Turysta - Adam Widerski

Kup ebooka

44.00 zł
36.14 zł (35,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

30 czerwca 2021

Me­lo­dyjny śpiew pta­ków roz­brzmie­wał wśród wy­so­kich drzew, gdzie prze­wa­żały grądy dę­bowo-li­powe. Te, nie­świa­dome swo­jej roli, da­wały upra­gnione schro­nie­nie dzięki roz­ło­ży­stym ga­łę­ziom po­ro­śnię­tym ciem­no­zie­lo­nymi liśćmi. Cień - dzi­siaj był na wagę złota, po­nie­waż trzy­dzie­ści cztery stop­nie i kry­sta­licz­nie czy­ste niebo sku­tecz­nie utrud­niały ży­cie na­wet naj­więk­szym ama­to­rom słońca. Zwłasz­cza tym pną­cym się wol­nym, ocię­ża­łym kro­kiem wzdłuż zie­lo­nego szlaku naj­mniej­szego parku na­ro­do­wego w Pol­sce.

Po­wie­dze­nie, że nie li­czy się ilość, ale ja­kość, zna­la­zło po­twier­dze­nie w Oj­cow­skim Parku Na­ro­do­wym. Do­lina Prąd­nika, usiana licz­nymi ma­low­ni­czymi ska­łami o nie­oczy­wi­stych kształ­tach oraz wy­ty­czo­nymi wo­kół nich spa­ce­ro­wymi tra­sami, po­trafiła za­chwy­cić tu­ry­stów.

A także za­sko­czyć. Szcze­gól­nie tych pra­gną­cych zwie­dzić jedną z cie­kaw­szych atrak­cji w cen­trum chro­nio­nego ob­szaru przy­rody. Droga ku niej bie­gnie przez trakt wzdłuż pra­wego zbo­cza Waw­rzy­no­wego Dołu, aż ku gó­rze Ko­ron­nej, gdzie mie­ści się mi­ni­plat­forma wi­do­kowa. Na­stęp­nie kil­ka­na­ście me­trów wy­czer­pu­ją­cego mar­szu obok skał - Kru­kow­skiego, So­wiej i Rę­ka­wicy.

- Grota Ciemna. - Męż­czy­zna prze­czy­tał gar­dło­wym gło­sem na­pis na że­la­znej bra­mie strze­gą­cej wej­ścia do ja­skini i ze­sko­czył ze stopni skal­nych.

Mu­siał przy­kuc­nąć, by obej­rzeć otwór. Nie tyle z po­wodu swo­ich po­nad stu osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu, co ra­czej usy­tu­owa­nia atrak­cji tu­ry­stycz­nej. Na­wis skalny tuż nad wej­ściem mie­ścił się nie­wiele po­nad metr od ziemi.

- Ciemno jak w bun­krach, gdzie ba­da­łem zma­sa­kro­wane zwłoki mło­dej dziew­czyny. - Od­wró­cił się rap­tow­nie, wska­zu­jąc głową na kratę. Za­trzy­mał wzrok na pa­rze na­sto­lat­ków, trzy­ma­ją­cych się kur­czowo za rękę. Za­uwa­żył, że dziew­czyna o krę­co­nych wło­sach po­bla­dła. - Po­dob­nej do cie­bie. I jesz­cze te je­lita po­roz­ry­wane przez wilki...

Nie skoń­czył zda­nia, a pi­snęła prze­ni­kli­wie. Kilku in­nych tu­ry­stów wbiło w wi­no­wajcę kar­cące spoj­rze­nie. W od­po­wie­dzi Hek­tor Wist wzru­szył zdzi­wiony ra­mio­nami, uda­jąc się na drew­nianą ła­weczkę tuż przy cha­cie prze­wod­nika.

- Zma­cha­łem się jak przy po­rząd­nej sek­cji to­pielca. - Za­czerp­nął kilka głęb­szych od­de­chów i osu­szył ły­sinę ba­weł­nianą chu­s­teczką. Na­stęp­nie wy­jął spore pla­sti­kowe pu­dełko, wy­peł­nione czer­woną sub­stan­cją. Ostroż­nie otwo­rzył, a za­nu­rzony w niej ka­wa­łek mięsa wy­wo­łał znie­sma­czone miny tu­ry­stów. - Pyszna wą­tróbka. - Wsa­dził do ust spory kęs, ci­cho mla­ska­jąc, a gę­sta ciecz roz­bry­zgi­wała się wo­kół niego.

W ostat­niej chwili sie­dzący obok otyły pięć­dzie­się­cio­la­tek od­su­nął ner­wowo ko­lano, chro­niąc ja­sne krót­kie spodnie przed za­bru­dze­niem.

- Uwa­żaj pan! - fuk­nął nie­za­do­wo­lony.

