Turkusowe szale - Remigiusz Mróz

Reflow text when sidebars are open.
Sierżant Fraser obmył twarz, dostał reprymendę, po czym przebiegł kilka razy z Polakami dokoła lotniska. Kiedy skończyli swoją żołnierską pokutę, uzupełnioną kilkudziesięcioma pompkami, wszyscy udali się do kantyny.
Obie grupy zasiadły - rzecz jasna - z dala od siebie i nie kontaktowały się nawet za pomocą spojrzeń, nie mówiąc już o jakichkolwiek koncyliacyjnych słowach.
- Nic dobrego nas tu nie czeka, chłopie - powiedział Merowski, po czym opróżnił piąty kieliszek z rzędu. Czuł, że to dopiero rozgrzewka, a noc będzie długa. - Gwarantuję ci, że będzie tak, jak w Lyon-Bron. Francuzy szkoliły nas, szkoliły, a w bitwę wypuścić nie chciały. Tak i tutaj, zobaczymy niemiecki samolot jak świnia niebo.
Feliks odburknął niewyraźnie. Nie miał ochoty roztrząsać tematu lichych samolotów, kiepskiego przydziału czy całej gównianej sytuacji, w której się znaleźli. Pobyt we Francji faktycznie okazał się zupełnie płonny - kazano im latać na lotniczych zabytkach w ramach szkolenia, a potem po prostu odstawiono ich na boczny tor. Walki nie uświadczyli, a wszyscy byli jej głodni.
I marazm trwał - Esskerowi wydawało się, że od kiedy udało im się przebić do Eastchurch w Wielkiej Brytanii, razem z dwoma tysiącami innych pilotów, cały swój czas spędzali na mendzeniu. To źle, tamto źle, tak beznadziejnie, inaczej jeszcze gorzej. Ustawiczne, nieustanne narzekanie, a co gorsza - nieprzynoszące żadnego efektu.
Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy jeden z lotników obecnego Dywizjonu 303 wypuścił się na samozwańczą, szaloną misję, która uświadomiła Brytolom, że mają w swych rękach atut w postaci polskich pilotów. W rezultacie premierowi Sikorskiemu udało się załatwić uformowanie polskich jednostek w RAF-ie. Wiekopomne zmiany, powtarzali herbaciarze.
Ale na takie zmiany Felo mógł co najwyżej splunąć. Siedząc w kantynie, pociągnął angielską whisky i po tej dawce eliksiru odwagi uznał, że trzeba zadziałać samemu. Stwierdził, że podobnie jak pilot z Dywizjonu 303, który ustrzelił jakiś czas temu cztery messerschmitty nad kanałem La Manche, trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, bo inaczej wyspiarze nigdy na dobre nie przekonają się, jak dobrych lotników mają na podorędziu.
- May I? - rozległo się pytanie, które wyrwało Esskera z przemyśleń. Podniósł głowę znad kontuaru i spojrzał na niewysoką brunetkę, która stała obok. Ściągnąwszy czapkę oficerską, spojrzała na wolne miejsce obok niego. Wprawdzie pytania nie zrozumiał, ale szybko poderwał się z uśmiechem, po czym zamaszystym ruchem ręki wskazał jej miejsce.
- Aileen Saville, under officer - powiedziała dziewczyna. Ujął jej dłoń i ucałował ją w iście dżentelmeński sposób - pochylając głowę, by nie poderwać ręki w górę. Reakcje Brytyjek w takiej sytuacji były przeróżne - niektóre się wzdrygały, inne były gotowe przywalić takiemu dżentelmenowi w twarz, jeszcze innym ten osobliwy gest schlebiał. Felo sądził, że zanim Polacy masowo ściągnęli na Wyspy, nikt tutaj nie całował kobiet po rękach.
Dziwny kraj.
- Feliks Essker, leftenant. Na... Najs miting.
- Indeed - odparła, śmiejąc się.
Siedzieli przez moment nieco skonsternowani brakiem możliwości porozumienia, ale do uniwersalnego języka sięgnął Leon, zamawiając dla dziewczyny kielicha. Spojrzała na przezroczysty trunek trochę niepewnie, ale uniosła go i przechyliła, energicznie odchylając przy tym głowę do tyłu.
Nie mogła nie wyłapać ciężkich spojrzeń, jakie grupa Anglików siedzących niedaleko kierowała w jej stronę. Mrugnęła do Irvina Frasera, po czym doszła do wniosku, że trzeba sprawdzić, na ile wszystkie chodzące po bazie informacje o Polakach są prawdziwe. Uśmiechnęła się do Fela, wbijając w jego oczy znaczące spojrzenie.
Nie rozszyfrował, co oznaczało, ale nadzieja na miłą końcówkę parszywego dnia zakołatała w jego sercu. Aileen jednak szybko ją rozwiała, unosząc otwartą dłoń ze złączonymi palcami nad ladę. Ustawiła ją równolegle do blatu i przez chwilę imitowała lot samolotu.
- To jakaś rąbnięta herbaciarka - zawyrokował Merowski.
- Pancake - powiedziała Aileen, nadal patrząc na Esskera i obniżając lot swojej dłoni aż do samego blatu.
- Pancake... lądowanie? Myślałem, że to było... eee... landing?
Saville skinęła głową, ale szybko też nią pokręciła. Stanęła przed trudnym zadaniem wytłumaczenia Polakowi, że słowo pancake, normalnie oznaczające naleśnika, w mowie pilotów oznacza lądowanie. W końcu machnęła ręką, stwierdzając, że kwestia ta wyjaśni się podczas nauki języka z kimś, kto posługuje się polskim. Zamiast tego więc wzięła rękę Feliksa, umieściła ją naprzeciwko swojej i wskazała na nią, mówiąc:
- Messerschmitt.
- No, w porządku, tyle to ja rozumiem.
- Bandit.
- Człowieku, ona nie pójdzie z tobą do łóżka - wtrącił mocno wstawiony Leon. - Widzisz przecież, że ma nierówno pod sufitem. Zostaw tę babę, bo jej w głowie nauka... Kurwa... O tej porze. Nieprawdopodobni są ci Anglicy...
Aileen, niezrażona tonem głosu Polaka, który ewidentnie miał dosyć nie tylko sytuacji, ale chyba też życia, kontynuowała. Schowała dłoń imitującą samolot za kontuar, po czym wyleciała nią niedaleko ręki Fela.
- Tally ho! - krzyknęła nagle i zaczęła udawać atak angielskiej ręki na polską.
Zdezorientowany okrzykiem Merowski zachwiał się na stołku i prawie wyrżnął do tyłu, co spowodowało lawinę komentarzy ze strony siedzących w kantynie Brytyjczyków.
- To jakieś zawołanie bojowe, rozumiem? - zapytał Felo, nie zważając na to, że sytuacja robi się coraz bardziej napięta, a konsumowany przez obie strony alkohol z pewnością nie okaże się katalizatorem rozsądku.
- Wariatka... - bąknął Leon, kiedy dziewczyna skinęła głową do jego kompana.
Merowski łypnął złowrogo na grupę zgromadzoną wokół Frasera, ale ci najwyraźniej nie mieli zamiaru wdawać się w kolejną bijatykę. Essker zaś sprawiał wrażenie, jakby był tu sam na sam z tą dziewczyną, co działało mu na nerwy. Żeby jeszcze przyjaciel zabrał się za jakiś wymyślny podryw, byłoby w porządku. Ale zamiast tego bezcześcił proces przyjmowania dobrego alkoholu, poświęcając czas na naukę terminologii.
Teraz Aileen starała się wytłumaczyć mu, że zamiast określania pułapu samolotu w stopach, używa się określenia "angels". Tym razem jednak kwestia okazała się zbyt skomplikowana, by wyjaśnić ją jedynie za pomocą gestów, a czas skończył się, kiedy za plecami Merowskiego pojawił się Fraser.
Minęła chwila, zanim Feliks zorientował się, że obok stoi Brytyjczyk. Miał trudności z oderwaniem wzroku od jasnobrązowych oczu brytyjskiej podoficer i choć nie udało mu się zrozumieć prawie niczego z jej tłumaczeń, miał to głęboko gdzieś.
- Podobno mówisz po francusku - rzucił Irvin.
Essker obrócił się przez ramię, nieco zaskoczony, że wyspiarz również potrafi posługiwać się tym językiem.
- Mówię - odparł Felo. - Co nie znaczy, że mam zamiar słuchać jak mielisz ozorem.
- Zaraz zobaczymy, czy...
- Już cię tu nie ma, herbaciarzu - uciął Feliks.
- Grzeczniej. Ja mam całą kantynę wypełnioną rodakami, a ty masz na podorędziu kilka sierot... w dodatku nawalonych gorzej niż Ruscy.
