Turystka - Ko-eun Yun

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Jungle

Kierunek północny.

Wysokie ciśnienie atmosferyczne, kwitnące wiśnie, nekrologi.

Kierunek południowy.

Żółty pył, strajk, zgliszcza.

W minionym tygodniu informacje o ofiarach śmiertelnych rozchodziły się szybciej niż cokolwiek innego. Opinia publiczna straci jednak zainteresowanie wkrótce po tym, jak przejdą ostatnie kondukty żałobne.

Rejon Jinhe w prowincji Kyongsang, ten sam, w którym wiśnie zakwitają najwcześniej, nawiedziło potężne tsunami. Jedno po drugim zabierało każde życie, jakie napotkało: ludzi, którzy poszli podziwiać kwitnące drzewa, spacerowiczów, budynki skąpane w słońcu, latarnie na nabrzeżu. Wszystko, jedno po drugim, zmiatała wielka fala.

Yona pojechała tam w piątek po południu. Biuro turystyczne Jungle, w którym odpowiedzialna była za plany wyjazdowe, nie oferowało jeszcze wycieczek do zniszczonego katastrofą Jinhe, ale wkrótce miało się to zmienić. Jej pierwszym zadaniem po przybyciu na miejsce miało być wręczenie datków i przydzielenie wolontariuszom ich zadań. Cały weekend spędziła na rozdawaniu pieniędzy - każdy z blisko tysiąca pracowników Jungle ofiarował dziesięć tysięcy wonów. Do tego przekazywała wyrazy głębokiego współczucia i oceniała zastaną sytuację. Jungle dzieliło katastrofy na trzydzieści trzy odrębne kategorie. Były wśród nich wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, konflikty zbrojne, susze, tornada i tsunami. Łącznie w ofercie były sto pięćdziesiąt dwa pakiety wyjazdowe. Dla rejonu Jinhe Yona planowała ułożyć plan zakładający - w połączeniu z wolontariatem - zwiedzanie terenów spustoszonych przez żywioł.

Powrót do Seulu zajął jej więcej czasu niż jazda na połud­nie. W Korei zaczynała się wiosna, kwiaty wiśni pokrywały z wolna cały kraj. Zakwitły już w Jinhe, a w ten weekend, kiedy była poza domem, pokaz natury zaczynał się też na północy. Kiedy była już w Seulu, włączyła telewizor. Po tsunami, które dotknęło południowe wybrzeże, serwisy informacyjne podawały już nie tylko informacje pogodowe i raporty z kwitnienia drzew, ale też wiadomości o tym, dokąd prądy morskie zabiorą szczątki porwane z lądu, przedmioty codziennego użytku skradzione przez siły natury, kawałki plastiku, drobiazgi, które z łatwością można zastąpić nowymi i które po jakimś czasie zaczną się rozkładać. Ich właściciele wkrótce o nich zapomną, tymczasem one same będą się jeszcze błąkać po oceanie przez dziesięciolecia. Prądy ciągnęły cały ten bałagan na południe, unosił się on na powierzchni fal, które nigdy się nie męczą.

Prognozy dotyczące przyszłości tej fali śmieci różniły się między sobą. Jedni twierdzili, że skończy ona na Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci pośrodku oceanu. Jej powierzchnia była już siedem razy większa od Półwyspu Koreańskiego. Inni utrzymywali, że w ciągu dwóch lat szczątki znajdą się na wybrzeżu Chile. Niektórzy pokusili się nawet o szacunki dotyczące tego, gdzie cały ten bałagan trafi w ciągu dekady. Większość ludzi miała nadzieję, że nie do nich. Chcieli tylko ochronić się przed katastrofą, schować przed ryzykiem.

Była jednak grupa w koreańskim społeczeństwie, która znacząco różniła się od zapobiegliwej większości. To podróżnicy wyposażeni w sprzęt surwiwalowy, prądnice i namioty. Ich rozrywką było przeczesywanie dotkniętych katastrofami miejsc, w których mogli doświadczyć czegoś ciekawego. Tacy ludzie bez namysłu zgodziliby się wyprawić na otwarte morze w poszukiwaniu legendarnej wyspy śmieci. Jungle było biurem podróży właśnie dla nich.

Yona marzyła kiedyś o podróżach do niebezpiecznych miejsc. Jej pierwszym celem było Nagasaki, a wyprawę kobiety zainspirowało jedno zdanie z przewodnika: "W mieście znajdują się rzeźby upamiętniające mieszkańców, którzy stracili życie w wyniku wybuchu bomby atomowej, a także tych, którzy zginęli w wyniku katastrof naturalnych". W przewodniku podane były lokalizacje wszystkich rzeźb, Yona jednak szybko zdała sobie sprawę, że wcale jej one nie obchodziły. Zamiast tego zaciekawiło ją, czego tak naprawdę zabrakło na świecie, gdy ktoś stracił życie, i czy to odebrane życie pojawiło się gdziekolwiek indziej. Zawsze interesowały ją takie niezbadane sprawy - gdzie można znaleźć kamienie, które stoczyły się po zboczu góry, co stało się z łuskami pokrojonej ryby, z kiełkami ziemniaków oberwanymi przed gotowaniem albo z nabojami pistoletu.

Minęło już dziesięć lat, odkąd zaczęła pracę w Jungle. Analizowała miejsca dotknięte kataklizmami, przekształcała je w cele wyjazdów turystycznych. Kiedy była dzieckiem, nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że będzie kiedyś zajmować się czymś takim. Miała jednak talent do ogarniania tego, co nieogarnione. Częstotliwość i siła kataklizmów oraz skutki, jakie niosły one dla populacji i dobytku, leżały teraz rozłożone jako kolorowe wykresy na jej biurku. Obok nich mapa świata i mapa samej Korei, miejscowe nazwy opatrzone komentarzami mówiącymi o tym, co dokładnie się tam wydarzyło. O pewnych rejonach Yona myślała już tylko w kategorii nieszczęść, jakie na nie spadły. Nowy Orlean kojarzył jej się z pozostałościami huraganu Katrina, Nowa Zelandia była dla niej jedynie wspomnieniem trzęsienia ziemi, które zniszczyło Christchurch. Tak samo opuszczone, napromieniowane miasta wokół Czarnobyla i jego Czerwony Las - jeszcze jeden skutek wybuchu. Fawele w Brazylii, obszary spustoszone przez tsunami w Sri Lance, Japonii i na wyspie Phuket. A teraz jeszcze w Jinhe. Żadne miejsce na ziemi nie jest tak naprawdę bezpieczne. Katastrofy czekają w uśpieniu w każdym zakamarku - jak depresja. Nigdy nie wiadomo, kiedy rzucą się na człowieka, ale przy odrobinie szczęścia można się jednak na całe życie przed nimi ukryć.