- To tylko sos po­mi­do­rowy - od­po­wie­dział tam­ten, mie­rząc prze­ni­kli­wym wzro­kiem tu­ry­stę. - Go­rzej z pana nie­le­czoną miaż­dżycą.

Męż­czy­zna sap­nął z prze­ję­ciem, ku­ląc się w so­bie, a inny, sie­dzący nie­da­leko wej­ścia do ja­skini, uśmiech­nął się z iro­nią. Wist nie zwró­cił na ni­kogo uwagi, kon­su­mu­jąc da­lej po­si­łek. Nie ro­zu­miał re­ak­cji lu­dzi. Uwa­żał, że kon­takty in­ter­per­so­nalne są o wiele trud­niej­sze niż jego praca. O wiele le­piej "do­ga­duje się" z umar­łymi w swoim kró­le­stwie.

Hek­tor Wist od po­nad de­kady kie­ro­wał Za­kła­dem Me­dy­cyny Są­do­wej w Ło­dzi, wy­ko­nu­jąc sek­cje dla wielu śled­czych. Liczba zwłok oraz róż­no­rodny cha­rak­ter mor­derstw, z któ­rymi się spo­tkał, bu­dziły spore obawy o jego stan psy­chiczny. Wist na pal­cach jed­nej ręki mógł wy­li­czyć ko­le­gów, po­nie­waż jego czarny hu­mor i na­tar­czywe żarty bu­dziły po­wszechny nie­smak.

- Tu są moi nocni ko­le­dzy - szep­nął Hek­tor, pod­no­sząc głowę.

Przy­glą­dał się bacz­nie po­bli­skim roz­ło­ży­stym ga­łę­ziom. Na jed­nej z nich, tuż pod kępą li­ści, sie­dział kos. Jego żółty dziób od­ci­nał się od czar­nego upie­rze­nia. Wy­da­wał bez­u­stan­nie me­lo­dyjne dźwięki sta­no­wiące pieśń go­dową. Kom­po­no­wał się ide­al­nie wraz z in­nym tre­lem, po­brzmie­wa­ją­cym nad za­ło­mem skal­nym, gdzie przy­siadł róż­no­barwny drozd.

Wist po­wiódł wzro­kiem za jego gło­sem, krę­cąc głową z dez­apro­batą. Rzadko sły­szał głos pta­ków. I wo­lał, żeby tak po­zo­stało, po­nie­waż noc ze śpie­wem wspo­mnia­nych "kom­pa­nów" była po­nad jego siły.

Prze­łknął ostatni kęs mięsa. Scho­wał po­jem­nik do ple­caka i wy­gła­dził lnianą ko­szulę z krót­kim rę­ka­wem. Spoj­rzał na ze­ga­rek, wes­tchnąw­szy w du­chu. Po­zo­stało trzy mi­nuty do roz­po­czę­cia zwie­dza­nia ja­skini. To mię­dzy in­nymi dla niej zor­ga­ni­zo­wał so­bie nie­pla­no­wany urlop. Jesz­cze wczo­raj jako kra­jowy kon­sul­tant me­dy­cyny są­do­wej sie­dział na sym­po­zjum w auli Uni­wer­sy­tetu Ja­giel­loń­skiego. Dwa dni rze­tel­nej i cie­ka­wej wie­dzy o no­wo­cze­snych tru­ci­znach. Gdy wy­szedł, otrzy­mał wia­do­mość od swo­jego prak­ty­kanta. Treść go za­sko­czyła: do za­kładu nie przy­wie­ziono żadnych no­wych ciał. Ozna­czało to chwilę wy­tchnie­nia.

Nie za­sta­na­wiał się długo i już we wtor­kowe po­po­łu­dnie cie­szył oko wi­do­kiem ma­je­sta­tycz­nych skał o różnch kształ­tach jakby wy­ra­sta­ją­cych spod ziemi. Przy­po­mi­nały mu ludz­kie or­gany. Za Oj­cow­skim Par­kiem Na­ro­do­wym prze­ma­wiały rów­nież ja­ski­nie oraz miesz­ka­jące w nich nie­to­pe­rze.

Mało kto znał upodo­ba­nia Wi­sta inne niż roz­bie­ra­nie zwłok na czyn­niki pierw­sze. Groty, ich hi­sto­ria, ta­jem­ni­czość i skrzy­dlaci miesz­kańcy pla­so­wali się naj­wy­żej. Więk­szość ga­tun­ków tych ssa­ków żyła wła­śnie tu­taj. Wist ży­wił płonną o tej po­rze roku na­dzieję uj­rze­nia cho­ciaż jed­nego z nich.

