Turnia - Anna Klejzerowicz

Kup ebooka

39.90 zł
33.38 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tatry. Hala Kon­dra­towa. Rok 1994, paź­dzier­nik.

Dolinę otu­liła gęst­nie­jąca z minuty na minutę mgła. Poja­wiła się zni­kąd, przy­no­sząc wil­goć i przej­mu­jący chłód. W mgnie­niu oka szczel­nym cału­nem okryła ota­cza­jące halę gra­nie, odci­na­jąc ją od świata. Wokół zapa­dła cisza, jak to zazwy­czaj bywa, cisza przed burzą. Nie­liczni goście schro­ni­ska, któ­rzy jesz­cze przed chwilą oku­po­wali nie­wielki drew­niany taras, paląc tam papie­rosy, pijąc kawę lub podzi­wia­jąc widoki, szybko wró­cili do środka, gdzie było cie­pło, gwarno i bez­piecz­nie. Kiedy taras opu­sto­szał, z jadalni wychy­nął star­szy męż­czy­zna, dyżurny ratow­nik. Uważ­nym spoj­rze­niem zlu­stro­wał oko­licę. Już miał otwie­rać z powro­tem drzwi schro­ni­ska, by ukryć się w jego przy­tul­nym wnę­trzu, gdy na tle lasu dostrzegł nie­wy­raźną postać, led­wie wyła­nia­jącą się z mgły. Choć wędro­wiec lekko uty­kał, to szedł pew­nym, ryt­micz­nym i mia­ro­wym kro­kiem. Nie wahał się i nie szu­kał ścieżki.

Ratow­nik pocze­kał, aż przy­bysz dotrze do budynku. Jakież było jego zdu­mie­nie, gdy tajem­ni­cza postać minęła schro­ni­sko i zaczęła podą­żać w stronę prze­łę­czy. Wyda­wało mu się, że roz­po­znał smu­kłą syl­wetkę w obszer­nej gra­na­to­wej kurtce z kap­tu­rem.

- Hej! - krzyk­nął, choć zda­wało mu się, że mgła tłumi jego głos. - To ty, Karo?! A kaj ty leziesz w takom pogode, dzio­ucha, a dyć pyrci nie widoć!

Młoda kobieta na moment przy­sta­nęła. Zsu­nęła z głowy kap­tur, by odgar­nąć z czoła rude włosy, które w mlecz­nej wacie zda­wały się nie­mal ogni­ste.

- A nie mar­twi­cie się! Muszę na prze­łęcz, spie­szy mi się! - odkrzyk­nęła jakby z ocią­ga­niem. Popra­wiła ple­cak na ramie­niu i ruszyła dalej.

- Pockoj no! Czaju byś się napiła! Wiyr­chy zasło­niło, mgli­sko w hore idzie, sika­wica z tego będzie i już duć zaczyna... - Góral nie ustę­po­wał, jed­nak dziew­czyna była zde­ter­mi­no­wana. Odwró­ciła się i mu poma­chała.

- Mam się tam z kimś spo­tkać! Ale może wra­ca­jąc z Kon­drac­kiej, wdepnę na her­batę! Bywaj­cie!

- Klien­tów mos, cy co?!

Tego chyba już nie dosły­szała, gdyż nie odpo­wie­działa. Przy­spie­szyła kroku, lawi­ru­jąc zręcz­nie pomię­dzy krza­kami kosówki.

- A dyć ty wies, co robić - wymam­ro­tał do sie­bie stary góral, wzru­sza­jąc scep­tycz­nie ramio­nami. - Przeca nie pobłą­dzisz, znasz hory. Ceprów pewno wypro­wa­dzić z przy­słopu musi...

Lubił i podzi­wiał tę twardą jak skała dziewkę. Wszy­scy ją tutaj lubili. Chwilę jesz­cze postał nie­pew­nie, spo­glą­da­jąc za nią, aż cał­kiem znik­nęła w opa­rach, po czym wró­cił do cie­płego schro­ni­ska.

Ni­gdy jej już nie zoba­czył. Ani on, ani nikt inny. Ludzie powia­dali, że roz­pły­nęła się we mgle...

Rozdział 1

1

Zako­pane, paź­dzier­nik. Obec­nie

Szłam w górę Kru­pó­wek, bło­go­sła­wiąc fakt, że wybra­łam się tutaj jesie­nią, kiedy już - lub jesz­cze - nie kłę­biły się dzi­kie tłumy żądne roz­rywki. Ciężko prze­szłam covid i wzię­łam urlop dzie­kań­ski, by napi­sać repor­taż życia. Naresz­cie mogłam sobie na to pozwo­lić. Nic już mnie nie powstrzy­my­wało, może tylko poza stra­chem przed tym, co odkryję. Jeśli odkryję. Wów­czas nawet nie podej­rze­wa­łam, że będzie to coś innego, niż się spo­dzie­wa­łam, niż wszy­scy się spo­dzie­wa­li­śmy.

Mia­łam wspar­cie swo­jego pro­mo­tora, a w odwo­dzie skromne lokalne pismo bran­żowe wstęp­nie zain­te­re­so­wane ewen­tu­alną publi­ka­cją. Sprawa, którą zamie­rza­łam opi­sać, nale­żała do już nieco zapo­mnia­nych, lecz w pew­nych śro­do­wi­skach na­dal budzą­cych emo­cje. Dla mnie była też sprawą pry­watną. Naszym rodzin­nym prze­kleń­stwem...

Rodzina była zresztą prze­ciwna mojemu pomy­słowi, matka uwa­żała wręcz, że pory­wam się z motyką na słońce i nie­po­trzeb­nie roz­dra­puję zabliź­nione już dawno rany. Jedy­nie jej matka - moja kra­kow­ska babka - trzy­mała za mnie kciuki. Jej zale­żało. Miała ponad osiem­dzie­siąt lat i chciała poznać prawdę. Tak jak ja.

Po dro­dze wstą­pi­łam do baru - obec­nie pubu - na kok­tajl mleczny. Dawno mnie tu nie było. Kie­dyś, w dzie­ciń­stwie, czę­sto przy­jeż­dża­łam do Zakopca (tak mówi­łam) z rodzi­cami. Ojciec był zapa­lo­nym góro­ła­zem, choć całe życie miesz­kał nad morzem, zresztą z mamą poznali się na szlaku. Nasza rodzina od dawna była zwią­zana z górami: rodzice, dziad­ko­wie, pradziad­ko­wie. Aż do momentu, kiedy... tamto się wyda­rzyło. Od tej chwili matka prze­stała lubić góry, coraz rza­dziej dawała się ojcu namó­wić na wyjazd w Tatry. W końcu cał­kiem zre­zy­gno­wała. Czę­sto mia­łam wra­że­nie, że poślu­biła tatę głów­nie dla­tego, że pocho­dził z dru­giego końca Pol­ski, z Gdań­ska. Z uczu­ciem ulgi zmie­niła miej­sce zamiesz­ka­nia. Odkąd stra­ciła star­szą sio­strę, nie mogła znieść już nie tylko Zako­pa­nego, ale także Kra­kowa. Uro­dzi­łam się w Gdań­sku i tam wycho­wa­łam. Stu­dio­wa­łam dzien­ni­kar­stwo w War­sza­wie. W Kra­ko­wie miesz­kała moja bab­cia. Ni­gdzie nie mia­łam swo­jego miej­sca.