Każdego roku na Ziemi rejestrowano średnio dziewięćset trzęsień ziemi o sile przekraczającej pięć stopni w skali Richtera, a trzysta wulkanów, mniejszych i większych, wybuchało na wszystkich siedmiu kontynentach. Dane te były dla Yony już tak oczywiste, jak sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniach. W samym tylko minionym roku w wy­niku katastrof naturalnych życie straciło dwieście tysięcy ludzi. Śmiertelność rosła - w poprzednich dziesięciu latach średnia roczna wynosiła sto tysięcy ofiar. Katastrofy przybierały na sile, stały się też częstsze. Mimo że nowoczesna technologia zapobiegała tragicznym skutkom wielu z nich, pojawiały się ciągle nowe, jeszcze bardziej podstępne kataklizmy. Yona zajmowała się ludzkim nieszczęściem, klęska była jej pracą, żyła tym nawet wtedy, kiedy miała wolne. Etat w Jungle sięgał w jej życie daleko poza godziny pracy.

- Telefon z obsługi klienta. - Podwładna Yony podała jej komórkę.

Yona miała teraz powtórzyć wszystkie zwroty, które wypowiedziała już wcześniej tysiąc razy jak robot na autopilocie: "Proszę pani, rezygnacja w tym momencie pociągnie za sobą opłatę manipulacyjną", "Proszę pana, to wszystko jest wyszczególnione w umowie". Tak naprawdę wcale nie musiała tego robić, to nie należało do jej obowiązków, ale tego dnia i tak odpowiedziała już na kilka skarg. Klienci dzwonili w najbardziej nieodpowiedniej chwili.

- Przykro mi, proszę pana - mówiła spokojnie do telefonu - ale zwrot kosztów nie jest możliwy.

Odpowiadali na to zawsze w ten sam sposób.

- Ale do wyjazdu mamy jeszcze trzy miesiące - mówił głos po drugiej stronie. - Dlaczego mam płacić sto procent kary za rezygnację? Moje dziecko jest chore, nie mogę jechać. Naprawdę nie ma szans na zwrot kosztów? Dlaczego właściwie waszych wyjazdów nigdy nie można anulować?

- Anulowanie wyjazdu jest możliwe - mówiła Yona - ale nie mamy możliwości zwrotu w pełni wpłaconej kaucji.

- Anulowanie jest możliwe, ale zwrot pieniędzy już nie? U was tak zawsze? To znaczy, że powinienem był zapłacić tylko połowę kaucji. Jeśli nie zmienicie zdania, złożę na was skargę do Urzędu Ochrony Konsumentów.

- Mam pana do nich od razu przekierować? - zapytała. - Uprzedzam tylko, że niestety nie będą mogli panu pomóc. W umowie od samego początku był zapis, że pieniądze na wyjazd nie podlegają zwrotom niezależnie od daty rezygnacji. Podpisał pan umowę. Ponieważ wpłacił pan kaucję, otrzymał pan sporą zniżkę, więc się panu opłaciło. Jeśli nadal będzie pan chciał wziąć udział w wycieczce, proszę pamiętać, że zapłacił pan preferencyjną cenę. Klienci, którzy decydują się na nią teraz, płacą trzydzieści pięć procent więcej, nawet jeśli wpłacą kaucję od razu.

- Proszę pani... - Głos klienta był już spokojniejszy. - Tłumaczę pani, że mam chore dziecko w szpitalu. Nie możecie w takiej sytuacji wykazać się przyzwoitością i pozwolić mi anulować wyjazd?

- Wyjazd może pan jak najbardziej anulować.

- Ale zwrotu pieniędzy nie będzie? - zapytał.

- Zgadza się.

- Jak się pani nazywa?

- Proszę pana...

- Pytam, jak się pani nazywa! Mam dość tego dziadostwa! Jak się pani nazywa?!

- Ko Yona.

Mężczyzna rozłączył się od razu. Był zły, tak samo Yona. Zazwyczaj klienci spuszczali z tonu, kiedy rozmawiali z pracownikami wyższego szczebla. To dlatego centrum obsługi klienta często przekazywało rozmowy do koordynatorów planów wyjazdowych. Jednak w takie dni jak ten, kiedy Yona miała pełne ręce roboty, nie było czasu na rozpraszanie się. Jungle też nie chciało, żeby marnowała swój czas na skargi klientów. Yona należała do mózgu całej firmy, potrzebowali jej do ważniejszych spraw.

Zastanawiała się, czy niedawna zmiana w obowiązkach służbowych mogła oznaczać, że stała się obiektem "żółtej kartki". Odkąd tylko ją zatrudnili, wiedziała, w jaki sposób firma najczęściej radzi sobie z egzekwowaniem posłuszeństwa. Żółta kartka była nie tyle ostrzeżeniem, ile syreną ostrzegawczą. Gdzieś pojawiało się pęknięcie, którego nie dało się już zatuszować ani ignorować. Kiedy się już dostało taką kartkę, nie było żadnej siły na ziemi i w niebie, która mogłaby to cofnąć. Yona zastanawiała się, czy rzeczywiście dostanie żółty kawałek papieru pocztą, mailem, a może nawet kurierem, ale miała świadomość, że to działa zupełnie inaczej. Żółte kartki dostawało się dyskretnie, choć nie dało się ich pomylić z niczym innym. Ich odbiorcy mieli mieć możliwość napawania się tragedią rozgrywającą się w ich karierze.

Odbiorcy żółtej kartki mieli dwie możliwości: pracować pilnie i sumiennie w biurze, gdzie każdy życzył im jak najgorzej, albo z całych sił wywalczyć sobie z powrotem swoje miejsce. Yona słyszała o kimś, kto odzyskał utraconą pozycję pięć lat po tym, jak zgrabnie wypadł z łask. W tym czasie asystent tego pracownika został jego szefem. Po powrocie na swoje dawne stanowisko ten człowiek nie pracował jednak długo, zdrowie już mu nie pozwalało. Całkiem możliwe, że szok związany z otrzymaniem żółtej kartki i pięć lat mordęgi miał niszczący wpływ na jego mózg - dorobił się nowotworu. Yona nie znała go osobiście, ale wszyscy w biurze powtarzali sobie tę historię. Bardzo prawdopodobne, że chodziło o dawnego kierownika zespołu z pokoju obok.

