Tuskuland - Krzysztof Daukszewicz

Kup ebooka

34.40 zł
26.49 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Hańba, hańba - zdrada, zdrada!

Miastem idzie tłum, bo się zrobił boom,

By publicznie chcieć okazywać płeć

A najlepiej to w wielkich love paradach

Więc jedni krzyczą: - Hańba, hańba!!!

Drudzy na to: - Zdrada, zdrada!!!

I nad miastem stąd też kadzideł swąd.

Kiedy mijasz sejm, czapkę z głowy zdejm,

Bo podobno czasem ktoś mówi z sensem dość,

Ale z sensem tu długo nie pogadasz,

Bo jedni krzyczą: - Hańba, hańba!!!

Na to drudzy: - Zdrada, zdrada!!!

A nad wszystkim Ruś, ciągle wredna cóś.

W sali walnął bąk i nie był znad łąk,

Ale stał się cud, bo ktoś wyczuł smród,

Z ławy krzyknął ktoś, że tu nie wypada,

Więc znowu jedni: - Hańba, hańba!!!

Na to drudzy: - Zdrada, zdrada!!!

A tymczasem smród powędrował w lud!!!

Honor ważna rzecz, kiedy spojrzysz wstecz.

Dziś, jak mawia w bloku cieć: - Trza go najpierw mieć.

Ale skąd go brać, kiedy tak się składa,

Że jedni tylko: - Hańba, hańba!!!

Na to drudzy: - Zdrada, zdrada!!!

I przepadł jak dzień nawet orła cień!

Gdy przemawia gej, to się z niego śmiej,

Bowiem każdy z nas ma gdzie indziej pas.

Gej to w sejmie ktoś z odmiennego stada,

Więc jedni znowu: - Hańba, hańba!!!

Na to drudzy: - Zdrada, zdrada!!!

Bo jaki w sejmie Lech, taki w ławach śmiech!

I tak cały czas rozum idzie w las

I straszy jak zbir, polityczny świr.

Morał piosenki tej, że z takim nie pogadasz,

Który w głowie tylko ma: - Hańba, hańba!!!

Zdrada, zdrada!!!

Bo dojrzy bystry widz, że w głowach więcej nic.

Ciąg dalszy dostępny w pełnej, płatnej wersji

Pełny spis treści:

Prolog

Tuskuland

Droga do granicy

13.12.2011

Strategia Pawlaka

Przepowiednia Skiby

Z woja marsz

Płaszcz Pitery

Na przejściu

I GUS z nim

Co z tym Balcerowiczem

Lekcja historii

Na Smoleńsk

Życie plemników

Świętych czar

Z lotu ptaka

Olśnienia i doświadczenia

Loża numer dwanaście

Protest obrońców Krakowskiego Przedmieścia

Oflagowałem się

Wojna Korwina

Polegli na polu chwały

Dziwadło

W świecie dwupłciowych

Dżentelmen w parku

Będzie wojna

Skiba! Uważaj!

Straszaki

Ściereczka do oczu

Ja uważam, że...

Dzień świrów

Westerplatte 2

Koniec końca świata

Rosjanin

Zguba

Znowu Depardieu

Bitwa na bitwy

Proroctwa

Spiskowcy naszych czasów

Opowiedz o swoich planach

Niesamowite zmiany i jeszcze raz Depardieu

Spiski on-line

Nadchodzi 2014

Szczęśliwi kasy nie liczą

Kolei czar

Zupa szalonego kojota

Pędzący królik

12.03.2014

Szczęście to szczęście

Na straganie

Tak było i tak była

Sarna z brodą

Sowa z kukułką

Nie daj Boże tęcza

Komputer w Burdelu

Epitafia naszych czasów

Nowa opowieść wigilijna...