Osta­tecz­nie zamiast kok­tajlu zamó­wi­łam cze­ko­ladę z konia­kiem i bitą śmie­taną. Wtedy nie pozwa­lano mi jej pić. Dziś byłam doro­sła. Mogłam wszystko. Kwa­drans póź­niej dzwo­ni­łam do willi bliź­niaka, w któ­rej mia­łam zare­zer­wo­wany pokój "na górce". Była to nasza dawna kwa­tera - po dro­dze do Kuź­nic - tutaj się zawsze zatrzy­my­wa­li­śmy. Rodzice przy­jaź­nili się z gospo­dy­nią, z zawodu nauczy­cielką, dziś już eme­ry­to­waną, osobą znacz­nie star­szą od nich, teraz na pewno ponad sie­dem­dzie­się­cio­let­nią. Nie wynaj­mo­wała już pokoi tury­stom, jed­nak dla sta­rych zna­jo­mych zawsze dys­po­no­wała miej­scem.

- Ależ ty wyro­słaś, dziecko! - powi­tała mnie ser­decz­nie. - Chodźże, zapro­wa­dzę cię na górę. Pamię­tasz jesz­cze wasz stary pokój? Mam nadzieję, że nie masz nic prze­ciwko temu, by zająć ten sam. Jest wolny, bo dzieci już dawno na swoim...

- Pew­nie, że pamię­tam. - Uśmiech­nę­łam się, bez waha­nia zmie­rza­jąc w stronę dobrze zna­nych, krę­tych drew­nia­nych scho­dów.

- Masz tylko ten jeden ple­ca­czek?

- Tak. Nie potrze­buję wielu rze­czy.

- Nie tak jak inne dziew­czyny! - Poki­wała głową z uzna­niem. - Cóż, w razie czego śmiało korzy­staj ze wszyst­kiego. Wiesz, gdzie jest kuch­nia, naczy­nia w kre­den­sie, no i bez cere­gieli mów, czego potrze­bu­jesz. - Otwo­rzyła drzwi pro­wa­dzące na pię­tro i póź­niej do pokoju. - Łazienka w tym samym miej­scu. - Wska­zała kolejne drzwi, po czym wrę­czyła mi pęk klu­czy.

- Pani mieszka tu teraz sama? - zapy­ta­łam.

- Tak. Poza sąsia­dami za ścianą, ale to już nowa gene­ra­cja. Dla­tego cie­szę się, że na jakiś czas ze mną zamiesz­kasz. Ale dzieci i wnuki czę­sto mnie odwie­dzają. Roz­pa­kuj się, kochana, a ja za chwilę przy­niosę ci kawę, boś pew­nie zmę­czona po podróży. A zja­dła­byś co? Pod­grzać zupy?

- Nie, nie, bar­dzo dzię­kuję, jadłam w pociągu, poza tym zostały mi jesz­cze z trasy kanapki. Jutro zro­bię zakupy, pani Tereso, nie będę pani zawra­cać głowy. Ale kawy chęt­nie się napiję, pod warun­kiem że razem z panią...

- W takim razie opo­rządź się i zejdź do kuchni - odparła, wyraź­nie zado­wo­lona, i zosta­wiła mnie samą.

- Wiesz, że jesteś bar­dzo podobna do swo­jej ciotki? - oznaj­miła nagle pani Teresa, sta­wia­jąc przede mną szklankę z kawą zapa­rzoną "po turecku".

- Do ciotki? - Spe­szy­łam się.

Nie mia­łam poję­cia, że ona wie o wyda­rze­niach w mojej rodzi­nie.

- Tak, do Karo­liny. Jesteś wypisz wyma­luj jak ona! Nie do ojca, nie do matki, tylko do niej. Te same oczy, figura, no i te włosy... jak pło­mie­nie. I tak samo piękna z cie­bie dziew­czyna - dodała, wysy­pu­jąc her­bat­niki na dużą krysz­ta­łową paterę.

- Rze­czy­wi­ście, wyglą­dam jak ona. Sły­sza­łam o tym od dziecka. Zresztą zauwa­żam podo­bień­stwo, kiedy oglą­dam jej zdję­cia. Ale nie jestem tak ładna. Nie zna­łam Karo­liny. Uro­dzi­łam się kilka lat po tym, jak ona... jak...

- Jak zagi­nęła w górach. Wiem. Rozu­miem. Nie mogłaś jej poznać, moje dziecko, toć to już nie­długo minie ze trzy­dzie­ści lat... Czas tak szybko pły­nie. Ale ja ją zna­łam. Tutaj wszy­scy­śmy ją dobrze znali. - Zamy­śliła się. - Ona prze­cież też miesz­kała u mnie. Nawet w tym samym pokoju.

- Opo­wie mi pani o niej?

- Oczy­wi­ście, co tylko zechcesz, kocha­nie. Ale naj­pierw powiedz, co u was sły­chać. U rodzi­ców, dziad­ków, mam nadzieję, że żyją i są zdrowi. I o sobie. Jak żyjesz, co pora­biasz, co cię tutaj przy­gnało. Twoja mama wspo­mniała przez tele­fon, że praca. Kiedy cię ostatni raz widzia­łam, byłaś małą dziew­czynką. Tak, jak ten czas szybko leci. Podobno jesteś dzien­ni­karką?

Tro­chę się spe­szy­łam, ale poki­wa­łam głową.

- Tak, praca. Choć nie tylko. For­mal­nie to jesz­cze nie do końca jestem dzien­ni­karką, ale mam nadzieję, że będę. Chcę napi­sać repor­taż.

- O niej?

- Tak...

* * *

Od dawna czu­łam potrzebę roz­li­cze­nia się z prze­szło­ścią. Może to brzmi try­wial­nie, ale to prawda. Wcze­śniej nie wie­dzia­łam, jak się do tego zabrać. Byłam za młoda, bra­ko­wało mi środ­ków i metod. Myśl doj­rze­wała we mnie od lat, nie przez przy­pa­dek wybra­łam taki, a nie inny zawód. Tak, ta potrzeba być może okre­śliła mnie na resztę życia. Bo to nie jest tak, że coś się przy­da­rzy i pozo­sta­nie bez wpływu na bli­skich, na następne poko­le­nia. Trau­ma­tyczne wyda­rze­nie rzuca cień, w któ­rym żyjemy tak długo, aż nie zosta­nie zamknięte, wyja­śnione, odcza­ro­wane. Musia­łam to w końcu zro­bić, nie mogłam liczyć na matkę, która wybrała ucieczkę, ani na ojca, bo jego to aż tak bar­dzo nie doty­czyło. Ani na bab­cię, bo była już w wieku, kiedy czło­wiek liczy na innych, do czego zresztą ma prawo. Wresz­cie mogłam to zro­bić sama. Mia­łam wolny czas, plan dzia­ła­nia i odło­żone pie­nią­dze - na stu­diach pra­co­wa­łam doryw­czo, poza tym rodzice wsparli mnie finan­sowo, dosta­łam też zaliczkę z gazety zain­te­re­so­wa­nej repor­ta­żem. W efek­cie zna­la­złam się tutaj. Przede mną biała kartka, za mną cień towa­rzy­szący mi prak­tycz­nie od uro­dze­nia.

