Rozdział I: Dobrego złe początki
Wybrzeże Morza Czarnego
Zakup kampera
marzec 2021 roku
Jest połowa marca 2021 roku. Po wielu zmianach zdania w końcu decydujemy się na zakup kampera. Maciek jedzie oglądać wypatrzony w internecie egzemplarz, a ja zostaję w domu z dziećmi: dwumiesięczną córką i trzyipółletnim synem. Wspólna wyprawa na drugi koniec zaśnieżonej Polski i oglądanie pojazdu w takim towarzystwie nie wróży nic dobrego. Trudno, ewentualną decyzję o zakupie Maciek będzie musiał podjąć na miejscu, z moim zdalnym wsparciem. Od niespełna roku w takim trybie funkcjonują największe firmy na świecie, prowadząc wielomilionowe inwestycje. W porównaniu z tym kupno kampera za trzydzieści kilka tysięcy złotych to pestka. Przynajmniej tego się trzymamy. Zresztą posiadany obecnie samochód osobowy kupiliśmy na japońskiej aukcji, bez oglądania go. Do pierwszego spotkania doszło dwa miesiące później, już w Polsce, bo auto kilka tygodni płynęło do nas z drugiego końca świata. Swoją drogą, nie był to jedyny pojazd zakupiony w ten sposób. Obejrzenie kampera na żywo to i tak duży krok.
Jedna z naszych pierwszych dzikich miejscówek na wybrzeżu
Pierwsza myśl o kamperze pojawiła się w Japonii, w której spędziliśmy dwa lata (2018-2020). Z Kraju Kwitnącej Wiśni sprowadziliśmy w sumie trzy samochody, więc formalności nie były przeszkodą. Za to wielkość dostępnych na japońskim rynku kamperów już tak. Przy naszym wzroście i liczbie członków rodziny (wówczas niektórzy jeszcze w planach) zakup tak małego pojazdu nie miał najmniejszego sensu. Zresztą, w przeciwieństwie do samochodów osobowych, ceny domów na kółkach nie były specjalnie kuszące. Plan pod tytułem "kamper" został więc przesunięty na przyszłość. Jak się szybko okazało, nie tak wcale daleką. Po powrocie do Polski miotaliśmy się między "kamper nam niepotrzebny", a "kamper jest dla naszego stylu podróżowania wręcz idealny". Tę drugą myśl ugruntował dwumiesięczny pobyt w Europie, głównie w Portugalii, podczas którego nocowaliśmy pod namiotem. Jego codzienne rozkładanie, w połączeniu z gorączkowymi próbami docierania na kempingi przed ich zamknięciem, przechyliło szalę. Kiedy więc zapadła wstępna decyzja, szybko rozpoczęliśmy poszukiwania, żeby uniknąć kolejnego zawahania - po co niepotrzebnie kusić los.
W dniu zakupu z odsieczą przybywa szwagier - vanlifer na pełen etat. Maciek, wtedy jeszcze zupełny żółtodziób, zdecydowanie potrzebuje wsparcia człowieka z doświadczeniem. Zwłaszcza że wybrany egzemplarz wydaje się obiecujący. Podskórnie czujemy, że to może być TEN. Właściwie, jako jeden z niewielu dostępnych, zachęca do obejrzenia. Większość to obraz nędzy i rozpaczy. I to jeszcze źle sfotografowanej. "Jestem stary, zalany i zagrzybiały - nie kupuj mnie" - krzyczą zdjęcia, podczas gdy treść ogłoszeń mówi zupełnie co innego. Czyli mniej więcej "jestem w świetnym stanie, bez ukrytych wad, gotowy do jazdy, okazja życia". Owszem, całkiem możliwe, ale chyba trzydzieści lat temu, a nie dziś. Daleko jeszcze nam - Polakom - do opanowania nienachalnych, acz wysublimowanych i spójnych technik sprzedażowych. Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, jesteśmy pozytywnie nastawieni. Nie zapominamy jednak, że Maciek ogląda kamper z 1989 roku. Trzydziestodwuletni. Nie spodziewamy się więc idealnego egzemplarza bez widocznych wad. Bo tego, że ukryte są, jesteśmy pewni. Ale o nich dowiemy się później. Dziś nie ma co sobie nimi zawracać głowy.