Widząc, że dwóch mężczyzn porozumiewa się za pomocą francuskiego, Aileen cała rozpromieniała. Przemknęła jej myśl, że to idealna sytuacja, by wreszcie lepiej wytłumaczyć Polakowi pewne kwestie. Szybko jednak zmitygowała się, że przecież może wykorzystać tłumacza do znacznie lepszych celów.
Wdała się w krótką wymianę zdań z Irvinem i w końcu udało się jej przekonać żołnierza, by chociaż przez chwilę przekładał jej słowa na francuski. Musiała przy tym zaciągnąć kredyt bliżej nieokreślonego, wzajemnego zobowiązania, ale przynajmniej zyskała sposobność, by zamienić z polskim lotnikiem kilka zdań. Pierwsze pytanie, jakie przyszło jej na myśl, wiązało się z obiegowymi opiniami, które krążyły po jednostce. A raczej informacjami, bo podobno pochodziły z rzetelnego źródła.
Prócz nich niewiele było wiadomo o Polsce czy Polakach, czego skutkiem było dzisiejsze zamieszanie z flagą.
- Aileen pyta, skąd jesteś?
- Ze Lwowa - odparł Felo, przymykając oko na opryskliwy i nadąsany ton angielskiego oficera, i uśmiechając się do swojej rozmówczyni.
- Pyta, czy macie tam coś takiego jak kino?
- Co?
- I czym się tam poruszacie? Macie samochody, tramwaje?
Essker spojrzał kontrolnie na twarz Saville, ale nie zauważył, by zarysowało się na niej cokolwiek mogącego świadczyć, że to przyjacielski przytyk. Herbaciarz też stwarzał wrażenie, jakby pytał śmiertelnie poważnie, choć oczywiście demonstrował przy tym swoje znudzenie.
- Leoś, nie śpij - powiedział Felo, szturchając przyjaciela. - Oni mnie właśnie pytają, czy mamy we Lwowie kina. I tramwaje...
- Jaja sobie robią? - zapytał Merowski, podnosząc głowę. Nie spał, ale jeszcze chwila i ciąłby komara w najlepsze.
- Nie, chyba poważnie pytają. Muszą myśleć, że żyjemy jeszcze w epoce kamienia łupanego.
- E, nie. Chyba drą z ciebie łacha.
- No, jakże to? Spójrz na ich miny, poważne.
- Bo to Anglicy, jakie mają mieć miny? Tacy się urodzili i tacy zdechną. Przez całe życie z maską na gębach. Jak ci... w tych greckich komediach.
Tymczasem Aileen i Irvin wymienili się nieco zdezorientowanymi spojrzeniami. Fraser szybko porzucił jakiekolwiek rozważania, ale Saville pomyślała, że Polacy zapewne teraz analizują, czym są te "kina", "tramwaje" i "samochody".
Po prawdzie ci ludzie nie sprawiali wrażenia zacofanych, ale powszechną wiedzą było, że takich rzeczy w swoim kraju nie mają. A może była w tym przesada? Może informacje pochodziły od tego samego źródła, które kazało wywiesić jakąś czarną flagę z białym orłem? Skoro umieli latać, to wypadało przypuszczać, że mają u siebie także automobile, wbrew temu, co mówiono w bazie.
- W głowach wam się poprzewracało - rzucił po francusku Felo, wstając ze swojego miejsca. Bez słowa skierował się do wyjścia, a Leon i reszta Polaków szybko ruszyła w jego ślady.
Aileen patrzyła za nimi, uświadamiając sobie, że Wielka Brytania powinna chyba lepiej przygotować się do przyjęcia swoich nowych gości. Z drugiej jednak strony, trwała wojna, a Wyspy stanowiły ostatni bastion oporu przed frycami - było wiele naglących, ważniejszych rzeczy do roboty, niż poznawanie swoich sojuszników.
Opuściwszy stołówkę, Merowski zatoczył się w bok i gdyby nie przyjaciel, rąbnąłby jak długi przed wejściem.
- Banda pieprzonych herbaciarzy - wymamrotał Leon. - Trzeba było dać im jeszcze raz po mordach, tylko tym razem porządnie.
- Pytała kobieta, więc...
- Ale tłumaczył ci ten dryblas z facjatą, która kojarzy mi się z Adolfem. Za te dwie rzeczy powinien zarobić - odparł Merowski, tłumiąc beknięcie. Kompan przez moment zastanawiał się, czy nie ubezpieczać sierżanta w drodze do baraków, ale w końcu stwierdził, że jak runie na glebę, to przynajmniej się nauczy, że lotnik tyle chlać nie powinien.
Zanim dotarli do swoich kwater, rozległ się alarm przeciwlotniczy. Syreny wyły niestrudzenie przez kilkadziesiąt minut, a w bazie zapanowało ogólne poruszenie - choć daleko było do chaosu, jakiego spodziewał się Essker. Każdy znał swoje miejsce i chodził jak po sznurku. Realne niebezpieczeństwo tym razem im nie groziło, ale o zmrużeniu oka też nie było mowy.
Alarmy dawały się we znaki lotnikom przez cały czas, jaki spędzili w Kirton-in-Lindsey. Wyły nieustannie i Essker miał wrażenie, że życiu tutaj częściej towarzyszy dźwięk syren, niż pracujących śmigieł samolotów. Dzień po dniu wraz z Merowskim snuli się po lotnisku zmęczeni bezczynnością, znudzeni i niewyspani, starając się ignorować wszędobylskie wycie.
Kilka dni po incydencie z flagą dwóch polskich lotników z samego rana odbębniło swój codzienny rytuał. Poszli w kierunku czarnej tablicy, wiszącej przy budynku kontroli lotów, gdzie białą kredą kreślono rozpiskę lotów treningowych na dany dzień. Sam fakt, że musieli spoglądać na nią, nie zaś na informacje o lotach bojowych, działał im na nerwy... ale było to lepsze niż nic.
A raczej byłoby, gdyby choć raz znaleźli się na liście. Mimo że zostali wcieleni w szeregi Trzysta Siódmego i na papierze posiadali kilka samolotów, nie mieli okazji zasiąść za sterami żadnego z defiantów.
- Hej - powiedział Essker, zaczepiając przechodzącego polskiego porucznika, który właśnie sam sprawdzał dzisiejszą rozpiskę. - Jakie warunki?
- Chmury dziesięć na dziesięć, widoczność na pół mili przez mgłę, lekki deszcz.
- Odwołali?
- No, wszystkie loty treningowe uziemione na dziś.
- Tak to jest, jak się ma piłeczki do krykiecika zamiast jaj - wycedził przez zęby Merowski, który od momentu przydziału do dywizjonu zyskał miano "Merowinga". Każdy miał dysponować pseudonimem, co było całkiem przyjemnym akcentem. Uświadamiało, że rzeczywiście znaleźli się w jednostce bojowej, która w perspektywie miała - prędzej czy później - walkę ze szkopami.
Ale raczej później.
Snując się jak cienie, Felo i Leon ruszyli w kierunku wyjścia z bazy, powłócząc nogami. Rozkaz mówił jasno, by siedzieć na tyłku i czekać na dalsze instrukcje, ale dwóch Polaków niespecjalnie wzięło go sobie do serca. Od miasteczka dzieliły ich niecałe dwa kilometry, które mieli zamiar przebyć, spacerując spokojnie i dostojnie - jakiś czas temu otrzymali porządniejsze mundury, które udekorowali turkusowymi szalami, więc mijając Brytyjki, ściągali na siebie uwagę.
- Jesteś pewien, że nic dzisiaj nie mamy w planach? - zapytał Merowing.
- Nie. Nikt nawet nie zauważy, że nas nie ma.
- To wybornie, wybornie, przyjacielu. Tylko tego nam trzeba, żeby dać herbaciarzom kolejne powody do złości. W końcu któremuś żyłka pęknie.
- Przynajmniej będziemy mogli zaliczyć sobie jedno pewne zestrzelenie.
Merowski uśmiechnął się pod nosem, podczas gdy jego kompan zaczął nucić znaną obydwu piosenkę, która od pewnego czasu raz po raz rozbrzmiewała na antenie radia. Sinatra zawodził w swój charakterystyczny sposób do muzyki Tommy'ego Dorseya, a numer ten był w zasadzie wszechobecny.
- Ajl newa smajl egen... antil aj smajl at ju... duuu... duuuduuu...
- To zapowiedź dobrych łowów? - zapytał Leon, myśląc o wszystkich potencjalnych kandydatkach na nocne towarzyszki, które będą obecne w pubie "The First and Last". Przybytek ten przyciągał wszystkich brytyjskich lotników, dzięki czemu stał się też magnesem dla niezamężnych dziewczyn z okolicy. A kiedy tylko Polacy poczuli krew, również masowo tam ściągali.