- Dzień do­bry. Na­zy­wam się An­toni Tora i przez naj­bliż­sze pół go­dziny będę pań­stwa prze­wod­ni­kiem po tym wspa­nia­łym miej­scu. - Do­no­śny głos prze­rwał dal­sze roz­my­śla­nia Hek­tora.

Dok­tor Wist pod­niósł się szybko i pod­szedł do śred­niego wzro­stu, mu­sku­lar­nego, bro­da­tego męż­czy­zny w ochron­nym ubra­niu z czer­woną na­szywką parku na­ro­do­wego.

Prze­wod­nik wska­zał ręką na prze­świt skalny po pra­wej stro­nie.

- Ta­ras wi­do­kowy z eks­po­zy­cją po­świę­coną lu­dziom pier­wot­nym zo­sta­wimy so­bie na ko­niec. Naj­pierw wejdźmy do ja­skini. Pro­szę o za­ło­że­nie ma­se­czek.

Nie wszy­scy zdą­żyli wy­ko­nać po­le­ce­nie, nim ktoś jęk­nął z nie­sma­kiem, wpa­tru­jąc się w białą ma­te­ria­łową ma­skę z roz­kła­da­ją­cym się ludz­kim płu­cem w ka­łuży krwi.

- Źle ją za­ło­ży­łem? - za­py­tał śmier­tel­nie po­waż­nie Hek­tor, do­ty­ka­jąc pal­cem gra­fiki.

- Za­pra­szam do kró­le­stwa nie­to­pe­rzy i pa­ją­ków - za­re­ago­wał szybko prze­wod­nik, prze­ły­ka­jąc gło­śno ślinę.

In­for­ma­cja za­trwo­żyła część tu­ry­stów, po­wo­du­jąc, że nie­któ­rzy z nich prze­kro­czyli wej­ście groty nie­mal na czwo­ra­kach. Ina­czej niż Hek­tor.

Otu­liło go wil­gotne, chłodne po­wie­trze. Wzdry­gnął się, a z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem jego twarz przy­bie­rała co­raz bar­dziej po­ważny wy­raz.

- Sły­szą pań­stwo po­je­dyn­cze kap­nię­cia? We­dług le­gend ska­pu­jąca na ko­goś kro­pla wody przy­nie­sie wiel­kie szczę­ście tej oso­bie... - za­czął Tora. Pod­szedł do pa­nelu z trzema przy­ci­skami. - Oto przed pań­stwem Ja­ski­nia Ciemna w ca­łej oka­za­ło­ści.

Ja­sne punk­towe świa­tło roz­pro­szyło mrok, uka­zu­jąc prze­ra­ża­jący wi­dok. Krzyk ko­biet roz­niósł się echem jed­no­cze­śnie z ude­rze­niem nie­przy­tom­nego prze­wod­nika o ska­li­ste pod­łoże. Wszy­scy jak je­den mąż wy­co­fali się w stronę kraty, która jak na złość nie chciała ustą­pić. Je­dy­nie Hek­tor Wist pod­szedł o kilka kro­ków do przodu, za­dzie­ra­jąc głowę.

- Praw­dziwy nie­to­perz... z ludz­kiej skóry.

Dźwięk słów zbiegł się z od­gło­sem kro­pli krwi spa­da­ją­cej z czoła ko­biety pro­sto w dużą bru­natną ka­łużę

Skrę­cany sznur opla­tał ści­śle szczu­płe kostki oraz nad­garstki. Po­ło­że­nie ciała po­wo­do­wało, że lina wży­nała się w skórę, prze­cie­ra­jąc pierw­sze war­stwy na­skórka, eks­po­nu­jąc pięty, blade z po­wodu utraty krwi. Kon­tra­sto­wały z ko­lo­rem juty. Po­dob­nie jak łydki, uda, po­śladki, plecy, kark oraz zgięte lekko w łok­ciu ręce. Wszystko uwy­dat­nione w mdłym świe­tle ja­ski­nio­wych ha­lo­ge­nów oraz jed­nego ma­łego po­li­cyj­nego re­flek­tora.

- Pro­fe­sjo­nalna ro­bota - szep­nął Hek­tor Wist jesz­cze raz, oglą­da­jąc ciało ko­biety, wi­szące głową w dół na wy­so­ko­ści około trzech me­trów.

Po­je­dyn­cze kro­ple krwi z rany po­kry­wa­ją­cej pra­wie całą po­wierzch­nię głowy ska­py­wały w kil­ku­mi­nu­to­wych od­stę­pach, roz­brzmie­wa­jąc echem wśród wa­pien­nych ścian.

Przy­bli­żył twarz do ple­ców ofiary. Spo­sób spę­ta­nia wy­da­wał się naj­bar­dziej po­wszechny z moż­li­wych. Zo­sta­wiał on wolne prze­strze­nie po­mię­dzy bo­kami tu­ło­wia a ko­ścią ra­mie­niową. Tu ich nie było, a słabe świa­tło nie po­zwa­lało okre­ślić, czym zo­stały wy­peł­nione.

