Turecka namiętność - Antonio Gala

Reflow text when sidebars are open.
Udało mi się przekonać samą siebie, że moje małżeństwo jest idealne. Nad kwestiami, które na początku zaprzątały mi głowę, przestałam się zastanawiać. Nie zostały przez to wyjaśnione, ale przynajmniej nie tkwiły mi ciągle przed oczami. Patrzyłam w inną stronę, myśląc, że życie jest wielkie jak świat, a może nawet jeszcze większe. Nieszczęście, powtarzałam sobie, rodzi się, a już na pewno urasta do niebotycznych rozmiarów, kiedy koncentrujemy się wyłącznie na brakach, rozczarowaniach czy tęsknotach. Jeśli w ogrodzie nie da się uprawiać sałaty, nie należy zostawiać go odłogiem, tylko zasiać inne warzywa i zadowolić się tym, co się ma.
Ramiro uważany był za najprzystojniejszego chłopaka w Huesce. Teraz myślę, że nie było to aż tak istotne. Wtedy mi wystarczało. Był starszym bratem Adeli, dziewczyny w moim wieku, brzydkiej i pozbawionej wdzięku, z cofniętym podbródkiem i wystającą górną szczęką pełną małych, ostrych zębów sterczących z bladoróżowych dziąseł, które odsłaniała w uśmiechu. Na szczęście rzadko gościł on na jej twarzy. Z Adelą chodziłyśmy do jednej klasy w liceum, ale nie wspominałam jej dobrze. Pewnie jej brzydota sprawiła, że była ponurakiem, skarżypytą i kujonem, który i tak nigdy nie dostawał dobrych ocen. Laura, Felisa i ja nienawidziłyśmy jej chyba najbardziej. Właśnie ta wspólna niechęć do niej połączyła nas od pierwszej chwili.
Ramiro uważał, że nie warto tracić czasu na długie studia. Zaliczył jakieś kursy przedsiębiorczości, pracując już zresztą w firmie ubezpieczeniowej, która właśnie otworzyła nowy oddział. Tam też, co zrozumiałe, nabrał pewności siebie. Znałyśmy go wszystkie, a kiedy go mijałyśmy, trzy psiapsiółki trzymające się jak głupie pod rękę, w podcieniach Porches de Galicia, w drodze do kina lub wracając z niego, nie mogłyśmy opanować głupiego porozumiewawczego chichotu, który zawsze wywoływał uśmiech na jego twarzy. Był wysokim blondynem o niebieskich oczach. Poznałyśmy go oficjalnie na pielgrzymce do Cerro de San Jorge. Kwiecień dobiegał końca i było tak ciepło, że porozpinałyśmy bluzki. Sroki krążyły nad cyprysami i sosnami na zboczu wzgórza. W oddali słychać było gwar miasta, które z góry pod katedrą wyglądało jak pogrążone we śnie. Od czasu do czasu rozlegał się jak grom z jasnego nieba przeraźliwy krzyk pawia. Laura, Felisa i ja przygotowywałyśmy przekąskę, gdy zjawiła się Adela z Ramirem. Przedstawiła nam go niechętnie. Laura zaproponowała herbatę. Przyjęli zaproszenie. Pierwszą rzeczą, którą powiedział, było:
- Wiecie, że ta kaplica była przyczółkiem podczas heroicznej obrony Hueski w czasie wojny?
- Oczywiście - odpowiedziała Laura. - To jest napisane na drzwiach, ale biorąc pod uwagę, co z tego mamy...
Wszystkie trzy studiowałyśmy już w Saragossie i zaczęłyśmy precyzować własne moralne i polityczne poglądy. Chyba żadnego z nich nie urzeczywistniłyśmy. Najbardziej zagorzale broniłyśmy swego stanowiska wobec tradycyjnego małżeństwa, uznawanego przez nas za prawdziwy krzyż pański kobiet. Ich jedyną rolą w naszych rodzinach było posłuszeństwo mężowi i prowadzenie domu, egzystencja, po której nie pozostanie najmniejszy ślad ich indywidualności. Wszystkie trzy chciałyśmy być wolne, pracować na swój rachunek i mieć własne zdanie. Laura i ja studiowałyśmy literaturę, choć ona dryfowała bardziej w stronę psychologii, a Felisa farmację. Nie zdając sobie z tego sprawy, godziłyśmy tę swoją, bardzo zaawansowaną w naszym odczuciu, postępowość z marzeniami o księciu z bajki.
Pamiętam rozmowy, nie wiem, czy w ich pierwotnym kształcie, czy może ubarwione moimi późniejszymi skromnymi doświadczeniami, prowadzone przez nas w naszym maleńkim studenckim mieszkaniu. Ściślej mówiąc, Felisa i ja słuchałyśmy Laury. To ona od czasu do czasu wygłaszała niekończące się tyrady, żeby - jak mawiała - podsumować na głos najważniejsze tematy. Wszystkie trzy miałyśmy być bohaterkami wypruwającymi sobie żyły dla dobra bliźnich, wznoszącymi sztandar kobiecości i chlubiącymi się zdobyczami naszej uciśnionej płci.
- Słabość ludzkich szczeniąt - zaczynała Laura, robiąc herbatę - powoduje, że opiekujemy się nimi i przygotowujemy je do samodzielnego życia przez długie lata. Dzięki temu są gatunkiem wyższym i przez całe życie zachowują typowe dla okresu dzieciństwa ciekawość i zdolność do dziwienia się. To właśnie te przymioty cechują poetów i mędrców, bo poezja i nauka są konsekwencją fascynacji.
- Idąc tym tokiem myślenia - przerywała Felisa, która pierwsza rzucała się na bułki i ciasta - dziewczynki, istoty słabsze i mniej samodzielne od chłopców, jako kobiety są bardziej inteligentne niż mężczyźni.
- A już na pewno dzięki wychowaniu, jakie otrzymują - uzupełniałam - potrafią się podobać, uwodzić, oszukiwać, zgłębiać psychikę mężczyzn, przewidywać ich ruchy i, w konsekwencji, dominować nad nimi.
Laura, nieco poirytowana, podejmowała wątek:
- Samice ssaków, nasze krewne, takie maciory na przykład...
- Chyba nie masz na myśli mnie! Zjadłam tylko jednego pączka - przerywała Felisa.
- Samice, powtarzam, z pewnością są inteligentniejsze od samców. Po prostu dlatego, że częściej niż samce walczą o życie swoje i swojego potomstwa i doskonale znają zadania stada.
- A na dodatek - znów przerywała Felisa - samce o nie walczą. Pieprzyć ich!
- Walczą też - wyjaśniała Laura - o pożywienie i terytorium. A nawet bez żadnego powodu. Samce po prostu walczą o władzę.
- A to przykra niespodzianka! - wykrzykiwałyśmy równocześnie z Felisą.
- Zaraz, zaraz! Samice przyznają im jedno jedyne prawo: prawo do ich pokrycia. Oddają się najsilniejszemu, a po zapłodnieniu usuwają w cień, żeby zajmować się sobą i swoim miotem. Zdarza się nawet - śmiała się szelmowsko - że kiedy sto cztery podtatusiałe samce walczą o pierwszeństwo, kierowane instynktem samice wybierają młodszych, którym oddają się za plecami walczących. Podobnie bywa z mężczyznami: dominujący może zostać pokonany przez sojusz słabszych, którzy narzucają nowy porządek, wystrychnąwszy zwycięskiego macho na dudka. Kto inny sieje, a kto inny zbiera plony. Dla natury najważniejsza jest ciągłość. Dlatego macierzyństwo jest podstawą.
- No ale macierzyństwo to konsekwencja... - zaczynała Felisa.
- Zamknij się w końcu! Gubię przez ciebie wątek. To ciekawe, że w tym samym stopniu, w jakim macierzyństwo wiąże samicę z pozostałymi samicami, ponieważ oznacza solidarność gatunku i przekazywanie praw natury, ojcostwo indywidualizuje, odróżnia mężczyznę nie tylko od samców innych gatunków, lecz także od pozostałych mężczyzn. My, będąc matkami, jesteśmy bardziej zwierzęce, mężczyzna, będąc ojcem, jest bardziej ludzki. Ojcostwo wśród zwierząt nie jest determinantą: kończy się wraz z zapłodnieniem lub niedługo potem.
- Chcesz powiedzieć, że matka nie jest istotą ludzką? - pytałam zaskoczona.
- Nic takiego nie mówię, rodzi przecież ludzi. Chodzi o to, że od kiedy patriarchat zdetronizował matriarchat, ludzkość zatraciła swoją zwierzęcość do tego stopnia, że utraciłyśmy prymat, władzę i niezależność. Kiedyś samce (i to każdy samiec bez różnicy) służyły do tego, do czego służyły, i do niczego więcej; teraz my, kobiety, ograniczamy się do pełnienia funkcji matek. Jeszcze się przekonamy, jakim oszustwem jest patriarchat. Nie wiem, czy mnie rozumiecie... Podział dóbr doprowadził do powstania własności prywatnej; moralność i szacunek dla rodziny dały początek prostytucji; nowy, seksistowski porządek zrodził nierówność i bałagan; poszukiwanie braterstwa było źródłem wszelkiego rodzaju podziałów; wprowadzenie prawa ustanowiło hierarchię; religie zaowocowały poczuciem winy i pokutą; nasza potrzeba miłości i konieczność przetrwania gatunku zapoczątkowały kult ojcostwa... Strzeliłyśmy sobie w stopę. Dla nas nie ma już innego miejsca niż rodzina: jesteśmy córkami, żonami i matkami. I nikim więcej. Zamiast uczyć dziewczęta, żeby realizowały swoje pragnienia na własną odpowiedzialność, uczy się je tylko tego, żeby chciały być pożądane.