- To raczej smutna piosenka - odparł Felo.
- Mówisz, jakbyś rozumiał słowa, chłopie.
- Aileen mi mniej więcej przełożyła. I nauczyła pierwszych słów.
- Szkoda, że nie wpoiła ci trochę poczucia rytmu, bo zawodzisz jak podrzynany guziec.
- Guziec?
- Fiedlera nie czytasz, Felek?
- Poczytam, jak do nas wpadnie. Podobno przebił się na Wyspy i kręci się gdzieś z grupą pilotów.
- Mhm - bąknął Merowski. - Ale pewnie są to piloci z gatunku tych, co latają.
Kiedy dotarli do "The First and Last", z głośników sączył się głos pięknej Judy Garland, śpiewającej Danny Boy - kolejny wszechobecny hit, który Brytyjczycy puszczali na antenach radiowych w kółko, jakby piosenka się zapętliła. Dwóch Polaków zamówiło na rozgrzewkę piwo i obserwowało wnętrze lokalu. Pora jednak okazała się zbyt wczesna, by Brytyjczycy pojawili się w tym przybytku - skutkiem czego nie uświadczyli też ani jednej dziewczyny.
Przy akompaniamencie Judy Garland opróżnili po trzy kufle i zastanawiali się, czy nie pozwolić sobie z okazji naprędce zorganizowanego wolnego dnia, na więcej. W końcu stwierdzili, że nie zaszkodzi przypieczętować tej eskapady jeszcze jednym piwem.
Wracali w kierunku jednostki, podśpiewując melodię Danny Boy i zataczając się lekko.
- Ouuu... Dany boooj, de paajps... dee paaaajps... - zawodził Leon, artykułując jedyne słowa piosenki, jakie udało mu się wychwycić. Resztę stanowiła jego własna inwencja twórcza.
- Starczy. Jeśli ja fałszuję, to ty jesteś arcymistrzem kociego śpiewu, przyjacielu.
- Tak jest, poruczniku - odparł Merowski i zasalutował. - A nad pseudonimem to już jakiś pomyślunek był? Czy cały swój czas mój szanowny kompan poświęca na myśli o niejakiej podoficer Saville?
- Podobno już mnie ochrzcili, jako Lucky.
- Że szczęściarz niby?
- Prawdziwy poliglota z ciebie, Leoś - odparł Essker i wyciągnął paczkę chesterfieldów, którą zakupił w centrum za niecałe dziesięć centów.
- Ale co ci do szczęściarza? Chyba że chodzi o zainteresowanie niejakiej panny Aileen. To jeszcze... - sierżant urwał, beknął, po czym kontynuował: - To jeszcze bym zrozumiał.
- Ja też - odrzekł z uśmiechem Felo. - Ale chodzi im chyba o to, że felix po łacinie znaczy właśnie tyle, co lucky.
- A, to nawet ma jeszcze większy sens, niż sądziłem. W takim razie, leftenancie Lucky, powinniśmy...
Merowski znów urwał, ale tym razem nie było to spowodowane reakcją organizmu na wyżłopane piwsko. Stanął jak rażony piorunem, z zadartą głową, podczas gdy jego towarzysz potrzebował jeszcze sekundy by stwierdzić, co jest grane. Dotarło do niego ciche rzężenie, ale początkowo nie mógł ustalić, co jest jego źródłem.
Dźwięk jednak stawał się coraz głośniejszy, a porucznik po chwili przekonał się, że gdzieś w okolicy powietrze tnie dwusilnikowy samolot.
Rozejrzał się, ale ponad rozległymi terenami uprawnymi unosiła się nieprzenikniona mgła, przez którą zresztą odwołano tego dnia wszystkie loty ćwiczebne.
- Przecież nasi dziś nie latają - powiedział niepewnie Leon.
- Treningowo nie, ale może jest jakaś misja.
- Patrzyłem na rozpiskę - zaoponował sierżant. - Albo coś pozmieniali, albo ktoś robi z nas totalnych idiotów. Ewentualnie przesiedzieliśmy w "The First nad Last" cały...
- Padnij! - krzyknął Feliks, przerywając przyjacielowi w pół zdania.
Rzucił się na ziemię, jakby oszalał, po czym natychmiast przetoczył się kawałek w bok. Byleby poza drogę, byleby na jedno z okolicznych pól uprawnych.
Merowski pomyślał, że przyjaciel robi sobie jaja, więc stał nadal jak wryty, patrząc w złym kierunku.
- Heinkel! Kurwa, Leon, na ziemię!
Nie trzeba było trzeci raz powtarzać, by Merowski przylgnął do gleby - słysząc nazwę niemieckiej maszyny, natychmiast rzucił się na pole. Przemknęła mu myśl, że wypite piwo zrobiło swoje - mimo że słyszał lecący we mgle samolot, źle zidentyfikował kierunek.
Niemiecka jednostka nadciągała wprost na nich.
- Widzisz go? - krzyknął sierżant, starając się przekrzyczeć ryk silników.
Bombowiec musiał być dosyć blisko - a co bardziej niepokojące, lecieć na niezwykle niskim pułapie - bo dźwięk był ogłuszający. Mimo tego, że Leon kręcił głową we wszystkie strony, mgła skutecznie utrudniała namierzenie, gdzie dokładnie znajduje się samolot.
- Na... - zaczął Feliks, ale momentalnie urwał, gdy przeleciał nad nimi dymiący heinkel. Zauważył tylko czarny krzyż z białą otoczką na dolnej połaci skrzydła. Znajdowało się na tyle blisko, że Esskerowi przed oczyma przeleciało całe życie.
- Spada, skurwysyn! - zawyrokował Merowing. - Niemiaszek idzie w piach, gdzie jego miejsce - dodał, podrywając się z ziemi.
Powiódł rozentuzjazmowanym wzrokiem za maszyną, która niemal tarła już podwoziem o ziemię. Trzeba było jednak oddać pilotowi sprawiedliwość - mimo że silnik płonął, szkop utrzymał jako taką sterowność. Przynajmniej na tyle, by zapewnić względnie dobre podejście, pozwalające na awaryjne lądowanie, a nie natychmiastową śmierć.
- Biegiem! - krzyknął Felo, startując z pobocza, jakby był jednym z czołowych sprinterów w hrabstwie. Jego towarzysz ruszył za nim ile sił w nogach, choć po raz kolejny musiał przyznać, że wypite piwo dało się we znaki i spowodowało, że oddychało mu się coraz trudniej.
- Ciekawe... kto... ich... rąbnął - zdołał powiedzieć Merowski, ledwo nadążając i łapczywie połykając powietrze.
- Pewnie spadli przez twoje wycie! - odkrzyknął mu Feliks i przyspieszył jeszcze bardziej, zostawiając kompana metr za sobą.
Byłby to najbardziej prawdopodobny scenariusz, gdyby tylko Niemcy mogli usłyszeć jego śpiewy. Ale że nie mogli, trzeba było przyjąć, że zostali strąceni przez jedną z baterii naziemnych, które gęsto zaścielały teren hrabstwa Lincolnshire. Ze względu na dużą liczbę lotnisk RAF-u w okolicy, niemieckie bombowce często się tu zapuszczały, chcąc zawczasu, jeszcze na ziemi, rozbić w pył powietrzną armię Wielkiej Brytanii.
Rozbitego pośrodku pola he 111 dostrzegł jako pierwszy Essker.
Już z oddali widział, że skurwysyńcom jednak nie udało się go posadzić. Wrył się w pole jednym skrzydłem, zaś drugie sterczało w górę, jakby płetwa rekina ponad taflą wody. Umiejscowiony na nim silnik płonął już w najlepsze, a po chwili skrzydło obniżyło się w kierunku ziemi. Mimo rozległych uszkodzeń kabina pilotów nie była doszczętnie zniszczona, co kazało Felowi sądzić, że Niemcy mogli się uratować.
Sięgnął po ostatni zapas sił, a potem przyspieszył, zostawiając Leona jeszcze dalej za sobą. Essker nie nosił broni - podobnie jak jego towarzysz - więc wypadało czym prędzej dopaść do maszyny, by ewentualnych ocalałych zastać jeszcze z ręką w nocniku - zanim zdążą ją z niego wyciągnąć i złapać za pistolet, który niewątpliwie miał na wyposażeniu każdy niemiecki pilot. Obiegowa opinia mówiła, że na pokładach bombowców oprócz śmiercionośnych ładunków znajduje się niemały osobisty arsenał.
Może były to tylko plotki, ale z drugiej strony, przy zapuszczaniu się tak głęboko na terytorium wroga, wydawało się to Esskerowi całkiem prawdopodobne. Polacy otrzymywali stare rewolwery marki Webley - brytyjscy piloci zresztą też - ale żeby nosić je ze sobą w kaburze... cóż, trzeba było latać.