Wła­śnie to naj­bar­dziej ab­sor­bo­wało my­śli Wi­sta. Mu­siał zba­dać ciało, tylko... Za­klął w du­chu. Kom­plet­nie za­po­mniał, że za­wsze ma przy so­bie jed­no­ra­zowe rę­ka­wiczki. Przy­zwy­cza­je­nie za­wo­dowe.

Się­gnął do ple­caka i za­czął za­wzię­cie w nim grze­bać, kiedy usły­szał pod­nie­sione głosy tuż przy wej­ściu do ja­skini. Z cie­ka­wo­ścią przy­słu­chi­wał się ner­wo­wej roz­mo­wie funk­cjo­na­riu­szy. Je­den z nich od dłuż­szego czasu trzy­mał dłoń na ustach.

- Je­zu­sie Na­za­reń­ski! My­śla­łem, że już ni­gdy mnie to nie spo­tka - jęk­nął po­li­cjant. Za­pewne ką­tem oka zo­ba­czył wi­szące zwłoki ko­biety. Głę­bo­kie i szyb­kie od­de­chy świad­czyły, że przy­był przed chwilą, po­ko­naw­szy drogę w eks­pre­so­wym tem­pie. Jego wład­czy ton głosu su­ge­ro­wał, że jest naj­star­szy stop­niem. - Czemu lu­dzie jesz­cze tu­taj są? Spro­wadź­cie ich wszyst­kich na dół, za­nim pu­ści­cie pa­wia i za­nie­czy­ści­cie miej­sce zbrodni, a oni ob­wiesz­czą ca­łemu światu o dzi­siej­szej przy­go­dzie.

Uczest­nicy fe­ral­nej wy­cieczki na­dal tło­czyli się przy ja­skini. Pra­wie wszy­scy trzy­mali w rę­kach smart­fony. Na­prze­mien­nie na­gry­wa­jąc lub ro­biąc zdję­cia.

- A je­żeli wśród nich jest mor­derca, pod­in­spek­to­rze Mo­raw­ski? - szep­nął z prze­stra­chem mun­du­rowy z blond czu­pryną, zwany przez ko­le­gów Lo­kim.

- Zna­lazł się de­tek­tyw Co­lombo dla ubo­gich. Szkoda, że trupa wi­dzia­łeś tylko w ame­ry­kań­skich se­ria­lach - zru­gał pod­ko­mend­nego Mo­raw­ski. Na szczę­ście echo groty zro­biło swoje. Zni­żył głos. - Przy oka­zji ob­fo­to­gra­fo­wa­li­ście i spi­sa­li­ście ze­zna­nia?

- Cze­kali... - za­czął Loki.

- Na dół z nimi. I nikt nie ma prawa odejść, za­nim się przed wami nie wy­spo­wiada. Jak tam zejdę, chcę wie­dzieć o nich wszystko, łącz­nie z ulu­bio­nym sma­kiem lo­dów.

Po­ste­run­kowi nie od­po­wie­dzieli, lecz Hek­tor miał wra­że­nie, że na ich twa­rzach oprócz mie­sza­niny wstydu ma­lo­wała się ulga z po­wodu moż­li­wo­ści opusz­cze­nia miej­sca zbrodni. Po­czuł ciężki wzrok na so­bie. Nie mu­siał długo cze­kać, aż usły­szał sy­czący głos Mo­raw­skiego.

- Kto to jest? Gdzie jest Wal­dek Sznyt?

- Pa­to­log jest na urlo­pie i nie od­biera te­le­fonu. A ten męż­czy­zna twier­dzi, że jest le­ka­rzem - wy­ja­śnił Loki.

- Na­wet w tym biz­ne­sie są braki ka­drowe... - sko­men­tował po­li­cjant. Na­stęp­nie pod­sko­czył w kilku su­sach w stronę Wi­sta, który zbli­żył dło­nie do wol­nej prze­strzeni po­mię­dzy plecami a prawą ręką ofiary. - Ani się waż do­tknąć ciała! Wy­no­cha stąd! - wrza­snął mu tuż przy uchu.

- Pro­szę nie krzy­czeć, bo jesz­cze obu­dzisz ja­kie­goś nie­to­pe­rza - od­parł Wist swoim gro­bo­wym gło­sem, po czym od­wró­cił się wolno i ak­cen­tu­jąc ko­lejne wy­razy, do­dał: - pod­in­spek­to­rze Mo­raw­ski.

Wist wi­dział, że męż­czy­zna przy­gląda się mu z za­cie­ka­wie­niem, marsz­cząc czoło i prze­szu­ku­jąc po­kłady pa­mięci.