Nie zna­łam Karo­liny - trudno mi nazy­wać ją "ciotką" - ale wycho­wy­wa­łam się z nią, a raczej z jej cie­niem. Wiele mówiono na ten temat w naszej rodzi­nie, wła­ści­wie przy każ­dej oka­zji. A potem już głów­nie mil­czano, jed­nak w tym mil­cze­niu zawsze była ONA.

Od lat czuję z nią dziwną więź, nawet jeśli tego nie chcę. Wie­lo­krot­nie się bro­ni­łam przed "utoż­sa­mia­niem". Podobno mam iden­tyczny cha­rak­ter. Na doda­tek wyglą­dam jak jej sobo­wtór. Przy­po­mi­na­łam ją jako dziecko i nasto­latka. Cza­sem nie potra­fię powie­dzieć, czy na zdję­ciach jestem ja, czy ona. Może to jedy­nie suge­ro­wać jakość foto­gra­fii. Moja matka, choć jej rodzona sio­stra, była zupeł­nie inna: drobna blon­dynka, ete­ryczna i deli­katna, wdała się w bab­cię, typową kra­kow­ską damę. Nato­miast my obie, jakże zna­czące jest to "my", czyli ja i Karo­lina, odzie­dzi­czy­ły­śmy cechy fizyczne po dziadku, któ­rego także nie zna­łam, bo zmarł, kiedy byłam bar­dzo mała. Podobno ni­gdy nie doszedł do sie­bie po znik­nię­ciu uko­cha­nej pier­wo­rod­nej.

Nie­raz się zasta­na­wia­łam, co czują moja matka i babka, kiedy na mnie patrzą. Nie zdo­by­łam się na odwagę, by o to zapy­tać.

Karo miała zale­d­wie trzy­dzie­ści lat, kiedy to się stało. Domi­nika - moja matka - była od niej młod­sza o pra­wie sie­dem. Porzu­ciła wtedy stu­dia, prze­cho­ro­wała rok, a dwa lata póź­niej wyszła za mąż i... wyje­chała. Podej­rze­wam, że poślu­biła mojego ojca głów­nie dla­tego, że chciała uciec. Babka - kra­ko­wianka z krwi i kości - odmó­wiła wyjazdu z rodzin­nego mia­sta. Wolała żyć prze­szło­ścią. Z cie­niem córki za ple­cami. Ja przy­szłam na świat pra­wie sześć lat PO TYM, jak Karo­lina zagi­nęła w górach, gdzieś w masy­wie Czer­wo­nych Wier­chów. Ni­gdy nie odna­le­ziono ani jej ciała, ani żad­nego śladu.

Co wie­dzia­łam? Chyba tyle, ile ogól­nie było wia­domo, czyli nie­wiele. Przy­go­to­wu­jąc się do opi­sa­nia tej histo­rii, zgłę­bi­łam jed­nak wszystko, do czego mia­łam dostęp: rodzinne albumy ze zdję­ciami, naj­róż­niej­sze pamiątki, listy, oso­bi­ste zapi­ski. (Karo­lina miała zwy­czaj robić luźne notatki w kalen­da­rzy­kach i notat­ni­kach). Bab­cia to wszystko zacho­wała i pil­no­wała niczym skarbu. Dość liczne arty­kuły regu­lar­nie publi­ko­wane przez Karo w gór­skiej pra­sie. A także książkę, którą w ostat­nich latach opra­co­wy­wała: histo­ryczne kom­pen­dium wypad­ków tatrzań­skich. Zajęła się tym, kiedy sama już nie mogła rato­wać innych. Nie­stety, nie zdą­żyła jej dokoń­czyć. Pozo­stał po niej maszy­no­pis. Karo­lina pra­co­wała na sta­rej maszy­nie do pisa­nia, nie miała kom­pu­tera (działo się to przed epoką powszech­nie dostęp­nego Inter­netu). Książka miała być dzie­łem jej życia.

A co wie­dzia­łam o Karo? O jej życiu pry­wat­nym? O jej myślach, uczu­ciach? Tyle, ile zdo­ła­łam usły­szeć od innych, któ­rzy ją znali, i tyle, ile byłam w sta­nie wyde­du­ko­wać. Nie­wiele zdra­dzała światu na swój temat. Tajem­nica towa­rzy­szyła jej za życia i po śmierci...

Karo­lina Olszań­ska uro­dziła się w pierw­szej poło­wie lat sześć­dzie­sią­tych w Kra­ko­wie, w rodzi­nie arty­stów i zapa­lo­nych tater­ni­ków. Nasi wspólni przod­ko­wie cho­dzili po górach od poko­leń. Byli zwią­zani z tatrzań­skimi towa­rzy­stwami, w tym oczy­wi­ście z TOPR-em, a potem - za cza­sów Karo­liny - GOPR-em, jego Grupą Tatrzań­ską. Nale­żał też do niej ojciec Karo i Domi­niki, a mój dzia­dek Antoni. Bab­cia Halina - matka sióstr - była malarką, spod jej pędzla wycho­dziły głów­nie pej­zaże tatrzań­skie, mamy ich pełno w naszych domach. Są piękne, z kli­ma­tem, bo Halina kochała góry namięt­nie i ta miłość była widoczna na jej płót­nach. Teraz już nie maluje, twier­dzi, że zbyt jej się trzęsą ręce, by utrzy­mać w dłoni akce­so­ria malar­skie, a i "wzrok już nie ten". Moż­liwe, choć podobno (tak twier­dzi moja matka) prze­stała malo­wać po znik­nię­ciu Karo­liny, zajęła się wtedy gra­fiką użyt­kową, potem na chwilę wró­ciła do malar­stwa, ale... stop­niowo je porzu­cała. Jakby się wypa­liła.

Karo­lina rów­nież ukoń­czyła stu­dia arty­styczne, naj­bar­dziej jed­nak pasjo­no­wała ją przy­roda. Bota­nika. I tater­nic­two. Cią­gnęło ją w góry od dziecka, cała rodzina zresztą spę­dzała każdy wolny dzień, każdy wolny week­end w Tatrach. Zro­biła kurs, dosko­na­liła się wspi­nacz­kowo, od początku ucho­dząc w śro­do­wi­sku za bar­dzo w tym kie­runku uzdol­nioną. Ona jed­nak nie chciała spor­towo upra­wiać alpi­ni­zmu przez całe życie. A cecho­wały ją upór i silna wola. Chciała zostać ratow­ni­kiem gór­skim - no i została. Jedną z nie­licz­nych kobiet w oddziale tatrzań­skim. Ojciec ją tam wcią­gnął.

Zamiesz­kała na stałe w Zako­pa­nem. Atrak­cyjna, wyspor­to­wana młoda dziew­czyna z miej­sca stała się ulu­bie­nicą wszyst­kich, zwłasz­cza że była też natu­ralna i skromna, choć może tro­chę zamknięta w sobie. Ale górale to lubią, w każ­dym razie gładko i bez opo­rów weszła w ich śro­do­wi­sko. Bez pro­ble­mów zali­czała wszyst­kie egza­miny i prze­cho­dziła wszel­kie wery­fi­ka­cje. Chwa­lili ją instruk­to­rzy, kole­dzy - mimo jej płci, a to prze­cież bar­dzo "męska" orga­ni­za­cja - i "klienci", czyli ludzie, któ­rych spro­wa­dzała ze szczy­tów lub grani.