Ostatnio Yona czuła się w biurze, jakby była zrobiona z dmuchawców, które wiatr przywiał do budynku. Fotel, w którym siadała co rano, był oczywiście jej fotelem, ale z jakiegoś powodu czuła się w nim nieswojo, jakby siadała w nim po raz pierwszy. Czuła trudny do nazwania niepokój, ilekroć mijała na korytarzach nowych pracowników, jakby tamci byli olbrzymami trzęsącymi całą firmą. Kiedy w toalecie zwierzyła się kilku bliskim koleżankom, odpowiedziały, że pewnie jej się wydaje. Gdy tylko otworzyła usta, żeby się odezwać, ich trywialna rozmowa, lekka jak papierowe ręczniki, które wyrzucały do kosza, nabrała nagle ciężkości. Koleżanki patrzyły na nią bardzo poważnym wzrokiem.

- Czy coś się dzieje? - zapytała ją jedna z koleżanek.

Yona zorientowała się, że podnosząc ten temat, tylko pogarsza całą sprawę. Dlatego umyła szybko ręce i starała się o wszystkim zapomnieć. Ale prawda była taka, że kilka dni wcześniej coś nieprzyjemnego naprawdę miało miejsce. Przyszła na spotkanie punktualnie, ale kiedy weszła do sali, nikogo w niej nie było. Pociesznie naiwny młody pracownik podszedł do niej z korytarza.

- Nie powinno tu być spotkania? - zapytała go, zdezorientowana, po czym wyszła z sali konferencyjnej.

- Dzisiaj jest faul - odpowiedział jej, mrugając poro­zu­miewawczo.

- Faul? - zapytała.

- Tak mi powiedzieli - tłumaczył.

Faul? Czy to był jakiś nowy biurowy slang? Skrót od czegoś? Kiedy łamała sobie nad tym głowę, przypomniało jej się, że słyszała już to określenie kilka dni wcześniej w sąsiednim dziale. "To z powodu faulu" - mówił wtedy ktoś.

- W porządku - odpowiedziała wytrącona z równowagi. Straciła okazję, żeby zapytać, czym właściwie był faul. Nie musiała wcale wiedzieć, co oznacza samo słowo, chodziło jej tylko o to, żeby wiedzieć, w jakim kontekście używają go w jej firmie. Nie miała pojęcia, jak to wszystko rozumieć, nie mogła jednak pozwolić, żeby inni to zauważyli.

Młody pracownik odszedł pospiesznie, Yona wpatrywała się tępo w pustą salę, po czym poszła do windy. Po spotkaniach pracownicy tłoczyli się w toalecie albo palarni, żeby dać upust emocjom i odprężyć się. Tego dnia jednak Yona była zbyt zmęczona, mimo że nic się właściwie nie wydarzyło. Chciała tylko wrócić do swojego biurka. Kiedy wsiadała do windy, dołączył do niej jej przełożony, Kim.

- Johnson prosił, żeby cię pozdrowić - odezwał się, kiedy drzwi windy się zamykały.

- Kto taki? - zapytała Yona.

- Johnson. Mój Johnson - odpowiedział Kim, wskazując palcem na swoje krocze.

Winda jechała na dół z dwudziestego pierwszego piętra na trzeci poziom. Kim i Yona byli w niej sami. Kobieta nie zdążyła się nawet zdziwić, bo Kim od razu chwycił ją za pośladki. To nie była pomyłka, dobrze wiedział, co robi. Miało to pokazać, że nie obchodziło go nic, nawet gdyby został przyłapany.

- Przecież jesteś jeszcze młoda - drwił sobie z niej. - Powinnaś od razu zrozumieć, o czym mówię.

Yona odwróciła się najspokojniej, jak umiała, żeby nie patrzeć w oczy Kimowi, który teraz próbował wsadzić rękę pod jej bluzkę. Serce waliło jej w piersi z gniewu. Ale bynajmniej nie dlatego, że po raz pierwszy miała do czynienia z takim zachowaniem Kima, wcale też nie dlatego, że jej szef się do niej dobierał. Nie. Chodziło o to, że zgodnie z tym, co sama wiedziała, Kim pozwalał sobie na takie wybryki wyłącznie w stosunku do dziewczyn, które były już praktycznie zwolnione, takich, które albo już dostały żółtą kartkę, albo wkrótce miały ją dostać. Przerażała ją myśl, że jeśli mu się przeciwstawi, będzie to oznaczało kartkę i dla niej.

Yona przesunęła się nieco w bok, pamiętając, że za plecami ma kamerę monitoringu. Starała się stać spokojnie, jakby nic się nie działo. Nie chciała, żeby to wszystko wyszło na jaw. Kamery monitoringu nagrywały wszystko bezustannie, dzień i noc. Do tego wszystkiego nie wiadomo było, kiedy w windzie nagle otworzą się drzwi i wszyscy, którzy się zza nich wyłonią, zobaczą scenę z nią i Kimem w rolach głównych. Mężczyzna dobierał się do niej najzupełniej bezczelnie, dosłownie prosił się, żeby wszyscy wszystko zobaczyli. Jego dotyk sprawiał bardzo bezosobowe wrażenie. Nie odzywał się, kiedy ją macał. Drzwi windy rozsunęły się i weszły do niej kolejne dwie osoby. Ręka Kima, macająca wcześniej pierś Yony, była już wtedy z powrotem w jego kieszeni.

- Powinnaś zwracać uwagę, jak ludzie mówią - ostrzegł Yonę cicho. Pozostała dwójka prawdopodobnie niczego nawet nie usłyszała. - Powinnaś wiedzieć, jak się teraz mówi. W przeciwnym razie możesz sobie równie dobrze przypiąć kartkę "jestem do tyłu i dobrze mi z tym".

Kiedy wysiadł z windy, pozostała dwójka ukradkiem spoglądała w kierunku Yony. Kim jeszcze dwa razy po tym zdarzeniu pchał swoje zimne łapy pod spódnicę Yony. Nie chodziło o to, że były zimne, a o to, że on w ogóle to robił. Nienawidziła tego, jak bardzo jego dłonie były lepkie. Na samą myśl dostawała gęsiej skórki. Kim był jej bezpośrednim przełożonym już od dziesięciu lat. Za każdym razem, gdy zmieniał się personel, Kim zostawiał Yonę w zespole. Był kompetentny, choć, gdyby chcieć być dokładnym, trzeba by przyznać, że był nie tyle kompetentnym szefem, ile kompetentnym sługusem, co pozwalało mu zachować pozory wprawy. Jego ocena jako pracownika wynosiła dokładnie pięćdziesiąt procent. Wszyscy dokładnie wie­dzieli, kogo lubił, a kogo nie znosił. Tych, którzy mu się nie podobali, dręczył, aż się łamali. Yonę przerażała świadomość, że wszyscy mogą się dowiedzieć, że teraz to ona stała się obiektem jego prześladowań. Jeśli jego molestowanie pozostanie tajemnicą, będzie w stanie znieść ten dyskomfort. Yona pomyślała o swoim położeniu i pokręciła głową. Tak naprawdę nie dawał jej teraz spokoju fakt, że zniosła jego zachowanie już trzy razy i nie zrobiła z tym absolutnie nic. Miała wrażenie, że na tym etapie jest już winna współudziału. Inne ofiary zrozumieją jednak brak działania, tym przynajmniej się pocieszała.

