13.12.2011
Przyszła kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego i w mediach na nowo rozgorzały dyskusje, kto ma prawo do tego, by obchodzić ten dzień, kto powinien był wtedy siedzieć, a kto odpowiedzieć za to dzisiaj.
Siedziałem przy kawiarnianym stoliku, czekając na przyjaciela, kiedy podszedł do mnie starszy pan w podniszczonej kurtce, czapce maciejówce i butach, które od Bóg wie kiedy nie były pastowane.
- Można się dosiąść? Jak się zwolni miejsce, to się przesiądę. Przepraszam, ale nie mam sił czekać na stojąco.
- Proszę bardzo.
Usiadł, poprzyglądał mi się i odezwał się znowu:
- Chyba pana poznałem. Pan jest redaktorem.
- Można tak powiedzieć.
Zamówił kawę i zapadł się w sobie. Wyglądał na jednego z tych, co to nie cierpią pochmurnych, zimowych dni i przez to nie cierpią wszystkiego wokół.
- Dzisiaj rocznica stanu wojennego, był pan internowany? - zapytał.
- Nie. Nie spełniałem kryterium.
- I nie było panu przykro?
- Też nie.
- A mnie było, panie redaktorze. Trochę konspirowałem, działałem w różnych strukturach, nawet żona miała o to pretensje. "Źle na tym wyjdziesz!", mówiła. I kiedy trzynastego rano zobaczyłem, że nie ma Teleranka, od razu wiedziałem, że stało się coś niedobrego.
- I co pan wtedy zrobił?
- Oczywiście, tak jak wszyscy działacze, oprócz pana, czekałem na internowanie. Czekałem do późnego wieczora. Na wszelki wypadek otworzyłem drzwi, żeby ZOMO wiedziało, gdzie mieszkam. I czekałem. I żadnych kroków na klatce schodowej. Wie pan, jak takie czekanie jest wkurzające? Może bloki pomylili, myślałem. Straszne godziny. Dzieci przerażone, żona płacze w kuchni, a ja nie wiem, co robić. Straszne.
- I co pan zrobił, kiedy doszło do pana, że nie przyjdą?
- O dwudziestej trzeciej postanowiłem, że sam się do nich zgłoszę. Zaoszczędzę nerwów sobie i rodzinie. Żona zrobiła mi mocnej herbaty do termosu, dwie kanapki z żółtym serem, bo wędlinę jadły tylko dzieci. Ucałowałem wszystkich i powiedziałem: "Idę, kochani. Na mnie już czas. Nie czekajcie". Wtedy żona rzekła: "Nie idź teraz, bo jest godzina milicyjna. Jeszcze cię aresztują i nie trafisz do interny". Pomyślałem, panie redaktorze, że ma rację, i rozłożyłem łóżko polowe w przedpokoju, na wszelki wypadek, bo może przyjdą w nocy i pobudzą dzieci. Ale noc minęła spokojnie, tylko przez otwarte drzwi ktoś nawrzucał antypaństwowych ulotek, tak że się rano przestraszyłem, że mogę pójść siedzieć nie za swoją działalność.
- I co dalej? - Ta historia zaczynała mnie coraz bardziej wciągać.
- Rano, po śniadaniu, nie wytrzymałem i mówię do dzieci, bo żona już od świtu stała w kolejkach: "Powiedzcie mamie, że poszedłem do Białołęki".
- Dlaczego akurat do Białołęki? - pytam.
- Bo miałem najbliżej, jakieś cztery kilometry piechotą, więc nie było problemów z dotarciem. Córeczka założyła mi na szyję krzyżyk, który otrzymała na pierwszej komunii, i ruszyłem.
- I dotarł pan bez przeszkód?