Kariera Karo w pogo­to­wiu skoń­czyła się nagle po kilku latach, pod­czas któ­rych chyba była szczę­śliwa. Powo­dem stał się wypa­dek w trak­cie jed­nej z zimo­wych akcji na Wiel­kim Mię­gu­szo­wiec­kim. Z tego, co udało mi się usta­lić, spa­dła z lawiną, kole­dzy wycią­gnęli ją spod zwa­łów śniegu. Spę­dziła wiele mie­sięcy w szpi­talu i już ni­gdy nie odzy­skała peł­nej spraw­no­ści. Jej matka ode­tchnęła, wolała córkę poła­maną, lecz bez­pieczną. Ojciec nato­miast obwi­niał sie­bie, zupeł­nie nie­po­trzeb­nie, bo wszy­scy wie­dzieli, że Karo­lina i tak zrobi to, co zechce.

W każ­dym razie musiała zre­zy­gno­wać z dzia­łal­no­ści w ratow­nic­twie gór­skim, jed­nak nie opu­ściła Zako­pa­nego. Podobno miała tam faceta, ale ani babka, ani matka nie potra­fiły mi o nim niczego powie­dzieć poza tym, że był. Za mąż w każ­dym razie nie wyszła, praw­do­po­dob­nie była zbyt nie­za­leżna. Zajęła się malo­wa­niem i pisa­niem arty­ku­łów do gór­skiej prasy, a kiedy w końcu doszła do sie­bie, została prze­wod­niczką w Tatrach. Tyle mogła: pro­wa­dzić ceprów w góry. A ponie­waż ludzie do niej lgnęli, na brak klien­tów nie narze­kała. W latach dzie­więć­dzie­sią­tych tatrzań­skie wycieczki prze­ży­wały boom. Utrzy­my­wała się z tego i z publi­cy­styki. Obra­zów sprze­da­wała nie­wiele, głów­nie akwa­relki, któ­rych moty­wem prze­wod­nim były rów­nież, jak na płót­nach Haliny, Tatry.

No i pisała książkę. Była dla niej ważna, może naj­waż­niej­sza. Pasjo­no­wała ją histo­ria ratow­nic­twa i wypad­ków gór­skich. Twier­dziła, że skoro nie może już rato­wać ludzi w górach, to będzie o tym pisać i w ten spo­sób przy­służy się idei. Miała wie­dzę, wyobraź­nię, dostęp do mate­ria­łów, źró­deł. I góry za oknem...

A potem TO się wyda­rzyło.

Nikt tak naprawdę nie wie, co i jak. Dla­czego poszła na szlak przy tak fatal­nej pogo­dzie? Cho­dziły słu­chy, że wybrała się po "swo­ich" tury­stów, któ­rzy utknęli gdzieś na grani Czer­wo­nych Wier­chów. Na pewno poszła się z kimś spo­tkać i już nie wró­ciła. Wszelki ślad po niej zagi­nął. Mówią, że "roz­pły­nęła się we mgle". Do dziś nie odkryto tej tajem­nicy, która znisz­czyła naszą rodzinę. Teraz to moje zada­nie. Moje wyzwa­nie.

Zda­nia są oczy­wi­ście podzie­lone. Domi­nika, czyli moja matka, odże­gnuje się od wszel­kiej dys­ku­sji. Kiedy pró­buję coś z niej wycią­gnąć, odpo­wiada, że wypadki się zda­rzały, zda­rzają i będą zda­rzać dopóty, dopóki czło­wiek cho­dzi po górach. Ma rację, jed­nak wiem, że to za mało, że opę­dza się ode mnie jak od natręt­nej muchy. Tata z kolei wspiera mnie mil­cząco, ale jemu łatwiej: nie ma emo­cjo­nal­nego sto­sunku do sprawy, nie znał szwa­gierki. Mimo to uważa, że warto poszu­kać odpo­wie­dzi.

Babka Halina wie­rzy w mistyczne siły Tatr. W duchy gór i inne gór­skie zjawy, znane z góral­skich legend i podań. Uważa, że to one porwały jej córkę, gdyż uznały - odkąd cudem wycią­gnięto ją spod lawiny - że należy do nich.

Dzia­dek już nic nie powie, bo nie żyje. Ofi­cjalna wer­sja w rodzi­nie głosi, że z żalu po stra­cie córki roz­cho­ro­wał się i zmarł na raka. Nie­ofi­cjal­nie podej­rze­wam, że popeł­nił samo­bój­stwo. Rodzice, a tym bar­dziej bab­cia, nie chcą ze mną o tym roz­ma­wiać.

I to by było na tyle...

* * *

- Czyli twój dzia­dek już nie żyje... - Pani Teresa ze smut­kiem poki­wała głową. - A bab­cia zamknęła się w sobie. Szkoda. Przy­kro mi, moje dziecko. Pamię­tam ich jesz­cze z daw­nych cza­sów, gdy twoja matka i ciotka były mło­dziut­kie. Jakaż to była wów­czas szczę­śliwa rodzina!

- Pani ich wtedy znała?

- No prze­cież, zawsze wynaj­mo­wali u nas pokoje. Naj­pierw twoi dziad­ko­wie, a potem przez krótki czas rodzice. A pomię­dzy była tamta tra­ge­dia. - Kobieta zamil­kła, jakby zata­pia­jąc się we wspo­mnie­niach.

- Nie wie­dzia­łam...

- Kiedy twoi dziad­ko­wie po raz pierw­szy poja­wili się u nas razem z dziew­czę­tami, wów­czas jesz­cze pod­lot­kami, byłam młodą mężatką, a ten dom był cał­kiem nowy. - Zaśmiała się lekko. - Zresztą two­jego dziadka już wcze­śniej zna­łam z widze­nia. Był zwią­zany z GOPR-em. Czas tak szybko leci. Mój mąż umarł kilka lat temu. Wszystko się pozmie-niało...

- Tak, to prawda. Wszystko - przy­zna­łam.

- Ty jesteś młoda, skar­bie! - Mach­nęła ręką. - Dla cie­bie wszystko się dopiero zaczyna. Nie żyj prze­szło­ścią, zwłasz­cza cudzą. Tyle ci mogę pora­dzić. Daj no mi tę szklankę, zapa­rzę nam świe­żej kawy. A teraz powiedz mi, co chcia­ła­byś ode mnie usły­szeć... Chęt­nie pomogę, na ile potra­fię. - Nasta­wiła czaj­nik i z powro­tem usia­dła.

Zasta­no­wi­łam się. Z tru­dem zbie­ra­łam myśli.

- Kiedy Karo­lina miesz­kała u pani, czy... była z kimś? - zapy­ta­łam w końcu.

- Pytasz, czy była w związku z jakimś męż­czy­zną?

- Tak.

- Ow­szem, był taki jeden. Tutej­szy. Też prze­wod­nik, jak ona. Ale nie miesz­kali razem, on ją tylko odwie­dzał. Trzeba przy­znać, że ładna z nich była para. Chłop rosły jak dąb, przy­stojny, jasno­włosy, niczym Jano­sik. - Uśmiech­nęła się sama do sie­bie, po czym wstała, gdyż czaj­nik zaczął gwiz­dać. Zalała kawę wrząt­kiem i posta­wiła na stole.

- Byli zako­chani?