To była ciepła wiosna. Pierwszym, co Yonie przychodziło do głowy w kontekście nowej pory roku, nie były jednak kwiaty i pąki na drzewach, ale pot. Kiedy wizytowała Jinhe po tsunami, przez cały weekend dosłownie się z niej lało. Kiedy wiosna zrobiła miejsce latu, Kim zawołał ją do swojego biura.

- Popełniłaś faul - powiedział jej. - Odsuwam cię od najnowszego projektu. Przez jakiś czas zajmiesz się programami wyjazdów, które mamy już w ofercie.

Praca, do której ją tego popołudnia przydzielił, w normalnych warunkach dostałaby się jakiemuś stażyście.

- Może wyjdziemy wszyscy jutro na firmową kolację, pani Ko? - zapytał Kim następnego dnia, zwracając się do Yony zupełnie formalnie. Nie zależało mu wcale na jej zdaniu i nie czekał nawet, aż się odezwie. - Wszyscy są zapracowani, właśnie dlatego musimy sobie dać trochę luzu. Ale tym razem już nie samgyopsal*, zjedzmy coś naprawdę wyjątkowego. Proszę zapytać wszystkich, na co mają ochotę.

Kim kochał papiery, dlatego też zespół Yony ciągle miał niedobór kartek A4, zużywał je szybciej niż jakikolwiek inny team w firmie. Ostatnio papier schodził u nich tak szybko, że drukowali wszystko dwustronnie. Yona zebrała opinie innych i wydrukowała ich sugestie co do menu na kolację. Zaniosła to potem Kimowi. Cały przygotowany przez nią dokument, jak i cały jej wysiłek okazały się zupełnie niepotrzebne, kiedy Kim obcesowo oznajmił:

- W sumie, to idźmy na samgyopsal.

Kilka następnych dni upłynęło Yonie na wykonywaniu podobnie bezsensownych zadań. Jeśli nie odbierała tego dnia telefonów, to obsługiwała kserokopiarkę. Tak jej się nudziło, że zaczęła przeglądać najgłupsze strony w sieci, jak na przykład zegar obliczający datę śmierci pytającego. Kiedy kliknęła przycisk przeliczania po tym, jak wprowadziła na stronie swoje dane, nie zareagowała zdziwieniem. Pomyślała tylko: "Ja już to chyba kiedyś robiłam".

Yona znała tę stronę i jej szybko malejące liczby. Musiała już na nią zajrzeć kilka lat wcześniej w podobnych okolicznościach. To wtedy cyfrowy zegar na stronie internetowej zaczął odliczanie. Z dokładnością do sekundy, a nawet ułamka sekundy, pokazywał upływający Yonie czas, jej gasnące powolutku życie. Nie zatrzymał się ani na chwilę przez ostatnich kilka lat, kiedy zupełnie o nim nie pamiętała. Tego dnia po raz już kolejny Yona zaspokoiła swoją ciekawość odnośnie do długości swojego życia. Patrzyła oczarowana na liczby kurczące się przed jej oczami.

Siedziała przed zegarem, który pewnego dnia w przyszłości osiągnie zero, i myślała o tym, jak jedna mała sekunda może zadecydować o czyimś losie. Przecież czy nie słyszała o tym, że za każdym razem, kiedy wybuchał tragiczny w skutkach pożar na imprezie sylwestrowej, większość ciał znajdowano potem w szatni? Kiedy wybuchał pożar, zaczynała trząść się ziemia, odzywały się syreny, należało rzucić wszystko i biec na zewnątrz. Drobne rzeczy, jak szukanie swojego ubrania albo chwytanie za torbę, zapisywanie pracy na laptopie, wybieranie numeru na telefonie - to one właśnie oddzielały żywych od martwych.

Obecne położenie Yony to była katastrofa, w dodatku taka, do której będzie musiała podejść tak samo jak do wszystkich innych, jakimi do tej pory zajmowała się dla firmy. Musiała spojrzeć uważnie za siebie i zastanowić się, co doprowadziło do tego, że znalazła się w takiej sytuacji. Może chodziło o coś z pozoru zupełnie błahego, czego jednak nie wolno jej było przeoczyć? Może dlatego trafiła jej się żółta kartka. Nie mogła sobie dokładnie przypomnieć, jak wyglądała jej praca, jeszcze zanim Kim zaczął się do niej dobierać. Wiedziała tylko, że to właśnie on stał za jej obecnym, marnym położeniem. Po pracy wysłała mail do działu kadr. Odpowiedź przyszła wkrótce potem - Choi zaproponowała, że zaprosi Yonę na kolację.

Choi była jedną z nielicznych starszych pracownic Jun­g­le. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała wcale, jakby była w firmie zatrudniona, można z nią było swobodnie porozmawiać. Kiedy zapytała Yonę, co chciałaby zjeść, ta poczuła ulgę. Choi zwracała uwagę na detale, na przykład na to, co miały zamówić. Wybrały naengmyeon** w stylu Pyongyang i wołowinę. Choi zamówiła jeszcze butelkę soju, upewniwszy się najpierw, że koleżance to nie przeszkadza. Yona zaczęła wyjaśniać, z czym zwróciła się do kadr. Z początku ciężko było jej wydobyć z siebie słowa.

- Tak jak pisałam w mailu... chodzi o kierownika programu trzeciego, Kim Jo-gwang.

- Ach! Kim Ciąg-nij!

Reakcja Choi zaskoczyła Yonę, ale jednocześnie to, że koleżanka z działu kadr doskonale znała temat, pozwoliło na swobodne wyjaśnienie całej sprawy. Choi zapewniała, że w zupełności zdaje sobie sprawę, jak Yona się czuje.

- Kim nie narozrabiał raz czy dwa. Mam z nim nie lada problem - przyznała Choi.

- Musi w takim razie mieć wielu wrogów - zastanawiała się Yona.

- Tak, ma. Ale wszystkie one wstydzą się otwarcie przyznać, że są jego wrogami. Nie ma więc żadnego hałasu. To tak, jakby mrówka rzucała się na słonia.