Zresztą, co do kampera, mamy konkretne założenia: szukamy egzemplarza, który będzie gotowy do jazdy. Nie wyobrażamy sobie renowacji wnętrza, mając pracę na cały etat i dwójkę małych dzieci. Te wszystkie, prezentowane w mediach społecznościowych, odświeżone w imponujący sposób kampery oraz zbudowane od zera piękne bohovany robią wrażenie. I cudownie byłoby mieć dom na kółkach skrojony na miarę potrzeb, ale oczami wyobraźni widzimy ogrom czasu, pieniędzy i pracy niezbędnych do jego posiadania. Nie tym razem. Może kiedyś, ale nie dziś. Zupełnie jak nie my - mierzymy siły na zamiary.
Na miejscu, jak na nasze zamówienie, okazuje się, że kamper jest całkiem w porządku. Mechanicznie, przynamniej na pierwszy rzut oka, sprawny. Środek też wydaje się przyzwoity, dobrze zachowany i przyjemny. Trochę nawet powiewa luksusem (tym z lat osiemdziesiątych, oczywiście), bo zabudowa wnętrza to Hymer - uznawana za tę z wyższej półki. Świetnie maskuje podeszły wiek. Konstrukcyjnie również nie ma się do czego przyczepić: nie widać śladów zalania, które często dopada stare kampery. Właściciele sprzedają go, bo planują zakup tak zwanej pełnej integry, czyli kampera składającego się z jednej bryły. Przeznaczenie. Po dokładnym obejrzeniu i krótkiej konsultacji zdalnej zapada decyzja. I tak oto stajemy się właścicielami półzintegrowanego Peugeota J5 z 1989 roku. Nie posiadamy się z radości i czekamy na premierową podróż. Oraz ujawnienie się pierwszych ukrytych wad.
Pierwsze podróże
marzec-czerwiec 2021 roku
Przez kilka miesięcy postanowiliśmy testować nasz nowy dom na kółkach na rodzimych terenach. Zaczęliśmy nieśmiało, bo podróżą trwającą mniej więcej trzy godziny. Kamperem, oczywiście, bo samochodem osobowym jechalibyśmy co najmniej godzinę krócej. Tym samym odkryliśmy, że podróżowanie kamperem mierzy się innym czasem. Takim, który nijak ma się do tego wskazywanego przez Google Maps. A może po prostu jest to czas stosowny do wieku pojazdu...? W każdym razie, maksymalna prędkość 90 kilometrów na godzinę na autostradach i trasach szybkiego ruchu oraz odpowiednio mniejsza na gorszych drogach robi swoje. Szybko zorientowaliśmy się też, że w trakcie jazdy nie porozmawiamy: moje miejsce, z racji ograniczonych przestrzeni na foteliki dziecięce, znajduje się w części domowej, a hałas w kabinie kierowcy jest, delikatnie mówiąc, znaczny. Zresztą ten w części domowej wcale od niego nie odbiega. Ale może to i lepiej. Kto wie, ilu małżeńskich kłótni dzięki temu unikniemy. Staramy się szukać pozytywów.
Defekty, niestety, pojawiły się szybciej, niż się spodziewaliśmy. Początkowo niewielkie. Podczas pierwszego wyjazdu zorientowaliśmy się, co warto zmienić dla większego komfortu - decyzję mocno determinowała obecność niemowlaka. Walczyliśmy również z nowo zakupionym, choć używanym, bojlerem. Szwankowała też lodówka. Mechanicznie, na szczęście, nie było żadnych problemów. Dojechaliśmy do celu i co więcej - wróciliśmy do domu. A to akurat, przy kolejnych podróżach, nie było już tak oczywiste. Zdaliśmy sobie też sprawę, że w kamperze może nie jest tak superkomfortowo, jak w domu, ale z powodzeniem można spędzić w nim Wielkanoc, ugotować świąteczny barszcz i - co najważniejsze - pokroić sałatkę jarzynową. Jednym słowem: zaraziliśmy się kamperowaniem. Nie było odwrotu.
Tego błyskawicznego połknięcia bakcyla pożałowaliśmy dość szybko, czyli przy kolejnych, dalszych i odważniejszych wyjazdach, w trakcie których ukryte wady przestały chować się po kątach, a kamper odmawiał posłuszeństwa. I to za każdym razem. Czuliśmy się lekko zawiedzeni, bo już go pokochaliśmy, a on nam takie rzeczy... Początkowo nieśmiało droczył się z nami problemami z odpalaniem. Raz działał bez zarzutu, a innym razem potrzebował wsparcia. Lepiej albo gorzej, ale jeździł. Jednak poruszanie się takim wadliwym egzemplarzem nie było zbyt komfortowe: trzeba było temat ogarnąć, zanim pojazd stanie w szczerym polu. Po długiej i wcale niełatwej analizie padła diagnoza: rozrusznik do wymiany. Tym samym zaczęliśmy naszą przygodę z naprawami, poznając ciemne strony kamperowej mechaniki pojazdowej. A scenariusze zazwyczaj są dwa: na słowo kamper słyszymy "my się takimi samochodami nie zajmujemy" albo dostajemy informację o kosztach naprawy, ewentualnie terminie realizacji (kilka miesięcy!), które powodują, że sami szybko rezygnujemy.