- Poczekaj no! - krzyknął za Feliksem Leon, ale ten nie miał zamiaru zwolnić. Każda sekunda mogła okazać się na wagę złota.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
Skrzydła myśliwca cięły ze świstem powietrze, a promienie wschodzącego słońca odbijały się od niewielkiej przedniej szyby w kabinie samolotu. Pilot poprawił maskę tlenową i starał się poluzować nieco gogle, bo ilekroć wracał po locie na ziemię i ściągał angielski osprzęt, na twarzy zostawały mu czerwone okręgi. Wyglądał jak klaun, a nie trzeba było dawać Brytyjczykom dodatkowych powodów do nabijania się.
- Stay in formation - rozległa się przez radio komenda dowódcy lotu szkoleniowego.
- Co on tam chce? - zapytał pilot, obracając głowę w prawo i spoglądając na lecącego obok rodaka.
- Nie mam pojęcia.
- Może żeby rozluźnić formacje, bo lecimy tak blisko, że czuję ciągnący się za tobą smród.
- Fuck you, sir - odparł drugi z Polaków, wykorzystując jedno z niewielu sformułowań, które zdołał przyswoić w ostatnich tygodniach. Wprawdzie Anglicy naciskali na codzienne poranne ćwiczenia mowy, którą posługiwali się w przestworzach, ale Polacy nie mieli do tego serca. Każdy z nich uważał, że do latania niepotrzebna im znajomość herbacianego języka. Brytyjczycy stali na zupełnie odmiennym stanowisku.
Nieszczęśliwie dla samych pilotów, nałożone na nich obowiązki nie dawały wiele okazji do zasiadania za sterami. Teraz mieli więc zamiar odbić sobie cały ten zmarnowany czas, który spędzili na lądzie.
Tym bardziej że tego dnia zasiedli za sterami nowiutkich, amerykańskich fairchildów.
- Stay in formation, bloody hell... - znów rozległ się szorstki, nieustannie zirytowany i wyniosły głos. Ponownie nikt mu nie odpowiedział - przynajmniej werbalnie.
Pierwszy z pilotów uśmiechnął się lekko i pociągnął drążek steru w lewo. Jego jednopłatowiec poszybował w kierunku niskich zabudowań, które chwilę wcześniej wyłoniły się przed niewielką eskadrą.
- Zaraz będzie psioczył - rzucił z entuzjazmem do radia lotnik.
- Stay in formation, stay in formation! This is a direct order. I repeat, stay...
- Nic nie rozumiem. Po rosyjsku trochę panimaju, po francusku świetnie je parle, po niemiecku coś tam sprechen, ale ten twój język, chłopie, jest dla mnie kompletnie niezrozumiały. Żebyś jeszcze wyraźnie wymawiał, to może. Ale nie, musisz mamrotać. Niech mu ktoś wytłumaczy, że nie zepsuł mi się silnik, tylko się odłączyłem. Inaczej herbaciarz zaraz popuści i na dole będą mieć złoty deszcz - odparł pilot, śmiejąc się pod nosem, po czym obniżył lot i skierował maszynę ku budynkom.
- Co robisz? - zapytał go ten, który przed momentem leciał w kluczu po jego prawej.
- Namierzyłem wafki.
- OK, udanych łowów.
Kiedy znalazł się bliżej ziemi, obrócił jednopłatowiec wokół własnej osi, robiąc beczkę. Przy drugim obrocie zatrzymał maszynę w pozycji do góry brzuchem, spoglądając na ziemię pod sobą. Było to o tyle ekscytujące dla lotnika, że amerykański fairchild nie miał oszklonej całej kabiny, a jedynie niewielką szybkę z przodu.
- Fucking twat! - rozległo się w radiu, a zaraz potem rozbrzmiały kolejne niewybredne określenia na niepokornego pilota. Wprawdzie dowódcy eskadr i dywizjonów byli na briefingach ostrzegani przed tym, że ich polscy podwładni mają tylko jedną zasadę - brak zasad, ale angielski oficer nie spodziewał się, że ktokolwiek odłączy się z formacji bez powodu.
- Officer pilot, this is ground control. You do not have permission for pancake - rozległ się inny głos w słuchawkach. Lotnik stwierdził, że najwyraźniej zainteresowało się nim centrum dowodzenia lotów w Squires Gate - miejscu, gdzie liczna grupa Polaków stacjonowała od pewnego czasu. Tak czy inaczej, nadal niewiele rozumiał. W niczym mu to jednak nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie, cieszyło go.
Obniżył lot jeszcze bardziej i teraz znajdował się kilkadziesiąt metrów nad płytą lotniska. Nadal z głową w dole, skierował jednopłat ku grupie kobiet, które szły w kierunku jednego z baraków. Niebieskie mundury świadczyły o tym, że służyły w Women's Auxiliary Air Force - służbie pomocniczej RAF-u. Zatrzymały się, skonsternowane nagłym dźwiękiem silnika i by zobaczyć skąd dochodzi, nie musiały specjalnie zadzierać głów.
Polski pilot przeleciał tuż ponad nimi, machając i szeroko się uśmiechając.
- Serwus, dziewczyny! - krzyknął, po czym poderwał maszynę brzuchem do góry, odleciał kawałek i zrobił beczkę.
Zmrok zapadł nad bazą lotnictwa w Squires Gate dwie godziny temu. Grupa polskich pilotów starała się skupić całą swoją uwagę na prowadzonym wykładzie, ale raz po raz rozlegało się przeciągłe ziewnięcie, które rozchodziło się po sali jak epidemia. Temat nie nastrajał entuzjastycznie - brytyjski oficer rozwodził się nad budową silnika lekkiego bombowca fairey battle, a co gorsza, jeden z polskich pilotów zadawał mu co rusz jakieś pytanie, przez co monolog wykładowcy przybrał formę przeciągającej się dyskusji.
Irytacja była tym większa, że wszyscy słuchacze - prócz tego jednego nadgorliwca - zdawali sobie sprawę, że do tej pory powołano już cztery polskie dywizjony w ramach brytyjskiego lotnictwa. Oni zaś tkwili nadal w salach wykładowych, ucząc się nudnych teoretycznych niuansów, odbywali szkolenia fizyczne, do upadłego trenowali na radioodbiornikach, czy w końcu udawali przed Brytyjczykami, że uczą się języka. I czekali, aż przyjdzie pora na nich.
Wieść niosła, że niebawem powołany miał zostać kolejny dywizjon, co było dla większości zrozumiałe, bo ostatni, 303, został uformowany już prawie miesiąc temu. Nieprzydzielonych lotników była jeszcze jednak cała armia.
- Nie wytrzymam - burknął pod nosem podporucznik Feliks Essker. - Zaraz mi rozerwie szczękę od tego ziewania.
- Trudno nie zauważyć, prawie wypadła ci z zawiasów przy ostatnim - odparł poirytowany sierżant, siedzący obok niego. - Ale myśl o tych wszystkich Brytyjkach, które tylko na nas czekają w pubach.
- Nie mogę, dekoncentruje mnie ten imbecyl.
- Ten pasjonat, co ciągle pyta, czy Anglik?
- Obaj - odparł Essker i uśmiechnął się blado do przyjaciela. Tymczasem oportunista nadal zadawał swoje pytania, chcąc zjednać sobie sympatię wykładowcy. Teraz zainteresowały go kwestie naprawy silnika, ale prowadzący szybko zbył temat, mówiąc, że niebawem odbędzie się cały wykład poświęcony tej kwestii.
- Mówię ci, skup się na dobrej perspektywie. Od razu przejdzie ci senność.
- Siedzimy w Blackpool już tyle czasu, że takie wizje dawno przestały mnie nachodzić. Widziałeś, jakie beczki nad nimi kręciłem? I nic. Wolą swoich, bo...
- Bo Brytole łażą w mundurach RAF-u - przerwał Feliksowi jego kompan. - Żadne wyczyny nad głowami wafek nie pomogą. A wszystko dlatego, że dostaliśmy te zasrane szmaciaki.
Podporucznik Essker podniósł bark i poklepał palcem wskazującym w naszywkę na ramieniu.
- No i? - zapytał sierżant. - To, że nosimy skromniutkiego orła i napis Poland, gówno ma do rzeczy. Nie będę darzył szacunkiem czegoś, co nadawałoby się w porywach na worek do kartofli. W takich szmatach Brytyjki nawet na nas nie popatrzą.
- Ale przynajmniej nikt nie zabrania ci marzyć - odparł Feliks. - Dlatego zasklep japę, pogrąż się we własnych fantasmagoriach, a ja idę spać. Obudź mnie, jak skończą to nieklawe przedstawienie.