- Słyszałaś, co mówią... Że te, których Kim się dotknie, są już i tak jedną nogą na zwolnieniu? - zapytała Yona. To ta kwestia najbardziej ją zajmowała.

- No cóż... - zaczęła Choi. - Wiem tylko o tych, które zwróciły się do mnie o pomoc. Ale jeśli któraś zostaje zwolniona, to podejrzewam, że właśnie dlatego, że coś próbowała z tym zrobić. Ile osób w firmie byłoby w stanie przeżyć konfrontację z Kimem?

Dwie godziny i dwie kolejne butelki soju później Choi była bardziej szczera.

- Yona, mówię ci to, bo przypominasz mi moją młodszą siostrę. Zapomnij o tym.

Yona wzięła kolejny łyk soju, alkohol zapiekł ją w gardle. Nie była to jednak jedyna rzecz, którą musiała przeboleć. Choi powiedziała coś jeszcze:

- On to robi cały czas. Możesz wyjechać z zarzutami i zrobić z tego sprawę, ale na dłuższą metę tylko sobie zaszkodzisz. Kim to padalec, zawsze się wyślizgnie. Musisz się pogodzić z tym, że w tej firmie tak już jest.

Yona często kiwała nieświadomie głową, gdy kogoś słuchała. Sprawiało to, że jej rozmówcy w końcu brali to za przytakiwanie. Tak było i tym razem. Choi zrozumiała, że Yona sobie odpuści i nie będzie rozdmuchiwać sprawy z Kimem. Poklepała ją porozumiewawczo po ramieniu. Kiedy kończyły trzecią butelkę soju, Yona rzeczywiście zgadzała się z radą Choi.

Skargi wysyłane do działu kadr pozostawały poufne, ale ofiary molestowania zawsze jakoś dowiadywały się o sobie nawzajem. Kilka dni po rozmowie z Choi Yona zaczęła dostawać wiadomości od osób, które deklarowały solidarność z nią. Z czterema z nich się spotkała (były to trzy kobiety i mężczyzna). Umówili się po pracy w restauracji daleko od budynku firmy. Yona mogła się tylko domyślać, jak pozostali się o niej dowiedzieli.

- Musimy wykorzystać tę okazję, żeby pozbyć się Kima! - wykrzyknęła jedna z kobiet. - Próbowaliśmy dwa lata temu, ale nie udało nam się, nie byliśmy wystarczająco przygotowani. Czekaliśmy aż do teraz na odpowiedni moment. Słyszeliśmy, że panią też to spotkało, i oczywiście pani współczujemy. Jest nam jednocześnie też raźniej.

Prosili ją o pomoc w dopadnięciu Kima, ale Yona wcale nie była przekonana. Oni opowiadali, a Yona słuchała. Plotki o ofiarach Kima przestawały nagle być tylko plotkami. Yona była wśród nich najwyżej w firmowej hierarchii. Pozostali wydawali się cieszyć z faktu, że coś takiego spotkało też czołową koordynatorkę programów wyjazdowych. Ona sama jednak miała wszystkiego po prostu dosyć. Opowiadali jej swoje historie, a Yona zdała sobie sprawę, że miała tak naprawdę wielkie szczęście. Kim wystartował do niej tylko trzy razy. Niektóre z ofiar doświadczyły bardziej konkretnego molestowania, czasami włącznie z przemocą fizyczną. W porównaniu z nimi Kim ledwie musnął Yonę.

Osoba wyglądająca na najbardziej zdesperowaną, jedyny mężczyzna w grupie, zwrócił się bezpośrednio do Yony.

- W poniedziałek zorganizujemy protest w lobby. Zastrajkują wszystkie jego ofiary, niech zobaczą, że nie mamy nic do ukrycia. To nie my powinniśmy się wstydzić, tylko ten drań, Kim Jo-gwang. Zgadza się, pani Ko? Dołączy pani do nas, prawda?

- Przepraszam was, ale nie zrozumieliśmy się - mówiła Yona nerwowo. - Przytrafiło mi się coś nieprzyjemnego, ale chyba nie nazwałabym tego molestowaniem. Chyba źle zrozumiałam intencje Kima.

Pozostali patrzyli na nią z niedowierzaniem. Zdesperowany mężczyzna odezwał się znowu.

- Ale przecież wszyscy to widzieliśmy.

Tym razem Yonie odebrało mowę.

- Wszędzie w firmie jest monitoring - tłumaczył mężczyzna. - Pani może nie zdaje sobie sprawy, ale wszyscy w firmie wiedzą, co się wydarzyło. Jeśli będzie pani próbowała ukryć to coś, o czym wszyscy mówią, nasze położenie stanie się tylko jeszcze głupsze.

Yonie nie podobało się, kiedy on nazywał sprawę "naszym położeniem". Próbowała naprędce znaleźć jakąś wymówkę, żeby wydostać się z tego spotkania.

- Wiemy, że się pani wstydzi - mówił mężczyzna. - Ale to tylko kolejny powód, żebyśmy zebrali siły. Będziemy w kontakcie, niech pani sobie to wszystko przemyśli.

- W porządku - odpowiedziała Yona pospiesznie i wstała od stolika. Popchnęła drzwiczki od prywatnego pokoiku, w którym siedzieli, i wyszła na korytarz, ale nigdzie nie mogła znaleźć swoich butów. Restauracja składała się z wielu prywatnych pokoi ulokowanych wzdłuż korytarza, pewnie ktoś z innego z nich założył buty Yony, wychodząc z restauracji.

- Dlatego zawsze mówimy, żeby buty zostawić na półce - mamrotał do Yony właściciel restauracji. - Ostatnio wszyscy tu coś u nas gubią. I co pani teraz zrobi bez butów?

Właściciel robił straszną scenę, szukając zgubionych adidasów, otworzył drzwi do pokoju z ofiarami Kima, z których jedna zaoferowała, że pójdzie i kupi Yonie parę butów, żeby miała jak wrócić do domu. Yona chciała tylko jak najszybciej się stamtąd wydostać i być jak najdalej od tych ludzi. Stanowczo odmówiła i opuściła spotkanie w pożyczonych od obsługi restauracji znoszonych klapkach.

Buty, które jej zginęły, to była właściwie para i pół. Sklep, w którym je kupiła, oferował gratis prawy but do każdej zakupionej pary. Ten gratisowy patrzył teraz na nią z wyrzutem, kiedy wróciła do domu. Denerwował ją, bo przypominał jej cały czas o grupie pokrzywdzonych i o samym Kimie.