Felisa i ja buntowałyśmy się, odstawiając filiżanki z herbatą.
- Musimy z tym walczyć! - krzyczałyśmy, zrywając się na nogi.
- To bardzo trudne. Już raz przegrałyśmy tę walkę. Trzeba oczywiście pamiętać o tym, co pisała Beauvoir: chęć bycia pożądaną nie ma nic wspólnego z byciem biernym obiektem pożądania. Kochanka nigdy nie daje za wygraną, ciągle się odradza. Pozorna kobieca uległość to nic innego jak lansowanie siebie samej. Jeśli któraś jest wybrana, to dlatego, że cichaczem dokonała już wyboru; uwodziciel jest uwiedziony wcześniej, nawet jeśli tego nie dostrzega. Ta gra instynktów jest dla nas korzystna, ale są również minusy. Weźmy na przykład seksualność, fizyczną seksualność. - Felisa i ja wymieniałyśmy spojrzenia, zarumienione nieco i dumne zarazem z naszego zuchwalstwa. - Męski narząd jest wyrazisty, zewnętrzny, łatwy w użyciu, czysty. W nim kumulują się spełnienie, gotowość i żądze; funkcja wykształciła organ. Nasz narząd natomiast pozostaje ukryty (a my ukrywamy go jeszcze bardziej, ponieważ skromność najwyraźniej jest naszą główną cnotą) i jest o wiele bardziej skomplikowany, a już co najmniej podwójny.
- Podwójny? - pytałyśmy z Felisą, nie mogąc się otrząsnąć ze zdumienia.
- Tak, moje panie, podwójny, nie udawajcie niewiniątek. Ze względu na swój wygląd: bo i łechtaczka, i pochwa; ze względu na swoją rolę: bo i aktywna, i pasywna; ze względu na swoją wszechobecność: w jednym miejscu orgazm, w wielu seksualność...
- Tak lepiej - odpowiadała uspokojona Felisa. - Mężczyzna jest nieskomplikowany: ubywa go, kiedy doznaje rozkoszy. Mój chłopak...
- Owszem, ale to nie znaczy, że my mamy łatwiej. Penis i moszna to prosta sprawa. My jesteśmy oczekiwaniem, wołaniem, zbiornikiem, w którym przechowuje się nasiona życia, a nawet więcej, w którym życie bierze początek, i to nie w przenośni, ale fizycznie.
Nawet gdy nie rozmawiałyśmy o dzieciach lub robiłyśmy to w abstrakcyjnej formie, przekonanie, że naszym powołaniem są dzieci, które wcześniej czy później będziemy tulić w ramionach, towarzyszyło każdej naszej myśli. Powiedzmy, że chociaż niezależność była celem naszego życia, a praca miała nas pochłonąć całkowicie, w uszach wszystkich nas dźwięczały mimowolnie głosy dzieci, których mniej lub bardziej świadomie oczekiwałyśmy. Felisa ujęła to najlepiej, wykrzykując:
- Ach, to jest o wiele bardziej transcendentne niż bzykanie.
- I dłuższe, i znacznie droższe.
- Ja się cieszę, że jestem kobietą - upierała się Felisa. - A jak kiedyś zechcę mieć penisa, to będę go miała.
- Nie wątpię. To się rozumie samo przez się. Właściwie to już go masz, szelmo. Ale na razie daj nam pomyśleć. Ponieważ z tego, co mówiłyśmy...
- Raczej z tego, co mówiłaś...
- Z tego, co mówiłam, wynika dla mężczyzn jeden ewidentny minus. Istotny minus: nie ekwipunek decyduje o męskości, tylko podboje. Nie wystarcza mieć penisa, jak mówisz. Mężczyzna musi udowodnić swoją męskość. Nie tylko przed kobietą i innymi mężczyznami, to znaczy społeczeństwem, lecz także przed samym sobą. Natomiast my, kobiety, rodzimy się kobietami i nie musimy się uczyć nimi być.
- Jak to nie? - Podskakiwałam, powracając nieustannie do dręczącego mnie tematu. - Nasza seksualność jest tłumiona i kontrolowana, dopóki nie wybije nasza godzina, której zresztą nigdy nie znamy, a i później również. Wychowanie narzucone przez mężczyzn zniewala nas. Lauro, zrozum, w ich rękach stajemy się przedmiotami.
- Nieprawda, nie zgadzam się. Od razu widać, że nadal jesteś dziewicą. - To Felisa oczywiście. - Dlaczego my nie możemy podbijać tak jak oni, współzawodnicząc z nimi jak ludzie z ludźmi, pozostawiając na boku kwestię macierzyństwa?
- Bo macierzyństwo nie może być odsunięte na bok, gdyż wraz z nim i my zostaniemy odsunięte na bok! - krzyczała Laura. - Słuchaj, moja droga, zadaniem mężczyzny, przez całe jego życie, jest przekształcanie w siłę jego słabości; w każdego rodzaju siłę. Siły prymitywnej w siłę inteligentną, to znaczy we władzę, w dyktat, czyli w literę prawa. Nie w prawo dżungli, które jest wcześniejszym stadium, tylko w inne, racjonalne, sztuczne, ludzkie prawo, które często przeciwstawia się temu pierwszemu, naturalnemu prawu przetrwania. Zwróć uwagę, jaka przepaść dzieli pozbywanie się słabszych osobników od stwierdzenia, że ostatni będą pierwszymi lub że masz kochać bliźniego jak siebie samego.
- To już religia.
- Religia jest bardziej ludzka niż prawo.
- Nie jestem pewna. Myślę, że dla niektórych grup jest najbardziej korzystna - burczała Felisa.
- Każde prawo jest korzystne dla tych, którzy je stanowią.
- W porządku, niech będzie - wtrąciłam w obawie, że rozpęta się kłótnia. - Tylko że jeśli takie ma być zadanie mężczyzny, jaka jest rola kobiety w tym wszystkim?
- Fizyczna, cielesna, czyli poczęcie, narodziny, rodzicielstwo i cała reszta, która się z tym wiąże. Z tego punktu widzenia mężczyzna jest bezużyteczny. Kiedy coś robi, robi to tak trochę poza sobą. Jego działania mają funkcję dekoracyjną, można powiedzieć. Bez niego natura zorganizowałaby się w inny sposób. Jego aktywność, mimo że nadal ściśle ludzka, dla cywilizacji jest bez znaczenia. Trudno by było go o tym przekonać, ale tak właśnie jest.
- A sztuka? - pytałam, zawsze nią zainteresowana.
- Masz na myśli akt twórczy, jak sądzę... Tej zagadki nie da się rozwiązać - odpowiadała Laura, trochę dlatego, że cechowała ją skłonność do pewnej teatralności, a trochę dlatego, że wszystko, czego nie wiedziała, stanowiło dla niej zagadkę nie do rozwiązania. - Twórca jest jak istota biseksualna. Nie dlatego, że ma dwa narządy czy uprawia seks z obiema płciami, ale dlatego, że obie płcie się w nim stapiają. Ma on kobiecą zdolność wyrażania własnych uczuć za pomocą słów, barw lub form, posiadając równocześnie męską mentalność zdobywcy, która porządkuje piękno i nim zarządza. W moim rozumieniu wszelkie możliwe do wyobrażenia odmiany tworzenia sprowadzają się do dobra, prawdy lub piękna. Sztuka jest, czym jest, nie aspiruje do niczego więcej, nie jest też w stanie niczego więcej osiągnąć. Gdyby ktoś usiłował spożytkować swoje łzy, przestałby płakać...
Przypomniał mi się dzień, kiedy ojciec nakrzyczał na mnie i ukarał mnie z niewiadomego powodu, a ja, płacząc pod ścianą w ogrodzie w Panticosie, chciałam napełnić łzami fioletowy dzwoneczek, który zerwałam z rosnącego tam powoju. W ten sposób - myślałam - zobaczą, ile łez przez nich przelałam. Niestety, przestałam płakać, kiedy tylko postanowiłam wylać więcej łez, żeby napełnić kielich.
Laura mówiła dalej:
- Kiedy ktoś próbuje osiągnąć cel odmienny od spełnienia się w akcie tworzenia, sztuka staje się przedmiotem rynkowym i w związku z tym przemijającym. Artysta jest środkiem wyrazu, bytem w służbie idei, których sam nawet nie potrafi zliczyć. Jest na haju, a w stanie upojenia żadne rachunki nie mają racji bytu. Dlatego uważam, że akt tworzenia ma wiele wspólnego z aktem poczęcia i rodzenia.
- Z tego, co mówisz, można by wnioskować, że kobieta jest naturą, a mężczyzna kulturą. Czy kobieta nie może stworzyć niczego poza własnymi kobiecymi narządami? Czyż akt tworzenia nie może być i naszym udziałem?
- Przecież mówiłam, że twórca jest biseksualny. Akt tworzenia pozostaje poza podziałem funkcji między samcami a samicami.
- Nie zaprzeczaj sama sobie, Lauro! - wtrącała Felisa. - Przecież twoim zdaniem my nadajemy się tylko do rodzenia.
- Nie tylko. Uważaj, co mówisz. Czasem umiejętność rodzenia schodzi na drugi plan. Kobieta może wspierać mężczyznę w jego przedsięwzięciach, może podnieść jego rangę i nadać mu znaczenie, którego on pragnie. W ten sposób staje się ukrytym motorem napędowym historii. Poza tym samo rodzenie to za mało, nie wszystko sprowadza się do instynktu, jest jeszcze miłość: miłość do mężczyzny, przez którego rodzimy. - Wszystkie trzy śmiałyśmy się głośno. - I do dziecka, które urodziłyśmy i które jest naszym odbiciem.
