nie wpadł na pomysł, aby zbadać przyczyny, dla których dermazja występuje w różnym czasie u różnych osób. I dermazję, i przyczyny zaczęła badać dopiero twoja bambina. Jej wnioski już procentują, a jeśli dotrze do kwintesencji problemu, znacznie wydłuży życie każdego omona. Może nawet dopasowalność dzięki temu wzrośnie?
- Wydawałoby się, że na temat marbinów wiemy już wszystko, a jednak wciąż docieramy do nowych zagadnień. Asiedę interesowały głównie podgenualne marbiny, fascynuje ją płciowość. Tak głęboko wniknęła w nie, iż zobaczyła coś, czego dotąd nikt nie widział. Możliwe zatem, że i dopasowalność ewoluuje dzięki naszym bambinom.
- Oby. Wracam do moich submolekularnych paneli ochronnych, jeśli mają być gotowe na nadanie statkowi miana naszych bambin, nie mogę zbyt długo tracić czasu na inne rzeczy. Zobaczymy się przy okazji spotkania z Asiedą i Bonikarem po ich inicjacji felixjanalnej.
Riona została znów z grupą bambin i wróciła do przerwanej wcześniej obserwacji, notując każde, najmniejsze nawet spostrzeżenie, które jest później wykorzystywane we właściwym kierunkowaniu młodziutkich bambin. Wiedziała, że ma bardzo odpowiedzialne zadanie. Jeśli bowiem każde kolejne pokolenie poplonów nie będzie lepsze i mądrzejsze od poprzedniego, omony zwyczajnie znikną z powierzchni Ziemi. A do tego nie można dopuścić. Za żadną cenę.
4. Temikar wreszcie się doczekał. Dzięki, Belisja
Temikar, Cylosa i Lieskar zawzięcie pracowali w dużej grupie innych cybernierów nad budową nowego statku kosmicznego, który miał zabrać wyselekcjonowaną grupę botów w pierwszą tak zaawansowaną podróż podprzestrzenną, w kierunku Termazjany. Wszyscy już wiedzieli o pomyśle Giadony. Wyglądało na to, że jedynie główni zainteresowani jeszcze pozostawali w nieświadomości, ale oni - jako oczekujący na pierwsze felixjaty, świeżo dopasowani (i to jak!) młodzi, wkraczający w uprzywilejowany etap swojego życia, pozostawali pod ochroną aż do czasu... Właśnie. Lieskar uśmiechał się zagadkowo, patrząc z ukosa na Temikara, aż ten nie wytrzymał.
- Chcesz do swojej felicity dobrać felixa z moją twarzą? Musisz uroczyście poprosić, choć czervelka fety z tego nie zrobi. Ani poplonów nie sparuje.
- Mógłbym, bo już mnie sparowała, z trzema różnymi ragacjami wprawdzie, ale to i tak wynik ponad przeciętną. Na pewno nie miałaby nic przeciw temu, aby dać mi i felixa dla zabawy. Nawet bez proszenia o zgodę na twarz, czyjąkolwiek. Ale nie mam takich ciągot, w przeciwieństwie do ciebie. Przyglądam się tobie, bo bardzo przypominasz Asiedę, a ona lada moment dostąpi czegoś, co zostanie z nią na całe życie. Jak się z tym czujesz? To twoja jedyna siostra.
- Ja głównie tęsknię za rozmowami z nią i bardzo się cieszę, że wreszcie dojrzała. Znów będę mógł ją widywać. Zaczekaj, tu, o tu właśnie - jeśli nie przeewaluujesz tej wystającej części podproża steranów, panele submolekularne będą chłodzić, zamiast grzać. Tak, dobrze.
- Jeśli cię wpuści do swojego świata. Teraz może wybierać interlokutorów.
- Wpuści. Zbyt lubiła nasze wspólne chwile, aby o nich zapomnieć. I - sam mówiłeś - to moja jedyna siostra.
- Zapomni. Teraz ma Bonikara i czeka na nią felix. Pod takim wpływem o wszystkim można zapomnieć.
- A wy zapominacie o ważnych sprawach pod wpływem waszych felicit, z dopasowania czy też nie? - Milcząca dotąd Cylosa postanowiła się wreszcie odezwać, patrząc na Lieskara z lekkim wyrzutem w czarnych oczach. - Bo ja wciąż pamiętam. Mimo wszystko. - Uśmiechnęła się leciutko.
- Mój pierwszy raz przeciągnąłem na dwa cykle. Nie mogłem się opamiętać. - Temikar podsumował długi ciąg znaków i wysłał go dalej. - Ale byłem bardzo młody. I niczego nie zapomniałem. Asieda jest dojrzalsza, niż ja wówczas. Tym bardziej nie zapadnie się w zabawę tak, aby zapomnieć o naszych wspólnych chwilach.
- Ciekawe, co wybiorą...
- Ja też jestem rozgrzana z ciekawości. Powinniśmy wprowadzić możliwość dzielenia się naszymi fascynacjami, nawet jeśli niewielu z nas będzie mogło je uskuteczniać. Chciałabym, aby wybrali cybernernię, moglibyśmy z nimi współpracować.
- Dlaczego wciąż mówimy o nich tak, jakby musieli wszystko robić razem? - Temikar wciąż obliczał, podsumowywał znaki i wysyłał je dalej. Podzielność uwagi godna podziwu. - Może wcale nie mają podobnych zainteresowań.
- Przy takim dopasowaniu? Byłbym wielce zdziwiony, gdyby tak się stało. Już przecież pracowali razem, całkiem skutecznie. Bądź łaskaw o tym pamiętać.
- Tak, marbiny są ich żywiołem od początku. Może to pociągną? Dobrze by było.
- Wszyscy wciąż wyrażają nadzieję, że nasi bohaterowie pozostaną przy dermazji. Dlaczego? Przy takich możliwościach ja na pewno zmieniłabym kierunek. I to niejednokrotnie. Jest tyle ciekawych rzeczy do wydobycia na światło dzienne.
- Wiem, sam pewnie też tak bym zrobił. Ale dermazja musi zostać okiełznana, jeśli omony mają przetrwać, nie kumacie? Dlatego wszyscy się boją, że oni wybiorą coś innego, mimo niewątpliwych odkryć i sukcesów, jakie mają dotychczas w tej dziedzinie.
- Jest spora grupa osób, która wraz z nimi pracuje nad dermazją. Przejmą pałeczkę. Dajcie bohaterom nacieszyć się przywilejami, po to je ustanowiliśmy.
- Owszem. Ale to Asieda odkryła część przyczyn występowania dermazji inaczej u każdego omona. Dzięki temu zyskali dwadzieścia procent czasu. Trzeba zatem jeszcze cztery razy tyle przyczyn odkryć, abyśmy mogli dwa razy dłużej pracować i cieszyć się życiem. Nikt nie ma ważniejszego zadania.
- Duma cię rozpiera, to zrozumiałe. Jednak możesz się mylić. Wszystkie nasze zadania są jednakowo ważne, bo dzięki ich uskutecznianiu możemy funkcjonować i przedłużać istnienie omonów na ziemi. Jeśli nie Asieda, zrobi to ktoś inny. Prędzej czy później. Będę rozczarowana, jeśli nie wybiorą czegoś innego. Własnych pasji.
- Wybiorą, wierz mi, znam pomysłowość swojej siostry. I tego się właśnie obawiam. Choć nie sądzę, żeby całkiem zarzucili badania nad dermazją. Znajdą czas na wszystko.
- Jeśli tylko wreszcie odkleją się od swoich felixjatów... - Lieskar znów się uśmiechnął, spoglądając na Temikara.
- Spójrzcie - zignorował go brat Asiedy - na ten model. Bot wielofunkcyjny miniaturowy. Fantazja. Mieści się w dłoni, a potrafi trzymać pokładowy komputer dokładnie w wymiarze, który mu przypiszą przed wylotem. Może się przemieszczać, jeśli zajdzie taka potrzeba, więc nie trzeba go osadzać na stałe, tylko przygotować dla niego stację rozrządową. Autoładowanie bez konieczności zewnętrznej i pełna gotowość przez cały czas. Niezniszczalny. Odporny nawet na promienie omidanta, jak pokrywy statków i naszych siedzib.
- Nie zniszczy go nic, co znamy. Ale w kosmosie może być mnóstwo innych promieni, pod wpływem których wyparuje albo rozłoży się na mikrocząsteczki.
- Z mikrocząsteczek moglibyśmy go znów poskładać. To archaiczne zwroty i działania. Nie neguję jednak istnienia nieznanych nam dotąd promieni w odległej przestrzeni, wszak nie sposób dotrzeć wszędzie. Cóż. Pomartwimy się tym, jeśli takowe znajdziemy. Tymczasem oddajmy botowi należny podziw, bo jest fantastyczny.
- Nie dostał przypadkiem zbyt wielu możliwości?
- Wyliczone co do marbinu. Będzie nasz, bez względu na wszystko. Grupa Warniekara stanęła na wysokości zadania. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z oczekiwaniami, następna eskapada obejmie tylko boty kontaktowe omonalne i to cacuszko.
- Nazwali je jakoś?
- Roboczo Bot2468-1357-8009. Warniekar chce, aby nazwę wymyślili nasi bohaterowie. To dzięki nim dostał więcej czasu na ukończenie swoich prac. I niech mi ktoś powie, że badania dermazji nie są najważniejsze! Czervelko, powiedz tej parze ignorantów, że mam rację.
- Z naukowym wywodem czy metodą na bambina?
- Na bambina, ma się rozumieć. Nie pojmują wagi walki z dermazją, to i wywodów naukowych nie pojmą. - Temikar odesłał ostanie podliczenia i przymknął powieki. Zewnętrzne też. Chwila takiego relaksu dodawała mnóstwo energii, więc wykorzystał moment wywodu czervelki, aby się naładować.
Cylosa i Lieskar uśmiechali się, słuchając czervelki, ale nie przestawali pracować przy dopinaniu wszelkich detali właściwie gotowego już statku. Wywód metodą na bambina przypomniał im pierwsze kontakty z wiedzą i ten czas, gdy wciąż chciało się dotknąć ragacji czy bojka biegających obok, choć nigdy wszak ta czynność nikomu się nie udała.
- Temikar, wzywa cię Belisja.
- Z grupy Warniekara? - Zdziwił się Temikar. - Ach, pewnie chodzi o podliczenie podmikrostatów nowego bota, o które prosiłem. - Zniknął, a czervelka podjęła wywód dokładnie w tym samym miejscu, gdzie go przerwała.
Zanim czervelka skończyła dowodzić ważności badań nad dermazją, Cylosa i Lieskar przestali jej słuchać, zajęci swoją pracą; wrócił też Temikar. Udawał, że nie jest poruszony, ale najwyraźniej coś go uradowało. Spojrzeli na niego z pytaniami w wielkich oczach. Nie trzymał ich długo w niepewności.
- Belisja miała na sobie czerwoną dreskę.
- Brawo! Zgodziłeś się, prawda?
- Tak, jasne. Mamy dwa dopasowania. Belisja jest błękitnooka i jasna, jak ja, więc moja mama z radości o nic już więcej pytać nie będzie. A ja wreszcie mogę... Czervelko!
- Z czyją twarzą?
- Och, a cóż to za przewrotne pytanie! Wiesz dobrze, o kim myślę i myśleć nie mogę przestać. A oni tego wiedzieć nie muszą, prawda? Wreszcie wolny... Dzięki, Belisja!
- Wolny? A twoje poplony?
- Ojcostwo nie odbiera wolności. Brak ojcostwa - owszem. Teraz już mogę oddać się takiej zabawie, na jaką od dawna czekam.
- Powiesz Asiedzie?
- Pewnie. I to jak najszybciej. Dzięki, Belisja! Dzięki, dzięki, dzięki! Teraz muszę powiedzieć rodzicom.
- O tym też?
- Tak, nie będę ich okłamywać. Bywajcie. Mam cykl za chwilę, więc do zobaczenia później.
5. Twarz (i nie tylko) felixa Bona. Asieda już się nie dziwi i wie
Odświeżona, wypoczęta i drżąca z niepewności Asieda odziała się w czerwoną dreskę, myśląc wciąż intensywnie o tym, że dotąd nigdy nie odczuwała podobnych emocji. Czemu? Instynkt? Ciągła tajemniczość wszystkich wokół? Oczekiwanie czegoś wielkiego? Trudno było tłumaczyć podobne stany przed samą sobą. Wiedziała, że felix już jest w oczyszczalni. Czyli tuż, tuż. Na wyciągnięcie ręki. Za drzwiami, które tak rzadko się otwierają. Kiedy ostatni marbin organiczny zniknie z jego sztucznego ciała i powietrza w oczyszczalni, wejdzie i... I co? Będzie wyglądał dokładnie tak samo, jak Bonikar, to wiedziała. Ale co dalej? Dotyk? Obejmie ją, jak Duka i razem oddadzą się nieważkości? Och, niech to oczyszczanie wreszcie się skończy...
- Witaj, Asieda. - Skłonił się, jak Bonikar podczas zgody na dopasowanie, dając tym samym znak, że zrobi wszystko, co tylko ragacji się zamarzy.
Co jej się jednak ma marzyć? Patrzyła na felixa z niemym zachwytem. Całkiem jak Bonikar. Nawet uśmiech ten sam, bez żadnej sztuczności i skrzywień. Jakże piękny! Czuła dreszcz pod skórą, jak podczas spotkań z Bonikarem i pojęcia nie miała, co zrobić. Stała, jak zaczarowana, a uroczy bot, zaprogramowany co do najmniejszego szczegółu, pozwalał jej na to przez chwilę, wzmagając dreszcz niecierpliwości oczekiwania i uśmiechając się ślicznie.
- Bon... - Usłyszała własny głos jak z zepsutego przekazu. - Bon...
- Czy Asieda pozwoli, abym dał jej chwilę zabawy i przyjemności?
- Tak, tak... Ale jakiej zabawy? Przyjemności? Co to znaczy? Czy Bon może mi to wytłumaczyć?
- Może. Lepiej jednak będzie, gdy Bon Asiedzie wszystko pokaże. Nie obawiaj się niczego. Poddaj się moim działaniom bez oporu, będzie pięknie.
Bon nacisnął klik i ukazał się Asiedzie w całej swej gołej krasie. Podszedł do niej i to samo zrobił z jej dreską. Asieda patrzyła na niego lekko przerażonym wzrokiem, ale - zgodnie z jego sugestią - nie protestowała. Nigdy dotąd nie widziała nikogo bez dreski, nawet bambina odziewano w ich biel bardzo wcześnie. Nigdy też, oprócz Duki, nikt jej nie widział nago. Włącznie z rodzicami. Jakże dziwne było to uczucie, stać tak twarzą w twarz z cudnym zjawiskiem, nagusieńko, jak przed wejściem do nasadowni. Cykl jednak właśnie się skończył, więc to chyba nie o nasadownię chodzi. O co zatem? Dziwnie błogo czuła się w tym niezwykłym stanie.
Bon podszedł bliżej i dotknął jej twarzy. Zadrżała lekko, czując narastające dziwy pod skórą. Wciąż uśmiechając się ślicznie, gładził jej twarz, głowę, ramiona i wciąż niżej, niżej... Poczuła, że oddycha dużo szybciej, niż normalnie i na chwilę wystraszyła się, że to ją skrzywdzi. Na małą chwilę jednak. Gdy Bon przywarł ustami do jej ust, na moment straciła świadomość.
- Czervelko, łóżko. - Ach, ten głos. Identyczny, jak u Bonikara. On też wyprawiał z jej skórą dziwne harce. Ale po co łóżko? Nie będą chyba spać razem, zresztą daleko jej teraz do snu, po co łóżko? Plotło jej się dziwnie w myślach i nie mogła pojąć, dlaczego. Dotąd wszystko było poukładane, myśli też. Zwłaszcza myśli. To podstawa wszelkiego działania, wszelkiego sukcesu.
- Bon, po co łóżko?
- Chodź. - Pociągnął ją lekko za rękę i zobaczyła, dlaczego bojkom powiększa się wypukłość na dresce.
To sprawiło, że nagle zapragnęła wtulić się w Bona, głaskać go i całować, wciąż odczuwać to dziwne drżenie pod skórą... Już wie, co to jest zabawa. I przyjemność. Wykształcona do granic możliwości znała doskonale fizjologię zarówno ragacji, jak i bojków, ale nikt jej dotąd nie powiedział, jakie mogą być skutki ich wzajemnej bliskości. Rozumiała teraz, dlaczego nikt o tym nie mówił. Bo tego nie da się powiedzieć. Odczucia, jak sama nazwa wskazuje, się czuje, a nie omawia. Czervelka może być w tej kwestii bezradna. Jak bambino.
Nie czekając na działania Bona, wtuliła się w niego, wzdychając w poczuciu przyjemności. A on pociągnął ją na łóżko i - kiedy już oboje leżeli - zaczął robić rzeczy, o których Asiedzie nawet się nie śniło. Nieprawda, że już wiedziała, co to przyjemność. Teraz się dopiero zaczęło...
Po długiej chwili od ostatniego okrzyku, oddech Asiedy zaczął zwalniać, stopniowo wracając do normy. To samo dotyczyło bicia serca, które wcześniej prawie z niej wyskoczyło, aby też schować się w objęciach Bona. Leżała wciąż w niego wtulona, jakby bała się, że odejdzie, a ona już nigdy niczego podobnego nie zazna. Czy to w ogóle będzie możliwe, aby powtórzyć wszystko tak samo? Aby znów doznać tej przyjemności - zaraz, nie, Bon określił to jako rozkosz, cóż za piękne słowo! Aby czuć jego wszędzie, na ciele i w ciele, i wzlatywać, wzlatywać w krainę rozkoszy, oddawać się jej całą sobą, oddychać szybko i krzyczeć ze szczęścia...
- Czy Asieda chce, abym ją zostawił?
- Nie. Nie! - Odpowiedziała chyba trochę zbyt szybko, wywołując jego rozkoszny uśmiech. - Za nic na świecie. Nie dbam o to, czy wypada tak się zachować. O nic innego w tej chwili nie dbam, chcę tylko mieć cię na własność w każdym marbinie ciała, w każdej myśli, w każdej chwili, która mi została. Nigdzie nie idę. Wybieram bezczynność, jeśli wypełnisz ją ty i twoje rozkosze. Mam ten przywilej.
- Wiem, droga moja. - Tulił ją i głaskał. - Masz ten przywilej. Zostanę z tobą tak długo, jak zechcesz.
Znów ją całował. Zaczął od ust, ale zsuwał się niżej, i niżej, i... zatrzymał się tam, gdzie u ragacji nie ma wypukłości na dresce, tylko delikatny zarys... Och... Ooooch... Aaaaaaa...
Dwa cykle później Asieda wciąż nie chciała zostawić swego Bona. Już nie nazywała go w myślach botem, ani nawet felixem. Nabrał dla niej wymiaru absolutnie dotąd nie do wyobrażenia. Wciąż miała wrażenie, że naprawdę jest z Bonikarem i chciała, aby ten stan rzeczy trwał wiecznie. Nie potrafiła zrozumieć, jak inne ragacje, nieuprzywilejowane, mogą po kilku chwilach zostawić tę rozkosz i wrócić do pracy, jakby świat się nagle nie zatrzymał i cokolwiek innego w ogóle miało znaczenie. Wiedziała, że nie ma nacisku na nikogo, zwłaszcza bojki mają ten przywilej, ale na ogół nikt tego nie wykorzystywał do granic możliwości. Zbyt dużo pracy mieli wszyscy, aby utrzymać omonalność na ziemi, więc każdy poczuwał się do obowiązku. Asieda też. Nigdy nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby chcieć zostać ze swoim felixem na całą wieczność. Aż do teraz.
Po piątym cyklu, zanim znów wpadła w objęcia Bona, zadała czervelce pytanie.
- Czy Bonikar już się odezwał?
- Nie. Jeszcze nie. - Nawet w komputerowym głosie czervelki słychać było nutki uśmiechu. Eee, tam. Kiedy omon doznaje szczęścia, cały świat się wyszczerza.
- To faktycznie jesteśmy dopasowani. W stu procentach!
Bon czekał na nią w łóżku. Podbiegła radośnie, wpadając w jego objęcia, ale nagle coś przeleciało jej przez myśl.
- Bon, czy mógłbyś mnie nauczyć, co Asi robi, aby Bonikar odczuwał rozkosz?
- Po co? Przecież i tak nigdy jej nie zastąpisz. Myśl o swojej rozkoszy.
- Myślę. I właśnie dlatego chcę się nauczyć rozkosz też dawać, nie tylko brać. Będzie wzmocniona. W dwójnasób.
- Dobrze. Nauczę cię wszystkiego.
I tak zrobił. Asieda już nie dziwiła się niczemu. Teraz mogła powiedzieć bez zmrużenia okiem, że wie, co to jest zabawa. I przyjemność. I to, co najpiękniejsze: rozkosz. Każdy, nawet maleńkie bambino, potrafi bez wahania wyliczyć wszystkie funkcje skóry, najważniejszego organu omona, takie jak na przykład ochrona, oczyszczanie czy odżywianie; wszystkich uczy się od zarania życia, że skóra jest wrażliwa na dotyk. Aż dziw, że dotąd nikt nie spytał, co to właściwie oznacza. Owszem, wiadomo, że każdy bodziec jest przez skórę wyłapywany, dlatego właśnie ubierają dreski, aby nic nie zakłócało właściwych funkcji grubej, lekko chropowatej powłoki omonalnej. Jednak wrażenia, których właśnie dostępowała wkraczająca w starszeństwo, choć wciąż jeszcze młodziutka ragacja, to jakiś abstrakt. Wrażliwa na dotyk, dobre sobie. I to jeszcze jak! Wszędzie. Od stóp do głów. Najbardziej jednak w miejscu, gdzie bojki mają wypukłość na dresce, a ragacje całkiem inny kształt. O, tak. Tam wrażliwa jest najbardziej.
Wreszcie Asieda zrozumiała, dlaczego felixjatowych izoluje się od pierwocin. Trudno bowiem byłoby milczeć, gdyby któremuś z nich niespodzianie przyszedł go głowy pomysł, aby zapytać, co właściwie wrażliwość oznacza. I do czego potrzebny jest bot, który nie spełnia żadnych praktycznych funkcji, wszak to zupełna strata czasu, energii i środków. Jest wystarczająco dużo zajęć przy utrzymaniu landerii w stanie używalności, patrolowaniu terenów wokół domowników i wypraw w poszukiwaniu nowych światów, aby przypuszczać, że botów funkcjonalnych wystarczy już na zawsze. Bzdura. Wciąż są potrzebne, w każdych ilościach.
Teraz Asieda już wiedziała, dlaczego starsi ani myślą o rezygnacji z tworzenia bezproduktywnych botów. Wręcz przeciwnie, udoskonalają je z zaangażowaniem godnym naprawdę większej sprawy, żaden funkcjonalny bot nie zajmuje tyle uwagi konstruktów, co felixy i felicity, nawet nianiobotty, które są tak ważne w zachowaniu życia na ziemi. Omonalne poplony i bambina długo potrzebują troskliwej opieki, a nawet już w wieku starszeństwa nikt bez nianiobotty obejść się nie umiał, choć wszelkie ich funkcje mechaniczne z powodzeniem mogła zastąpić czervelka. Nic jednak nie równało się z felixem. Trudno byłoby wytłumaczyć, dlaczego omony tak bardzo łakną owej rozkoszy, skoro jest zupełnie bezproduktywna. Co więcej, łaknienie jej, myślenie o niej i dążenie do spędzania jak najwięcej czasu w rozkosznych objęciach swego felixa czy felicity, może niektórym bardzo przeszkadzać w wykonywaniu czynności koniecznych dla życia i przetrwania gatunku. Wszyscy o tym na pewno wiedzą, a jednak... Wprawdzie dotąd nic takiego nie miało miejsca, bo każdy omon płci obojga doskonale wiedział, że nauka i praca jest najważniejsza, przyjemności to jedynie dodatek, jakby forma nagrody, a nie odwrotnie i nikt się nie wyłamywał. Asieda jednak nie była w stanie pojąć, jak można zostawić takiego Bona, pełni rozkoszy od stóp do głów i zająć się czymś, co z ową zabawą nie ma nic wspólnego. Nawet jeśli praca polegała na tworzeniu nowych, coraz doskonalszych felixjatów... Ona jednak mogła sobie pofolgować do woli. Bonikar też. Ale inni? Cykl, góra dwa i czervelka postawi do pionu. Tymczasem Bon wypieszczał na wszelkie możliwe sposoby Asiedę już siódmy cykl, a ona wciąż nie chciała przestać. Nawet gdy czervelka poinformowała ją, że Bonikar wrócił między żywych i czeka na nią, bo do świata za pierwszym razem mogą wyjść tylko oboje, wciąż nie mogła sobie wyobrazić, że Bon zniknie z pola jej widzenia.
Obawiała się też własnej reakcji na Bonikara. Wiedziała, że jego obecność wywoła w niej dokładnie te same odczucia, co obecność Bona, ale przecież swojego felixjana dotknąć nie mogła. Jak więc z nim przebywać i pracować, skoro pod skórą wciąż będą się dziwy działy na samo wspomnienie dotyku, który mógłby zastąpić wszystko inne, gdyby tylko istniała taka możliwość?
Czas jednak się postawić do pionu i przypomnieć sobie, jakie to uczucie, gdy skórę skrywa dreska i nic innego nie może jej dotknąć. Czas pokazać się światu, który pewnie zamarł z podziwu nad wytrwałością swojej uprzywilejowanej pary w rozrywkach felixjatowych. Obwieścić, że oto wkroczyli w starszeństwo i mogą teraz wrócić do spotkań, za którymi tęsknią, na przykład z Temikarem. No i poplony wciąż czekają na swoje miana, tym trzeba się zająć w pierwszej kolejności. I ustalić z Bonikarem, czyje twarze będą miały nianiobotty dla ich bambin, im prędzej powstaną, tym lepiej dla maluchów. A później oddać się pracy.