Po tamtym spotkaniu Yona dostała kilka maili, na które nie odpowiedziała. Kilka razy nie odebrała też telefonu. Wolała nie przyznawać się nawet sobie, że padła ofiarą molestowania. Nie miała też żadnej ochoty bezwstydnie stać w lobby i rzucać w Kima oskarżeniami. A dokładniej nie chciała dołączać do grupy ofiar Kima, do tych przegrywów, nic nieznaczącego pomiotu. Myślała o tym, co powiedzieli jej o monitoringu. Wszyscy ponoć wiedzieli, co ją spotkało.

W dniu protestu Yona przebiegła obok nich w lobby. Trzymali wielki baner, twarze mieli odsłonięte. Yona z kolei, kiedy obok nich przemykała, ukryła odruchowo swoją twarz. W ciągu kilku dni grupę ukarano. Tamtej nocy Yona wyrzuciła samotny prawy but.

- Błagam, ja już nie mogę - poprosiła koleżanka Yony, wyciągając w jej stronę słuchawkę telefonu. To było połączenie z obsługi klienta. Mężczyzna po drugiej stronie pytał bez przer­wy: "Dlaczego nie?". Chodziło mu o to, dlaczego nie może anulować wyjazdu. Yona chciała mu odpowiedzieć: "Dlaczego się nie rozłączysz?". Kiedy go słuchała, zapomniała, jak to wyglądało w skrypcie rozmów z klientami. Mężczyzna, który dzwonił, planował podróż z kimś, kto właśnie umarł.

- Czy to był pana bliski krewny? - zapytała. - Ta osoba, z którą miał pan jechać?

- Nie, to nie była moja krewna.

- Sprawdzę nasz regulamin i oddzwonię do pana.

Yona niepotrzebnie zapytała go po raz drugi o numer te­lefonu i rozłączyła się. Nie miała ochoty się nim zajmować, ale powiedziała przecież, że sprawdzi i oddzwoni.

Anulowanie wyjazdu zależało tak naprawdę tylko od niej. Mogła bezkosztowo anulować klientowi wyjazd, przy czym zarząd firmy odradzał oczywiście taki krok. Ale jak ktoś miałby jechać na wycieczkę, kiedy ta druga osoba nie żyła? Yona zdecydowała, że pójdzie klientowi na rękę, jednak po południu na jej biurku wylądował folder z programem wycieczki do Jinhe. Pod programem podpisany był pracownik z innego zespołu. Yona była tak wściekła, że nie mogła wysiedzieć w biurze. Wyszła z pracy wcześniej, zanim zdążyła zająć się wnioskiem o anulowanie tamtemu klientowi wyjazdu.

Zazwyczaj wracała do domu metrem z dwoma przesiad­kami, mimo że wystarczyłaby tylko jedna przesiadka. W ciągu minionych kilku lat przybyło jej możliwości, nowe stacje metra pojawiały się w całym mieście, tak samo całe nowe linie, a te istniejące wydłużane były do sąsiednich miejscowości. W zależności od tego, z której linii danego dnia korzystała, czas przejazdu się różnił. W ogólnym jednak rozrachunku czas, jakiego potrzebowała, żeby wrócić do domu, skracał się. Było to dla niej zaskoczeniem, bo przy większej liczbie stacji po drodze obiektywnie krótsza podróż wydawała się dłużyć i Yonie bardziej się nudziło niż wcześniej. Męczyło ją też, że pomimo tylu nowych linii, pociągi metra były zawsze zapchane w godzinach szczytu. Miasto zaspokajało swój niepohamowany głód, przyciągając w swoje wnętrzności coraz więcej ludzi. Zadzwoniła komórka Yony. To był ten klient, z którym rozmawiała rano, a o którym potem zupełnie zapomniała. To ten, któremu zmarła partnerka w podróży. Powiedziała mu wcześniej, że anuluje wycieczkę, bo przecież teraz nie mógł jechać. Miała do niego żal, że uprzykrzał się jej w drodze do domu, ale jeszcze bardziej zdenerwowała ją firma, która dawała klientom jej numer telefonu, żeby dzwonili po godzinach. Yona oznajmiła klientowi:

- Zwrot kosztów jest jedynie możliwy w przypadku śmierci zamawiającego. - Wcisnęła się w tłum ludzi. - To oznacza, że osoba, z którą miał pan podróżować, jest upoważniona do zwrotu kosztów, ale jeśli to pan anuluje wyjazd, nie otrzyma pan zwrotu.

Mężczyzna się rozłączył.

Yona spojrzała na plan metra. Linie w budowie oplatały miasto w dusicielskim uścisku, nowe stacje pojawiały się wszędzie. Miała ochotę podpalić końcówkę jednej z tych linii, tak jak przypala się nitkę w swetrze, żeby się dalej nie pruł. Chciała zatrzymać ten niepohamowany rozrost.

Przyszło lato. Minęło już trochę czasu, odkąd ostatnie płatki kwiatów opadły z drzew. Ich miejsce zajęły teraz dojrzałe wiśnie spadające ciężko na ziemię. Chodniki pokryły się soczystymi plamami. Yona wysłała w końcu wypowiedzenie.

- Tak szczerze - zaczął Kim, przynosząc jej kawę z ekspresu - potrzebujesz przerwy czy szukasz nowej pracy?

Wiedział, jak zadawać pytania.

- Chcę trochę odpocząć - odpowiedziała Yona. - Nie czuję się ostatnio dobrze.

Kim pokiwał głową. Być może słyszał od Yony dokładnie to samo, co od tuzinów innych pracowników przed nią.

- Tak czy inaczej, nie mogę cię tak po prostu puścić. Zgodzisz się ze mną? - zapytał.

Yona nie odpowiedziała. Patrzyła tylko w podłogę.

- Może zrobimy tak - zaproponował - dam ci miesiąc urlopu, a na pierwszych kilka tygodni pojedziesz na wycieczkę. Nie jako pracownik, ale tak jak inni klienci. Mamy kilka programów, które trzeba przejrzeć, musimy zdecydować, czy nadal chcemy je mieć w ofercie, czy się z nich wycofać. Wybierz sobie jeden, a my pokryjemy wszystkie koszty, jakby to był wydatek firmowy. Kiedy wrócisz, tylko napiszesz na jedną stronę sprawozdanie ze swojej wyprawy. Jesteś u nas już dziesięć lat, więc nic dziwnego, że potrzebujesz oddechu.

- Można moje stanowisko zostawić na miesiąc puste? - dziwiła się Yona.