- Ostatecznie - dochodziła do wniosku Felisa - wszystko sprowadza się do wymiany. Za jego penisa, jego pracę i jego pieniądze należy się mężczyźnie podziw, posłuszeństwo i szacunek. Niezłe widoki na przyszłość.
- Nie ma sposobu, żeby się jakoś wydostać z tej matni?
- Jeden widzę, w długiej perspektywie: nasi synowie przestaną być męscy na wzór naszych dziadków, a nasze córki przestaną być oziębłe i zazdrosne o swoich braci oraz zrezygnują z całkowitego poświęcania się mężczyźnie, nie godząc się ślepo na to, w jaki sposób mężczyźni postrzegają kobiecość. Długo by o tym mówić... Dopóki do tego nie dojdzie, równość płci pozostanie utopią. Każdy człowiek, mężczyzna czy kobieta, musi się najpierw pogodzić ze swoim ciałem, z życiem i śmiercią swojego ciała, w przeciwnym razie nigdy się nie pogodzi z drugim człowiekiem, tej samej czy innej płci. Mężczyzna nie zobaczy w kobiecie istoty równej sobie, partnera, tylko potencjalnego wroga, ku któremu pcha go pożądanie. Zaspokoiwszy je, musi się wycofać dla własnego bezpieczeństwa. Zakochany mężczyzna wie, że jest bezbronny, słaby od samego początku, bo nic nie może zrobić, nie posuwa się naprzód, wystawia się na ciosy, zachowuje irracjonalnie (przez co naraża się na niebezpieczeństwo), miota się (nie jest sobą), więc ogarnia go strach. Jedynie oziębłość, dystans, poza, czyli cynizm, mogą przywrócić mu spokój, ale za to odbiorą mu miłość... Oto historia wielu mężczyzn i niektórych kobiet, przedkładających dominację finansową, status społeczny i możliwość rządzenia innymi nad miłość, jedyną deskę ratunku, widzących w niej uczucie właściwe dla kobiet nieszczęśliwych i niewykształconych.
- A jak ci się układa z chłopakiem, Lauro? - spytała Felisa, kończąc ostatnie ciastko.
- Chyba rozumiecie, że nigdy nie rozmawiam z nim na takie tematy.
- No jasne - podsumowała Felisa z pełnymi ustami. - Łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Dziś aż strach mnie ogarnia, kiedy pomyślę, ile lat upłynęło od tamtych dni i jak wiele doświadczyłam w tym czasie. A raczej, jak bardzo czas doświadczył mnie.
Tak czy inaczej mój książę z bajki przypominał Ramira Ayerbego, przynajmniej z wyglądu. Owego popołudnia przy kaplicy Świętego Jerzego doszłam do wniosku, że i Laura, i Felisa były Ramirem zauroczone. Gdyby się długo namyślał, nasza przyjaźń ległaby w gruzach. Ale tak się nie stało. Powód, dla którego podszedł do nas, od początku był oczywisty - chodziło o mnie. Teraz, z perspektywy lat, myślę, że to wpłynęło na moją decyzję, żeby w końcu wyjść za niego za mąż - nie mogłam odrzucić mężczyzny, do którego wzdychały wszystkie kobiety.
On sam nie spełnił wielu moich oczekiwań, ale jego aparycja była faktem i nie mogła rozczarować. Nigdy też nie zmienił się pod względem tego, co uważałam, podobnie jak on, za jego główną zaletę - był sympatyczny, komunikatywny, miał miły głos i wspaniałe dłonie, którymi gestykulował powściągliwie, kiedy chciał być bardziej przekonujący. Już po krótkiej wymianie zdań dla rozmówcy było jasne, że od początku głównym tematem rozmowy jest Ramiro lub sprawy, które budziły jego zainteresowanie. Co więcej, rozmówca był wniebowzięty, że może odpowiadać twierdząco lub przecząco w zależności od upodobań Ramira, i wdzięczny za to, że pozwolono mu się wypowiedzieć. Ta jego wrodzona umiejętność nigdy nie przestała mnie zdumiewać, zwłaszcza kiedy mogłam podziwiać ją z boku, na przykład gdy bałamucił przełożonych i potencjalnych klientów, wykorzystując swój talent.
Gdyby teraz ktoś mnie zapytał, kiedy i jak Ramiro wyznał mi miłość, nie potrafiłabym odpowiedzieć. Myślę, że nigdy mi się nie oświadczył. To był niezauważalny proces; było oczywiste, że jesteśmy parą. Także dla moich przyjaciółek. Choćbym nie wiem jak się starała, nie mogę sobie przypomnieć, żebym kiedyś im wyznała: "Już mi powiedział", a przecież byłyśmy ze sobą bardzo blisko, mówiłyśmy sobie wszystko i prawie wszystko było powodem do radości.
Widzę je tak, jakby były przy mnie... Zamykam oczy i po prostu je widzę. Laura, trochę starsza od nas, była ruda. Jej płonące włosy i przezroczysta skóra, różowa, delikatna i piegowata, nadawały jej nieco dziecinny, cudzoziemski wygląd, co potrafiła wykorzystać. Felisa miała bezwstydny - mam na myśli zadarty - nos, okrągłą twarz i straszną skłonność do tycia. Już wtedy próbowała wszystkich możliwych środków odchudzających reklamowanych w czasopismach medycznych, przez co, moim zdaniem, zniszczyła sobie żołądek. "Mam chory żołądek i jestem gruba: zupełna sprzeczność", mówiła, śmiejąc się. Ze wszystkich nas trzech miała największe poczucie humoru. Darzyłam ją szczególną sympatią, choć większy szacunek miałam do Laury, lepiej wykształconej i dużo rozsądniejszej. Obie wyszły za mąż w tym samym roku - jedna w maju, druga w październiku, zaraz po studiach. Ich mężowie, koledzy z uniwersytetu, przenieśli się do Hueski rok wcześniej, na ich prośbę. Marcelo Laury był prawnikiem, specjalistą od prawa pracy, Arturo Felisy był pediatrą. Nie widziały żadnych przeszkód, żeby się ustatkować. Ich rodziny były zamożne i można powiedzieć, że zrealizowały swoje plany. Laura otworzyła księgarnię w centrum miasta, niedaleko najlepszego hotelu, a Felisa aptekę w nowej, dobrej dzielnicy. Moje losy, jak można się było spodziewać, potoczyły się zupełnie inaczej.
Ojciec (matkę ledwo pamiętam) dawno temu stracił cały majątek, który nigdy zresztą nie był duży. Opłacenie moich studiów poza domem było dla niego ogromnym wysiłkiem. Ukończywszy je, miałam wyrzuty sumienia, że żyję na jego koszt. Rozpaczliwie poszukiwałam pracy odpowiadającej mojemu wykształceniu. Uczyłam literatury w przyklasztornej szkole, ale wytrwałam tylko kwartał. Myślę, że byłam dla nich zbyt nowoczesna, może nawet wywrotowa.
Ojciec starał się mnie pocieszyć:
- Pracuj u mnie, przy świecach. Potrzebuję kogoś do pomocy.
Ale to nie była prawda, do sklepu ze świecami, który otworzył, kiedy rodzina została bez pieniędzy, zaglądało coraz mniej ludzi. Siedząca z założonymi rękami nie przydałabym się tam na nic.
- Robię się coraz bardziej nieporadny. Potrzebny mi ktoś w domu - nalegał ojciec, chcąc, żebym się czuła przydatna i nie wpadła w depresję.
- Dziękuję, ale to nieprawda. Byłam pięć lat poza domem i dawałeś sobie radę beze mnie.
Mój brat Agustín dostał pracę w ubezpieczeniach i mieszkał ze swoją dziewczyną. W pracy podlegał Ramirowi, choć Ramiro nie miał jeszcze wtedy zbyt wiele do powiedzenia.
"Ten Ayerbe ma przed sobą przyszłość - mówili wszyscy. - Wspaniałą przyszłość. Osiągnie, co tylko zechce".
Właściwie może sam to sugerował, a inni po prostu nieświadomie powtarzali jego słowa. Ramira zawsze uważano za idealnego młodzieńca. Był idolem matek i ich córek na wydaniu. Dlatego też wiele razy wyrzucałam sobie swój chłodny stosunek do niego, a niekiedy - muszę to powiedzieć - zarzucałam mu bez słów jego chłodny stosunek do mnie. Przypisywałam go jego religijności. Był bardzo pobożny, codziennie rano chodził na mszę i zachęcał mnie do tego samego. Po południu zawsze zaglądał do kościoła, zanim się ze mną spotkał. Kilka razy pocałował mnie w usta, a na pożegnanie w policzki. Często brał mnie za rękę i mówił o swoich sprawach, aż w końcu musiałam zabierać ją ukradkiem, ponieważ drętwiała mi w bezruchu, czego on nie zauważał.
Po roku bezowocnego szukania pracy, kiedy byłam już tym znudzona i upokorzona, w którąś sobotę wieczorem po wyjściu z mszy w San Lorenzo - był listopad i było zimno - Ramiro zapytał mnie z taką naturalnością, że wydawała się udawana, dlaczego nie weźmiemy ślubu. Ze wzrokiem wbitym w pokrytą liśćmi ziemię przytrzymywałam spódnicę, którą unosił mi wiatr. Po południu, kiedy słońce prażyło rdzawą kopułę kasztanowców, poszliśmy z Ramirem do rozarium, gdzie zazwyczaj chronili się narzeczeni, żeby pobyć razem wśród róż, które zresztą o tej porze roku nie kwitły, a ja zastanawiałam się, co my tam właściwie robimy. Podniosłam wzrok, spojrzałam mu w oczy i odpowiedziałam z podobną naturalnością:
- Masz rację. Dlaczego mamy się nie pobrać?