- Tak, chyba tak. Wydaje mi się, że świet­nie się rozu­mieli. Ale Karo­linka mówiła, że na razie nie chce się wią­zać na stałe. Taka była. Lubiła wol­ność i cza­sem chciała być sama. Choć myślę, że wyszłaby za niego...

- Czy on mieszka w Zako­pa­nem?

- Zdaje się, że tak. Wiesz, tak do końca pewna nie jestem. Teraz to już nie to samo mia­sto co kie­dyś. Ludzi przy­było, a ostat­nimi czasy już mniej bywam. Ale raczej dalej tu mieszka. Z rodziną. Oże­nił się parę lat... potem. - Zmie­szała się. - Czy chcia­ła­byś z nim poroz­ma­wiać? On się nazywa... Zaraz... chyba Majew­ski. Tak. Jan Majew­ski. Ale matka z Krzep­tow­skich. Karolka mówiła do niego Jasiek.

Upi­łam łyk kawy.

- Chęt­nie bym się z nim spo­tkała - przy­zna­łam. - Jeśli uda mi się go odszu­kać. Czyli oże­nił się...

- Wiem, co myślisz. Że się szybko pocie­szył. To nie tak było. Nie zna­łam go za dobrze, ale ludzie mówili, że bar­dzo prze­żył utratę uko­cha­nej. Brał udział w poszu­ki­wa­niach. Zała­mał się, nawet się leczył z depre­sji. A dziew­czynę, którą poślu­bił, znał od uro­dze­nia, przy­jaź­nili się, pocie­szała go w naj­gor­szych chwi­lach. Dobrze się stało, że uło­żył sobie życie. Trudno prze­cież, żeby...

- Tak, jasne, pani Tereso, prze­cież nic nie mówię!

- Twoja ciotka nie trak­to­wała go jak narze­czo­nego. Przy­naj­mniej nie na zewnątrz. A górale są kon­ser­wa­tywni.

- Co ma pani na myśli? - zain­te­re­so­wa­łam się.

- Cóż, Karo­lina była prze­piękną dziew­czyną. Dużo kawa­le­rów się koło niej krę­ciło. Miała powo­dze­nie. Nawet tutaj do niej przy­cho­dzili, głów­nie ratow­nicy, tater­nicy, prze­wod­nicy. Kole­dzy, przy­ja­ciele, rozu­miesz, pra­wie sami chłopcy, nie dziew­częta, bo w tym śro­do­wi­sku ich prze­cież mało.

- Podobno nie była zbyt towa­rzy­ska?

- To zależy, w jakim okre­sie. Kiedy dzia­łała w tym pogo­to­wiu gór­skim, była bar­dzo młoda i mło­dość w niej brała górę. Dopiero po wypadku spo­waż­niała i zaczęła się izo­lo­wać. A ten Jasiek przez cały czas przy niej był. Choć skar­żyła się parę razy, że jest zazdro­sny. Zabor­czy. I to ją dener­wo­wało.

- Czyli Karo wcale nie była taka święta? - Teraz to ja się uśmiech­nę­łam.

Pani Teresa się zaru­mie­niła.

- Ależ ja nie to mia­łam na myśli! - zapro­te­sto­wała. - Karo­linka była porządną dziew­czyną, tyle że nie z tych, co to chło­paka za fraki i w te pędy do ołta­rza. Miała swoje sprawy i zain­te­re­so­wa­nia. Swoje życie.

Zamil­kły­śmy, popi­ja­jąc kawę, każda pogrą­żona we wła­snych myślach.

- Jaka ona była, pani Tereso? - ode­zwa­łam się. - Tak na co dzień?

Kobieta pod­nio­sła na mnie oczy i bez namy­słu odparła:

- Jaka była? Taka jak ty, droga Helenko. Taka sama. Natu­ralna, pro­sta, szczera, choć tro­chę... wyob­co­wana. Jak to się teraz mówi "zdy­stan­so­wana". Kiedy z tobą roz­ma­wiam, kiedy na cie­bie patrzę, wydaje mi się, że wró­ciła...

Rozdział 2

2

Wbrew oba­wom moja pierw­sza noc w nowym miej­scu prze­bie­gła spo­koj­nie. Na początku czu­łam się nie­swojo, wier­ci­łam się w pościeli i prze­wra­ca­łam z boku na bok. Zasta­na­wia­łam się, czy Karo­lina miesz­kała w tym samym pokoju, bo na ścia­nie wisiały jej gór­skie akwa­relki. Nie­po­ko­iła mnie cisza, jakiej nie doświad­cza­łam ani w Gdań­sku, ani w War­sza­wie, ani w Kra­ko­wie. Nie mogłam zasnąć. Na szczę­ście prze­zorna Teresa zosta­wiła mi w pokoju czaj­nik elek­tryczny - żebym nie musiała za każ­dym razem scho­dzić do kuchni - wsta­łam więc, otu­li­łam się góral­skim swe­trem i zapa­rzy­łam sobie melisę. Na wszelki wypa­dek bab­cia Halina wci­snęła mi całe opa­ko­wa­nie "her­batki" zio­ło­wej. Popi­ja­jąc napój małymi łykami, usia­dłam przy oknie i usi­ło­wa­łam wypa­trzyć zna­jomy zarys Gie­wontu na tle gra­na­to­wego nieba, a w mojej gło­wie kłę­biły się mgli­ście myśli i wspo­mnie­nia. Posta­no­wi­łam roz­po­cząć poszu­ki­wa­nia już następ­nego ranka. Bez sen­ty­men­tów i obi­ja­nia się po Zako­pa­nem. Na sto­liku przy oknie urzą­dzi­łam sobie kącik pracy: usta­wi­łam tam lap­top, książki, mapy, zdję­cia, a także kalen­da­rzyki Karo­liny, które zabra­łam z miesz­ka­nia babci, oczy­wi­ście za jej zgodą. Jak już wspo­mnia­łam, bab­cia Halina jako jedyna wspie­rała mnie i moje plany. Nie bała się wyni­ków, być może w pew­nym wieku czło­wiek prze­staje się bać. Czę­sto powta­rzała, że czeka tylko na dzień, kiedy spo­tka się z córką, ale naj­pierw chcia­łaby docze­kać upo­rząd­ko­wa­nia jej spraw tutaj, w tym życiu. Zanim się poło­ży­łam, prze­wer­to­wa­łam note­siki w poszu­ki­wa­niu wzmia­nek na temat Janka czy też Jaśka Majew­skiego. Niczego nie zna­la­złam. Karo rzadko robiła oso­bi­ste zapi­ski. Nie­mal wszyst­kie doty­czyły jej pracy, ter­mi­nów, były tam też różne uwagi, szkice arty­ku­łów. Jedyne, na co się natknę­łam, to wyma­lo­wane czer­wo­nym dłu­go­pi­sem nie­duże serce przy imie­ni­nach Jana. To mnie wzru­szyło i potwier­dziło, że Karo­lina nie była osobą pozba­wioną uczuć, po pro­stu nie lubiła o nich mówić. Jak... ja.

Oczy­wi­ście jak ja.

Odsta­wi­łam pusty kubek na para­pet i wró­ci­łam do łóżka. Zamie­rza­łam jesz­cze tro­chę poczy­tać, lecz tym razem zmo­gło mnie szybko, led­wie zdą­ży­łam odło­żyć książkę na tabo­ret. Nawet nie wiem, kiedy zasnę­łam.