Nie miał okazji zrealizować swojego planu, bo niedługo po ich krótkiej wymianie zdań, oficer prowadzący wykład oznajmił, że na dziś koniec. Essker, w towarzystwie sierżanta Leona Merowskiego, opuścił prowizoryczną salę wykładową i chwilę później znaleźli się na płycie lotniska. Jak okiem sięgnąć, stały na niej maszyny sprawiające wrażenie, jakby wołały o to, by zasiąść za ich sterami. A mimo to większość polskich pilotów przyspawano do ziemi.
- Felo, jesteś starszy stopniem, wytłumacz mi więc, po cholerę mi wiedza o silniku fairey battle? Jesteśmy myśliwskimi, do cholery. Mamy latać na tych autobusach, czy jak? - zapytał Leon, odpalając z ulgą papierosa. Wykłady z tym konkretnym Brytyjczykiem były o tyle trudne do zniesienia, że nie tolerował dymu, więc nie można było sobie w ten sposób umilić czasu.
- Może - odparł Feliks, również wyciągając paczkę chesterfieldów. - Nie wiem... Na dobrą sprawę, poleciałbym czymkolwiek, nawet największym gruchotem.
Przypomniał sobie jedną ze złotych myśli, którymi na prawo i lewo rzucał jego instruktor w Szkole Orląt w Dęblinie, pułkownik Tritchart. "Lepiej być ptasim gównem w powietrzu niż admirałem na wodzie czy generałem na lądzie".
- Może i masz rację - przyznał Leon. - Poleciałbym na drzwiach od stodoły, byleby w kierunku Szwabów.
- I to jest dobre podejście, sierżancie - powiedział z uśmiechem podporucznik. - O ile miałbyś w planach spikowanie prosto na Kancelarię Rzeszy czy gdzie tam się Hycler teraz przed nami chowa.
- "Nami" to dużo powiedziane.
Uwaga Merowskiego zawisła w powietrzu jak smród i szybko stwierdził, że była niepotrzebna. Szli w kierunku swoich baraków w milczeniu, tym samym bez dyskusji rezygnując z wizyty w jednym z pubów.
- W końcu gdzieś nas przydzielą - odezwał się po chwili Essker.
- Oby, bo niedługo tak mi nogi przyrosną do ziemi, że urwie mi dupę, jak się będę chciał gdzieś ruszyć.
Feliks uśmiechnął się cierpko, rzucił papierosa na ziemię i zgniótł butem. Zdawał sobie sprawę, że wraz ze swoim kompanem nie są asami przestworzy, ale z pewnością mogli uchodzić za bardzo dobrze wyszkolonych lotników. Szkoła w Dęblinie nie wypuszczała zresztą ze swoich murów innych pilotów. Starała się przy tym uformować ich na prawdziwych, honorowych dżentelmenów, ale z efektami bywało różnie.
- Co jest w menu na jutro? - zapytał Leon, kiedy położyli się na swoich pryczach.
- Szkolenie radiotelegraficzne, po raz setny. Ground control, ground control, over...
- Wyborne danie - przerwał Esskerowi sierżant, nie mając ochoty słuchać tego, co od samego rana będzie grzmiało w słuchawkach.
- Lepsze od tych ich pieprzonych smażonych jajek, ociekających tłuszczem.
- Nie narzekaj, panie poruczniku. W Polsce nie mają co jeść, a my dostajemy nawet plaster bekonu. Luksus.
- I tym bardziej szarga to moje nerwy - powiedział Felo, po czym westchnął i obrócił się na pryczy. - A teraz, po tej dawce nasennej w auli, idę spać. A, Leon, słuchaj...
- No?
- Chrap tak jak wczoraj, to obudzisz się rano z upierdoloną przegrodą nosową.
- Roger, over and out - pożegnał go Merowski.
Kolejny dzień, mimo ich pesymizmu, przyniósł iskrę nadziei, że jednak nogi nie przyrosną im do ziemi. Z samego rana rozeszła się wieść, że formowany jest kolejny dywizjon bombowy, więc w Blackpool zapanowało ogólne poruszenie. Wprawdzie zdecydowana większość Polaków uważała się za pilotów myśliwskich, niemających nic wspólnego z bombowcami, ale po takim czasie każdy samolot byłby na wagę złota. Nawet autobus. Kolejnym mankamentem było to, że dywizjon stacjonować miał w innej bazie, na przedmieściach Nuneaton, ale i to nie przeszkodziło w tym, że każdy z Polaków chciał się znaleźć na liście do przenosin.
- Tego się po herbaciarzach nie spodziewałem. Mają od groma myśliwców, a nam dają autobusy, coś tu jest nie w porządku - powiedział Leon, kiedy wraz z podporucznikiem analizowali listę pilotów przydzielonych do 304. Dywizjonu Bombowego.
- Przynajmniej wiadomo, po co było to szkolenie z fairey battle - wymamrotał Essker, wodząc palcem po wykazie nazwisk. - W Bramcote dostaniemy właśnie je.
- Wezmę w ciemno. Miałeś świętą rację, że trzeba latać czym się da.
- Ba. A oprócz tego, zrzucanie bomb na Rzeszę będzie znacznie lepszą zabawą niż... - podporucznik urwał, gdyż dojechał wzrokiem do końca listy. - Nie ma nas - dodał.
- Kaplica. Będziemy tu, kurwa, siedzieć do końca cholernej wojny.
Ale nie siedzieli.
Następny dzień przyniósł im rozkaz o włączeniu do 307. Dywizjonu Myśliwskiego. Choć brzmiało to dobrze, było zgoła czymś innym, niż mogli się spodziewać.
Sierżant Irvin Fraser czekał przed biurem dowódcy w bazie lotniczej Kirton-in-Lindsey, przestępując z nogi na nogę. Wiedział, że czeka go przeniesienie do innej eskadry, a może nawet dywizjonu. Tego typu rozkazy z urzędu były niedostępne dla zainteresowanych, ale z natury krążyły w najlepsze po wojskowych barakach.
Po kilku minutach Irvin odbębnił starannie salut i został wspaniałomyślnie powitany przez przełożonego, który ograniczył się do podniesienia na niego wzroku.
- Sierżancie Fraser... - zaczął, jakby starał się skupić i przypomnieć sobie, po co w ogóle wezwał go przed swoje oblicze.
- Tak, sir? - zapytał zniecierpliwiony Irvin. Czuł, że nadciąga coś dobrego. Może nie awans - na to, obiektywnie rzecz biorąc, nie zasłużył. Ale może przeniesienie do bardziej prestiżowego grona? Pomógł niedawno strącić niemieckiego messerschmitta, więc z pewnością mu się należało.
- Mam dla ciebie nowe rozkazy...
- Tak, sir? - powtórzył sierżant.
- Wejdziesz w skład polskiego dywizjonu, Eagle-owls. Będziesz im tam robił za radiooperatora i strzelca, bo raz, że chłopaki nie gadają po naszemu, a dwa, że nie bardzo orientują się w samolotach, które im daliśmy. Rozumiesz?
Dowódca przeglądał dzisiejsze wydanie "The Times" i od momentu, kiedy Fraser pojawił się w jego biurze, nie podniósł wzroku znad gazety. Wydawał się kompletnie niezainteresowany tym, na co właśnie skazał angielskiego sierżanta.
- Ale sir...
- Co? - zapytał mimowolnie oficer. - Wczoraj pieprzona nazistowska mina zatopiła HMS Hostile, wyobrażasz sobie? Skurwysyński niszczyciel przetrwał Hiszpańską Wojnę Domową, bitwę o Narwik, starcia koło Kalabrii... No, ale tak to jest, jak się pływa, a nie lata.
- Chyba zaszła jakaś pomyłka - kontynuował niezrażony Irvin.
- Nie, pięć osób zginęło, HMS Hero ma go zatopić. Jak już zbierze ocalałych, rzecz jasna. I tak to właśnie jest w marynarce, chłopcze. Niszczą swoje własne jednostki...
- Miałem na myśli mój przydział.
- Że co?
- Mam wejść w skład dywizjonu... Polaków? Z tego co wiem, mieli sami...
- Od czego tu jesteś, sierżancie?
- Od wypełniania rozkazów i służenia Jego Królewskiej Mości - odparł czym prędzej Irvin Fraser i stanął na baczność.
- Między innymi - burknął dowódca. - Wiem, że to kiepska sprawa, ale musisz przeboleć. Mnie też to w głowie się nie mieści, żeby robić dywizjony dla ludzi, którzy w starciu z Luftwaffe nie wytrzymali trzech dni. I co, mają pod angielskimi skrzydłami nagle stać się wirtuozami w chmurach?
- Nie sądzę, sir.
- Nikt cię nie pyta o zdanie - powiedział przełożony i przewrócił stronę timesa. - Ale pewnie długo tam nie posiedzisz. Jak tylko nasi chłopcy wyjdą ze szkolnych murów, dostaną te samoloty. A może nawet wcześniej gdzieś cię przeniosą, nie ma powodu do paniki.