- Mu­szę się uszczyp­nąć, bo nie wie­rzę. Hek­tor Wist we wła­snej oso­bie. - Mo­raw­ski grzmot­nął go w plecy i krę­cąc głową z nie­do­wie­rza­niem, za­py­tał: - Ile to już mi­nęło od na­szego spo­tka­nia? Dwa­dzie­ścia lat?

- W czerwcu mi­nęło dwa­dzie­ścia je­den.

- Ta do­kład­ność za­wsze mnie wku­rzała. - Mo­raw­ski spo­waż­niał. Prze­śli­zgnął się wzro­kiem po ły­si­nie Wi­sta, jego szczu­płej, wy­so­kiej po­stu­rze uwy­dat­nio­nej przez do­pa­so­waną lnianą ko­szulę i ciem­no­szare spodnie. - Nic się nie zmie­ni­łeś od tam­tych cza­sów.

- Ty wręcz prze­ciw­nie. Na twój średni wzrost masz za duży mię­sień piwny.

Słowa Hek­tora wy­wo­łały osłu­pie­nie dwóch tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych ubra­nych w białe ochronne kom­bi­ne­zony. Pod­nie­śli głowy, cze­ka­jąc na re­ak­cję ko­men­danta ko­mi­sa­riatu w Skale. Nikt dawno nie od­wa­żył się ude­rzyć w jego czuły punkt.

Tym­cza­sem Mo­raw­ski prych­nął ze śmie­chu, ma­cha­jąc lek­ce­wa­żąco ręką. Pod­czas ich pierw­szego spo­tka­nia po­nad dwie de­kady temu po­lu­bił żar­to­bli­wego le­ka­rza kra­kow­skiego Za­kładu Me­dy­cyny Są­do­wej. Ich krótka współ­praca za­wo­dowa prze­bie­gała zna­ko­mi­cie. Wza­jem­nie się uzu­peł­niali.

- Czyżby ko­lejna na­sza współ­praca po tylu la­tach? - za­gad­nął po­waż­nym gło­sem Hek­tor.

- Po moim tru­pie. W ogóle skąd się tu­taj wzią­łeś?

- Przy­je­cha­łem na dawno od­kła­dany urlop i od razu tra­fi­łem na zwłoki, któ­rym zdą­ży­łem się już przyj­rzeć.

- Je­steś świad­kiem i wła­śnie po­wi­nie­neś spo­wia­dać się Lo­kiemu.

- Masz mało kom­pe­tent­nych pod­wład­nych, może do­brze się stało, że by­łem na miej­scu.

Hek­tor skie­ro­wał wzrok na ciało ko­biety. Mo­raw­ski po­dą­żył za nim, nie­chęt­nie przy­zna­jąc mu ra­cję. Obaj wie­dzieli, że czas nie stał po ich stro­nie, a mor­der­stwo nie było dzie­łem przy­padku.

Pod­in­spek­tor prze­je­chał dło­nią po twa­rzy, ście­ra­jąc kro­plę wody, która spa­dła mu na czoło. Wes­tchnął ner­wowo i po­wie­dział:

- Mów, co za­uwa­ży­łeś, bo twoja tru­pia mina zdra­dza, że try­skasz roz­kła­da­ją­cymi się re­we­la­cjami.

- Ofiarą jest ko­bieta w wieku około trzy­dzie­stu, trzy­dzie­stu pię­ciu lat. Jak sam wi­dzisz, jej wzrost i fi­gurę po­wszech­nie okre­śla się mia­nem fi­li­gra­no­wej, co oka­zało się dla niej zgubne.

- Zgubne? Za­pewne każdy męż­czy­zna się za nią oglą­dał?

- Drobna bu­dowa ciała mo­gła być jed­nym z kry­te­riów wy­boru ofiary. - Słowa Wi­sta spo­wo­do­wały, że brwi po­li­cjanta unio­sły się na mak­sy­malną wy­so­kość. Pa­to­log pod­niósł głowę, wska­zu­jąc me­ta­lowy hak wy­sta­jący ze skały, le­d­wie wi­doczny przez gruby sznur, two­rzący nie­wielką pę­tlę tuż przy no­gach ko­biety. - Ina­czej nie wcią­gnąłby ofiary na górę.

- Nie pod­niósł jej?

- Na wy­so­kość trzech me­trów? Bez­władne, zwią­zane ciało bar­dzo trudno jest unieść na taką wy­so­kość i jesz­cze za­cze­pić o hak. Chyba że mor­derca cho­ro­wał na gi­gan­tyzm. - Wist zer­k­nął na po­li­cjanta z po­li­to­wa­niem. - Poza tym spójrz na wią­za­nie nóg.