Finalnie, trochę z braku laku, tym razem zdecydowaliśmy się na naprawę rozrusznika w pobliskim warsztacie, który, jako jedyny, zrobił to w miarę szybko. Lżejsi o tysiąc złotych wyjechaliśmy zadowoleni i postanowiliśmy ruszyć sprawnym kamperem w kolejną podróż: na długi, czerwcowy weekend na Suwalszczyznę. Było pięknie. Przez dwa dni, dopóki kamper nie stanął na stacji benzynowej. I żadną miarą nie chciał ruszyć dalej. Szczęście w nieszczęściu, które - jak się potem okazało, zawsze towarzyszyć nam będzie w kamperowych przygodach, stacja znajdowała się w zagłębiu warsztatów samochodowych. Ja zostałam z dziećmi, a Maciek poszedł szukać pomocy. Za kilkanaście minut wrócił, a niecałą godzinę później podjechał pracownik warsztatu i po szybkim rekonesansie orzekł, że nie działa... rozrusznik. Ten sam, który wymieniliśmy kilka dni wcześniej. Wieczne problemy z odpalaniem, psujące się jeden po drugim rozruszniki... Podejrzane. Zgodnie stwierdziliśmy, że poprzednim właścicielom może niekoniecznie chodziło o kupno innego modelu, a o dziwną usterkę, której ewidentnie nie można zlokalizować. Przez dwa dni mieszkaliśmy więc na stacji benzynowej, w kamperze, rzecz jasna, z widokiem na myjnię samochodową, w oczekiwaniu na nową część oraz jej wymianę. Weekend życia. Ale nie zrażaliśmy się - w końcu nie tylko nam zdarza się kupować nowy rozrusznik do tego samego samochodu co kilka dni. Chyba... Zresztą, mieliśmy jeszcze parę dni wolnego i jakoś trzeba było wrócić do domu. W zasadzie nie mieliśmy wyboru - musieliśmy czekać. Po wymianie rozrusznika, pewni, że problemy z kamperem już za nami, kontynuowaliśmy podróż i pełni nadziei planowaliśmy kolejną.
Nad polskie morze wybraliśmy się pod koniec czerwca. Pogoda wymarzona: żar leje się z nieba, brak tłumów, nawet znośna miejscówka, o co wcale niełatwo nad Bałtykiem. Idealnie. Prawie, bo, niestety, w trakcie pobytu zauważyliśmy problemy z ładowaniem akumulatorów: zarówno tego domowego, jak i samochodowego. Wisi nad nami widmo kolejnych problemów z odpalaniem, ale staramy się zachować zimną krew i cieszyć okolicznościami przyrody. Do domu ruszamy w niedzielne popołudnie. Na stacji, kilkadziesiąt kilometrów dalej, nie możemy odpalić kampera. Dzwonię po pobliskich mechanikach, prosząc o pomoc. Ciekawe, ilu z nich myśli "Co za wariatka! ". Jeden na pewno nie, bo lituje się nad nami. Akurat jego wspólnik jest z córką na przejażdżce rowerowej w pobliżu, więc podjedzie. Kilka minut później rzeczywiście zjawia się na miejscu i nieco zaskoczony ogląda samochód, majstruje pod maską, aby chwilę później zasugerować odpalenie "na popych". Trochę szalona wizja, ale cóż innego nam pozostaje. O dziwo, przy pomocy drugiego wizjonera udaje się odpalić w ten sposób trzyipółtonowy pojazd. Ruszamy! Na koniec słyszymy, żeby na wszelki wypadek nie stawać po drodze, albo, przynajmniej, nie gasić silnika. Niska cena, jak za dojazd do domu oddalonego o trzysta kilometrów. Trzymamy się umówionego planu. Wprawdzie w trakcie jazdy silnik sam gaśnie, ale, siłą rozpędu, na całe szczęście, odpala. Po chwilowym zawale serca, kontynuujemy podróż. Do czasu. Jakieś dwa kilometry od domu kamper staje na światłach i koniec. Śmierć na miejscu. Jest lekko po północy. Postanawiamy zepchnąć go na bok, korzystając z pomocy kolejnego wizjonera. Zabieramy dzieci, najpotrzebniejsze rzeczy, zamawiamy taksówkę i wracamy do domu. To jest właśnie ten moment, kiedy mówimy sobie szczerze: to nie był nasz najlepszy zakup. Jedni w kamperach odkrywają gigantyczne zalania, zmuszające do kapitalnego remontu wnętrza, inni boksują się z kulawą mechaniką. Zazwyczaj stare kampery kryją w sobie jakąś niemiłą niespodziankę. Nam w udziale przypadła akurat ta druga.