Nie czułam żadnego wzruszenia i wyrzucałam to sobie, ponieważ wszystko wskazywało na to, że jestem zakochana. A przynajmniej potwierdzali to wszyscy wokół swoimi słowami i zachowaniem.
Śluby, zwłaszcza tradycyjne, zawsze są trochę kiczowate. Żaden nie wypada dobrze oceniany z perspektywy lat. Trudno zachowywać się normalnie w przebraniu, zwłaszcza poruszając się i gestykulując w kuriozalny sposób. Ramiro zorganizował najbardziej staroświecki ślub na świecie. Nie chciał się pobrać w San Lorenzo, bo tak robili wszyscy, a on marzył, żeby było oryginalnie. Nie chciał też zrobić tego w klasztorze San Pedro el Viejo, który był moją parafią, ponieważ tam z kolei brali śluby intelektualiści i postępowcy, z których ideami on się nie utożsamiał.
Wybrał katedrę, ponieważ, jak mówił, daje poczucie solidności i podniosłości, które podkreślą wagę ceremonii. W gruncie rzeczy to, co odczuwał, bliższe było przekonaniu, że dotarł tam, dokąd zamierzał dotrzeć, na ślepo i bez wahania.
Już w przedsionku, zanim rozbrzmiały pierwsze akordy marsza weselnego, przypomniałam sobie, nie wiedzieć czemu, chrzcielnicę ze święconą wodą w San Lorenzo, płaską, z półkoliście rozmieszczonymi jedenastoma otworami i po jednym dodatkowym na każdym końcu, gdzie zbierała się woda. W nich właśnie w dzieciństwie, na rękach u ojca, zanurzałam całe dłonie. I pomyślałam o klasztorze San Pedro el Viejo, niezwykle surowym i wyjątkowo proporcjonalnym, w którym zapadało się tylko to, co zostało do niego dobudowane po wielu stuleciach. Kiedy podniosłam wzrok, grały już organy. Spojrzałam na wypełniony ozdobami okazały ołtarz z alabastru. Szłam pod spiczastymi łukami, jakbym występowała w teatrze; nie byłam w stanie doszukać się w sobie religijnego wzruszenia ani ekscytacji. Pociągała mnie przeszłość, nie teraźniejszość. Kiedy spojrzałam w lewo na kobietę, która pozdrawiała mnie gestem ręki, zobaczyłam świętą Łucję z białego marmuru, i nagle zderzyłam się z dziewczynką, jaką kiedyś byłam, jakby ktoś postawił ją na mojej drodze na rozpostartym czerwonym dywanie. Dziewczynką z tamtych świąt Bożego Narodzenia, kiedy ojciec zabrał mnie do miejscowości Somontano, niedaleko od Barbastro, gdzie miał dostarczyć gromnice i świece na odpust świętej Łucji i gdzie widziałam inne dziewczynki, zaczerwienione i szczęśliwe, śpiewające w zamian za drobny podarek.
Święta Łucja nas odwiedza,
niosąc oczy na paterze
i o miłosierdzie prosząc.
Aniołami jesteśmy,
z nieba przybywamy,
o mięso i jajka się przymawiamy...
Co się stało z tymi dzieciakami, które śpiewały, chodząc od drzwi do drzwi? Teraz ja stałam tu, zawierając małżeństwo, i nadal nie mogłam się połapać w zawiłych scenach przedstawionych na ołtarzu. Starałam się skoncentrować i nie rozpraszać niczym, co nie było częścią ceremonii. W końcu stanęłam przed Ramirem i pomyślałam: Ależ on jest piękny! Z wyrazu jego twarzy zorientowałam się, że podobnie myślał o mnie.
Moja sukienka, podarunek od niego i w jego guście, dla mnie była trochę zbyt strojna. Ramirowi zależało na tym, żeby się pokazać, i oczywiście w pełni mu się to udało. Bogate marszczenia i drapowania oraz zbyt długi tren robiły wrażenie. Jedyną rzeczą, której się oparłam, był stroik, ponieważ nie chciałam być tego wieczoru zupełnie inną kobietą. Może trochę dziwnie ubrana, ale pozostanę sobą.
Ślubu udzielił nam ojciec Alonso, spowiednik mojego męża, starszy od nas zaledwie o kilka lat. Wpadł na pomysł, żeby w krótkim kazaniu nawiązać do czeków i porównywać wszystko do bankowych papierów wartościowych. Powiedział nawet, że małżeństwo jest jak czek in blanco, można wypisać na nim nieprawdopodobne sumy, ale żadna z nich nie będzie miała wartości bez podpisu posiadacza rachunku, którym jest sam Bóg.
- Na tym dzisiejszym czeku - dodał - podpis złożono z góry. - Desi i Ramiro będą dopisywać kolejne zera w zależności od swoich potrzeb, kiedy przyjdą na świat dzieci, które są ozdobą i owocem małżeństwa, a także w miarę jak coraz częściej gościć będzie między nimi zgoda, ponieważ od dzisiaj stają się una caro, jednym ciałem.
Pomyślałam, że ojcu Alonsowi, który bądź co bądź jest prezesem Banku Pobożnych, te bankowe alegorie nie mogą być zupełnie obce.
Wszyscy goście rozpływali się, mówiąc, że tworzymy piękną parę i czeka nas wspaniała wspólna przyszłość. Szefowie Ramira przyszli z żonami, bardzo oficjalnymi i dobrze ubranymi, zaprzyjaźnionymi ze sobą, w mniej lub bardziej zaawansowanej ciąży. Podziw widać było na większości twarzy, zazdrość tylko na niektórych, na przykład na twarzy mojej szwagierki Adeli. Ojciec, który był świadkiem, rozpłakał się w połowie mszy ślubnej. Pochyliłam się ku niemu, chociaż matka Ramira, nasza druhna, trąciła mnie karcąco. Zza pleców narzeczonego dobiegł mnie głos staruszka:
- Gdyby matka mogła cię zobaczyć...
Posłałam mu dłonią całusa, czym sprawiłam, że zaczął płakać jeszcze bardziej. Następnego dnia w gazecie codziennej kronikarz wydarzeń napisał, że pobraliśmy się "przy wtórze anielskich powinszowań i słowiczych aplauzów". Nie musiałam zbyt długo czekać, żeby zrozumieć, jak bardzo się pomylił.
Słyszę klucz. Wraca Yamam. Nareszcie. Bogu niech będą dzięki.
Od kilku dni zastanawiam się, dlaczego się zabrałam do pisania dziennika. Przychodzi mi do głowy wiele powodów, ale żaden z nich nie jest istotny. Wcześniej (chciałam napisać - w poprzednim życiu) czytałam wiele książek, czytałam wszystko jak leci. Zabijałam w ten sposób nudę i próbowałam zapomnieć o smutkach do tego stopnia, że kwestionowałam ich istnienie. Tutaj nie mam żadnych książek ani chęci do czytania, ani zmartwień. Jestem szczęśliwa. Mogłabym zadać sobie pytanie, czy nie piszę po to, żeby wypełnić długie godziny (może tylko mnie tak się dłużą), gdy jestem sama, ale wiem, że nie jestem sama. Sam na sam ze sobą, może tak - wiele kobiet w tym kraju tak żyje - ale sama nie. Nie sądzę też, żeby prawdziwym powodem była chęć posługiwania się językiem, który trochę - co muszę przyznać - zaczynam zapominać. Przecież i tak wiem, że nie mówię i nie chcę mówić innym językiem niż moim własnym i z osobą, z którą tu rozmawiam.
Prawdą jest, że tego zdeformowanego przez robienie tylu pospiesznych notatek na uniwersytecie pisma nie używam teraz do niczego. Nie piszę do nikogo, nawet do siebie. Tymi stronami, które nie są przeznaczone dla niczyich oczu, nie próbuję sprawić, żeby ktoś pokochał mnie bardziej ani żeby mi przebaczył (o ile potrzebuję czyjegokolwiek przebaczenia), ani żeby mnie zrozumiał jakiś domniemany czytelnik. I nie staram się wyjaśnić swoich uczuć czy zdarzeń, które spisuję, żeby poznać się lepiej. To, co piszę, niczego mi nie zastępuje, nie rekompensuje żadnej straty, nie podkreśla żadnych osiągnięć, formułowaniem czy spisywaniem myśli nie próbuję, świadomie lub nieświadomie, sublimować żadnych stanów ducha. Po prostu nie wiem, dlaczego piszę, o ile w ogóle trzeba mieć jakiś powód, żeby pisać...
Może tak. Może piszę, żeby czuć, że ktoś dotrzymuje mi fizycznie towarzystwa, kiedy jego nie ma. A może dlatego, że komuś, kto kocha, mówienie o swojej miłości, nawet do siebie, sprawia niemal tak wielką radość jak sama miłość. Miłość, z której nie możemy być dumni, którą skrywamy pod milczeniem i wymówkami, niewiele ma wspólnego z miłością, a w każdym razie pozostanie bez echa, sprowadzona do historii jakich wiele. Dla mnie miłość jest - jak mówił ksiądz, który nas uczył religii w szkole, odnosząc się do łaski bożej - diffusivum sui (nie wiem, czy tak się to pisze), czymś, co ma moc rozprzestrzeniania się jak dźwięk, zapach czy światło. Dlatego przyszło mi na myśl, że ten dziennik będzie swego rodzaju modlitewnikiem poświęconym jemu (to znaczy Yamamowi, który dla mnie jest miłością), harmonogramem, w którym wszystkie dni moich codziennych zajęć, kiedy go nie ma przy mnie, zapełni jego imię. Bo kiedy jest przy mnie, sam jest moim harmonogramem.