- A jakie to samoloty? - zapytał pilot, mając nadzieję, że choć maszyny będą jakimś plusem tego przeniesienia.
- Defianty - odparł oficer, jakby zażenowany.
Fraser milczał.
- Przerzucają wszystkie do nocnych dywizjonów, bo w dzień sprawdzają się jak moja teściowa w meczu krykieta. A coś trzeba z nimi robić. Ten 307. chyba właśnie będzie nocny, ale formalnie decyzja jeszcze nie zapadła.
- Daffy... - wymamrotał sierżant i opuścił głowę. Samoloty te nie cieszyły się zbytnim poważaniem, bo zaprojektowane zostały w sposób dla większości lotników nielogiczny. Nie posiadały - jak wszystkie inne - działek z przodu, przez co pilot nie miał możliwości atakowania przeciwnika. Zamiast tego, za plecami miał radiooperatora oraz strzelca, który zajmował się tymi sprawami. W zamierzeniu miało to chyba zwiększyć efektywność przez wyraźny podział zadań na pokładzie, ale efekt był opłakany. W bezpośrednim starciu z niemieckimi samolotami, defianty do tej pory się nie sprawdziły, nic więc dziwnego, że przenoszono je do służby nocami.
- Latałeś kiedyś na nich, jak rozumiem.
- Tak jest.
- Polacy nie, więc przewiduję, że będzie sporo problemów. Nie mają pojęcia jak obsługiwać taki sprzęt... - Dowódca urwał, drapiąc się po czole. - To banda niezdyscyplinowanych, gorących głów, nieznająca języka, którym mają się komunikować w przestworzach. Zbieranina indywidualistów, zresztą słabo wyszkolonych. Latają w szykach tak luźnych, jakby ich powietrzne zwieracze... No, nieważne. Uważaj tam na siebie.
- Tak jest - odparł Irvin, obawiając się, że czeka go dalszy ciąg wywodu. Dowódca jednak na powrót skupił się na gazecie, więc sierżant odczekał chwilę, po czym zasalutował i opuścił biuro.
Wyszedł na płytę lotniska i założywszy ręce na piersi, zatrzymał się i zadarł głowę. Tuż nad nim przelatywała eskadra spitfire'ów. Przeszło mu przez myśl, że pewnie strącą kilku Niemców i mógł im tylko pozazdrościć. Bitwa w przestrzeni powietrznej Wielkiej Brytanii trwała w najlepsze od półtora miesiąca i mimo tego, że Luftwaffe nie dawało za wygraną, wszystko wskazywało na to, że Hitler nie może liczyć na sukces. On zaś, zamiast pomagać w zadaniu gnidom ostatecznego ciosu, miał latać z Polakami...
Przez huczące nad głową samoloty nie zauważył, że obok niego nagle pojawiła się kobieta w niebieskim mundurze, również żegnająca wzrokiem kolejne eskadry pilotów, ruszających do boju lub na patrol.
- Co jest, Fraser? - zapytała znienacka.
Drygnął mimowolnie, licząc na to, że uszło to jej uwadze. Dziewczyna jednak uśmiechnęła się promiennie, co pogrzebało jego nadzieję.
- Niby chojrak w powietrzu, a taka tchórzofretka na ziemi. Niebywałe.
- Jest wojna, nie zachodzi się ludzi od tyłu, do cholery.
- Taka wojna, że nie widziałam tu jeszcze ani jednego messerschmitta.
- I nie zobaczysz, bo żadnego tu nie przepuścimy. A sama nigdy nie zasiądziesz za sterami - odparł Irvin z szerokim uśmiechem.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że takie przytyki w końcu zbiorą swoje żniwo i narazi się na złość Aileen Saville. Kobiety zrzeszone w WAAF-ie miały zadania identyczne jak wszyscy żołnierze w jednostce, z tą tylko różnicą, że nie mogły latać. Każda uwaga na ten temat siała ziarno na żyznym polu ich bezradności i frustracji.
Aileen zaś była jedną z największych entuzjastek idei, by kobiety zaczęły pilotować myśliwce. W końcu jeśli Amelie Earhart była w stanie przelecieć samotnie cały Atlantyk, to tym bardziej Brytyjki powinny bronić nieba nad swoim krajem. Można było wprawdzie zaciągnąć się do służby w Air Transport Auxiliary, gdzie pilotki dostawały w swoje ręce stery nawet potężnych maszyn, ale realizowano tam jedynie zadania logistyczne.
Tymczasem przestworza wołały o to, by wypełnić je pilotkami w brytyjskich spitfire'ach.
Oczywiście Saville pozwalała sobie na wygłaszanie takich opinii tylko wtedy, gdy w okolicy nie kręcili się wyżsi stopniem. Teraz zbyła uwagę lotnika milczeniem, więc Irvin stwierdził, że wypadałoby, by on coś powiedział i przełamał niezręczną ciszę.
- Eee... - zaczął. - Także tego...
- Masz problemy umysłowe, Fraser?
- Nie większe niż zazwyczaj - odparł z lekkim uśmiechem. - Ale to nie jest mój dobry dzień.
- Jak tak na ciebie patrzę, to nigdy nie wyglądasz, jakbyś miał dobry.
- Yes ma'am - przytaknął. - Ale dzisiaj spadła na mnie wyjątkowo śmierdząca porcja łajna z dowództwa. Przydzielili mnie do Eagle-owls.
- Nie znam.
- Dywizjon Polaków. A co gorsza, całkiem możliwe, że nocny.
- Ups... - powiedziała z szerokim uśmiechem Saville i ochoczo poklepała sierżanta po plecach.
- "Ups" to mało powiedziane, dziewczyno. Przylatują ze Squires Gate za parę dni i podobno nie znają w ogóle języka. Nie wspominając już o nieznajomości naszych zasad, maszyn, kultury...
- Przesadzasz. Churchill nie bez powodu zgodził się na sformowanie polskich jednostek. Nie jest głupi.
- Nie? A jak mówi, że... - zaczął Irvin i zawiesił głos, po czym odchrząknął. - Że "nie masz na świecie większych durniów od Anglików", to też jest przejaw jego mądrości?
- Pewnie tak - odparła Aileen całkiem poważnie. - Mężczyzna, który wie, że jest głupi, nie jest tak do końca głupi. Ten więc, który wie, jak głupi jest jego naród, jest mędrcem.
- I właśnie za takie złote myśli nie latacie, dziewczyny - rzucił Fraser, po czym szybko zrobił krok w bok, by nie oberwać od Saville. Ta spiorunowała go tylko wzrokiem, po czym odparowała:
- A ty będziesz latać z Polakami.
I to zupełnie go zgasiło.
Kilka dni później samolot transportowy z przyszłymi pilotami Dywizjonu 307 podchodził do lądowania na lotnisku w Kirton-in-Lindsey. Silniki umiejscowione na skrzydłach rzęziły niemiłosiernie, a pasażerowie kiwali się na wszystkie strony, mimo zapiętych pasów bezpieczeństwa. W najlepszym przypadku pomiatało nimi jak chorągiewkami na wietrze. W najgorszym jak świniakami po zagrodzie.
Felo Essker siedział naprzeciwko swojego kompana, młodszego stopniem lotnika. Merowski spoglądał na niego raz po raz, imitując odruch wymiotny spowodowany trudną przeprawą powietrzną. Nie było to najlepsze urozmaicenie nudnego lotu, a w dodatku ściągało uwagę pozostałych żołnierzy. Zdecydowana większość ograniczyła się do westchnień politowania.
- Przestaniesz? - zapytał podporucznik.
- Za mało wypiłem przed startem. Wiesz, że nie latam bez kielicha.
- Myślałem, że to się tyczy tylko sytuacji, kiedy siedzisz za sterami - odparł Essker i obrócił głowę w kierunku dziobu samolotu. Wprawdzie z pokładu ładunkowego, w którym się znajdowali, nie widać było jak daleko są od ziemi, ale Feliks przypuszczał, że muszą podchodzić do lądowania. Ewentualnie obniżanie pułapu mogło wynikać z obecności maszyn Luftwaffe. Rzężące silniki skutecznie wszystko zagłuszały, więc nie sposób było stwierdzić, czy w okolicy znienacka nie pojawił się charakterystyczny dźwięk messerschmittów czy jeszcze lepiej rozpoznawalnych sztukasów. Te ostatnie miały na wyposażeniu "trąby jerychońskie" - zamontowane na owiewkach podwozia syreny, które miały wszem i wobec zwiastować zbliżającą się śmierć.