Fantazyjny dom na kółkach zaparkowany w kamperowej wiosce
Naprawa kampera
lipiec-sierpień 2021 roku
Tym razem nie liczyliśmy na łut szczęścia. Skończył się czas na nietrafione wybory. Maciek znalazł najlepszego mechanika od starych kamperów w okolicy, a ten dał nam nadzieję. Orzekł bowiem, że kamper będzie jeszcze sprawny, ale trzeba, bagatela, wymienić silnik na nowszy. Nie mylić z nowym, bo znalezienie jakiegokolwiek sprawnego silnika do tak starego auta jest nie lada wyczynem. O nówce sztuce nie wspominając. Odczuliśmy to na własnej skórze, znajdując jeden jedyny, używany i wcale nie najmłodszy egzemplarz za mocno wygórowaną cenę. Ale po raz kolejny: nie mieliśmy wyboru. Z rozrzewnieniem wspominaliśmy, jak bezproblemowo wyglądało nasze życie bez domu na kółkach. Czy naprawdę był on aż tak niezbędny? Aż tak męczyło nas to ciągłe rozkładanie namiotu? Pytania trafne, ale trochę na nie za późno. Z kamperowania ciężko się wyleczyć, a my nie należymy do ludzi, którzy łatwo się poddają. Kupiliśmy więc silnik i przystaliśmy na wymianę rozrządu oraz kilku innych pomniejszych elementów. To wszystko w lipcu i sierpniu - w pełni sezonu kamperowego. Zgadza się: kupiliśmy kamper, który przez pierwsze trzy miesiące nieustannie się psuje, a potem niemal cały letni sezon stoi u mechanika. Trochę nas to frustrowało. Ale tylko trochę, bo wiedzieliśmy, że te naprawy są... przygotowaniem do podróży, o której nieśmiało rozmawialiśmy od jakiegoś czasu. Podróży trwającej kilka miesięcy i prowadzącej daleko za granice naszego kraju. Podróży, podczas której zasmakujemy życia na pełen etat w kamperze. Tak, po tych wszystkich perturbacjach i mimo powracającej frustracji, ani w głowie nam sprzedaż domu na kółkach. Jakkolwiek szaleńczo to brzmi, mamy chęć na więcej. Dlatego, lżejsi o kolejnych kilka tysięcy (dla zdrowia psychicznego przestajemy liczyć te wydatki), pod koniec lata udajemy się na testy wyremontowanym pojazdem. Ludzie mają różne hobby, w które wkładają niemałe sumy pieniędzy. Dla nas takim konikiem staje się dom na kółkach. O dziwo, podczas tej podróży kamper działa bez zarzutu. Nie możemy wyjść z podziwu. Renoma mechanika nie była przesadzona. Kolejny wrześniowy wypad również przebiegł bez żadnych problemów. Coś tam wprawdzie trochę stukało w skrzyni biegów, ale ogólnie było dobrze, bo wróciliśmy bez kłopotów do domu. To chyba znak.
Decyzja
wrzesień 2021
Kilkakrotnie staliśmy przed decyzjami, które przerażały nas swoją wagą i konsekwencjami. Głównie tymi trudnymi do przewidzenia. Zawsze wiedzieliśmy, że decyzje te są ryzykowne i mogą zmienić nasze życie nieodwracalnie, w takim lub innym aspekcie. Z jednej strony pociągało nas nieznane, z drugiej baliśmy się, co możemy odkryć lub czego się o sobie dowiedzieć. Skąd wiedzieliśmy, że dana decyzja jest właśnie jedną z nich? Stąd, że oboje mieliśmy świadomość, że już ją podjęliśmy, ale nie mogliśmy zdobyć się na odwagę, aby powiedzieć to głośno. Czasem dużo o tym dyskutowaliśmy, rozważając za i przeciw, czasem milczeliśmy. Zawsze jednak czując podskórnie, że tak naprawdę wszystko już przesądzone. Obydwoje wiemy, że tak właśnie chcemy zrobić, tylko jakoś ciężko przechodzi nam to przez gardło. Z wyartykułowaniem tego kluczowego zdania czekaliśmy więc do ostatniej chwili. Z decyzją o tym wyjeździe też tak było. Jeszcze nie mówimy tego głośno, ale już wiemy - pojedziemy w tę podróż.