Obu­dzi­łam się, jesz­cze zanim zadzwo­nił budzik, który usta­wi­łam w tele­fo­nie. Za oknem wstał już jasny sło­neczny dzień, a że nie pomy­śla­łam wczo­raj o zacią­gnię­ciu zasłon, słońce zaglą­dało do pokoju i muskało moją twarz. Wsta­łam, umy­łam się i ubra­łam, zasta­na­wia­jąc się, czy godzina ósma to nie za wcze­śnie na krzą­ta­nie się po cudzej kuchni. Lecz nie doce­ni­łam gospo­dyni: pani Teresa już tam była, parzyła kawę, któ­rej zapach na dobre posta­wił mnie na nogi.

- Dzień dobry...

- O, już wsta­łaś? Tak wcze­śnie? - zdzi­wiła się. - Dzień dobry, dziecko! Nie chcia­łam cię budzić, ale kawę i śnia­da­nie już zaczę­łam robić. Zjesz ze mną, prawda?

- Chęt­nie. A póź­niej przy­niosę dla nas zakupy, dobrze? Prze­cież nie płacę pani za hotel z utrzy­ma­niem! - zażar­to­wa­łam.

- Dajże spo­kój, dla mnie to przy­jem­ność cię gościć! - Mach­nęła ręką. - Ale cudów się nie spo­dzie­waj, będą bułki z masłem i bryn­dzą. I do tego pomi­dorki. Bułki świeże, bo już mi sąsiadka z pie­karni przy­nio­sła, taką mamy umowę. Ona mi rano pie­czywo nosi, a ja jej cia­sto piekę. Jeśli chcesz, mogę jesz­cze jajka usma­żyć...

- Bryn­dza? Wspa­niale! Nie trzeba jajek, od lat tęsk­ni­łam za praw­dziwą owczą bryn­dzą, u nas nie można jej dostać. Czy pomóc pani?

- Nie trzeba, usiądź i tylko kawę zabierz. Co będziesz dziś robić, kocha­nie? Jakie masz plany? Prze­pra­szam, że tak dopy­tuję, to nie moja sprawa, ale pomy­śla­łam, że może cze­goś potrze­bu­jesz... No nie wiem, jakichś wska­zó­wek, infor­ma­cji?

Usia­dły naprze­ciwko sie­bie przy kuchen­nym stole i zabrały się do jedze­nia.

- A może wie pani, gdzie mogę zna­leźć tych Majew­skich? - zapy­ta­łam.

- Majew­skich... - Pani Teresa się zamy­śliła. - Dokład­nie nie wiem, ale pamię­tam, że stara Majew­ska, matka Janka, miesz­kała na Tata­rów. Wiesz, gdzie to jest?

- Znajdę! Dzię­kuję.

- Jak już tam będziesz, to po pro­stu dopy­taj, który to dom. Wszy­scy na pewno się znają, więc jeśli Majew­scy na­dal tam miesz­kają, to ktoś ci wskaże drogę.

- Też tak myślę. Pora­dzę sobie. Prze­pyszna bryn­dza, pani Tereso! Już dawno takiej dobrej nie jadłam...

Pomimo skła­da­nych sobie obiet­nic nie czu­łam się jesz­cze gotowa do roz­po­czę­cia pracy nad repor­ta­żem. Zro­zu­mia­łam to, gdy po śnia­da­niu wyszłam do mia­sta. Piękna jesienna pogoda dopi­sy­wała, świe­ciło słońce, wdy­cha­łam całą sobą to inne gór­skie powie­trze. Porwało mnie Zako­pane, chło­nę­łam je, wra­cały wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, kiedy bywa­łam tu czę­sto z rodzi­cami, potem już tylko z ojcem, bo mama odmó­wiła przy­jaz­dów - nawet na waka­cje czy ferie.

Posta­no­wi­łam naj­pierw poła­zić, zła­pać kli­mat, nacie­szyć się nim, dopóki jesz­cze mogłam. Pora roku też sprzy­jała, nie było tu tłu­mów jak w sezo­nie. Kilka godzin spę­dzi­łam na wędrówce zna­jo­mymi-niezna­jo­mymi ulicz­kami. Odwie­dzi­łam Atmę, willę, w któ­rej przed wojną miesz­kał Karol Szy­ma­now­ski. Lubi­li­śmy przy­cho­dzić tu z ojcem, tata opo­wia­dał, że za cza­sów jego mło­do­ści w sąsiedz­twie żyła gaź­dzina, która pamię­tała kom­po­zy­tora. Póź­niej poszłam na stary cmen­tarz, wresz­cie dotar­łam pod Guba­łówkę, gdzie na targu kupi­łam wędzone oscypki. Następ­nie wró­ci­łam na Kru­pówki i spa­ce­ro­wym kro­kiem uda­łam się w górę, w stronę Kuź­nic, by odwie­dzić pomnik Sabały. Uwiel­bia­łam go jako dziecko. I pomnik, i Sabałę, wycho­wa­łam się na saba­ło­wych baj­kach. Zja­dłam w gospo­dzie pla­cek po zbój­nicku. Wró­ci­łam do cen­trum, zro­bi­łam zakupy: pie­czywo, bryn­dza, dużo warzyw, pomi­do­rów, papryki, co nieco sło­dy­czy do kawy z panią Teresą. Byłam już zmę­czona, ale nie chciało mi się jesz­cze wra­cać. Usia­dłam więc w Cafe Piano, zamó­wi­łam kawę i pod­da­łam się bło­giemu leni­stwu. Jeden dzień na wagary. Zacznę od jutra. I nie od pogoni za Majew­skim, ale od wizyty w TOPR-ze, zwłasz­cza że wstęp­nie umó­wi­łam się przez tele­fon nie co do dnia, ale ocze­ki­wano mnie tam, zatem im szyb­ciej będę miała z głowy tę for­mal­ność, tym lepiej. Ratow­nic­two gór­skie było wpraw­dzie epi­zo­dem w życiu Karo­liny, nie­mniej waż­nym, być może nawet naj­waż­niej­szym. Jaśka Majew­skiego znajdę póź­niej. Jeśli na­dal tutaj mieszka, to mi nie uciek­nie. Bałam się jak ognia roz­mowy z tym męż­czy­zną, a naj­bar­dziej wła­snych emo­cji. Wstyd. Praw­dziwa dzien­ni­karka nie powinna się im pod­da­wać. Wiem o tym dosko­nale. Ale nie byłam jesz­cze rasową dzien­ni­karką, dopiero pre­ten­do­wa­łam do tej roli. A sprawa, z którą przy­szło mi się mie­rzyć, nie nale­żała do pro­stych ani neu­tral­nych.

Zapa­dał zmierzch, gdy wresz­cie wró­ci­łam do domu - musia­łam przy­wyk­nąć do tego, by tak trak­to­wać kwa­terę u pani Teresy. Mia­łam tu spę­dzić tro­chę czasu. Przy­szło mi to o tyle łatwo, że gospo­dyni bez trudu potra­fiła stwo­rzyć domową atmos­ferę. Teraz też: cze­kała już na mnie z wcze­sną kola­cją, a także z her­batą zakra­pianą rumem. Ucie­szyła się z moich zaku­pów, a oscypki poło­żyła od razu na stole.

- Całe życie tu spę­dzi­łam, a wciąż je lubię! - zwie­rzyła się.