W każdym razie wiem, że te strony nie mają nie tylko odbiorcy, lecz także celu, w przeciwieństwie do mnie. Ale (postanowiłam pisać o wszystkich swoich wątpliwościach) może się mylę i w głębi duszy liczę na to, że on je kiedyś przeczyta? Ale jeśli nawet tak się stanie, to będzie to wbrew mojej woli, a przynajmniej wbrew mojej obecnej woli, tej, która skłania mnie do pisania.
Naga szczerość, z którą zamierzam ukazać siebie na tych kartkach papieru niezbyt dobrej jakości, kupionych w sklepie z artykułami piśmiennymi dla dzieci, i postanowienie, żeby niczego nie ukrywać, nie towarzyszyły mi od zawsze. Pamiętam, jak dwa dni po powrocie z podróży poślubnej w drodze do księgarni Laury natknęłam się na ojca Alonsa. To było na Plaza del Gobierno. Kwitły kasztany, a ciepły wiatr poruszał grubymi platanami. Staliśmy obok publicznej żelaznej fontanny, teraz wyschniętej, obok której zatrzymywałam się przez całe liceum w drodze ze szkoły do domu. W jej niewielkiej misie zamarzły resztki pierwszych wiosennych deszczy... Ksiądz zapytał mnie, co słychać. Podałam mu rękę, a on przytrzymał ją na chwilę w dłoniach. Patrzył na mnie uważnie, czekając na odpowiedź. Przez kilka sekund nie wiedziałam, co powiedzieć. Odwróciłam wzrok ku studni, teraz zardzewiałej i bezużytecznej. Nalegał:
- Wszystko dobrze?
W jednej chwili podjęłam decyzję - wtedy, a może już wcześniej - że nigdy nie wyjawię prawdy. Ani jemu, ani przyjaciółkom, ani nikomu. Nawet sobie samej. Uśmiechnęłam się lekko.
- Tak, bardzo dobrze - odpowiedziałam.
- Nie mogło być inaczej.
- Nie mogło - odparłam, ponownie kierując oczy ku fontannie.
Wybierając spośród kilku możliwości, trochę na chybił trafił postanowiliśmy z Ramirem spędzić miesiąc miodowy na Karaibach. Zaczniemy od Kolumbii i będziemy podróżować tyle, na ile pozwoli nam budżet. Udzielił mi się jego entuzjazm. Naszym pierwszym etapem był Madryt, gdzie mieliśmy zostawić samochód (Ramiro uwielbiał prowadzić: "To daje mi siłę i pewność, uspokaja mnie"), a potem polecieć samolotem do Bogoty. Ale wyjechaliśmy późno i byliśmy zmęczeni ceremonią, weselem i przygotowaniami. Ramiro zaproponował, żebyśmy spędzili noc poślubną - pamiętam, że powiedział tylko "noc" - w Monasterio de Piedra. W samochodzie trzymałam go pod rękę, opierając mu głowę na ramieniu.
- Nie przeszkadzam ci prowadzić?
- Nigdy tak tego nie robiłem. We dwoje jest o wiele milej, niż się spodziewałem.
Nie odrywając wzroku od drogi, całował mnie ukradkiem, a ja kładłam mu dłoń na ręce opartej na kierownicy. Kiedy dotarliśmy do Nuévalos, dochodziła północ. Rozpoznałam w ciemnościach podcienia we włoskim stylu należące do budynku o szaroniebieskich ścianach, który zauroczył mnie, kiedy tylko go zobaczyłam. Noc była ciepła. W klasztorze panowały ciemności. Na widok ogromnego, suchego i zimnego drzewa tkwiącego nieruchomo przed wejściem przeszedł mnie dreszcz. Przytuliłam się do Ramira, ale i tak potknęłam się, schodząc po szerokich schodach.
Odgłos naszych kroków pod wysokim gotyckim sklepieniem krużganków prowadzących na mroczny dziedziniec nadal dźwięczy mi w uszach. Szliśmy, obejmując się w pasie, nasze kroki wybijały jeden rytm. Za nami słychać było inne, krótsze i cięższe; odwróciłam głowę i zobaczyłam bagażowego, który dźwigał część naszego ekwipunku.
- Od dziś będziemy używać tych samych walizek - powiedział Ramiro, obejmując mnie mocniej.
Na dziedzińcu, o ile można go tak nazwać, wiatr zawodził w koronach drzew.
Wyszłam z łazienki w koszuli nocnej i szlafroku, równie ozdobnych, co niepotrzebnych, które stanowią nieodzowną ślubną wyprawkę panny młodej. Kiedy je włożyłam, dotyk satyny przyprawił mnie o dreszcz.
- Ślicznie ci w tym.
Obrócił mnie wokół i przytulił. Wiedziałam, co teraz nastąpi, ale byłam spokojna. Miałam do Ramira zaufanie.
- Zaraz wracam - powiedział i poszedł do łazienki.
Wahałam się, czy czekać na niego, stojąc, udając, że coś robię lub czegoś szukam w walizce, czy czekać, paląc papierosa, na fotelu lub w łóżku. Każda z tych pozycji wyrażała inną wewnętrzną postawę, niemal sposób bycia. Najbardziej logiczna i naturalna wydawała mi się ta ostatnia. Rzuciłam szlafrok na fotel i wsunęłam się pod pościel. Była zimna i lekko wilgotna. Znów przeszedł mnie dreszcz.
- Nic się nie dzieje, głupia - powiedziałam głośno.
Pomyślałam o matce, zastanawiając się, czemu właśnie ona przyszła mi na myśl. Chciałabym, żeby była przy mnie. "Pewnie nawet jest". Albo żeby w pokoju obok były Laura i Felisa. "Dziecinada i bzdury. Za tymi drzwiami jest twój mąż. Za sekundę się otworzą i wyjdzie, weźmie cię w ramiona i posiądzie. Na początku może trochę boleć, ale dobrze wiesz, że strach ma wielkie oczy". Pożądałam Ramira; chciałam wtulić się w jego ciało, zobaczyć go nagiego i marzyłam, żeby mnie rozebrał. "Co za szczęście: obowiązek i pragnienie zlały się w jedno".
Drzwi łazienki się otworzyły. Ramiro nie zgasił w środku światła; odcinał się na jego tle, zupełnie nagi.
- Możesz wyłączyć górne światło?
Usłuchałam. Ramiro stał nieruchomo. Widziałam jego wspaniałą sylwetkę, z rozstawionymi nogami i lekko podniesioną ręką. Wyciągnęłam do niego ramiona. Podszedł. Usiadł na łóżku. Przytuliliśmy się delikatnie, bez pośpiechu. Potem odkrył mnie, odsuwając pościel na bok. Niespiesznie rozwiązał ramiączka mojej koszuli i podtrzymując mnie, ściągnął ją ze mnie przez nogi. Przemknęło mi przez myśl, że łatwiej byłoby to zrobić przez głowę, ale nie myślałam jasno. Nasze usta nie odrywały się od siebie. Pieścił moje plecy, pośladki i uda. Ja pieściłam jego plecy, które wydawały mi się szersze niż kiedykolwiek, jego pośladki i uda. Moje piersi ocierały się o jego piersi, a on pochylił się, żeby je całować. Mgła pożądania uniemożliwiała mi rejestrowanie rzeczywistości - nawet nie chciałam jej dostrzec - i kontrolowanie mijającego czasu... Nie wiedząc dlaczego, może wyczuwając, że nagle się rozkojarzył, przerwał na chwilę w najmniej stosownym momencie, odsunęłam się od niego i otworzyłam oczy. Ramiro patrzył na mnie. Uśmiechał się dziecinnym, wstydliwym uśmiechem, jak maluch przyłapany na niestosownych psotach.
- Kocham cię tak bardzo, że nie będę ci w stanie tego udowodnić. Ale nie martw się, to przejdzie. A ty mnie kochasz? - Pogładził mnie po głowie.
- Wiesz dobrze, że tak. Teraz chcę być twoja. Chodź do mnie - wyszeptałam mu niemal do ucha.
- Chciałbym, ale... Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. To pewnie dlatego, że jestem zmęczony.
Dopiero wtedy zrozumiałam, co to może oznaczać. Mogłam zapytać, kiedy i z kim kochał się wcześniej, jednak wolałam powiedzieć:
- To nie ma znaczenia. Naprawdę. Pocałuj mnie.
Nie wiem, ile czasu upłynęło, zanim zapadł w sen. Udawałam, że zasnęłam dużo wcześniej. Nawet nie podejrzewałam, że on też udawał. Zapomnieliśmy zaciągnąć zasłony. Światło z każdą chwilą nabierające coraz bardziej perłowej barwy wpadało przez wysokie okna z widokiem na rozległy klasztor. Pokój nabrał upiornego wyglądu. Słyszałam miarowy oddech Ramira. Pomyślałam znowu o matce i z tą myślą zasnęłam. Jakbym położyła jej głowę na kolanach, a ona z daleka i we mnie jednocześnie śpiewała mi popularną kołysankę.
Śpij, moje dziecko,
bo przyjdzie straszydło,
co zjada dziewczynki,
które nie chcą spać.