W moim przypadku znaczący wpływ na pozytywne podejście do pomysłu miała jeszcze jedna istotna kwestia. W lipcu dostałam skierowanie na biopsję guza tarczycy. Właściwie to profilaktycznie, tak na wszelki wypadek, żeby mieć pewność, że niczego nie przeoczono. Przy jego wielkości, statystycznie, ryzyko, że okaże się złośliwy, było właściwie zerowe. Niestety, tylko statystycznie. Rzeczywistość okazała się zgoła inna. Kilka tygodni później, spacerując po parku z dziećmi, zupełnie niespodziewanie dostałam telefon z informacją, że w 75 procentach badany guz jest złośliwy. Informacja o raku była dla mnie gigantycznym zaskoczeniem. Na tyle, że dałam radę wymienić z lekarzem jedynie kilka nieskładnych zdań. Umówiłam się na wizytę na kolejny dzień, aby, bez zalewających mnie emocji, dowiedzieć się o dostępnych opcjach leczenia. Domyślam się, że nikt nie jest nigdy gotowy na taką wiadomość, ale na własnej skórze przekonałam się, jak bardzo może być ona zaskakująca.
W ekspresowym tempie, bo już dwa tygodnie później, trafiłam do szpitala na operację, zostawiając w domu dwójkę dzieci, w tym jedno niespełna siedmiomiesięczne, nadal karmione piersią. Podczas trzech dni pobytu na oddziale onkologicznym, zwłaszcza w dniu operacji, czułam się jak w kiepskim serialu medycznym. Zjazd do sali operacyjnej usytuowanej w podziemiach szpitala na wózku inwalidzkim, w specjalnym stroju i z wymalowaną na szyi czarnym flamastrem linią wskazującą miejsce rozcięcia. Moment położenia się na wysokim łóżku operacyjnym w zimnej sali. Oczekiwanie na działanie znieczulenia, które kompletnie odcięło mnie od świadomości. A potem pobudka i koszmarne, kilkugodzinne mdłości. Jedno z najbardziej abstrakcyjnych i nieprzyjemnych przeżyć w moim dotychczasowym życiu. Po wyniku histopatologicznym otrzymanym kilka tygodni później, który potwierdził złośliwość guza, ale wykluczył obecność innych komórek rakowych, czułam się, jakbym dostała drugie życie. Miałam "tylko" wyleczalnego mikroraka, a przecież mogło skończyć się zupełnie inaczej. Zresztą przez kilka tygodni przez moją głowę przewijały się przeróżne scenariusze. Pozytywny finał pokazał mi, że wyświechtana sentencja "życie jest kruche" wcale nie jest taka banalna. I że na realizację marzeń nie ma co czekać, bo nigdy nic nie wiadomo...
Przygotowania
październik-listopad 2021 roku
Decyzja podjęta. Powoli myślimy o zakupie rzeczy, które podniosą komfort podroży: zamawiamy świetnej jakości, niemalże luksusowy dywan, kupujemy nowy fotelik dziecięcy z odpowiednim montażem, instalujemy gasbank, umożliwiający tankowanie gazu na stacjach benzynowych, i uzupełniamy wyposażenie kampera, który będzie naszym domem przez sześć miesięcy. Podrzucamy jeszcze pojazd do mechanika na wymianę, bagatela, skrzyni biegów. Dziwny stukot wydawał się wprawdzie niegroźny, ale po otwarciu skrzyni diagnoza okazała się bezlitosna. W międzyczasie Maciek składa w pracy wniosek o urlop rodzicielski i wychowawczy, kilka dni później rozpatrzony pozytywnie. Wypowiadamy umowę wynajmowanego od niedawna mieszkania, aby miesiąc później po raz kolejny spakować nasze życie w kartony, zostawić je u rodziców i ruszyć po nową przygodę. Pozostaje nam już tylko podjęcie ostatniej decyzji - tej dotyczącej kierunku podróży.