Mo­raw­ski wy­cią­gnął głowę, cmo­ka­jąc z nie­za­do­wo­le­nia. Przy­su­nął bli­żej po­li­cyjny re­flek­tor, wpa­tru­jąc się prze­ni­kli­wie przez do­bre dwie mi­nuty. Jego metr sie­dem­dzie­siąt trzy nie uła­twiał mu za­da­nia.

- Cho­lera, masz ra­cję. Ostat­nie war­stwy liny różnią się uło­że­niem i siłą ści­sku wzglę­dem pę­tli owi­nię­tych wo­kół ko­stek. Mor­derca wcią­gnął ją, prze­rzu­ca­jąc linę przez hak, a po­tem za­pę­tlił resztę wo­kół nóg. - Od­wró­cił się gwał­tow­nie, roz­glą­da­jąc się po sta­no­wi­sku ar­che­olo­gicz­nym tuż przy rów­no­le­głej ścia­nie. Sap­nął ze zło­ści. - Na­wet wiem, skąd wziął dra­binę.

- Sko­rzy­stał z niej, żeby wbić hak.

Tym ra­zem po­li­cjant po­krę­cił sta­now­czo głową. Wska­zał po­szcze­gólne punkty na bocz­nych ścia­nach i skle­pie­niu groty.

- Ten hak był już wcze­śniej w ja­skini. To po­zo­sta­łość po sta­rej in­sta­la­cji elek­trycz­nej, za­pew­nia­ją­cej oświe­tle­nie dla tu­ry­stów i ku­ra­cju­szy daw­niej funk­cjo­nu­ją­cego sa­na­to­rium w Oj­co­wie.

- Mu­siał o tym wie­dzieć wcze­śniej.

- Wiesz, ilu tu­ry­stów od­wie­dza Ciemną w ciągu se­zonu? Każdy prze­wod­nik wspo­mina o sta­rych przy­łą­czach. Kiedy zgi­nęła?

- Prze­ce­niasz mnie. My­ślisz, że na pod­sta­wie oglę­dzin tyl­nej czę­ści zwłok okre­ślę do­kładny czas zgonu? - spy­tał Wist z iro­nicz­nym uśmie­chem, lecz w od­po­wie­dzi usły­szał tylko chrząk­nię­cie po­li­cjanta. Po chwili pro­fe­sor­skim to­nem od­parł: - Od czter­na­stu do sied­miu go­dzin.

- Mię­dzy dwu­dzie­stą pierw­szą a piątą rano - ob­li­czył szybko Mo­raw­ski, pa­trząc na cy­frowy ze­ga­rek na le­wej ręce. - Duży prze­dział czasu. Pra­wie cała noc.

- Nie zgi­nęła od razu.

- Była tor­tu­ro­wana?

- Na ten mo­ment nie wi­dzę otarć na nad­garst­kach i sto­pach. Śla­dów wle­cze­nia rów­nież nie do­strze­głem, oprócz ubło­co­nych frag­men­tów skóry.

- To o co ci cho­dzi? - spy­tał zde­ner­wo­wany po­li­cjant.

- Po­dej­rze­wam, że się wy­krwa­wiła.

- Ty ni­gdy nie po­dej­rze­wasz, tylko wiesz.

- Mu­simy ją od­wró­cić. Wtedy do­wiemy się wię­cej, a tak to wró­żymy z dupy - stwier­dził, wpa­tru­jąc się w po­śladki ofiary tuż nad jego głową.

Mo­raw­ski otwie­rał już usta, aby do­sad­nie sko­men­to­wać po­mysł pa­to­loga, lecz Wist do­po­wie­dział:

- Za­pew­niam, że nie po­ża­łu­jesz.

Pod­in­spek­tor nie wa­hał się długo. Kiw­nął na tech­ni­ków i prze­ka­zał prośbę Wi­sta.

Bez słowa za­brali się do pracy. Naj­pierw ob­fo­to­gra­fo­wali jesz­cze raz od­sło­niętą stronę ko­biety oraz spraw­dzili, czy opusz­cze­nie zwłok nie znisz­czy ewen­tu­al­nych do­wo­dów. W końcu je­den z po­li­cjan­tów roz­ło­żył duży czarny wo­rek. Drugi zaś przy­sta­wił dra­binę i na wspólny sy­gnał zdjął linę z haka, trzy­ma­jąc za nogi, a jego kom­pan - za tu­łów ofiary. Na­stęp­nie za­czął po­woli scho­dzić i opusz­czać zwłoki. Po chwili plecy ko­biety do­tknęły ziemi.

Żadne słowa nie zdo­łałyby opi­sać tego, co wy­ło­niło się z mroku, roz­pro­szo­nego przez po­li­cyjny re­flek­tor. Funk­cjo­na­riu­sze wpa­try­wali się w osłu­pie­niu, nie mo­gąc się ru­szyć. Je­dy­nie Wist cmok­nął z za­dumą i uklęk­nął przy oka­le­czo­nej ko­bie­cie.