Odkąd pamię­tam, też za nimi prze­pa­dam.

Spę­dzi­ły­śmy kolejny miły wie­czór, a w zasa­dzie pierw­szy, gdyż poprzed­niego dnia byłam zbyt zmę­czona podróżą, by go w pełni doce­nić. Prze­sie­dzia­ły­śmy do póź­nej nocy. I tym razem nie roz­ma­wia­ły­śmy o Karo­li­nie, choć jej osoba cią­gle powra­cała we wspo­mnie­niach, wkra­dała się w różne poru­szane przez nas tematy, nie dając za wygraną. Jakby wie­działa, że - być może - jej los wkrótce się dopełni...

* * *

Przy­jęła mnie asy­stentka naczel­nika, młoda kobieta, zapewne mniej wię­cej w moim wieku, może tro­chę star­sza. Miała gruby war­kocz, różowe policzki, szary swe­ter, miły wygląd.

- Pani Helena Lewan­dow­ska, prawda? - ode­zwała się odro­binę zakło­po­tana. - Zapra­szam, pro­szę usiąść. Zamy­kam wła­śnie biuro, więc na spo­koj­nie...

- Nie wie­dzia­łam, że będę zawra­cać pani głowę po godzi­nach pracy - wtrą­ci­łam rów­nież zakło­po­tana.

- Nie szko­dzi, tak będzie lepiej. Spo­koj­niej. Pan naczel­nik kazał prze­pro­sić, musiał wyje­chać. Ale wpro­wa­dził mnie w sprawę i mam nadzieję, że przy­go­to­wa­łam dla pani wszystko, co trzeba. Napije się pani cze­goś? Kawy, her­baty?

- Nie, nie, dzię­kuję. Szkoda czasu. Chcia­ła­bym się dowie­dzieć moż­li­wie jak naj­wię­cej na temat mojej krew­nej, która była ratow­niczką w począt­kach lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Nazy­wała się Karo­lina Olszań­ska.

- Tak, wiem. - Dziew­czyna się­gnęła po leżącą na biurku teczkę. - To aku­rat było dość pro­ste zada­nie. Nie­wiele kobiet prze­wi­nęło się przez pogo­to­wie. Pani pisze na ten temat arty­kuł? - zain­te­re­so­wała się, trudno było zgad­nąć: pry­wat­nie czy służ­bowo.

- W zasa­dzie raczej pracę zali­cze­niową. Przy­go­to­wuję się do magi­sterki z repor­tażu. Koń­czę dzien­ni­kar­stwo. Ale być może opu­bli­kuję tekst na ten temat w pra­sie, o ile uda mi się napi­sać coś sen­sow­nego - odpar­łam. - Nie zna­łam Olszań­skiej oso­bi­ście.

- No, oczy­wi­ście, że nie mogła pani. Ja rów­nież nie, a żałuję, bo to u nas postać legen­darna. Chyba jest pani do niej podobna. Tak mi się zdaje po zdję­ciach. Zazdrosz­czę pani takiego pokre­wień­stwa...

- Niech pani nie zazdro­ści - wyrwało mi się z gory­czą. - Nie ma czego. Ta histo­ria ciąży na mojej rodzi­nie od trzy­dzie­stu lat.

Chyba nie zro­zu­miała, bo obrzu­ciła mnie lekko zdu­mio­nym spoj­rze­niem i nie sko­men­to­wała moich słów.

- Dobrze... - Otwo­rzyła teczkę. - Tutaj znaj­dzie pani wszel­kie dane, daty, egza­miny, prze­bieg służby, akcje, wyprawy, szko­le­nia. A także nazwi­ska ratow­ni­ków, z któ­rymi w tam­tych latach słu­żyła. Nie wszy­scy żyją, nie­któ­rzy wyje­chali, ale pod­kre­śli­łam osoby, które mogłyby powie­dzieć pani o niej coś wię­cej, jeśli oczy­wi­ście zechcą.

- Na­dal służą w pogo­to­wiu?

- Paru jesz­cze tak, inni są już w sta­nie spo­czynku, że tak powiem, ale to wciąż ludzie czynni zawo­dowo, aktywni. Jeśli nawet nie pra­cują obec­nie w ratow­nic­twie, to rzadko kiedy cie­szą się eme­ry­turą, nie wytrzy­ma­liby długo. Zwy­kle zatrud­niają się jako prze­wod­nicy, nie­któ­rzy dzia­łają spo­łecz­nie...

- Sami faceci? - Uśmiech­nę­łam się.

- Tak. - Poki­wała głową. - Sami faceci. Z nie­któ­rymi się kole­go­wała. Ale jest jedna kobieta. Z tym że ona nie była ratow­niczką, pra­co­wała w admi­ni­stra­cji jak ja teraz. Podobno się przy­jaź­niły. Maryla Roj. Z Zako­pa­nego. Góralka. Wtedy była nie­za­mężna, nie wiem, jak się nazywa obec­nie, ale zdaje się, że wciąż tutaj mieszka.

- Super. Znajdę ją.

- Na pewno, bez pro­blemu. To wciąż nie­wiel­kie śro­do­wi­sko. Czy ma pani jakieś pyta­nia?

Wes­tchnę­łam.

- Zada­ła­bym mnó­stwo, ale trudno mi zebrać myśli...

- Mam pro­po­zy­cję. - Uśmiech­nęła się, a w jej rumia­nych policz­kach uka­zały się zabawne dołeczki. - Niech się pani na spo­koj­nie zapo­zna z tymi mate­ria­łami i jakby co, pro­szę do mnie zadzwo­nić. Numer ten sam. Nazy­wam się Hanna Makow­ska. Dam pani jesz­cze fol­der o pogo­to­wiu, jego histo­rii i teraź­niej­szo­ści... Może się przyda, żeby to wszystko ogar­nąć.

- Kapi­talny pomysł, dzięki. - Wsta­łam. - Na pewno zadzwo­nię. Myślę, że jesz­cze nie­raz będę potrze­bo­wała pomocy.

- Z przy­jem­no­ścią pomogę. Zacie­ka­wiła mnie pani, to zna­czy...

- To zna­czy, zacie­ka­wiła panią Karo­lina! - Zaśmia­łam się.

- Była fascy­nu­jącą osobą...

Poże­gna­ły­śmy się już nie tak ofi­cjal­nie, w końcu były­śmy mniej wię­cej rówie­śni­cami. Gdyby nie urzę­dowy grunt, zapewne mówi­ła­bym do niej po imie­niu. Opu­ści­łam sty­lowy budy­nek i z ulicy Pił­sud­skiego wró­ci­łam na Kru­pówki. Weszłam do przy­tul­nego bistra, zamó­wi­łam kawę i zabra­łam się do prze­glą­da­nia zawar­to­ści teczki.