Dzik jest dziki

9.10.2011

Dawno, dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma rzekami i za siedmioma pootwieranymi granicami odbywały się wybory do sejmu. W dzień, kiedy idziemy do urn, do godziny dwudziestej pierwszej nikt nie powinien wiedzieć, ilu nas poszło na wybory i na kogo się głosuje. To jest tajemnica. Siedzieliśmy więc w domu i popijając winko, raz białe, raz czerwone, bo jesteśmy patriotami, czekaliśmy. Wypiliśmy po butelce na głowę i zabieraliśmy się do następnej, żeby w razie czego każdy wynik nam się spodobał, i nagle, koło godziny osiemnastej, Wiola, przeglądając Internet, mówi:

- Popatrz, Krzysiu, jaki dziwny komunikat pojawił się na mojej stronie. "Ceny dań w restauracji POLONIA z godziny siedemnastej:

Śledź po kaszubsku - 34,90,

Kaczka w sosie własnym - 29,80,

Sałatka białostocka - 10,00,

Barszcz czerwony - 9,20,

Chłopskie jadło - 8,90".

- Ożeż w mordę, to szyfr!!! - wołam i na wszelki wypadek podłączam się, żeby otrzymać wiadomość, co się dzieje z PJN-em, bo martwię się o panią Jakubiak. Jeśli przepadnie, to już nikt tak skutecznie i łagodnie nie będzie mnie usypiał. Pytanie też nadaję w sposób zakamuflowany.

-Jaka zupa jest najtańsza?

- Krupnik - po kilkunastu sekundach otrzymuję odpowiedź.

- A z jakiej kaszy? - dopytuję, czując się jak twórca Enigmy.

- Pęczaku Jest Najmniej.

Wygląda na to, że po PJN-ie. Na drugim komputerze, który też jest na wszelki wypadek włączony, zabawiano się w sklep, w którym o godzinie dziewiętnastej można było kupić:

POry - 34,20,

PiStacje - 28,30,

Buraki - 8,40,

Kartofle prosto z pola - 8,50.

Ciekawy jestem, co tutaj wymyślą na Ruch Palikota?

I już widzę.

Kinder niespodzianka - 10,00.

... ... ...

W związku z zabawą w szyfrowanie tego, co wydawało się, że jest tajne, doszło u moich sąsiadów do zabawnej sytuacji. Przyszedł do nich znajomy, nie za bardzo lotny, kiedy oni też fascynowali się oglądaniem tego, czego oglądać do dwudziestej pierwszej nie powinni. I ten znajomy zajrzał przez ramię do laptopa stojącego na stole, zobaczył ten "cennik" i powiedział:

- Co oni ocipieli w tym sklepie? U nas dzisiaj kupowałem kartofle po 2,20.

... ... ...

O godzinie dwudziestej pierwszej potwierdziły się wyniki i z restauracji Polonia, i ze spożywczaka. I w tym momencie narodziła się w mojej głowie myśl, żeby zacząć pisać Tuskuland.

... ... ...

Jeżeli ktoś z Czytelników tej książki natknie się na tekst, który w jakiejś formie pojawił się wcześniej w Internecie, to oświadczam, że z niego skorzystałem. Sumienie schowałem po usłyszanej rozmowie pewnego elektryka z moim kumplem Andrzejem, kompozytorem i tekściarzem. Elektryk na wstępie poinformował, że właśnie słucha jego ostatniej płyty. A na pytanie, gdzie ją nabył, usłyszał, że ściągnął ją z Internetu.

- To w takim razie pan mi ten prąd też powinien zrobić za darmo - zasugerował i usłyszał w odpowiedzi:

- Widzę, że pan nie dość, że pisze piosenki, to jeszcze potrafi zażartować.

W tej sytuacji, skoro istnieje prawo dżungli, to i ja z niego skorzystam.

16.11.2011

Wiersz wydrukowany w "Naszym Dzienniku", napisany w obawie przed nadchodzącą zarazą liberalizmu:

Janie Pawle II

z wielkim niepokojem

ja ten wiersz ślę z Polski

na niebieskie podwoje

I pytam

Jak dziś działać

dla dobra Ojczyzny

by serc polskich nie zatruł

trąd liberalizmu?