- Dla ciebie to będzie przerwa, dla firmy wyjazd służ­bowy. Nie przejmuj się. Twoje sprawozdanie przyda się nam do podjęcia decyzji o programie, który wybierzesz.

- Czy któryś z moich programów jest w kolejce do przejrzenia?

- Yhm, nie. - Kim był poirytowany.

- Mam więc zdecydować o czyimś projekcie?

- Czy ktokolwiek jest w stanie obiektywnie ocenić własny program wyjazdowy? Raz na jakiś czas musimy przeprowadzić takie oszacowanie. Ja odpowiadam za wycieczki, o których mowa. Czy ty nie jesteś czasem czołową koordynatorką programów wyjazdowych? Kimś, komu mogę zaufać? Twój wyjazd może przypominać urlop, ale to nadal będzie część twoich obowiązków służbowych. Rozumiemy się?

Yona patrzyła na niego zaskoczona szeroko otwartymi oczami. Jego głos złagodniał.

- Kiedy ja byłem tutaj dziesięć lat, mój szef zaproponował mi dokładnie to samo. Oczywiście ucieszyłem się z darmowego wyjazdu, ale zdałem sobie potem sprawę, jak zimną i nieczułą instytucją jest ta firma. Całe szczęście twoja próba rezygnacji zgrywa się idealnie z twoim stażem. Potraktuj to jako prezent w podziękowaniu za lata pracy.

Yona nie dlatego wręczyła wypowiedzenie, że chciała definitywnie rzucić pracę. Chodziło jej bardziej o to, żeby wysłać Kimowi jakiś sygnał. Miała wrażenie, że jeśli tego nie zrobi, on będzie jej dokuczał coraz bardziej. W Jungle urlop nie oznaczał krótkiej przerwy, to nie był przecinek. W Jungle urlop oznaczał ostateczność, to była kropka na końcu zdania. Dopiero kiedy ktoś był już u kresu sił, rzucano w nią lub niego wolnymi dniami w zupełnie przypadkowy sposób. W przeciwnym razie nigdy nie było wiadomo, kiedy można się spodziewać wolnego. Czasem jednak zdarzało się, że kropka była przecinkiem, przerwą między okresami gorączkowej pracy dla firmy. Jeśli było się niezbędnym pracownikiem, kimś, kogo Jungle bardzo chciało mieć u siebie, nie mogli człowiekowi pozwolić na wypalenie i złożenie wypowiedzenia. Zanim firma przyznała Yonie urlop, musieli się upewnić, czy naprawdę miała zamiar się zwolnić. Ostatecznie, tak przynajmniej jej się wydawało, doszli do cichego porozumienia. Złe postępowanie Kima w zamian za podróż służbową bez żadnych warunków. Gdyby tylko nie otarł się o jej biodro dwa razy podczas całej rozmowy, byłaby w stanie zupełnie zapomnieć o sprawie z jego Johnsonem.

Yona przeglądała opisy kierunków oferowanych aktualnie przez Jungle.

"Czerwona energia wulkanu! Poczuj, jak drży Matka Ziemia. Popłyń Arką Noego i zostań sędzią mórz i oceanów. Tsunami: zniszczenia i zgroza na Twoich oczach".

Jej nazwisko nie widniało pod ani jedną z ofert, mimo że wyprawa do Jinhe była oczywiście jej dzieckiem. Po tym, jak zasiała ziarna wyprawy, starała się, żeby trafiły one na żyzną glebę i kiełkowały. A teraz nie mogła się cieszyć owocami swojej ciężkiej pracy. Tuż przed momentem zebrania żniw przekazano jej projekt komuś innemu. Już samo rzucenie okiem na program wyprawy do Jinhe i tamtejszych kwitnących wiśni sprawiło, że zagotowała się w niej krew. To była teraz siódma najpopularniejsza wycieczka w ofercie firmy. Ktoś, kto przejął jej dzieło, dostał w zasadzie gotowca. Teraz pewnie się obijał, tak bardzo z siebie zadowolony. Yona jeszcze bardziej się wściekła.

Miała do wyboru pięć wycieczek. Na szczęście żaden z jej projektów nie był przewidziany do rewizji, nawet jeśli jej nazwisko nie widniało pod żadnym z nich. Programy Yony zazwyczaj lądowały gdzieś pomiędzy najbardziej i najmniej popularnymi wycieczkami. Od doradcy w dziale obsługi klienta chciała dowiedzieć się czegoś więcej o tym, jakie opcje ma do wyboru. Kiedy tylko powiedziała, że ma się zdecydować na jeden z pięciu programów, kobieta z działu obsługi klienta, co wcale Yony nie zaskoczyło, zaproponowała najdroższy z nich.

- Polecam "Lej krasowy na pustyni" - powiedziała pewnym tonem rozmówczyni. - To najdroższa wycieczka ze względu na wyjątkowe zakwaterowanie w nowo wybu­dowa­nym kurorcie, bardzo czystym. To idealne miejsce na odpoczynek. Co więcej, w trakcie jednego wyjazdu można tam zobaczyć wulkan, pustynię i gorące źródła, wszystko w jednym miej­scu. Ten program jest dwadzieścia procent droższy od pozostałych, ale będzie pani dwadzieścia procent bardziej zadowolona z wyjazdu.

To, z jaką pewnością siebie mówiła ta kobieta, zdradzało, że nie ma o niczym zielonego pojęcia. Najwyraźniej nie wiedziała, że spadek sprzedaży tej konkretnej oferty o dwadzieścia procent postawił ją na granicy między życiem a śmiercią. Skoro jednak to firma za wszystko płaciła, wydawało się logiczne skorzystać z najdroższej oferty.

Wycieczka do leja krasowego obejmowała sześć dni, celem była miejscowość o nazwie Mui. Yona musiała zajrzeć do internetu, żeby dowiedzieć się, gdzie to właściwie było. Mui okazało się wyspą o rozmiarach podobnych do koreańskiej wyspy Jeju. Żeby się tam dostać, trzeba było przejechać przez południowy fragment Wietnamu. Najpierw leciało się na lotnisko w mieście Ho Chi Minh, następnie wsiadało się do auto­busu jadącego do nadmorskiego miasta Phan Thi?t i w końcu płynęło się pół godziny łódką. Yona rozumiała już, dlaczego nie był to najpopularniejszy program w ofercie. Na dotarcie tam trzeba było przeznaczyć cały dzień, podobnie na powrót. W dodatku widoki po przybyciu na miejsce były daleko mniej ekscytujące niż w przypadku innych miejsc dotkniętych kataklizmami. Jak sugerowała nazwa wycieczki, na pustyni rzeczywiście był lej krasowy i może był on "przerażający i ponury", jak chciały ulotki, tyle że deszcze zamieniły go w jezioro. Nie wyglądał teraz już wcale strasznie ani w ogóle wyjątkowo. Kiedy ludzie słyszeli "lej krasowy", spodziewali się czegoś co najmniej na miarę leja z Guatemala City w dwa tysiące dziesiątym roku - głębokiej na pięćset metrów złowieszczej studni, która pochłonęła całe śródmieście. Yona zaczynała podejrzewać, że Mui nie spełni jej już i tak niskich oczekiwań. Wyszukała potencjalne loty, w razie gdyby zdecydowała się na tę wyprawę.