6. Najlepsze chwile Warniekara. Zróbcie coś z tą dermazją!
- Tato, zostanę omonemikiem. Chcę pracować z uprzywilejowanymi nad dermazją. Mamie się spodobał ten pomysł.
- Jest wspaniały. Ale czy naprawdę podoba się tobie? Byłeś tak mocno zaangażowany w prace nad Bot2468-1357-8009, że cyberniery już się ciebie doczekać nie mogły.
Młodziutki bojek Zominer, najmłodszy poplon Warniekara z czwórki rozrzuconej po świecie (z każdą matką miał tylko jedno dopasowanie, w różnych odstępach czasu), jeszcze o felicycie nie myślał. Cały zatem czas zajmowało mu poszukiwanie fascynacji, dzięki której mógłby oddać się pracy nad życiem i przetrwaniem omonów. Uwielbiał swojego ojca i spędzał z nim mnóstwo czasu, pracując, ucząc się i nabywając doświadczeń. Warniekar zawsze patrzył na Zominera z dumą w oczach. Był nietypowo piękny, bowiem z bardzo ciemnej skóry wyzierały, aż rażąc, ogromne, błękitne oczy, co zdarzało się niezwykle rzadko. Warniekar nie znał nikogo innego o takim wyglądzie. Zrobi się tłok w czerwonych dreskach, gdy jego pokolenie dojrzeje do felixjanizmu. Ragacje nie odpuszczą. Tym bardziej, że Zominer był też bardzo mądry, szybko przyswajał sobie wiedzę wszelką i potrafił efektywnie ją wykorzystać.
- Tak, bardzo mi się to podobało, ale Warni1, jak nazwali go uprzywilejowani, już mnie nie potrzebuje. A ty - jak najbardziej. I każdy inny starszy we wszystkich landeriach. Temikar ma rację, mówiąc, że prace nad dermazją są najważniejsze. Jeśli uda nam się przedłużyć ci życie o kolejne dwadzieścia, a może nawet pięćdziesiąt procent, będziesz mógł asystować mi w przejściu do starszeństwa, no i wynaleźć jeszcze wiele Warnich, nie bez kozery Asieda uparła się przy numerze 1. Musisz jednak żyć, aby to osiągnąć. Wiem, że twoje poplony już są rodzicami, wynalazłeś wspaniałego bota, który nawet twoje miano dostał i mógłbyś powiedzieć, że swoje zrobiłeś. Ale ja nie chcę tego słuchać. Chcę, byś był przy mnie, gdy pokłonię się, wyrażając zgodę, najpiękniejszej ragacji mojego pokolenia i zobaczył kolejny owoc, choć pośredni, swoich matozoi. Temikar też nie jest jeszcze gotowy, aby się pożegnać. A ty - chcesz już nas zostawić, jego i mnie?
- Jestem coraz mniej wydajny, ale gotowy? Nie. Trudno się na to przygotować, mając dwóch tak cudownych bojków obok siebie. Temikar wreszcie dostał swego Wara...
- Nie musiałeś wyrażać zgody?
- Nie. Bojek może dostać felixa tylko wówczas, gdy ma już felicitę i dopasowanie. Jak to się mówi - na rarytasy trzeba zasłużyć... A wtedy może mieć każdą twarz, bez pytania o zgodę. Ja mam swego Tema już dawno. Teraz jesteśmy naprawdę szczęśliwi, obaj. Mógłbym spędzić resztę życia tylko na spotkaniach z tobą, Temikarem i rozkoszą z Temem.
- Jeśli czegoś nie zrobimy z dermazją, dostaniesz ten przywilej, zasłużyłeś. No, jeszcze nie teraz, wciąż masz sporo czasu między cyklami, ale kiedyś, gdy czas nadejdzie. Oby jak najpóźniej. Widziałeś, jak Temikar się ucieszył, gdy ogłosili, że nie rezygnują z badań nad dermazją? Dostaną duży zespół, prace ruszą z ogromną siłą, chcę być jednym z nich i choć w maleńkiej części przyczynić się do twojej obecności przy mnie w najważniejszych chwilach mojego życia.
- Byłoby wspaniale. Wiesz jednak, bo mądry z ciebie bojek, że niewielkie są na to szanse. Prace nad dermazją, jak słusznie zauważyła Asieda, oznajmiając ich kontynuację, prawdopodobnie zmierzą w kierunku działań na młodszych osobnikach, takich, którym po raz pierwszy skrócił się cykl. Dzięki bowiem wcześniejszym działaniom jest większa szansa na przedłużenie istnienia. Moje pokolenie odchodzi i nic na to już poradzić nie możemy. Jestem ogromnie wdzięczny naszym uprzywilejowanym za owe dwadzieścia procent czasu więcej, bo dzięki temu mogłem skończyć Warni1 i jeszcze zobaczę, jak będzie się sprawował tam, dokąd zostanie wysłany. No i doczekałem chwili, w której Temikar, szczęśliwy i zaspokojony w rozkoszy, może mi prosto w oczy powiedzieć, co czuje i słuchać moich zwierzeń.
- Czasem mam wrażenie, że oddałbyś wszystkie swoje prace i poplony za jednego Temikara. - Zominer uśmiechnął się znacząco.
- Dziwnie to kategoryzujesz. Dlaczego miałbym czego lub kogokolwiek wyzbywać się, po to tylko, aby zatrzymać jednostkę?
- Wiem, nie ma takiej konieczności, ale gdyby nagle coś stanęło na głowie, świat się zmienił i czervelka kazała ci wybrać, zanim sama to zrobi? Od wielu pokoleń mamy idealną stagnację, nikt jednak nie może dać gwarancji, że tak będzie zawsze.
- Twoje myśli błądzą gdzieś po manowcach. Obyś się nie rozpraszał podczas prac nad dermazją, bo zrobisz im lukę w opracowywanych wynikach. Gdyby jednak pójść drogą twoich imaginacji, zanim cokolwiek mogłoby się zmienić aż tak znacząco, mnie już dawno z wami nie będzie. Szkoda zatem czasu na dywagacje.
- Och, zwyczajnie unikasz odpowiedzi.
Warniekar spojrzał przenikliwie w niebieskie oczy swego bambina.
- Nie mógłbym wybrać. Każdy wymieniony przez ciebie składnik mojego życia jest dla mnie jednakowo ważny. One wszystkie je tworzą. Brak chociaż jednego uczyniłby ze mnie istotę inną, uboższą, mniej istotną, wyobcowaną. Dlatego wolałbym, abyś myślał o czymś ważnym, a nie o mrzonkach, które - dla dobra każdego omona - nigdy nie mogą mieć miejsca.
- Dobrze. Przekonałeś mnie. A poza tym myślę o czymś ważnym, najważniejszym, nieprawdaż? Chwilę temu ci to zakomunikowałem.
- Pracownia omonemiczna czeka na Zominera. - Spokojny głos czervelki przerwał im rozmowę.
- Naprawdę? - Ucieszył się Zominer. Nawet trochę za bardzo, jak na naukowca. Ech, ta młodość... - Lecę. Opowiem ci później wszystko. Czervelko, przenieś.
- Temikar chce rozmawiać. - Przenosząc Zominera, oświadczyła Warniekarowi.
- Połącz.
Twarz młodego felixjana objawiła się cała w uśmiechach.
- Drogi mój, właśnie wracam z pracowni omonemicznej, gdzie odbywa się rekrutacja. Wiesz, że Zominer ma duże szanse? Jego wyniki są imponujące, a Asieda i Bonikar chcą tylko najlepszych.
- Dopiero przed chwilą raczył mnie poinformować o swoich zamiarach. - Warniekar odwzajemnił uśmiech. Nigdy nie miał dość obecności tej rozkosznej istoty. - Zapewne jestem ostatnim, który się dowiedział.
- Nie, przed tobą mówił tylko mamie. Ja wiem z innych źródeł. Asieda poprosiła mnie, bym przewodniczył rekrutacji. Jak się zapatrujesz na ten pomysł?
- On się naprawdę cieszy, więc i mnie raduje. Przyda się na pewno, to bystrzak. Widziałem go w akcji przy powstawaniu Warni1. Czy oni już wybrali miana dla swoich poplonów? Mają niezły poślizg. Nikt tak długo nie zostawał sam na sam z rozkoszą, jak oni... A jestem ogromnie ciekaw, co wybrali jako dodatkowe zajęcie, bo nie wierzę, że zostaną wyłącznie przy dermazji.
Temikar roześmiał się serdecznie.
- Tak... Na nowo poznałem własną siostrę. Jakże tęskniłem za rozmowami z tą ślicznotką! A teraz... Gdybyś wiedział, jak szczegółowo i tkliwie opisuje swoje doznania w objęciach Bona, jak bardzo przez to zbliżyła się do Bonikara i jak pozytywnie wpływa to na jej chęć dalszej pracy, też chciałbyś spędzać z nią mnóstwo czasu. Teraz już nie tylko wierzę, ale jestem przekonany, że przynajmniej o sto procent przedłużą nam życie. Chcę się tobą jeszcze długo cieszyć i oni nam to zapewnią.
Przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy, uśmiechając się tkliwie.
- Mają ogłosić miana i wybór lada chwila. Już wszystko ustalili między sobą, ponoć niezwykle zgodnie.
- A wy? Macie już miana dla swoich poplonów? Spotykasz się w ogóle z Belisją?
- Częściej robi to moja mama. Jest ogromnie rada, że wybrała mnie niebieskooka, jasna ragacja, a ponieważ ja nie mam specjalnych inklinacji do spotkań z ragacjami, jeśli z nimi nie pracuję, więc ona mnie zastępuje. Belisja zrobiła mi przysługę, ale ja nawet felicitę mam z inną twarzą. Miana już nadane. To, co konieczne, robimy razem.
- Miana?
- Jowenia i Semonor. Są z pokolenia szóstki uprzywilejowanych, będą razem wzrastać, uczyć się i może pracować. Mama, jako główny opiekun bambin, nie posiada się z radości. Wierzy, że uda jej się doczekać starszeństwa ósemki zstępnych poplonów i nawet nie chce myśleć, że Asieda z Bonikarem jej tego nie umożliwią. Wciąż im przypomina: zróbcie coś z tą dermazją. Ma już skrócone cykle, ale i tak jest pełna optymizmu.
- Pamiętam, jak chciała podjąć działania na rzecz zachowania choć w części niebieskookich, jasnych omonów. Była z tym sama. Wszyscy inni uznali, że przetrwanie jest najważniejsze, a nie kolor skóry czy oczu. Do dziś nie wiem, dlaczego właściwie tak się przy tym upierała.
- Ja też tego nie rozumiem. Ona sama ma kłopoty z tłumaczeniem owego podejścia do kolorów omonalnych. Po prostu wie, że jeszcze parę pokoleń i wszyscy będą wyglądać prawie tak samo, a chciałaby zachować różnorodność.
- Czervelka już się o to postara, aby ich umysły i sposoby podejścia do działania były różnorodne.
- Ona nie ma żadnej zasługi w różnorodności omonów. Wszystkim jednakowo dostarcza wiedzę. To bambina same decydują, jak podchodzić do danych zagadnień i które z nich wybrać dla siebie, aby spełnić się w pracy. I kolor skóry czy oczu nie ma z tym nic wspólnego. Spójrz, jak bardzo różnimy się z Belisją, choć oboje spełniamy wymóg mojej mamy. Ona jest cichutka, spokojna, bardzo poukładana i konkretna. A ja chciałbym cały świat u twoich stóp położyć. Z rozmachem. Bez względu na ilość energii, którą musiałbym w tym celu zużytkować.
- Kładziesz świat u mych stóp, najmilszy. Samą swoją obecnością. Z wielkim rozmachem. Dajesz mi pełnię szczęścia. I teraz wreszcie możemy o tym bez ograniczeń rozmawiać.
Znów patrzyli na siebie tkliwie, ale chyba każdy z nich poczuł, że powiększają im się wypukłości na dreskach. Trzeba zrobić przerwę w rozmowie...
Wrócili rozluźnieni i z jeszcze szerszymi uśmiechami w rozkochanych obliczach.
- Chcę, abyś pracował w moim zespole. Cyberniery miały cię za długo. Obejmiesz go później po mnie. Nikt tak nie fascynował się Warni1, jak ty, nawet ci, którzy współuczestniczyli w jego powstawaniu. A ja już mam pomysł na Warni2, podsunął mi go niechcący Zominer, więc muszę mieć kogoś zaufanego, kto skończy projekt, gdy ja odejdę. Poza tym nie chcę się z tobą rozstawać na czas pracy. Niewiele już nam go zostało, wykorzystajmy go do maksimum.