Był kwiecień, ale w Cartagenie de Indias było bardzo gorąco. Mieszkaliśmy w dużym, pomalowanym na różowo hotelu z zielonymi oknami. Nasz pokój wychodził na niezadaszony taras, z którego widać było ogród z godną podziwu roślinnością. Smukłe, nieznane mi drzewa miały intensywnie zielone, jakby polakierowane liście, a piętrzące się wszędzie kwiaty - nieprawdopodobne wprost barwy. Jakieś papugi i ary skrzeczały, siedząc na swoich huśtawkach lub gałęziach ukwieconych drzew. Hotel stał w pobliżu morza, ale na plażę pełną sprzedawców, plażowiczów, straganów i wózków zeszliśmy zaledwie parę razy. Ograniczyliśmy się do basenu. Leniwe, aromatyczne godziny upływały nam niepostrzeżenie na chlapaniu się w wodzie, polegiwaniu w hamakach, wymianie banalnych uwag i trzymaniu się za ręce, dopóki nie robiły się śliskie od potu. Wieczorami jeździliśmy taksówką na stare miasto, wypijaliśmy kilka kieliszków na murach i rzucaliśmy okiem na jakiś kościół lub kolonialne patio. Pewnego ranka udaliśmy się do sanktuarium La Popa. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z leniwcem, ospałym zwierzakiem, który wyglądał jak chore, obrażone dziecko. Myślałam, że się rozpłaczę, kiedy patrzyłam, jak poczerniały, jednooki mężczyzna wynajmuje go turystom, którzy pozują z nim na rękach.
Ramiro kupował mi kwiaty o nazwach, które w Hiszpanii oznaczają co innego, a ja chciałam poznać nazwy niektórych szczególnie pięknych drzew. Teraz pamiętam rośliny, ale zapomniałam, jak się nazywają. Z wyjątkiem jednej: złotego deszczu.
Pewnego razu, bardzo wcześnie rano, kruchą łódeczką popłynęliśmy na wyspy Rosario. Razem z innymi parami, starszymi osobami i dziećmi. Jakaś kobieta patrzyła na nas z rozczuleniem, domyślając się, że jesteśmy nowożeńcami.
- Myślisz, że tak bardzo to po nas widać? - zapytałam Ramira.
- A ty po mnie to widzisz?
Jego oczy pełne były smutku. Oparłam mu głowę na ramieniu i pocałowałam w szyję. Panował skwar, ale to był piękny dzień. Oglądaliśmy egzotyczne ptaki, szare pelikany (domyśliłam się, że to były pelikany), wody, w których piętrzyły się różne rodzaje raf w oszałamiających odcieniach, akwarium z bajecznymi rybami, ogromnymi żółwiami i małymi rekinami. Widzieliśmy zwierzęta przypominające rośliny i rośliny, które przypominały zwierzęta. W małej pirackiej chacie zjedliśmy marny posiłek w kiepskich warunkach, ale byliśmy w bardzo dobrych nastrojach i bliżej siebie niż kiedykolwiek. Ramiro popłynął do pobliskiej skały i przesyłał mi z niej pocałunki. Zrobiliśmy sobie sjestę, trzymaliśmy się za ręce, aż się spociły, ale było nam wszystko jedno. W drodze powrotnej wśród lasów namorzynowych, które drżały poruszane łodzią jak łąka wstrząsana trzęsieniem ziemi, zapatrzyliśmy się w siebie tak mocno, że cały świat zamknął się wokół nas. Czułam, jak jego dłoń z niesłychaną delikatnością ześlizguje się po płatku mojego ucha i po ramieniu; czułam ją nawet w moim sercu. Do owej chwili nie wiedziałam, co to jest pragnienie. W tej jednej chwili narosło we mnie całe pożądanie ze wszystkich poprzednich nocy, które nie spełniły moich oczekiwań. Coś paliło mnie od środka, sprawiało, że przymykałam oczy i traciłam oddech, a zaraz potem zmuszało do głębokiego, przyspieszonego oddechu...
Tego wieczoru Ramiro ostatecznie mnie posiadł. Ale to, czego doznałam, trudno było porównać z tym, co czułam na łodzi.
Kolejne noce były takie same jak poprzednie. Poza tym, że Ramiro przestał się usprawiedliwiać i prosić o wybaczenie. Obydwoje uznaliśmy sytuację za normalną, chociaż w głębi serca jakiś głos mówił mi, że tak nie jest. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, a za każdym razem, kiedy Ramirowi udało się w końcu wejść we mnie, było to tak pospieszne i przygnębiające, że z dwojga złego wolałam, żeby tego nie robił. Zaczęłam nawet marzyć, żeby nasz miodowy miesiąc dobiegł końca. Miałam nadzieję, że w Huesce otoczenie i nasi wspólni przyjaciele złagodzą przeraźliwe uczucie samotności, które, zwłaszcza nocami, ogarniało mnie wbrew mojej woli.
- Wszystko dobrze? - spytał ojciec Alonso.
Uśmiechnęłam się, na ile mogłam, z oczami utkwionymi w małej żelaznej fontannie na placu i odpowiedziałam:
- Bardzo dobrze.
- Nie mogło być inaczej.
- Nie mogło...
Pierwsze lato spędziliśmy w Huesce. Mieliśmy aż nadto wydatków weselnych. "Tak jest lepiej - mówili nam ludzie - razem w gniazdku, jak dwa gołąbki. Przyjdzie czas, to wyfruniecie dalej".
Nasze mieszkanie, położone w centrum, było wystarczająco duże, ale aspiracje Ramira sięgały wyżej. Miał już na oku inne, jeszcze w trakcie budowy, którego plany pokazał mi kiedyś z dumą, jakby już należało do nas. Rozłożył je na stole w jadalni, odsuwając na bok resztki obiadu. Jedna sypialnia małżeńska, dwie gościnne, cztery łazienki, w tym jedna dla gości, i ogromny salon.
- Będziemy prowadzić otwarty dom. Żeby osiągnąć sukces, trzeba postawić na bogate życie towarzyskie. O awansach decyduje się w kuluarach...
- A co z dziećmi? - spytałam cicho.
- Z jakimi dziećmi?
- Tymi, które przyjdą.
- Och! - Zaśmiał się. - Bogatemu diabeł dzieci kołysze. Poza tym nie należy uprzedzać faktów.
Było nam razem dobrze. Traktował mnie z czułością. Powiedziałabym, że nawet ze zbytnią atencją, jakby dzieliła nas, pomimo że byliśmy mężem i żoną, strefa niczyja, którą starał się zdobyć dzięki karesom.
Moje przyjaciółki wyjechały z mężami na miesiąc na wakacje na Sycylię.
- Taniej by im wyszła Andaluzja, która w gruncie rzeczy nie różni się niczym od tej wyspy - powiedział Ramiro.
Nie chciałam siedzieć w domu sama i zaproponowałam, że zajmę się księgarnią Laury, którą moja przyjaciółka zamierzała zamknąć na sierpień. Miała osiemnasto- czy dwudziestoletniego sprzedawcę, trochę nierozgarniętego, który wiecznie się gdzieś zawieruszał. Ponieważ kupujących było niewielu, poranki i popołudnia spędzałam obok wentylatora, czytając książkę za książką. Biuro Ramira było blisko, więc koło dwunastej wpadał i zabierał mnie na kawę.
- Najpiękniejsza mężatka w Huesce - mówili jego przyjaciele, a on obejmował mnie w pasie z miną władcy, z którą było mu do twarzy.
Po pracy też po mnie przychodził. Wracaliśmy do domu, przebieraliśmy się i szliśmy na kolację z jego znajomymi lub przyjaciółmi i ich żonami, którzy pozostali na wakacje w Huesce.
Ja, choć nie przyznawałam się do tego sama przed sobą, czułam się dziwnie. Nie mogłam oswoić się z nowym statusem żony. Pragnęłam i jednocześnie nie lubiłam zostawać sam na sam z Ramirem. Około północy wracaliśmy do naszego mieszkania.
- Dobranoc, kochanie. - Całował mnie delikatnie, leżąc obok mnie w łóżku. - Będziesz jeszcze czytać? Masz wystarczająco dużo światła? Uważaj, mój skarbie. Oczy sobie zmarnujesz od tych książek. Moje piękne oczęta... - Całował równie delikatnie moje powieki i odwracał się plecami.
- Śpij dobrze - mówiłam.
W soboty, jakby to był obowiązek, z którym się pogodził, po długiej grze wstępnej (za którą, zważywszy na jej niepewny wynik, powinnam być mu najbardziej wdzięczna) i długotrwałych zmaganiach, oblany potem Ramiro wchodził we mnie. Starałam się go w sobie zatrzymać, poczuć, ale było po mnie widać - przynajmniej ja widziałam - ogromny wysiłek. Żadne z nas ani przez chwilę nie traciło głowy, być może dlatego, że oboje mieliśmy ją na swoim miejscu. Następnie, bez słowa komentarza na temat tego, co się stało, Ramiro zasypiał, a ja wypalałam po cichu papierosa w łazience, gdzie pod prysznicem zmywałam z siebie pot. Niewiele osób pamiętało tak wysokie temperatury jak tego lata.
W połowie miesiąca zadzwoniła Laura, żeby się dowiedzieć, jak się wszystko układa.
- Masz już jakieś wieści?
- Nie, jest mały ruch.
- Mówię o tobie.
- O mnie?
- Jezu, chodzi mi o to, czy spodziewasz się dziecka.
- Po co ten pośpiech? Oczywiście, że nie. - Udałam, że się śmieję. - Jedyną nowiną jest to, że Adela, moja szwagierka, wychodzi za mąż za tego wdowca z Lleidy, który pracuje w lokalnej administracji. Wiesz, o kogo mi chodzi?
- Przecież on jest stary i ma czworo czy pięcioro dzieci.
- Lepiej dla niej. Biedna Adela wszystko ma podane na tacy.
- Wszystko nie. Jak myślisz, dlaczego żeni się z wdowcem?
Z jej słów wynikało, że obie pary bawiły się świetnie, baraszkując do woli.