Nikt jed­nak nie zwró­cił uwagi na re­ak­cję To­bia­sza Mo­raw­skiego. Otrzą­snął się mi­mo­wol­nie. Znał ofiarę bar­dzo do­brze. Roz­po­znał ją na­wet z krwawą raną na gło­wie, po­nie­waż dzi­siaj mi­nął równo rok od jej po­grzebu.

Pro­log

29 czerwca 2021

Wplótł owalną szczotkę w ciemne, na­tu­ralne włosy. Po­woli roz­cze­su­jąc, prze­suwał nią w dół. Ro­bił to naj­de­li­kat­niej, jak umiał, mimo że nikt ni­gdy go tego nie uczył. Nie chciał wy­rzą­dzić ko­bie­cie cho­ciażby naj­mniejszego bólu. Tyle już wy­cier­piała. Do­tknął kilku nie­sfor­nych ko­smy­ków, pró­bu­jąc roz­pro­sto­wać je wpierw pal­cami. Wy­obra­ził so­bie ich za­pach. Nie­mal od razu po­czuł mro­wie­nie na ca­łym ciele, a umysł opa­no­wały wspo­mnie­nia wielu szczę­śli­wych chwil. Mo­men­tów, które ule­ciały bez­pow­rotnie. Nie było dnia, aby nie tę­sk­nił za nimi, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego aku­rat jego spo­tkała tak wielka tra­ge­dia.

Jak mógł być tak ślepy i ła­two­wierny?

Wes­tchnął z ża­lem. Spoj­rzał z obrzy­dze­niem na swoje dło­nie w nie­bie­skich ni­try­lo­wych rę­ka­wicz­kach. Pod­czas każ­dego spo­tka­nia pra­gnął choć na chwilę zbli­żyć się do niej - mu­ska­jąc po­li­czek, ra­miona, włosy - czy za­czerp­nąć za­pa­chu jej skóry. Za­wsze po­tra­fił od­na­leźć nutę brzo­skwi­nio­wego szam­ponu nie­śmiało prze­dzie­ra­jącą się przez kwa­śną woń szpi­tal­nej sali oraz potu z na­szpry­co­wa­nego róż­nymi le­kami ciała.

Prze­klęte prze­pisy co­vi­dowe. Nie­stety za­kazy obo­wią­zy­wały wszyst­kich. I tak był wdzięczny dy­rek­cji ośrodka, że po­zwa­lała mu wcho­dzić dość re­gu­lar­nie pod­czas ko­lej­nych fal pan­de­mii. Zda­wał so­bie sprawę z za­gro­że­nia, lecz tę­sk­nota była sil­niej­sza. Mu­siał zo­ba­czyć ko­bietę i spę­dzić cho­ciaż chwilę obok niej. Wie­rzył, że ona też tego pra­gnie.

Skie­ro­wał wzrok na jej smu­kłą syl­wetkę, le­d­wie wi­doczną pod kre­mo­wym szla­fro­kiem. Sie­działa na drew­nia­nym krze­śle, po­chy­la­jąc się nad me­ta­lo­wym biur­kiem, przy­twier­dzo­nym do pod­łogi. Pod­da­wała się swo­jej pa­sji od lat dzie­ciń­stwa. Ry­so­wa­nie. Obec­nie ogra­ni­czone do kilku kar­tek for­matu A4 oraz nie­na­ostrzo­nego ołówka i ta­kich sa­mych kre­dek. Roz­po­znał kon­tury lasu na tle ska­li­stych gór. Szkic już wy­glą­dał obie­cu­jąco.

- Za­tem­pe­ru­jesz mi? - Ko­bieta od­wró­ciła się nie­spo­dzie­wa­nie, wy­cią­ga­jąc rękę z zie­loną kredką.

- Wiesz, że nie mogę - od­po­wie­dział ła­god­nym gło­sem, znie­kształ­co­nym przez ma­seczkę z fil­trem. Scho­wał szczotkę do ochron­nego far­tu­cha i zła­pał ją za dłoń. Ob­ser­wo­wał bacz­nie po­krytą licz­nymi zmarszcz­kami twarz, za­sta­na­wia­jąc się, jaka bę­dzie re­ak­cja ko­biety. Oba­wiał się tych naj­częst­szych: gwał­tow­nych i agre­syw­nych.