Jechałem do Myśliborza, miasta położonego niedaleko granicy z Niemcami, gdzie co roku odbywa się SMAK - spotkanie autorów i kompozytorów, w którym bardzo często biorę udział. W okolicach Gorzowa Wielkopolskiego zatrzymałem się na stacji benzynowej, żeby zatankować paliwo i coś szybko zjeść. Stojący za mną w kolejce do kasy kierowca zapytał:

- A pan dokąd jedzie, panie Krzysiu?

- Do Myśliborza.

- A ja kupiłem nowe auto i ruszam w Europę.

- I co pan tam będzie robił?

- Jeszcze nie wiem. Jeśli znajdę robotę, to będę pracował, a jeśli nie znajdę, to będę zwiedzał.

Okazało się, że mój rozmówca był wcześniej zawodowym kierowcą tirów i trochę Zachód znał, a ponieważ firma, w której pracował, upadła, szukał nowego sposobu na życie.

- Widziałem, że ma pan CB-radio, to myślę, że pan wie, jak nazywamy tu drogi dojazdowe do granicy?

- Nie wiem, rzadko tu bywam.

- Cztery K.

- Co to znaczy?

- Koleiny, kurwy, karły i krasnale.

I już wiedziałem, że mam nową piosenkę z dobrym refrenem.

W tekście jest kilka słów, które dla osób nieposiadających CB-radia mogą być niezrozumiałe, więc od razu tłumaczę:

misie - policjanci z drogówki

suszarka - radar

mobilki - kierowcy

szlifierki - bardzo szybkie motocykle

skoroświtki - kombinujcie

Wersal - pałac pod Paryżem

Droga do granicy

Kupiłem nowe auto, żeby wreszcie ruszyć w Polskę,

bo w starym odwiedziłem już, co było koło domu blisko,

ale przez radio mówią, że nad morzem ciągle pada,

a w górach w środku lata, tego roku, lodowisko.

Postanowiłem więc wyjechać, ruszyć w Europę,

bo i paszportu nie potrzeba teraz ani żadnej wizy.

Wystarczy dowód osobisty, śpiwór w bagażniku,

a reszta, jak to mówią starzy kumple, ryzyk-fizyk.

Może tu jeszcze wrócę

lub nie wrócę tutaj wcale,

żegnajcie, koleiny, kurwy, karły i krasnale.

Po drodze wyprzedzają mnie furiaci na szlifierkach.

Ich motocykle wyją na najwyższych już obrotach,

lecz to ich życie, ich wiatr w oczy, czasem tylko chwilka,

ja nie wiem, co mnie bardziej kręci, Wersal czy robota.

Kierowcy na postoju mówią: - Koleś, olej Danię,

bo w kraju tym nie cierpią dzisiaj czarnych i Polaków,

więc pies ich ganiał, trzeba mieć swój własny honor,

niech sami grzebią w kiblach albo stoją przy zmywaku.

Może tu jeszcze wrócę

lub nie wrócę tutaj wcale,

żegnajcie, koleiny, kurwy, karły i krasnale.

A na poboczach stoją bardzo chętne skoroświtki

i pokazują napalonym, co im mogą zrobić w minut kilka.

A za zakrętem misie przyczajone w czarnej vectrze,

za swoje marne pensje chcą się wyżyć na mobilkach.

I już granica, nikt nie węszy, nikt już tu nie wrzeszczy,

minęły czasy tych pajaców z dawnego NRD-owa,

teraz już tylko w moim aucie gaz do dechy.

Cześć, upierdliwy kraju, co się topisz w głupich słowach,

Może tu jeszcze wrócę

lub nie wrócę tutaj wcale,

żegnajcie, koleiny, kurwy, karły i krasnale.

... ... ...

W tym miejscu się pochwalę: otóż tę piosenkę przetłumaczył na język czeski i włączył do swojego repertuaru Jaromir Nohavica. Z tego powodu autor jest cały w skowronkach.