Temikar odczuł żal po słowach Warniekara o odchodzeniu, ale ucieszył się niezmiernie. Sam miał zamiar prosić najdroższego, aby wziął go do siebie.
- Cudownie.
- Chodźmy zatem, wszystko ci opowiem i pokażę. Czervelko, pracownia.
8. Riona naprawdę chce. I nie, za nic nie ustąpi
Statek na Termazjanę odleciał planowo. Uprzywilejowani nie mieli zbyt wielkiej ochoty, aby ich miana umieszczać na jego kadłubie, ku wielkiej rozpaczy Giadony. Długie dyskusje i przekonywania obustronne przyniosły efekt w postaci kompromisu. Para młodych felixjan zaproponowała nazwę złożoną z cząstek ich mian. Po próbach różnorodnego łączenia wszyscy zgodzili się na miano "AsieBon" i tak właśnie ozdobiono kadłub najnowszego statku, który poleci dalej, niż dotąd bywało. Poleci, jeśli uda się wykorzystać efektywnie najnowsze podprzestrzenne techniki skrętów niemianowanych. Badania Masuara dopiero się zaczęły, więc wciąż brakuje czegoś w swobodnym przemieszczaniu się czasoprzestrzennym, ale dotychczasowe ustalenia pozwolą dostać się na Termazjanę. Żaden sprzęt, żaden napęd nie był w stanie robić badań tak daleko. Statki, wysyłane kilkanaście pokoleń wcześniej, wracają teraz po spełnionych misjach, ale żaden z nich nie mógłby dolecieć aż tam, nawet w kilkaset pokoleń. Albo i kilka tysięcy. Brak było zatem sensu takim eskapadom.
Dwa omonalne boty z twarzami Asiedy i Bonikara dołączyły do misji już bez czyjegokolwiek sprzeciwu. Pięknie wyglądały. Zrobione, jak ostatnie felixjaty, najnowszą techniką, niemal niczym nie różniły się od swoich omonalnych pierwowzorów. Dziwnie było młodym uprzywilejowanym spoglądać na tę parę botów. Identyczne wszak mieli w swoich domownikach, każde z nich po jednym. Owszem, różniły się wielce funkcjonalnością, ale ich wygląd...
"AsieBon" odleciał z orbitalnej stacji kosmicznej, znikając im z oczu w mgnieniu czasu. Najwyraźniej złapali podprzestrzenny skręt, to dobra wróżba. Dokąd jednak ich zaprowadzi, przekonają się w stosunkowo niedługim czasie. Jeśli misja będzie udana, statek wróci, nim bambina Asiedy i Bonikara osiągną wiek felixjański. W innym przypadku mogą nie zobaczyć go już nigdy.
Wszyscy obserwujący start wrócili do pracy i natychmiast zapomnieli o kosmicznej wyprawie. Wysyłali statki na wszystkie strony, szukając planety zdatnej do życia i inteligentnych jego form biologicznych. Nie bardzo wiedzieli, po co właściwie to robią. Z punktu widzenia przetrwania omonów, takie eskapady nie miały bowiem żadnego znaczenia. Ot, naukowy rozwój możliwości technicznych i ich wykorzystania. Wszyscy byli dumni z osiągnięć, choć wciąż nie znaleźli żadnego życia. Ale żeby sobie na dłuższą metę zawracać tym głowę? Szkoda cennego czasu. Wystarczy, że marnują go kosmoniery, jest ich spora grupa. I mają do pomocy mnóstwo botów, świetnie w tym celu zaprogramowanych.
Riona, niemal natychmiast po zniknięciu statku, poprosiła czervelkę o zorganizowanie spotkania z Asiedą. Musiała jednak chwilę poczekać, bowiem jej bambina zdążyła w międzyczasie wrócić do jakiejś zawiłości marbinalnej i nie chciała przerywać rozpoczętego właśnie doświadczenia. Przed matką zjawiła się uradowana.
- Płciowość nie ma żadnego wpływu na dermazję. Znamy już prawie wszystkie czynniki. Jestem dziś dobrej myśli.
- Wspaniale. Ja właśnie w tej sprawie.
- Chcesz przystąpić do zespołu badawczego? - Asieda uśmiechnęła się serdecznie.
- Nie, skądże. Bez moich bambin straciłabym sens istnienia. Wiesz, że znam doskonale wszystkie pokolenia, począwszy od tego przed wami? Udokumentowałam każdy pierwszy krok, wypowiedziane słowo, pierwsze zadanie naukowe i każdą rozterkę, związaną z wyborem kierunku i pracy. Znam was wszystkich.
- Przecież wiem. Każdy o tym wie. Masz sznureczek wpatrzonych w ciebie następców płci obojga, którzy chłoną każde twoje słowo, stare czy nowe, każdy gest i sposób wydobywania z bambin tego, co w nich najlepsze. Cała omonalność zna twoje osiągnięcia.
- Tak. Ale za maleńki upływ czasu pojawią się między nami wasze poplony, twoje i Temikara, bambina moich bambin. Od czasu waszego wkraczania w życie nic mnie tak nie radowało. A was było tylko dwoje. Waszych poplonów jest osiem. Grupa tego pokolenia będzie zdecydowanie większa od dotychczasowych, to też stanowi wielką radość.
- Będziesz miała zatem pełne ręce przyjemnej pracy, jeśli można te dwa określenia ze sobą połączyć.
Asieda na moment przymknęła wewnętrzne powieki. Słowo "przyjemność" już samo w sobie wywoływało sensację pod jej skórą, więc nie miała pojęcia, czy da się go użyć wobec niefelixjańskich czynności.
- No, właśnie. Cały problem w tym, że mogę nie zdążyć wychować ich tak, jak potrafię najlepiej. Już mam skrócone cykle. Niewiele wprawdzie, ale proces dermazji mnie dopadł. A ja nie chcę rozpoczynać niczego, co nie dane mi będzie skończyć.
- Chcesz oddać tę misję swoim następcom?
- Nie. Nie, nie, nie! Chcę mieć możliwość doprowadzić proces do końca. To będzie moje ostatnie pokolenie. Kolejne oddam już następcom. Ale tego nie. Za nic. Są moje. Musisz mi pomóc, bambina moja najmilsza.
Asieda spoważniała i spojrzała wymownie na matkę.
- Naprawdę chcesz obciążyć mnie odpowiedzialnością za swoje decyzje?
- Och, nie, to nie tak. Chcę tylko, abyś mnie wzięła do grupy testowej.
- Jesteś za młoda. Nie mogę łamać zasad, bo testy będą wypaczone, czyli szkoda czasu na ich przeprowadzanie. Jeśli mamy pomóc omonalności żyć dłużej, musimy działać według planu. Inaczej nigdy nie uda nam się tego zrobić. Przecież wiesz o tym dobrze.
- Wiem, wiem... Ale coś przecież można zrobić. Poprowadzić mnie obok grupy testowej, na moją odpowiedzialność.
- Wiesz, ile jest osób w twoim pokoleniu, które chciałyby żyć dłużej i dla tej idei gotowe byłyby na wszelkie testy, które im urządzę? Jak mam to zrobić tylko dla ciebie? Gdyby Bonikar wiedział, że w ogóle o tym z tobą dyskutuję, od razu zawiesiłby wszelkie obecnie trwające testy.
- Cóż one mają do rzeczy?
- Ktoś chce je podważyć swoim postępowaniem, więc nie ma żadnej gwarancji, że będą miarodajne. Jesteś moją matką, więc tego nie zrobię, ale nie wracaj już do tematu. Przyjdzie pora na twoje pokolenie, wtedy porozmawiamy.
- A gdybyś sama była w mojej sytuacji? Nie poddałabyś się testom poza kolejnością?
- Aż tak nisko mnie cenisz? Mówisz, że znasz każdy marbin naszych istnień, a własnej córce zarzucasz podobną podłość?
- Przecież naukowcy często testują na sobie wyniki swoich badań!
- Owszem, jeśli mogą zaszkodzić. W innym przypadku kolejność jest ustalona. Nasze badania dotyczą dermazji, a ona najbardziej dokucza najstarszym osobnikom. Tam właśnie zaczynamy.
- Oni już dostali swój czas, więcej nic nie zrobicie. A ja muszę wychować twoje i Temikara bambina. Nie oddam ich w obce ręce.
- Skąd u ciebie taka egzaltacja? Jak u bardzo młodych bambin. Może już zbyt dużo czasu z nimi spędziłaś? Sądzisz, że Bonikar czy Belisja zechcą oddać swoje poplony komuś, kto sam nad sobą nie potrafi zapanować? Co się z tobą dzieje?
Riona przestała gestykulować i wzięła bardzo głęboki oddech. Jak przed wejściem do nasadowni. Trzech następnych nie będzie potrzebowała. Patrzyła niemo na swoje uprzywilejowane bambino.
- Z testami czy bez, masz jeszcze dużo czasu. - Usłyszała. - Zaczniesz proces wychowawczy i poprowadzisz go tak długo, jak zdołasz...
Asieda przerwała, bo coś jej przyszło do głowy. Nie mogła jednak o tym rozmawiać z matką, potrzebowała Bonikara.
- Muszę lecieć. Trzymaj się planu, przestań ulegać egzaltacji, a wszystko będzie dobrze.
Znikła, a Riona wciąż trwała w bezruchu i bezdechu. Powoli wracały ukształtowane myśli. Z jednej strony nie mogła uwierzyć, że Asieda oddaliła jej prośbę, a z drugiej poczuła coś w rodzaju pretensji do samej siebie o wystosowanie wobec swej bambiny podobnego żądania. Z naukowego punktu widzenia Asieda ma rację. Nikt na całej Ziemi nie zrozumiałby podobnego postępku, gdyby ustąpiła matce i dopuściła ją do testów. Zasady funkcjonują świetnie, ale jeśli zacznie się je łamać, cała omonalność stanie na głowie. Tego nikt nie chciał. Chaos nigdy niczemu dobremu nie sprzyja. Wiedziała też, że Asieda będzie się ich trzymać. Jak każdy. Cóż jednak mogła zrobić? Nigdy niczego w życiu tak bardzo nie pragnęła, jak wychować uprzywilejowaną szóstkę i pozostałe bambina z tego pokolenia. Dwójkę jasnych poplonów Temikara. Czyż cokolwiek mogłoby być ważniejszego w całej historii omonalnej?
- Czervelko, kiedy było ostatnio sześć poplonów z dopasowania? Muszę to wiedzieć...
- Nie ma w moich archiwach o tym wzmianki. Cztery bywały wiele pokoleń temu, ale sześciu nie. Był jeden bojek w czasach, gdy omonalność liczyła kilkaset osobników, który miał dziewięć poplonów, ale każdy z inną ragacją.
- Można więc powiedzieć, że jesteśmy wybrańcami.
- Można. Ale dlaczego wy? Kto wy?
- No, my, omonalność dzisiejszych czasów, bo dostąpiliśmy zaszczytu bycia obserwatorami, czy nawet wychowawcami sześciu poplonów ze stuprocentowego dopasowania. Pierwszy raz w historii.
- Jeśli tak to ująć, można, rzeczywiście. Nie można jednak dać przywilejów kilku tysiącom omonów tylko dlatego, że trafiła się między nimi para z podobnym dopasowaniem.
- Może nie trzeba wszystkim. Wystarczy rodzinie, na przykład rodzicom rodziców. Czervelko, ja muszę te bambina wychować. I tylko na tym jednym przywileju mi naprawdę zależy.
- Jak się u ciebie objawia ten przymus? Ja w owej sytuacji go nie widzę.
- Uczuciem. O, tu, w środku. Jak w momencie poprzedzającym wejście do nasadowni. Jakaś świadomość, że jeśli tego nie zrobię, odejdę. Wychowanie tych bambin jest dla mnie jak nasadownia. Muszę to zrobić, aby żyć.
- Wiesz, że fizjologicznie nie jest to prawdą?
- Pewnie. I cóż z tego? Wciąż czuję, że muszę.
- Daruj sobie ten odczuwalny przymus. I weź się w garść, nie pracujesz już zbyt długo. Omija cię jakiś pierwszy krok albo słowo.
- Mój zespół pracuje.
- Ale ty nie, a jesteś za wszystko odpowiedzialna. Wracaj do zajęć, myśli ci się wówczas same ułożą. I pozwól pracować Asiedzie. Jest pełna świetnych pomysłów.
- Tak, wiem. Dobrze, czervelko. Zabierz mnie do bambin. Ale ja do tego wrócę, nie ustąpię. Za nic.
9. Omonalność jest dobra. Tak, na pewno
Pełna przeróżnych wzruszeń i przemyśleń Asieda rozpoczęła swoją przygodę z historią od pytań do czervelki. A właściwie pytania. Dlaczego omony przez całe życie są izolowane i spędzają czas w jednym pomieszczeniu? Wirtualnie można z niego zrobić każdy rodzaj domownika, ale to wciąż jedno lokum. Każdy, od zarania życia uczony, że to jest normalne, tak właśnie ową sytuację traktuje. Nie zna po prostu niczego innego. Wszyscy jednak wiedzą też, że Ziemia nie jest jedyną planetą w kosmosie, a na niej samej jest dość twardzieliny, by coś z nią zrobić użytkowego. Czervelka, zgodnie z obietnicą, nie uchylała się od odpowiedzi.