Na szczę­ście dzi­siaj było ina­czej. Ko­bieta je­dy­nie spo­chmur­niała i wzru­szyła ra­mio­nami. Od­wró­ciła się i roz­po­częła ko­lo­ro­wa­nie ko­ron drzew. Ode­tchnął z ulgą. Jesz­cze przez chwilę przy­glą­dał się pa­cjentce, za którą nie­gdyś sza­lał co drugi chło­pak w szkole. Dzi­siaj po­zo­stał tylko je­den.

Wy­szedł na ko­ry­tarz w no­stal­gicz­nym na­stroju. Nie zdą­żył za­mknąć drzwi, gdy usły­szał czuły głos tuż za ple­cami.

- Dzi­siaj jest lep­szy dzień. Miejmy na­dzieję, że tak już zo­sta­nie.

Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział, po­ki­wał tylko nie­pew­nie głową. Zda­wał so­bie do­sko­nale sprawę, że na­strój pod­opiecz­nej może zmie­nić się dia­me­tral­nie w ciągu jed­nej se­kundy z byle po­wodu. Opu­ścił nie­śpiesz­nym kro­kiem bu­dy­nek, ścią­ga­jąc po dro­dze ochronną odzież. Nie­mal od razu ude­rzyła go fala upal­nego i su­chego po­wie­trza, nie zwa­żał jed­nak na nią. Prze­mie­rza­jąc ład­nie utrzy­many plac, koń­czący się ob­szer­nym par­kin­giem, w po­ło­wie ob­ró­cił się na pię­cie i od­na­lazł wzro­kiem jedno ze środ­ko­wych okien dwu­pię­tro­wego Domu Po­mocy Spo­łecz­nej im. Brata Al­berta.

- Czy kie­dy­kol­wiek wy­ba­czę so­bie jej stan? - wy­szep­tał przy­gnę­bio­nym gło­sem. Była to myśl, którą od kil­ku­na­stu lat spy­chał do naj­głęb­szych od­mę­tów swego umy­słu. - Albo cho­ciaż zdo­łam uka­rać win­nych...

Za­mknął oczy, po­zwa­la­jąc łzom swo­bod­nie spły­wać po po­licz­kach.

Oj­ców

29 czerwca 2021

Od­su­nął się o kilka kro­ków, lu­stru­jąc prze­strzeń przed sobą. Kiw­nął z uzna­niem głową. Był dumny z sie­bie. Za­jęło mu to o wiele mniej czasu, niż za­kła­dał. Zdo­by­wał wprawę, co jesz­cze bar­dziej umoc­niło go w prze­ko­na­niu o słusz­no­ści dzia­ła­nia.

Do­strzegł nie­wielki ruch. Ostat­kiem sił ofiara pró­bo­wała pod­jąć bez­sen­sowną walkę. Przy­bli­żył się, aby móc zo­ba­czyć jej wy­raz twa­rzy. Za­uwa­żył, że wy­krzy­wiła usta w nie­na­tu­ralny spo­sób, jakby chciała coś po­wie­dzieć, lecz nie po­tra­fiła wy­mó­wić ani słowa.

Po­zy­cja ciała, a przede wszyst­kim za­dane rany i obez­wład­nia­jący ból pa­ra­li­żo­wały jej struny gło­sowe. Nie mu­siała nic mó­wić. Wszystko wy­ja­śniały oczy, za­da­jąc tylko jedno nieme py­ta­nie: "Czemu mnie to spo­tkało?".

Za­go­to­wało się w nim. Jak śmie jesz­cze py­tać? Ona!

Nie za­mie­rzał sie­dzieć bez­czyn­nie, zwłasz­cza po od­kry­ciu prawdy o dzia­ła­niach naj­bar­dziej sza­no­wa­nej ro­dziny w Oj­co­wie. Tak zhań­bić miej­sce, dzięki któ­remu się utrzy­my­wali. Wstyd! I jesz­cze było im mało!

Usły­szał ci­chy syk. Skie­ro­wał spoj­rze­nie na wi­kli­nowy kosz, le­żący przy jed­nej z du­żych prze­no­śnych la­ta­rek. Pod­niósł wieko i wy­jął dwie żmije zyg­za­ko­wate. Przy­glą­dał się im z za­mi­ło­wa­niem.

- Moje ma­leń­stwa. Was mi naj­bar­dziej szkoda.

Odło­żył węże do po­zo­sta­łych w ko­szyku. Na­stęp­nie pod­szedł do wi­szą­cej ko­biety. Wbił w nią mor­der­czy, prze­szy­wa­jący wzrok.

- Za­biję was wszyst­kich.

Chciał, żeby wi­działa, że ża­den nerw nie drgnie mu pod­czas ko­lej­nej czyn­no­ści, przy­bli­ża­ją­cej go do upra­gnio­nego celu. Przy­ło­żył spe­cjal­nie przy­go­to­wane ostrze do bla­dej skóry. Po­zo­stało tylko jedno pre­cy­zyjne cię­cie...