13.12.2011

Przyszła kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego i w mediach na nowo rozgorzały dyskusje, kto ma prawo do tego, by obchodzić ten dzień, kto powinien był wtedy siedzieć, a kto odpowiedzieć za to dzisiaj.

Siedziałem przy kawiarnianym stoliku, czekając na przyjaciela, kiedy podszedł do mnie starszy pan w podniszczonej kurtce, czapce maciejówce i butach, które od Bóg wie kiedy nie były pastowane.

- Można się dosiąść? Jak się zwolni miejsce, to się przesiądę. Przepraszam, ale nie mam sił czekać na stojąco.

- Proszę bardzo.

Usiadł, poprzyglądał mi się i odezwał się znowu:

- Chyba pana poznałem. Pan jest redaktorem.

- Można tak powiedzieć.

Zamówił kawę i zapadł się w sobie. Wyglądał na jednego z tych, co to nie cierpią pochmurnych, zimowych dni i przez to nie cierpią wszystkiego wokół.

- Dzisiaj rocznica stanu wojennego, był pan internowany? - zapytał.

- Nie. Nie spełniałem kryterium.

- I nie było panu przykro?

- Też nie.

- A mnie było, panie redaktorze. Trochę konspirowałem, działałem w różnych strukturach, nawet żona miała o to pretensje. "Źle na tym wyjdziesz!", mówiła. I kiedy trzynastego rano zobaczyłem, że nie ma Teleranka, od razu wiedziałem, że stało się coś niedobrego.

- I co pan wtedy zrobił?

- Oczywiście, tak jak wszyscy działacze, oprócz pana, czekałem na internowanie. Czekałem do późnego wieczora. Na wszelki wypadek otworzyłem drzwi, żeby ZOMO wiedziało, gdzie mieszkam. I czekałem. I żadnych kroków na klatce schodowej. Wie pan, jak takie czekanie jest wkurzające? Może bloki pomylili, myślałem. Straszne godziny. Dzieci przerażone, żona płacze w kuchni, a ja nie wiem, co robić. Straszne.

- I co pan zrobił, kiedy doszło do pana, że nie przyjdą?

- O dwudziestej trzeciej postanowiłem, że sam się do nich zgłoszę. Zaoszczędzę nerwów sobie i rodzinie. Żona zrobiła mi mocnej herbaty do termosu, dwie kanapki z żółtym serem, bo wędlinę jadły tylko dzieci. Ucałowałem wszystkich i powiedziałem: "Idę, kochani. Na mnie już czas. Nie czekajcie". Wtedy żona rzekła: "Nie idź teraz, bo jest godzina milicyjna. Jeszcze cię aresztują i nie trafisz do interny". Pomyślałem, panie redaktorze, że ma rację, i rozłożyłem łóżko polowe w przedpokoju, na wszelki wypadek, bo może przyjdą w nocy i pobudzą dzieci. Ale noc minęła spokojnie, tylko przez otwarte drzwi ktoś nawrzucał antypaństwowych ulotek, tak że się rano przestraszyłem, że mogę pójść siedzieć nie za swoją działalność.

- I co dalej? - Ta historia zaczynała mnie coraz bardziej wciągać.

- Rano, po śniadaniu, nie wytrzymałem i mówię do dzieci, bo żona już od świtu stała w kolejkach: "Powiedzcie mamie, że poszedłem do Białołęki".

- Dlaczego akurat do Białołęki? - pytam.

- Bo miałem najbliżej, jakieś cztery kilometry piechotą, więc nie było problemów z dotarciem. Córeczka założyła mi na szyję krzyżyk, który otrzymała na pierwszej komunii, i ruszyłem.

- I dotarł pan bez przeszkód?