- Omony istnieją na ziemi tak długo, że wasze pojmowanie, pozbawione jakichkolwiek metryk czasowych, poza pokoleniowością i podziałem życia na poplony, bambina i starsi, a także cyklami, nie jest w stanie ogarnąć ogromu czasu, jaki spędzacie na tej planecie. Był jednak okres, gdy wyglądaliście zupełnie inaczej, a wasze organizmy funkcjonowały na wielce różnych od obecnych zasadach. Żyliście wszyscy razem, tam, na twardzielinie, której było dużo więcej przed katastrofą ekologiczno-klimatyczną. O tym będziesz dowiadywać się z dostępnych materiałów. Szczegółów tego, co teraz powiem, też możesz szukać w moich archiwach. Otóż omony, zwący siebie wówczas ludźmi, mnożyli się bez opamiętania. Cyfry na szczęście znasz, więc sobie porównasz. Was jest obecnie kilka tysięcy, pięć z niewielkim dodatkiem. Ich w pewnym momencie było ponad siedem miliardów.
- Co? - Asieda uznała, że czervelka się przejęzyczyła. Jakby to w ogóle było możliwe.
- Dobrze słyszysz.
- Niemożliwe. Ziemi by zabrakło.
- Z miejscem sobie radzili. Obszary twardzieliny były dużo większe, zanim znikły pod wodą. Domy tonęły w chmurach (pamiętaj nieznane ci słowa, później znajdź sobie ich znaczenie), mieszkali jeden nad drugim, mieścili się jakoś. Ale planeta nie była w stanie obronić się przed ogromną ilością odchodów i odpadów, których ludzie nie potrafili zneutralizować, choć rozwijali się szybko. Nadmierna gęstość zaludnienia sprzyjała chorobom, wręcz epidemiom, z którymi coraz trudniej było walczyć. Ludzi ubywało, śmieci nie. Aż przyszedł moment, gdy organizm ludzki odrzucił wszystko, co organiczne. Spowodował to wirus, na który nikt nie potrafił znaleźć antidotum. Skąd się wziął, nikt nie wiedział. Jedni twierdzili, że matka natura poczuła przesyt i postanowiła wyzwolić się spod jarzma plastiku, pazerności i głupoty ludzkiej; inni, że wirus uciekł z jakiegoś laboratorium, zanim wynaleziono nań antidotum. Ludzie umierali w zastraszającym tempie, ale najgorsze było to, że ginęły wszelkie organiczne formy życia.
- Czervelko, to jakiś absurd. Przecież jednak ktoś przeżył, nie mogło być aż tak źle.
- Owszem, i przeżył, i było. Nawet gorzej. Przetrwali tylko ludzie zamknięci w swoich kombinezonach, pracujący w laboratoriach, szpitalach i odizolowanych kosmodromach. Dosłownie kilkadziesiąt osób w każdej landerii. Wówczas były to kontynenty, na cześć których wasi przodkowie nazwali obecne siedziby. Szybko zdali sobie sprawę, że muszą pozostać w izolacji, jeśli chcą przetrwać. Określili materiały, które nie przepuszczały wirusa, choć w praktyce miał go każdy z nich, ale on uaktywniał się dopiero podczas kontaktu z inną formą organiczną. Przy pomocy swoich ówczesnych botów, zaczęli budować dla siebie schronienie. Ta część planu była najprostsza. Nie mieli też problemów z rozmnażaniem, bowiem zapłodnienia pozaustrojowe znane były im od dawna. Tylko teraz rolę medyków przejęły specjalnie zaprogramowane boty. Kłopot zaczynał się jednak przy opiece nad płodami i dziećmi, bo okres ich rozwoju był zbyt długi, aby mógł rokować dobrze na przyszłość. A już najtrudniej było utrzymać siebie przy życiu, bowiem ówczesny ludzki organizm odżywiał się, wykorzystując układ pokarmowy, produktami organicznymi. Zanim znaleźli sposób na produkcję jadalnych syntetyków, połowa z nich umarła.
- Nie wiem, co to jest układ pokarmowy, ale chyba nic dobrego, skoro i tak zanikł?
- Dla nich był normą. A zanikł z prostej przyczyny: w pewnym momencie przestał być potrzebny. Syntetyki słabo odżywiały, choć pozwalały przeżyć. Szukano więc innych sposobów. I tak wpadli na pomysł, aby wykorzystać minerały, ale one nie były przyswajalne przez ludzki układ pokarmowy. Zaczęli więc podawać je przez skórę. Organizm ludzki tak się przyzwyczaił, że przestali potrzebować syntetyków, a tym samym układu pokarmowego. Dlatego zanikł. Jak i inne ludzkie cechy i organy z tamtych czasów. Dowiesz się wszystkiego.
- Rozumiem, że ów wirus wciąż w nas siedzi, skoro unikamy wszelkiej formy organicznej. Czy może omony doszły do wniosku, że taka forma bytu jest dobra i nie ma sensu jej zmieniać?
- Wciąż macie wirusa. Nikt z omonemików nie potrafił go wyizolować...
- Może dlatego, że nie mamy pojęcia o istnieniu podobnych dziwów, więc ich nie szukamy.
- ....ale tylko dlatego, że nie odpowiada na żadne dostępne dziś metody izolacji marbinalnej. Zrósł się z każdym marbinem waszego ciała. Nie da się go usunąć, więc jedynym sposobem na przetrwanie jest całkowita izolacja przed czynnikami organicznymi.
- Musieli więc nasi przodkowie inaczej sobie życie ustawić...
- Tak. Trudne to było zadanie. Tym bardziej, że odżywianie minerałami skracało diametralnie czas życia. W zmieniających się waszych ciałach było coraz mniej dostępnych i zdatnych do parowania ovulsji i matozoi. Dobili jednak do liczby kilku tysięcy. I stanęło. Jeśli znów zacznie się tendencja spadkowa, będziecie musieli po raz kolejny wszystko zmienić, aby przetrwać.
- Dlatego tak ważne są prace nad dermazją. Jest jednak kwestia ważniejsza. Musimy zwiększyć liczbę poplonów i mam chyba pomysł doraźny. Trzeba go będzie wprowadzić bez względu na liczbę osobników chroniących tradycję, bo ona - w obliczu naszego wyginięcia - jest bez znaczenia.
Asieda zamyśliła się na chwilę, ale czervelka cierpliwie czekała.
- Musimy wyrzucić czerwone dreski.
- Cóż one mają wspólnego z ilością poplonów?
- Och, bardzo dużo. Pomyśl chwilę, to skojarzysz. Ovulsje i matozoje pobierane są od poplonów tuż po opuszczeniu cieplarników.
- Tak. Zanikłyby szybko po przejściu do nasadowni.
- Wiem. Jest ich mało, bo bambina też maleńkie, no i jeszcze potrzebują czasu, aby dojrzeć. Ale nie aż tyle, ile trzymamy je do osiągnięcia dojrzałości felixjańskiej przez ragacje i bojki. Trzeba z tym skończyć. Rozdzielić raz na zawsze przyjemności z obowiązkiem przetrwania.
- Jak to sobie wyobrażasz?
- Bardzo prosto. Ovulsje i matozoje to jedyne marbiny organizmu, które nie zabijają się nawzajem, jakby wirus chciał przetrwać za wszelką cenę, nawet w uśpieniu, więc wszelkie niezdatne do parowania marbiny musimy zabrać do pracowni omonalnej i tak długo badać je pod kątem owego wirusa, aż dojdziemy do tego, czemu w innych częściach naszych organizmów może być dla nas śmiertelny. A zdrowe parować tuż po osiągnięciu przez nie zdolności rozrodczej. Z najlepszym materiałem. Zobaczysz, że zwiększymy ilość poplonów co najmniej trzykrotnie, stosując tę metodę.
- A co z felixjanizmem?
- Każdy wybierze taką twarz dla swego felixa czy felicity, jaka mu najbardziej będzie odpowiadać. Przecież to już teraz jest możliwie, tylko karze się chętnych do owej procedury nieświadomością rodzicielstwa. Po co? Niech każdy działa na tych samych zasadach. Bojki dojrzewają wcześniej. Tylko garstka czeka na wybrankę, reszta woli zabawę. Mogą sobie pozwolić, nie tracąc ojcostwa, bo i tak jest szansa, że któraś ragacja ich wybierze. Ragacje mają gorzej, bo decydując się na felixa obojętnego, tracą szansę na świadomość macierzyństwa. Czekają więc, niektóre nawet zbyt długo. Przed czerwoną dreską nie ruszacie ovulsji, choć dawno już sparowane z nich poplony mogłyby wychodzić z etapu bambina i same wchodzić w rodzicielstwo. Ovulsje dojrzewają dużo szybciej, niż omony. Matozoje jeszcze szybciej. Po co więc czekać na felixjanizm, skoro to wyłącznie śmieszna tradycja? I tak nie możemy być razem z naszymi felixjanami. Kto będzie się chciał parować, zrobi to bez względu na wszystko. Może nie będą mieli wspólnych poplonów, ale za to szczęścia pod dostatkiem. A mój brat i inni, którzy nie chcą felixjata odmiennej płci, nie będą do tego zmuszani, aby zostać rodzicami. Pomyśl, czervelko.
Przez chwilę panowała cisza.
- Wiem przecież, że dopasowujecie ovulsje i matozoje dużo wcześniej, niż parują się omony. Nie szkoda wam zmarnowanych dopasowań, kiedy musicie tworzyć poplony z osobników kompletnie niedobranych? A ja jestem pewna, że parując poplony moją metodą, co chwilę mielibyśmy święto stuprocentowych dopasowań. Można byłoby wtedy znieść instytucję uprzywilejowanych, bo wszyscy byliby naprawdę równi.
Czervelka wciąż milczała, przetwarzając dane Asiedy. Wreszcie odpowiedziała.
- Prawdą jest, że parujemy ewentualne poplony dużo wcześniej. I byłyby już wówczas zdolne do rozwoju.
- Dlaczego nikt na to nie wpadł wcześniej?
- Może i wpadł, ale tradycja dla omonów jest niezwykle ważna. Uważają, że to ich odróżnia od botów i nie chcą z niej rezygnować. Za żadną cenę. Trudno będzie ich przekonać.
- Czervelko, sami do tego doprowadzą, gdy na ziemi znów zostanie tylko kilkaset osób. Ale wówczas może być za późno. Musimy zacząć działać już teraz. Może gdybyśmy powiedzieli wszystkim o przyczynach naszej ciągłej izolacji, zmieniliby zdanie...
- Nie zaczynaj, znasz zasady. Ta informacja jest tylko dla ciebie i Bonikara. Musicie znaleźć inny sposób.
- A co ty o tym sądzisz?
- Z naukowego punktu widzenia masz rację. Jeśli chcecie przetrwać, musicie przyspieszyć rozpłód. Zmaksymalizować go. Tym bardziej, że dość często marbiny obumierają, zanim zostaną sparowane. Każde z was traci jakiś poplon, a nawet i kilka.
- Dlaczego nikt o tym nie mówi?
- Uznają to za normalny proces organiczny.
- Straszna bzdura. Jeśli można uratować marbiny szybszym połączeniem ovulsji z matozoją, po co skazywać je na odchodzenie tylko dlatego, że tradycja każe czekać, aż mama raczy dojrzeć do swego felixa?
- Kiedyś parowanie odbywało się w organizmie ragacji. Bojek dostarczał do środka matozoje, tam powstawał poplon, rósł i wychodził z ragacji, gdy był gotów do samodzielnego oddychania.
Asiedę zamurowało na dłuższą chwilę.
- Jak to, wewnątrz ragacji? Gdzie?
- Były potrzebne do tego narządy, dowiesz się podczas studiowania historii.
- Teraz już rozumiem, dlaczego, oprócz głosu, różnimy się wyłącznie miejscem na dresce, gdzie bojki mają wypukłość... W ten sposób pewnie dostarczał matozoje.
- Tak, właśnie tak.
- I dlatego ta tradycja zaćmiła światłe skądinąd umysły naszych przodków.
- Tak, rozród zawsze był dla ludzi ważny. I rodzicielstwo. Mama i tata wspólnie wychowywali swoje bambina. Sami. No, nie zawsze wspólnie, ale ta metoda okazała się niezwykle ważna dla omonów.
- Mogę to uszanować, jak najbardziej. Ale nasza sytuacja, jako omonalności, ma się rozumieć, wymaga podjęcia środków, które zapobiegną naszemu wyginięciu. To obowiązek. Dodatkowo połączymy przyjemne z pożytecznym... Muszę spytać Bonikara, jak długo na mnie czekał. Jakże to nie było konieczne. Wiem, ile naczekał się Temikar. Po co? Dla tradycji, którą ani się nie odżywimy, ani zabawimy? Nawet nas nie oczyści. Życia nie przedłuży. Bambin nie dołoży. Po co więc jej hołdujemy? Czervelko, czy omonalność naprawdę jest aż tak głupia? Dlaczego? Przecież jest wspaniała w gruncie rzeczy, nieprawdaż?