Pragnienie i ciekawość idą ze sobą w parze. Kiedy po raz pierwszy spogląda się na nazwę na mapie, pragnienie jest drobne jak ziarnko grochu. Ale w miarę jak rośnie zaciekawie­nie miejscem, ziarenko zaczyna kiełkować, przybierając bardziej rozbudowaną formę. Po raz pierwszy od długiego czasu Yona przypomniała sobie, że zaczęła pracować w Jun­g­le, ponieważ kochała podróże. Była kilka razy na zagranicz­nych wyjazdach służbowych, jednak z reguły pracowała w kraju. Mogła podróżo­wać prywatnie, kiedy miała wolne, ale wtedy nie miała już ochoty nigdzie się ruszać. Kiedy tylko pomyślała, że ma możliwość wybrać się gdzieś za granicę, poczuła się tak, jakby otwierała od dawna zamknięte okno. Nieznany, rześki podmuch przemknął przez nią.

Yona wygrzebała dawno nieużywany paszport. Miała ich w szufladzie cztery - trzy stare, nieważne, i jeden aktualny. W tym najstarszym jej zdjęcie było jak autoportret Paula Klee*** - zupełnie pozbawione uszu. W nowszych paszportach widać było coraz więcej uszu i brwi. Yona nie była pewna, czy był to znak postępu, czy regresji, ale niezależnie od tego, zdjęcia paszportowe pokazywały coraz więcej jej twarzy. Nie zdecydowała jeszcze, kiedy wybierze się w podróż, wyciągnęła jednak walizkę i włożyła do niej najnowszy paszport i aparat.

Jeśli w trakcie jej podróży miała wydarzyć się katastrofa na skalę światową, Yona będzie mogła dzięki zdjęciom poczuć, że roztrzaskane fragmenty wokół niej są rzeczywiste. W chwili, kiedy słychać było trzask migawki, to, co widziała przed sobą, nie było już obiektem ani tłem dla zdjęcia. Była to pusta przestrzeń w czasie. Czasem bywa tak, że krótkie przebłyski niczego mają dla ludzi większe znaczenie niż długie fragmenty normalnego życia. Yona rozmyślała o tym, jak zaczęły się podróże. Czy nie było tak, że podróżnicy rozpoczynali swoje wyprawy, jeszcze zanim wyruszyli w drogę? Sama wycieczka była wtedy jedynie potwierdzeniem ścieżki, którą kroczyli od jakiegoś czasu.

Czas mijał powoli, Yona zajmowała się sprawami, które musiała załatwić przed podróżą. Jednym z jej zadań było anulowanie podróży tego człowieka, z którym dwa razy rozmawiała. Jeszcze raz zmieniła zdanie - zwróci mu koszty imprezy. Żeby wycofać jego rezerwację, musiała przesłać pięć stron dokumentów. Cały proces był tak naprawdę możliwy dzięki luce w systemie Jungle. Stres, jaki w związku z tym Yona przeżywała, odczuwała jako palenie w gardle.

Wyjazd miał się odbyć na początku lipca. Mimo że do tego czasu został jeszcze tydzień, Yona pakowała rzeczy do waliz­ki w pośpiechu, jakby dopiero teraz sobie o nich przypominała. Zabrała środek na komary, leki, kredki i cukierki dla miejscowych dzieci. Będzie też potrzebowała tabletek na zaparcia i biegunki. W miarę jak się pakowała, miała wrażenie, że nagle tak wiele rzeczy wydaje jej się nieodzownych. Od zamknięcia walizki nie mijał nawet dzień, kiedy łapała się na tym, że musi ją otworzyć znowu, żeby spakować coś jeszcze. Potem otwierała walizkę, żeby coś z niej wyjąć, na przykład szczoteczkę do zębów, której nadal potrzebo­wała na co dzień przed wyjazdem. Spędziła kilka dni zawieszona między dwoma światami, zanim ostatecznie na dobre zamknęła swoją walizkę rano w dniu wylotu.

Była teraz w samolocie, dokładnie tak, jak sobie to wielokrotnie w ciągu minionych dni wyobrażała. Podciągnęła koc pod szyję i spojrzała przez owalne okno. Światła w dole migotały na powierzchni ziemi, wyglądało to jak mozaika. Spoglądając z wysoka, widziała, że miasto pękało w szwach. Jedynie w granicach tej opasłej metropolii można było przywyknąć do tłoku, jakby było to coś naturalnego. Kiedy czerwonooka maszyna poleciała dalej przed siebie, miejska bańka skurczyła się do nieskończoności.

* Danie kuchni koreańskiej ze smażonej na grillu wieprzowiny.

** Danie kuchni koreańskiej z ostudzonego makaronu gryczanego.

*** Szwajcarsko-niemiecki malarz żyjący na przełomie XIX i XX wieku.

Tytuł oryginału: ?? ????

Copyright ? 2013 by Yun Ko-eun. All rights reserved. Originally published in Korea by MINUMSA Publishing Co., Ltd., by arrangement with MINUMSA Publishing Co., Ltd., c/o Barbara Zitwer Agency and Imprima Korea Agency through P.&R. Permissions & Rights Ltd.

This Polish edition was published by Wydawnictwo Kwiaty Orientu in 2022

? Copyright for the Polish translation by Łukasz Janik 2022

Tłumaczenie

Łukasz Janik

Projekt okładki

Tomasz Majewski

Redakcja

Magdalena Magiera

Korekta

Katarzyna Tran Trang

Skład i przygotowanie do druku

Wojciech Ciągło Studio DTP / www.dtp-studio.pl

Publikacja została dofinansowana przez Korean Literature Translation Institute (LTI Korea)

ISBN 978-83-66658-29-5

Wydawnictwo Kwiaty Orientu

ul. Konopnickiej 12/42, 26-110 Skarżysko-Kamienna

Telefon: 41 252 48 70

E-mail: pytanie@kwiatyorientu.com

Strona internetowa: www.kwiatyorientu.com

Sklep internetowy: www.sklep.kwiatyorientu.com