- Bez najmniejszych. Ale niech pan sobie wyobrazi, panie redaktorze, że więzienie było zamknięte. Zapukałem do żelaznych drzwi, ale nikt nie odpowiadał, to zacząłem tłuc w nie termosem, żeby ktoś mnie usłyszał, bo ja się lekceważyć nie dam. Po pięciu minutach wychylił się zza nich klawisz z kałachem i zapytał: "Czego?". "Przyszedłem się internować", powiedziałem z godnością. "Papiery masz?!", zapytał. "Nie mam, bo nie wiem, jakie są potrzebne". A on do mnie: "Jak nie wiesz, to spierdalaj!".

- I co pan wtedy zrobił?

- Spierdoliłem, panie redaktorze. A wie pan dlaczego?

- Skąd mam wiedzieć?

- Bo przede wszystkim nie znoszę chamstwa.

- Ale jak się pan czuł, kiedy pana pogonili?

- Szczerze?

- Szczerze.

- Jak zbity pies. Mało tego, jak zwykły chuj, ponieważ taka postawa wobec mnie była niemiłym zaskoczeniem.

- Ale za co niby mieli pana zamykać? Co pan takiego zrobił, żeby przejść do historii?

- A przechodził pan może kiedyś w naszym mieście ulicą Źródlaną?

- Nawet nie wiem, gdzie ona jest.

- Odchodzi od Podleśnej.

- Ta też nic mi nie mówi.

- Ale gdyby pan tą ulicą przechodził w roku osiemdziesiątym, to na garażu, od strony lasu, tak więc musiałby pan iść polami, było namalowane: "PRECZ Z KOMUNĄ", a pod tym napis: "TPP".

- Co oznaczało TPP?

- TUTEJSI POLACY PATRIOCI.

- I za to miałby pan być internowany?!

- A dlaczego nie? Nie za takie rzeczy wtedy sadzali.

- A czy pan wie, że nawet prezesa Kaczyńskiego nie internowano? A pan by chciał za pomalowanie garażu?

- A od tej strony nie patrzyłem na to. I wie pan co? Ulżyło mi dzięki tej rozmowie z panem - powiedział, płacąc za kawę.

- Cieszę się bardzo. A dlaczego?

- Bo zastanawiałem się, czy nie wystąpić do władzy o odszkodowanie za straty moralne, ale skoro pan Jarosław tego nie zrobił, to i mnie nie wypada.

... ... ...

Tekst dedykowany wszystkim tym, którzy myśleli i dalej myślą, że jak krzykną: "Precz z komuną!", to robi to wrażenie.

... ... ...

Mój osobisty, udokumentowany udział w stanie wojennym to sześciokrotne wzywanie na kolegium karno-administracyjne Warszawa-Śródmieście za używanie sygnału i manie świateł na rondzie koło rotundy w dniu trzynastego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku. O tej historii w ogóle bym nie pamiętał, gdyby nie to, że tego samego dnia na kolegium stawał przede mną obywatel, który przewoził spod Siedlec do swojego mieszkania na Żoliborzu kontrabandę w postaci półtuszy wieprzowej, salcesonu kilogramów dwa oraz sześć pęt kiełbasy wędzonej sposobem domowym. Kolegium oraz zarekwirowanie szkodliwych społecznie towarów otrzymał, ponieważ na pytanie patrolu Milicji Obywatelskiej:

- Co tam przewozicie w bagażniku?

Odpowiedział:

- Nie powiem.

- A jak wam odświeżymy pamięć? - Sięgnęli do pał.

- Nie powiem.

- A teraz powiecie? - zapytano go znowu, kiedy już solidnie oberwał.

- Tak, teraz powiem.

- To co tam przewozicie?

- Pszczoły luzem.

... ... ...

To może żarcik równie abstrakcyjny:

Kierowca dużego tira co jakiś czas zatrzymywał ciężarówkę na poboczu, metalowym drągiem walił w kontener, po czym jechał dalej.

- Dlaczego pan tak tłucze tę skrzynię? - zapytał świadek.

- Wiozę pszczoły i jak walnę drągiem, to one latają, a mnie lżej się jedzie.