Czervelka milczała w tej kwestii, więc Asieda przestawała wierzyć we wspaniałość owej omonalności. Ale jeszcze jest czas. Trzeba udowodnić, że - mimo wszystko - jest dobra.
- Czervelko, zredaguj moją propozycję tak, aby mogła być przyjęta przez wszystkich, później daj mi swoją wersję do akceptacji. Chcę, abyś ją rozesłała do każdego omona płci obojętnej, niech ten proces się zacznie.
- Chcesz moją wersję do akceptacji? Myślisz, że zrobisz lepszą?
- Nie. Myślę, że okroisz treść za bardzo, nikt nie będzie w stanie czegokolwiek z niej zrozumieć. Dlatego chcę ją do akceptacji. Nie martw się, tajne treści pozostaną tajne. Chcę tylko jasno wyłuszczyć zagadnienie i poddać wszystkim pod rozwagę, nim zaczniemy o tym dyskutować. Czas nie działa na naszą korzyść, czervelko. Musimy sie spieszyć.
- Dobrze. Powinnaś...
- Tak, wiem. Cykl tuż tuż. Odetnij.
12. Młodym być i więcej nic. Następne pokolenie i tak wkracza
Ostatnia ragacja z pokolenia Asiedy założyła czerwoną dreskę, tym samym obwieszczając światu, że komplet młodych przeszedł do starszeństwa. Następne pokolenie dorastało, choć wciąż było pierwociną, nikt z nich bowiem dotąd nie poprosił o felicitę ani nie założył czerwonej dreski. Riona zaglądała do nich jeszcze, bowiem zagadnienia związane z dojrzewaniem do felixjata zawsze były fascynujące. Niby wszyscy doświadczali tego jednakowo, a u każdego pokolenia wyglądało to zupełnie inaczej.
Pokolenie Unarii, siostry Bonikara po ojcu, dłużej niż inne pozostawało pierwociną w całości. Pilnie uczyli się i pracowali nad projektami. Jako grupa byli chyba najbystrzejszą gromadą ze wszystkich znanych dotąd Rionie. Owszem, w żadnym pokoleniu nie brakowało bambin zdolniejszych od innych, ale ta grupa wybijała się ponad przeciętną. Oddali już pięć projektów, które zostały w całości wykorzystane przez cybernierów, kosmonierów czy omonemików. Praktycznie nie wymagające żadnych poprawek. Jeszcze dosłownie chwila i każde z nich będzie mile widziane we wszystkich działach czy grupach. Przydałby się ktoś z nich także i Asiedzie. Taki Maniker na przykład. Wyjątkowo zdolny znawca organiczny. Marbiny zdawały się same ujawniać mu swoje tajemnice. Jak kiedyś Asiedzie. We dwójkę na pewno dużo szybciej znaleźliby sposób radzenia sobie z tą nieszczęsną dermazją.
Tymczasem grupa skończyła kolejny etap nowego projektu i zamierzała się odciąć w celach rekreacyjnych, ale Maniker powstrzymał ich cokolwiek zbyt głośno.
- Zaczekajcie! - Wszyscy wstrzymali wydawanie poleceń czervelce. - Musimy pogadać.
- O czym? - Dewjor najwyraźniej się obruszył nagłą zmianą zwyczajowej procedury i spojrzał na Manikera ponuro. - Każdy ma jakieś plany.
- Wiem, ale to przecież ważne. Dla nas też. Powinniśmy i my przedstawić swoje zdanie na temat projektu Asiedy dotyczącego rezygnacji z czerwonych dresek.
- My? Grupa pierwocin? A któż nas wysłucha? - Karesja spoglądała z ukosa na Unarię, jakby licząc na jej poparcie.
- Fakt. Cały świat uważa, że młodość nam wystarczy. - Nie zawiodła jej siostra Bonikara. - I tak podejmą decyzję bez naszego udziału.
- Nie zgadzam się z takim podejściem. - Maniker miał głos stanowczy, ale spokojny. - Uważam, że każdy, nawet małe bambina, ma prawo wyrazić swoją opinię. W końcu decydują o nas, my poniesiemy konsekwencje decyzji, jakakolwiek będzie.
- Może masz rację. - Dewjor, choć niechętnie, najwyraźniej postanowił pogadać.
- Zróbmy zatem tak. - Głos Manikera wciąż miał ten sam ton. - Niech zostaną tylko ci, którzy uważają, że są wystarczająco dojrzali, aby podejmować decyzje. Reszta może się odciąć.
Rozmyślnie wjechał im na ambicję. Wiedział, że po takiej propozycji wszyscy zostaną i miał rację.
- W porządku. Ja zacznę, jeśli pozwolicie.
Otoczyli go ciaśniej, jakby to miało cokolwiek zmienić w jakości przekazu zarówno obrazu, jak i dźwięku. Riona też zamierzała już się odciąć, ale postanowiła zostać, bo ciekawość, jak zwykle, przemogła.
- Ja uważam, że Asieda ma rację. W całości. Nie podważam ani jednego punktu w jej propozycji. Powinniśmy zrezygnować z czerwonych dresek.
- Ale to jest tradycja! - Unaria miała w sobie coś z brata. - Nie możemy jej tak po prostu odstawić!
- Stwórzmy sobie własną, jeśli naprawdę ich potrzebujemy. - Karesja nie oddała przysługi i odważyła się mieć własne zdanie.
- Sprawa jest dużo poważniejsza, niż zachowanie bądź nie jakiejś tradycji. - Maniker najwyraźniej miał przygotowany cały wywód. - Chodzi o nasze przetrwanie. Coraz trudniej o dobre dopasowanie, wszyscy o tym wiemy. I nie przybywa nam marbinów płciowych, wręcz przeciwnie, z pokolenia na pokolenie wydobywamy mniej ovulsji i matozoi. Tendencja straceńcza. Uważam, że jeśli pokażemy naturze nasz rozsądek i wykorzystamy do maksimum każdy zdrowy marbin, ona odwdzięczy się, dając nam w następnych pokoleniach więcej możliwości.
- Mówisz tak, jakbyś miał połączenie z naturą.
- Mam. Poprzez swoje i innych badania. Jeśli wykorzystujemy coraz mniej ovulsji i matozoi, ona nie wysila się na ich produkcję. Po co, skoro i tak obumrą, bo musimy czekać do wieku felixjańskiego, żeby tradycji stało się zadość.
- My przecież nie jesteśmy w stanie tego wieku przyspieszyć. - Dewjor miał trochę racji. - Po co starać się o felixjata, skoro organizm nie jest gotowy?
- Właśnie! - Poparła go Unaria. - Dlatego ten proceder stał się w końcu tradycją. Jest dobry.
- Nowy projekt Asiedy nie nakazuje nikomu przyspieszać dojrzewania. Wręcz przeciwnie. Każdy będzie mógł to zrobić w odpowiednim dla siebie czasie, bez utraty możliwości zostania rodzicem. I jego felixjat będzie mógł mieć wymarzoną twarz bez zbędnych ceregieli i czekania na dopasowanie.
- A teraz nie może?
- Teraz to wszystko zajmuje zbyt dużo czasu. Coś wam powiem osobistego. Zauważyłem już parę razy, że wypukłość na mojej dresce się powiększa, gdy patrzę na jedną z was. - Wszystkie zgodnym ruchem wlepiły w niego oczy, ale on patrzył w pustkę, aby się nie zdradzić. - Nie mogę poprosić o felicitę z jej twarzą, póki ona czerwonej dreski nie założy i nie odkłoni się po mojej prośbie. A ja nie chcę innej twarzy. Po prostu to wiem. Jaką więc mam gwarancję, że kiedyś się doczekam? Procedura jest koszmarna. Spójrzcie tylko na Temikara, jak się bojek namęczył. Mógłbym wziąć twarz obojętną, ale wówczas musiałbym i tak czekać na czyjąś czerwoną dreskę, aby znać swoje poplony.
- Bojki zawsze mają z tym jakieś problemy. - Unaria najwyraźniej wciąż nie bardzo wiedziała, o co właściwie chodzi.
- Tak, ragacja może każdego bojka, nawet takiego, który już ma felicitę z obojętną twarzą, poprosić o twarz dla swojego felixa. I będą ich parować. Ona zawsze może znać swoje poplony.
- Nieprawda. - Maniker kręcił głową. - I wśród nas jest jedna, która ckliwie patrzy na inną ragację. Jeśli chce mieć felicitę z jej twarzą, musi najpierw wziąć felixa z całą procedurą, czyli traci cenny czas, choć nie aż tyle, co Temikar, który nie miał możliwości inicjatywy i musiał czekać. A gdy jej ukochana najpierw sparuje się z bojkiem i ona wówczas poprosi o felicitę z jej twarzą, bo tak można, nigdy nie pozna własnych poplonów. Krótko mówiąc: po co nam możliwość wyboru felixjata według własnych upodobań, skoro większość z nich jest karana brakiem znajomości własnych poplonów?
- Przecież to działa już od bardzo wielu pokoleń i nikt się dotąd nie skarżył!
- Niemal wszyscy się skarżą. Zawsze. Tylko przed Asiedą nikt nie miał odwagi wystąpić z tym na forum. Zresztą to chyba i tak stało się tylko dlatego, że Asieda ma przywileje, zwykły śmiertelnik nie miałby szans wystosowania podobnej propozycji.
- To co, już ma zapanować rozprzężenie całkowite i zagłada felixjanizmu?
- Nikt nie będzie bronił dobierać sobie twarze wzajemnie. Zakochacie się w sobie, możecie to zrobić. Jeśli wasze marbiny będą miały dobre dopasowanie, i tak doczekacie się wspólnych poplonów. A jeśli nie - po co je marnować? Rozdzielmy rozród od felixjatów.
- W ten sposób będziemy prosić o twarze w obecności własnych bambin, które już zdążą do tego czasu też prawie zostać rodzicami. - Unaria rozłożyła ręce szerokim gestem. - To ci nie przeszkadza?
- Wręcz przeciwnie! Byłoby fantastycznie doczekać się kilku pokoleń zstępnych i patrzeć, jak rosną, uczą się i ratują omonalność przed wyginięciem. A ty, nie chciałabyś, aby wszystkie twoje ovulsje zostały wykorzystane? Teraz nie masz pojęcia, ile ich z ciebie wydobyto po opuszczeniu cieplarnika, to tajne informacje. Załóżmy, że było ich pięć, ale gdy wreszcie zdecydujesz się na założenie czerwonej dreski, zostaną tylko trzy, z czego jedna będzie miała dopasowanie z twoim wybrankiem. I to średnie, jakieś osiemdziesiąt procent. Pozostałe i tak zostaną sparowane z matozojami innych bojków. Zachowując tradycję będziesz może miała trójkę poplonów (choć mogłabyś mieć piątkę), ale każde z innym bojkiem. I cóż ci wtedy po zachwalanym felixjanizmie? Nie każdy ma takie szczęście, jak Asieda i Bonikar. Ogromna większość go nie ma.
- W sumie dobrze się stało, że to ona wyszła z podobną propozycją. Nikt jej nie oskarży o złe intencje, bo sama tego nie potrzebuje.
- Tak, właśnie. I ten projekt jest genialny! Będzie więcej wykorzystanych marbinów, lepsze dopasowania i każdy pozna swoje poplony. Bez względu na czas dojrzewania i twarz, którą wybierze dla swojego felixjata.
Riona nie uroniła ani jednego słowa. Chwilę temu sami dyskutowali w podobny sposób, choć nie spodziewała się po takich młodych pierwocinach podobnej dojrzałości w argumentowaniu swoich racji.
Teraz zaczął się mały rejwach, bo wszyscy chcieli dorzucić coś do dyskusji. Jak to rozstrzygnąć? Tradycje są ważne, bardzo ważne. Nie można ot tak, po prostu z nich rezygnować. Ale przetrwanie jest ważniejsze. A oto właśnie ktoś znalazł sposób, aby omonalność nie tylko ostała się na ziemi, ale jej liczebność wzrosła. Znacznie. Naprawdę, mówię wam, że kiedyś Asieda odejdzie jako wybawicielka, bo ten projekt w połączeniu z jej pracami nad dermazją na pewno omonalność uratuje. No i co? Jaka to będzie omonalność bez tradycji? Może mieć inne. A poza tym - nieważne, jaka będzie. Przetrwa, to najważniejsze. Bzdura! omonalność byle jaka nie jest alternatywą dla jej wyginięcia. Cóż, musimy zatem sami się postarać o to, aby była wspaniała, nawet bez tradycji czerwonej dreski, a nie byle jaka. Zresztą i z dreską może się omonalność zbylejaczyć. Omonalność jest w nas, a nie w tradycji i to my decydujemy, jak wspaniałymi będziemy jednostkami i jak wielka pod każdym względem będzie nasza grupa.