- Bez najmniejszych. Ale niech pan sobie wyobrazi, panie redaktorze, że więzienie było zamknięte. Zapukałem do żelaznych drzwi, ale nikt nie odpowiadał, to zacząłem tłuc w nie termosem, żeby ktoś mnie usłyszał, bo ja się lekceważyć nie dam. Po pięciu minutach wychylił się zza nich klawisz z kałachem i zapytał: "Czego?". "Przyszedłem się internować", powiedziałem z godnością. "Papiery masz?!", zapytał. "Nie mam, bo nie wiem, jakie są potrzebne". A on do mnie: "Jak nie wiesz, to spierdalaj!".
- I co pan wtedy zrobił?
- Spierdoliłem, panie redaktorze. A wie pan dlaczego?
- Skąd mam wiedzieć?
- Bo przede wszystkim nie znoszę chamstwa.
- Ale jak się pan czuł, kiedy pana pogonili?
- Szczerze?
- Szczerze.
- Jak zbity pies. Mało tego, jak zwykły chuj, ponieważ taka postawa wobec mnie była niemiłym zaskoczeniem.
- Ale za co niby mieli pana zamykać? Co pan takiego zrobił, żeby przejść do historii?
- A przechodził pan może kiedyś w naszym mieście ulicą Źródlaną?
- Nawet nie wiem, gdzie ona jest.
- Odchodzi od Podleśnej.
- Ta też nic mi nie mówi.
- Ale gdyby pan tą ulicą przechodził w roku osiemdziesiątym, to na garażu, od strony lasu, tak więc musiałby pan iść polami, było namalowane: "PRECZ Z KOMUNĄ", a pod tym napis: "TPP".
- Co oznaczało TPP?
- TUTEJSI POLACY PATRIOCI.
- I za to miałby pan być internowany?!
- A dlaczego nie? Nie za takie rzeczy wtedy sadzali.
- A czy pan wie, że nawet prezesa Kaczyńskiego nie internowano? A pan by chciał za pomalowanie garażu?
- A od tej strony nie patrzyłem na to. I wie pan co? Ulżyło mi dzięki tej rozmowie z panem - powiedział, płacąc za kawę.
- Cieszę się bardzo. A dlaczego?
- Bo zastanawiałem się, czy nie wystąpić do władzy o odszkodowanie za straty moralne, ale skoro pan Jarosław tego nie zrobił, to i mnie nie wypada.
... ... ...
Tekst dedykowany wszystkim tym, którzy myśleli i dalej myślą, że jak krzykną: "Precz z komuną!", to robi to wrażenie.
... ... ...
Mój osobisty, udokumentowany udział w stanie wojennym to sześciokrotne wzywanie na kolegium karno-administracyjne Warszawa-Śródmieście za używanie sygnału i manie świateł na rondzie koło rotundy w dniu trzynastego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku. O tej historii w ogóle bym nie pamiętał, gdyby nie to, że tego samego dnia na kolegium stawał przede mną obywatel, który przewoził spod Siedlec do swojego mieszkania na Żoliborzu kontrabandę w postaci półtuszy wieprzowej, salcesonu kilogramów dwa oraz sześć pęt kiełbasy wędzonej sposobem domowym. Kolegium oraz zarekwirowanie szkodliwych społecznie towarów otrzymał, ponieważ na pytanie patrolu Milicji Obywatelskiej:
- Co tam przewozicie w bagażniku?
Odpowiedział:
- Nie powiem.
- A jak wam odświeżymy pamięć? - Sięgnęli do pał.
- Nie powiem.
- A teraz powiecie? - zapytano go znowu, kiedy już solidnie oberwał.
- Tak, teraz powiem.
- To co tam przewozicie?
- Pszczoły luzem.
... ... ...
To może żarcik równie abstrakcyjny:
Kierowca dużego tira co jakiś czas zatrzymywał ciężarówkę na poboczu, metalowym drągiem walił w kontener, po czym jechał dalej.
- Dlaczego pan tak tłucze tę skrzynię? - zapytał świadek.
- Wiozę pszczoły i jak walnę drągiem, to one latają, a mnie lżej się jedzie.