Adela wzięła ślub we wrześniu, krótko po powrocie Laury i Felisy. Pięcioro dzieci wdowca zachowywało się na uroczystości tak oficjalnie i poważnie, że zrobiło mi się ich żal. Kierując się odruchem serca, usiadłam z nimi przy sześcioosobowym stole. Najstarszy miał dwanaście lat. Były z nich ładne i bystre dzieciaki. Dobrze się bawiliśmy, opychaliśmy się słodyczami i naśmiewali z drętwusów. Tańczyłam z dwunastoletnim Susem i dziesięcioletnim Pakiem. Siedmioletnia Marta o długich, prostych włosach powiedziała mi do ucha:
- To ty powinnaś wyjść za tatę.
Roześmiałam się.
- Nigdy nikomu tego nie mów. Musicie Adelę kochać, bo jest dobra i będzie się wami opiekować. To tak, jakby wasza mama wyznaczyła ją na swoją następczynię.
Kilka miesięcy później Adela powiedziała mi po jakimś pogrzebie:
- Dobrze robicie, że nie macie dzieci. W ten sposób jesteście bliżej siebie, nieuwiązani, możecie robić, na co macie ochotę, i jechać, dokąd chcecie. Mój mąż jest nudziarzem wpatrzonym wyłącznie w dzieci.
Ogarnęła mnie furia. Pomyślałam: "Im mniej będzie patrzył na ciebie, tym lepiej na tym wyjdziesz". Biedna Adela zbrzydła niestety jeszcze bardziej. Zaniedbana, gruba i źle ubrana wyglądała jak wypłosz.
Laura i Felisa wychwalały Sycylię pod niebiosa. Wszystko, co widziały, było idealne, a one szczęśliwe. Ich mężowie, zakochani w nich po uszy, patrzyli na świat oczami żon.
Jednym słowem los wynagrodził je za śmiałą decyzję wybrania się w daleką podróż w ciąży. Jedna miała rodzić pod koniec roku, druga w połowie stycznia. Zawarłyśmy układ, że każdego lata, razem z mężami, będziemy uprawiać turystykę.
Śmiałam się jak one, żartowałam jak one, byłam szczęśliwa jak one "w małym mieszkanku w stylu Maple, na drugim piętrze z windą"1, również mnie uwielbia mąż i bardzo go pociągam, a i on pociąga mnie coraz bardziej z każdym dniem.
- Nawet dwa razy dziennie - dodałam z niemałą przesadą.
Może - myślałam sobie - wszystkie kobiety mają tak samo. Bo chyba nie gram przed nimi, a one przede mną? Może ich mężom zdarza się to samo co mojemu? Chyba nie straciłyśmy do siebie zaufania, jakim się darzyłyśmy, zanim oddałyśmy wszystko za bezcen? Wiadomo z góry, że niektóre rzeczy są, jakie są, i tyle; po prostu się o nich nie mówi. Nikomu nie przychodzi do głowy zwierzać się przyjacielowi w południe, że południe jest dla niego południem. Kiedy wychodzimy z naszymi trzema mężami, Marcelem, Ramirem i Arturem, wszystkie trzy zachowujemy się w ten sam sposób: wieszamy się im na ramieniu, mizdrzymy się bezczelnie, szepczemy czułe słówka i robimy aluzje, bardziej lub mniej bezpośrednie, do naszych intymnych stosunków.
"A co z miłością? Gdzie w tym wszystkim była miłość?". "Przyjdzie, przyjdzie...". Nikt przecież nie mówi, że małżeństwo musi wyglądać właśnie tak. My przynajmniej byłyśmy zgodne co do tego, że nie chcemy, żeby się do tego sprowadzało. "Ale czy nie istnieje nic poza łóżkiem?". "Oczywiście - podsumowywałam swój wewnętrzny dialog. - Jest jeszcze praca Ramira, jego aspiracje, będą dzieci, które tak mi dadzą w kość, że przestanę myśleć o bzdurach...". "No dobrze, ale gdzie jest moje wymarzone szczęście? I nie chodzi o to, co kapłani nazywają cielesną rozkoszą, tylko o swego rodzaju spełnienie, o pewność, że dokonało się coś, co nas czyni kompletnymi, coś doniosłego i na wieczność...". "Za wcześnie na wyciąganie wniosków. Mam nadzieję, że nie zawsze tak będzie...". "Nie, nie czekaj; zdobądź się na odwagę, nie spodziewaj się, że ktoś inny cię spełni, zrealizuje. To twoje zadanie, jak dawniej, jak zawsze, tylko twoje...". "Ale w takim razie...". "Z czasem wszystko stanie się bardziej przejrzyste, jest za wcześnie...". "Jednak to wrażenie porażki, pustki, to wrażenie, że się pomyliłam...". "Ramiro jest dobry, jest przystojny i sympatyczny. Wszyscy o tym wiedzą. Nikt mi nie uwierzy, jeśli zacznę mówić głośno, że nie jest modelowym mężem, a ja mówić głośno nie będę...". "Ale chciałabym przynajmniej wiedzieć, jacy są mężowie moich koleżanek. Po to, żeby mieć porównanie, jakiś punkt odniesienia: wdowiec, Arturo, Marcelo. Arturo patrzy czasami w taki sposób... i uśmiecha się tak jakoś dwuznacznie...". "Nie. Nie wiem, jacy są, i nie chcę wiedzieć. Jeśli one nie mówią, dlaczego ja mam to robić? A może im naprawdę jest dobrze, kto to może wiedzieć?". "Chyba nie powinnam zaczynać tej rozmowy".
Nieubłagana monotonia, w której miałam się zagubić, zwaliła się na mnie nagle. Chodziliśmy z Ramirem na mszę na ósmą trzydzieści lub dziewiątą. Razem przystępowaliśmy do komunii, dając innym przykład, choć osobiście miałam wątpliwości, czy musimy robić to codziennie. Potem siedziałam w domu sama, dopóki nie przyszedł na obiad, po czym znowu mnie zostawiał, a ja czekałam na kolację, z tymi samymi twarzami co zwykle i tymi samymi żartami, i Ramirem na przeciwległym krańcu stołu. Codziennie wieczorem robił mi znak krzyża na czole. "Miłych snów". Po czym składał ojcowski pocałunek. Dwa lub trzy razy dał mi do zrozumienia, że powinnam wyspowiadać się przed ojcem Alonsem, ale zdecydowałam, że nie będę miała jednego spowiednika. Nie żeby ukrywać prawdę - w gruncie rzeczy nie wiedziałam, jaka ona jest - tylko po to, żeby nie narażać się na intymne pytania, których sama sobie nie stawiałam i na które nie potrafiłabym odpowiedzieć.
Dziewczyny, Laura i Felisa, miały już za duże brzuchy, żeby się włóczyć Bóg wie gdzie. Widywałyśmy się rzadziej. Czasem w sobotę szłyśmy na kolację, czasem po niedzielnej sumie na lody do cukierni, gdzie snułyśmy fantazje, że czas zatrzymał się piętnaście lat temu. Pewnego wieczoru spotkaliśmy się, żeby świętować awans Ramira na miejscowego przedstawiciela.
- Nie będziesz się skarżyć - mówili. - Żonaci wzbudzają więcej zaufania niż samotni.
Komentarz ten sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie ożenił się ze mną właśnie po to. Widziałam wokół siebie pustkę, jakby ktoś nałożył na mnie przezroczysty klosz. Miałam wrażenie, że nadal jestem panną... "Na co narzekasz?". Odpowiadałam sama sobie: "Samotności kogoś, kto jest sam, towarzyszy nadzieja, samotności istoty, która sama nie jest, pozostaje tylko rozpacz". "Przesada - odpowiadałam sobie, bo ze sobą rozmawiałam najwięcej - zawsze miałaś skłonności do przesady". I wracałam do dnia powszedniego. Do czekania na święta Bożego Narodzenia, w nadziei, że mogą coś zmienić, albo do uczęszczania z Laurą na zajęcia przygotowujące do bezbolesnego porodu, żeby mieć to za sobą, kiedy przyjdzie moja kolej, która nie nadchodziła. Albo do odwiedzania od czasu do czasu ojca w sklepie ze świecami. Widział, że coś jest ze mną nie tak, więc żeby mnie trochę rozerwać, postanowił nauczyć mnie, jak robić świece, na co nigdy wcześniej bym nie przystała, ponieważ budziło to we mnie strach przed niezawodnie czekającym mnie staropanieństwem. Nieraz wyobrażałam sobie siebie sprzedającą świece w wieku czterdziestu czy pięćdziesięciu lat za wytartą, pociemniałą drewnianą ladą. Nauczyłam się je robić - trochę po łebkach - w ciągu kilku dni. Na święta Bożego Narodzenia postanowiłam obdarować świecami wszystkich przyjaciół.
- Tato, chcę, żebyś mi pokazał, jak się robi świece spiralne, takie świderki w różnych kolorach, i takie woskowe dzwoneczki, jak te, które przynosiłeś do domu w czasie ferii świątecznych.
- Się robi, panie sierżancie. Jak szybko chcesz się nauczyć? Nie prościej będzie, jeśli je zrobię za ciebie? Przynajmniej będzie czyściej.
Przyniosłam do sklepu wielki fartuch, żeby się nie pobrudzić. Ojciec śmiał się ze mnie, ale wyczuwałam jego podekscytowanie, było niemal namacalne. "Tak bardzo bym chciał, żebyś mnie tu kiedyś zastąpiła", mówił czasem.
- Zacznijmy od teorii. To jest kocioł, w którym przygotowuje się zalewę. Do jej nabierania służą czerpaki, które wyglądają jak chochle z długą rączką. To jest topielnik, wypełnia się go zalewą i wkłada do pojemnika zanurzonego w wodnej kąpieli dla utrzymania odpowiedniej temperatury.
- A to, co to jest? - przerwałam, bo jak zwykle patrzyłam nie tam, gdzie powinnam.