Essker uważał to za skrajny kretynizm, ale najwyraźniej Hitler musiał spróbować w tej wojnie wszystkiego - a póki skupiał się na takich pierdołach, nie było najgorzej. Oprócz tego w ostatnim czasie samoloty te po spotkaniach z RAF-em spadały z brytyjskiego nieba jak śnięte ptaki. Polak żałował tylko, że jemu nigdy nie będzie dane podziurawić junkersa, bo zanim dopuszczą go do steru jakiegokolwiek samolotu, Niemcy dawno wycofają to barachło z frontu.
- Nad czym tak myślisz, poruczniku? - zapytał Leon, przekrzykując silniki.
Felo nie zdążył odpowiedzieć, gdyż wszyscy pasażerowie podskoczyli, gdy koła transportowca dotknęły płyty lotniska. Jeszcze kiedy kołował, Merowski wyciągnął zza pazuchy piersiówkę i pociągnął spory łyk. Wyższy stopniem lotnik spojrzał na niego obojętnie, podobnie jak i reszta towarzystwa. Każdy był przyzwyczajony do tego widoku - czy Leon latał, czy był przyspawany do ziemi, zawsze smarował wątrobę. I mimo tego, że niejednokrotnie pił bezpośrednio przed wejściem do samolotu, nigdy nie sprawiło to większych problemów. Może z wyjątkiem sytuacji, gdy przy pierwszym locie, na jakichś starych angielskich samolotach, przyuważył to jeden z Brytyjczyków. Leon dostał za to niemałą burę, ale koniec końców temat stał się tylko przyczynkiem do żartów pośród herbaciarzy.
Teraz jednak sytuacja miała zmienić się diametralnie - utworzono szósty polski dywizjon w ramach RAF-u, opatrzony numerem 307 i nazwą "Lwowskie Puchacze", który miał rządzić się sam. Cała odpowiedzialność miała spoczywać w rękach Polaków..., a przynajmniej tak wydawało się pilotom, którzy właśnie opuszczali pokład transportowca na lotnisku w Kirton-in-Lindsey.
Zbiórka nastąpiła niedługo potem, tuż obok płyty głównej lotniska. Nie zdążywszy odebrać nawet rozkazu o zakwaterowaniu, Essker i reszta rzucili swoje torby na kawałek trawiastego podłoża i ustawili się w szeregu.
Przed nimi stało dwóch mężczyzn, którzy sprawiali wrażenie, jakby znajdowali się tutaj za karę. Jeden w niebieskim mundurze RAF-u, opatrzonym polskimi oznaczeniami, około czterdziestoletni. I drugi, starszy o jakieś dziesięć lat, już w standardowym umundurowaniu brytyjskim.
Essker wykorzystał chwilę nieuwagi dwóch oficerów i obrócił głowę w kierunku płyty lotniska. Na niej, jak i w okolicach, trwał wzmożony ruch. Mechanicy krzątali się na drewnianych drabinach opartych o samoloty bądź rozstawionych tuż obok nich. Piloci pochylali się nad bombami i kreślili na nich kredami dedykacje. Inni technicy malowali na samolotach jakieś symbole, a w całym tym zamieszaniu krążyły spore grupy kobiet, znacznie liczniejsze niż w Blackpool. Niewątpliwy plus, pomyślał Feliks.
Gdy tylko kapitan zaczął przemawiać, pilot wiedział już, że ten plus jest jednym z niewielu. O ile nie jedynym.
Na wstępie padło kilka standardowych formułek, bo paść musiało. Informacja o rozkazie ustanawiającym jednostkę, powitanie, przedstawienie dowódców. Essker słuchał z uwagą, choć czekał na najważniejszą wiadomość - kiedy i gdzie będą mogli siąść za sterami. I jakich maszyn.
- Zostaliście włączeni do Dywizjonu 307, noszącego imię "Lwowskich Puchaczy".
- Kurwa mać... - skwitował burkliwie Leon Merowski. - Puchacze? To sowy, nie?
- Zamknij się - rzucił pod nosem któryś z zebranych, nie odrywając wzroku od kapitana, który kontynuował swój wywód na temat wyboru nazwy. Po chwili poprawił turkusowy szal, który jako jedyny - prócz polskich dystynkcji - odróżniał go od oficera brytyjskiego, i oznajmił, że dowództwo zezwoliło, by takie szaliki nosili. W 303. mieli szkarłatne, im trafiły się turkusowe. Cóż, zawsze mogło być gorzej, skwitował w myśli Felek.
- Pewnie stamtąd nie widzicie, ale ta sowa... - Mówca podniósł kawałek materiału i wskazał na haft. - Trzyma w ręce... znaczy, w szponie, czy co ona tam ma... Trzyma butelkę. Miał to być koniak, ale nie wiem czy do końca wyszło. Tak czy inaczej, nie jest to zachęta do chlania na umór.
Cisza.
Kapitan potoczył wzrokiem po zebranych, licząc, że wzbudzi choć lekkie uśmiechy. Wszyscy jednak stali w postawie zasadniczej, z marsowymi minami, jakby czekali na stracenie.
- Pod sową widnieje napis Semper Fidelis, ktoś wie, co to oznacza?
Znów cisza.
- Zawsze wierny - odpowiedział sobie oficer. - Ktoś wie, dlaczego?
- Bo taka jest dewiza Lwowa, a my jesteśmy "Lwowskimi Puchaczami" - odezwał się ktoś głosem tak poważnym, że nie wiedzieć czemu, po zebranych rozszedł się pomruk tłumionego śmiechu. Kapitan rozmasował czoło i stwierdził, że nie będzie łatwo.
- W porządku - powiedział, odchrząknąwszy. - Koniec tych dupereli. Przejdźmy do konkretów... Próbowałem załatwić nam hurricane'y i dowództwo zapewniało mnie jeszcze kilka dni temu, że je otrzymamy.
Feliks Essker zaklął siarczyście w myśli. Liczył na to, że trafią im się te myśliwce. Ale jak mówił wcześniej Leonowi, tak i teraz mógłby powtórzyć, że poleci największym rupieciem, byleby w kierunku fryców.
- Zamiast tego, nasi angielscy przyjaciele zaoferowali nam defianty.
- Co? - rozległo się pytanie z prawej strony szeregu, które szybko spowodowało reakcję łańcuchową. W przeciągu kilku sekund cała dyscyplina znikła. Żołnierze obracali się, spoglądali na siebie i wymieniali się krótkimi uwagami.
- Trzysta siódmy będzie latał najprawdopodobniej w nocy - kontynuował kapitan, chcąc przekazać wszystkie złe wieści za jednym zamachem. Nie wszyscy usłyszeli jego słowa, ale ci, którym się udało, szybko przekazali je reszcie. I dopiero wtedy podniósł się prawdziwy raban.
- Jak niby nocami mamy cokolwiek wypatrzyć? - zapytał ktoś.
- Przydatniejsza od nas w tej wojnie będzie pasza dla knurów! - odezwał się ktoś inny.
Mówca nerwowo poprawił mundur, czekając, aż pierwsza fala protestów ucichnie.
- Przecież tam nawet nie ma działek... - powiedział Merowski.
- Panie kapitanie... Jeśli dobrze rozumiem, mamy być pieprzonymi szoferami dla strzelca, który będzie siedział za naszymi plecami? - dodał inny lotnik.
- I tak w nocy do nikogo byś nie strzelił - burknął ktoś pod nosem.
- Mamy walczyć ze szkopami czy, do kurwy nędzy...
- Order! - ryknął brytyjski oficer, który do tej pory przypatrywał się całej sytuacji w milczeniu, trzymając ręce skrzyżowane za plecami. Wodził wzrokiem pełnym dezaprobaty po zebranych Polakach, po czym najwyraźniej stwierdził, że jego polski odpowiednik nie ma zamiaru uciszyć swoich ludzi. Brytyjczyk musiał powtórzyć rozkaz kilka razy, zanim wszyscy usłyszeli.
- A ten herbaciarz to kto? - zapytał Leon.
- Wystąp, sierżancie - rzucił oschle polski dowódca.
Merowski spojrzał na Feliksa i przyjął wyraz twarzy dzieciaka, który narobił w pieluchę. Postąpił krok wprzód, przyjął postawę zasadniczą i czekał, aż kapitan się zbliży. Ten jednak najwyraźniej nie miał ochoty na indywidualne reprymendy - spojrzał na Leona, pokręcił głową i odłożył ukaranie niezdyscyplinowanego lotnika na później.
- Oficer, któremu udało się wreszcie was uciszyć, to kapitan Cameron Porterfield. Przedstawiał wam się na wstępie, może trzeba było słuchać? - zapytał polski oficer i omiótł wzrokiem grupę. W końcu machnął ręką. - Kapitan w ścisłej współpracy ze mną będzie dowodził dywizjonem.
- Jak to? - wyrwało się Merowskiemu.