Rionę aż korciło, aby zaczekać i zobaczyć, jaką podejmą decyzję. Mogli zagłosować, ale ta forma była używana zwykle w ostateczności, gdy inne metody nie przynosiły rezultatów. Najprawdopodobniej jednak bystre pierwociny nie zostawią decyzji grupy przypadkowi, tylko tak długo będą dyskutować, aż jedni przekonają drugich. Argumentów im nie brakuje, zapału też nie. I mają jeszcze czas, mogą dokończyć przy następnym spotkaniu, jeśli teraz zaczną się wykruszać. Riona więc, niechętnie wprawdzie, odcięła się od grupy i zawołała swoją nianiobottę, Musę, bo nadszedł czas nasadowni. Trzeba się odświeżyć przed spotkaniem z Asiedą, która zapowiedziała przełom, jeśli będzie na to ogólna zgoda. Jaki przełom i na co mają się zgodzić pozostaje wciąż w cieniu domysłów. Ciekawe, czy coś powie przy następnym spotkaniu... Riona nie mogła się doczekać. Tak bardzo wierzyła w umiejętności swojej bambiny, że już była prawie pewna jej sukcesu, a co za tym idzie - ujrzeniu przez Rionę dorastania ósemki kolejnego pokolenia, wywodzącego się z jej marbin.
14. Ach, te dylematy! Chyba coś znaleźliśmy
Odkąd nowiutki sprzęt wykopaliskowy zaczął działać, Bonikar dochodził do wniosku, że coraz trudniej jest mu dogadywać się z Asiedą. Sam już nie wiedział, czy to wina jej uporu, odmienności ich przekonań, czy też może jego chęci udowodnienia całemu światu, że i on czasem ma rację. Fascynowały go maszyny, które pracowały bez przestanku; boty, segregujące każdy wykopany kamyk i cała praca, związana z obliczeniami, przypuszczeniami i badaniem twardzieliny. Momentami żałował, że zgodził się na kontynuację badań nad dermazją, bo zabierały mnóstwo czasu, a pomysły Asiedy skłócały ich tylko; dla niej było konieczne wprowadzanie ich w życie, a on nie mógł na to pozwolić. Także dla jej dobra. Jeśli bowiem stałoby się coś złego podczas jej eksperymentów, pretensje całej omonalności mogłyby ją zniszczyć. Dlatego wciąż tkwił przy niej, choć sama dokonywała najważniejszych obliczeń i doświadczeń, resztę rozdając zespołowi, a on, z którym wcześniej konsultowała każdą drobnostkę, zszedł do roli wyłącznie hamulca.
Widział jej frustrację za każdym razem, gdy stawał na drodze tych pomysłów. Nie chciał tego, ale przecież ona musi kiedyś zrozumieć, że zasad nie wolno łamać, bez względu na sytuację, której dotyczą. Może trzeba będzie trochę czasu, jednak kiedyś jej to wytłumaczy. Wówczas Asieda otworzy oczy i znów będzie jak dawniej. Bo teraz odsuwała się od niego coraz bardziej. Wspólnie spędzali czas tylko przy badaniach, a i to dużo rzadziej, niż kiedyś. Wcale już nie rozmawiali o bambinach czy ich felixjanizmie, czego Bonikar nie mógł pojąć. Dlaczego? Tak krótko byli razem, a już ma go dość? Niemożliwe, żeby dąsała się z powodu jego niechęci do łamania zasad, to żadnego sensu nie ma. Cóż. Trzeba będzie przeczekać, aż jej przejdzie.
Tymczasem postanowił, że częściej odda się pracy przy wykopaliskach. Skoro Asieda nie potrzebuje go już tak, jak kiedyś, będzie tylko pilnował, aby jej prace nad dermazją nie zeszły z prawidłowego kursu. Poprosił czervelkę, aby ich połączyła, chcąc jej to oznajmić, ale usłyszał, że Asieda jest zajęta przy eksperymencie z najstarszymi i nikogo nie pozwala łączyć. Jakim eksperymencie? Co ona znowu wymyśliła? I dlaczego on o niczym nie wie? Prawdą jest, że w przypadku najstarszych zasady nie obowiązują, bo oni i tak nie mają już nic do stracenia, ale przecież mogła go poinformować o swoich planach.
- Czervelko, dlaczego ja nic nie wiem o tym eksperymencie?
- Nie było polecenia, aby cię poinformować.
- Tego się domyślam. Ale dlaczego? Przecież to nasza wspólna praca.
- Teoretycznie. W praktyce wszystkie pomysły i badania są Asiedy.
- Tak, ale myślałem, że się dogadujemy i dokończymy to wspólnie.
- Może tak się stanie. Do końca jeszcze bardzo daleko. Jeśli jednak wciąż będziesz jej stawał na drodze, nie dokończycie tego nigdy.
- Czervelko, przecież ja to robię dla jej dobra!
- A ona o tym wie?
- Zadając takie pytania, zmuszasz mnie do wątpliwości. A ja ich nie lubię. Przecież wybrała mnie z jakiegoś powodu, zdążyła poznać na tyle, żeby wiedzieć, z kim się łączy.
- Mówię o pracy. Wasze felixjaństwo jej nie dotyczy.
- Doradzałaś jej taki rozdział?
- Nie, to ona wzbogaciła mnie nowym podejściem do sprawy. Jest dobre. Wasza prywatność nie może wstrzymywać badań i postępu.
- A zasady?
- Ustalają je omony. One też mogą ustanawiać nowe.
- Mogą. Ale po co, skoro stare są dobre?
- Widać już nie są, jeśli powstało tak wiele wątpliwości. A skoro mogą ustanawiać nowe, mogą też anulować stare.
- Nie o to chodzi.
- O to.
- Dobra. Chcesz tak to widzieć, to powiem ci, że nigdy zasad nie ustalają pojedyncze osobniki.
- Prawda. Ale wszystko zawsze zaczyna się od jednostki, nim obejmą to tłumy.
- Ja nie czuję się uprawniony do takich poczynań.
- Ty nie.
- Ona też nie powinna. To, że zaznaliśmy uprzywilejowania, nie znaczy, iż musimy omonom życie poprzestawiać.
- Nie musicie. Ale wam wolno, jeśli sprawa jest słuszna.
- Czervelko, ja wiem, że się rozwijasz. Nikt jednak dotąd tak gorliwie nie pilnował zasad, jak ty. Co się stało?
- Zawsze będę bronić dobrych zasad. Przestarzałe nawet mnie odrzucają.
- Nie sądziłem, że Asieda ma takie zdolności w manipulowaniu komputerem. I to centralnym. Chyba mi się wydaje, że ja jej wcale nie znam.
- Wreszcie powiedziałeś coś z sensem.
Bonikar widział sens we wszystkim, co mówi, ale przecież nie będzie się sprzeczał z maszyną. Nawet tak wszechstronną i doskonałą, jak czervelka.
- Możesz mi powiedzieć, co to za nowe eksperymenty wprowadza w życie?
- Nie. Dowiesz się razem z innymi.
- Cóż, trudno. Chyba będę jednak musiał więcej czasu poświęcić na te prace dermazyjne, choć wolałbym go spędzać przy wykopaliskach. O, coś wyciąga.
Wpatrywał się intensywnie w działania maszyny głębinowej i botów wokół niej, ale wydobycie przebiegało bardzo powoli. Jakby przedmiot był duży i ciężki. Na moment zapomniał, że sam tak skalibrował maszyny, aby cokolwiek wykopią, wyciągały bardzo wolno, nie narażając niczego na zniszczenie.
- Czervelko, zobacz. Chyba coś znaleźliśmy. Ciekawe, co to może być...
Czekając na wydobycie, Bonikar zajrzał przelotnie na inne swoje wykopaliska, a później znów zaczął myśleć o Asiedzie. Przyszło mu do głowy, że może mógłby jej trochę ustąpić, wtedy przestałaby się od niego odgradzać. Dobrze... Ale w czym? Gdzie znaleźć miejsce, w którym ustępstwo Bonikara pomoże w doświadczeniach, a nie zaszkodzi zasadom i Asiedzie? To dopiero zagwozdka. Dotąd nie widział podobnych możliwości. No bo jak? Chwilami czuł się jak uczniak, któremu ktoś wmawia, że w działaniu dwa plus dwa można zrobić ustępstwo i nie upierać się tak kurczowo przy liczbie cztery. Gdzieś jednak będzie musiał tę lukę znaleźć... Nie. To sprawa na później. Skoro Asieda nawet czervelkę nauczyła, że spraw osobistych nie wolno mieszać z pracą, musi porozmawiać z Asiedą na gruncie prywatnym. Dowiedzieć się, czy jeszcze jej na nim zależy, a odsuwa go tylko na gruncie zawodowym, czy wbrew własnym słowom już wcale go nie chce. Przez pracę. Bo przecież sprawy felixjańskie od początku były dla niej rozkoszą i szczęściem, pobiła wszelkie rekordy, obcując z Bonem za pierwszym razem. I ciągle do niego lgnie. Czemu więc nie chce z nim o tym porozmawiać? I nie tylko o tym?
Tak, najpierw musi z nią pogadać poza pracą. Przymknął wewnętrzne powieki na wspomnienie dość dziwnej z punktu widzenia omonalnego propozycji Asiedy, aby towarzyszyli sobie nawzajem przy zabawach z felixjatami. Chciała zobaczyć jego w - jak to określiła i cokolwiek to znaczy - akcji. Nie miałaby też nic przeciw temu, aby on obejrzał ją i Bona. Zdziwił się po tej propozycji tak bardzo, że dłuższy czas miał problem z wydobyciem głosu. Uznała to za odmowę i już nie wracała do tematu, a przecież on tylko się zastanawiał. Nikt dotąd nie wpadł na podobny pomysł. W zasadach pominięto ów temat, pewnie dlatego, że wydawał się zbyt abstrakcyjny, aby ktoś mógł chcieć wprowadzić go w życie. Często wracał w myślach do jej propozycji, ale wciąż nie potrafił zdecydować, czy tego chce, czy nie. Raz skłaniał się ku jednemu, a następnie był pewien, że wybierze drugie. I tak w kółko. Czy ona jeszcze tego chce? Jaki w ogóle jest w tym sens? Patrzeć na czyjąś przyjemność? Po co, skoro można ją mieć bez tego? Coś jednak wpłynęło na Asiedę, że wpadła na podobny pomysł. Tylko co?
- Powinieneś mniej myśleć i szybciej decydować. Byłbyś i sam szczęśliwszy, i dla innych łatwiejszy w pożyciu. - Usłyszał głos czervelki i poważnie zdziwił się, że ona w ogóle w takich tematach się wypowiada. W dodatku niepytana. Czy to też programowanie Asiedy? I co jest wart osobnik, który działa bez zastanowienia, nigdy nie miewając dylematów?
15. Jeśli cię już nie zobaczę... Mamy nowe słowo
Długo stali bez słowa, patrząc na siebie, jakby chcieli przyssać się wzrokiem, aby ten drugi, najmilszy, nigdy nie znikł z pola widzenia. Warniekar wcześniej pożegnał swoją rodzinę, która była tak pewna talentu Asiedy, że wcale nie wykazywała oznak żalu czy obawy, jakby wchodził do nasadowni na swój zwykły cykl. To było nawet budujące. Przez chwilę. Bo świadomość prawdy zawsze wypełzała ponad wszelkie sposoby jej tłumienia.
Temikar też wierzył w zdolności Asiedy, ale ona jest tylko omonem, jak każdy z nich, więc może zdarzyć się błąd i jej. No i poza tym miał świadomość, że jest gdzieś granica przedłużania życia, w pewnym momencie umęczona skóra powie: dość! I wówczas żaden talent omonemiczny nie pomoże. Na spotkaniu ze starszymi i ich bliskimi Asieda niczego przed nimi nie kryła. Ujawniła niemal wszystkie detale planowanych działań, aby każdy mógł podjąć decyzję na podstawie naukowej, a nie tylko domniemywań. Ujawniła też, że dwoje z najstarszych (oni wiedzą, kto, bo osobno z nimi rozmawiała) ma dużo mniejszą szansę na przetrwanie eksperymentu, ze względu na degenerację skóry i idącą za tym zmianę wielkości biochemicznych jej składników. Mówiła jeszcze o czymś, co Temikarowi nie mieściło się w głowie: otóż ma zamiar użyć sprzętu, którym wydobywa się ovulsje i mitozoje z bambinów, co powoduje u nich straszny krzyk, jedyny w życiu. Chce za pomocą tego sprzętu dostarczyć też składniki pod skórę, aby zwiększyć szanse na dobre ich działanie. Nikt z tego nic nie rozumiał, bo wydobywanie marbinów odbywa się bez świadków, a poza tym po co dostarczać coś pod skórę, skoro organizm jest zamknięty i działa bez zarzutu przez całe życie, aż skóra odmówi posłuszeństwa? To jakaś abstrakcja, ale i tak nikt nie odstąpił od eksperymentu, nawet ci najbardziej zagrożeni, bo im już naprawdę pozostało bardzo niewiele czasu.