Dlaczego Turcja?
listopad 2021 roku
Opcji na spędzenie zimy w słonecznym klimacie, we względnie niewielkiej odległości od Polski jest właściwie kilka. Maroko, Portugalia, południe Hiszpanii i Turcja. Maroko, które zjechaliśmy pociągami w 2013 roku, było tej zimy poza zasięgiem. Promy z Hiszpanii zostały wstrzymane, oficjalnie z powodu pandemii. Te z Francji zaś powalały wysoką ceną biletów. Zresztą jakoś nie do końca braliśmy ten kierunek pod uwagę. Tak naprawdę, z jednej strony kusił nas powrót do ukochanej Portugalii - marzymy, by w niej zamieszkać - a przy okazji odkrycie mało znanej nam Hiszpanii. Z drugiej jednak, pociągała nas zupełnie inna od zachodniej kultura. I, nie oszukujmy się, kuchnia. Z niemałym podekscytowaniem zdecydowaliśmy się więc na Turcję. I wtedy się zaczęło.
"Turcja?! Kamperem?! Co to za pomysł!?". Szybko dowiedzieliśmy się, że jesteśmy nieodpowiedzialni, bo wybieramy dziki, czyli muzułmański kraj. Że przecież tam zdarzają się ataki terrorystyczne. Że do Turcji, do hotelu na all inclusive, to owszem, ale kamperem i to na dziko (czyli nie na kempingach), to jakieś szaleństwo. Że przecież w Turcji porywają dzieci i znajomi znajomych dalekich krewnych pojechali z dwójką, a wrócili już tylko z jednym. Że tam jest tak niebezpiecznie. Pojawiało się też standardowe: a co będzie, jak dzieci zachorują, oraz co z pracą: czy to odpowiedzialne robić przerwę w karierze, żeby podróżować. No i koronne: że tym starym, wiecznie psującym się kamperem w taką trasę. I to z dziećmi. Wszystko to, rzecz jasna, słyszeliśmy od osób prowadzących poukładane życie, niemających pojęcia o podróżach kamperem albo tych, które nigdy nie były w Turcji. Ewentualnie, tylko na tygodniowych wakacjach w pięciogwiazdkowym hotelu. Z jednej strony trochę udzielił nam się ten wszechobecny strach, ale z drugiej mieliśmy już doświadczenie w podejmowaniu podobnej decyzji. Wprawdzie okoliczności i kierunek były inne, ale w przypadku Japonii pojawiały się niemal identyczne pytania, zwłaszcza w kontekście pracy i dzieci. Po raz kolejny przekonaliśmy się więc, że karmienie się cudzym strachem nie wychodzi nam na dobre, a podejmowanie mniej popularnych decyzji wymaga odwagi i samozaparcia. Nierzadko trzeba liczyć się z krytyką, a nawet utratą wieloletnich przyjaźni, które nie są wystarczająco silne na dźwignięcie różnicy w stylach życia. Wszystko ma swoją cenę. Zawsze.
Trzeba jednak przyznać, że te wszystkie negatywne opinie o Turcji działały na nas trochę jak magnes. Zresztą, sami też mieliśmy na temat tego kraju jakieś wyobrażenie, niekoniecznie w każdym aspekcie pozytywne, i bardzo chcieliśmy skonfrontować je z rzeczywistością. Wprawdzie konkretnego planu zwiedzania nie posiadaliśmy, bo ten miał zależeć w dużej mierze od pogody i tego, co zastaniemy na miejscu, ale po cichu marzyliśmy, żeby dojechać na wschód Turcji, aż pod syryjską granicę. A jak wyjdzie - czas pokaże.
Początkowo czuliśmy się jak pionierzy. Starym kamperem, na dziko, do Turcji, z dziećmi - to jest coś. Ale podczas przeglądania mediów społecznościowych w poszukiwaniu vanliferskich ekip, okazało się, że chyba wszyscy tego roku wybierali się na zimę do Turcji. Wprawdzie, w przypadku Polaków, były to głównie pary i osoby podróżujące samodzielnie (co, jak później zauważamy, ma ogromne znaczenie), ale jednak nie jechaliśmy tam jako jedyni. Szybko pożegnaliśmy się więc z odznaką pionierów wyciętą z ziemniaka, a jednocześnie utwierdziliśmy w słuszności decyzji. Turcjo, nadjeżdżamy!