- Na ziemię. Pięćdziesiąt pompek - rzucił jakby mimochodem kapitan i kiedy lotnik wykonywał rozkaz, ten kontynuował. - Taki konsensus zapadł w ustaleniach dowództwa. Czy wam się to podoba, czy nie, tak musi być.
- Panie kapitanie...
- To nie czas i miejsce na biadolenie, zrozumiano? Sam chętnie bym ponarzekał, bo są powody. Wiem, jaki potencjał w was drzemie, z niektórymi miałem zresztą okazję latać. Wiem, że będziecie się marnować na nocnych lotach, eskortując bombowce czy patrolując niebo bez większego celu. Wiem, że nie będziecie mieć okazji do tłuczenia niemieckich samolotów, że dostaliście ostatnie maszyny, jakie byście chcieli i że nie w smak wam robić za szoferów, ale trzeba wytrzymać. A ja będę działać, żeby sytuacja się zmieniła.
- Panie kapitanie...
- Cisza! - ryknął oficer, ale siła jego głosu nie była nawet w połowie taka, jak Porterfielda. Nie była to jednak kwestia charakteru Polaka, a jego podejścia - mówca sprawiał na zebranych wrażenie, jakby był przybity, a momentami nawet depresyjny. Prócz ostatniej wypowiedzi, mówił cicho, bez przekonania i z ewidentnym zawiedzeniem w głosie. Merowski, który właśnie skończył pompki, poderwał się zasapany z ziemi i pierwszą jego myślą było to, by dać dowódcy w mordę, bo ten i tak nie zabawi długo w Trzysta Siódmym.
- Mówcie teraz, który umie cokolwiek po francusku? - zapytał kapitan.
- Ja - odezwał się Essker, podnosząc rękę. Oficer odczekał jeszcze kilkanaście sekund, licząc na to, że zgłoszą się inni. Kiedy stało się jasne, że na nikogo więcej nie może liczyć, pokręcił głową.
- Świetnie. Jeden lotnik będzie w stanie komunikować się z Anglikami. No chyba że ktoś zna ich język?
Tym razem nie wyrwała się ani jedna osoba.
- Dobra. Słuchać, poruczniku - powiedział, patrząc na Feliksa. - Pójdziesz z kapitanem Porterfieldem, który potrafi memłać po francusku, ustalicie parę szczegółów, a potem zameldujesz mi, bo ja nie mam się jak z tym Anglikiem dogadać.
- Tak jest - odparł machinalnie Felo. - Korzystając z okazji, chciałbym zapytać, czy przywrócone zostaną nasze stopnie?
- Po ukończeniu szkolenia - odburknął kapitan.
Zdegradowanie, jakie łączyło się z wcieleniem polskich lotników do brytyjskich sił, było największym prztyczkiem w nos, jaki otrzymali. Piloci-oficerowie, bez względu na stopień, spadli do poziomu pilot officer, odpowiadającemu podporucznikowi - w tym także Essker.
Nie była to jednak jedyna ujma, jaka ich spotkała.
- Co to za szmata, panie kapitanie? - zapytał Feliks, wskazując na powiewającą czarną flagę z białym orłem, która przed momentem została wciągnięta na wysoki maszt. Pozostali zgromadzeni zwrócili wzrok w jej kierunku i jak jeden mąż, zmarszczyli czoła.
- Nie wiem, zapytaj herbaciarza.
Essker spojrzał na Porterfielda.
- Panie kapitanie, co to za flaga? - zapytał.
Do tej pory Brytyjczyk przyglądał się reakcji Polaków ze zdziwieniem, ale teraz wywrócił oczami, zupełnie zdezorientowany. Zbliżył się o krok do Feliksa, po czym rzekł:
- Wasza.
- Jaka nasza?
- Wywiesiliśmy na waszą cześć, z okazji przybycia.
- Przecież to... Panie kapitanie, nasza flaga jest biało-czerwona.
Grupa lotników zauważyła kilku angielskich pilotów, którzy stali w okolicach masztu i wskazywali sobie Polaków, formułując pod nosem zapewne jakieś niezbyt pochlebne opinie, gdyż szyderczo się przy tym uśmiechali.
- To nie wasza flaga? - upewnił się Porterfield.
- Nie.
- No to godło.
- Na godle mamy białego orła. Na czerwonym tle.
- Niemożliwe.
- To jakiś żart? - zapytał polski lotnik, a w odpowiedzi otrzymał jedynie wzruszenie ramionami. Essker poczuł się, jakby uczestniczył w zupełnym cyrku. Uniósł brwi, z niedowierzaniem przenosząc wzrok na polskiego dowódcę.
- I o co chodzi? - zapytał pod nosem kapitan.
- Wywiesili naszą flagę. Przynajmniej tak myślą.
Kilku lotników natychmiast odwróciło się do Anglików i obrzuciło ich złowrogim spojrzeniem. Na dobrą sprawę wystarczyło spojrzeć na grupę herbaciarzy, by stwierdzić, że robią sobie z nich jaja.
W normalnych okolicznościach nie byłoby to punktem zapalnym najmniejszego konfliktu, co najwyżej prowadziłoby do kilku obelżywych uwag. Teraz jednak, gdy Polska znikła z mapy świata, każdy symbol nabierał znaczenia niemal sakralnego. Kalanie go w jakikolwiek sposób, choćby najbardziej prozaiczny, było aktem herezji.
- Ja im, kurwa... - zaczął Leon, ale nie dokończył. Kilku pilotów z prawej strony szeregu puściło się pędem w kierunku masztu, więc Merowski szybko uznał, że zamiast gadać, należy przejść do czynów.
- Stać! - zdążył jeszcze krzyknąć kapitan, zanim Essker do nich dołączył. Biegł tuż za Leonem, mając zamiar raczej powtrzymać przyjaciela przed zrobieniem głupoty, niż wdawać się w utarczki z tutejszymi pilotami. Nie zdążył jednak do niego dopaść, zanim ten wyprowadził potężny prawy sierpowy, który wylądował prosto na twarzy jednego z Brytyjczyków.
Drugi z nich zamachnął się w odwecie, ale Merowski sprawnie się uchylił, przez co zaciśnięta pięść sięgnęła Feliksa. Podporucznik szybko doszedł do siebie i zanim jego kompan zdążył się wyprostować, wymierzył cios w brzuch angielskiego pilota.
Jatka trwała nie dłużej niż przez minutę, po której na miejscu zjawił się polski kapitan w towarzystwie Porterfielda. Jeden krótki rozkaz sprawił, że wszyscy lotnicy stanęli na baczność - choć do tego czasu kilku z nich już obficie krwawiło z nosa, w tym Essker.
- Sierżancie Fraser! - ryknął tubalnie Cameron.
- Słucham, sir? - zapytał Irvin, ocierając krew spływającą do ust.
- Widzę, że jesteś tu najstarszy stopniem - zaczął Porterfield.
- Tak jest.
- Wytłumacz więc, co się, do cholery, stało? Nagle przestaliście być godnymi oficerami Królewskich Sił Lotniczych, kiedy ja byłem na odprawie z Polakami? Czy może po prostu chcecie czyścić latryny do końca służby w tej jednostce?
- Oni...
- Nie, nie, nie, sierżancie Fraser. Nie chcę słyszeć o "nich". O "nich" słucham bez przerwy. Polacy to, Polacy tamto, potrafią latać, nie potrafią latać, są bandą dzikusów, są dżentelmenami, są niedorajdami, są wirtuozami lotnictwa... Mam serdecznie dosyć. Interesuje mnie wasza postawa, która jest karygodna.
- Tak jest, sir.
- Zgłoś się do dowódcy swojej eskadry.
- Niestety, panie kapitanie, jeszcze go nie znam. Zostałem przydzielony... Cóż, właśnie do Polaków.
Cameron Porterfield przez moment spoglądał na Frasera, jakby ten był chory na umyśle. Odchrząknął, przeniósł wzrok na swojego polskiego odpowiednika, po czym zmitygował się, że nie ma jak się z nim porozumieć. Kiedy zreflektował się, że jedynym tłumaczem może być lotnik, który stał teraz przed nim z zakrwawioną twarzą i który brał udział w tym kretyńskim przedstawieniu, zrezygnował z wyjaśnienia tej sytuacji Polakom.
- Rozumiem, że to był zwykły błąd? - zapytał, patrząc na Irvina.
- Jaki błąd?
- To nie jest, do cholery, ich flaga - odparł kapitan, wskazując na białego orła, trzepoczącego na czarnej tkaninie.
- Jak to nie? Takie dostaliśmy informacje.
- Bloody hell... - skwitował pod nosem Porterfield. Jeśli tak miała wyglądać ich współpraca, to nie trzeba było żadnych szkopów. Pozabijają się sami.