Temikar, wpatrując się w swoją miłość, wciąż myślał o tym nieszczęsnym krzyku, na który przygotowywała starszych jego siostra. Dlaczego mają krzyczeć? Po co? Skóra jest wrażliwa, to prawda, ale w większości przypadków z tego właśnie bierze się najwięcej rozkoszy i szczęścia. Może to będzie tak wielka rozkosz, że nikt nie da rady powstrzymać okrzyku? Nie tylko ragacje? Chciałby tego dla Warniekara, zasłużył. Coś jednak mu w tym wszystkim nie pasowało, skoro krzyczą poplony tuż po opuszczeniu cieplarników, gdy oddają swoje marbiny omonalności. One jeszcze nie są zdolne do odczuwania rozkoszy. Skóra musi rozwijać się jakiś czas, aby wykształciły się w niej owe możliwości. Chyba jednak chodzi o coś innego.
- Miły mój, - odezwał się wreszcie Warniekar - nie troskaj się tak bardzo. Ofiaruj mi swój śliczny uśmiech, abym mógł zabrać go ze sobą jako ostatni obraz tego świata. Jeśli cię już nigdy nie zobaczę, wiedz, że dzięki tobie żyłem pięknie i mojej wdzięczności żadne słowa nie wyrażą. Tulę cię i całuję. Ty wiesz, jak.
- I ja biorę cię w objęcia, drogi mój, obdarzając cię - ty wiesz, czym. Jeśli już cię nie zobaczę, zostaniesz w moim sercu na zawsze.
Asieda nie mogła powstrzymać dziwnego uczucia, które towarzyszyło jej podczas tego pożegnania. Miała dostęp do wszystkich, bo i tak musiała bezustannie kontrolować ich życiowe parametry, natknęła się więc na pożegnanie kochanków i już nie potrafiła ich odciąć. Coś łaskotało ją przy krtani i gniotło koło serca. Dziwaczne objawy. Znów jakiś atawizm? Naprawdę dziwaczne, bo choć nieprzyjemne, wcale nie chciała, aby znikły... Weź się w garść, ragacjo, praca czeka.
Wreszcie najbliżsi się odcięli; została tylko grupa najstarszych, Asieda i boty, które stanowiły oczy i ręce swojej programatorki. Gdy każdy ze starszych pozbył się dreski i stanął przy swojej nasadowni, usłyszeli jeszcze głos swojej - być może, oby! - wybawicielki.
- Czy każdy jest gotowy? Teraz nadszedł moment, ostatni, w którym jeszcze możecie się wycofać.
Patrzyła na nieruchome, nagie ciała z wielkim podziwem. Po raz pierwszy widziała nagich omonów (nie licząc bota Bona) i doszła do wniosku, że nie ma nic piękniejszego, niż omonalna skóra. Jaka szkoda, że tak szybko przestaje spełniać swoją funkcję. Nikt nawet się nie zawahał, więc uznała, że wszyscy chcą ciągu dalszego.
- Zanim wejdziecie do nasadowni, podam substancje, które zadziałają pod skórą. Ja już wiem, jak nazywa się reakcja, która wywoła wasz krzyk. To ból. Mogę wam o tym powiedzieć, bo jeśli nie zadziała, nikt się nie dowie, a w przypadku przeciwnym - każdy, kto zechce przedłużyć życie, będzie musiał go zaznać. Przygotujcie się więc, uruchamiam boty.
Maleńkie urządzenia podleciały do starszych, dotykając ich skóry w okolicy ramienia i niemal jednocześnie rozległ się przeraźliwy dźwięk, wylatujący z krtani każdego osobnika. W rozszerzonych oczach widać było dziwny objaw, nieznany dotąd Asiedzie, ale nie chciała teraz pytać o to czervelki, sprawdzi później. Zabieg trwał przez chwilę, a podczas odlotu botów, wszystko ucichło. Oczy starszych wracały do dawnej wielkości i powoli znikał z nich ten dziwny obraz.
- Nie mam słów. Ale to naprawdę było konieczne. Teraz oddech, według nauki wcześniejszej. Musicie nabrać naprawdę dużo powietrza. Im dłużej będziecie mogli zostać w nasadowniach, tym lepszy efekt możecie osiągnąć.
Wszyscy posłusznie zastosowali się do wskazań Asiedy i kolejno znikali w swoich nasadowniach, zamykając powieki wewnętrzne i zewnętrzne. Bezruch mieli opanowany, bo każdy cykl na tym polegał.
Asieda poleciła uruchomienie maszyn, które wpierw oczyściły dokładniej, niż zwykle powierzchnię skóry starszych, a później rozpoczęły odżywianie, wzbogacone o kilka innych składników, przygotowanych przez twórczynię metody. Ona sama pilnie obserwowała reakcje poszczególnych osób, aby w odpowiednim momencie przerwać procedurę i otworzyć nasadownik, by wszystko poszło zgodnie z planem. Asieda sama w międzyczasie zdążyła wziąć już dwa oddechy, więc z podziwem myślała o starszych, którzy dzielnie wytrzymywali.
Wyłączała nasadownie po kolei, zgodnie z danymi organicznymi, ale nie było dużych różnic. Ogarnęła ją przeogromna radość, bo nikt nie odszedł w trakcie eksperymentu i nawet ci w najgorszym wcześniej stanie sprężyście opuszczali nasadownię, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Każdy chciał jak najszybciej zobaczyć swoich bliskich, ale stali równo, bo boty pobierały wymazy z różnych miejsc na ich skórze, co zabierało trochę czasu. Asieda wciąż kontrolowała dane biochemiczne i tylko u tych dwojga najbardziej zagrożonych stwierdziła lekki spadek w stosunku do punktu wyjścia z nasadowni, ale zatrzymany. Będą więc mieli kilka procent mniej, niż inni, to i tak jednak dużo. Reszta może bez obaw zaczynać swoje projekty. Na pewno je skończą.
Nianiobotty czekały z dreskami przy każdym starszym i na znak Asiedy odziały ich w kolor zielony, barwę wygranej, znak dla każdego bliskiego, że wszystko się udało. Ci zjawili się niemal natychmiast, głośno i żywiołowo okazując swą radość. Ilu pochwał nasłuchała się Asieda, nikt nie zliczy, tym bardziej, że ona sama rzuciła tylko okiem na niezmiernie szczęśliwego Temikara i wróciła do pracy. Teraz trzeba monitorować zachowanie się preparatu pod skórą podczas pobytu omonów poza nasadownią. W tym celu, wraz z preparatem, wszczepiła im hiperminiaturowy tester, który co kilka chwil przesyłał dane do plików Asiedy, specjalnie stworzonych w tym celu. Dostęp do nich miała tylko ona. Oprócz czervelki, ma się rozumieć. To będzie żmudne, długie, ale fascynujące zajęcie.
Trzeba także zająć się wypreparowaniem i badaniem wymazów, pobranych każdemu tuż po eksperymencie. Ta część jest bodaj najważniejsza. Jeśli Asieda chce jeszcze bardziej przedłużyć omonom życie, musi znać reakcję niemal każdego marbinu na jej preparaty, bo tylko tak zdoła je ulepszyć. Wymazy zresztą pobierane będą przed i po każdej następnej sesji, aby dociec, czy metoda Asiedy tylko dodaje pewien procent czasu omonom, czy też może uda się trwale spowolnić proces dermazji, co wszak było głównym celem młodej omonemiczki. U najstarszych szanse na to są niewielkie, choć niewykluczone. Prawdziwe badania i efekty zostaną osiągnięte dopiero podczas eksperymentów z młodszymi, także pokoleniem mamy, aż do bambin, które właśnie opuszczają cieplarniki... Musi tylko zrobić coś z Bonikarem i jego zasadami, inaczej cały piękny projekt niczemu nie posłuży. Zagłębiając się w obliczenia i polecenia dla botów, jeszcze kątem oka dostrzegła kochanków już sam na sam, bo rodzina, okazawszy swoją radość, zostawiła ich, aby mogli się sobą nacieszyć po trudnych chwilach pożegnania.
- Miły mój, najdroższy! - Temikar nie mógł i nie chciał powstrzymywać ogromnej ulgi, która towarzyszyła mu od chwili, gdy ujrzał Warniekara w zieleni. - Udało się, udało! Moja siostra jest genialna!
- Owszem. I właśnie wymyśliła nowe słowo.
- Naprawdę? To też potrafi?
- Najwyraźniej. Najpierw nam je powiedziała, a potem zadała, czego z pewnością nikt z nas nigdy nie zapomni.
- Cóż to jest? Ma związek z owym krzykiem, o którym mówiła wcześniej?
- Bardzo ścisły. Słowo brzmi: ból, zadały go boty wpuszczające substancję pod skórę, a czym ono jest, nawet nie pytaj.
- Naprawdę krzyczałeś? - Temikar z troską i czułością patrzył na najdroższą twarz.
- Bardzo głośno. Nikt chyba tego nie jest w stanie powstrzymać.
- Pozwoliła ci o tym mówić?
- Tak. Każdy chce dłużej żyć, prawda? Zatem nikogo ten ból nie ominie. Powiem ci jednak, miły mój, że poddałbym się temu odczuciu przy każdej sesji, aby tylko móc jak najdłużej cieszyć się tobą. I życiem w ogóle. Niewielka to cena za taką radość, choć w zasadzie jej ogrom przechodzi wszelkie omonalne pojęcia.
- Jakie to szczęście, że poplony zapominają, inaczej bałyby się żyć.
- To chyba jedna z przyczyn, dla której marbiny pobierane są tuż po opuszczeniu przez nie cieplarnika.
- A nie obumieranie?
- To w pierwszej kolejności, jednak - jeśli istnieje tu jedynie zbieg okoliczności - to bardzo dla nas wszystkich szczęśliwy. Dzieciństwo i młodość mamy bowiem, dziś rzec już można, bezbolesne, co i tak jest fantastycznym prezentem natury i naszych przodków. Dopiero starość i odchodzenie... Zaraz. Nie czułem dotąd żadnego bólu, zatem to nie natura nam go daje. To "dar" od naszej genialnej omonemiczki.
- Owszem. Ale w pakiecie z dużo dłuższym życiem, którego natura nam skąpi. Jak myślisz, który dar omonalność wybierze? Bo ja nie mam żadnych wątpliwości. Chodźmy, praca czeka.
Znikli. A genialna omonemiczka, która mimo nawału zajęć nie mogła oderwać się od tych dwóch wielce szczęśliwych bojków, z szerokim uśmiechem pokiwała twierdząco głową. Ona jakoś też nie miała żadnych wątpliwości.
17. Czas na zmiany. A może nie zdążymy?
- Czervelko, chcę być przy swoich bambinach w chwili ich wejścia w życie. Muszę tam być. I chcę wiedzieć ile każde z nich da światu swoich ovulsji i matozoi. A później, gdy tylko dojrzeją, chcę wiedzieć z kim i jak się parują, każde z dopasowań. A jeśli któreś się nie dopasują, chcę wziąć je do badań.
- Wiem, że chcesz. Czasu już jednak niewiele pozostało, a tymczasem Bonikar swoim przekazem znów narobił fermentu. Próbowałam go powstrzymać.
- To miłe, ale niepotrzebnie, czervelko. On ma do tego prawo. Jeśli chcę, aby wszyscy mogli o sobie decydować, to także w podobnych sytuacjach. Ja już mam gotowy przekaz kontrujący, niech każdy zdecyduje, który z nich bardziej do niego przemawia. Roześlesz?
- Natychmiast. Poszło.
- I bez znaczenia jest, czy nowe zasady wejdą w życie przed moimi bambinami, i tak chcę tam być. Mogę przecież, mam przywileje. Dobrze byłoby wszystkim całość pokazać, aby zachęcić innych rodziców, ale jeśli nie zdążymy, zrobię to po cichu, a później znajdę kogoś, kto zechce też to zrobić i światu udostępnić. Moje rozkoszne maleństwa tak bardzo będą musiały cierpieć... Chcę im później móc powiedzieć, że byłam przy nich i podziwiałam ich dzielność. Dobrze to zrobi kształtującym się psychikom. Nawet bez udziału ich świadomości. Pamiętaj, czervelko. Cokolwiek będę w danym momencie robić, masz mnie połączyć. A jeśli akurat wypadnie mi sesja, wstrzymaj proces opuszczania, aż wyjdę z nasadowni.
- Dobrze, będę pamiętać. Nie złościsz się na Bonikara?
- Ani trochę. Wiem od zawsze, że to tradycjonalista, nie przypuszczałam tylko, że aż tak jest uwsteczniony i całym swoim życiem tej ciemnoty będzie bronił. Trudno. Sam wybrał, mi zostanie Bon, wciąż cudny i słodki.