- Idźmy po kolei, bo niczego się nie nauczysz. To służy do robienia świec, które zapalamy przy ołtarzach. Najprostsze do zrobienia, ale teraz nie idą, księża wolą elektryczne. Każda z takich płyt ma sto gniazd. Wypełnia się je wywarem...
- Jakim znowu wywarem, tato? Chyba nie warzywnym?
- Trochę szacunku, Desi. Z płynnego wosku. Aczkolwiek wosku nie ma już w nim zbyt wiele. Na górze umieszcza się knot i tę metalową część na czterech nóżkach. Następnie wszystko chłodzi się zimną wodą, żeby stężało; potem się zdejmuje i wychodzą świece do góry nogami.
- Jakie to proste.
- Wszystko jest proste, zanim zacznie się to robić. Idźmy dalej. Ta siedmiokątna rama, która ma, jak sama nazwa wskazuje, siedem boków...
- To jedyne, co do tej pory zrozumiałam.
- Ta rama to tak zwane koło lub, inaczej mówiąc, karuzela. Jak widzisz, jest obrotowa i została przytwierdzona do sufitu. Z każdej strony ma płytkę z dwudziestoma otworami, z których zwisają knoty. Dzięki tej cylindrycznej żelaznej przeciwwadze są dobrze napięte. Knoty zanurza się w topielniku dwu- lub trzykrotnie. Następnie wprowadza się koło w ruch obrotowy i zanurza knoty z następnej płytki. W tym czasie studzi się wosk na poprzednich płytkach. I tak dalej, aż do siódmej płytki. Naraz można robić sto czterdzieści świec. Potem wraca pierwsza płytka i zanurza się ją ponownie. I ponownie się obraca, aż świece osiągną pożądaną grubość.
- A te żelazne płytki z otworami, tutaj na dole?
- To wzorniki. Poruszają się w dół i w górę. Ich otwory na wysokości knotów z górnych płytek pozwalają zachować pożądaną grubość na całej długości świecy. Bez wzorników nie można by powiedzieć: prosty jak świeca, rozumiesz?
- Rozumiem. Możemy przejść do sedna?
Ojciec zaniósł się śmiechem. Najpierw spokojnym, potem rechotał coraz głośniej. Kiedy wreszcie mógł mówić, wyjaśnił:
- Wszystko, co powiedziałem, na nic ci się nie przyda. Liczy się doświadczenie. Kiedy na przykład świeca musi mieć określoną średnicę, wszystko jedno jaką, należy lać ją do odpowiedniej grubości, nie dopuszczając do zbytniego spadku temperatury. Trzeba mieć cierpliwość, poczekać, aż się trochę schłodzi, w przeciwnym razie nie przykleją się kolejne warstwy. Im wosk jest zimniejszy, tym świeca szybciej przyrasta. Na tym polega istota rzeczy... Jak są przeciągi, co tutaj jest częste (przez co stale jestem zakatarzony), należy przedsięwziąć środki ostrożności, bo knot może falować i wywar spłynie z jednej strony, przez co świeca wyjdzie krzywa. A tego nie można się nauczyć w teorii. Nabywa się wprawy z upływem czasu i dzięki wytrwałości.
- No dobrze, a gdzie jest wosk?
Znowu śmiech ojca; klaskał w dłonie jak małe dziecko.
- Nic nam tu po wosku, moja córko. To ściema, jak wy to mówicie. Ten wosk to właściwie nie wosk; używa się parafiny. W gorszym gatunku do małych świeczek, w lepszym do świec i gromnic. Kiedyś Kościół wymagał sześćdziesięciu procent wosku, ale nawet wtedy księża chcieli kupować tanio i szukali świec z małą zawartością wosku. A teraz prawie nie używają świec.
- A ten twardy wosk?
- To nie wosk, to karnauba. Odłóż ją na miejsce. Jest jak szkło. Żeby ją stopić, potrzeba dużo parafiny, w przeciwnym razie da się to zrobić tylko bezpośrednio na ogniu. Ale karnauby też się już teraz nie używa. Ani jej, ani niczego innego. Chyba jestem jedynym wytwórcą świec w całej prowincji. Kiedy umrę, nie zapalą mi na marach ani jednej gromnicy, chyba że sam je sobie wcześniej zrobię.
Jakbym go teraz widziała - z krzaczastymi brwiami ("Pozwól je przystrzyc. Włosy sięgają ci do połowy czoła". "Nie chcę". "To może ci je chociaż uczeszę i trochę przygładzę". "Ani się waż ich dotykać. To zakazane, jak sikanie do łóżka!"), z jego zręcznymi dłońmi, wątłą posturą, pełnego miłości i entuzjazmu, bo przecież ja - po studiach, najbystrzejsza z całej rodziny - zgodziłam się pójść z nim na zaplecze, żeby słuchać o jego zawodzie i uczyć się od niego.
- Pokażę ci, jak zrobić świecę skręcaną. Tylko usiądź wygodnie, żebyś mi się tu nie zaczęła niecierpliwić, pośpiech może wszystko zepsuć... Gotowa? Najpierw zapalimy świecę w lichtarzu. Za jej pomocą podgrzejemy tę, którą chcemy skręcić. Ale nie za dużo i tylko na odcinku, który poddamy skręcaniu. Nadążasz? Widzisz te szczypczyki? Nimi wyszczypuje się wosk. O tak! Widzisz? Zostaje cieniutki, wyżłobiony występ, pionowy lub poziomy, jaki chcesz... Kolejny obok. I jeszcze jeden, rozumiesz? I następny. Spróbuj sama... Nie, poczekaj. Trzeba zanurzać szczypczyki w wodzie z mydłem, żeby się nie przylepiały, w przeciwnym razie zrobi się okropny klajster i wszystko się poskleja. Powoli. Powolutku. Już ją zepsułaś? Spróbujemy jeszcze raz, na innej świecy.
- Tego nie da się zrobić! To gorsze niż katorga.
- Wszystko da się zrobić. Czyż ja nie robię tego moimi łapskami? Tyle że ja robię to od lat, a ty od niespełna godziny. W trzy kwadranse rzeczywiście się nie da.
- A dzwonki?
- To akurat jest proste. Bierze się drewniane formy...
- Ale one są pełne.
- Bo dzwonki formuje się na zewnątrz nich, nie w środku. Najpierw zanurza się formy w wodnym roztworze mydła, a następnie w zabarwionym na odpowiedni kolor wywarze, dwa lub trzy razy. Potem wrzuca się je do zimnej wody, dzięki czemu formy odklejają się od wosku.
- Rzeczywiście, bardzo proste. Tyle że trzeba wiedzieć, jak je zanurzać, czy zanurzać je dwu- czy trzykrotnie, jak zrobić to równomiernie i jak je porozdzielać, żeby się nie zepsuły... Nigdy mi się to nie uda.
- Nie opowiadaj głupstw. Jestem pewny, że ci się uda. Będziemy się razem dobrze bawić. A twoi znajomi będą mieć najpiękniejsze świece na świecie. Każda będzie mieć w środku cztery lub pięć dzwoneczków, a po bokach kilka mniejszych. Zrobimy je w tej formie. Czerwone, fioletowe i jasnozielone, zgadzasz się?
- Pewnie, że się zgadzam, ale nie przyszłam tu po to, żebyś ty je robił. Sama chcę je zrobić.
- I będziesz robić, ja się nauczyłem, nauczysz się i ty. Spójrz, podstawa to świece kręcone, świderki, jak je nazwałaś. Tutaj jest forma z brązu na zawiasach, zrobiona dla mnie na zamówienie. Otwiera się od góry wzdłuż, widzisz? I rozdziela na pół. Teraz wkłada się knoty, które się napina za pomocą dźwigni, zamyka, a następnie tymi otworami wlewa się wywar. I pozostawia do schłodzenia. Żeby usunąć ślady łączeń pozostałe po formie, zanurza się parę razy w kąpieli, po czym maluje barwnikami tłuszczowymi w wybranym kolorze. Na koniec wykańczamy je substancją nabłyszczającą, której skład jest moją tajemnicą. Robię ją z sandaraku i dziewięćdziesięciosześcioprocentowego spirytusu. Stosuje się ją na zimno. Nadaje bardzo ładny połysk.
Zachowywał się jak abdykujący król przekazujący swoje cudowne umiejętności następcy. Rozczulił mnie.
- Miej do mnie cierpliwość.
- To ty musisz mieć cierpliwość, zarówno do mnie, jak i do świec, dziecko.
- A możesz mi pokazać formy gipsowe do świeczek w kształcie zwierząt, takich, jakie mi robiłeś, kiedy byłam mała?
Zaprowadził mnie do kąta. Jego twarz przypominała twarz dziecka w wieczór Trzech Króli; trzymał palec na ustach. Na dolnej półce leżały jedne na drugich małe foremki służące do wyrobu tych bajecznych świeczek. Obok nich wota: ramiona, szyje, dzieci, ręce, piersi, nogi... Stos niewiarygodnych cudów. Wzięłam formy do rąk, szorstkie z zewnątrz, przewiązane konopnym sznurkiem. Ojciec napisał na nich mazakiem: "pies", "kot", "hipopotam", "żyrafa"...
- Nie używałem ich, odkąd poszłaś na studia.
Pocałowałam je, nie otwierając. Spojrzałam na ojca jak ktoś, kto dzieli się tajemnicą, i również położyłam palec na ustach. Przytuliliśmy się do siebie. Mój ojciec przygarbił się tak bardzo, że byliśmy równi wzrostem. Oczy miałam na wysokości jego twarzy.
- Chciałabym też, żebyś pozwolił mi wyciąć włosy, które ci wystają z uszu. Wyglądają jak krzaki.
- Kiedy nauczysz się robić wszystkie rodzaje świec, może ci pozwolę. Wcześniej nigdy.