Na począ­tek prze­czy­ta­łam krótki wyciąg z dossier Olszań­skiej. Kan­dy­dat ochot­nik, następ­nie ratow­nik ochot­nik. Szko­le­nia, staż kan­dy­dacki, egza­miny... musiała być naprawdę dobra, gdyż zdała egza­miny w pierw­szym ter­mi­nie. Posia­dała wyma­gany doro­bek gór­ski, wspi­nacz­kowy, dosko­nale jeź­dziła na nar­tach. Zali­czyła obo­wiąz­kowe dyżury, uczest­ni­czyła w wypra­wach. Świet­nie opa­no­wała tech­niki ratow­ni­cze let­nie i zimowe. Mimo to raczej długo i bez słowa wyja­śnie­nia cze­kała na zatwier­dze­nie swo­jej kan­dy­da­tury (a praw­do­po­dob­nie jedy­nym tego powo­dem w tym patriar­chal­nym śro­do­wi­sku była płeć). Stali za nią murem wybitni ratow­nicy wpro­wa­dza­jący ją, czyli reko­men­du­jący jej osobę, do pogo­to­wia: ojciec, który był dłu­go­let­nim instruk­to­rem oraz człon­kiem doży­wot­nim, a także jego przy­ja­ciele, doświad­czeni zawo­dowcy.

W końcu Karo­lina zło­żyła przy­sięgę przed naczel­ni­kiem, a uro­czy­stość odbyła się w Doli­nie Pię­ciu Sta­wów Pol­skich. Zamiesz­kała w Zako­pa­nem gotowa na każde wezwa­nie. Prze­bieg służby bez zarzutu, same pozy­tywne oceny. Listy z podzię­ko­wa­niami od ura­to­wa­nych w górach. Chciała zostać ratow­ni­kiem zawo­do­wym. Nie­stety, jej "karierę" (nie wiem, czy to wła­ściwe słowo) prze­rwał nie­szczę­śliwy wypa­dek, kiedy została przy­sy­pana lawiną. O tym wie­dzia­łam. Po dłu­giej rekon­wa­le­scen­cji osta­tecz­nie ode­szła ze służby, żegnana ser­decz­niej niż swego czasu witana.

Tak...

Dalej nastę­po­wał długi opis akcji poszu­ki­waw­czych po jej zagi­nię­ciu w paź­dzier­niku 1994 roku w rejo­nie Prze­łę­czy Kon­drac­kiej i Czer­wo­nych Wier­chów. Dodam, że nie­przy­pad­kowo przy­je­cha­łam wła­śnie w tym mie­siącu. To nie tylko sym­bo­liczny gest, chcia­łam roz­po­cząć pracę nad repor­ta­żem trak­tu­ją­cym o jej zagi­nię­ciu w zbli­żo­nych warun­kach.

Dopi­łam kawę i zamó­wi­łam następną. Zer­k­nę­łam na pod­kre­ślone nazwi­ska: czte­rech męż­czyzn i ta laska Maryla Roj. Przy­ja­ciółka Karo­liny, o któ­rej ni­gdy nie sły­sza­łam. Wszyst­kich będę musiała odszu­kać. Według Makow­skiej miesz­kają albo w Zako­pa­nem, albo przy­naj­mniej na Pod­halu. Na pierw­szy ogień pój­dzie jej Jasiek. Ale... to dziwne. Dwu­krot­nie przej­rza­łam uważ­nie całą listę: nie było na niej Jana Majew­skiego. Cie­kawe. Czyżby nie słu­żył w TOPR-ze?

Więc jak i gdzie się poznali?

Zasie­dzia­łam się w kawiarni i na kwa­terę wró­ci­łam dosyć późno. Panią Teresę zasta­łam na dole przed tele­wi­zo­rem, oglą­dała jakiś film. Szkoda, bo mia­łam zamiar prze­dys­ku­to­wać z nią kilka spraw, ale nie chcia­łam jej prze­szka­dzać.

- Lenka? - Usły­szała mnie. - Zosta­wi­łam ci w kuchni kwa­śnicę w garnku z obiadu, odgrzej sobie, jeśli lubisz...

- Uwiel­biam!

- Na kuchence stoi. Smacz­nego. Przyjdę do cie­bie póź­niej, jeśli...

- Pani Tere­niu, pro­szę sobie nie prze­szka­dzać. Znajdę, odgrzeję, nich pani spo­koj­nie ogląda. - Poczu­łam się nie­swojo, prze­cież nie musiała mnie kar­mić! Trak­to­wała mnie jak praw­dzi­wego gościa, a nie chwi­lową loka­torkę. Jed­nak góral­skiej kwa­śnicy nie mogłam sobie odmó­wić.

Pod­grza­łam zupę. Była prze­pyszna. Myłam wła­śnie talerz, kiedy usły­sza­łam, że gospo­dyni wyłą­cza tele­wi­zor. Po chwili weszła do kuchni.

- Sma­ko­wało?

- Niebo w gębie! - wyzna­łam szcze­rze.

- Nie chcesz dokładki? Pew­nie nic nie jadłaś przez cały dzień?

- Dzię­kuję, pani Tere­niu, ale wię­cej nie zmiesz­czę. Na mie­ście zja­dłam zapie­kankę.

- Zapie­kankę, też coś! - prych­nęła. - Ech, wy, mło­dzi...

- Tak na szybko. Mia­łam dziś spo­tka­nie w TOPR-ze - wyja­śni­łam, wycie­ra­jąc ręce w ście­reczkę.

- A, rozu­miem. To ważne spo­tka­nie. Sia­daj, kocha­nie. Zapa­rzę kawę.

- Jeśli można, to wola­ła­bym tym razem her­batę - popro­si­łam. - Wypi­łam dziś już tyle kaw, że mi bokiem wyszły.

- W takim razie zaraz będzie dobra her­batka z rumem i cytrynką. A ty usiądź i odsap­nij - zadys­po­no­wała.

Kiedy pani Teresa zajęła się her­batą, zapy­ta­łam:

- Może pani się orien­tuje, czy ten Majew­ski pra­co­wał z Karo­liną w pogo­to­wiu? Też był ratow­ni­kiem?

- Przy­znam, że tego nie wiem. - Zasta­no­wiła się. - Nie pamię­tam już szcze­gó­łów. Tak by mi się zda­wało, ale pewna nie jestem. A czemu pytasz?

Wyję­łam z torby teczkę od Makow­skiej.

- Bo na liście ratow­ni­ków z tam­tych lat go nie ma...

- Nie ma? Wiesz, o ile sobie przy­po­mi­nam - Teresa posta­wiła przede mną paru­jącą szklankę z aro­ma­tycz­nym napo­jem - to był ten czas, kiedy nasz TOPR z powro­tem wyszedł z GOPR-u i orga­ni­zo­wał się na nowo. Tro­chę się wtedy mogło pozmie­niać. Moż­liwe, że on był zwią­zany z GOPR-em, część ratow­ni­ków została w ich gru­pie pod­ha­lań­skiej. A może w ogóle nie był ratow­ni­kiem? Karolka przy­jaź­niła się z róż­nymi ludźmi gór: ratow­ni­kami, tater­ni­kami, nar­cia­rzami, prze­wod­ni­kami...

- No tak. O GOPR-ze nie pomy­śla­łam. Muszę to spraw­dzić.

- Naj­le­piej jak jego o to zapy­tasz. Prze­cież chcia­łaś go zna­leźć. A dowie­dzia­łam się, że na­dal mieszka w tym samym miej­scu. W domu po matce.

- O, dobrze wie­dzieć! Rze­czy­wi­ście, zapy­tam. - Wzię­łam łyk her­baty, była słodka i mocna od esen­cji i rumu. Niech pani zer­k­nie na te nazwi­ska. - Pod­su­nę­łam jej kartkę. - Koja­rzy je pani? Czy ci ludzie odwie­dzali Karo?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki